Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00412 008349 10495106 na godz. na dobę w sumie
Zagadka Jesiennej nocy. Opowieści z dreszczykiem - ebook/pdf
Zagadka Jesiennej nocy. Opowieści z dreszczykiem - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 115
Wydawca: Wydawnictwo Armoryka Język publikacji: polski
ISBN: 978–83–7639–026–0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> inne
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Wydawnictwo i Księgarnia Internetowa „Armoryka“


Zbiór zawiera opowiadania:

Andrzej Sarwa, DOGMAT SMUTKU

Andrzej Sarwa, STRZYGA

Władysław Stanisław Reymont, DZIWNA OPOWIEŚĆ

Stefan Grabiński, DZIEDZINA

Andrzej Sarwa, ZAGADKA JESIENNEJ NOCY

Władysław Stanisław Reymont, KRZYK

Stefan Grabiński, W DOMU SARY

Andrzej Sarwa, JAKUB I MAŁGORZATA

Stefan Grabiński, KOCHANKA SZAMOTY

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Zagadka Zagadka jesiennej nocy jesiennej nocy opowieści z dreszczykiem opowieści z dreszczykiem Armoryka Armoryka Zagadka jesiennej nocy ZAGADKA ZAGADKA JESIENNEJ JESIENNEJ NOCY NOCY opowieści z dreszczykiem opowieści z dreszczykiem Armoryka SANDOMIERZ 2009 Redaktor: Włóczysław (Włóczek) Kot Projekt okładki: Juliusz Susak Copyright © 2009 by Wydawnictwo i Księgarnia Internetowa ARMORYKA Wydawnictwo ARMORYKA ul. Krucza 16 27–600 Sandomierz tel (0–15) 833 21 41 e–mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl http://www.armoryka.strefa.pl/ ISBN 978–83–7639–026–0 Andrzej Sarwa DOGMAT SMUTKU Urodziłem się z mgły cmentarnej i kropelki potu. Pytają mnie czasem – ten i tamten – czy mi nie przeszkadza pokre- wieństwo z Nosferatu? A ja nie bardzo rozumiem ich zdziwie- nia, kiedy odpowiadam, że nie. No bo dlaczego mam się martwic czymś, co mi zupełnie nie wadzi? Stoję po kolana w morskiej wodzie, poróżowiałej od kropel krwi, które przesączają się z nieszczelnej beczki napełnionej nią po wręby, i kołyszącej się spokojnie na leniwej fali. Ka- ż-dy może z niej zaczerpnąć do pełna. Tylko po co? Właśnie, tylko po co? Murena łypie na mnie jednym okiem. Jej nienawiść grzęź- nie w ławicy piachu rozpołożonej pomiędzy mną, a resztą świata. I ciągle nie rozumiem czego chce ode mnie. Przyczajony wypatruję chwili, kiedy będę mógł ją schwy- tać. Ale ona jest sprytna. O! sprytna! Łypnie kaprawym śle- piem, i daje nura pod wodę. Ale ja mam czas. Dużo czasu. Chwile biegnące z dzisiaj do wczoraj zwolniły kroku, przypa- 5 trując się gromadzie okrościałych elfów, tańczących swoje ostatnie tango. Zidiociały Nostradamus ciągle straszy i straszy, a tu – do cholery! – nic się nie dzieje. Bo i co się ma niby dziać? Za- wsze nienawidziliśmy. Zawsze nas nienawidzono. Zawsze bę- dziemy nienawidzili. Zawsze nas będą nienawidzić... I tak to idzie... Od prawieków... Stoję po kolana w morskiej wodzie, poróżowiałej od krwi... I cóż z tego? I to nikogo nie obchodzi. Ale tam, gdzieś, skądś spoza horyzontu w szeleście nieto- perzowych skrzydeł, sunie ku mnie Najlepszy Przyjaciel – Zmierzch Ostatniego Dnia. Kiwam do niego wyciągniętą ręka. Ale boję się, że może mnie nie zauważyć. Dlatego zaczynam krzyczeć i otwartymi dłońmi bić o powierzchnie pokrwawionych fal. Murena roz- paczliwie porusza ustami, a potem czmycha w głąb poczer- niałego setkami zapomnianych istnień atramentowego oce- anu. Już czas na wspólny posiłek – mój i jego. Szelest skrzydeł nasila się nad moją głową, a w uszach wibruje jęk niespełnio- nej rozkoszy. Murena przyczajona za następną falą, która za- marła na chwilę z otwartą gębą, także wypatrując czegoś, co by mogło ją zdziwić. Ale wszystko na nic. Błoniaste skrzydła nawet nie musnęły mi czubka głowy. Więc znów stoję po ko- lana w morskiej wodzie – w lepkiej mazi wszystkiego co się wyrzuca z serc i umysłów, żeby udawać niewinność, i mą- drość, i uczciwość. Nikt nie nabierze się na tę pieśń syrenią rozbrzmiewającą od początku czasu aż do dziś, i do pozajutrza. A... może.... może... jednak się nabierze? Przecież wolimy słuchać syreniego głosu niż spoglądać w chmury rozpędzone na ponurym niebie. Zawsze to przy- jemniej. Że nieprawdziwie? To i cóż? Narodziłem się z mgieł cmentarnych i kropelki potu... Popatrz! I któż by pomyślał, że można w ten sposób! 6 Że niby co? Że aż tyle szczerości na teraz? A na jutro? Na jutro też jej wystarczy. Wezmę tę z wczoraj... Murena uśmiecha się złośliwie. Szaroróżowy płat płuca ja- kiegoś marynarza rozerwanego na kawały przez rekina. Wyłowię to płuco. Może przyda mi się kiedy już – napraw- dę – zbraknie mi oddechu.. Garść zawiesistych smarków, garść kłaków, dwa guziki od paradnego munduru... Garść bluźnierstw... Garść pychy... 7 Andrzej Sarwa STRZYGA Zdawało się jej, iż przypływa skądś, z jakowejś niezmierzo- nej dali. Z czarnej pustki niepamięci i niebytu. Na razie była samą czystą świadomością i niczym ponadto. Zawieszona w próżni niedookreślonej. zawieszona pomiędzy istnieniem a nieistnieniem wiedziała tylko jedno, iż jest, iż po prostu jest. I właśnie owa myśl natrętna pulsowała w mózgu: – Jestem... Jestem... Jestem... Nie wiedziała czy mijają sekundy czy wieki. Jej oczy nie rejestrowały obrazów. Jej uszy nie wychwytywały dźwięków. Cisza i ciemność. Wszechogarniająca, wszechobecna, nie- skończona... Lecz powoli, bardzo powoli jęła uświadamiać sobie, że po- czyna podlegać przemianie. Odzyskiwała poczucie własnego ciała. Mrowienie w stopach, zdrętwiałe mięśnie rąk, nieprzy- jemny ucisk w kręgosłupie. Delikatnie poczęła poruszać palcami, jakby jeszcze nie do- wierzając, iż może nimi władać zgodnie z własną wolą. 8 A one – co za radość! – by posłuszne. Zginały się i rozprostowywały w rytm sygnałów wysyłanych przez umysł. Jakiś ciężar przygniatał jej piersi. Nie, nic na nich nie leża- ło. To tylko gęste, znieruchomiałe powietrze nie chciało na- karmić płuc i chociaż w nie wnikało, nie syciło przecież. Już była sobą. Prócz czucia wracała i pamięć. Przesuwały się w niej barwne obrazy przeszłych zdarzeń... Było lato. Tak, było lato... Za oknem w miniaturowym ogródku rosły malwy. Lubiła się wpatrywać w ich różowe, bordowe, żółte czy białe kwiaty, które zdawały się do niej uśmiechać. Lubiła patrzeć jak pszczoły siadają na płatkach, a potem wsuwają się do środka i spiwszy słodki nektar odla- tują ociężałe i cale oblepione żółtym pyłkiem. Czasami też odwiedzała ją sroka. Była to bardzo odważna sroka, bo zdarzało się, iż przycupywała na parapecie i przekrzywiwszy łebek, wpatrywała się w leżącą. A później odlatywała, śmiesznie – jak to sroka – machając skrzydłami. Lubiła patrzeć na mrówki, które w nieustannej procesji, niestrudzenie, przemierzały jedną i tę samą ścieżkę nad- próchniałego parapetu, kryjąc się w szparze pomiędzy futry- ną, a oblazłym z tynku ościeżem okiennym... Lubiła patrzeć, leżąc wsparta na spiętrzonych za jej pleca- mi poduszkach, bo cóż innego ponadto mogła czuć? Malwy przekwitły. Obeschły brunatniejąc wysokie badyle niegdyś zielonych łodyg. Sroka nie zaglądała już do izby, bo okno zamknięto na głucho i nawet mrówki gdzieś się zapo- działy. A później, później spadł pierwszy śnieg. Widziała jak wiel- kie, podobne do gęsiego puchu, płatki wirują w powietrzu i bezszelestnie osypując się z nieba, przykrywają ziemię. Gdy mróz stężał, nawet pod wielką, ciepłą pierzynę zdarzało mu się wsuwać swe lodowate palce... Przypomniała sobie, jak dzwoniły dzwony, wzywając na pasterkę. Leżąc tak tutaj, gdy mijały dnie, miesiące, gdy zmieniały się pory roku, nauczyła się rozróżniać ich dźwięki. 9 Dzwonili u Fary, u świętego Piotra, u Marii Magdaleny... Dzwonili i w innych kościołach... Ach, jakże pragnęła móc pokonać własną słabość, wstać, przyodziać się i pójść razem z gromadą ludzi tam dokąd wzy- wały dzwony. Jakże chciała usłyszeć miłe skrzypienie zmarz- łego śniegu pod stopami. Jakże chciała wydychać obłoczki pary, która szadzią osiadała na włosach niesfornie wymykają- cych się spod chustki. Dzwony przestały bić, a ona została sama z mrokiem. Z mrokiem i ciszą. Chyba wtedy płakała, chociaż nie pamięta na pewno. Wie jednak, iż za gardło schwycił ją bolesny skurcz i doznała uczucia bezsilnej wściekłości. A potem? Potem czas płynął jednostajnie. Skapywał miarowo, ni- czym krople wody z okapu dachu, gdzie coraz cieplejsze i coraz wyżej wspinające się po firmamencie słońce, roztapia- ło brudny i zaskorupiały śnieg... Wybielono izbę. Było czysto i schludnie. Pachnia- ło świeżym wapnem, gotowanymi jajkami, kiełbasą, chrza- nem i widłakiem, którym przyozdobiono jedzenie przezna- czone na wielkanocne święta. Cały stół zastawiony był suto. Przyszedł diakon i poświęcił pokarm. Mówił coś do niej, nie pamiętała już słów, ale sens był taki, iż Pan Bóg doświadcza cierpieniem, aby wypróbować naszą wiarę jak ongiś, przed wiekami, wypróbował Hioba. A potem?... Potem ktoś... nie pamiętała kto... Potem ktoś przyniósł jej bukiecik pierwszych złocistych podbiałów. Uśmiechnęła się do kwiatów. Wtuliła w nie twarz, chłonąc z ledwo wyczuwalny zapach przedwiośnia... I to było ostatnie co pamiętała... lubością subtelny, Teraz otaczał ją mrok i cisza. Czyżby była noc? Może. Ale dlaczego to łóżko jest tak niewygodne? Takie twarde? I czemu płucom brakuje powietrza? Czucie wróciło już całkowicie, a waz z nim jęły nią wstrzą- sać dreszcze. Całe ciało przeniknęło dojmujące zimno, wgry- 10 zając się w każde – zda się włókienko, przesączając się aż do wnętrza kości. Poczęła drżeć, szczękać zębami. Zimno i duszno. „– O Boże! – myślała. – Dlaczego tu tak zimno i duszno?” Chciała szczelniej otulić się pierzyną, wsunąć się pod nią z głową by rozgrzać skostniałe członki, ale próżno szukała jej rękoma. Pierzyny nie było. Za to place natrafiły na coś zupeł- nie innego. Po obydwu jej bokach znajdowały się deski. „– Gdzież to mnie przenieśli? – myślała. – Czemu zabrali z mojego łóżka, i ułożyli na tej wąskiej pryczy? Och! Jezusie Nazareński, chyba nie zrobili mi tego, nie oddali do szpitala? Tak pamiętam, doktór owo radził. Chciał mnie zabrać do świętego Hieronima, albo do świętego Ducha. Ale ja się sprzeciwiłam. Przecie kto raz trafi do szpitala, już nie wycho- dzi stamtąd żywy... A może mi się pogorszyło i oddali jednak wbrew mojej woli?” Poczuła nagły przypływ sił. Wiedziała, iż da radę unieść się o własnej mocy. Zresztą, musiała wstać, by sprawdzić gdzie się znajduje. Uniosła się tedy raptownie i... z jękiem bólu opadła na powrót na plecy. Z całej mocy uderzyła bowiem głową o coś twardego, o coś, co znajdowało się tuż, ponad nią. Przed oczyma zatań- czyły kolorowe pozłociste skry. Raz jeszcze jęknęła cicho. Gdy ból nieco stępiał wciągnęła ostrożnie dłonie ku górze, by do- tykiem zbadać to, o co rozbiła czoło. To była deska. Jakiś lęk, zrazu niewielki, ale potężniejący z każdą chwilą, zdławił ją. Poczuła bolesny ucisk w krtani, a potem zdało się jej iż włosy powoli podnoszą się na głowie. Na oślep dookoła macała rękoma. Deski, wszędzie deski, chropowate i pachnące jeszcze ży- wicą. Deski z przodu, z tyłu, z boków, deski nad głową. Wy- czuwała palcami miejsca, w których się łączyły. Wyczuwała nierówności i sęki. 11
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zagadka Jesiennej nocy. Opowieści z dreszczykiem
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: