Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00447 007880 15700023 na godz. na dobę w sumie
Zabójca bogów - ebook/pdf
Zabójca bogów - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 246
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3620-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

 

Alternatywny świat starożytnej Mezopotamii, w którym dzieje ludów i imperiów potoczyły się inaczej niż w rzeczywistości, a stolicą świata i Wiecznym Miastem jest Babilon. Nazwa ta, Brama Bogów, upamiętniała ongiś miejsce, w którym, jak wierzono, bogowie mieli zstąpić na ziemię. A co by się stało, gdyby zstąpili jak najbardziej dosłownie i – co gorsza - na ziemi pozostali?

Bohater powieści, oddając się misji uwalniania ludzi od pomniejszych bożków i demonów zamieszkujących ziemię, w gruncie rzeczy szuka możliwości starcia z prawdziwymi bogami, którzy stworzyli świat, ale których świat już nie potrzebuje i nie chce. A może nie chce ich tylko on sam, błędnie mniemając, że ludzie podzielają jego nienawiść do nieśmiertelnych?

Lecz kim jest, by się równać z bogami? On sam nie wątpi, że jest człowiekiem. Toteż odkrywając w końcu swoją prawdziwą tożsamość przeżywa zaskoczenie. I nie jest to zaskoczenie miłe.

Zamierzona ahistoryczność, mieszanie rozmaitych motywów, epok i realiów, każą spojrzeć na powieść jak na rodzaj gry z konwencjami fantasy. Fabuła, nie pozbawiona dawki ironicznego humoru, prowadzi czytelnika przez świat, w którym nic, co ludzkie, nie jest obce bogom, ale zarazem nic, co boskie, nie jest przeznaczone dla ludzi. Chyba że komuś wreszcie uda się przełamać ten monopol.

Jedyną drogą, by to osiągnąć, wydaje się… uśmiercenie nieśmiertelnych.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Andrzej Sejan ZABÓJCA BOGÓW Projekt okładki Andrzej Sejan Copyright © 2012 by Andrzej Sejan Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. ISBN 978-83-272-3620-3 CZĘŚĆ PIERWSZA 1 Stwór wyraźnie tracił siły, lecz walczył nadal. Jego przeciwnik niemal go za to podziwiał. Co, oczywiście, nie oznaczało, że byłby gotów darować mu życie. W pewnej chwili, kiedy odstąpili od siebie, by nabrać oddechu przed ostatecznym starciem, stwór przemówił. - Powiadają – rzekł melodyjnym głosem, który zdumiewająco kontrastował z jego groteskowym wyglądem - że pewien człowiek, obdarzony umiejętnościami, jakich nie powinien posiadać, przemierza świat, zabijając bogów. - Tak powiadają – zgodził się jego przeciwnik. On także miał mocny, dźwięczny głos, który jednakże harmonizował z jego wysoką i szczupłą postacią. - Mówią też, że ów człowiek dopóty będzie przemierzał świat, dopóki pozostanie choćby jeden bóg. - Tak mówią. - Dlaczego chcesz nas wszystkich zabić, śmiertelniku? Mężczyzna wzruszył ramionami. - Mógłbym ci odpowiedzieć, że jako śmiertelnik nie mogę znieść myśli, iż ktoś inny będzie żył wiecznie. Mógłbym też stwierdzić, że na to zasługujecie. Ludzie was już nie potrzebują, lecz wy nie macie zamiaru odejść. Jesteście pasożytami żerującymi na ludzkiej zabobonności i strachu. Ale nie przybyłem tu, by wieść teologiczne dysputy z kimś, kto ma rogi, kopyta i cuchnie jak kozioł. - Przybyłeś tylko po to, by mnie zabić? - Właśnie. - Żadnych wątpliwości? Żadnych rozterek moralnych ani religijnych? Mężczyzna uniósł rapier o długiej głowni i zniszczonej, pozbawionej jakichkolwiek zdobień oprawie. Nie była to wykwintna broń pojedynkowa o lekkim, ażurowym ostrzu, lecz ciężki, sieczny rapier kawaleryjski. Na chroniącym dłoń koszu widniały niezliczone ślady po cięciach, które ześlizgnęły się z klingi. Niektóre spośród nich omal nie osiągnęły celu. Człowiek uśmiechnął się pogardliwie, lecz bez radości. - Masz pecha, satyrze. Jestem ateistą. 5 Stwór tupnął gniewnie nogą zakończoną kopytem, aż zadrżała ziemia. Pobliskie drzewa zakołysały się, sypiąc wokoło liśćmi. Ten pokaz nadludzkiej siły nie zrobił na mężczyźnie żadnego wrażenia. Stał spokojnie, a ostrze jego rapiera kreśliło w powietrzu niewidzialne linie. Leśny bożek zaatakował pierwszy. Jak na bestię o wzroście siedmiu stóp poruszał się zdumiewająco szybko. Kopyto, wielkie niczym u perszerona, wystrzeliło w stronę mężczyzny. Ten jednak nie dał się zaskoczyć. Z gracją wytrawnego szermierza zszedł z linii ciosu i pchnął ku górze, chcąc wykonać szybkie cięcie na twarz. Liczył na to, że przeciwnik utraci równowagę, kiedy kopnięcie trafi w próżnię, i pochyli się, samemu niejako nadstawiając policzek. Nie docenił koźlonogiego, który zachwiał się tylko na moment, lecz zdołał wykorzystać impet, by obrócić się tyłem i wierzgnąć drugą nogą. W tej pozycji ruch ten był bardziej naturalny, a więc i szybszy; co zrozumiałe u istoty o takiej budowie kończyn. Reakcja mężczyzny była natychmiastowa, czyli mocno spóźniona. Krawędź kopyta otarła się zaledwie o jego ramię, ale to wystarczyło, by pozbawić je czucia. Rapier potoczył się po ziemi, a stwór zaryczał triumfalnie. - Głupcze! Nie można zabić nieśmiertelnego! Człowiek cofnął się i podniósł rapier lewą ręką. Nie potrafił nią dobrze walczyć; nie chciał jednak stracić broni. - Wkrótce się przekonamy – rzekł wpatrując się uważnie w płonące wściekłością oczy satyra. - Postawisz na to swoje życie? - Postawię twoje, człowieczku! - Nigdy nie stawiaj – mężczyzna nadal się cofał, bacząc, by nie wyjść poza ubity trakt i nie wkroczyć w wysokie, zdradliwe trawy - czegoś, co nie należy do ciebie. - Już jesteś mój – stwór napawał się rejteradą przeciwnika. – Śmierć wskazała cię palcem i teraz czeka, by cię odprowadzić do piekła. Mężczyzna zatrzymał się na skraju drogi. Każdy krok dalej niósł ryzyko potknięcia się o jakąś nierówność, bądź ugrzęźnięcia w masie splątanego poszycia. - Powiedz jej – ostrze rapiera zakreśliło krótki łuk, nie tak płynnie jednak, jak wówczas, gdy kierowała nim prawa dłoń - że to nieładnie pokazywać kogoś palcem. Oblicze koźlonogiego – groteskową parodię ludzkiej twarzy – zniekształciła furia. Runął na człowieka rozkładając szeroko potężne ramiona. Węzły mięśni grały pod szarobrązową skórą, porośniętą długimi, czarnymi włosami, poniżej pępka przechodzącymi stopniowo w gęstą sierść. Stwór niewątpliwie był samcem, czego trudno było nie zauważyć. Przez głowę mężczyzny przemknęły dwie myśli. Pierwsza – jaki sens ma płeć, skoro nikt nigdy nie słyszał, by istniały satyry rodzaju żeńskiego? I druga, że gdyby zdołał trafić w te groteskowo wyolbrzymione atrybuty męskości, walka byłaby zakończona. 6 Dziś jednak nie był dzień spełniania się pobożnych życzeń. Jego przeciwnika chronił zwierzęcy instynkt i to nie gorzej od pancerza. Odruchowo przyjął pozycję utrudniającą pchnięcie w pachwinę. Mężczyzna wiedział, że jeśli dopuści do zwarcia, nie sprosta straszliwej sile potwora. Tymczasem gdyby chciał ugodzić tamtego w podbrzusze, musiałby podjąć ryzyko znalezienia się w zasięgu jego ramion. Pytanie, co nastąpiłoby najpierw: czy zdołałby lewą ręką zadać wystarczająco szybki i precyzyjny cios, czy też satyr skręciłby mu kark? Już nie po raz pierwszy jego życie zależało od odpowiedzi na pytanie czysto retoryczne. - Wszystko w rękach bogów – mruknął i zachichotał. Jego śmiech zaskoczył koźlonogiego. Satyr przywykł przerażać ludzi samym swoim wyglądem. Co więcej, znajdowali się w jego domenie. W walce o byt intruz zawsze stoi na gorszej pozycji niż gospodarz. Bogowie nie stanowili wyjątku. Niechby ktoś tylko spróbował odebrać Mardukowi jego Babilon! Leśny bożek władał zaledwie kilkoma hektarami rachitycznego zagajnika. Lecz to nie miało znaczenia. W swoim królestwie był silniejszy, niż jakikolwiek nędzny człeczyna. I oto jedna z tych marnych istot stała przed nim i śmiała się. Cóż za nihilizm i brak szacunku dla boskości! Zatem i tu dotarła już zaraza racjonalizmu. Z gardła stwora wydobył się ryk, od którego mąciły się zmysły innych stworzeń, a ludzie często popadali w obłęd. Las odpowiedział echem, ucinającym śpiew ptaków i gaszącym wszystkie dźwięki. Ciężka cisza nakryła okolicę. Na miękkich nogach podkradło się przerażenie. Mężczyzna tylko skrzywił się ironicznie. Efekty akustyczne jeszcze nikomu nie wyrządziły krzywdy. Krowa, która dużo ryczy... Z wprawą nabytą w dziesiątkach pojedynków przejrzał zamiary koźlonogiego, zanim ten zdołał je sobie uświadomić. Uchyliwszy się przed wymachem długich ramion, ciął w lewą nogę stwora, tuż nad kopytem, a następnie jednym płynnym ruchem skierował ostrze ku pachwinie przeciwnika. Osiągnął tylko połowiczny sukces. Satyr zachwiał się, lecz rana była zbyt mała, aby ból skłonił go do popełnienia błędu. Zatrzymał się w porę i wielką dłonią odtrącił głownię rapiera, jakby to była trzcinka. Jeśli nawet się przy tym skaleczył, nie osłabiło to jego furii. Druga dłoń pomknęła ku gardłu człowieka i choć nie dosięgła celu, zmusiła tamtego do cofnięcia się między trawy. Oczy stwora rozbłysły radością. To nie był teren dobry do szermierki. Tutaj trudno będzie o wystudiowane finty i zasłony. Nieludzka siła przeciwko ludzkiej słabości – tak, takie wyrównanie szans bardzo mu odpowiadało. Mężczyzna spoważniał, lecz nie porzucił pozornej nonszalancji. To też była broń; czasami skuteczniejsza od rapiera. Posługiwał się nią zresztą od tak dawna, że sam nie wiedział, czy to jeszcze poza, czy już głupota. Pod stopami czuł miękkość; być może tylko trawy, być może także gleby. Okolica była dość podmokła, pocięta starymi rowami melioracyjnymi, które, od 7 kiedy wieki temu osiedlił się tu koźlonogi, niemal całkowicie zarosły, zamieniając się w grząskie pułapki na nieostrożnych. Stwór natarł ze zdwojoną energią, chcąc zepchnąć człowieka dalej w bezdroża. Zapadał się przy tym aż po kostki pod własnym ciężarem, brnąc mimo to naprzód, w ślad za cofającym się krok po kroku mężczyzną. Ten jednak nie tracił zimnej krwi. Walczył już z takimi, którzy zyskując przewagę, stawali się nieostrożni. Czuł, że tak będzie również w tym wypadku. Lecz najpierw sam musiał zachować ostrożność. Czas pracował na korzyść stwora. Mężczyzna nie wątpił, że prędzej czy później potknie się i narazi na atak. Dlatego dostrzegłszy szansę na zadanie pchnięcia, nie wahał się ani chwili. Stanął w miejscu, dopuszczając satyra na odległość dwóch kroków, i uderzył z klasycznego wypadu, mierząc pod lewą pierś koźlonogiego. Miał pecha. Ostrze przebiło skórę, lecz ześlizgnęło się po masywnym żebrze, zostawiając na nagim torsie długą, ale płytką krwawą pręgę. Powierzchowna rana przeraziła i zarazem rozwścieczyła stwora. Gwałtownym wymachem ramion zagarnął człowieka i cisnął nim dobrych kilka kroków. Mężczyzna upadł ciężko; jak na złość, w tym miejscu ziemia była sucha i twarda. Nie tracił czasu na zastanawianie się, czy coś mu się stało. Chciał się podnieść, zanim koźlonogi rozdepcze go na miazgę. Grunt trząsł się już od galopu stwora. Nie zdążył. Jeszcze dźwigał się, gdy spadło nań uderzenie. Kopniak w brzuch, na szczęście osłabiony nieco, bo zadany w niewygodnej dla satyra pozycji, porachował mu wnętrzności i zmusił do zwrócenia porannego posiłku. Rapier wysunął się ze zdrętwiałych palców. Stwór zarechotał z diabelską uciechą. - Nędzny robaku! – zawył, prostując się na całą wysokość. – Śmiałeś podnieść rękę na boga! Zraniłeś mnie! Zabiję cię za to i zjem twoje serce! Mężczyzna obrócił się na wznak i bez strachu popatrzył na unoszące się do decydującego ciosu kopyto. - Nic z tego, poczwaro – wykrztusił, przezwyciężając kwaśny smak w ustach. - Jesteś przecież roślinożercą. Czuł, że nim przebrzmią jego słowa, satyr uderzy. O to mu właśnie chodziło. Prowokując tamtego, sam wybrał moment. Stwór stracił inicjatywę i nawet o tym nie wiedział. Widać to prawda, że roślinożercy są mniej inteligentni od drapieżników. A najgroźniejszym z drapieżników jest człowiek. Koźlonogi włożył w kopnięcie całą energię zmagazynowaną w pięćsetfuntowym ciele. Gdy uderzył, grzmot przetoczył się nad okolicą. Niebo okryło się cieniem, ziemia jęknęła, w lesie rozległ się trzask padających drzew. W miejscu, gdzie trafiło kopyto, powstał krater o głębokości dwóch łokci. Lecz człowieka dawno już tam nie było. Ułamki sekund rozciągnęły się w minuty, kiedy odtaczał się z linii ciosu, chwyciwszy przedtem rapier, a następnie podrywał się na nogi i zadawał 8 straszliwe cięcie, zanim jeszcze mózg stwora zdołał przetworzyć informację, że kopyto chybiło. Ryk bólu był tak ludzki, że powstrzymał mężczyznę od następnego pchnięcia. Nie było już potrzebne. Koźlonogi padł jak libański cedr pod toporem drwala. Człowiek dopiero teraz zauważył, że trzyma rapier prawą dłonią. A więc w skrajnym stresie uległa cudownemu uleczeniu. Ludzkie ciało kryje w sobie wielkie możliwości. Nic dziwnego, że czasami można zobaczyć w cyrku fakirów łykających gwoździe i chodzących po rozżarzonych węglach. Satyr żył; był przecież nieśmiertelny. Nawet toledańska stal to za mało, by zniszczyć jego fizyczną konstrukcję. - Jednak dureń z ciebie, człowieku – oczy koźlonogiego zaszły mgłą bólu i szoku. – Nie można zabić boga. Nigdy nie wierzyłem w te wszystkie opowieści o tobie. Teraz wiem, że to tylko bajki. Tym żelazem mogłeś zabijać takich, jak ty, śmiertelników. Zraniłeś mnie, to prawda. Ale to tylko rana, która się zagoi. Mężczyzna pochylił się nad nim, na wszelki wypadek kierując ostrze w gardło stwora. - Choć jesteś głupi nawet jak na boga, tym razem masz rację – rzekł. – Oczywiście, że żelazo nie wystarczy. A zatem muszę mieć coś jeszcze, prawda? Łagodnie położył wolną dłoń na czole satyra. Koźlonogi zesztywniał i próbował szarpnąć głową. Z jego oczu zniknęła mgła, a pojawił się w nich błysk zrozumienia. I śmiertelnego strachu. - Kim jesteś? – słowa stały się niezrozumiałe, jakby artykułowało je coraz mniej ludzkie gardło. - Żaden człowiek nie może… - Wracaj tam, skąd przybyłeś, satyrze – szepnął mężczyzna. – Przykro mi, ale tu cię nie chcą. Nie cofnął dłoni, kiedy rozpoczęła się przerażająca przemiana. Ciałem satyra wstrząsnęły konwulsje, których gwałtowność przywodziła na myśl nieskoordynowane ruchy marionetki w rękach początkującego lalkarza. Stwór wył rozdzierająco. Ale śmierci się nie spieszyło. Koźlonogi wciąż żył, kiedy jego ciało zaczęło zatracać swój kształt. Coś działo się pod skórą; jakiś ruch, jakby mrowiły się tam tysiące owadów. Rysy traciły ostrość, w końcu twarz spłynęła niczym maska z wosku nad płomieniem świecy. To samo stało się z resztą ciała. Satyr nagle zamilkł i człowiek zobaczył jak na ziemię sypią się białe okruchy. To były szczątki zębów, łamiących się pod prasą spazmatycznie zaciśniętych szczęk. Mężczyzna wreszcie oderwał dłoń od tego, co kiedyś było czołem leśnego bożka. Jednak proces rozpadu tkanek trwał nadal. Trawa wokół stwora zabarwiła się czerwienią. Z pewnością w jego ciele trudno byłoby znaleźć choć jedno całe naczynie krwionośne. Tak musiało być też ze wszystkimi narządami. Umierający bóg cierpiał katusze. 9 Ale być może musiał. Może takie miało być odkupienie za boskie grzechy, jakiekolwiek były? Człowiek patrzył jak ziemia wchłania wszystko, co pozostało z ciała stwora, jak znika krew, a trawa prostuje się i zazielenia. Nawet głownia rapiera lśniła nieskalaną czystością, tak jak wówczas, kiedy opuszczała warsztat w Iberii. Nieśmiertelny, rzecz jasna, nie mógł umrzeć. Stało się więc tak, jak gdyby nigdy nie istniał. 10 2 Nazywał się Krest i był zabójcą bogów. Choć mało kto pamiętał jego imię, mówiono o nim w wielu miejscach. W niektórych śpiewano o nim pieśni. W innych – nie mniej licznych – przeklinano go. I jedno, i drugie było mu obojętne. Czasem zastanawiał się, po kim odziedziczył swoje zdolności. Bo przecież nie po ojcu, spokojnym, łagodnym człowieku, doskonałym mechaniku i cieśli. O dalszych przodkach nic mu nie było wiadomo; zapewne więc i oni nie grzeszyli wojowniczością. To prawda, że dorastał w świecie pełnym przemocy, ale sam fakt życia nad brzegiem morza nie czyni nikogo marynarzem. O takich jak on mówią, że urodzili się z mieczem w dłoni. Czas względnego spokoju skłonił go do poszukiwania wrażeń poza rodzimą prowincją. Wówczas odkrył drugi ze swoich darów i zarazem swoje przeznaczenie, czy raczej przekleństwo. Ten dar przywiódł go tutaj – na próg śmierci z rąk cuchnącego jak kozioł leśnego bożka. A wszystko przez to, że odkrył, iż potrafi zabijać bogów. W sławiących go pieśniach nazywano to objawieniem w drodze do Damaszku, ale nie było w tym nic mistycznego; jedynie rozpaczliwa walka o życie. Przerażający potwór, na poły lew, na poły kobieta, zaatakował go, kiedy odpoczywał w cieniu skalnego nawisu nie opodal traktu. Maszkara nie pofatygowała się nawet, by przed napaścią zadać zagadkę. Krest nie odczuwał więc skrupułów, odsyłając ją w nicość; zresztą, nigdy nie lubił feministek. Walka była jednak długa i coraz wyraźniej ją przegrywał. Rapier wprawdzie wielokrotnie unurzał się we krwi kobiety-lwa, lecz bez widocznego skutku. Dopiero gdy Krest, pochwycony przez mocarne, zgoła nie kobiece ramiona i przyciśnięty do wspaniałych, jak najbardziej kobiecych piersi (to przeżycie zasługiwało zresztą na osobną opowieść) przypadkowo dotknął jej głowy, zaszło coś zdumiewającego i straszliwego. Zwierzokształtna bogini zadrżała spazmatycznie i wypuściła go z objęć. Wykorzystał okazję, by ugodzić ją ostrzem prosto w serce, a następnie, gdy wciąż żyła, wiedziony impulsem przełamał obawę i ponownie położył jej dłoń na czole. 11 Później długo siedział w miejscu, gdzie odbyła się walka, wstrząśnięty tym, co uczynił. Nie miał pojęcia, czym jest jego dar i skąd się wziął, ale wiedział, że już nic nie będzie takie samo, jak przedtem. Ten, kto mu to zrobił, z pewnością nie dopuścił możliwości złożenia reklamacji. Tak stał się Zabójcą Bogów. W pieśniach, jak to w pieśniach, pomija się milczeniem wszystko, co nie pasuje do wizerunku bohatera. Dlatego nie usłyszy się w nich, że minęło wiele miesięcy, nim ponownie odważył się użyć swojego daru. To prawda, że z każdym kolejnym razem przychodziło mu to łatwiej. Nie opuściła go już jednak nieufność wobec samego siebie. Tkwiło w nim coś, czego nie rozumiał. Toteż nigdy nie naigrawał się z zaskoczenia swoich ofiar. Legowisko koźlonogiego przypominało wielki, uklepany stos przywleczonych na jedno miejsce gałęzi i cuchnęło niczym pryzmy kompostu za wiejskimi stodołami. Z całą pewnością nie pachniało nektarem i ambrozją. Kilkanaście kroków przed barłogiem, na niewysokim, z grubsza tylko wyciosanym z kamienia postumencie leżały resztki tego, co okoliczna ludność, gnana bardziej strachem niż uwielbieniem, składała leśnemu bożkowi w ofierze. Pośród skorup i łupin owoców Krest dostrzegł liście kapusty, kolby kukurydzy (płody dziwnej, coraz popularniejszej rośliny pochodzącej z Nowej Fenicji za Zachodnim Oceanem), kosz winogron i czarki z orzechami. W sumie, dieta stanowczo zbyt uboga w białko. Człowiek by na niej nie przeżył. Krest skrzywił się ironicznie. Tak marnie mógł się odżywiać tylko nieśmiertelny. Trudno było ocenić, czy ołtarz postawiono specjalnie dla koźlonogiego, czy też znajdował się tu wcześniej i służył jakiemuś innemu, zapomnianemu już boskiemu pożeraczowi kapusty. Satyr mógł wybrać to miejsce na swoją domenę ze względu na istniejącą tu tradycję kultu. Jeden darmozjad zastąpił drugiego. Krest schylił się po jabłko, leżące przy ołtarzu. Musiało spaść, kiedy jakiś przerażony wieśniak, zapewne wyznaczony przez wspólnotę za pomocą losowania lub w ramach kary, rzucił wota na kamień i uciekł, gdzie pieprz rośnie. Jabłko było dojrzałe i dorodne – dowód, że ziemie te nie bez powodu słynęły z urodzajności. Krest wytarł je niedbale o połę kaftana. Ostatecznie, teraz to wszystko, prawem zwycięzcy, należało do niego. Choć niewątpliwie byłoby przesadą, gdyby zaczął domagać się ofiar. Jeszcze raz obrzucił spojrzeniem liche dary dla leśnego bożka. Nie świadczyły o zbyt wielkim zapale religijnym miejscowych. - A nie mówiłem – mruknął, ciskając ogryzek na legowisko – że ludzie już was nie chcą? 12 Kiedy otworzył oczy Mleczna Droga wciąż spływała po nieboskłonie migotliwym strumieniem, ale tym, co go obudziło, z pewnością nie była muzyka gwiezdnych sfer. Ujął rękojeść rapiera. Ciche rżenie potwierdziło, że miał rację. Jego koń wyczuł coś niepokojącego. A przecież nie powinien. Krest dlatego wybrał na nocleg miejsce nie opodal legowiska koźlonogiego, że gwarantowało to całkowity spokój. Żadne zwierzę nie odważyłoby się tu zbliżyć, nie mówiąc już o mieszkających w pobliżu ludziach. To musiał być ktoś nietutejszy. W ciemnościach rozległo się oburzone parsknięcie i głuchy odgłos uderzenia, a po nim jęk bólu i seria stłumionych przekleństw. Krest uśmiechnął się. Trzeba być nie lada głupcem, by próbować ukraść Wędrowca. Tak, to na pewno był człowiek. Nie musiał się już spieszyć. Podniósłszy się, dorzucił drew do ogniska i gdy płomień wzbił się wyżej poszedł zobaczyć, co się stało. Wędrowiec przywitał go radosnym potrząśnięciem łba. O drzewo, do którego był przywiązany, siedział oparty jakiś mężczyzna, trzymając się za podbrzusze. Był krępy i – sądząc z wyglądu – zapewne silny. Miał na sobie skórzany półpancerz, u boku pałasz, a przez plecy przewiesił muszkiet; Krest dostrzegł wystającą mu znad ramienia lufę tej nowomodnej, ciężkiej i mało skutecznej broni. Intruz łypnął ponuro spod zmierzwionej, kasztanowej czupryny. Nie był młodzieniaszkiem, ale nie przekroczył chyba jeszcze trzydziestki. - Dlaczego chciałeś mnie okraść? – zainteresował się Krest, głaszcząc łagodnie konia po siwej grzywie. - Bo masz coś, czego ja nie mam – padła harda odpowiedź. – To chyba oczywiste? Krest popatrzył na niego z zainteresowaniem. Nieczęsto spotyka się mężczyzn tak głupich, żeby zachowywali się arogancko, kiedy trzymają się za jądra. - Znajdź sobie jakąś pracę. - Tak, jasne. Czy kradłbym, gdybym miał szansę ciężko harować i zarabiać grosze, za które nie mógłbym nawet kupić sobie pary butów? - Wyczuwam w twoim głosie sarkazm. - Sarkazm? O nie, wielmożny panie. To nie sarkazm. Jestem tylko głodny, zmęczony i w dodatku koń kopnął mnie w jaja. Poza tym wszystko w porządku. Krestowi zaczęła się podobać ta rozmowa. - Masz jakieś imię? - Mursilis... powiedzmy. - Mursilis Powiedzmy? Ciekawe imię. Boisz się, że doniosę na policję? - Policja nic do mnie nie ma. Po prostu nie zaprzyjaźniam się z ludźmi, których okradam. - Jesteś Nesyjczykiem? 13 Mężczyzna przeczesał palcami brązowe kędziory. - Nie da się ukryć. Z samego Hattusas. Ale dawno tam nie byłem. A ty, kim jesteś? Nie, żebym był ciekawski, ale skoro już tak sobie gawędzimy... pod ostrzem tego dziwnego miecza... - Na imię mi Krest. A to jest rapier. - Rapier? Słyszałem już tę nazwę. Rzadka broń w tych stronach. Intruz spojrzał na kamienny ołtarz i resztki ofiar, wydobyte z ciemności przez blask ogniska. W jego oczach pojawiło się zrozumienie. - Czy to jest ostrze, które pozbawiło życia tylu bogów? – zapytał. Krest zdwoił czujność. Mursilis nie był tak głupi, na jakiego wyglądał. A inteligencja bywa niebezpieczna. - I ludzi – uśmiechnął się znacząco. – Tak, to ono. - Jak je nazywasz? - Nie nazywam go. Tylko mieczom nadaje się imiona. To po prostu dobra - Bardowie, śpiewający o twoich przygodach, nie będą zadowoleni. - Wymyślą jakieś imię. Tak jak i większość moich przygód. Mursilis wstał postękując. Był o głowę niższy od Kresta, lecz znacznie - Możesz schować ten rapier bez imienia – powiedział. - Nie odważę się mocniej zbudowany. walczyć z Zabójcą Bogów. demona. - Walczyć? – powtórzył Krest. - Zapewne nie. Ale jesteś złodziejem. Co cię powstrzyma od strzelenia mi w plecy? W spojrzeniu Mursilisa pojawiły się iskierki rozbawienia. - Źle mnie oceniasz. Co prawda, zdarzyło mi się raz czy dwa niechcący nacisnąć spust, kiedy jakiś człowiek stał odwrócony do mnie tyłem... Ale w tym przypadku to się nie przytrafi. - Dlaczego nie? - Bo nie sądzę, żebyś był człowiekiem. Nie mam zamiaru strzelać do Później, kiedy siedzieli przy ognisku, a Mursilis, po dokończeniu kolacji Kresta, zabrał się do owoców ściągniętych z ołtarza koźlonogiego, Krest powrócił myślą do tych słów. Słyszał je już wcześniej, najczęściej wykrzykiwane w gniewie. Tak żegnano go w wielu miejscach, które opuszczał po oczyszczeniu ich ze złośliwych bożków i pazernych bogów. Gdzie indziej słyszał takie słowa na powitanie. Ludzie rzadko odczuwają wdzięczność. A jeszcze rzadziej powściągają nienawiść wobec kogoś różniącego się od nich. Kim był? Człowiekiem, oczywiście. Mógł podać imiona swoich rodziców. W archiwum świątynnym spoczywała metryka jego urodzenia. Pamiętał, jak ojciec uczył go naprawiać koła wodne w okolicznych młynach, fantazjując jednocześnie, że kiedyś siłą napędową, zamiast płynącej wody, będzie woda zamieniona w parę. Skonstruował nawet zmyślną zabawkę, w stal. 14 kształcie zawieszonej na sznurku metalowej kuli z kilkoma cienkimi dyszami. Gdy podgrzewał kulę wypełnioną wodą, z dysz wylatywała para, powodując coraz szybsze wirowanie całego urządzenia. Wszyscy chcieli to zobaczyć. Ale nikt nie wierzył, by znalazło jakiekolwiek praktyczne zastosowanie. Biedny staruszek do końca usiłował zainteresować swoim pomysłem zarówno kręgi naukowe, jak i gospodarcze Wielkiej Chaldei. Niestety, powolny upadek, w jakim pogrążała się metropolia już od kilku dziesięcioleci, nie sprzyjał takim inicjatywom. Krest miał więc swoją przeszłość, zatem musiał być człowiekiem. Czyż demony miewają życiorysy? Mursilis, zaspokoiwszy głód, ułożył się wygodnie po drugiej stronie ogniska. Muszkiet oparł o pobliski głaz, ale Krest nie odczuwał niepokoju. Z tej broni można było wystrzelić dopiero po zapaleniu lontu. Cała procedura trwała tak długo, że w większym niebezpieczeństwie znajdował się strzelec niż jego cel. - Czy mogę ci zadać osobiste pytanie? – Mursilis sięgnął do ogniska po płonący patyk i Krest zesztywniał, ale tamten tylko przypalił sobie fajkę. Nałóg ten rozprzestrzeniał się coraz szerzej, po tym, jak przedsiębiorczy Egipcjanie zaczęli uprawiać ziele tytoniu przywiezione przez Hannona, odkrywcę Nowej Fenicji. - Nie. - Więc zapytam. Czy naprawdę zabiłeś jakiegoś boga? - Sam wspominałeś o bardach śpiewających o mnie pieśni. - Och, bardowie... Zaśpiewają cokolwiek za miskę soczewicy. - Ale przynajmniej nie kradną. - Ależ kradną, kradną. Przecież nie śpiewają o sobie. Żyją kosztem tych, o których śpiewają. Czy to uczciwe? Krest pokręcił głową. - Złodziej bawiący się w krytyka sztuki... O bogowie! Mursilis parsknął śmiechem, lecz niezupełnie szczerym. Krest zauważył, że jego rozmówca rozejrzał się ukradkiem. Zapewne i jemu wpojono w dzieciństwie przykazanie, by nie wzywać Ich imienia nadaremno... - Odpowiedź na twoje wątpliwości – rzekł – znajduje się wokół ciebie. Nie sądzisz chyba, że pan tego ołtarza odstąpił mi swoje legowisko z przyjaźni dla rodzaju ludzkiego? Mursilis rzucił w ciemność jeszcze jedno ukradkowe spojrzenie. - Kim był? - Czy to ważne? Nigdy nie istniał. - Nie rozumiem. - Wiem. Szczerze mówiąc, ja też nie. Mursilis milczał przez chwilę, otoczony chmurą wonnego dymu. 15 - Dlaczego to robisz? – odezwał się. – Rozumiem, że niektórzy z nich są dość nieprzyjemni i dobrze jest umieć się przed nimi bronić. Ale nawet jak na kogoś, kto dużo wędruje, ty spotykasz ich zbyt często. Mam wrażenie, że to nie jest przypadek. - Rzeczywiście, nie jest. - Ale dlaczego? Co takiego ci zrobili, że tropisz ich i zabijasz? Krest westchnął. - Nie masz pojęcia, ile razy słyszałem to pytanie. Męczy mnie już szukanie odpowiedzi, która usatysfakcjonowałaby pytającego. Odpowiedź, która satysfakcjonuje mnie, jest taka, że to dlatego, iż oni istnieją, a ja potrafię ich zabić. Przyjmij ją albo odrzuć; jak chcesz. Mursilis pokiwał głową. - Zatem, jeśli zapytam, jak to robisz albo dokąd teraz wiedzie cię ta osobliwa pielgrzymka, to także usłyszę coś równie nieokreślonego, jak program wyborczy kandydata do niższej izby winlandzkiego Kongresu? - Prawdopodobnie. - A czy c o k o l w i e k o tym, co robisz, jesteś w stanie mi powiedzieć, - Skoro już tak sobie gawędzimy? Podobno nie zaprzyjaźniasz się z skoro już... osobami, które okradasz. - Ciebie nie okradłem, musisz to przyznać. Krest roześmiał się. - Istotnie. Fakt, że przeszkodził ci w tym Wędrowiec, to szczegół bez znaczenia. Lecz dlaczego tylko ja mam mówić o sobie? Teraz twoja kolej. Mursilis opróżnił fajkę stukając cybuchem o obcas buta. - Wolałbym opowiedzieć o sobie jutro. Powinniśmy się przespać, jeśli oczywiście pozwolisz mi zostać przy swoim ognisku. - Z całą pewnością zasłużyłeś na ten przejaw zaufania – zakpił Krest. – Ale dobrze. Zostań. Podszedł do ognia. Wodą z bukłaka stłumił płomień, a następnie zgarnął na to miejsce ziemię i udeptał. Jedynie księżyc, stojący w pierwszej kwadrze, rozjaśniał teraz ciemność. Krestowi to wystarczało. - Dlaczego to zrobiłeś? – zdziwił się Mursilis. - Powiedzmy, że z troski o bezpieczeństwo przeciwpożarowe w lesie. A tak nawiasem mówiąc - niech ci się nie wydaje, że zdołasz skrzesać iskrę bez obudzenia mnie. - Iskrę? Nie skrzywdziłbym człowieka, który zaoferował mi nocleg. Zresztą, muszkiet jest nie nabity. - Szczerze w to wątpię. - W to pierwsze, czy w to drugie? - Dobrej nocy, Mursilisie. 16 Złudzenie, że potrafi spać czujnie, prysło, kiedy się obudził. Mursilisa nie było, a wraz z nim zniknęły zapasy żywności. Tamten nie był, oczywiście, tak głupi, by ponownie próbować ukraść konia. Krest popatrzył na ołtarz bożka, który odszedł w nicość, i skrzywił się. Dziś śniadanie będzie bardzo jarskie. A to kawał łobuza z tego Nesyjczyka. Uśmiechnął się. Niewielu znalazłoby się ludzi na tyle odważnych, by okraść demona. 17 3 W ciemności – o ile była to ciemność, a nie miejsce, gdzie nie ma przestrzeni, materii ani promieniowania – rozlegały się ludzkie głosy – o ile były ludzkie. - Czy ktoś może mi, u diabła, wyjaśnić, dlaczego Wszechwiedzący dowiaduje się o wszystkim ostatni? – władczy głos należał do mężczyzny w sile wieku, pewnego swej mocy i autorytetu. - Często wyjeżdżasz, bracie – drugi głos, także męski, miał w sobie nie mniej siły, lecz dało się pod nią wyczuć porywczość i brutalność. – Sprawa nie była aż tak ważna... - Nie tak ważna? Siedem unicestwionych hybrów i to przez człowieka? Czy nikt tu nie myśli, kiedy mnie nie ma? Świat się skończy, a wy nawet tego nie zauważycie! - Każda twoja nieobecność jest dla świata niepowetowaną stratą, bracie. Przez kilka uderzeń serca – gdyby w pobliżu znajdowało się jakieś bijące serce – panowała cisza. A potem pierwszy głos przemówił bardzo łagodnie. - Przestań pieprzyć, braciszku. Rzygać mi się chce, jak słyszę te dyrdymały. Od was, moich najbliższych współpracowników, oczekuję inicjatywy i skuteczności. - To tylko hybry... - Ale praktycznie nieśmiertelne! Jakim cudem – tfu!, przepraszam, cuda nie są domeną ludzi – więc jakim sposobem udało mu się je zabić? Czy ktoś się tym zainteresował? Siedem hybrów! Niedługo zacznie brakować nam kadr do utrzymania porządku w terenie. - Wyhodujemy nowe. - Pewnie, nic prostszego! Nie robiliśmy tego od tysięcy lat. Nie wiemy nawet, czy da się szybko uruchomić starą linię produkcyjną. I to po co? Żeby wysyłać je w charakterze mięsa armatniego przeciwko jednemu człowiekowi? - A może... – nowy głos należał do kobiety; z pewnością pięknej. Stwórca popełniłby świętokradztwo, gdyby obdarzył takim głosem brzydulę. – Może to ktoś z rodziny? Dopiero po pauzie, którą ludzie w swej ignorancji nazywają chwilą, odezwał się drugi z mężczyzn. - Bzdura! Nikt z nich nie ośmieliłby się wystąpić przeciwko naszej trójce. 18 rozpustą. - Czy ja wiem? – pierwszy głos zdradzał niepewność i zaintrygowanie. - Otwarcie zapewne nie. Ale wykorzystać człowieka do zasiania niepokoju... Trzeba by się zainteresować, czym zajmują się w wolnym czasie nasi bracia i siostry. - Tym, co zwykle – prychnął pogardliwie drugi. - Drobnymi intrygami i - Czy tobie wszystko, co nie dotyczy musztry, musi kojarzyć się z rozpustą? – zakpiła kobieta. – Może po prostu wolą korzystać z życia, niż zadawać śmierć? - Wojna i śmierć są częścią boskiego porządku, siostrzyczko. Choć rozumiem, że ich bronisz, zważywszy na twoje preferencje; czy też może brak preferencji... - Ty tępy osiłku! Ciebie nie dotknęłabym nawet kijem! - Przestańcie, do cholery! – zirytował się pierwszy z mężczyzn. - Czy zawsze musicie się kłócić? Gdyby nie to, że pochodzimy od jednego ojca... – zamilkł nagle, jakby tknięty jakąś myślą. – Nie – mruknął. – To niemożliwe. - Nad czym tu deliberować? – zniecierpliwił się jego porywczy brat. – Załatwmy tego śmiertelnika i będzie po sprawie. Ktokolwiek za tym stoi, będzie musiał poszukać innego sposobu, by nam zaszkodzić. A wtedy może popełni błąd i go dopadniemy. - Tak – zgodził się pierwszy. – Szukanie prowodyrów swoją drogą, ale tego człowieczka i tak musimy powstrzymać. - Zajmę się tym osobiście. - Dawno nie obróciłeś żadnego kraju w perzynę, bracie? – wtrąciła z przekąsem kobieta. – Może lepiej będzie, jak ja to załatwię? - Czyżby ten śmiertelnik był aż tak przystojny? – ironia nieczęsto gościła w głosie pierwszego z mężczyzn, ale niekiedy nie mógł jej sobie odmówić. – Nie tym razem, droga siostro. Zostawmy tę sprawę naszemu bratu. To jego branża. Lecz najpierw spróbujmy wykorzystać coś, co bywa niezastąpione wszędzie tam, gdzie trzeba kogoś upokorzyć, zgnoić i zniszczyć - prawo. Tak, na początek to będzie najlepsze... - Cholerni męscy szowiniści... - Co tam szepczesz? Jesteś niesprawiedliwa, o Najpiękniejsza. - Przepraszam, o Najwyższy! - I do tego złośliwa... 19 4 Strata nie była zbyt poważna i Krest powetował ją sobie w najbliższej wiosce. Kupiwszy prowiant zadbał o nakarmienie Wędrowca, po czym udał się do szynku, żeby samemu coś zjeść. Odbijało mu się jeszcze po zieleninie koźlnogiego, która stanowiła podstawę jego porannego posiłku. Wieś była spora; liczyła ze dwieście dymów. Oprócz karczmy, którą wybrał, funkcjonowały jeszcze dwie, ale ta oferowała podwyższony standard – zamiast klepiska miała prawdziwą podłogę, a jej zaplecze kuchenne cuchnęło mniej, niż w pozostałych. Mimo dość wczesnej pory większość miejsc była zajęta. Krest usiadł w kącie, cierpliwie wytrzymał kilkanaście taksujących spojrzeń, puścił mimo oczu kilka potencjalnych zaczepek, aż wreszcie złożył zamówienie. Kończył gulasz, nawet smaczny, pod warunkiem, że człowiek nie zastanawiał się, kto i z czego go ugotował, kiedy nad niedbale skleconą ławą pochylił się karczmarz. - Wybaczcie, panie. Kazali mi powiedzieć, że czekają na was na zewnątrz. - Kto taki? Karczmarz zawahał się - Wójt... Z milicją. - Wójt? - To porządny człowiek, panie. Ale ludzie gadają, że w nocy zniknął Sylwan. A wy nosicie ten, no, rapierz. Musicie więc być Zabójcą Bogów, o którym opowiadają, że... - Rapier. To jest rapier. Ale dlaczego wójt nie wszedł do środka? Pogadalibyśmy przy kuflu tego sikacza, który nazywasz piwem. ogóle. 20 - Wójt chciałby uniknąć... To znaczy... Tam jest więcej miejsca... i w - No tak, po tamtej stronie drzwi jest z pewnością więcej miejsca, niż tutaj. Cały świat. Ale rozumiem was, gospodarzu. Wizyta milicji nie służy interesom. Wstał. - A więc nazywał się Sylwan? - Co? Ach, tak, panie. Tak kazał na siebie wołać. - Dziwne, że mnie tego nie powiedział.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zabójca bogów
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: