Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00114 004282 14688198 na godz. na dobę w sumie
Zabierz mnie do domu - ebook/pdf
Zabierz mnie do domu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 163
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3911-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> opowiadania
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

Globalna miłość, dwunarodowościowa i dwujęzyczna.

Podróże, języki, rodzina tu i tam.

Cudownie prawda?

Ale...

Jest druga strona.

Nagły dystans do własnego kraju i języka. Zobaczenie siebie samego z zewnątrz.

Syndrom szyby.

Rzeczy nie do przeskoczenia.

Inny kod gestów i wyrazu twarzy, inne dzieciństwo, inne święta, pogrzeby, szkoły i „typowe” problemy.

Zaskoczenia: tęsknota za adoptowaną ojczyzną, za językiem „obcym”.

Czterdzieści migawek z życia rodziny, krążącej między Polską, Kalifornią i Bawarią.

Z życia podobnych, poznanych w drodze rodzin.

Ariadna, Julka, Alex, Marysia, Kuba...

Ale też inni...

Czterdzieści pocztówek z „podwójności”, która dotyka dziś miliony.

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Skąd jesteś? W dziewięćdziesięciu kilku procentach wie, co będzie dalej. Ma tylko trzynaście lat, ale doświadczenie stulatka. Przynajmniej jeśli chodzi o reakcję ludzi na jego odpowiedź. Alex nienawidzi tego pytania. Jeśli pytanie pada w Stanach, na ogół widzi dobrze maskowany popłoch w oczach pytającego. W połowie z Polski? Polska, Polska... Tu, gdzie mieszka, czyli w Kalifornii, ludziom bliżej do Chin czy Japonii niż do Europy. W szczególności tej zdecydowanie mniej znanej. Polska...? Wojny, Solidarność, kiełbasa, polish jokes (no, tego mu nie mówią), papież, Chopin, czasem pada Kościuszko (bo parada w Nowym Jorku), a ostatnio nawet premier, ale to chyba dzięki temu, że jego imię i nazwisko brzmią dla nich jakoś swojsko. Jeśli pytanie usłyszy w Polsce, reakcje są szybsze, co nie znaczy, że bardziej trafne. Ludzie tam są na ogół przekonani o swej słuszności. Zwłaszcza ci, który nigdzie nie byli... – O, Ameryka... I tu następuje zmiana tonu, a wraz z nią leci typowa wyliczanka: hamburgery, Hollywood, Coca-Cola, Disneyland, duże samochody, broń, brak ograniczeń... Potem natychmiast chcą wiedzieć, dlaczego jest tu, i sugerują, że na pewno tęskni, pytają, czy i kiedy zamierza wyjechać. Bo przecież chce wyjechać, prawda? Nienawidzi tego, że wiedzą lepiej, i tego, że nic nie wiedzą. Sam nie wie, czego bardziej: tej pustki niepotrafiącej przypisać słowu „Polska” żadnych lub zbyt wielu obrazów czy też domniemania, że skoro pochodzi ze Stanów, to z pewnością 27 potrzebuje lekcji na temat dobrych manier oraz wskazania mu na mapie, gdzie leży Berlin, a gdzie Paryż. Kiedyś reagował zniecierpliwieniem, ucieczką, niekiedy agresją. Unikał pytań, nie chciał odpowiadać na dociekliwe próby przypisania go jednej tylko lokalizacji. W końcu wypracował metodę. W Niemczech zauważył, że miejscowi często określają swoim domem miasta lub krainy. Wielu z nich wręcz wymieniało kraj na ostatnim miejscu, na pierwszych plasując miejscowość albo land. Czyli przykładowo bardziej Bawarczykami lub Fryzami niż Niemcami. Mama wytłumaczyła mu, że to się nazywa patriotyzm lokalny. Spodobało mu się. W sumie przecież nie był ze Stanów i nawet nie wiedział, jak wygląda środek kraju, o wschodnim wybrzeżu nie wspominając. Jego domem była Kalifornia, i to też nie cała. W Polsce znał tylko stolicę, góry i morze. Był lokalny i tam, i tu. Pogrzebał w książkach i sieci, a po miesiącu nadarzyła się okazja. Leciał odwiedzić rodzinę w Stanach, co w jego przypadku oznaczało jazdę po wielu miejscach i spotykanie po drodze wielu obcych ludzi. Pierwsze „Where are you from?” radośnie potraktował „From Warsaw”. Facet drążył dalej, na szczęście miło. – Opowiesz mi? – Tam jest najdłuższa i największa miejska sieć ciepłownicza w Europie. Facet się zaciekawia. – Wszystko było zniszczone po wojnie i można było bez przeszkód budować – tłumaczy. Haczyk został połknięty. Teraz pozostaje tylko utrzymać zainteresowanie i nie dać się zepchnąć na wojny, kiełbasę, papieża... – Moje miasto, a właściwie cały region to było księstwo. Aż do roku 1526! Potem dopiero nas włączyli do Królestwa Polskiego. Mężczyzna gwiżdże przeciągle. – Niezły jesteś, 1526 to szmat czasu. – I uśmiecha się do Alexa. – Wiesz, czasem chciałbym, żeby Kalifornia była oddzielnym państwem. Wystarczyłoby, nie? – Mruga porozumiewawczo do chłopca. Alex przytakuje ze zrozumieniem, choć tak naprawdę nie rozumie. W każdym razie metoda działa. 28 Po powrocie do Warszawy nadarza się okazja do wypróbowania jej na lokalnym gruncie. – Aaa, San Francisco! Wiem, most samobójców, gorączka złota i... hm, no geje – to ostatnie wypowiedziane jest szeptem, i do rodziców. A potem znów do niego: – I dużo Chińczyków, co? Alex z uśmiechem odpala pocisk. – U nas wynaleziono „chińskie ciasteczka” przepowiadające przyszłość. Wpadł na to Japończyk i to całkiem niedawno. Sprzedają je teraz w Lidlu. A stare domy ocieplone są końskim włosiem, no i w centrum finansowym mamy jedne z najpiękniejszych ogrodów na dachach. Można je zwiedzać za darmo i prawie nikt o nich nie wie! Wszystkowiedzący otwierają szeroko oczy. Pytają dalej, chwalą. Alex myśli o swoim koledze. Jego ojciec jest pół Holendrem, pół Amerykaninem, a matka pół Angielką, pół Niemką. Mieszkają w Warszawie. Kurcze, ciekawe co on odpowiada... 29 Kocham cię Drażnił ją ten zwrot. Wszechobecny i wyświechtany do granic możliwości. Tu można kochać psa, swoje lekcje fitnessu, chińszczyznę w barku na rogu, ale też matkę, dziewczynę czy własne dziecko. Ta sam zbitka dwóch krótkich słów, ten sam czasownik. Cholera, a może różnica leży w intonacji? w kontekście? w spojrzeniu? Obserwowała i próbowała ją złapać. I nic. Do rozdrażnienia doszła zazdrość. Bo jej mąż potrafił tę miłość serwować dzieciom codziennie. Rano przy śniadaniu, wieczorem, gdy rozdawał buziaki na dobranoc. Każdemu po I love you – lekko, naturalnie i ciepło. Bez ścisku w gardle, załamania głosu, bez fałszywych tonów. Tak po prostu. Dlaczego jej to nie wychodziło? Próbowała, oczywiście po polsku. Tak się umówili: każdy mówi do dzieci we własnym języku. Reguła one parent – one language5. Chciała to powiedzieć lekko – tak jak on. Ale polskie „kocham cię” nasiąkało od razu czymś ciężkim, ostatecznym, ciągnącym jej głos w dół. W Stanach I love you było oczywistością, polskie „kocham cię” – wydarzeniem, deklaracją życia, czymś na kształt przysięgi na wieczność. 5 Zasada stosowana przez rodziny dwujęzyczne, wedle której, każde z rodziców mówi do dziecka tylko w swoim ojczystym języku. 30 Czy kiedyś usłyszała „kocham cię” od rodziców, dziadków? Nie mogła sobie przypomnieć. A jej rodzice, dalsza rodzina? Czy im mówiono, że są kochani? Na pewno nie. Nikt nie myślał o takich deklaracjach w domach z siedmiorgiem dzieci, z nadciągającą w powietrzu wojną. Chodziło tylko o to, by przeżyć. Miłość była luksusem, a jednocześnie oczywistością. Miłość była jak śmierć. Lepiej było ich imion nie wypowiadać głośno: tę pierwszą można było spłoszyć, tę drugą ściągnąć na siebie. Deklarowało się miłość do ojczyzny, do niemowląt, ale gdy zwracało się do kogoś bezpośrednio, to – dla bezpieczeństwa – mówiło się w trzeciej osobie, jakby o kimś innym: mama cię bardzo kocha wiesz... O miłości mówiło się jeszcze w filmach: to z ekranu padały wielkie słowa. Może dlatego słuchało się ich z wypiekami na twarzy. Tu I love you wydawało jej się najczęściej czymś w rodzaju werbalnego uścisku, poklepania po ramieniu, słownego zapewnienia, że wszystkie jest dobrze. Rozmowa przez telefon – kocham cię. Wysadzenie dziecka przed szkołą – lov ya. I na dobranoc znów porcja miłości. Fakt, czasem nie było innej drogi, rodziny porozdzielane były kontynentalnymi odległościami, nie tak jak u niej, gdzie wszyscy do tej pory żyli w trzech sąsiadujących ze sobą wsiach. Od wieków. Może to bliskość trochę zabiła tę miłość, jak w wieloletnim małżeństwie, w którym ludzie raczej się szanują niż kochają – rozważała. Susan, sąsiadka rodem z Teksasu, tłumaczyła jej – łagodnie i powoli, jak niezbyt rozgarniętemu dziecku, jednocześnie zerkając wilgotnymi oczami na bawiącą się w ogrodzie dwójkę swoich dzieci: – Wolę to mówić za często niż w ogóle. A co jeśli jutro zginę i nie zdążę? Dziwne. Jej nigdy to nie przyszło do głowy, a przecież pochodziła z kraju, w którym całe pokolenia nie zdążyły nie tylko z „kocham cię”. Nie zdążyły z życiem... Nieoczekiwane zrozumienie dla swych rozterek znalazła u Chińczyków. Dla nich miłość (przynajmniej dla pierwszego, drugiego pokolenia emigrantów) była 31 czynnością, czymś, co się pokazuje przez działanie, nie przez słowa. Werbalne „kochanie” było czymś zarezerwowanym dla białych i washed off Chinese. Miłość to działanie, a nie uczucia – zamyślił się chiński ojciec jednej z przedszkolnych koleżanek jej córki. – To jest to, czego wielu z was nie zrozumiało, czytając Biblię – dorzucił z satysfakcją, zostawiając ją jeszcze bardziej skołowaną i niezdecydowaną. W Polsce Ariadna reagowała alergicznie na „kocham leżeć na plaży”, na leciuteńko rzucane lovy będące reakcją na świetny żart czy nietypowe zachowanie u wychowanej na amerykańskich filmach młodzieży. Szafującej miłością na prawo i lewo. Młodzież... Stała w gimnazjum córki. Był 21 stycznia – dzień babć i dziadków. Jej ojciec niepewnie rozglądał się po budynku zaludnionym dziwnymi postaciami. Oprowadzał go dumnie wnuk, z radością obserwując nieudolnie maskowane przerażenie w oczach dziadka. Długowłosi, goci, hipsterzy, emo i inni. Alex zdążył już całkiem nieźle przyswoić podstawy subkultur gimnazjum, do którego uczęszczała jego siostra. Gospodarze, czyli gimnazjaliści, uwijali się wokół przyniesionych przez siebie ciast i sałatek, niektórzy rysowali portrety swoich najbliższych. Potem nastąpiła najbardziej uroczysta część, odsłonięcie pracowicie szkicowanych dzieł i krótka prezentacja. Nieoczekiwanie zgłosiła się siostra Alexa, której nikt nie podejrzewał o taką odwagę. Zawsze była nieśmiała i panicznie bała się publicznych wystąpień. Wskazała na siedzącego w drugim rzędzie dziadka, prezentując jednocześnie całkiem udany portret. Kiedy oklaski przebrzmiały, patrząc mu prosto w oczy powiedziała – Kocham cię, dziadku. Sekundy później dziadek desperacko walczył z napływającymi łzami i drgającą brodą. Stojąca obok mama miała tak samo mokre oczy i nerwowo pocierała policzek. Jak zawsze, kiedy usiłowała zapanować nad płaczem. Oboje patrzyli na Julkę, nie widząc reszty sali. 32 Drzwi do raju Wyglądają jednakowo. Normalny człowiek nie masz szans odróżnić kopii od oryginału. Osiem ton brązu. Nikt wcześniej nie dał rady zrobić czegoś takiego w jednym kawałku, nawet cesarstwo Rzymskie, mimo pozostawionych w spadku wizytówek swojej wielkości takich jak: koloseum, akwedukty czy gigantyczne łaźnie. Oryginał ma prawie sześćset lat i stworzono go w podzięce Stwórcy czy też losowi za oszczędzenie Florencji przez zarazę w 1348. Jego ojcem został dwudziestojednoletni wówczas Lorenzo Ghiberti, który zanim przeszedł od planów do końcowego efektu, postarzał o dwadzieścia siedem lat. Dwanaście spędzonych na robieniu projektu i odlewów, kolejne piętnaście na właściwej pracy na kawałku brązu. „Kawałek” to trzytonowa całość, pracowicie wydobyta z metalu z olbrzymim ryzykiem. Co gdyby, coś się nie udało? Całe trzy tony na marne. Kopia powstała w latach czterdziestych dwudziestego wieku, błyskawicznie, z odlewu wykonanego na oryginale. Zapłacił za nią i ściągnął na inny kontynent znany filantrop amerykański Charles D. Field. Autentyk jest jednym z cudów Włoch, Florencji i renesansu. Wprawiony zostały w budynek , którego konstrukcja powstała w 1059 roku, z wydobywanego w pobliskim Fiesole i rozebranych bezbronnych pogańskich budowli. „Podróbka” mieszka w cementowych, doskonale udających kamień ścianach gotyckiej katedry na kontynencie, który nigdy nie przeżył gotyku. W mieście , które wyrosło nagle, z niczego, jak za potarciem magicznej lampy. W tym przypadku zrobionej ze złota. Kilkuset osobowe obozowiska w 1848 , pięć lat później złoto zamieniło w dwudziestotysięczne miasteczko. Kopia ściągnięta dzięki podróżom ludzkim, zachwytowi geniuszem zobaczonym w innym zakątku świata i jak zawsze pieniądzom. Zarówno autentykowi jak i kopii turyści robią zdjęcia usiłując uchwycić tajemnicę zawarta w bronzie, geniusz zastygły w metalowych płaskorzeźbach i czas, zatrzymany w czymś, co było przed nimi i zostanie po nich. Nieświadomi, że te włoski autentyk od 1990 jest także tylko kopią. Oryginał ukryto przed zakusami Goeringa w czasie drugiej wojny światowej, potem na stałe zdemontowano i zamknięto w muzeum, po katastrofalnej powodzi we Florencji w latach dziewięćdziesiątych. 33 Najbardziej jednak chciano chronić powierzchnię staruszka przed toksycznym wpływem zanieczyszczeń samego powietrza. To ostatnie, mocno zmieniło skład od czasu powstania drzwi. Wrota do raju. Gates of Paradise. Porta del Paradiso nazwane tak nie przez swego twórcę ale samego Michała Anioła. . A to o czymś świadczy Drzwi wyglądają identycznie ale wiodą do zupełnie innych światów. Mijając drzwi w kraju o konturze trzewika, człowiek nagle wpada do ciemnej, niedużej przestrzeni, stąpa po kamiennej posadzce z 1209 i trafia na grobowiec antypapieża Jana XXIII. Nad głową tajemniczo pobłyskują bizantyjskim światłem trójkątne freski. To pod nimi siadywał od dziecka Dante Alighieri, zadzierając głowę podziwiał sceny śmierci i zmartwychwstania. Czy już wtedy powstawały w jego głowie początki Boskiej Komedii? Wszędzie przeszłość, historia i nieustające fale turystów, mniejsze lub większe, ale zawsze. Uzbrojeni w aparaty, przewodniki ze wszystkich stron świata w namaszczeniu wchłaniają z kolumbarium przeszłość. Te drugie znalazły się na jednym z najpiękniejszych wzgórz Nowego Świata, po tym jak pierwotny kościół zniknął , starty z powierzchni ziemi przez tragiczne trzęsienie ziemi z 1906 roku. Crocker, nieprzyzwoicie bogaty magnat kolejowy podarował diecezji zrujnowany teren Nob Hill a kolejne gesty wsparcia wyszły od wynalazcy filmowego Hannibala Goodwinna oraz uwaga, uwaga Jamesa - Smitha Busha, pra, pra dziadka byłego prezydenta USA Georga W. Busha. Pchnięcie tych drzwi i wpada się w olbrzymią, pięknie oświetloną witrażami przestrzeń katedry. Stopy przemierzają olbrzymi labirynt, odwzorowany na tym z posadzki Katedry Notre-Dame w Chartres. Ma on wprawić pielgrzyma w stan medytacji i przypominać o wędrówce duszy ku zbawieniu. Po lewej kaplica Aids, znak naszych czasów. Turyści też są, z aparatami, kamerami video i przewodnikami we wszystkich językach świata. Tu jednak zapraszani są do mszy, wciągani do zbiórki na bezdomnych, których miasto św. Franciszka ma najwięcej. Per capita. I ci ostatni, bezdomni siadają czasem w ostatnim rzędzie. Odurzeni alkoholem, narkotykami, biedą i nieszczęściem. Śmierdzący i niechciani. Tu akceptowani , podobnie jak niechętnie gdzie indziej widziani geje. 34 Tu, gdzie pastor jest rozwodnikiem a i tak przychodzą słuchać go tysiące wiernych. Bo tylko on potrafi poruszyć ich sumienia. Powiedzieć z ambony, że cały świat dziś chce aby oni wszyscy, zebrani w katedrze, byli zajęci „małymi sprawami” i nie zadawali sobie ważnych, trudnych pytań. Ariadnie ma nagłą wizję, wydaje się, że widzi dwa kościoły zrośnięte razem, złączone jednym wspólnym wejściem, Wrotami do Raju. Drzwi są obrotowe i pchnąwszy je w jedna stronę ląduje się w olbrzymimi wnętrzu katedry w nowym świecie. Zaludnionym twarzami czarnymi, azjatyckimi, europejskimi i ich najprzeróżniejszymi wariacjami. Brzmiącym jednocześnie językami, które kiedyś nie sąsiadowały ze sobą i nawet nie wiedziały o swoim istnieniu. Świecie, którego symbolem jest miasto o największej ilości bezdomnych i milionerów, przypadających na głowę mieszkańca. Ponowne pchnięcie drzwi przenosiłoby człowieka do miasta, gdzie wszystko jest przeszłością. Kościoła, w którym każdy detal był adoracją obecności Boga i wielkich umysłów ludzkich, które odeszły z tego świata. Pomnikiem historii, wieków przed współczesnymi, przypomnieniem, że czas jest wielką tonią pod cieniutką warstwą dnia dzisiejszego. Wyzierającą zewsząd, jak zamarznięte wnętrze jeziora pod przezroczystą warstwą lodu. Jak cudownie byłoby mieć takie drzwi obrotowe. Prawdziwe wrota do raju – myśli Ariadna i natychmiast dzieli się ta myślą z dziećmi. −Wyobrażacie sobie, żadnych samolotów, lotnisk, całej tej podróży. Obrót w lewo Stany, obrót w prawo Europa. Te same drzwi, ten sam punkt wyjścia ale inne rozgałęzienie w czasie. −Fajne – przyznają Alex z Julką – byłoby szybciej. −Kurcze, z drugiej strony – zamyśla się Ariadna - w czasie lotu, mam czas się przestawić, na inną rzeczywistość po lądowaniu. Może to wcale nie jest takie głupie, żeby podróż trochę trwała. −Ja tam nie potrzebuję żadnego przestawiania się - Alex patrzy na matkę z kiepsko maskowaną wyższością. 35 Mak i sassafras – Ciasto z makiem? Naprawdę jecie takie rzeczy? Ariadna wzrusza ramionami ze zdziwieniem i zakłopotaniem. – Pewnie. Pycha. Nie tylko ciasto, chleb też, a nawet śledzie. – No, bo chyba z maku robi się... – niepewnie ciągnie nowo zapoznana rodzina mieszkająca na granicy Meksyku i Kalifornii. Ach, o to chodzi! Ariadnie szybko przypominają się opowieści babki o karmieniu dzieci mleczkiem z maku, jak trzeba było iść w pole harować, a maluchów nie było z kim zostawiać. Wyjaśnia – pospiesznie i chaotycznie – ale jakieś niedowierzanie i wątpliwość wiszą pod obracającym się wentylatorem domu w San Diego. Oczywiście zabawa dopiero się rozpoczyna. Potem odgrzebany zostaje tatar, cynaderki, flaki, kiszka, czernina, a nawet móżdżek. Wszystkie te rewelacje wyciągane z szelmowskim uśmiechem przez męża Ariadny – rodowitego Kalifornijczyka – prawie zamrażają ciężkie od upału powietrze. Ariadna usiłuje się uśmiechać, podchodzić do wszystkiego lekko i z humorem. Z dystansem do własnej kultury, języka i kulinariów. Łatwo powiedzieć. Jest tu dopiero kilka dni i cały organizm przeszedł do kontrataku. Wobec zmiany klimatu, ilości światła wpadającego do wychowanych w północnej Europie źrenic, brzmienia języka i smaku tego, co serwują jej jako jedzenie. A także wobec zdziwienia tutejszych jej innością. Nie, jeszcze nie nabrała dystansu. – Już ja cię na czymś złapię – mruczy do męża Ariadna, teatralnie mrużąc oczy. 36 Sęk w tym, że na razie nie ma na czym. Rodzina jest z gatunku ambitniejszych, nikt tu nie je fast foodu, nie zapija się colą. Żadnych typowo amerykańskich rozmiarów, ubrań XXL, a zamiast tego sport, mięśnie i pyszne, na ogół morsko-meksykańskie jedzenie. Ariadna wprost uzależnia się od kolendry, w nieograniczonych ilościach dokładanej w postaci pasty do najprzeróżniejszych tortillas. Owoce są pyszne, bo świeże, z rybami podobnie. Pomaga jej przypadek. Siedmioletni syn kuzynki wyraża zapotrzebowanie na lody. – Koniecznie rootbeer – krzyczy. Ariadna nadstawia uszu: końcówka wskazuje na piwo, ale dziecku by chyba nie dali? Próbuje lodów, a następnie napoju o tej samej nazwie. – Ohyda – patrzy z dezaprobata na męża. – Skrzyżowanie pasty do zębów z gałką muszkatołową. Mąż cierpliwie tłumaczy, że to napój narodowy, że istnieje kilkaset (tak, kilkaset) marek, a każdy stan ma własne i, oczywiście, najlepsze. Ariadna odpala komputer i usiłuje zlokalizować źródło przedziwnego smaku. Angielskie nazwy, którymi sypie małżonek, nic jej nie mówią. Wyskakuje tego cała lista. „Cudowny” napój w oryginalnej wersji zawiera korzeń sassafrasu oraz rośliny o równie niezwykłej i egzotycznej nazwie, czyli sarsaparilli, a także w różnych proporcjach święty pieprz, korzeń lukrecji, golterię pełzającą, wyciągi z brzozy czarnej i cukrowej, czeremchy amerykańskiej, lokalnych odmian świerku, łopian i mniszek lekarski. Większość rozszyfrowuje, ma jakieś skojarzenia, pozostaje tylko intrygująco brzmiąca roślina z początku listy. Wrzuca w przeglądarkę internetową i zdobywa garść informacji. Sassafras – drzewo o ciemnoczerwonej korze, którego nazwa, jak wieść niesie, oznacza coś, co łamie skałę. Największe drzewo tego gatunku rosnące w Stanach znajduje się w Kentucky, mierzy ponad trzydzieści metrów wysokości, a jego pień ma prawie sześć metrów w obwodzie. Ciekawe – myśli Ariadna i zaraz potem zauważa wzmiankę o nadzorze nad transportem kory z sassafrasu. Nadzorze niezbędnym, bo kiedyś używano jej do nielegalnej produkcji... ecstasy. Aha! 37 Ładnie, lody, napoje dla dzieci! Przy następnym spotkaniu rodzinnym Ariadna z niewinną miną i, nomen omen, niemal w ekstazie wyciąga historię podstawowego składnika rootbeer. Tym razem to ona z nieskrywaną radością drąży, a oni się tłumaczą... I pomyśleć, jak inaczej widzą najprostsze rzeczy „obcy”. 38 Beverly Beverly jest piękna. Nawet nazwisko ma piękne, Seebreaze, kojarzące się z morską bryzą, choć pisane inaczej6. Szczupła, wysportowana blondynka o niebieskich oczach. Do tego przystojny, równie wysportowany mąż o sylwetce biegacza długodystansowca, dwoje udanych dzieci, na inteligentni, wykształceni, z klasą. Jej dzieci nie jedzą wysoko przetworzonej żywności, fast-foodu, nie oglądają telewizji, a dostęp do sieci limitowany jest potrzebami szkolnymi; inne, pozaszkolne potrzeby przebywania w wirtualnym świecie trzeba umotywować i przekonać rodziców. Mieszka pod jednym z najlepszych adresów w Stanach: z widokiem na ocean z jednej strony i rozległymi wzgórzami, nad którymi krążą sokoły, z drugiej; w okolicy, do której usiłują wyemigrować nie tylko miliony Meksykanów, ale też samych Amerykanów, z tzw. fly-over states7. Żyć nie umierać. I Beverly żyje, żyje pełną piersią, a do tego chce jak najbardziej ... sensownie. Poprzez Kościół, do którego należy jej rodzina, dowiaduje się o programie pomocy dzieciom. I wybiera najtrudniejszy przypadek... Parę miesięcy później do jej domu z widokiem na zatokę przyjeżdża ośmioletni chłopiec. Niewyraźnie bełkocze po rosyjsku, nie ma prawego oka, szczątek lewego ucha wyrasta znacznie niżej, niż powinien... 6 Seabreeze – prawidłowa angielska pisownia słowa oznaczającego bryzę, wiatr wiejący od morza. 7 Środkowe stany w Stanach Zjednoczonych, z reguły omijane przez turystów, rzadziej zasiedlone i traktowane przez wielu Amerykanów jako gorsze niż wybrzeża. 39 Wania nie zna swoich rodziców, którzy przerażeni deformacją dziecka zostawili go w szpitalu zaraz po narodzinach. Szpital przekazał „kłopotliwy prezent” domowi dziecka, w którym chłopiec utknął na następne kilka lat. Tolerowany, spisany na straty i zaliczony do przypadków beznadziejnych wegetował. I Wania pojawia się w amerykańskiej szkole. Podstawowej i najzupełniej państwowej, choć biorąc pod uwagę zip-code8 na pewno wyglądającej inaczej niż szkoły nowojorskiego Bronxu. Dzieci stoją zbite w grupki, wszystkie w ubraniach z metkami Gapa, Gimboree, Osh-Kosh, ale też Laury Ashley czy April Cornell. Beverly przyprowadza wystraszonego chłopca i kalifornijski upał zastyga ścięty milczeniem. Wszyscy wpatrują się w jego twarz, usiłując nie odwracać oczu od zdeformowanych rysów jego twarzy i uśmiechają się, niepewnie, ale jednak. Któraś z dziewczynek drżącym głosem sięga do wyuczonej lekcji: – He is just different9. To uspokaja pozostałych i staje się wystarczającym wyjaśnieniem. Po prostu inny. I ok. Beverly prosi Wanię, żeby się przedstawił. Chłopiec niewyraźnie składa świeżo wyuczone My name is..., resztę opowieści oddając tej, którą kurczowo trzyma za rękę i na którą patrzy swym jedynym okiem. Klasa dowiaduje się o genetycznych uszkodzeniach płodu, o miejscach, w których żyją niechciane dzieci, o tym, że Wanię czeka kilka operacji, w tym plastyczne. Beverly nie wspomina, rzecz jasna, że wszystko finansowane jest przez nią, Kościół oraz generalną zrzutkę wśród znajomych. Nie opowiada też o minie własnych dzieci, kiedy zobaczyły chłopca, który miał z nimi zamieszkać przez prawie rok i dzielić z nimi ich dom, ich zabawki oraz ich matkę. Zanim starszy, Martin, zaczął zachowywać się niczym opiekun Wani, przeszedł przez fazę odrzucenia, pretensji, strachu, a nawet agresji wobec obcego. Taylor, młodsza siostra Martina, z uwagą obserwowała przybysza, rodziców, brata, ale też dzieci w szkole. Obserwowała w skupieniu, zamyśleniu i ciszy. Po szkole poddawała Wanię analizie, oddając się swojemu ulubionemu zajęciu. Bujaniu 8 W Stanach Zjednoczonych często właśnie poprzez kod pocztowy określa się i definiuje status mieszkańca. Amerykańskie „sąsiedztwa” są ekonomicznie i społecznie bardzo jednorodne i trudno znaleźć okolicę, gdzie wille sąsiadowałyby z ruderami. 9 Z ang.: On jest po prostu inny. 40 się na gałęzi wielkiego dębu rosnącego przed domem. Uwielbiała to robić, kilkuminutowe oderwanie się od ziemi pozwalało Taylor na zostawienie za sobą szkoły, lekcji i obowiązków. Tam, w górze, lepiej się marzyło, lepiej myślało. Któregoś dnia przy jednym ze szczególnie udanych bujnięć przeszyła ją myśl, że ona też mogła urodzić się takim Wanią: bez jednego ze swych pięknych, odziedziczonych po matce oczu. Jak by to było nie móc nosić kolczyka, bo ucha praktycznie nie ma, a jego resztka położona jest niesymetrycznie w stosunku do tego po drugiej stronie? Jak by wyglądała? I tak oto Taylor zastyga na huśtawce, zapomina o machaniu nogami. Jej wyobraźnia pracuje: nie ma obok niej jej pięknej matki, wysokiego i dzielnego taty, który wyniósł ją ostatnio na rękach z zarośli trującego bluszczu 10 i który najczęściej czyta jej na dobranoc albo bierze na nieskończenie cudowne wycieczki przez dzikie wzgórza na północ od miasteczka. Potem widzi siebie owiniętą taśmą, ostemplowaną i zabraną na pocztę. Wygląda jak paczka, którą wraz z mamą wysłały do ciotki Jen na święta. Przesyłka trafia do obcego kraju, którego języka nie rozumie i gdzie zajmują się nią obcy ludzie. Dziewczynka zeskakuje i biegnie w kierunku domu, dopada skulonego w kącie pokoju Wani i przytula go. Głaszcze jego blond włosy, uchopodobne miejsce i patrzy w parę szarozielonych oczu (bo Wania ma już nowe, sztuczne oko). Wyobraża sobie, że to Wania przejął krążące po świecie nieszczęście, które przelatuje nad różnymi krajami, miejscami i dziećmi. Spadło na niego nagle, bez ostrzeżenia i bez powodu. Spadło na niego, ale mogło spaść na nią. Taylor czuje dreszcz zagrożenia, które przeszło obok, o milimetry od niej, jak samochód, który obtarł im lewy bok na autostradzie. Cała przejęta dzieli się tym odkryciem z koleżanką w szkole. Julia przejmuje pałeczkę i, huśtając się z nią w ogrodzie, teraz to ona myśli nad rewelacjami zasłyszanymi od Taylor. Rozmawiają o Wani przez następne tygodnie, ale potem temat się kończy. Julia pakuje się. Po kilku latach pobytu nad zatoką ma wrócić do Europy, miejsca, gdzie się urodziła i skąd pochodzi jej mama. Do Polski. Miesiąc po wyjeździe Julia dzwoni. Stamtąd. Jest smutna. W nowej szkole dzieci naśmiewają się z jej odmienności, z jej akcentu. I feel so different – mówi do słuchawki z rezygnacją, a w jej głosie słychać samotność... 10 Znana jako sumak jadowity, popularna w Kalifornii roślina, która w kontakcie ze skórą powoduje ropiejące pęcherze i bardzo bolesną wysypkę. 41 Ishi Wynurzył się z zarośli u podnóża Mount Lassen w północnej Kalifornii w 1911 roku. Bosy szkielet w łachmanach. Na szczęście dopiero wtedy... Parę lat wcześniej zostałby zapewne zastrzelony na miejscu. Tamtego sierpniowego dnia umierał z głodu. Nakarmiono go, a potem zamknięto w zakładzie dla obłąkanych i wezwano mądrzejszych niż miejscowy szeryf. Potrzebny był ktoś taki, bo nikt nie potrafił się z nim dogadać. Nie było nikogo, kto znałby jego język. Nadano mu imię Ishi, co w języku lokalnych Indian znaczyło tyle, co człowiek. Człowiek miał szczęście, bo ktoś wpadł na pomysł powiadomienia o „znalezisku” genialnego antropologa, Alfreda Kroebera. Ten ostatni od lat bezskutecznie poszukiwał śladów prekolumbijskiego świata, Indian nieskażonych kontaktem z białym. Ishi pojechał więc do San Francisco, gdzie Kroeber rozpoczął trudną pracę odczytywania jego języka. I oswojenia go ze światem, jakiego Ishi nie znał. Pokazał mu wszystkie ówczesne zdobycze cywilizacji: kran z wodą, słynne miejscowe tramwaje, szpitale i lekarzy w białych kitlach, maszynę do pisania oraz samolot. Kroeber nie mógł wyjść z podziwu, jak szybko i łatwo przybysz oswoił się z tym światem. Jego niekłamane zdumienie budziły nieodmiennie zapałki. Przede wszystkim jednak liczba ludzi. 42 Nigdy w swoim życiu nie widział więcej niż czterdzieści osób naraz. Tyle właśnie liczyła ostatnia grupa Yahi, szczepu, z którego pochodził. Pamiętał ją z dzieciństwa. Ta, w której się wychował i która była wielokrotnie atakowana. Atakowali ich w 1865, 1866 i 1867, kiedy to nie zostało ich już na tyle dużo, by wrócić i pogrzebać zabitych, i w końcu pięć lat później, gdy w odruchu litości po raz pierwszy zamieniono strzelby na rewolwery, te pierwsze bowiem rozrywały niemowlęta... Polowanie na nich było zajęciem legalnym i dochodowym. Za skalp indiański płacono pięć dolarów – niezależnie od rozmiaru. Suma przekazana przez rząd federalny stanowi Kalifornia na wynagrodzenie dla „łowców głów” tylko w 1854 roku wyniosła milion dolarów... Tyle warte było usunięcie ich, sczyszczenie z powierzchni ziemi, która odtąd miała należeć do kogoś innego. Trochę szybsza metoda niż czekanie aż powoli wymrą, zepchnięci w najbardziej jałowe skrawki ich byłej ojczyzny, dziesiątkowani przez europejskie choroby, z rozmysłem rozpijani, patrzący na swoje dzieci, którym nie wolno było używać własnego języka. Za długo by czekać. Kalifornię ogarnęła gorączka złota, a więc Indianie musieli zniknąć. Najlepiej natychmiast. Mordów dokonywała wąska grupa zawodowców, mając z tego źródło utrzymania, przy czym większość z nich głęboko wierzyła, że eksterminują coś na kształt pół-zwierząt. Mało kto potępiał te działania, a te nieliczne głosy sprzeciwu nie mogły liczyć na masowe wsparcie. Gazety nazywały go „ostatnim barbarzyńcą najbardziej prymitywnego rodzaju”. Z satysfakcją „tych lepszych” opisywano historię spotkania Ishiego ze znaną śpiewaczką operową. Jak łatwo się domyślić, wyciągnięty z dziczy Indianin miał być olśniony pluszowymi krzesłami oraz przeżyć „kulturowe nawrócenie”, słysząc boski głos śpiewającej. Całe życie Ishiego było podporządkowane drobiazgowemu i konsekwentnemu ukrywaniu się, zacieraniu śladów. Od urodzenia uciekał... przed tymi, którzy przynieśli ze sobą cuda: krany, tramwaje, lekarzy... przed tymi samymi, którzy rozdawali koce z zarazkami ospy, wybijali bizony, zostawiając ich martwe gnijące na preriach ciała, zatruwali rzeki, szukając złota... Ponad czterdzieści lat w odwrocie. – Nie synku, może kiedyś. Jest nas za mało, by urządzić ceremonię nadania ci imienia. 43 – Nie synku, nie możemy gotować. Dym jest widoczny, wytropią nas. – Nie synku, nie możesz biegać, bo mogą nas usłyszeć. Zresztą, nie ma już żadnych dzieci, z którymi mógłbyś się bawić. – Nie synku, ten odgłos to te ich maszyny. Pociągi. – Nie synku, pamiętaj, nie wolno ci wychodzić. Zabiją cię. Jak wszystkich innych. Czy tak wyglądały ostatnie rozmowy, jakie odbył w swoim języku? Zanim został sam. Może nie było już słów na opisanie świata, w którym egzystował. W żadnym języku. Starał się. Bardzo. Nie wychodził. Przez ponad trzy lata mówił już tylko sam do siebie. Słyszał przejeżdżające pociągi, czasem widział majaczące w oddali sylwetki ludzi. W niewyobrażalnej pustce i zawsze na krawędzi głodu. To wtedy wyszedł na rzeźnię Eda Kesslera. Ocalał. Miał szczęście, że wytrzymał aż tyle. Stał się reliktem. Jednorożcem dla nowej rasy, która mieszkała na jego ziemiach. Teraz za wszelką cenę chciano go ratować. W pośpiechu uczono się jego mowy, sposobu polowania, budowania szałasu, wiedzy o otaczającej przyrodzie, którą nowo przybyli traktowali jak kopalnię złota. Coś, co trzeba ogrodzić, zmierzyć, zbadać, a potem wyciągnąć zeń na powierzchnię to, co najwartościowsze. Za wszelką cenę. Nawet za cenę zniszczenia wszystkiego wokół. Ostatecznie można się przecież przenieść dalej. To duży kraj. Ishi zamieszkał w budynku Muzeum Antropologii. W swoim własnym kraju znalazł się wśród przedmiotów należących do innych ginących lub dawno wymarłych kultur i cywilizacji. Stał się niezwykłym, żywym eksponatem Kroebera. Pokazano mu strzały, łuki i narzędzia należące kiedyś do jego plemienia. Ku zaskoczeniu jego „opiekunów” nie okazywał żalu, zgorzknienia czy bólu, raczej zdziwienie. W ciągu pół roku obejrzało go niemal dwadzieścia cztery tysiące ludzi. Ubrany w skóry zwierząt, ustawiony na tle drzew czy dzikiego krajobrazu pozował do zdjęć. Na życzenie antropologów i publiczności zbudował typowy szałas Yahi. Zanim 44 pojawiły się, przyklejone do niemal każdego amerykańskiego muzeum gift stores, Ishi już wtedy produkował groty, łuki i strzały, po które ustawiały się kolejki. Nigdy nie nauczył się gier zespołowych, nie potrafił rzucać i łapać piłki. Nie zrozumiał sensu współzawodnictwa ani robienia czegoś na pokaz, dla aplauzu. Nigdy nie pojął etosu pracy ani opowieści o Chrystusie. Był przekonany, że zmarli biali nie potrafiliby uczestniczyć w tańcu duchów Indian. Do tego trzeba umieć tańczyć, a poza tym zmarli Indianie nie byli w oczach Ishiego mile widzianymi gośćmi w niebie białych. To nie było miejsce dla nich. Alfred Kroeber wraz z genialnym językoznawcą Edwardem Shapirem zdołał odczytać język Ishiego. Dźwięki, słownictwo, gramatykę. Nie byli w stanie zgłębić jego sposobu myślenia – ta jego część do końca była poza ich zasięgiem. Wymykała się z rąk, mimo patefonu, wielogodzinnych nagrań jego historii, mimo autentycznej przyjaźni, jaka narodziła się między trójką mężczyzn. Kiedy kazano mu opowiadać o sobie, zaczynał od stworzenia świata, roślin, zwierząt, swego szczepu, rodziny. On był na końcu. Jako wynik, mały element historii, która zaczęła się na długo przed nim i skończy bez niego. Nie potrafił zobaczyć siebie w oddzieleniu od przyrody. Cały czas martwił się, czy zmarli z jego szczepu przeszli w zaświaty, czy znaleźli przejście. Bo żeby im w tym pomóc, został już tylko on. Ishi odszedł cicho. Zmarł na gruźlicę, na którą – jak wszyscy Indianie –był nieodporny. Kroebera nie było wtedy na miejscu. W telegramie błagał o niedokonywanie autopsji. Ishi, jak większość Indian, wierzył, że ciało, by mieć siłę do lotu na północ, w kierunku krainy zmarłych, musi być w całości. Na próżno... Znów okazało się, że był tylko ciekawostką, którą należy zbadać, zmierzyć i wystawić na widok ciekawskiej gawiedzi. Nawet jeśli będzie to mózg w formalinie, dla dodania powagi umieszczony w Smithsonian Institution. Jeszcze jeden egzemplarz rzeczy ostatnich, cmentarzysko świata niepotrzebnego nowym panom. Po latach walki, spokrewnieni ze szczepem Ishiego Indianie Maidu odzyskali „eksponat” i wyprawiono mu pogrzeb zgodny z tradycją. Ishi pofrunął w końcu na północ. 45 * W 2008 na największym przeglądzie niezależnego kina w USA Sundance Film Festival furorę zrobił dokument dwójki językoznawców. David Harrison i Gregory Anderson, twórcy filmu “The Linguists” przemierzają świat dokumentując wymierające języki. Ariadna obejrzała go w małym niezależnym kinie na przedmieściach San Francisco. Właśnie tam w przytulnej salce z pluszową zasłoną na ekranie odkryła istnienie języka wilamowickiego11. Pod Bielsko-Białą. Przetrwał w niezmienionej formie ponad 700 lat, mówi nim dziś sześćdziesiąt kilka osób. Musiała pojechać do Stanów aby go odkryć. Wszyscy w amerykańskiej rodzinie jej męża słyszeli o Korczaku. Nikt o Ishim. W San Rafael , na dawnym Dzikim Zachodzie z ekranu sączy się wilamowicki. Nad Wisłą prawie nikt nie słyszał o tych ostatnich starszych ludziach pod Bielsko-Białą. 11 Mieszkańcy Wilamowic są prawdopodobnie potomkami osadników holenderskich, niemieckich i szkockich, którzy przybyli do Polski w XIII wieku. Wielowiekowy rozwój w izolacji oraz kontakty między osadnikami z różnych krajów sprawiły, że język wilamowicki oddalił się od niemieckiego. Silne wpływy innych języków: dolnosaksońskiego, niderlandzkiego, fryzyjskiego, polskiego, angielskiego oraz szkockiego. 46
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zabierz mnie do domu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: