Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00597 006050 13108365 na godz. na dobę w sumie
Zagubieni - ebook/pdf
Zagubieni - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 83-238-1717-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> sensacja
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Wes Holden przez piętnaście lat służył w oddziałach specjalnych. Poznał okrucieństwo i cierpienie, lecz nic nie mogło przygotować go na bezsensowną śmierć żony i synka, zabitych w ataku terrorystycznym. Nawiedzany koszmarami staje się wrakiem człowieka, a jego życie zamienia się w smutną wegetację. Do czasu gdy podczas włóczęgi po kraju przypadkiem trafia w progi domu Ally Monroe. Wychowana w górach Wirginii Ally wiedzie monotonne życie poświęcone opiece nad surowym owdowiałym ojcem oraz dwójką braci. Choć samotna, wierzy, że pewnego dnia w jej życiu pojawi się nieznajomy, który pokocha ją i odmieni jej los. Między tym dwojgiem pozbawionych złudzeń, zagubionych ludzi powstaje szczególna zażyłość. Ta więź pogłębia się jeszcze, gdy Ally i Wes stają ramię w ramię do walki z szalonym naukowcem, który próbuje wyhodować zmodyfikowany genetycznie narkotyk...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

(cid:163) (cid:106) (cid:38) (cid:42) (cid:47)(cid:38)(cid:56)(cid:1)(cid:58)(cid:48)(cid:51) (cid:1)(cid:53)(cid:42)(cid:46)(cid:38)(cid:52) (cid:35)(cid:38)(cid:52)(cid:53)(cid:52)(cid:38)(cid:45)(cid:45)(cid:42)(cid:47)(cid:40)(cid:1)(cid:34)(cid:54)(cid:53)(cid:41)(cid:48)(cid:51)(cid:52) (cid:56) (cid:48) (cid:52) (cid:38) (cid:47) (cid:52) (cid:34) (cid:36) (cid:43) (cid:34) (cid:49) (cid:47)(cid:38)(cid:56)(cid:1)(cid:58)(cid:48)(cid:51)K(cid:1)(cid:53)(cid:42)(cid:46)(cid:38)(cid:52) (cid:35)(cid:38)(cid:52)(cid:53)(cid:52)(cid:38)(cid:45)(cid:45)(cid:42)(cid:47)(cid:40)(cid:1)(cid:34)(cid:54)(cid:53)(cid:41)(cid:48)(cid:51)(cid:52) (cid:52) (cid:38) (cid:47) (cid:52) (cid:34) (cid:36) (cid:43) (cid:34) Tytu³y 2006 roku: Alex Kava – Elizabeth Flock – Z³o konieczne Emma i ja W sprzeda¿y od 24 marca Erica Spindler – Sharon Sala – Zagubieni Morderca bierze wszystko W sprzeda¿y od 21 kwietnia M.J. Rose – Shannon Drake – Kl¹twa Schemat zbrodni W sprzeda¿y od 5 maja Heather Graham – Erica Spindler – Zatoka Huraganów Zakazany owoc W sprzeda¿y od 19 maja Diana Palmer – Heather Graham – Przed œwitem Œmieræ na parkiecie W sprzeda¿y od 16 czerwca Informacje o serii New York Times Bestselling Authors oraz www.miraksiazki.pl sklep internetowy na stronie: Tytuł oryginału: Missing Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2004 Opracowanie redakcyjne: Graz˙yna Ordęga Korekta: Ewa Popławska ã by Sharon Sala 2004 ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. Warszawa 2006 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Druk: ABEDIK ISBN 83-238-1717-0 ISBN 978-83-238-1717-8 ROZDZIAŁ PIERWSZY Wes Holden był doświadczonym z˙ołnierzem i dlatego instynktownie wyczuł, z˙e jest obserwowa- ny. Pachnąca miętą warstwa piany do golenia, pokrywająca jego twarz, dawała mu złudne poczu- cie bezpiecznej anonimowości. Boz˙e, znowu go dopadli... Kiedy podniósł wzrok, najpierw napotkał w lustrze swoje odbicie, potem zobaczył wnętrze pokoju za plecami. Gdy jego spojrzenie zatrzymało się na stojącej w cieniu kobiecie, stłumił jęk. Powinien był się domyślić. To tylko Margie. Na jej twarzy malował się wyraźny strach. Wiedział, z˙e to z jego powodu, ale nie umiał temu zaradzić. Znał ją od dzieciństwa, kochał od cza- sów szkoły średniej, a od piętnastu nazywał z˙oną. Wyczuwało się między nimi napięcie, ale nie miało nic wspólnego z jego ostatnią misją, która zaprowadziła go w poszukiwaniu Osamy bin Ladena najpierw do Afganistanu, a potem, gdy prezydent wypowiedział wojnę, do Iraku. 5 Tak jak kaz˙da z˙ona z˙ołnierza, Margie wiedzia- ła, z˙e jej mąz˙ gotów jest poświęcić z˙ycie dla ojczyzny. Jednak teraz trwała regularna wojna, a to zmieniało postać rzeczy. Przeraz˙ona Margie z zapartym tchem co wieczór śledziła wiadomości na kanale CNN, modląc się, by w telewizyjnej relacji mignęła twarz męz˙a. Nigdy nie zapomni dnia, kiedy po otwarciu drzwi ujrzała na progu dwóch oficerów i kapelana wojskowego. Z jej ust wydobył się rozdzierający krzyk. Minęło trochę czasu, zanim dotarło do niej, z˙e jej męz˙a, pułkownika Johna Wesleya Holdena uwaz˙a się jedynie za zaginionego i nie ma z˙ad- nych dowodów świadczących o jego śmierci. Zaginiony podczas operacji wojskowej. Cztery słowa, które niemal przywiodły ją do szaleństwa. Następny miesiąc przez˙yła w dziwnym stanie zawieszenia pomiędzy kompletnym odrętwie- niem i napadami poraz˙ającego lęku. Zwierzyła się później Wesleyowi, z˙e gdyby nie ich syn, Michael, skończyłaby w kaftanie bezpieczeństwa. Wesley znów pomyślał o tych strasznych ty- godniach, które spędził w niewoli. Po jakimś cza- sie zwątpił, czy jeszcze kiedyś zobaczy swoją ro- dzinę. Otrząsnął się i wrócił do golenia. Chciał wyglądać schludnie przed porannym spotkaniem z psychiatrą wojskowym. Uzmysłowił sobie, z˙e choć w słonecznej Georgii z˙ycie toczyło się leni- wym rytmem, to w Fort Benning sprawy miały się zupełnie inaczej. 6 Po chwili usłyszał tupot dziecięcych nóz˙ek. Do jego uszu dobiegł głos Margie, która prosiła synka, z˙eby nie biegał po domu, ale chwilę później Mikey wpadł do łazienki i ledwo wy- hamował przed szafką. – Spokojnie, kolego – napomniał go Wes. – Omal nie rozminąłeś się z lotniskiem. Pięcioletni Michael John Holden roześmiał się radośnie, odgarnął włosy z oczu i obdarzył ojca przeciągłym spojrzeniem. – Tatusiu? Wes westchnął i przycisnął ostrze do policzka. – Słucham? – Czy pewnego dnia będę miał taki zarost jak ty? Wesley ukrył szeroki uśmiech i opłukał ma- szynkę pod strumieniem gorącej wody. – Oczywiście... kiedyś. Musisz trochę podros- nąć, zanim na twojej buzi pojawi się zarost. – Czy zdąz˙y urosnąć do Boz˙ego Narodzenia? – spytał chłopczyk. Wes poczuł dziwne ukłucie w sercu. – Tak, Mikey, na pewno. Zadowolony z odpowiedzi chłopczyk usadowił się na krześle i zaczął zasypywać ojca gradem pytań, rozśmieszając go do łez. Mikey nie od- rywał oczu od ojca, więc po chwili Wes poddał się i przystąpił do ich codziennego rytuału. Wyjął ostrze z maszynki, wręczył ją synkowi, postawił go na szafce i nałoz˙ył mu na buzię cienką warstwę pianki. 7 – Przećwiczymy to, dobrze, synku? – Dobrze – odpowiedział chłopczyk, po czym z przejęciem pociągnął maszynką po buzi i obe- jrzał się w lustrze. – Popatrz, tatusiu, jestem prawie tak dorosły jak ty. – Tak, synku, zgadza się – odparł Wesley, patrząc z rozczuleniem, jak synek naśladuje jego miny i gesty. W chwilę później Mikey uznał, z˙e jest ogolo- ny i z powrotem usadowił się na szafce, a Wes skończył się golić. Wrócił myślami do misji w Afganistanie. W chwili jego wyjazdu Michael miał zaledwie cztery lata i interesował się prze- de wszystkim kreskówkami. Teraz miał prawie i zastanawiał się, kiedy zacznie się sześć lat golić... Kiedy mały Mikey zdąz˙ył tak bardzo wydorośleć? Jak zwykle podczas takich rozwa- z˙ań Wesley poczuł się winny. Ominęło go bar- dzo duz˙o waz˙nych rzeczy, a przeciez˙ jego miej- sce było przy rodzinie. Wrócił do nich, ale stał się innym człowiekiem. Dręczyły go nocne ko- szmary, nie umiał zapomnieć o okropnościach wojny. Zaburzenia wskutek stresu pourazowego. ZSPU. Niewinny skrót paskudnego problemu. Diagnozę przyjął spokojnie. Według niego le- karze wojskowi, ale nie tylko oni, wymyślili rejestr chorób i dolegliwości, bo kiedy coś jest nazwane, łatwiej przyporządkować temu konkret- 8 ne symptomy. Osobiście Wes uwaz˙ał taką działal- ność słuz˙by zdrowia za przejaw godny sklasyfiko- wania i nazwania... Uratowali go, wysłali do domu, z˙eby się wy- kurował, a gdy pewnego dnia uznają, z˙e znów jest zdolny do słuz˙by wojskowej, poślą go z po- wrotem do Iraku. Jednak jego rekonwalescencja nie przebiegała tak szybko, jak zakładano. Cza- sami nachodziły go wątpliwości, czy ta kuracja w ogóle odniesie poz˙ądany skutek. Tymczasem będzie kochał się z z˙oną i obserwował, jak rośnie ich syn. Juz˙ prawie kończył golenie, gdy usłyszał z uli- cy głośny huk z rury wydechowej śmieciarki. Z˙ołądek podszedł mu do gardła. Odruchowo schy- lił się i chciał rzucić do ucieczki, lecz szybko przyszło otrzeźwienie. Widok syna uspokoił go i przekonał, z˙e jest bezpieczny. Jednak zanim zorientował się w sytuacji, przy- cisnął ostrze maszynki zbyt mocno i zaciął się w policzek. Zaklął, kiedy cieniutka struz˙ka krwi pojawiła się na jego szyi. Mikey krzyknął przera- z˙ony: – Tatusiu! Leci ci krew! Wes w milczeniu obserwował maleńkie kropel- ki. Nie potrafił oderwać od nich wzroku ani nakazać pamięci, by przestała podsuwać mu prze- raz˙ające obrazy skrwawionych ciał i martwych, pustych oczu. Poczuł dławienie w gardle, a na czoło wystąpił mu zimny pot. Zdawał sobie spra- wę, gdzie jest, czuł pod stopami zimne płytki 9 podłogi, ale nie mógł wyrwać się z ciemności. Mikey chwycił go za rękę. – W porządku, tatusiu – rzekł cicho. – Zajmę się tym. Wybiegł z łazienki, a chwilę potem w drzwiach pojawiła się Margie z naręczem świez˙ych ręcz- ników. Spojrzała za biegnącym synkiem i pomyś- lała z rezygnacją, z˙e Mikey pewnie znów coś zbroił. Przeniosła wzrok na stojącego przed lust- rem Wesleya. – Co się stało? – spytała. Przełknął dziwnie gorzką ślinę i wziął głęboki oddech, usiłując nadać swojemu głosowi normal- ne brzmienie. – Zaciąłem się – oznajmił, przyciskając do policzka kawałek waty. – Pokaz˙ – Margie odsunęła jego rękę na bok. – No, to na szczęście nic groźnego, zaraz przynio- sę coś do zatamowania krwawienia. Wes objął ramionami jej kibić, przyciągnął ją do siebie i dotknął twarzą jej szyi. – Wszystko, czego potrzebuję, juz˙ mam – po- wiedział cicho i pocałował ją za uchem. Margie jęknęła. Kochała męz˙a i wystarczył jego dotyk, by natychmiast poczuła się podnieco- na. Mikey przerwał tę czułą scenę, wpadając z impetem do środka. – Potem – szepnął Wes, widząc uśmiech Margie. – Mam, tatusiu! Mam! – wołał głośno. Wesley uklęknął na jedno kolano i oplótł ra- mieniem synka. 10 – Co tu masz, młody człowieku? – Plastry. Mama przykleja mi je, gdy się skale- czę. Będzie dobrze, tylko teraz musisz stać nieru- chomo. Wes kiwnął głową na znak zgody i usiadł na brzegu wanny. Gdy dostrzegł w oczach syna własne odbicie, drgnął zdziwiony. Wciąz˙ nie mógł wyjść z podziwu, z˙e koszmar, który przez˙ył, prawie w ogóle nie odbił się na jego wyglądzie zewnętrznym. – Jeszcze chwileczkę, tatusiu – powiedział chłopczyk, odrywając folię z małego plastra. Wesley zamknął oczy, czerpiąc siłę z jego delikatnego dotyku. Czuł pachnący miętową pastą do zębów oddech chłopca i widział delikatny strupek na jego policzku, który pozostał nienaru- szony pomimo zabawy w golenie. Mikey miał gęste ciemne włosy i, tak jak ojciec, niesforny zakręcony kosmyk na czubku głowy. Gdy się uśmiechał, widać było szczerby po mlecznych zębach. Wes poczuł, jak ze wzruszenia dławi go w gardle. To dziecko dorastało bez ojca, ale pogodzenie słuz˙by z z˙yciem rodzinnym wydawa- ło się prawie niemoz˙liwe. – Siedź grzecznie, tatusiu – poprosił Mikey. – To nie będzie bolało. Wes przymknął oczy, z˙eby ukryć łzy wzrusze- nia i zmusił się do uśmiechu, gdy poczuł na szyi paluszki syna. – Jesteś wspaniałym małym lekarzem – powie- i nagle przyszedł mu do głowy pewien dział 11 pomysł. – Pokaz˙ buzię – zwrócił się do syna. – No cóz˙, tego się właśnie obawiałem. Chłopiec popatrzył na niego ze zdziwieniem – Co tam mam, tatusiu? – Wygląda na to, z˙e i ty będziesz potrzebował plastra w tym samym miejscu. Mikey westchnął. – Tak myślałem... Margie szybko skryła uśmiech. – Poniewaz˙ jestem jedyną w pełni zdrową osobą w tej rodzinie, przygotuję jeszcze jeden opatrunek J.N. Gdy wyszła z łazienki, Mikey usadowił się szybko między kolanami ojca i delikatnie pogłas- kał go po szyi. – J.N. znaczy ,,jak najszybciej’’. Wes skinął głową. – Tak. Brawo. Szybko się uczysz, chłopie. Mikey uśmiechnął się promiennie, a potem nagle się zawstydził. – Cieszę się, z˙e jesteś w domu – powiedział nieśmiało. Ojciec objął go ramionami. – Wiem, kolego. Ja takz˙e się cieszę. Gdy Margie znów stanęła w drzwiach łazienki, jej oczom ukazał się rozczulający widok. Mikey przytulał się z całych sił do Wesa, który z trudem ukrywał łzy wzruszenia. Opuściła ręce wzdłuz˙ bioder i udała zmartwioną, gdy Wes nakleił plas- ter na policzku chłopca. – A teraz wynoście się z łazienki, bo muszę 12 zetrzeć rozlaną krew – powiedziała groźnie, ujmu- jąc się pod boki. Nie wiedziała, z˙e jej słowa wywołały u Wes- leya atak paniki, zdołał to jednak jakoś ukryć. – Chodź, koleś. Chyba przeszkadzamy mamie. Chwilę potem wszyscy znajdowali się w drodze do bazy. Georgia wyglądała wiosną naprawdę pięknie. Podczas jazdy Wes spoglądał tęsknie na zadbane trawniki i myślał o bezkresie gorącego pustyn- nego piasku i upale. Do tego wkrótce miał wrócić. Cudownie kwitnące drzewka brzoskwiniowe, obok których przejez˙dz˙ali wczoraj, wkrótce za- owocują, a potem zaczną gubić liście. Siedzącemu z tyłu Mikeyowi nie zamykała się buzia. Plano- wał, co kupią w kantynie bazy wojskowej tatusia, a najdłuz˙ej rozwodził się nad koniecznością zaku- pu masła orzechowego. Na pozór wszystko było w porządku, jednak chwilami Wesley odnosił wraz˙enie, z˙e tylko udaje zdrowego i normalnego człowieka, choć tak na- prawdę wcale nie wyzwolił się z obłędu. Nie dopuszczał do siebie myśli, z˙e potrzebna jest mu fachowa pomoc, ale był gotów poddać się kaz˙dej terapii, byle tylko poczuć się lepiej i zaakcep- tować rzeczywistość. Prowadząc samochód, Margie co jakiś czas dotykała męz˙a, jakby nie chciała ani na chwilę tracić z nim kontaktu. Wesley doskonale ją rozu- miał. Dla niego ta rodzinna wyprawa wydawała 13 się czymś nierzeczywistym. Szczerze podziwiał Margie, która w sobie tylko wiadomy sposób była w stanie odpowiadać na wszystkie pytania Mike- ya, rozmawiać z męz˙em, a jednocześnie skupić się na kierowaniu samochodem. Wkrótce zjechali z autostrady w kierunku bazy. Wesley podświadomie wyprostował się na fotelu i automatycznie odpowiedział na salut straz˙nika stojącego w bramie. Rzucił okiem na zegarek; dochodziła dziewiąta. A więc jest punktualnie. – Margie, nie musicie ze mną iść. Jedźcie załatwić swoje sprawy. Jeśli wypuszczą mnie stąd, zanim skończycie, poczekam na zewnątrz. Pogoda jest zbyt ładna, z˙eby siedzieć w dusznym budynku. – W porządku – odparła, zatrzymując samo- chód przed szpitalem. Pochylił się, z˙eby ją pocałować, mrugnął poro- zumiewawczo do synka i wysiadł. – Do zobaczenia później, kolego. Opiekuj się mamą. – Jasne, tato. Skierował się w stronę wejścia, ale po kilku krokach poczuł przemoz˙ne pragnienie powrotu do Margie. Obrócił się gwałtownie, podnosząc rękę, z˙eby zatrzymać samochód, ale była juz˙ za daleko. Stłumił nagły niepokój i irytację, otworzył drzwi i wszedł do środka. Wesley starał się odpowiadać jak najlepiej na dociekliwe pytania doktora Price’a. Chciał, by 14 uznano go za w pełni zdrowego. Nagle budynkiem wstrząsnął głośny wybuch. W ułamku sekundy wszystkie okna w gabinecie doktora pękły, zasy- pując wnętrze gradem ostrych odłamków. Wesley błyskawicznie padł na podłogę, Price jednak nie zareagował równie szybko. Rzucił się w kierunku drzwi, lecz nie zdąz˙ył do nich dobiec. Jeden z odłamków szkła, przecinających z impetem powietrze, trafił go w tył głowy, a kilka mniej- szych wbiło mu się w ciało. Doktor upadł, skręca- jąc się z bólu. Na dywanie pojawiły się ślady krwi. Wesley instynktownie zaczął działać, tak jak go uczono. Rzucił okiem w kierunku dziur po wy- rwanych oknach, by upewnić się, czy w zasięgu wzroku nie ma z˙adnego wroga, potem kucnął, chwycił doktora pod pachy i wyciągnął z pokoju. Na korytarzu panował chaos. Ludzie biegali bezładnie i krzyczeli. Wes słyszał równocześnie syreny karetek pogotowia i samochodów straz˙y poz˙arnej. Ciągnąc cały czas doktora, przesuwał się w stronę wyjścia. – Ma jakieś obraz˙enia? – zapytał go jeden z sanitariuszy. – Wybuch zniszczył okna w jego gabinecie. Chyba poraniły go odłamki szkła, ale trudno mi powiedzieć coś więcej. Doktor jęknął, gdy sanitariusz ułoz˙ył go na noszach twarzą w dół. – Spokojnie, proszę pana. Będzie dobrze. Serce Wesleya tłukło się niczym uwięziony ptak. Po plecach spływały mu struz˙ki zimnego potu. 15 – Co się stało? – Wybuch w kantynie – odpowiedział ktoś z personelu medycznego. Kantyna?! Dobry Boz˙e! Wesleyowi zabrakło powietrza. Wiedział, z˙e za chwilę wpadnie w panikę i przestanie myśleć racjonalnie. Uderzył pięścią w ścianę tak mocno, by poczuć ból, który zmusi go do działania. Pomogło... Wybiegł z budynku w chwili, gdy spod szpitala ruszały na sygnale kolejne karetki pogo- towia. Spojrzał do góry i dostrzegł ponad dachami złowróz˙bną smugę czarnego dymu. Zaczął biec. Dwa budynki dalej udało mu się wcisnąć do wojskowego dz˙ipa kierującego się w stronę poz˙a- ru. Gdy przybył na miejsce, właśnie grodzono teren. – Przepraszam, ale nie moz˙e pan tam wejść – powiedział młody z˙andarm. Wesley usiłował przepchnąć się obok. – Moja rodzina... Muszę zobaczyć, czy... – Przykro mi, proszę pana, ale nikomu nie wolno wchodzić na ogrodzony teren bez pozwole- nia dowódcy straz˙y poz˙arnej. Wesley cofnął się, po czym zaczął przeciskać się przez tłum gapiów, nie odrywając wzroku od płomieni. Front budynku, w którym znajdowała się kantyna, przestał istnieć. Zobaczył ogromną dziurę w chodniku. Nikt nie musiał wyjaśniać mu, co spowodowało te zniszczenia. Wiele razy oglą- dał podobne sceny, tyle tylko, z˙e rozgrywały się poza granicami kraju. A teraz zaatakowano bazę 16 armii amerykańskiej. Nagle wpadł na jakiś samo- chód i po chwili zorientował się, z˙e dotarł na parking dla klientów kantyny. Nigdzie nie mógł dostrzec wozu Margie. Moz˙e wcale tu nie przyjechała? Moz˙e wróciła do szpita- la i właśnie go poszukuje? Boz˙e, spraw z˙eby tak było. Zaśmiał się histerycznie, ale dźwięk, który z siebie wydał, przypominał raczej wycie szaleń- ca. Wciąz˙ spięty, ale juz˙ nieco spokojniejszy, ruszył wzdłuz˙ szeregu samochodów w kierunku wyjścia z parkingu. Wtedy nastąpił drugi wybuch, wyrzucając w powietrze odłamki cegieł, kamie- nie, szkło, drewno i plastik. Wesley padł na ziemię, odruchowo sięgnął do pasa po broń, i do- piero wtedy uświadomił sobie, z˙e jest nieuzbrojo- ny. Przeturlał się pod jakiś samochód. Przez krótką chwilę wydawało mu się, z˙e znów jest w Iraku, na szczęście szybko się pozbierał. – Niech to wszystko diabli... – mruknął do siebie, podniósł się powoli i właśnie rozglądał za swoją czapką, gdy nagle zamarł. Samochód stoją- cy w rzędzie naprzeciwko... Był niebieski, ale... przeciez˙ jest mnóstwo niebieskich samochodów tej marki. Nie, nie, to nie moz˙e być ich wóz. Mimo to zaczął iść w tamtym kierunku. Gdy zobaczył drobne wgniecenie na prawym błotniku, poczuł, jak do ust napływa mu gorzka ślina. Nie miał odwagi spojrzeć na naklejkę na przedniej szybie, nie był gotów na stawienie czoła faktom. Wtedy zobaczył fotelik dziecięcy z tyłu i oblał go zimny 17 pot. Spokojnie, to jeszcze nic nie znaczy, o niczym nie przesądza. Przeciez˙ tutaj mnóstwo ludzi ma dzieci... Sięgnął do klamki, modląc się, by drzwi były zamknięte. Przeciez˙ wszyscy odruchowo zamykają samochód... Ale te drzwi były otwarte. Jęknął. Tak, wszyscy zamykali samochody, wszyscy oprócz Margie, która na ogół o tym zapominała. Spojrzał za siebie w kierunku kan- tyny i zdusił narastający w krtani krzyk. To ozna- czało, z˙e oni byli tam w środku. Musiał ich od- naleźć. Pośmieją się razem z tego, z˙e znowu nie zamknęła drzwi, a potem zabierze ich na lunch. Wcześniejszy lunch to świetny pomysł. Ruszył przed siebie, wciąz˙ na trzęsących się nogach. Po- z˙ar był juz˙ pod kontrolą. Wesley przeszedł obok kilku z˙andarmów wojskowych, potem koło wozu straz˙y poz˙arnej. Nie zauwaz˙ył nawet, z˙e idzie po wodzie. Poczuł gorące powietrze na twarzy, ale bez zastanowienia zdjął kurtkę od munduru i wrę- czył ją przechodzącemu z˙ołnierzowi. – Proszę pana! Proszę pana! Nie moz˙e pan tam iść – zawołał za nim z˙ołnierz, ale Wesley nie zwolnił. Z˙ołnierz pobiegł za nim, lecz szybko stracił go z oczu w kłębach dymu. Wszędzie wewnątrz byli z˙ołnierze. Pomagali straz˙akom w ewakuacji ofiar, podpierali belkami ściany groz˙ące zawaleniem, kopali w gruzach w poszukiwaniu ocalałych. Wes potknął się o puszkę tuńczyka i omal nie upadł. Ktoś chwycił go za ramię, ale wyszarpnął się 18 i kontynuował poszukiwanie. Słyszał krzyki i jęki rannych. Pomagał, jak umiał, wyciągał ludzi spod zwałów gruzu, modląc się, by natrafić na Margie i synka, lecz niebiosa nie wysłuchały jego mod- litw. Biegał z kąta w kąt, coraz szybciej i bardziej chaotycznie, powoli ogarniała go panika. Jego serce waliło jak młotem, oddychał z trudnością, raz za razem doznawał skurczów z˙ołądka i czuł, z˙e nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Pomieszcze- nie było duz˙e, wręcz ogromne. Kto wpadł na ten idiotyczny pomysł, z˙eby zbudować taką wielką kantynę? Gdy usłyszał za sobą głośny huk, na- tychmiast padł. Zaczął się czołgać, dopiero po chwili zrozumiał, z˙e coś spadło z półki. Podniósł się i zakrył dłońmi twarz, usiłując wymazać z pa- mięci zapach krwi i palących się ciał. Myślał. Musiał trzeźwo myśleć, bo wciąz˙ męczyło go przeświadczenie, z˙e zapomniał o czymś bardzo waz˙nym. O czymś, co podpowiedziałoby mu, gdzie powinien szukać. Nagle przypomniał sobie o maśle orzechowym, które chciał kupić Mikey. To musiało być gdzieś z tyłu... Zaczął iść coraz szybciej, próbując dotrzeć do miejsca, gdzie stały półki z masłem orzechowym. Teraz wszystkie regały były poprzewracane i zniszczone, nic nie wyglądało tak jak kiedyś. – Margie! Margie! Gdzie jesteś, kochanie? To ja, Wes! Słyszysz mnie? Odezwij się! Nikt nie odpowiadał na jego wołanie. Parę minut później zobaczył kilku z˙ołnierzy usiłujących podnieść jakieś półki. Gdy ujrzał 19 wystającą spod gruzów nogę kobiety, jego uwagę przykuł widoczny but. To był but Margie. – Margie! Nie zdawał sobie sprawy, z˙e krzyczy, dopóki nie spojrzał na niego jeden z z˙ołnierzy. Wesley był bez czapki i bez kurtki od munduru, więc z˙ołnierz nie znał jego stopnia wojskowego. – Hej, z˙ołnierzu, pomóz˙ nam! – zawołał ze zniecierpliwieniem. Determinacja w głosie młodego człowieka po- pchnęła Wesa do działania, chociaz˙ w tej chwili czuł pustkę w głowie. Stanął, gdzie mu kazano, ale kiedy unieśli jedną z półek, z jego piersi wyrwał się jęk. Zobaczył przeraz˙ający widok. Ciało jego z˙ony zostało zgniecione przez falę uderzeniową wybuchu albo przez spadające półki, które do- słownie przygwoździły ją do podłogi. Właściwie co za róz˙nica, jak umarła? Wesley nie umiał zapewnić jej bezpieczeństwa. Odepchnął pozostałych z˙ołnierzy i kucnął przy ciele Margie. Kiedy podparł ręką jej szyję, głowa przechyliła się bezwładnie na jedną stronę. Nie chciał nawet myśleć, czy cierpiała w chwili śmier- ci, czy tez˙ koniec był szybki i gwałtowny. Za- krztusił się, a potem zaczął płakać. Ktoś połoz˙ył mu rękę na ramieniu. Wesley nie przeczuwał jeszcze, z˙e to dopiero początek koszmaru. Gdy odsunęli ciało Margie, odnalazł synka. – Boz˙e, proszę... Nie rób mi tego... – błagał, 20 gdy rozpaczliwie próbował wyczuć choćby sła- biutki puls na szyi dziecka. Na próz˙no. Potem połoz˙ył rękę na piersi Mikeya, jak gdyby w ten sposób chciał zmusić serduszko chłopca do podjęcia pracy. Szlochając głośno, schylił się nad z˙oną i syn- kiem i objął ich ramionami. Z jego piersi wydobył się zwierzęcy skowyt, który przeraził pozostałych z˙ołnierzy. Bez powodzenia próbowali go pod- nieść, choć powinni się domyślić, z˙e właśnie stracił najbliz˙szych. Gdyby teraz odszedł od z˙ony i syna, zerwałby ostatnie ogniwo łączące go ze światem. Pomimo daleko posuniętej ostroz˙ności jego najgorsze obawy właśnie stały się rzeczywistoś- cią. Przegrał walkę. Wróg odnalazł go w jego domu. ROZDZIAŁ DRUGI Dopiero ludzie z oddziału ratunkowego, którzy kilka minut później przybyli na miejsce zamachu, zdołali oderwać Wesleya Holdena od ciał jego z˙ony i syna. – Uspokój się! To ty potrzebujesz naszej po- mocy – powiedział lekarz, biorąc go pod ramię. – Nie, zostawcie mnie – odpowiedział Wesley zdławionym głosem, odpychając go od siebie. – Muszę się nimi zaopiekować. Kiedy podeszli do Margie, z˙eby połoz˙yć ją na noszach, Wesley szarpnął się i skoczył do przodu. – Uwaz˙ajcie, do cholery! Uderzycie ją w gło- wę! – Delikatnie wsunął ręce pod jej szyję. – Teraz – powiedział miękko i odgarnął z jej twarzy zakrwawiony kosmyk włosów, który przylepił się do policzka. – Nie martw się, kochanie. Nie pozwolę im zrobić ci krzywdy. Sanitariusze wymienili porozumiewawcze spo- jrzenia. Zbyt często oglądali ludzkie tragedie, by 22 czemukolwiek się dziwić. Gdy zaczęli wyciągać z gruzów dziecko, Wesley stał jak zamurowany. Jego twarz nie wyraz˙ała z˙adnych emocji, ale cały się trząsł. Przestępował z nogi na nogę i cicho pojękiwał. Lekarz rozumiał rozpacz Wesleya i okazywał mu współczucie, jednak zdawał sobie sprawę, z˙e ofiar będzie więcej. – Proszę pana, niech pan pozwoli nam dalej pracować. – Nie... nie... Będzie lepiej, jez˙eli ja to zrobię – powiedział cicho. – To mój synek. Moz˙e źle zareagować na obcych. Boz˙e! Jak ja nienawidzę tych okropności! – Wesley gwałtownie uniósł ręce, po czym pochylił się i podniósł chłopca. Następnie powoli ruszył w stronę wolnych noszy, potykając się po drodze o puszki z fasolką. Jednak juz˙ przy noszach, zamiast połoz˙yć dziecko, przy- garnął je do piersi i stojąc tak w kłębach dymu, przytulił twarz do miękkiego policzka. Nie mógł uwierzyć, z˙e to wszystko zdarzyło się naprawdę. Bóg zrobił mu zbyt okrutny kawał. Wesley przysięgał, z˙e będzie odwaz˙nie walczył i nie zawaha się oddać z˙ycia. To on powinien był umrzeć. Bóg bardzo dobrze wiedział, z˙e Wes nie będzie umiał z˙yć w świecie, w którym nie ma Margie i Mikeya, więc jeśli chciał go uśmiercić, powinien był pozwolić mu zginąć w Iraku. Wesley potarł delikatnie policzek o buzię synka i w tym momencie poczuł delikatny, mentolowy zapach swojego kremu do golenia, którym obaj bawili się rano. Przyszło mu na myśl, z˙e chłopiec 23 nigdy nie doczeka się męskiego zarostu. Nigdy nie nauczy się czytać i nigdy nie skończy z˙adnej szkoły, nie stanie się ojcem... Wszystkie marze- nia, nadzieje i plany na przyszłość legły w gru- zach. W ułamku sekundy wszystko się skończyło. Lekarz dotknął Wesleya. – Proszę, niech pan go połoz˙y. Drgnął i spojrzał tak, jakby usłyszał głos z za- światów. – Proszę pana? Wesley przycisnął mocniej chłopca do siebie. – Błagam... – Lekarz wskazał na nosze. Wes spojrzał na nosze, a potem na dziecko, które trzymał w ramionach. Jakaś półka za nimi upadła z łoskotem, na zewnątrz ktoś rozpaczliwie wzywał pomocy. Wesley ocknął się, po raz ostatni pocało- wał chłopczyka w policzek i ułoz˙ył go na noszach. Gdy sanitariusze zaczęli przykrywać ciało chłopca, Wes wyrwał im z rąk plastikową płachtę. – Ja to zrobię. Mój synek lubi, z˙eby było mu ciepło. Pochylił się, naciągnął płachtę az˙ po brodę Mikeya i delikatnie go otulił. – Śpij dobrze – wyszeptał, a potem odszukał opatrunek na jego szyi, jakby chciał się upewnić, z˙e nadal mocno się trzyma. Przyglądający się tej scenie spadochroniarz odciągnął Wesleya i lekko popchnął w kierunku wyjścia. Kiedy przechodzili obok wozów straz˙y poz˙arnej, jakiś oficer wyszedł z tłumu i chwycił Wesleya za ramię. 24 – Wes! Nic ci nie jest? Spadochroniarz szybko zasalutował. – Panie pułkowniku! – Spocznij! – odpowiedział pułkownik. – Co tu się stało? – Pan zna tego męz˙czyznę, panie pułkowniku? Charlie Frame skinął głową. – To pułkownik Wesley Holden. Wes... ode- zwij się, człowieku. Jesteś ranny? Lecz Holden nie zdawał sobie sprawy ani z obecności kolegi, ani z tego, co dzieje się wokół. Patrząc na osmaloną twarz i nieruchomy wzrok Wesleya, Charlie poczuł ukłucie niepo- koju. Spadochroniarz podszedł z Wesleyem do sterty skrzynek i posadził go na nich. Charlie podąz˙ył za nimi. – Panie pułkowniku – odezwał się z˙ołnierz – przed chwilą wyciągnęliśmy z gruzów ciało kobiety i małego chłopca. Sądząc z reakcji puł- kownika Holdena, dobrze znał oboje. – Dobry Boz˙e! – Charlie rozejrzał się dookoła. Moz˙e to jakaś koszmarna pomyłka, myślał go- rączkowo. Tak, na pewno, ktoś musiał się pomy- lić. – Te ciała... gdzie one są? Gdzie je zabraliście? Z˙ołnierz wskazał na szybko rosnący szereg zwłok kładzionych na pobliskim trawniku. Nie- które z nich były nakryte folią, inne kocami lub fragmentami garderoby. Charlie popatrzył na Wesa, po czym ruszył w kierunku prowizorycznej kostnicy. A jednak 25 zanim tam dotarł, zawahał się. Po chwili namysłu zmusił się, by odchylić folię przykrywającą dwa ostatnie ciała. Wbrew wszelkiemu rozsądkowi jego mózg kazał mu traktować oczywiste fakty jako przywidzenie. Niestety, musiał zaakceptować prawdę. To była Margie. Ostatni raz widział ją, jak przeraz˙ona siedziała na skraju łóz˙ka Wesa w szpi- talu. Teraz trudno było rozpoznać jej twarz. Od- wrócił się znowu w kierunku Wesleya, a potem spojrzał w dół. Jego wzrok ześlizgnął się z za- krwawionej kobiecej twarzy na małego chłopca lez˙ącego tuz˙ obok. To był Michael, i gdyby nie cienka smuga krwi na jego policzku, moz˙na by pomyśleć, z˙e przed chwilą usnął. Charlie jęknął. Łzy, które napłynęły mu do oczu, utrudniały widzenie. Wyciągnął drz˙ące rę- ce, z˙eby poprawić koszulkę na brzuchu chłop- czyka. Brak jakiejkolwiek reakcji i upiorny bez- ruch dziecka, które za z˙ycia az˙ kipiało energią, przyprawiał go o gęsią skórkę i potęgował po- czucie grozy. Podniósł się powoli i zaklął cicho. Wysłano ich do obcego kraju, z˙eby toczyli wojnę z gotowymi na wszystko szaleńcami, którzy zagraz˙ali ich najbliz˙szym. A teraz wszystko obróciło się prze- ciwko nim. Jak to moz˙liwe, z˙e coś tak koszmar- nego wydarzyło się na ich terenie, w dodatku w pieprzonej bazie wojskowej? Wrócił do przyjaciela i usiadł przy nim. – Wes, ogromnie mi przykro, stary. 26 Wesley nie odpowiedział. Charlie połoz˙ył mu rękę na plecach. – Wes, to ja, Charlie. Jestem tu, z˙eby ci pomóc. Twarz Holdena nie wyraz˙ała ani krzty emocji. Myślami był daleko, w miejscu, gdzie nie istniało piekło. Charlie nie wiedział, jak przywrócić go do rzeczywistości. W swoim z˙yciu widział mnóstwo martwych ludzi, często sięgał po broń i zabijał. Czasami dręczyły go wyrzuty sumienia i wątp- liwości, bo czy moz˙na usprawiedliwić wszystkie okropności toczącą się wojną i obowiązkiem wy- konywania rozkazów? Jednak dzisiejsza tragedia zupełnie go podłamała. Miał ochotę połoz˙yć się na ziemi i wyć z bólu. Delikatnie rozpylona woda zrosiła równo- miernie twarz Wesleya. Czuł wilgoć, lecz nie wiedział, skąd pochodzi. Draz˙nił go silny swąd, ale poza tym miał nikły kontakt z otoczeniem. Nie wiedział, gdzie jest, nie wiedział, co tu robi. Na domiar złego dręczyło go przeświad- czenie, z˙e powinien znajdować się w zupełnie innym miejscu. Wokół gorączkowo biegali ludzie, nawoływali się, niektórzy krzyczeli ze strachu. Gdzieś w górze słyszał dobrze sobie znany warkot helikoptera. Ten dźwięk, tak normalny i powszedni podczas działań wojennych, nie robił na nim najmniej- szego wraz˙enia. Był doświadczonym z˙ołnierzem, brał udział w wielu akcjach, w ciągu ostatnich dwóch lat warkot helikopterów towarzyszył mu 27 niemal nieustannie. Lecz tym razem coś się nie zgadzało. Kiedy usiadł, uzmysłowił sobie, z˙e coś jest nie w porządku. Nie miał w ręku broni. A przeciez˙ z˙ołnierz zawsze powinien mieć ją przy sobie. Kierowca stojącej obok karetki pogotowia włączył nagle syrenę i ruszył w kierunku szpita- la. Dźwięk zelektryzował Wesleya. Kurczowo zacisnął dłonie. Zobaczył nad sobą zasnute dy- mem czarne niebo. Dlaczego jest czarne? Nie powinno tak wyglądać. I gdzie, do cholery, jest jego broń? Mohammed el Faud był oszustem. Przez ostat- nie siedemnaście miesięcy mieszkał w Columbus w stanie Georgia pod nazwiskiem Frank Turner, pracując dla jednego z cywilnych kontrahentów w Fort Benning. Pięć lat temu, kiedy po raz pierwszy przybył do Stanów Zjednoczonych, przeszedł operację plas- tyczną, która miała na celu całkowitą zmianę jego wyglądu. Obecnie regularnie odwiedzał salon pię- kności o nazwie Lighten Up, który znajdował się w bezpiecznej odległości od bazy wojskowej. Tam oddawał się w ręce kobiety imieniem Est- ralita, która za pomocą specjalnych preparatów odbarwiała mu włosy, zmieniając go w blondyna. Następnie, z˙eby utwierdzić wszystkich w przeko- naniu, z˙e jego ciemna karnacja to po prostu opalenizna, wydawał fortunę na seanse w sola- rium. Z˙eby ukryć ciemnobrązowe oczy, nosił 28 niebieskie szkła kontaktowe. Był wykształconym językoznawcą, który bez trudu przyswoił sobie angielski akcent z kalifornijskimi naleciałościa- mi. Zaczął działać po amerykańskiej interwencji wojskowej w jego ojczystym kraju. Zadanie okazało się łatwiejsze, niz˙ uprzednio zakładał. Po miesiącach starannego planowania uderzył niewiernych w samo serce, i to na dwa sposoby. Najpierw zaatakował wroga w jego własnej, silnie strzez˙onej bazie wojskowej, potem obierał cele cywilne, na przykład rodziny woj- skowych. Kantyna bazy była oczywistym i łatwym ce- lem. Tego dnia, jak zwykle, wjechał samochodem do bazy, zatrzymując się tuz˙ przed magazynem. Najpierw poz˙artował z dozorcą o nazwisku Jeter, potem pomógł jakiejś cięz˙arnej kobiecie zapako- wać zakupy do samochodu, po czym spokojnie się oddalił. Dwa bloki dalej, ukryty za betonową ścianą, zdetonował bombę, którą zostawił w sa- mochodzie. Jego misja jeszcze się nie skończyła. Zdołał wślizgnąć się na odgrodzony przez z˙andarmów wojskowych teren i kiedy znalazł się wśród licz- nej grupy ocalałych z zamachu ludzi, zrzucił pelerynę i wydał ścinający krew w z˙yłach okrzyk, który poprzedził litanią złorzeczeń wygłoszonych w ojczystym języku. Gdy tak krzyczał i wymachi- wał detonatorem połączonym z ładunkami przy- twierdzonymi do klatki piersiowej, wyglądał na szczęśliwego i spełnionego. Grupa ratunkowa 29 momentalnie zawiesiła działania, a do akcji wkro- czyła jednostka specjalna. Mohammed el Faud nie miał z˙adnych złudzeń co do swego losu. Wiedział, z˙e umrze. Zdetonuje ładunki przytwierdzone do ciała i zabije jeszcze więcej ludzi. Będzie to znaczące wydarzenie dla jego narodu. Wielu poświęciło z˙ycie, wjez˙dz˙ając samochodami-pułapkami w tłumy ludzi lub w bu- dynki, ale z˙aden terrorysta nie powrócił na miej- sce zamachu, z˙eby zabić ponownie. Tych, którzy ocaleli, i tych, którzy próbowali ich ratować. Wykrzykiwane po arabsku przekleństwa otrzeź- wiły Wesleya i przywróciły mu jasność myślenia. Od razu rozpoznał ten język, a nawet pojął sens poszczególnych słów. Jednak kalifornijska opale- nizna męz˙czyzny i ładna, niemal chłopięca twarz kłóciły się z powszechnie funkcjonującym wize- runkiem terrorysty. No i te krótkie jasne włosy... Jednak Wesley przekonał się na własnej skórze, z˙e pozory mylą. Zobaczył ładunki wybuchowe i de- tonator, który zamachowiec trzymał w ręku. Na- gle przypomniał sobie, co stało się z jego rodziną i zrozumiał, kogo nalez˙y za to winić. Było za późno, z˙eby przywrócić im z˙ycie, ale zostało tro- chę czasu na dokonanie zemsty. Zerwał się z miejsca, rozepchnął zszokowanych ludzi, wyrwał z rąk jakiegoś z˙andarma karabin i zanim ktokolwiek zdąz˙ył zareagować, oddał strzał. Pocisk trafił Mohammeda el Fauda dokład- nie między niebieskie oczy i wyleciał z tyłu głowy. 30 Zgromadzeni wydali niemal jednogłośnie wes- tchnienie ulgi, gdy detonator wypadł z rąk ter- rorysty i potoczył się po bruku. Mohammed el Faud padł twarzą w dół, rozpryskując wodę, która wyciekała z węz˙y straz˙ackich. Na ułamek sekundy zapanowała absolutna ci- sza, nikt się nie poruszył, nikt się nie odezwał. Po chwili ktoś zaczął krzyczeć, ktoś rozmawiać, ktoś inny ruszył biegiem wprost przed siebie. Z˙ołnierz, któremu Wesley wyrwał broń, odebrał ją i roz- kazał Wesowi, nie szczędząc krzyku i brutalnych gestów, połoz˙yć się twarzą do ziemi. Zapanował chaos. Wykrzykiwano rozkazy i ponaglano ludzi do ewakuacji. Akcja ratunkowa zmieniła się w po- śpieszną ucieczkę w obawie przed kolejnymi zamachami terrorystycznymi. Charlie Frame bez pardonu przedarł się przez tłum ludzi do z˙andarma, który pilnował lez˙ącego na ziemi Holdena. – Pozwól mu wstać. Ale juz˙! – rozkazał. – Alez˙ panie pułkowniku, on... – Wykonał wyrok na terroryście. To wszystko. Pomogli Wesleyowi wstać, a z˙andarm wreszcie zwolnił uścisk. Charlie wziął kolegę pod ręce, obserwując uwaz˙nie jego zachowanie. Na policzku Wesa było kilka zadrapań, z nosa sączyła się krew. Jednak te nieznaczne obraz˙enia fizyczne nie były warte wzmianki wobec stanu psychicznego Wesa. Char- liego poraził zwłaszcza wyraz jego oczu. – Wes! 31 – To on... to był on. Wesley mówił cicho, bardziej do siebie niz˙ do Charliego, ale Charlie go słyszał. – O czym ty mówisz? Jaki ,,on’’? Holden podniósł wzrok na kłęby czarnego dymu. – Wróg przyszedł za mną do domu. Nagle jego oczy niemal zapadły się w głąb czaszki i osunął się cięz˙ko na ziemię. Charlie wpadł w panikę. Czy Wes odniósł jakieś obraz˙enia wewnętrzne, których wcześniej nie zauwaz˙yli? Czy umierał teraz na ich oczach i juz˙ nikt nie zdoła go uratować? – Lekarza! Szybko! Przyślijcie pomoc! – za- wołał i po chwili odsunął się, robiąc miejsce parze lekarzy. Po krótkich oględzinach Wesa podniesio- no i nie bez trudu wsadzono do karetki. – Trzymaj się, stary – poz˙egnał go Charlie. – Nie damy ci zginąć. Lecz było juz˙ za późno na jakąkolwiek pomoc. Wesley Holden pogrąz˙ył się w koszmarze, zerwał ostatnią nić łączącą go z rzeczywistością. Sześć tygodni później Za kaz˙dym razem, kiedy Charlie Frame przy- chodził na oddział psychiatryczny szpitala Martin Army, przenikał go zimny dreszcz. Pomimo z˙e miejsce było nieskazitelnie czyste, a pacjenci znaj- dowali się pod profesjonalną opieką, w powiet- rzu zdawał się unosić zapach strachu i śmierci. 32 To nie był oddział z pacjentami o określonym terminie pobytu. Ludzie, którzy się tam znaj- dowali, utracili kontakt z rzeczywistością. Prze- konał się ze zdumieniem, z˙e utrata zdrowia psy- chicznego powoduje równie przeraz˙ające zmiany w organizmie jak na przykład gangrena czy rak. To tak, jakby coś dosłownie poz˙erało cię od środka. Przez ostatnie sześć tygodni wszędzie panował ogromny chaos. Atak terrorystyczny na kantynę bazy wojskowej był najwaz˙niejszym wydarze- niem omawianym i komentowanym we wszyst- kich mediach. Cywilny kontrahent bazy, który nieświadomie zatrudnił terrorystę, został odsą- dzony od czci i wiary zarówno przez media, jak i wojsko. Władze wojskowe oskarz˙yły go o raz˙ące zaniedbanie, poniewaz˙ nie zauwaz˙ył, z˙e jego pra- cownik posługuje się sfałszowanymi dokumen- tami. Śledztwo nie miało końca. Ludziom nie mieściło się w głowie, z˙e terrorysta tak łatwo uzyskał dostęp do bazy wojskowej i zadał śmier- telny cios. Zamachowiec został zabity, zanim zdetonował ładunki wybuchowe, zawdzięczano to męz˙czyźnie, którego stan psychiczny pozostawiał wiele do z˙yczenia. Lekarze nie obiecywali, z˙e Wesley Holden wyzdrowieje. Przeciwnie, w mia- rę upływu czasu rokowania były coraz mniej optymistyczne. Po ostatniej rozmowie z lekarzem Wesleya, Charlie niemal stracił wszelką nadzieję. Gdy zna- lazł się przy drzwiach pokoju Wesa, zawahał się. 33 Była to jego trzecia wizyta w tym tygodniu, i prawdopodobnie ostatnia. Miał wyjechać z kraju za dwa dni i nie wiedział, kiedy wróci. – Boz˙e, spraw, z˙eby wszystko było dobrze – wyszeptał i wszedł do sali. Wes siedział na krześle odwrócony tyłem do drzwi. Charlie wziął głęboki oddech i podchodząc bliz˙ej, zmusił się do uśmiechu. – Cześć, Wes, to ja, Charlie. Co słychać, stary? Przysunął sobie krzesło i usiadł przy oknie, tak by patrzeć przyjacielowi prosto w oczy. Jez˙eli Charlie z˙ywił jeszcze jakąkolwiek nadzieję co do stanu Wesa, to w tym momencie ta nadzieja zgasła. Podniósł się z krzesła i bez słowa dotknął przedramienia przyjaciela. Światło słoneczne, pa- dające przez okno na twarz Wesleya, uczyniło jego błękitne oczy przezroczystymi. Wystające kości policzkowe nadawały jego wychudzonej twarzy jeszcze mizerniejszy wygląd. Wes miał uchylone usta, zupełnie jakby szykował się do wygłoszenia mowy, lecz Charlie wiedział, z˙e jest to tylko złudzenie. Od kiedy wsadzono go do karetki, z ust Wesleya nie padło ani jedno słowo. Charlie ponownie uścisnął ramię Wesa i usiadł. Miał nadzieję, z˙e tym razem przyjaciel wreszcie go rozpozna i jakoś zareaguje na jego obecność. Czas płynął. Słońce zaczęło chylić się ku za- chodowi. Charlie wstał i głośno przesunął krzesło, tak by nie umknęło to uwadze Wesa. Przez chwilę obserwował przyjaciela, ale nie doczekał się z˙ad- 34 nej reakcji. Dla własnego spokoju, by mieć pew- ność, z˙e niczego nie zaniedbał, zaczął mówić. – Wes... według lekarzy jesteś pogrąz˙ony w czymś w rodzaju katatonii. Zaczęli sugerować, z˙e nie wyjdziesz z tego stanu. Wiesz, co ja o tym myślę? Myślę, z˙e to są bzdury. Nie wszystko stracone, teraz jesteś po prostu przygnębiony, ale to przeciez˙ naturalne. – Charlie zamilkł na chwilę. – Słuchaj, za kilka dni wyjez˙dz˙am – podjął. – Nie wiem, jak długo mnie tu nie będzie, ale nie chcę, z˙ebyś myślał, z˙e cię zostawiłem. Zawrzyjmy umowę. Dopóki mnie nie będzie, pogrąz˙aj się w smutku, odetnij się od rzeczywistości i rób, co ci się z˙ywnie podoba. Ale gdy wrócę, chcę cię widzieć na płycie lotniska. Charlie odetchnął głęboko, z trudem panując nad wzruszeniem. Nagle zerwał się z krzesła. – Cholera jasna! Wes, nie siedź tu za długo. Wyszedł bez oglądania się za siebie, przeszedł w poprzek parkingu i wsiadł do samochodu z po- stanowieniem, z˙e nie będzie rozpamiętywał tego, co widział przed chwilą. ROZDZIAŁ TRZECI Blue Creek, Wirginia Zachodnia Ally Monroe patrzyła w zadumie przez okno kuchenne. Ręce trzymała w powoli stygnącej wodzie, w której zmywała naczynia. Chociaz˙ usilnie wpatrywała się w ogród, tak naprawdę wcale go nie widziała. Po chwili skoncentrowała spojrzenie na świetle odbitym od kałuz˙y, w której kąpały się ptaki. Marzenia o księciu z bajki, jak kiedyś nazywała to jej matka... Ally od dawna tęskniła do innego z˙ycia, ale juz˙ pogodziła się z myślą, z˙e lepszych chwil zazna tylko w wyobraźni. Przyszła na świat dwadzieścia osiem lat temu i nigdy nie widziała nic oprócz Wirginii Zachod- niej. Urodziła się z wadą stopy, przez co utykała, lecz była dzieckiem kochanym, a nawet rozpiesz- czanym przez matkę. Z˙ycie upływało jej w miarę beztrosko az˙ do szesnastych urodzin, kiedy to jej matka zmarła. Wktótce stało się oczywiste, z˙e 36 ojciec, Gideon Monroe, pragnie, by córka przejęła większość obowiązków zmarłej z˙ony. Ani przez chwilę nie pomyślał, z˙e córka ma być moz˙e inny pomysł na z˙ycie i snuje ambitne plany. Zrzucił na jej barki prowadzenie domu, tym samym unicest- wiając jej marzenia. Upłynęło dwanaście lat, a ona wciąz˙ wykony- wała te same prace domowe: gotowała posiłki ojcu i dwóm starszym braciom, Danny’emu i Por- terowi, prała, zmywała naczynia i sprzątała. Raz na jakiś czas doznawała uczucia, z˙e cała rodzina wpadła do czarnej dziury, w której czas stanął w miejscu. Czasami jednak znajdowała chwilę, by pogrąz˙yć się w świecie fantazji. Wtedy wyob- raz˙ała sobie wysokiego, przystojnego męz˙czyznę wychodzącego prosto z lasu okalającego dom. Nieznajomy zakochiwał się w niej od pierwszego wejrzenia i porywał ją w siną dal. Tok jej myśli zakłócił plusk wody kapiącej z kranu. Na chwilę oderwała wzrok od kałuz˙y w betonowym zagłębieniu, lecz kiedy spojrzała tam ponownie, nie umiała skoncentrować się na snuciu fantazji. Zmarszczyła czoło, spojrzała na naczynia, i odwróciła które jeszcze zostały do umycia, się zniesmaczona. Zdjęła fartuch, rzuciła na stół i wyszła z domu. Idąc, nieznacznie ciągnęła za sobą chorą stopę, maskując to nieco kołysaniem bioder. Stary pies jej ojca, Buddy, na widok Ally uniósł kudłaty łeb w nadziei, z˙e dostanie smakowitą 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zagubieni
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: