Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00361 007915 13454316 na godz. na dobę w sumie
Za żadną cenę - ebook/pdf
Za żadną cenę - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 156
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323875307 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Milioner Trace Ashton przeżywa zawód, kiedy narzeczona, Becca Marshall, przyjmuje od jego ojca czek na sto tysięcy dolarów, przestaje się z nim spotykać i wyjeżdża. Rozczarowanie zmienia Trace’a w zgorzkniałego, mściwego człowieka. Pewnego dnia Becca ośmiela się powrócić do Napa Valley Trace postanawia wziąć odwet za swoje upokorzenie...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

8 4 9 6 5 3 S K E D N I , T A V 0 M Y T W Ł Z 0 4 7 A N E C 7 0 / 2 0 3 R N ISSN 1641-5760 Barbara McCauley 9 771641 576018 0 Za żadną cenę 02-GR.indd 1 02-GR.indd 1 12/15/06 2:36:02 PM 12/15/06 2:36:02 PM dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Barbara McCauley Za żadną cenę Tłumaczyła Małgorzata Dobrogojska Droga Czytelniczko! Witam serdecznie w lutym. Zima to dobry czas na lekturę. Tak miło jest usiąść w fotelu, gdy na dworze pada śnieg, i otworzyć książkę. W tym miesiącu rozwiążą się wszystkie tajemnice dynastii Ashtonów. Polecam więc ostatnią książkę w tej miniserii: „Za żadną cenę”. A oto pełna oferta: Za żadną cenę – historia miłości Trace’a Ashtona i jego dziewczyny... Zemsta czy pojednanie - druga część miniserii „Zaskakujące dziedzictwo”. Drugi z przyrodnich braci, Nick, dostaje spadek. Postanawia wrócić do rodzinnej miejscowości, by rozliczyć się z przeszłością... Niecodzienna propozycja i Kusicielka (Gorący Romans Duo) – dwie opowieści o miłosnych perypetiach bohaterów z miasteczka Royal... Życzę przyjemnej lektury Małgorzata Pogoda Harlequin. Każda chwila może być niezwykła. Czekamy na listy. Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Barbara McCauley Za żadną cenę Toronto • Nowy Jork • Londyn Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg Madryt • Mediolan • Paryż Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa Tytuł oryginału: Name Your Price Pierwsze wydanie: Silhouette Books, 2005 Redaktor serii: Małgorzata Pogoda Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla Korekta: Maria Kaniewska © 2005 by Harlequin Books S.A. © for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są (cid:30) kcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak (cid:30) rmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Gorący Romans są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa Printed in Spain by Litogra(cid:30) a Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-4438-9 Indeks 356948 GORĄCY ROMANS – 770 PROLOG Dopóki ten moment nie nadszedł, nigdy nie za- stanawiał się nad swoją śmiercią. Arogancja i duma nie pozwalały mu dopuścić do siebie myśli o włas- nym końcu. W wieku sześćdziesięciu dwóch lat wciąż był mężczyzną w pełni sił. Męski, przystojny, boga- ty ponad wszelkie oczekiwanie, miał wszystko, cze- go kiedykolwiek zapragnął, a nawet więcej. Szybkie samochody, eleganckie rezydencje, każdą kobietę, o której zamarzył. Syn pośledniego farmera i zastra- szonej wieśniaczki z Podunk w Nebrasce poradził so- bie w życiu nadspodziewanie dobrze. A że w drodze na szczyty zdeptał kilka nic nieznaczących ludzkich istnień, to i cóż? To nie miało dla niego żadnego znaczenia, przy- najmniej dopóki w jego piersi nie eksplodowała kula. Całkowicie zaskoczony Spencer Ashton spojrzał na Wayne’a Cunninghama, szumowinę o przetłusz- czonych włosach, który pociągnął za spust, po czym przeniósł wzrok na stojącą za nim kobietę. 6 Barbara McCauley Krew z jego krwi. Odpowiedziała lodowatym spojrzeniem zielonych oczu. Spencer popatrzył na własną dłoń, którą przyci- skał do piersi. Między palcami sączyła się krew. Cie- pła, ciemnoczerwona, spływała po jedwabnym kra- wacie od Armaniego za trzysta dolarów. Chciał się odezwać, ale z jego ust wydobył się tyl- ko zduszony szept. – Co mówisz, tatusiu? – Nienawiść jak żółć sączyła się z każdego jej słowa. Szyderczo uśmiechnięta przy- sunęła się bliżej do skórzanego, biurowego fotela, na którym umierał Spencer. – Cóż to, obcięło ci język? – Grace – zdołał wykrztusić Spencer w powodzi krwi zalewającej mu płuca. – Chciałam od ciebie sprawiedliwości, ot co! W koń- cu byłeś nam chyba coś winien – syknęła, uderzając się pięścią w pierś. – Zostawiłeś Granta i mnie kom- pletnie bez grosza. – Przesunęła dłońmi po brązo- wych włosach i mówiła dalej. – Nasza matka umarła, bo złamałeś jej serce. Nawet nie pomyślałeś ani o niej, ani o dzieciach, które porzuciłeś. Przeżyliśmy tylko dzięki dobroczynności kościelnej. Chodziliśmy głod- ni i nosiliśmy stare łachy, a ty mieszkałeś w rezyden- cji i jadałeś w pierwszorzędnych restauracjach razem z twoją nową żoną i czwórką bachorów, które ci uro- dziła. Za żadną cenę 7 Spencer patrzył na córkę, a ból jak mgła przesła- niał mu oczy. Przez całe lata płacił tej głupiej suce i jej mężowi za milczenie. Ale teraz, kiedy wszyscy już się dowiedzieli o jego pierwszym małżeństwie z jej matką w Nebrasce i o tym, że nigdy się nie rozwiódł z Sal- ly, nie widział sensu w dalszym uleganiu temu szan- tażowi. Kiedy Wayne wyciągnął broń, Spencer ani przez moment nie przypuszczał, że to zasmarkane zero od- waży się jej użyć. Ta pomyłka w ocenie sytuacji miała go kosztować życie. Wayne wiercił się nerwowo. – Grace, dziecinko, powinniśmy wyjść, zanim ktoś tu przyjdzie. – Biuro jest zamknięte od godziny i wszyscy poszli do domu. – Grace odwróciła się, by spojrzeć na Spen- cera, i uśmiechnęła się lekko. – Nikt nie przyjdzie. – Dziecinko, wiem, ale… – Wyjdziemy, kiedy skończę, nie wcześniej – wark- nęła Grace. Jej uśmiech zniknął. Pochyliła się nad biurkiem, by spojrzeć umierającemu ojcu w oczy o barwie jej własnych. – Ale to ci jeszcze nie wystarczy- ło, ty zachłanny, nieczuły sukinsynu. Musiałeś mieć więcej, więc ją też okradłeś i porzuciłeś jak niepo- trzebny śmieć, by ożenić się z inną. Lila, pomyślał Spencer. Jego trzecia żona była praw- dopodobnie jedyną osobą, która go kiedykolwiek ro- 8 Barbara McCauley zumiała. Równie ambitna jak on sam. Dobra żona i piękna kobieta. Dała mu syna i dwie córki. Tolero- wała jego przygody, łącznie z ostatnią, która zaowo- cowała narodzinami dziecka. Mały Jack. Syn, któremu Spencer nie będzie towa- rzyszył w dorastaniu. – Czas, żebyś za to wszystko zapłacił, ty sukinsynu. – Spencer słyszał głos Grace, jakby dobiegał z bardzo daleka. Do jego żył powoli przenikało zimno, a pole wi- dzenia przesłaniała ciemność. Jednocześnie przyszło zrozumienie, że Grace miała rację, że musi zapłacić za swoje czyny, i przez pamięć przemknęły mu wszyst- kie łajdactwa, jakich się dopuścił, twarze i obrazy… Tak wiele… pomyślał. Zbyt wiele. I wraz z ostatnim oddechem ogarnęła go zimna trwoga. Spencer Ashton zdążył sobie jeszcze uświa- domić, że przez całą wieczność będzie się smażył w piekle. ROZDZIAŁ PIERWSZY Powinien był przewidzieć, że to nastąpi. Trace wiedział oczywiście, że widziano ją w mieście. Słyszał jej imię szeptane za jego plecami przy niejed- nej okazji w ciągu ostatnich kilku dni, słyszał szemra- nie i widział przelotne spojrzenia rzucane w swoją stro- nę. Powrót Becki Marshall do Napa Valley był wodą na młyn plotkarzy, a poczta panto3 owa działała tak nieza- wodnie, jakby to był kwiecień, a nie grudzień. Trace zdawał sobie sprawę, że piwo, które przyjdzie mu wypić, będzie gorzkie. Wciąż nie był pewien, co przyciągnęło jego uwagę do nakrytego lnianym obrusem stolika w małej ka- fejce na głównej ulicy. Może burza ciemnokawowych włosów na białym gol(cid:30) e, który miała wówczas na so- bie, a może znajomy kształt wysokich kości policz- kowych i prostego nosa albo wdzięczny gest długich palców, kiedy zwracała się do drugiej osoby siedzącej już poza zasięgiem jego wzroku. Nie, to nie był żaden z tych powodów, pomyślał, patrząc na Beccę. Bo zanim zatrzymał się na chod- 10 Barbara McCauley niku, zanim spojrzał przez ulicę i zauważył ją przez okno kafejki, po prostu wiedział, że ona tam jest. To było tak pewne, jak zapach cynamonu i przypraw do- latujący z piekarni Katie, tak oczywiste jak obietni- ca deszczu w chłodnym wieczornym powietrzu. Tak właśnie odczuwał jej obecność. Uświadomił to sobie z uczuciem gniewu, który postarał się szybko stłumić. Wróciła czy nie, to bez znaczenia. To była przeszłość. Stara historia. W koń- cu oboje byli jeszcze wtedy bardzo młodzi. On zale- dwie skończył dwadzieścia jeden, ona dwadzieścia lat. Żartował z niej, że nie może się nawet legalnie napić, a ona z niego, że jest już stary. Po tym wszystkim, co się zdarzyło w ciągu kilku ostatnich miesięcy – morderstwie ojca, aresztowaniu przyrodniej siostry, która przyznała się do winy, za- targach rodzinnych – Bóg jeden wiedział, że rzeczy- wiście czuł się chwilami jak starzec. I do tego wszystkiego jeszcze powrót Becki. Trace stał pod czarną markizą zamkniętego sklepu z antykami wpatrzony w okno kafejki. Odkąd ostat- ni raz widział Beccę, minęło pięć lat. Łagodne światło kolorowych lampek bożonarodzeniowych rzucało na jej skórę eteryczną poświatę i rozświetlało duże, gęsto ocienione rzęsami oczy barwy złotobrązowego aksa- mitu, jak pamiętał. Miał tak wiele wspomnień z nią związanych. Pamiętał jej gardłowy śmiech, ciepło smukłego ciała, miodowy smak warg. Za żadną cenę 11 Smak teraz gorzki od zdrady. Lodowaty powiew wpadł mu pod skórzaną kurt- kę, ale nie mógł ugasić płomienia w jego wnętrzu. A przecież przyjechał do miasta zjeść obiad z siostrą, a nie błądzić po ścieżkach wspomnień sprzed lat. Obserwował uniesione w uśmiechu kąciki ust Be- cki i dołeczki, które pojawiły się na jej policzkach. Wychodzącą z kafejki w chłodną noc Beccę przywitał dźwięk dzwonków przy saniach i stukot końskich kopyt na asfalcie. Spojrzała na mijają- cą ją dorożkę i uśmiechnęła się do woźnicy, kie- dy w geście pozdrowienia dotknął ronda kapelusza. Siedząca w dorożce, opatulona w płaszcze i kapelu- sze para pomachała do niej, wykrzykując świątecz- ne pozdrowienie. Boże Narodzenie w Napa Valley zawsze było cza- sem magicznym. Migające lampki w każdym oknie wystawowym, animacja reniferów i Świętego Miko- łaja na dachu McIntye Hardware, gigantyczne ude- korowane drzewko w centrum Starego Miasta. Becca wciągnęła w płuca ostre nocne powietrze przesycone aromatem sośniny i dymu. Dobrze być w domu. Wsunęła dłonie do kieszeni płaszcza i powędrowała w dół głównej ulicy. Zauważyła, że w ciągu pięciu lat jej nieobecności nastąpiło kilka zmian. No cóż, zmian nie da się uniknąć. Można z nimi walczyć, można im 12 Barbara McCauley przeczyć lub od nich uciekać, ale choćby najbardziej się chciało, nie można ich zatrzymać. Życie to ciągłe zmiany. Dźwięki muzyki i dzwonków przyciągnęły Beccę przed wystawę małego sklepiku z upominkami. Za- trzymała się, żeby popatrzeć na tańczącego w wi- trynie bałwanka. Miał na sobie zdobiony, burgun- dowo-zielony błazeński kapelusz i potrząsał małym dzwoneczkiem do melodii „Jingle Bell Rock”. Przed wystawą wpatrzona w bałwanka stała mała, roześmia- na, rudowłosa dziewczynka. Na szczęście przynajmniej kilka rzeczy pozostało po dawnemu, pomyślała Becca, obserwując dziecko. Poczuła podobne podniecenie i radość. Odwróciła się i wpadła na mężczyznę, który wy- ciągnął ręce, chroniąc ją przed upadkiem. – Przepraszam… – Słowa zamarły jej na wargach. O dobry Boże! Pomimo panującego półmroku wiedziała, że jego oczy są zielone, a włosy piaskowe. Wiedziała, że nad lewą brwią ma dwuipółcentymetrową bliznę – pa- miątkę po wspinaczce na drzewo w wieku lat jedena- stu. Doskonale pamiętała zmarszczone brwi, zaciśnię- te usta i zmrużone oczy. – Cześć, Becco. Trace. Spodziewała się, że w Napa może dojść do spot- kania, ale nie przypuszczała, że tak po prostu wpad- Za żadną cenę 13 nie na niego na ulicy. Całymi tygodniami wyobrażała sobie ten moment i postanawiała, że zachowa spo- kój i opanowanie. Przygotowała starannie, co powie i w jaki sposób się uśmiechnie. Wypróbowała nawet odpowiedni ton głosu, zupełnie nieprzypominający słabego szeptu, który zdołała teraz z siebie wydobyć. – Trace – wykrztusiła z trudem. Wciąż ją podtrzymywał, a ona walczyła z ogarniają- cą ją paniką. Pomimo ciepłego płaszcza i warstwy ubra- nia czuła jego ciepło. Walące serce rozsadzało jej klatkę piersiową, a jego łomot odbijał się echem w głowie. Za- bawne, a wyobrażała sobie, że jest doskonale przygoto- wana do spotkania z byłym kochankiem. Ależ byłam głupia i naiwna, pomyślała. W końcu opuścił ręce i cofnął się o krok, a ona za- czerpnęła tak potrzebnego powietrza. – Przepraszam – wydusiła z siebie. – Nie zauważy- łam cię. – Słyszałem, że wróciłaś. W obawie, że zauważy, jak bardzo drżą jej ręce, wcisnęła je głęboko w kieszenie płaszcza. – Przygotowuję projekt dla Ivy Glen Cellars. – To też słyszałem. – Och. – Właściwie nie powinna się dziwić. Właś- ciciele winnic w Napa stanowili ściśle zamknięty klan. Była tylko ciekawa, co jeszcze słyszał i jak wiele z tego było prawdą. – Co u ciebie? – Jak banalnie i śmiesznie zabrzmia- 14 Barbara McCauley ło to pytanie, pomyślała Becca, ale co innego mogłaby w tym momencie powiedzieć? – Dobrze, a u ciebie? – W porządku. – Kawał czasu, prawda, Becco? Pięć lat. Omal nie powiedziała tego na głos, ale skinęła tylko głową. Zauważyła delikatne zmarszcz- ki w kącikach jego oczu, mocny, kwadratowy zarys szczęki, zaciśnięte usta. Zaskoczyło ją, jak bardzo mijające lata dodały jego przystojnej twarzy wyrazu dojrzałości. Kiedyś oczarował ją chłopięcym wdzię- kiem i kpiącym uśmiechem, ale w mężczyźnie, jakim się stał, nie dostrzegała zapamiętanych dawno temu cech. Napotkała jego wzrok i przeszedł ją dreszcz. To jedno się nie zmieniło, pomyślała z rozpaczą. Nadal przyprawiał ją o drżenie kolan, galopujące tętno i nie- utuloną tęsknotę. Widziała przejeżdżające samochody i słyszała dzwo- neczek w witrynie sklepu z pamiątkami, ale dźwięki i obrazy docierały do niej jakby z bardzo daleka. W centrum jej odczuwania znajdował się Trace. Wszystkimi zmysłami chłonęła każdy znajomy szcze- gół: szerokie bary, ciemne łuki brwi, lekko garbaty nos. Pięć lat temu ze śmiechem rzuciłaby mu się w ra- miona i ucałowała go z rozmachem. A on roześmiał- by się, oddał jej całusa i szepnął do ucha coś lubieżne- go, aż oblałaby się rumieńcem.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Za żadną cenę
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: