Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00192 006356 11244639 na godz. na dobę w sumie
Zabawa w Boga - ebook/pdf R
Zabawa w Boga - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Genius Creations Język publikacji: polski
ISBN: 9788393124039 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Idziemy naprzód. Wyrywamy ludzi śmierci, przekształcamy środowiska, przekraczamy kolejne granice. To naturalne, że w którymś momencie - dla licznych ten moment już nastąpił - przekroczymy granice tego co ludzkie i wejdziemy w strefę, która powinna być zarezerwowana dla wyższych bytów. To śliska granica - i dlatego tak atrakcyjna dla pisarza. Wielu rozważało, co może się stać z człowiekiem, który posiądzie potęgę równą bogom.


Tego samego zadania podjęli się autorzy opowiadań zawartych w tej antologii. Czy potęga zmienia? Jak bardzo? Przed jakimi wyborami można stanąć mając - zdaje się - nieograniczone możliwości? I czy w tym momencie nie zatęskni się do dawniejszych, prostszych czasów? - Michał Cholewa, autor cyklu Algorytm Wojny, laureat Nagrody im. Janusza A. Zajdla


 -


Antologie, parafrazując klasyka, są jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiadomo, co Ci się trafi. Tym większa to niewiadoma, jeśli twórcą każdej pralinki jest inny artysta. Powiem jedno, wsunęłam wszystkie słodkości jedna po drugiej i wśród twórców wielu smakowitych kąsków dostrzegłam kilku z zadatkami na mistrzów kuchni. Rewolucji żołądkowych nie przewiduję, przytyć nie przytyję, najadłam się emocji i jest mi dobrze.


Dziękuję za strawę dla duszy, polecam, Mag… to znaczy Marta Krajewska. Autorka dwukrotnie nominowana do Nagrody im. Janusza A. Zajdla (Idź i czekaj mrozów; Daję życie, biorę śmierć)

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

mcagnes.blogspot.com Dowolnik: "Zabawa w Boga" antologia Śląskiego Klubu Fantastyki

Darmowy fragment publikacji:

ZA​BA​WA W BOGAAn​to​lo​gia Sek​cji Li​te​rac​kiej Ślą​skie​go Klu​bu Fan​ta​sty​kiŚlą​ski Klub Fan​ta​sty​kiKa​to​wi​ce 2017ZA​BA​WA W BOGA – An​to​lo​gia Sek​cji Li​te​rac​kiej Ślą​skie​go Klu​bu Fan​ta​sty​ki © 2017 Ślą​ski Klub Fan​ta​sty​kiRe​dak​cja i ko​rek​ta:Ali​cja Tem​pło​wiczAnna Askal​do​wiczAnna Kań​tochKrzysz​tof Wój​ci​kie​wiczTłu​ma​cze​nie i re​dak​cja opo​wia​dań Ben​ja​mi​na Ro​sen​bau​ma:Mag​da​le​na Graj​car i Piotr Za​wa​daTek​sty Ben​ja​mi​na Ro​sen​bau​ma „Po​ma​rań​cza” oraz „Przyj​mu​ją​cy Nowe” zo​sta​ły prze​tłu​ma​czo​nei opu​bli​ko​wa​ne za zgo​dą au​to​ra. Ory​gi​na​ły znaj​du​ją się na jego ofi​cjal​nej stro​nie: http://www.ben​ja​‐min​ro​sen​baum.com.Ilu​stra​cje:Ali​cja Tem​pło​wiczOkład​ka:Ga​brie​la Pa​lic​kaSkład i ła​ma​nie:Mi​chał Da​ga​jewWy​daw​ca:Ślą​ski Klub Fan​ta​sty​kiul. A. Gór​ni​ka 540-133 Ka​to​wi​ce (Ko​szut​ka)Wszyst​kie pra​wa za​strze​żo​ne. Żad​na część ni​niej​szej książ​ki nie może być po​wie​la​na ani roz​po​wszech​‐nia​na w ja​kiej​kol​wiek for​mie i w ja​ki​kol​wiek spo​sób (elek​tro​nicz​ny, me​cha​nicz​ny), włącz​nie z fo​to​ko​‐pio​wa​niem, na​gry​wa​niem na ta​śmy lub przy uży​ciu in​nych sys​te​mów bez pi​sem​nej zgo​dy wy​daw​cy. Anna Kań​tochWSTĘPZa​sta​na​wia​łam się, od cze​go za​cząć i wy​szło mi, że chy​ba po​win​nam od po​‐cząt​ku.A więc sek​cja li​te​rac​ka ist​nie​je od kil​ku​na​stu lat… Nie, nie bój​cie, nie za​‐mie​rzam tu opo​wia​dać ca​łej na​szej hi​sto​rii, chcę tyl​ko zwró​cić uwa​gę,że dzia​ła​my już od dłuż​sze​go cza​su, bo od roku 2005. Prze​wi​nę​ło się przezsek​cję kil​ku​dzie​się​ciu aspi​ru​ją​cych pi​sa​rzy i pi​sa​rek, część zo​sta​ła z nami,część po​szła wła​sną dro​gą, zna​leź​li się też tacy, któ​rych książ​ki tra​fi​ły na pół​‐ki księ​garń – a za​słu​ga w tym nie tyl​ko do​brze pi​szą​cych au​to​rów, ale też po​‐nie​kąd i sek​cji wła​śnie. Cóż, nie chwa​ląc się, gdy​by pew​ne​go dnia przy​pad​‐kiem nie wpadł do nas pe​wien mło​dy czło​wiek, Mi​chał Cho​le​wa, pol​ska fan​‐ta​sty​ka by​ła​by dziś uboż​sza o na​gro​dzo​ną Zaj​dlem „For​tę”, nie mó​wiąc jużo ca​łym świet​nym cy​klu „Al​go​ryt​my woj​ny”.Mamy w tej chwi​li w sek​cji sze​ścio​ro au​to​rów, któ​rzy wy​da​li już książ​ki,i kil​ku​na​stu ta​kich, któ​rych opo​wia​da​nia zna​cie z Esen​sji, Smo​ko​po​li​ta​na,No​wej Fan​ta​sty​ki czy Szor​ta​la – a pa​trząc na tek​sty, któ​re prze​wi​ja​ją sięprzez fo​rum, za​rów​no jed​nych jak i dru​gich wkrót​ce bę​dzie jesz​cze wię​cej.Mamy…Ow​szem, wła​ści​wie to pró​bu​ję na​pi​sać, że je​ste​śmy wspa​nia​li.A bar​dziej po​waż​nie – po pro​stu uzna​li​śmy, że to pora, by wy​pły​nąćna sze​ro​kie wody i po​ka​zać się jako gru​pa. Stąd ta an​to​lo​gia, za​wie​ra​ją​cadwa​na​ście naj​lep​szych opo​wia​dań, wy​ło​nio​nych w dro​dze kon​kur​su. Opo​‐wia​dań, moim zda​niem, cie​ka​wych, nie​ba​nal​nych, po​ka​zu​ją​cych, jak bar​dzoróż​nie pod​cho​dzi​my do te​ma​tu „Za​ba​wa w Boga”, a jed​no​cze​śnie jak do​brzenasi au​to​rzy po​tra​fią pi​sać. Zresz​tą sprawdź​cie sami i je​śli an​to​lo​gia się Wamspodo​ba, po​leć​cie ją zna​jo​mym.A na de​ser do​rzu​ci​li​śmy dwa tek​sty wie​lo​krot​nie na​gra​dza​ne​go Ben​ja​mi​naRo​sen​bau​ma – war​to spraw​dzić, jak na tle za​gra​nicz​ne​go pi​sa​rza wy​pa​da​jąsek​cyj​ni au​to​rzy. Anna Kań​toch Ben​ja​min Ro​sen​baum – ame​ry​kań​ski au​tor opo​wia​dań SF i fan​ta​sy. Jego tek​sty były no​mi​no​‐wa​ne do Hugo, Ne​bu​li (za opo​wia​da​nie „Przyj​mu​ją​cy Nowe”), The​odo​re Stur​ge​on Award,World Fan​ta​sy Award i BSFA Award. Z wy​kształ​ce​nia jest in​for​ma​ty​kiem, pro​jek​to​wał opro​‐gra​mo​wa​nie dla ame​ry​kań​skie​go rzą​du. Jest jed​nym z za​ło​ży​cie​li Di​gi​tal Ad​dic​tion (fir​my, któ​rastwo​rzy​ła grę on​li​ne Sanc​tum). Obec​nie miesz​ka w Wa​szyng​to​nie z żoną i dwój​ką dzie​ci. Ben​ja​min Ro​sen​baumPRZYJ​MU​JĄ​CY NOWEPrze​ło​ży​ła Mag​da​le​na Graj​car Słoń​ce pra​ży​ło, wóz skrzy​piał i trząsł. Vru przy​kuc​nął bli​sko bal​da​chi​muswe​go pana. Fu​tro ocie​ka​ło mu po​tem. Jego Ghen​nun​gi peł​za​ły po​śród wło​‐sów w po​szu​ki​wa​niu cie​nia. Za każ​dym ra​zem, gdy je​den z nich od​ry​wał sięod skó​ry, Vru czuł na​głą utra​tę wspo​mnień, jak​by wy​rwa​no mu koń​czy​nę.Nie po raz pierw​szy Vru zmu​szo​ny był roz​trzą​sać swo​je ubó​stwo. Miał za​‐le​d​wie pięć Ghen​nun​gów. Trzy były z nim od uro​dze​nia, jed​ne​go no​sił wcze​‐śniej jego oj​ciec, a naj​star​sze​go tak​że dzia​dek. Raz je​den, gdy oby​dwa star​szeGhen​nun​gi ode​rwa​ły od nie​go kły, by prze​mie​ścić się po jego brzu​chu,na chwi​lę znik​nę​ło sześć​dzie​siąt lat wspo​mnień – pra​cy z ka​mie​niem, upra​‐wia​nia mi​ło​ści z bab​ką i mat​ką, zmar​twień o ter​mi​no​wa​nie i po​je​dyn​ków.Do​świad​czył wte​dy dziw​ne​go, przy​pra​wia​ją​ce​go o za​wrót gło​wy uczu​cia,że zna za​le​d​wie dwa​dzie​ścia lat ży​cia swo​je​go wła​sne​go cia​ła.– Plu​ga​wy dzień – rzekł Khan​cri​te​rqu​ee. Wie​ko​wy rzeź​biarz bo​gów, spo​‐czy​wa​ją​cy bez​ład​nie na ster​cie fu​ter pod bal​da​chi​mem, przy​wo​łał go ge​stempa​zu​ra. – Plu​ga​we słoń​ce. Chłop​cze! W kar​ma​zy​no​wej flasz​ce jest chło​dzą​cyole​jek. Roz​sma​ruj mi go tro​chę, ale uwa​żaj, żeby ani odro​bi​ny nie roz​lać.Vru od​na​lazł ole​jek i roz​sma​ro​wał go po przed​wiecz​nej skó​rze swo​je​gopana. Khan​cri​te​rqu​ee był roz​dę​ty, a po​śród fu​tra prze​świ​ty​wa​ły mu wy​ły​sia​łeplac​ki. Śmier​dział jak gni​ją​ce w słoń​cu mar​twe be​stie. Chwyt​ne ręce Vruwzdra​ga​ły się przed do​ty​kiem. Pan umie​rał, a kie​dy umrze, wraz z nim znik​‐nie pew​ność Vru co do swo​je​go miej​sca na zie​mi.Na skó​rza​nych rze​my​kach wo​kół szyi Khan​cri​te​rqu​ee i Vru no​si​li Roz​‐kosz​nie Pięk​ną – pulch​ną, gład​ką i ro​ze​śmia​ną – bo​gi​nię z dwu​dzie​sto​masied​mio​ma Ghen​nun​ga​mi tań​czą​cy​mi na jej cie​le, wy​rzeź​bio​ną w twar​dym,sza​rym ka​mie​niu. To Khan​cri​te​rqu​ee wy​ko​nał obie ko​pie. Ja​kie to dziw​ne,że bo​gi​ni pięk​na zde​cy​do​wa​ła dać się stwo​rzyć tak brzyd​kie​mu i na​puch​nię​‐te​mu ciel​sku!Khan​cri​te​rqu​ee otwo​rzył prze​krwio​ne oczy.– Nie je​steś rzeź​bia​rzem bo​gów – za​chry​piał.Vru trwał nie​ru​cho​mo. Co zro​bił źle? Pan był próż​ny – czyż​by do​strzegł jego obrzy​dze​nie? Czy Khan​cri​te​rqu​ee ode​śle go w hań​bie z po​wro​temdo domu jego ojca, do za​ga​nia​nia świ​niow​ców, gdzie ni​g​dy się nie oże​ni,a kie​dy jego cia​ło sta​nie się już nie​do​łęż​ne, bę​dzie mu​siał po​szu​kać ja​kie​gośsio​strzeń​ca, któ​ry z li​to​ści przyj​mie kil​ka jego wspo​mnień?– Czy wiesz, dla​cze​go za​gar​nę​li​śmy te te​re​ny? – za​py​tał pan. Od​su​wa​jącko​ta​rę, wska​zał na ja​ło​we, czer​wo​ne gra​nie, wi​docz​ne wo​kół nich za bur​tąwozu.– Po​ko​na​li​śmy Bez​boż​nych w bi​twie, po​nie​waż sprzy​ja​ją nam bo​go​wie,mój pa​nie – wy​re​cy​to​wał Vru.Khan​cri​te​rqu​ee par​sk​nął.– To nie tak, że bo​go​wie nam sprzy​ja​ją. To my sprzy​ja​my im.Vru nie zro​zu​miał. Po​chy​lił się za​tem, by roz​ma​so​wać cia​ło pana. Khan​‐cri​te​rqu​ee ode​pchnął jego chwyt​ne ręce pa​zu​rem i usiadł, dy​sząc. Wpa​try​wałsię we Vru ze wstrę​tem.Vru uświa​do​mił so​bie, że stu​ka o sie​bie pa​zu​ra​mi, więc zmu​sił się,by prze​stać. Pan go ob​ser​wo​wał – za​pa​mię​tu​jąc każ​de wzdry​gnię​cie Vruw Ghen​nun​gach, któ​re nie​ba​wem no​sić będą cze​lad​ni​cy.Vru wy​pro​sto​wał się.– Pa​nie, jest coś, cze​go ni​g​dy nie zro​zu​mia​łem.Oczy Khan​cri​te​rqu​ee’ego roz​bły​sły za​in​te​re​so​wa​niem, czy może po​dejrz​li​‐wo​ścią.– Jak Bez​boż​ni mogą na​praw​dę być bez​boż​ni?Pan za​sę​pił się.– Mam na my​śli… Jak ktoś bez żad​ne​go boga może nie po​paść w sza​leń​‐stwo, przyj​mu​jąc nowe Ghen​nun​gi? – Vru pa​mię​tał dzień, w któ​rym przy​jąłRoz​kosz​nie Pięk​ną jako swo​ją bo​gi​nię, cel swo​je​go ży​cia i od​da​nia. Kie​dyme​dy​cy de​li​kat​nie od​dzie​la​li Ghen​nun​gi od sty​gną​cych zwłok ojca w wiel​‐kiej sali po​ni​żej, on chciał kur​czo​wo trzy​mać się dzie​ciń​stwa, po​cze​kać z wy​‐bo​rem boga. Ka​płan udzie​lił mu jed​nak su​ro​we​go po​ucze​nia – po​nie​waż bezboga oso​ba jest je​dy​nie zmien​nym zbio​rem wspo​mnień. Lo​jal​ność, pra​gnie​‐nia i prze​ko​na​nia po​szcze​gól​nych jego Ghen​nun​gów wal​czy​ły​by ze sobą,a on sam mio​tał​by się ni​czym łód​ka pod​czas stu​let​nie​go sztor​mu.– Och, mój uczeń jest am​bit​ny – wy​szep​tał Khan​cri​te​rqu​ee. – Pan jest sta​‐ry i sła​by. Może to uczeń po​wi​nien uczest​ni​czyć w moim imie​niu w wy​so​kiejra​dzie wo​jen​nej. Może po​wi​nien po​znać ta​jem​ni​ce na​szej woj​ny prze​ciw​koBez​boż​nym… – Pa​nie, nie mia​łem na my​śli…– Bez​boż​ni nie wy​mie​nia​ją się Ghen​nun​ga​mi – rzekł Khan​cri​te​rqu​ee.– Co?– Może ro​bią to, gdy są bar​dzo mło​dzi – stwier​dził Khan​cri​te​rqu​ee, ma​‐cha​jąc chwyt​ny​mi rę​ka​mi – albo wy​mie​nia​ją się kon​kret​ny​mi umie​jęt​no​ścia​‐mi, bez in​nych wspo​mnień, uży​wa​jąc do tego Ghen​nun​gów oka​le​czo​nychw ja​kiś spo​sób. Nie je​ste​śmy pew​ni. Ale zwy​kle, kie​dy umie​ra​ją – za​milkł,ob​ser​wu​jąc re​ak​cję Vru – ich Ghen​nun​gi zo​sta​ją znisz​czo​ne. Wła​śnie dla​te​gowy​gry​wa​my bi​twy. Ich naj​lep​szy żoł​nierz jest za​le​d​wie tak sta​ry jak jego cia​‐ło.Vru na​gle po​czuł, że robi mu się nie​do​brze. Gorz​kie, pie​ką​ce pły​ny z jegożo​łąd​ka prze​la​ły mu się do gar​dła. Bez​boż​ni ce​lo​wo mor​do​wa​li się, gdyumie​ra​ły ich cia​ła!– A te​raz po​wiem ci, dla​cze​go nie je​steś rzeź​bia​rzem bo​gów, je​śli mój am​‐bit​ny uczeń ma czas po​słu​chać – oznaj​mił Khan​cri​te​rqu​ee. Po​stu​kał pa​zu​remw Roz​kosz​nie Pięk​ną na szyi Vru. – Rzeź​bie​nie ko​pii, by lu​dzie nie za​po​‐mnie​li swo​ich bo​gów i za​cho​wa​li zdro​we zmy​sły, nic nie zna​czy. Czas, byśwy​rzeź​bił no​we​go boga, tak jak ja wy​rzeź​bi​łem Nie​ustra​sze​nie Spra​wie​dli​‐we​go, a mój dziad Roz​kosz​nie Pięk​ną. – Na po​wrót opadł na fu​tra i za​mknąłoczy. – Mo​nu​ment zo​sta​nie od​sło​nię​ty na Fe​sti​wa​lu Hrsh. Uży​jesz tego no​‐we​go, zie​lo​ne​go ka​mie​nia.Vru w mil​cze​niu ob​ser​wo​wał, jak jego pan śpi. Sły​szał bi​cie wła​sne​go ser​‐ca.Ża​den z cze​lad​ni​ków Khan​cri​te​rqu​ee’ego nie otrzy​mał po​zwo​le​niana stwo​rze​nie boga, na​wet Turm​ca. Cze​mu miał​by po​zwo​lić na to ucznio​wi?By za​wsty​dzić i za​kpić z cze​lad​ni​ków – by uka​rać ich za nie​cier​pli​we wy​cze​‐ki​wa​nie na jego śmierć? Czy też pan uznał, że Vru ma tak wiel​ki ta​lent?***Odar​ci pra​co​wa​li w no​wych ko​pal​niach, wy​ci​na​jąc ze ścia​ny kli​fu zie​lo​nyka​mień. Fu​tro ogo​lo​no im z po​wo​du go​rą​ca. Wie​lu z nich mia​ło za​krwa​wio​‐ne, uszko​dzo​ne na ka​mie​niu pa​zu​ry. Vru pró​bo​wał od​wró​cić wzrok. Rzad​kowi​dy​wał tak wie​lu Odar​tych na​raz. Ich cia​ła były umię​śnio​ne, sil​ne… i po​‐zba​wio​ne Ghen​nun​gów. To było po​twor​ne, a jed​nak coś w tych pu​stych prze​‐strze​niach skó​ry prze​ma​wia​ło do nie​go, ni​czym po​łać nie​na​ru​szo​ne​go śnie​gu.Zie​lo​ny ka​mień błysz​czał w oto​cze​niu sza​rej ska​ły. Khan​cri​te​rqu​ee cały dzień wrzesz​czał na za​rząd​ców. Po co uży​wać tych zi​dio​cia​łych Odar​tych?Ro​zu​mie​li wy​star​cza​ją​co wie​le, by byli przy​dat​ni w star​szych ko​pal​niach,przy zwy​kłym, sza​rym ka​mie​niu. Ale ten cu​dow​ny, nowy, zie​lo​ny ka​mień,w któ​rym bę​dzie moż​na wy​rzeź​bić tak wie​le szcze​gó​łów – ka​mień ide​al​nydla bo​gów, wy​rwa​ny Bez​boż​nym – był trud​ny do wy​do​by​cia, a oni nie byliw sta​nie się tego na​uczyć. Jak do​tąd znisz​czy​li każ​dy więk​szy ka​wa​łek.– Są bez​u​ży​tecz​ni! Bez​u​ży​tecz​ni! – krzy​czał na za​rząd​cę Khan​cri​te​rqu​ee.– Dla​cze​go nie spro​wa​dzisz praw​dzi​wych lu​dzi?– To wy​do​by​wa​nie ka​mie​nia – od​po​wie​dział upar​cie za​rząd​ca. – Praw​dzi​‐wi lu​dzie tego nie zro​bią, o świę​to​bli​wy.– Vru! Bez​u​ży​tecz​ny chłop​cze! Ty też sto​isz jak ja​kiś Odar​ty! – W oczachpana po​bły​ski​wa​ła nie​na​wiść. – Przy​pro​wadź mi tam​te​go – rzekł, wska​zu​jącna wiel​kie​go Odar​te​go, ry​ją​ce​go mo​no​ton​nie w po​bli​skim ka​mie​niu, każ​dymude​rze​niem pa​zu​rów roz​łu​pu​ją​ce​go na dwo​je dro​go​cen​ne ka​wał​ki krusz​cu.Vru przy​pro​wa​dził go do pana. Odar​ty był ule​gły – wy​star​czy​ło tyl​ko do​‐tknąć pa​zu​ra​mi jego dziw​nej, go​łej skó​ry. Idąc, nie​co dy​szał. Pa​zu​ry miał po​‐szar​pa​ne i wy​glą​dał na głod​ne​go. Vru pra​gnął ob​jąć jego moc​ne cia​ło chwyt​‐ny​mi rę​ka​mi, wy​szep​tać mu do ucha uspo​ka​ja​ją​ce sło​wa – i pró​bo​wał igno​ro​‐wać te sza​lo​ne, głu​pie my​śli.– Po​chyl tu jego gło​wę – za​chry​piał Khan​cri​te​rqu​ee.Vru po​pchnął Odar​te​go w dół, by ten uklęk​nął obok jego pana. Czy panmiał za​miar coś mu wy​szep​tać? Jak to mia​ło po​móc?Za​rząd​ca stał nie​da​le​ko, ze zło​ści prze​stę​pu​jąc z nogi na nogę, a Khan​cri​‐te​rqu​ee prze​su​nął swy​mi wie​ko​wy​mi pa​zu​ra​mi po mięk​kim mesz​ku na szyiOdar​te​go. Ten w od​po​wie​dzi spoj​rzał z po​wa​gą i stra​chem. Khan​cri​te​rqu​eeza​ci​snął pa​zu​ry, z wy​sił​kiem i stę​ka​niem prze​bi​ja​jąc nimi skó​rę. Odar​tyszarp​nął się, za​drżał i wy​dał z sie​bie przej​mu​ją​cy krzyk. Za​rząd​ca z prze​kleń​‐stwem rzu​cił się do przo​du. A po​tem roz​legł się trzask i gło​wa Odar​te​go sto​‐czy​ła się z cia​ła, ono zaś osu​nę​ło się na zie​mię. Na Khan​cri​te​rqu​ee’ego try​‐snę​ła krew.– Osza​la​łeś? – wrza​snął za​rząd​ca, za​po​mi​na​jąc się. Chwi​lę póź​niej na jegoob​li​cze wy​pły​nę​ła zgro​za, a on sam padł na zie​mię, za​nu​rza​jąc twarz w pyle.– Uświę​co​ny, bła​gam… – za​ję​czał.Pan za​chi​cho​tał, za​pew​ne za​do​wo​lo​ny, że jego sta​re pa​zu​ry na​dal po​tra​fiąnieść śmierć. Za​stu​kał nimi o sie​bie. Krew była czar​na.– Spro​wadź do pra​cy w tej ko​pal​ni praw​dzi​wych lu​dzi – rzekł z nie​za​do​‐ wo​le​niem. – Te obrzy​dli​stwa do ni​cze​go się nie na​da​ją.Vru zwy​mio​to​wał w pył.– Na twój mo​nu​ment po​trze​bu​jesz ka​mie​nia w ca​ło​ści! – oznaj​mił pan. – Głu​pi chło​pak. A te​raz mnie oczyść.***Zie​lo​ny ka​mień sta​no​wił cud. Pew​ne​go spo​koj​ne​go, błę​kit​ne​go dnia mie​siącpóź​niej, po​śród kłę​bów mgły peł​zną​cych przy zie​mi i ula​tu​ją​cych w nie​bo,Vru sta​nął w wy​ro​bi​sku do rzeź​bie​nia w sie​dli​sku Khan​cri​te​rqu​ee’ego, na​‐prze​ciw mo​no​li​tu z ko​pal​ni. Rzeź​bie​nie w nim było ni​czym sen o po​tę​dze.Ka​mień śpie​wał mu pod pa​zu​ra​mi oraz mło​tem i pil​ni​kiem w jego chwyt​nychrę​kach.Przez ostat​nie ty​go​dnie Vru wra​cał do sali sy​pial​nej je​dy​nie na wie​czor​nypo​si​łek i sen. Ta pra​ca bar​dzo róż​ni​ła się od wy​ko​ny​wa​nia ko​pii bo​gów.Khan​cri​te​rqu​ee miał ra​cję – do​tąd Vru nie był rzeź​bia​rzem bo​gów, a je​dy​nieko​pi​stą. Te​raz pod jego pa​zu​ra​mi na​bie​rał kształ​tu nowy bóg.Gdy Vru na nie​go spoj​rzał, po​czuł się, jak​by po​sia​dał ty​siąc Ghen​nun​gówo wspo​mnie​niach tak sta​rych jak Ghen​nun​gi Wy​rocz​ni. On sam, dzie​wią​tysyn bied​ne​go bu​dow​ni​cze​go zam​ków, ni​g​dy nie od​wa​żył​by się wy​ko​nać cze​‐goś tak szo​ku​ją​co praw​dzi​we​go. Był pe​wien, że to ja​kieś bó​stwo dzia​ła po​‐przez nie​go, choć nie była to Roz​kosz​nie Pięk​na, ale nowy bóg, któ​re​go znałtyl​ko on, któ​ry ko​rzy​stał z jego pa​zu​rów, by po​móc so​bie na​ro​dzić się z zie​‐lo​ne​go ka​mie​nia.Vru zde​cy​do​wał, że bóg ten nosi mia​no Przyj​mu​ją​cy Nowe. Był to cu​dow​‐ny i strasz​ny po​sąg. Przed​sta​wiał oso​bę po​zba​wio​ną Ghen​nun​gów jak je​denz Odar​tych albo wy​gna​ny prze​stęp​ca, po​chy​la​ją​cą się, by de​li​kat​nie i z czu​ło​‐ścią do​tknąć pa​zu​rem Ghen​nun​ga na zie​mi. Vru wie​dział, że w ko​lej​nejchwi​li oso​ba unie​sie Ghen​nun​ga swy​mi chwyt​ny​mi rę​ko​ma i przy​ci​śniego do pier​si. Na​stęp​nie Ghen​nung za​to​pi kły, od​naj​du​jąc żyły i ner​wy. Słod​‐ka masa wspo​mnień od​ci​śnie się na świa​do​mo​ści oso​by: pierw​sze my​śli,nowa toż​sa​mość.Vru spoj​rzał w dół na swe chwyt​ne ręce. Drża​ły. Nie czuł się zmę​czo​ny.Chciał śpie​wać. Nie od​po​czy​wał jed​nak od dwu​dzie​stu dzie​wię​ciu go​dzin.Nie mógł po​zwo​lić so​bie na po​mył​kę.Za​krył boga płach​tą i ru​szył ścież​ką do sali sy​pial​nej. Kie​dy wy​cho​dziłz wy​ro​bi​ska do rzeź​bie​nia, uścisk boga ze​lżał, a w jego koń​czy​ny wla​ło się zmę​cze​nie. Le​d​wie miał siłę unieść pa​zu​ry.Cień prze​mknął przed nim, kie​dy prze​cho​dził przez pu​sty, wio​sen​ny pa​wi​‐lon. Za​trzy​mał się. W ciem​no​ści sły​szał nie​rów​ny od​dech.– Kto tam jest? – za​py​tał.Cze​lad​nik Turm​ca wy​szedł na świa​tło dzien​ne.Vru roz​luź​nił się.– Prze​stra​szy​łeś mnie, Turm​ca! – oznaj​mił. Już wy​ma​wia​jąc te sło​wa za​‐uwa​żył, że Turm​ca nie no​sił na szyi Roz​kosz​nie Pięk​nej, tyl​ko Nie​ustra​sze​‐nie Spra​wie​dli​we​go, boga-żoł​nie​rza. – Dla​cze​go…?Cze​lad​nik zro​bił nie​pew​ny krok w jego stro​nę. Jego oczy były dziw​nie pu​‐ste. Może był pi​ja​ny?– Jak leci, Vru? – za​py​tał. – Jak tam two​ja pra​ca? – Za​kle​ko​tał o sie​bie pa​‐zu​ra​mi i wzdry​gnął się, jak​by za​sko​czo​ny swo​im wła​snym ge​stem.– Do​brze się czu​jesz, Turm​ca? – za​py​tał Vru, ro​biąc krok w tył.– Miło, że py​tasz – od​rzekł Turm​ca, ru​sza​jąc chwiej​nie do przo​du. Vru co​‐fał się przez pla​cyk pa​wi​lo​nu. Turm​ca był od nie​go mniej​szy, ale za to do​‐brze od​ży​wio​ny, o mię​śniach ukształ​to​wa​nych la​ta​mi rzeź​bie​nia bo​gów.– Chciał​bym cię o coś za​py​tać – ode​zwał się Vru. – Turm​ca, kie​dy pan…odej​dzie, czy roz​wa​żył​byś przy​ję​cie mnie? Był​bym wdzięcz​ny, gdy​byś…Turm​ca wy​buch​nął gło​śnym, hi​ste​rycz​nym śmie​chem. Po​chy​lił się i uniósłpa​zu​ry do oczu, a jego cia​łem wstrzą​snę​ły drgaw​ki. Po​tem spoj​rzał na Vru.– Wszyst​kie tra​fią do cie​bie – po​wie​dział.Vru za​mru​gał.– Khan​cri​te​rqu​ee po​wie​dział tak Panu Sin​ge​ro​wi. Pod​słu​cha​łem ich. Bę​‐dziesz no​sił wszyst​kie jego Ghen​nun​gi. Nie chce, by jego wspo​mnie​nia osła​‐bły przez roz​dzie​le​nie ich po​mię​dzy cze​lad​ni​ków, a przy​naj​mniej, we​dle jegosłów, nie tego chce Roz​kosz​nie Pięk​na.– Turm​ca, to sza​leń​stwo. Nie mam ta​len​tu…Turm​ca roz​warł pa​zu​ry. Świe​żo wy​czysz​czo​ne i na​ostrzo​ne, bły​snę​ły wy​‐raź​nie.– Ta​len​tu! Ty głup​cze! Nie wy​brał cię dla two​je​go ta​len​tu! Wy​brał cięz po​wo​du two​ich le​d​wie pię​ciu Ghen​nun​gów i sła​bej, ule​głej na​tu​ry. Chceda​lej trwać jako on sam! Two​je wspo​mnie​nia nie spra​wią mu żad​nych trud​‐no​ści!Turm​ca wy​su​nął do tyłu pra​wą sto​pę, chwyt​ne ręce uniósł, by osło​nićGhen​nun​gi na swo​jej pier​si. Vru wi​dział już taką po​sta​wę, gdy jego brat, Vi​‐ ru​arg, ćwi​czył musz​trę. Była to po​sta​wa żoł​nie​rza.– Turm​ca…Vru rzu​cił się w tył, kie​dy Turm​ca za​ata​ko​wał, ale zro​bił to za wol​no – czub​ki pa​zu​rów roz​dar​ły mu bok. Vru nie brał udzia​łu w wal​ce od cza​su,gdy był dziec​kiem, kie​dy grał w thak​kę na piasz​czy​stym po​let​ku. Po​chy​lił sięni​sko i za​szar​żo​wał do przo​du, uwa​ża​jąc na pa​zu​ry wro​ga i pró​bu​jąc ude​rzyćgo ca​łym cia​łem. Turm​ca zro​bił jed​nak unik, a jego chwyt​ne ręce wy​strze​li​ły,by się​gnąć uszu prze​ciw​ni​ka. Pod Vru ugię​ły się nogi i padł na zie​mię za​la​nybó​lem.Turm​ca nie wal​czył jak ama​tor. Mu​siał po​ży​czyć albo wy​na​jąć Ghen​nun​giod żoł​nie​rza. Nie był też pi​ja​ny. Jego szkli​sty wzrok na​le​żał do ko​goś, kto niepo​łą​czył w jed​no swych Ghen​nun​gów i to​czył woj​nę w głę​bi du​szy. Dla jegopra​gnie​nia za​bi​cia Vru wy​star​czy​ło i tyle zjed​no​cze​nia.– Wsta​waj, Vru – za​war​czał Turm​ca gło​sem żoł​nie​rza, gło​sem wy​znaw​cyNie​ustra​sze​nie Spra​wie​dli​we​go, któ​ry chciał za​bić z ho​no​rem. A po​tem ode​‐zwał się ła​god​niej, jak cze​lad​nik in​stru​ują​cy mło​de​go ucznia: – Zro​bięto szyb​ko.Vru czuł, jak w jego mię​śniach śpie​wa wszech​ogar​nia​ją​ce wy​czer​pa​nie.Wie​dział, że je​śli za​wo​ła o po​moc, Turm​ca za​bi​je go i od​da​li się, za​nim ja​ka​‐kol​wiek na​dej​dzie. Sły​szał ostroż​ne kro​ki, gdy ten, szu​ra​jąc, zbli​żał siędo miej​sca, gdzie Vru le​żał na pia​sku. Bo​gi​ni, po​móż mi, mo​dlił się.Ale to nie Roz​kosz​nie Pięk​na mu po​mo​gła. To mu​siał być ten nowy bóg,któ​ry pra​gnął zo​stać wy​rzeź​bio​ny – Przyj​mu​ją​cy Nowe. Bo​wiem zro​bił coś,cze​go Vru nie zro​bił​by ni​g​dy. Przyj​mu​ją​cy Nowe uniósł cia​ło Vru i za​ata​ko​‐wał, a jego pa​zu​ry wy​strze​li​ły i prze​cię​ły rze​myk, na któ​rym Turm​ca no​siłna szyi Nie​ustra​sze​nie Spra​wie​dli​we​go. Turm​ca, w tym mo​men​cie bez​boż​ny,wrza​snął. Vru zła​pał spa​da​ją​ce​go boga i ci​snął nim w ciem​ność pa​wi​lo​nu.Turm​ca się​gnął pa​zu​ra​mi w stro​nę Vru, ale jego cia​ło od​wró​ci​ło się i rzu​ci​łoza swo​im bo​giem. Vru po​biegł do sie​dli​ska pana.***Po ty​go​dniu po​stu Vru po​wró​cił pro​sto na Fe​sti​wal Hrsh. Był sła​by, ale czułsię oczysz​czo​ny i go​to​wy wy​ko​nać swe za​da​nie. Kie​dy Przyj​mu​ją​cy Nowezo​sta​nie od​sło​nię​ty, Vru wresz​cie przy​nie​sie za​szczyt swo​jej ro​dzi​nie.Sie​dział na sce​nie obok Khan​cri​te​rqu​ee’ego. Przed nimi stał za​kry​ty płach​‐tą mo​nu​ment. Vru tę​sk​nił za wi​do​kiem Przyj​mu​ją​ce​go Nowe, ale mu​siał po​‐ cze​kać na ujaw​nie​nie boga. Na​gle za​czął za​sta​na​wiać się, co uj​rzą po​zo​sta​li.Odar​te​go albo prze​stęp​cę jako boga, się​ga​ją​ce​go po za​ka​za​ne​go Ghen​nun​ga?Gdy​by ten bóg nie wy​rzeź​bił się jego wła​sny​mi rę​ka​mi, sam był​by zbul​wer​‐so​wa​ny. Za​drżał. A co, je​śli nie zo​ba​czą w tym bo​skiej ręki? Co, je​śli wy​‐rzeź​bił he​re​zję? Pró​bo​wał sku​pić się na Roz​kosz​nie Pięk​nej, by po​zwo​lić jejkształ​to​wać się ni​czym garn​carz for​mu​ją​cy gli​nę na kole garn​car​skim, alejego gło​wa peł​na była ob​ra​zów. Sil​ni i pięk​ni Odar​ci, pra​cu​ją​cy przy zie​lo​‐nym ka​mie​niu. Okrwa​wio​na gło​wa to​czą​ca się w ko​pal​nia​nym pyle. Bez​boż​‐ni i ich dziw​ne, złe zwy​cza​je. Wy​obra​ził so​bie, jak Odar​ty z jego po​są​gu się​‐ga, by ich po​wi​tać. Sie​dział tak sztyw​no, z gło​wą peł​ną dziw​nych my​śli,aż nad​szedł czas.Wzy​wał go ka​płan. Vru ze​rwał się na nogi i chwiej​nie prze​szedł przez sce​‐nę. Zgro​ma​dzo​ny wo​kół tłum po​chy​lił się do przo​du. Kil​ko​ro lu​dzi uci​szy​łodzie​ci, po​tem wszyst​ko za​mar​ło. Się​gnął i szarp​nął płót​no na Przyj​mu​ją​cymNowe, a z tłu​mu wy​rwał się krzyk.Ale to nie był Przyj​mu​ją​cy Nowe.Kształt po​zo​stał po​dob​ny. Był to ten sam zie​lo​ny ka​mień, w któ​rym z takąmi​ło​ścią rzeź​bił, ale na skó​rze po​są​gu wy​rze​za​no wy​raź​ne wy​brzu​sze​niaGhen​nun​gów. Sie​dem​na​ście, jak nu​mer no​we​go boga. Się​ga​ją​cy pa​zur jużnie mu​skał upa​dłe​go Ghen​nun​ga. Za​miast tego pło​nął i miaż​dżył ma​lut​kie​gożoł​nie​rza Bez​boż​nych.W ka​mie​niu wi​dać było od​waż​ne, gład​kie cio​sy ręki pana.Lu​dzie bili bra​wo. Vru od​wró​cił się, by spoj​rzeć na Khan​cri​te​rqu​ee’ego.Szczę​ki pana roz​cią​ga​ły się w peł​nym sa​tys​fak​cji uśmie​chu za​do​wo​le​nia.Do​da​łem to, o czym za​po​mnia​łeś, mó​wi​ły jego oczy. To nie było złe dzie​ło,ale prze​kaz był nie​wła​ści​wy. Na​pra​wi​łem to.A ja​kie to ma zna​cze​nie, po​wie​dział Khan​cri​te​rqu​ee w wy​obraź​ni Vru. Ja​‐kie to ma zna​cze​nie? Pa​trzył na Vru, za​do​wo​lo​ny z sie​bie. Oka​za​łeś się mniewar​ty. Już nie​dłu​go to cia​ło upad​nie, a ty po​nie​siesz moje Ghen​nun​gi.Wszyst​kie moje wspo​mnie​nia, całą moją po​tę​gę. Sta​nie​my się jed​nym.A wte​dy bę​dzie​my rzeź​bić tak, jak Roz​kosz​nie Pięk​na po​pro​wa​dzi na​sządłoń.Z miej​sca w któ​rym stał, Vru pra​wie wy​czu​wał odór roz​kła​du, jaki wy​‐dzie​la​ła skó​ra Khan​cri​te​rqu​ee’ego. Pan umie​rał, lecz pan nie umrze. Na​wetnie​wie​le się zmie​ni. Vru wie​dział, że jego pięć sła​bych Ghen​nun​gów nie mo​‐gło rów​nać się z szes​na​sto​ma, któ​ry​mi dys​po​no​wał Khan​cri​te​rqu​ee. Jego wła​sne wspo​mnie​nia były ni​czym nie​wy​raź​ne szep​ty na tle ryku. Któ​reśz nich zo​sta​ną pew​nie wy​łu​ska​ne, jako że dwa​dzie​ścia je​den to za dużo na​‐wet dla tak mło​de​go cia​ła. Może coś po​zo​sta​nie – może jego pra​co​wi​tość,może uwiel​bie​nie dla ka​mien​nych po​wierzch​ni; ale kie​dy po​my​śli o tym, jakKhan​cri​te​rqu​ee urzy​nał gło​wę Odar​te​mu w ko​pal​niach, bę​dzie to szes​na​ściegło​śnych i za​do​wo​lo​nych gło​sów prze​ciw​ko może trzem ci​chym i prze​ra​żo​‐nym.Po​wi​nien być szczę​śli​wy. Jego bo​gi​nią była Roz​kosz​nie Pięk​na. Dla​cze​gonie cie​szył się, że naj​więk​szy rzeź​biarz bo​gów bę​dzie two​rzył ma​je​stat, pra​‐cu​jąc za po​mo​cą jego rąk, jego pa​zu​rów? Ja​kie to mia​ło zna​cze​nie, że jegowspo​mnie​nia się roz​wie​ją? Pa​mię​tał wi​dok sie​bie jako ga​wo​rzą​ce​go dziec​kaw chwyt​nych ra​mio​nach Mat​ki. Dzie​wią​ty, nie​chcia​ny syn. Pa​mię​tał gła​ska​‐nie Mat​ki po czo​le, gdy ta trzy​ma​ła nie​mow​lę.– Nie otrzy​ma dzie​dzic​twa – po​wie​dzia​ła.– Coś dla nie​go znaj​dzie​my – od​po​wie​dział. – Może ka​płań​stwo. Bę​dziemiał jed​ne​go z mo​ich Ghen​nun​gów.– Dwa – od​rze​kła Mat​ka.Spoj​rzał gniew​nie na pła​czą​ce, mi​zer​ne dziec​ko. Dwa? – po​my​ślał. – Tencher​lak?Vru prze​trwał okla​ski i wró​cił się, by po​now​nie usiąść obok Khan​cri​te​rqu​‐ee’ego. Odór był nie do znie​sie​nia.Wolę zo​stać Bez​boż​nym, uświa​do​mił so​bie Vru. Wolę umrzeć raz na za​‐wsze, niż stać się Khan​cri​te​rqu​ee’em.***– Niech wszy​scy usły​szą de​cy​zję Wy​rocz​ni – za​krzyk​nął he​rold. – Win​nyzdra​dy, he​re​zji i pró​by de​zer​cji na stro​nę wro​ga. Cia​ło jest nie​win​ne i zo​sta​‐nie oszczę​dzo​ne, ale jest nie​zdol​ne do dźwi​ga​nia wspo​mnień. Niech zo​sta​niewy​gna​ne w dzicz. Wspa​nia​ło​myśl​na jest Wy​rocz​nia.Przy​trzy​my​wa​li go, ale Vru się nie szar​pał. Był wiot​ki i spo​co​ny. Spoj​rzałna swo​ją pierś. Dziw​nie było zo​ba​czyć tam Roz​kosz​nie Pięk​ną. Zno​wu po​‐czuł się jak dziec​ko.Cią​gle wi​dział Przyj​mu​ją​ce​go Nowe ta​kim, ja​kim go po​zo​sta​wił – z odłu​‐pa​ny​mi Ghen​nun​ga​mi. Czy za​bił boga? Ale to był fał​szy​wy bóg, po​twor​‐ność!Me​dy​cy ode​rwa​li Ghen​nun​ga od jego skó​ry. Pa​trzył, jak ten skrę​ca się i pło​nie. Wy​da​je z sie​bie dziw​ny, sy​czą​cy dźwięk. Strach wy​peł​nił mu trze​‐wia ni​czym na​peł​nia​ny po​wie​trzem ba​lon. Ode​rwa​li ko​lej​ne​go Ghen​nun​ga,tego na​le​żą​ce​go do jego dziad​ka. Jak wy​glą​da​ła jego bab​ka? Po​tra​fił przy​po​‐mnieć ją so​bie tyl​ko jako sta​rusz​kę. Smut​no, jak​że smut​no. Za mło​du mu​sia​łabyć pięk​na. Czyż czę​sto tak nie ma​wiał?Za​bra​li ko​lej​ne​go. Po​trze​bo​wał boga, któ​ry by go kształ​to​wał, ale nie byłw sta​nie my​śleć o Roz​kosz​nie Pięk​nej. Zdra​dził ją. Po​my​ślał o Przyj​mu​ją​‐cym Nowe, tym praw​dzi​wym, odar​tej po​sta​ci się​ga​ją​cej po na​dzie​ję. O tak,po​my​ślał. Za​bra​li na​stęp​ne​go Ghen​nun​ga. Czer​nie​nie i skrę​ca​nie się w ogniu.Vru, po​my​ślał. Mam na imię Vru. Się​gnę​li po ostat​nie​go Ghen​nun​ga. Przyj​‐mu​ją​cy Nowe, po​my​ślał, cia​ło z zie​lo​ne​go ka​mie​nia. Pa​mię​taj.Be​stia sta​ła na dzie​dziń​cu. Wiatr był chłod​ny, a las pach​niał wio​sną. Bę​‐dzie na co po​lo​wać. Przy​trzy​my​wa​li ją inni. Pach​nie​li jak jego klan, więc ichnie ata​ko​wa​ła. Pu​ści​li ją.Ro​zej​rza​ła się. Był tam je​den pa​skud​ny sta​rzec, któ​ry cuch​nął i wy​glą​dałna złe​go czy smut​ne​go. Inni wy​ma​chi​wa​li pa​zu​ra​mi i krzy​cze​li. Za​sy​cza​ław od​po​wie​dzi i za​ma​cha​ła wła​sny​mi. Było ich jed​nak zbyt wie​lu, by wal​‐czyć. Po​bie​gła.Skie​ro​wa​ła się w stro​nę pach​ną​ce​go wio​sną lasu. Bę​dzie na co po​lo​wać. Anna Hry​cy​szyn – rocz​nik 1978, gli​wi​czan​ka, z wy​kształ​ce​nia ty​flo​pe​da​gog. Szczur lą​do​wybez​na​dziej​nie za​ko​cha​ny w mo​rzach, stat​kach i okrę​tach, a do tego wiel​bi​ciel​ka re​wo​lu​cji prze​‐my​sło​wej i ar​chi​tek​tu​ry obron​nej. Echa tych fa​scy​na​cji po​ja​wia​ją się w jej tek​stach. Mo​de​ra​torna fo​rum Li​ter​ka. Pu​bli​ko​wa​ła w dru​gim to​mie „Fan​ta​zji Zie​lo​no​gór​skich”, an​to​lo​gii „Ge​niu​szefan​ta​sty​ki”, a tak​że na Szor​ta​lu. W tym roku na​kła​dem wy​daw​nic​twa Ge​nius Cre​ations uka​za​łasię jej de​biu​tanc​ka po​wieść „Za​to​pić »Nie​za​ta​pial​ną«”. Anna Hry​cy​szynCHI​RURG Kobie​ta leży na wy​śli​zga​nym bla​cie. Sze​ro​ko otwar​te oczy w ko​lo​rze bu​tel​‐ko​wej zie​le​ni wpa​tru​ją się w twarz męż​czy​zny, któ​ry stoi po​chy​lo​ny nad ry​‐nien​ką peł​ną pie​czo​ło​wi​cie uło​żo​nych na​rzę​dzi. Za jego ple​ca​mi inny męż​‐czy​zna przed chwi​lą od​krę​cił bu​te​lecz​kę z ete​rem i te​raz ostroż​nie wy​le​wapłyn na ba​weł​nia​ną chust​kę. Słod​ki za​pach wy​peł​nia po​miesz​cze​nie. Ręcechi​rur​ga drżą.To już, my​śli i robi krok w kie​run​ku sto​łu. Po​de​szwy jego bu​tów śli​zga​jąsię mięk​ko po lśnią​cej czy​sto​ścią pod​ło​dze. Chwy​ta dłoń ko​bie​ty w tym sa​‐mym mo​men​cie, w któ​rym nie​wpraw​ny asy​stent przy​kła​da jej do nosa wil​‐got​ną chust​kę.Pa​cjent​ka wcią​ga po​tęż​ny haust po​wie​trza. Chi​rurg wstrzy​mu​je od​dech.Ich spoj​rze​nia krzy​żu​ją się na uła​mek se​kun​dy i czas sta​je. Przez chwi​lę męż​czy​zna czu​je tyl​ko po​wo​li ulat​nia​ją​ce się cie​pło ko​bie​cejdło​ni. Po​tem ata​ku​ją go ob​ra​zy.Wy​bla​kli anio​ło​wie fru​ną po​nad chmu​ra​mi. Roz​ko​ły​sa​ny dzwon po​ka​zu​jeser​ce. Sy​pią się pió​ra. Błysk zło​ta, cięż​ki od​dech, ru​mie​niec. Śmiech wisiw po​wie​trzu – za​gęsz​cza je do kon​sy​sten​cji kar​me​lu.Czas na​dal stoi, za​sty​gły i prze​zro​czy​sty ni​czym chłod​ne szkło. Cia​ło chi​‐rur​ga mięk​nie i roz​le​wa się wzdłuż wy​drą​żo​nych w nim ko​ryt. Wstecz.W przód. Bocz​ny​mi od​no​ga​mi. W górę i w dół. Wszę​dzie.Jest sobą i jest le​żą​cą na sto​le ko​bie​tą. Wspo​mi​na ją, jak się wspo​mi​na sie​‐bie, wi​dzi ra​do​ści i lęki, pra​gnie​nia i przy​czy​ny.Przede wszyst​kim jed​nak zna źró​dło za​gro​że​nia. Nie szu​ka go – po pro​stuwie, więc wy​cią​ga ku nie​mu ręce. Jest czar​ne i gład​kie. Śli​skie i go​rą​ce. Wijesię pod jego pal​ca​mi, a on trzy​ma moc​no, mimo że pło​ną mu dło​nie.W koń​cu czas wy​ry​wa się z otę​pie​nia i wście​kły ru​sza do przo​du. Chi​rurgod​dy​cha płyt​ko. Kro​ple potu ro​szą jego czo​ło. Naj​więk​sza z nich pod​da​je sięgra​wi​ta​cji, spły​wa​jąc wzdłuż skrzy​deł​ka nosa wprost na wy​brzu​sze​nie gór​nejwar​gi. Męż​czy​zna się​ga do niej ję​zy​kiem. Do​pie​ro ten od​ruch osa​dzago z po​wro​tem w rze​czy​wi​sto​ści, może więc spoj​rzeć na swo​je ręce. Nie​po​‐zor​na grud​ka bla​do​ró​żo​wych tka​nek nie wy​glą​da groź​nie, ale le​karz wie,że wy​star​czy​ło​by kil​ka mie​się​cy i no​wo​twór za​bił​by śpią​cą na sto​le ko​bie​tę.Przez kil​ka se​kund przy​glą​da się pa​cjent​ce, a po​tem wy​rzu​ca zle​pek zbęd​‐nych ko​mó​rek i myje ręce.Nie​tknię​te na​rzę​dzia zda​ją się zer​kać na nie​go z wy​rzu​tem.***Igna​cy Sznaj​der prze​mie​rzał sła​bo oświe​tlo​ny ko​ry​tarz wię​zie​nia i my​ślało żo​nie.Mia​ro​we kro​ki od​bi​ja​ły się echem od przy​bru​dzo​nych ścian, przy​pię​teu pasa klu​cze po​dzwa​nia​ły de​li​kat​nie, a przed​mio​ty nie​sio​ne przez męż​czy​‐znę na prze​chy​lo​nej nie​dba​le tacy po​wo​li zsu​wa​ły się ku kra​wę​dzi.Nie spo​sób okre​ślić, czy to zmia​na cię​ża​ru, czy zwy​kłe szczę​ście ka​za​łoSznaj​de​ro​wi spoj​rzeć w dół, za​nim bla​sza​na mi​ska wy​peł​nio​na go​rą​cą wodązdo​ła​ła spaść na pod​ło​gę; grunt, że w ostat​niej chwi​li funk​cjo​na​riusz wy​po​‐zio​mo​wał tacę. Jego gwał​tow​ny ruch wy​wo​łał nie​wiel​ką lo​kal​ną ka​ta​stro​fę – woda chlup​nę​ła z mi​ski, mo​cząc my​dło, brzy​twę, okrą​głe lu​ster​ko i dłońmęż​czy​zny. – Niech to! – Sznaj​der zdu​sił ci​sną​ce się na war​gi prze​kleń​stwo. Obie​całżo​nie pa​no​wać nad ję​zy​kiem, tak jak obie​cał jej ogra​ni​czyć ilość piwa spo​ży​‐wa​ne​go w so​bot​nie wie​czo​ry w bro​war​nia​nej kan​ty​nie. To pierw​sze, o dzi​wo,oka​za​ło się znacz​nie trud​niej​sze od dru​gie​go.Męż​czy​zna po​cze​kał chwi​lę, aż woda się ustoi, i kry​tycz​nie oce​nił ilośćpo​zo​sta​łą w mi​sce. Na szczę​ście nie mu​siał za​wra​cać, ry​zy​ku​jąc tym sa​mym,iż dok​tor Wi​twic​ki spóź​ni się na roz​pra​wę. Że miał​by na nią do​trzeć nie​ogo​‐lo​ny – tego Sznaj​der nie brał pod uwa​gę. Znacz​nie ostroż​niej prze​mie​rzałostat​nie me​try ko​ry​ta​rza dzie​lą​ce go od celi. Tu, ba​lan​su​jąc tacą trzy​ma​ną te​‐raz w jed​nej ręce, się​gnął po przy​pię​ty do pasa pęk klu​czy. Dłuż​szą chwi​lęszu​kał w nim wła​ści​we​go. Wresz​cie zna​lazł, a wów​czas od ścian od​bi​ło sięecho prze​cią​głe​go me​ta​licz​ne​go zgrzy​tu. Twarz funk​cjo​na​riu​sza wy​krzy​wiłna wpół uświa​do​mio​ny gry​mas, a przez jego gło​wę prze​mknę​ło py​ta​nieo sens nie​oli​wie​nia wię​zien​nych zam​ków i za​wia​sów. Nie zdzi​wił​by się, gdy​‐by na​czel​nik uznał za za​sad​ne zmu​sza​nie ocze​ku​ją​cych na roz​pra​wy nie​‐szczę​śni​ków do słu​cha​nia tych po​nu​rych dźwię​ków – po​dob​nie jak uznał,że każ​dy z nich w są​dzie wi​nien sta​wić się ogo​lo​ny.Wnę​trze celi było cia​sne i ciem​ne. Świa​tło le​d​wie do​cie​ra​ło do po​miesz​‐cze​nia przez wy​so​ko umiesz​czo​ne okien​ko, a je​dy​ną ja​śniej​szą pla​mę sta​no​‐wi​ła bia​ła – choć przy​bru​dzo​na – ko​szu​la sie​dzą​ce​go z pod​ku​lo​ny​mi ko​la​na​‐mi na pry​czy męż​czy​zny, któ​ry te​raz spo​glą​dał na funk​cjo​na​riu​sza z oba​wą.W jego bla​do​nie​bie​skich, jak​by spra​nych oczach Sznaj​der do​pa​trzył się nie​‐wy​ar​ty​ku​ło​wa​ne​go py​ta​nia.– Mó​wią, że trze​ba się panu ogo​lić, dok​to​rze – rzekł, wcho​dząc w głąbceli. – Nie wy​pa​da, żeby pan sta​wał przed są​dem za​ro​śnię​ty jak nie​bo​skiestwo​rze​nie – do​dał wy​ja​śnia​ją​co, gdy wię​zień za​mru​gał, naj​wy​raź​niej nie ro​‐zu​mie​jąc. – No i przy​nio​słem lau​da​num.Wi​twic​ki pod​niósł dłoń do po​licz​ka i ski​nął gło​wą. Klat​kę pier​sio​wą chi​‐rur​ga uniósł głęb​szy od​dech, a jego wzrok po​wę​dro​wał za Igna​cym, któ​ryodło​żyw​szy tacę na pry​czę, sta​no​wią​cą je​dy​ny oprócz wia​dra na nie​czy​sto​ścime​bel w celi, od​wró​cił się, by za​mknąć drzwi od środ​ka.Wi​twic​ki nie zda​wał so​bie spra​wy, iż funk​cjo​na​riusz ła​mie w tym mo​men​‐cie pa​nu​ją​ce w za​kła​dzie za​sa​dy – nie po​wi​nien od​wra​cać się do aresz​tan​taple​ca​mi. Igna​cy Sznaj​der uczy​nił to, gdyż tak na​ka​za​ło mu przy​zwy​cza​je​niesil​niej​sze niż wpo​jo​ne wię​zien​ne pro​ce​du​ry. Nie miał wszak żad​nych pod​‐staw, by oba​wiać się dok​to​ra. Za​alar​mo​wał go głu​chy brzęk. Ręka Wi​twic​kie​go drża​ła zbyt sil​nie,by męż​czy​zna był w sta​nie zre​ali​zo​wać swój na​gły za​miar w ci​szy. Sznaj​dersko​czył w stro​nę pry​czy, a upusz​czo​ne przez nie​go klu​cze huk​nę​ły o pod​ło​‐gę. Chwy​cił nad​gar​stek nie​do​szłe​go sa​mo​bój​cy i wy​krę​cił sil​nie – ostrze zdo​‐ła​ło prze​ciąć je​dy​nie ma​te​riał spodni. Wi​twic​ki jęk​nął, roz​wie​ra​jąc pal​ce.Brzy​twa wy​su​nę​ła się z nich po​wo​li.– Tak by​ło​by szyb​ciej i ta​niej, Igna​cy. – Jego schryp​nię​ty głos z tru​demprze​bił się do uszu Sznaj​de​ra. – Jed​no cię​cie wzdłuż tęt​ni​cy udo​wej i wy​‐krwa​wił​bym się w mgnie​niu oka. W mia​rę czy​sto. Nie tak ma​ka​brycz​nie, jakna sza​fo​cie.Sznaj​der od​dy​chał cięż​ko, zgię​ty wpół. Mimo chło​du pa​nu​ją​ce​go w celiczuł pot wy​stę​pu​ją​cy na czo​ło. Nie pusz​czał ręki Wi​twic​kie​go i pal​ce dok​to​rasta​ły się bia​łe i zim​ne.– Tak nie wol​no. Nie panu o tym de​cy​do​wać – ode​zwał się przez za​ci​śnię​‐te zęby. – Tyl​ko Bóg…– Bóg? – Wi​twic​ki spoj​rzał w po​czer​wie​nia​łe ob​li​cze funk​cjo​na​riu​sza. – Nie sę​dzia No​wa​kow​ski?– Nie wie pan prze​cież, jak za​de​cy​du​je sę​dzia. Nic jesz​cze nie prze​są​dzo​‐ne. – Sznaj​der mó​wił po​wo​li, jed​no​cze​śnie się​ga​jąc po brzy​twę i pusz​cza​jącnad​gar​stek chi​rur​ga. Wy​pro​sto​wał się, prze​su​nął wierz​chem dło​ni po czo​le. – Po to jest sąd. Świad​ko​wie. Prze​cież…– Ona nie żyje, Igna​cy. Cóż tu zmie​nią świad​ko​wie?Straż​nik skrzy​wił się, po​trzą​snął gło​wą, a po​tem zde​cy​do​wa​nym ru​chemsię​gnął po my​dło.– Ogo​lę pana, za​nim woda wy​sty​gnie.Wi​twic​ki uśmiech​nął się bla​do.Po​dob​nie uśmiech​nął się mie​siąc wcze​śniej, gdy pa​trzył na swo​je od​bi​ciew okien​nej szy​bie, a do jego uszu do​tar​ło skrzy​pie​nie scho​dów pro​wa​dzą​‐cych na pod​da​sze, słu​żą​ce mu na​raz za ga​bi​net i za miesz​ka​nie.Ze​gar wy​bił pół do dzie​wią​tej. Dok​tor po​czuł su​chość w ustach. Drża​łymu ręce wil​got​ne od potu, więc wy​tarł je wy​cią​gnię​tą z kie​sze​ni chust​ką,a po​tem się​gnął po szklan​kę z rżnię​te​go szkła wy​peł​nio​ną w jed​nej czwar​tejko​nia​kiem i wkro​plił do niej za​war​tość przy​go​to​wa​nej wcze​śniej pi​pe​ty.Opróż​nił na​czy​nie jed​nym hau​stem w chwi​li, w któ​rej jego go​ście mi​ja​lina pół​pię​trze Igna​ce​go Sznaj​de​ra. Zmie​rza​ją​cy do pra​cy męż​czy​zna ukło​niłsię uprzej​mie i usu​nął na bok, by prze​pu​ścić ele​ganc​ką parę. Ta krót​ka chwi​la na wą​skim pół​pię​trze mia​ła już nie​dłu​go sta​no​wić dla nie​go źró​dło nie​po​‐słusz​nych gło​so​wi roz​sąd​ku wy​rzu​tów su​mie​nia. Gdy​by tyl​ko w ja​kiś spo​sóbmógł prze​wi​dzieć, ja​kie na​stęp​stwa bę​dzie mia​ła ta – ską​d​inąd zu​peł​nie zwy​‐czaj​na – wi​zy​ta, z całą pew​no​ścią by jej za​po​biegł. A przy​naj​mniej sta​rał​bysię to zro​bić. Jed​nak o po​ran​ku tam​te​go dnia nie mógł mieć żad​nych po​dej​‐rzeń, choć zim​ne, nie​mal wro​gie spoj​rze​nie, któ​rym ob​rzu​cił go idą​cy przo​‐dem męż​czy​zna, na za​wsze mia​ło utkwić mu w pa​mię​ci. Po​stę​pu​ją​ca z tyłuko​bie​ta z wy​sił​kiem sta​wia​ła kro​ki. Drob​ną dłoń w skór​ko​wej rę​ka​wicz​ce za​‐ci​ska​ła kur​czo​wo na po​rę​czy, a na jej szczu​płej twa​rzy wy​raź​nie od​zna​cza​łysię ce​gla​ste ru​mień​ce. Taki wi​dok już daw​no prze​stał za​ska​ki​wać miesz​kań​‐ców ka​mie​ni​cy przy uli​cy Od​rzań​skiej, a je​śli Sznaj​der cze​muś się dzi​wił,to tyl​ko temu, że cho​ra, miast być nie​sio​ną przez swe​go to​wa​rzy​sza, zmu​szo​‐na jest po​ko​ny​wać ko​lej​ne kon​dy​gna​cje o wła​snych si​łach.Funk​cjo​na​riusz nie ru​szył w dół od razu po tym, jak nie​zna​jo​mi wy​mi​nę​ligo w swej wspi​nacz​ce na pod​da​sze. Przy​glą​dał im się na tyle dłu​go, by za​‐uwa​żyć, że męż​czy​zna nie obej​rzał się na​wet wte​dy, gdy ko​bie​ta przy​sta​nę​łana chwi​lę dla za​czerp​nię​cia od​de​chu. Igna​cy stłu​mił w so​bie chęć udzie​le​niajej po​mo​cy – nie na​le​ża​ło się wtrą​cać w spra​wy ob​cych lu​dzi.Mimo sta​rań woź​nych tłum wy​peł​nia​ją​cy salę roz​praw brzę​czał. Nie​zbyt gło​‐śno, lecz sta​le, a z jed​no​staj​ne​go szu​mu od cza​su do cza​su dało się na​wet wy​‐chwy​cić po​je​dyn​cze fra​zy.– …mu​sia​ło tak skoń​czyć…– …dia​bel​skie… mó​wię… na stos… ale te​raz…– …do​bry czło​wiek, każ​de​go…– Nie​po​trzeb​nie Bogu w dro​gę wcho​dził!Ten ostat​ni okrzyk spra​wił, że ra​mio​na oskar​żo​ne​go drgnę​ły sil​nie. Dok​torWi​twic​ki za​ci​snął dło​nie w pię​ści i wy​pro​sto​wał ple​cy, jak​by mie​rzył sięz za​rzu​tem. Sę​dzia No​wa​kow​ski chwy​cił mło​tek i ude​rzył nim w blat swe​gobiur​ka.– Ci​sza! Przy​wo​łu​ję zgro​ma​dzo​nych do po​rząd​ku! W każ​dej chwi​li mo​że​‐cie pań​stwo opu​ścić salę!Sło​wa te nie do koń​ca były zgod​ne z praw​dą. Spra​wa – pierw​sza pro​wa​‐dzo​na w tu​tej​szym są​dzie we​dle no​wo​cze​snych za​sad – zbyt moc​no do​ty​ka​łaopi​nii pu​blicz​nej, by No​wa​kow​ski mógł so​bie po​zwo​lić na uczy​nie​nie z niejta​jem​ni​cy. Na szczę​ście groź​ba po​skut​ko​wa​ła. Tłum po​wo​li za​czął się wy​ci​‐ szać i zaj​mu​ją​cy miej​sce dla świad​ków Ad​rian Mi​ler mógł wresz​cie od​po​‐wie​dzieć na py​ta​nie pro​ku​ra​to​ra.– A z ja​kie​go po​wo​du idzie się do le​ka​rza? Żona nie​do​ma​ga​ła. Drę​czy​łyją go​rącz​ki. Nie mo​gła jeść. Cho​dzi​łem z nią od An​na​sza do Kaj​fa​sza,aż w koń​cu do​tar​łem i do Wi​twic​kie​go, choć to prze​cież chi​rurg. – Pod wpły​‐wem pła​skie​go gło​su Mi​le​ra ostat​ni z szep​czą​cych mil​kli. – Ale sko​ro niktnie po​tra​fił stwier​dzić, co jej do​le​ga… Chwy​ci​łem się my​śli o tym cu​do​twór​‐cy, jak go na​zy​wa​ją w to​wa​rzy​stwie, i w koń​cu, choć nie​chęt​nie, umó​wi​łemse​sję. Nie wy​ba​czę so​bie tego błę​du.Dok​tor Wi​twic​ki otwo​rzył drzwi, nie cze​ka​jąc, aż roz​le​gnie się pu​ka​nie. Ob​‐ser​wo​wał go​ści, gdy po​ko​ny​wa​li ostat​nie stop​nie, a po​tem ski​nął gło​wą i ge​‐stem za​pro​sił ich do środ​ka. Przy​sta​nę​li w przed​po​ko​ju, nie​zde​cy​do​wa​ni. Ko​‐bie​ta – nie​co w tyle – pa​trzy​ła na Hie​ro​ni​ma spod opusz​czo​nych rzęs. Z twa​‐rzy męż​czy​zny ani przez chwi​lę nie zni​kał wy​raz iry​ta​cji. Na za​ci​śnię​tejszczę​ce drga​ły mię​śnie, gdy roz​glą​dał się wo​ko​ło w ocze​ki​wa​niu.Wi​twic​ki po​czuł się roz​ba​wio​ny.– Będą pań​stwo ła​ska​wi zdjąć płasz​cze – po​wie​dział i zro​bił krok ku pa​‐cjent​ce, by jej po​móc. Ad​rian Mi​ler mu​siał ra​dzić so​bie sam; Hie​ro​nim nieza​trud​niał lo​ka​ja. – Wie​szak stoi w ką​cie za pa​nem – wy​ja​śnił dok​tor, cze​ka​‐jąc, aż cho​ra ro​ze​pnie gu​zi​ki, zdej​mie szal, któ​rym okry​ła wło​sy, i zsu​nie rę​‐ka​wicz​ki. Wte​dy wy​mi​nął jej męża, wciąż tkwią​ce​go w bez​ru​chu, zdjął okry​‐cie z wą​tłych ra​mion, od​wie​sił i rzekł: – Po​zwo​lą pań​stwo za mną. Przej​dzie​‐my do ga​bi​ne​tu.Ru​szył przo​dem, a po chwi​li za jego ple​ca​mi pa​dło to​nem roz​ka​zu:– Idź, Ka​ta​rzy​no!Wi​twic​ki otwo​rzył drzwi i za​trzy​mał się z ręką na klam​ce. Ka​ta​rzy​na Mi​lerpod​nio​sła na nie​go błysz​czą​ce go​rącz​ką oczy. Wy​da​ły się dok​to​ro​wi jesz​czewięk​sze niż wte​dy, gdy uj​rzał ją po raz pierw​szy, a gry​mas, w któ​rym wy​gię​‐ła usta, był je​dy​nie mi​zer​ną na​miast​ką uśmie​chu, ja​kim go wte​dy ob​da​rzy​ła.– Pro​szę, niech pani wej​dzie. Tam za pa​ra​wa​nem może się pani ro​ze​brać.Nie mam nie​ste​ty ni​ko​go do po​mo​cy… Może mąż pani…?Ko​bie​ta po​trzą​snę​ła gło​wą.– Po​ra​dzę so​bie, dok​to​rze.– Czy to ab​so​lut​nie ko​niecz​ne? – Ad​rian Mi​ler po​zbył się w koń​cu płasz​‐cza i te​raz do​łą​czył do Wi​twic​kie​go w pro​gu ga​bi​ne​tu. Ka​ta​rzy​na za​trzy​ma​ła się w pół kro​ku. Cze​ka​ła.– Oba​wiam się, że tak. – Chi​rurg po​tarł czo​ło. Pal​ce znów miał wil​got​ne. – Jak przy ope​ra​cji. Sto​su​ję nie​co inne me​to​dy, ow​szem, ale ma​te​riał suk​nito taka sama prze​szko​da dla mo​ich rąk, jak dla skal​pe​la. Oczy​wi​ście pani Mi​‐ler nie bę​dzie le​ża​ła na sto​le naga. Wy​star​czy od​sło​nić miej​sce, w któ​rym za​‐lę​gła się cho​ro​ba. Za pa​ra​wa​nem znaj​dzie pani…– A je​śli nie wie​my, gdzie się za​lę​gła? – Mi​ler uniósł rękę, jak​by uci​szałnie​sfor​ne​go ucznia.Wdo​wa Plausch wy​peł​nia​ła miej​sce dla świad​ków po brze​gi. Moż​na było od​‐nieść wra​że​nie, że jesz​cze chwi​la, a ma​syw​na ba​rier​ka pu​ści i ko​bie​ta roz​le​jesię po sali ni​czym wzbu​rzo​ne mo​rze. Ciem​no​błę​kit​na suk​nia ko​twi​czy​ła sko​‐ja​rze​nie, któ​re wbi​ło się w umysł sę​dzie​go i na krót​ki mo​ment za​blo​ko​wa​łood​biór wszel​kich in​nych wra​żeń.– Roz​ma​wia​li​śmy na przy​ję​ciu wy​da​nym przez ma​gi​strat ze​szłe​go lata,tym u von Ga​schi​nów. Dok​tor był tam jed​nym z ho​no​ro​wych go​ści. Wcze​‐śniej nie mia​łam oka​zji go spo​tkać. Ro​zu​mie pan – że​la​zne zdro​wie! Ni​g​dyża​den le​karz nie był mi po​trzeb​ny. A to za​wsze przy​jem​ność roz​ma​wiaćz kimś tak ele​ganc​kim! Mu​sia​łam po​tem sto razy po​wta​rzać, co mó​wił i jak.Pa​nie z kół​ka do​bro​czyn​ne​go nie da​wa​ły mi spo​ko​ju.No​wa​kow​ski wie​dział, że po​wi​nien prze​rwać wdo​wie. Mi​ty​go​wa​nieświad​ków było jego pra​wem. Nie zna​lazł w so​bie jed​nak po​trzeb​nej po temusiły.– Czło​wiek o zło​tym ser​cu. Moż​na się śmiać ze sta​rej ko​bie​ty, któ​ra uży​wawy​świech​ta​nych fra​ze​sów, ale to praw​da. Tak się prze​jął lo​sem bied​nej Ka​ta​‐rzy​ny! Bo to prze​cież pan wie, py​tał mnie pan już o to! – Ko​bie​ta roz​ło​ży​ława​chlarz i mach​nę​ła nim parę razy. – Mam po​wtó​rzyć?Jan Wej​man, wy​stę​pu​ją​cy w roli pro​ku​ra​to​ra, za​ło​żył ręce na pier​si i ski​nąłgło​wą.Sę​dzia po​pra​wił się na krze​śle, przy​ci​ska​jąc moc​niej ple​cy do twar​de​goopar​cia. Wie​dział oczy​wi​ście, co te​raz po​wie wdo​wa, peł​na na rów​ni do​brychin​ten​cji, jak po​trze​by bły​śnię​cia w śro​do​wi​sku. Nie było jesz​cze w ich pro​‐win​cjo​nal​nym mia​stecz​ku spra​wy w po​dob​ny spo​sób an​ga​żu​ją​cej wyż​szesfe​ry. No​wa​kow​ski nie po​trze​bo​wał słu​chać tego, co już wcze​śniej zdą​żyłprze​czy​tać za​no​to​wa​ne drob​nym pi​smem kan​ce​li​sty. Za​miast tego sku​pił sięna ob​ser​wa​cji pod​sąd​ne​go. Wi​twic​ki sto​ją​cy na miej​scu dla oskar​żo​nych wy​‐ glą​dał na​tu​ral​nie – skon​sta​to​wał je​dy​nie z odro​bi​ną zdzi​wie​nia. Wszak dok​‐tor za​wsze spra​wiał wra​że​nie od​da​lo​ne​go od in​nych lu​dzi. Jak​by osob​ne​go.Po​je​dyn​cze​go. Te​raz, w tej sali, nie​wi​dzial​na za​zwy​czaj ba​rie​ra po pro​stuzma​te​ria​li​zo​wa​ła się w po​sta​ci nie​wy​so​kiej ga​le​ryj​ki.– No i tak to było wła​śnie. Wy​py​ty​wał o nią, o to, kie​dy zo​sta​ła żoną Mi​le​‐ra, jak ukła​da się ich po​ży​cie, czy mają dzie​ci. Wy​glą​dał na praw​dzi​wiewstrzą​śnię​te​go, gdy wspo​mnia​łam, że zda​rzy​ło mi się wi​dzieć si​nia​ki na jejrę​kach. Ona była taka de​li​kat​na… Za de​li​kat​na na ko​goś ta​kie​go jak Ad​rian.Stąd to jej sła​bo​wa​nie. Cho​ro​wi​ta się przy nim zro​bi​ła. Nie wiem, cóż on so​‐bie wy​obra​żał, jak za​brał ją do dok​to​ra. Jak niby chi​rurg może po​móc na cho​‐ro​bę du​szy?– Będę wie​dział – od​parł Wi​twic​ki spo​koj​nie, wciąż sto​jąc w drzwiach. Od​‐wró​cił się do Mi​le​ra i po​czął wy​ja​śniać pro​ce​du​rę, choć zwy​kle ro​bił to nie​copóź​niej. – Kie​dy pań​ska żona po​ło​ży się na sto​le, po​dam jej eter. Pani Mi​leruśnie, a ja we​zmę jej dłoń. Taki kon​takt wy​star​czy, aże​bym po​znał źró​dło za​‐gro​że​nia. Wte​dy od​sło​nię tyle, ile bę​dzie ko​niecz​ne. Je​stem le​ka​rzem, pa​nieMi​ler, ale je​śli to za​pew​nie​nie panu nie wy​star​czy, do​dam, że kie​dy pro​cesjuż się za​cznie, prze​sta​ję wi​dzieć cia​ło le​żą​ce​go na sto​le czło​wie​ka w zwy​‐czaj​ny spo​sób.Mi​ler par​sk​nął, a po​tem zde​cy​do​wa​nym kro​kiem wszedł do ga​bi​ne​tu.– Roz​bierz się, Ka​ta​rzy​no.– Za pa​ra​wa​nem znaj​dzie pani prze​ście​ra​dło, pro​szę się nim okryć i wte​dydo nas wró​cić – zdą​żył jesz​cze po​wie​dzieć Wi​twic​ki, nim ko​bie​ta po​słusz​nieskry​ła się za ob​cią​gnię​tą płót​nem ramą.Jej mąż tym​cza​sem pod​szedł do sto​łu. Wi​twic​ki przy​gryzł war​gę. Miał na​‐dzie​ję, że Ka​ta​rzy​na Mi​ler wy​bra​ła strój roz​sąd​nie i fak​tycz​nie bę​dzie po​tra​‐fi​ła so​bie z nim po​ra​dzić bez po​mo​cy. Pierw​szy raz od​czuł nie​za​do​wo​le​niez bra​ku po​ko​jów​ki.– A te na​rzę​dzia? – Ad​rian Mi​ler wska​zał pal​cem na me​ta​lo​wą ry​nien​kę,w któ​rej po​ły​ski​wa​ły rów​no po​ukła​da​ne przy​bo​ry chi​rur​gicz​ne. – W ja​kimcelu tu leżą?– Cza​sem oka​zu​je się, że spra​wa jest na tyle bła​ha, że kon​wen​cjo​nal​ne me​‐to​dy wy​star​czą.Zim​ne oczy Mi​le​ra spo​czę​ły na po​sta​ci Wi​twic​kie​go. Jego czo​ło prze​cię​łapio​no​wa zmarszcz​ka. Dok​tor czuł nie​mal fi​zycz​ny na​cisk tego spoj​rze​nia i z tru​dem po​wstrzy​mał się od da​nia kro​ku w tył.– Ro​zu​miem – ode​zwał się w koń​cu Mi​ler. – Po​śpiesz się, Ka​ta​rzy​no.Ko​bie​ta nie od​po​wie​dzia​ła. Mię​dzy męż​czy​zna​mi za​le​gła ci​sza, któ​rą za​‐kłó​cał je​dy​nie sły​szal​ny zza pa​ra​wa​nu sze​lest ta​fty. Wi​twic​ki uświa​do​mił so​‐bie, że jest nie​na​tu​ral​nie spię​ty. Zwy​kle kil​ka​na​ście kro​pli wy​cią​gu ma​ko​we​‐go wy​star​cza​ło, by uśmie​rzyć do​le​gli​wo​ści bó​lo​we, ja​kich do​świad​czał, od​‐kąd za​czął prak​ty​ko​wać, a tak​że od​go​nić nie​po​kój, któ​ry nie​odmien​nie to​wa​‐rzy​szył se​sjom lecz​ni​czym. Tym ra​zem ob​ja​wy fi​zycz​ne znik​nę​ły, lecz nie​ja​‐sne po​czu​cie za​gro​że​nia drę​czy​ło umysł chi​rur​ga.– Są​sie​dzi wy​stra​szy​li się krzy​ków. Aku​rat by​łem na ob​cho​dzie z po​ste​run​‐ko​wym Zo​li​chem. We​szli​śmy do miesz​ka​nia. Na sto​le w ga​bi​ne​cie le​ża​ła ko​‐bie​ta. Ład​na i uśmiech​nię​ta.– Do rze​czy, po​ste​run​ko​wy Ra​czek.– Dok​tor Wi​twic​ki sie​dział na pod​ło​dze opar​ty o ścia​nę. A tam​ten męż​czy​‐zna – Ra​czek kiw​nął gło​wą w kie​run​ku Mi​le​ra – stał nad nim z taką me​ta​lo​‐wą jak​by tac​ką i wy​krzy​ki​wał róż​ne nie​przy​zwo​ito​ści. Nie wie​dzia​łem na​‐wet, że ele​ganc​cy pa​no​wie zna​ją ta​kie sło​wa.– Ra​czek… – W gło​sie No​wa​kow​skie​go po​ja​wi​ła się nut​ka groź​by.– Pro​szę wy​ba​czyć… – Czo​ło Gu​sta​wa Racz​ka prze​cię​ła sieć zmarsz​czek,gdy po​ste​run​ko​wy usi​ło​wał od​na​leźć sło​wa zgu​bio​ne pod wpły​wem re​pry​‐men​dy sę​dzie​go. – Jak po​de​szli​śmy bli​żej, to się oka​za​ło, że na tej tac​ce leżąróż​ne no​ży​ki, ja​kieś szczyp​ce. Rze​czy, ja​kich uży​wa​ją le​ka​rze do ope​ra​cji.Upać​ka​ne krwią. A mię​dzy nimi jesz​cze coś. Na po​cząt​ku nie po​zna​łem. Aleten męż​czy​zna, Ad​rian Mi​ler, za​czął krzy​czeć, że dok​tor Wi​twic​ki za​bił jegożonę, i wte​dy zro​zu​mia​łem, że na tac​ce leży ludz​kie ser​ce.– Czy krew była gdzie​kol​wiek in​dziej?– Tak, na ręce dok​to​ra i tro​chę na pod​ło​dze przy sto​le. Ale nie​du​żo. Ra​czejjak​by ktoś prze​su​nął brud​ną ręką. Zna​czy pew​nie dok​tor.– A na zwło​kach?– Nie. Na zwło​kach nie. Ani kro​pel​ki. Żad​nej plam​ki na tym prze​ście​ra​dle,co nim była przy​kry​ta. Ona, pani Mi​ler zna​czy, w ogó​le nie wy​glą​da​łana mar​twą, ale Zo​lich pod​szedł i spraw​dził. Nie od​dy​cha​ła. Pan Mi​ler krzy​‐czał da​lej, nie chciał się uspo​ko​ić, po​wta​rzał w kół​ko, że dok​tor to mor​der​ca,i pod​ty​kał mi pod nos tę tac​kę. Omal się nie zrzy​ga​łem…– Po​ste​run​ko​wy, pro​szę uwa​żać na sło​wa, ja​kich pan uży​wa. Gu​staw Ra​czek wzru​szył ra​mio​na​mi i prze​stą​pił z nogi na nogę.– Ale tak było, pa​nie sę​dzio.– Do​brze, da​lej.– Da​lej to już nie​wie​le. Dok​tor Wi​twic​ki w ogó​le się nie ode​zwa
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zabawa w Boga
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: