Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00133 010269 20256867 na godz. na dobę w sumie
Zakochany w świecie. Mądrość buddyjskiego mnicha o życiu i śmierci - ebook/pdf
Zakochany w świecie. Mądrość buddyjskiego mnicha o życiu i śmierci - ebook/pdf
Autor: , Liczba stron: 279
Wydawca: Studio Astropsychologii Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-8171-444-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> psychologia i filozofia
Porównaj ceny (książka, ebook (-15%), audiobook).

Odkryj szczerą i inspirującą historię buddyjskiego mnicha, który w tajemnicy przed wszystkimi opuścił swój klasztor i udał się na wędrowne odosobnienie. Porzucił wygodne życie uprzywilejowanego tulku (kolejne wcielenie duchowego mistrza) i zamienił bezpieczeństwo na anonimowość. Wkrótce, na skutek zatrucia pokarmowego, śmiertelnie zachorował, a jego podróż przybrała zaskakujący obrót. W tej niezwykle intymnej książce Autor udziela bezcennych lekcji, które odebrał dzięki doświadczeniu bliskiej śmierci. Odkrywa medytacje, które podtrzymywały go na duchu, oraz pokazuje, w jaki sposób przekształcić strach przed śmiercią w radosne życie. Buddyjska mądrość we współczesnym świecie!

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Redakcja: Ewelina Kuryłowicz Skład: Emilia Dajnowicz Projekt okładki: Emilia Dajnowicz Tłumaczenie: Karolina Pruszyńska Wydanie I BIAŁYSTOK 2020 ISBN 978-83-8171-446-4 Tytuł oryginału: In Love with the World: A Monk’s Journey Through the Bardos of Living and Dying – Yongey Mingyur Rinpoche, Helen Tworkov Copyright © 2019 by Yongey Mingyur Rinpoche © Copyright for the Polish edition by Studio Astropsychologii, Białystok 2019 All rights reserved, including the right of reproduction in whole or in part in any form. Wszelkie prawa zastrzeżone. Bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy żadna część tej książki nie może być powielana w jakimkolwiek procesie mechanicznym, fotograficznym lub elektronicznym ani w formie nagrania fonograficznego. Nie może też być przechowywana w systemie wyszukiwania, przesyłana lub w inny sposób kopiowana do użytku publicznego lub prywatnego – w inny sposób niż „dozwolony użytek” obejmujący krótkie cytaty zawarte w artykułach i recenzjach. Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku. www.facebook.com/Wydawnictwo.Studio.Astropsychologii 15-762 Białystok ul. Antoniuk Fabr. 55/24 85 662 92 67 – redakcja 85 654 78 06 – sekretariat 85 653 13 03 – dział handlowy – hurt 85 654 78 35 – www.talizman.pl – detal strona wydawnictwa: www.studioastro.pl Więcej informacji znajdziesz na portalu www.psychotronika.pl PRINTED IN POLAND Spis treści Prolog .............................................................................................. 7 Część pierwsza DOŁÓŻMY DREWNA DO OGNIA 1. Kim jesteś? ............................................................................... 19 2. Przyjmij do wiadomości falę, ale pozostań w oceanie ................................................................................. 29 3. W czepku urodzony ............................................................... 41 4. Nietrwałość i śmierć .............................................................. 49 5. Niech przyjdzie mądrość ...................................................... 59 6. Co będziesz robić w stanie bardo? ...................................... 75 7. Nauki Milarepy ....................................................................... 81 8. Stacja kolejowa w Waranasi ................................................. 91 9. Pustka, a nie nicość ................................................................ 105 10. Jeśli coś zauważysz, powiedz ............................................... 117 11. Odwiedziny paniki, starej znajomej ................................... 125 12. Dzień na ghatach .................................................................... 135 13. O snach i marzeniach sennych ............................................ 153 14. Nauka pływania ...................................................................... 161 15. Memento mori ....................................................................... 167 Część druga POWRÓT DO DOMU 16. Gdzie umarł Budda ................................................................ 183 17. O czym marzysz? ................................................................... 187 18. Droga przez ciemność ........................................................... 199 19. Przypadkowe spotkanie ........................................................ 211 20. Nagi i ubrany ........................................................................... 223 21. Bez kapryszenia ...................................................................... 229 22. Praca z bólem .......................................................................... 237 23. Cztery rzeki naturalnego cierpienia ................................... 245 24. Przypominam sobie stany bardo ........................................ 251 25. Oddaję wszystko .................................................................... 259 26. Gdy śmierć to dobra nowina ............................................... 271 27. Świadomość nigdy nie umiera ............................................. 279 28. Gdy kielich się tłucze ............................................................ 289 29. Podczas bardo stawania się .................................................. 301 Epilog ............................................................................................... 317 Podziękowania ............................................................................... 331 Słowniczek ...................................................................................... 333 O Autorach ..................................................................................... 347 Prolog 11 czerwca 2011 roku S kończyłem pisać list. Minęła godzina dziesiąta, trwała gorąca noc w Bodh Gai w północno-środkowych Indiach i do tej pory nikt inny nie wiedział. Umieściłem list na niskim drewnianym sto- liku stojącym przed krzesłem, na którym lubiłem siadać. Znajdą go jakoś po południu kolejnego dnia. Nie zostało nic do zrobienia. Zgasiłem światła i odsłoniłem zasłony. Na zewnątrz było całkowi- cie ciemno i nie można było dostrzec żadnego ruchu, tak jak prze- widywałem. O wpół do jedenastej zacząłem chodzić w kółko po ciemnym pokoju, spoglądając na zegarek. Dwadzieścia minut później wziąłem plecak i  opuściłem po- kój, zamykając za sobą drzwi. Zszedłem po ciemku na palcach do przedsionka. W nocy dwie pary grubych drewnianych drzwi prowadzących na zewnątrz są zamknięte na ciężki, metalowy ry- giel. Równolegle do każdej pary drzwi znajdują się wąskie, pro- stokątne okna otwierane na zewnątrz, niemal tak długie jak drzwi. Czekałem, aż odejdzie strażnik. Gdy uznałem, że oddalił się od drzwi, otworzyłem okno i wyszedłem na mały marmurowy ganek. — 7 — Zamknąłem okno, zbiegłem po sześciu stopniach na brukowany chodnik i szybko schowałem się za krzewami po lewej stronie. Kompleks jest otoczony wysokim metalowym płotem. Bocz- na bramka przy alei pozostaje w ciągu dnia otwarta, ale zamyka się ją na noc, a w pobliżu przesiaduje strażnik. Rzadko używa się głównej bramy. Wysoka i szeroka, otwiera się na drogę objazdową łączącą dwie drogi biegnące równolegle do siebie. Metalowe płyty bramy są zabezpieczone ciężkim łańcuchem i dużą kłódką. Chcąc wyjść niezauważony przez strażnika, musiałem ukryć się przed jego wzrokiem w trakcie kolejnego obchodu. Czekałem w krzakach aż przejdzie, znowu oszacowałem, jak bardzo się oddalił i przebie- głem trzydzieści metrów, które dzieliły mnie od głównej bramy. Przerzuciłem plecak przez bramę, celując w trawnik obok asfal- tu, aby upadek nie był głośny. Poza tym ojciec zawsze mi powtarzał: „Gdy jesteś w podróży i napotkasz mur, zawsze zacznij od przerzu- cenia plecaka, bo wtedy na pewno podążysz za nim”. Otworzyłem kłódkę, popchnąłem bramę i prześlizgnąłem się na zewnątrz. Moje serce przepełniały lęk i podekscytowanie. Wydawało się, że mrok nocy się rozjaśnia i pochłania wszystkie moje myśli, po- zostawiając tylko wstrząsające poczucie bycia po drugiej stronie płotu, w środku nocy, samotnie ruszając w świat po raz pierwszy w moim dorosłym życiu. Musiałem zmusić się, aby wykonać ja- kiś ruch. Sięgnąłem ręką przez pręty, aby zamknąć kłódkę, potem podniosłem plecak i ukryłem się na poboczu. Dwie minuty przed jedenastą znajdowałem się pomiędzy jednym a drugim życiem. Mój oddech brzmiał w moich uszach niczym łomot; ścisnął mi się żołądek. Nie mogłem uwierzyć, że do tej pory udało mi się idealnie wprowadzić w życie mój plan. Moje zmysły wyostrzyły się i wydawało się, że wykraczają daleko poza mój umysł koncep- tualny. Miałem wrażenie, że świat przepełnia światło i czułem, że — 8 — ZAKOCHANY W ŚWIECIE PROlOG mogę objąć wzrokiem odległość wielu kilometrów… ale nigdzie nie widziałem taksówki. Gdzie jest taksówka? Zamówiłem ją na jedenastą wieczorem. Wyszedłem na ob- jazdówkę, aby wypatrywać świateł samochodu. Opracowałem strategię niczym uwięziony w klatce ptak, ale nie opowiedziałem nikomu o moim planie i teraz nie czekał na mnie samochód, któ- rym mógłbym uciec. Po drugiej stronie płotu, za mną, znajdował się Tergar, klasztor buddyzmu tybetańskiego… a ja byłem jego znamienitym trzydziestosześcioletnim opatem. Rok wcześniej ogłosiłem, że pragnę udać się na długie odosobnie- nie. Nie wzbudziło to żadnego niepokoju. Trzyletnie odosobnie- nie to powszechna część mojej tradycji. Zakładano jednak, że będę przebywać w klasztorze lub w górskiej pustelni. Oprócz Tergaru w Bodh Gai mam też klasztory w Tybecie i Nepalu, a także ośrod- ki medytacyjne na całym świecie, ale nikt nie przewidział moje- go prawdziwego zamiaru. Pomimo budzącej poważanie pozycji, którą zajmowałem (a dokładniej mówiąc właśnie z jej powodu), nie ukryłbym się w żadnej instytucji ani odosobnionym budynku. Postanowiłem podążyć za starożytną tradycją sadhu, wędrownych hinduskich ascetów, którzy wyrzekali się wszystkich swoich dóbr, aby żyć w wolności od trosk tego świata. Najwcześniejsi bohater- scy przedstawiciele tybetańskiej szkoły Kagyu, której nauki wy- znaję, podążyli w ślady swoich hinduskich poprzedników i chronili się w jaskiniach oraz lasach. Skończyłoby się moje życie w roli uprzywilejowanego tulku – rozpoznanego jako kolejne wcielenie duchowego mistrza. Odrzuciłbym płaszczyk bycia najmłodszym synem Tulku Urgyena Rinpoche, szanowanego mistrza medytacji. — 9 — Żyłbym bez asystentów oraz sekretarzy i zamieniłbym bezpieczeń- stwo, jakie daje mi rola opata oraz pochodzenie na anonimowość, której nigdy nie zaznałem, ale za którą od dawna tęskniłem. Zegarek na ręku wskazywał dziesięć po jedenastej. Planowałem wsiąść do pociągu, który o północy odjeżdżał do Waranasi: ruszał ze stacji Gaja znajdującej się tylko trzynaście kilometrów dalej. Zamówiłem taksówkę wcześniej tego wieczoru, gdy wracałem ze Świątyni Mahabodhi, historycznego miejsca upamiętniające- go wielkie przebudzenie Buddy pod drzewem figowym. W sercu rozległego kompleksu świątyni rośnie drzewo będące potomkiem pierwotnego drzewa i przybywają do niego z całego świata piel- grzymi, którzy pragną usiąść w jego cieniu. Sam często tam przy- chodziłem, ale tego wieczoru udałem się do świątyni specjalnie po to, aby wykonać rytualne okrążenie (kora) i ofiarować lampy w ra- mach modlitwy o pomyślny przebieg mojej wyprawy. Towarzyszył mi mój wieloletni asystent, Lama Soto. Pojawiły się światła i wyszedłem na drogę. Minął mnie jeep. Po kolejnych dziesięciu minutach znów ujrzałem światła samo- chodu. Duża ciężarówka pędziła wprost na mnie, skoczyłem do tyłu i wpadłem w błotną kałużę. Gdy wyciągnąłem z niej nogę, pozostał w niej mój gumowy klapek. Wyciągnąłem go i znów się ukryłem z rękoma mokrymi od mulistego błota. Oczarowanie zniknęło i ogarnęła mnie chmura niepokoju. Każdy, kto bywał na tej trasie, mógł mnie rozpoznać. Nikt nigdy nie widział mnie bez towarzystwa innej osoby, ani o tej porze, ani o żadnej innej. Taksówkę wziąłem za pewnik. Nie miałem pojęcia, co zrobię po dotarciu do Waranasi, ale w tamtym momencie najważniejsze wydawało się, aby zdążyć na pociąg. Nie miałem planu awaryj- nego. Zacząłem iść szybko w kierunku głównej drogi, pocąc się z gorąca i ekscytacji. — 10 — ZAKOCHANY W ŚWIECIE PROlOG Wcześniej tego wieczoru zawieziono mnie i Lamę Soto do odda- lonej o około trzy kilometry Świątyni Mahabodhi jeepem należą- cym do Tergaru. Minęliśmy małe sklepiki przy głównej drodze: sklepy z ubraniami i towarami codziennego użytku, kilka restau- racji, kawiarenki internetowe, sklepy z pamiątkami i drobiazgami oraz biura podróży. Na drodze było pełno samochodów, taksó- wek, rowerów i riksz, a także autoriksz: trzykołowych pojazdów, które bardzo hałasują. W pobliżu wejścia do świątyni ulica zapeł- nia się żebrakami trzymającymi miseczki na jałmużnę. W dro- dze powrotnej do Tergaru zatrzymaliśmy się w biurze podróży, w którym zamówiłem taksówkę i poprosiłem, aby podjechała do głównej bramy klasztoru o jedenastej w nocy. Rozmawialiśmy po angielsku, więc Lama Soto, który znał tylko język tybetański, nie wiedział o tym planie. Szedłem boczną drogą i miałem za sobą połowę trasy do drogi głównej, gdy wreszcie pojawiła się taksówka. Po trzydziestu minu- tach samotnej drogi przez świat wnętrze samochodu dodało mi niespodziewanej otuchy. Odkąd byłem małym dzieckiem, kilka- krotnie w ciągu każdego dnia modliłem się słowami: „Znajduję schronienie w Buddzie, w dharmie – naukach Buddy i w sanghi – oświeconym zgromadzeniu”. Teraz zauważyłem, że odnajduję schronienie w taksówce i byłem wdzięczny za to schronienie. Zacząłem myśleć o Naropie (ok. 980–1040 r. n.e.), uczonym opacie buddyjskiego uniwersytetu Nalanda. Wiedziałem, że porzu- cił swoje wysokie stanowisko, aby poszukiwać mądrości większej od tej, którą osiągnął do tamtej pory, ale nigdy wcześniej nie myśla- łem o okolicznościach jego odejścia. „Jestem ciekawy, czy wyruszył zupełnie sam. Może służący czekał na niego na zewnątrz wraz z ko- niem. W ten sposób książę Siddhartha uciekł z królestwa swojego ojca: zaufał swojemu woźnicy i zawarli potajemną umowę”. — 11 — Taksówka mknęła w stronę Gai, a podczas gdy moje ciało poru- szało się naprzód, mój umysł wracał do przeszłości. Nagle wydało się, że starannie zaplanowany wyjazd rażąco odbiega od tego, co mia- łem na myśli. W czasie minionych tygodni wyobrażałem sobie, jak potoczy się ten wieczór. Teraz oglądałem ten sam film od tyłu, zaczy- nając od chwili teraźniejszej i wracając do wcześniejszych wydarzeń, jednocześnie akceptując, że można pożegnać się na różne sposoby. Lama Soto i ja wróciliśmy do Tergaru ze Świątyni Mahabodhi o siódmej wieczorem i udałem się prosto do swoich prywatnych komnat na pierwszym piętrze mojego domu. Na mój apartament składa się duży salon, w którym spotykam się z gośćmi, prowadzą- cy do drugiego pokoju, w którym medytuję i śpię. Dom znajdu- je się za główną świątynią, która ma wielkość jednego kwartału. Wszystkie ściany, kolumny i  cały sufit świątyni są pomalowane w tradycyjne ozdobne wzory. Nad świątynią góruje ogromny, zło- ty posąg Buddy skierowany twarzą ku głównej bramie i znajdują- cej się za nią Świątyni Mahabodhi. Wcześniej tego dnia okrążyłem marmurowy portyk biegnący wokół zewnętrznych ścian i wsze- dłem na znajdujące się na górze balkony wychodzące na główną salę, wypowiadając jednocześnie po cichu słowa pożegnania. Mój dom sąsiaduje z domem gościnnym i biurami administracji. Za tymi budynkami stoją dormitoria i klasy przeznaczone dla około 150 młodych mnichów w wieku od dziewięciu do dwudziestu lat. Przeszedłem przez każdy pokój, każdy korytarz, niemal nie wie- rząc, że pewnie nie ujrzę ich przez długi czas. Planowałem odejść na co najmniej trzy lata. Zrobiłem wszystko, co mogłem, aby za- dbać o stały dobrobyt i naukę mnichów. Miałem nadzieję, że nie umknęły mi żadne ważne szczegóły. Około dziewiątej wieczorem odwiedził mnie w pokoju Lama Soto, aby przed udaniem się na spoczynek sprawdzić, czy czegoś — 12 — ZAKOCHANY W ŚWIECIE PROlOG nie potrzebuję. Pochodził z regionu wschodniego Tybetu o nazwie Kham, który słynie z silnych, twardych mężczyzn. Został moim asystentem dziesięć lat wcześniej, gdy miałem dwadzieścia sześć lat i osłaniał mnie w tłumie niczym ochroniarz. Jego pokój znaj- dował się na parterze mojego domu. Drzwi mojego apartamentu skrzypiały tak głośno, że gdy przygotowywałem się do ucieczki, naoliwiłem ich zawiasy. Dwa tygodnie wcześniej poinformowałem Lamę Soto i administrację klasztoru, że pragnę, aby żadnego dnia nie przeszkadzano mi przed południem. Ta niezwykła prośba suge- rowała, że będę praktykować medytacje, których nie powinno się przerywać. Tak naprawdę jednak pozwoliło mi to odjechać daleko, zanim ktoś mógł odkryć moją nieobecność. Psotą, która spodobała mi się najbardziej, było zdobycie klu- cza do głównej bramy. Często podróżowałem pomiędzy moimi klasztorami w Indiach i Katmandu, a w trakcie poprzedniej wi- zyty w Bodh Gai poinformowałem głównego konserwatora, że przydałaby się bardziej solidna kłódka do bramy i kupię ją przy kolejnej wizycie w Delhi. W tym celu pewnego popołudnia uda- łem się wraz z Lamą Soto do Starego Delhi i przemierzyliśmy część rynku, w której urzędowali ślusarze. Po powrocie do Bodh Gai to- warzyszyłem nadzorcy przy zmianie kłódki w bramie. Do nowej kłódki dołączono trzy klucze. Przekazałem mu dwa, ale jeden za- trzymałem. Dzięki temu mogłem też kilka razy otworzyć bramę, aby sprawdzić, jak bardzo jest ciężka i czy robi dużo hałasu. Świątynia Mahabodhi ledwo zniknęła nam z pola widzenia, ale ja już poczułem potrzebę pielęgnacji stabilnej świadomości umy- słu buddy. Gdy wsiadłem do taksówki, zdenerwowanie w moim głosie sprawiło, że kierowca rozwinął niebezpieczną prędkość. Świątynie i stupy (budynki, w których przechowuje się święte re- likwie) odzwierciedlają serce i umysł Buddy. Okazywanie szacun- — 13 — ku zewnętrznym postaciom Buddy karmi naszą własną wrodzoną mądrość. Jednak prawdziwy budda, oświecona esencja umysłu, istnieje w każdym z nas. Szybko biło mi serce. Prędkość taksówki i ciemność sprawiały, że nie widziałem niczego za oknem. Prędkość obrazów przewija- jących się przez mój umysł była większa od tej osiąganej przez sa- mochód. Naukowcy mówią, że przez umysł człowieka przechodzi codziennie od pięćdziesięciu do osiemdziesięciu tysięcy myśli, ale wydawało się, że było ich tyle w ciągu jednej minuty. Zobaczyłem twarze krewnych: mojej matki, Sonam Chödrön, i dziadka, Tashie- go Dorje, przebywających w swoich kwaterach w Osel Ling, moim klasztorze w Katmandu. Wyobraziłem sobie urzędników klasztor- nych, mniszki i mnichów medytujących w oficjalnych kaplicach. Widziałem przyjaciół siedzących w europejskich kawiarniach lub w Hong Kongu jedzących obiad przy dużych, okrągłych stołach w  restauracjach podających makarony. Wyobrażałem sobie ich zdumienie na wieść o moim zniknięciu: opadnięte szczęki i twa- rze pochylone w stronę opowiadającego nowinę. Oglądałem to z rozbawieniem, ale ustąpiło ono, gdy pomyślałem o mojej matce. Gdy ujrzałem jej twarz, wiedziałem, że bardzo będzie się martwić i musiałem po prostu zaufać radzie mojego ojca. W 1996 roku odwiedziłem mojego ojca w Nagi Gompa, jego pustelni znajdującej się na odludnym zboczu góry w  pobliżu Katmandu. Chorował na cukrzycę, ale w jego stanie fizycznym nie nastąpiła żadna zmiana, która mogłaby wskazywać, że był bli- ski śmierci. Jak się okazało, zmarł dwa miesiące później. Byliśmy w jego małym pokoju zajmującym przestrzeń nie większą niż trzy na trzy metry i położonym pod dachem jego domu; jego towarzy- sze mieszkali na niższych piętrach. W pokoju znajdowało się duże okno wychodzące na dolinę. Był opatem małego klasztoru, a na- — 14 — ZAKOCHANY W ŚWIECIE PROlOG leżące do niego mniszki tłoczyły się na tej małej przestrzeni, gdy chciały posłuchać nauk mojego ojca. Siedział na prostokątnym podwyższeniu. Tutaj spał i to z tego miejsca nauczał. Dolną część ciała przykrył kocem. Usiadłem przed nim na podłodze. Jak zwykle zaczął rozmowę od pytania: – Czy masz jakąś sprawę, którą chciałbyś ze mną przedysku- tować? Powiedziałem, że chcę udać się na wędrowne odosobnienie. Spojrzał na mnie. – Ami – rzekł, używając tybetańskiego zwrotu wyrażającego czułość. – Posłuchaj mnie. Jesteś pewny? Całkowicie pewny? – Tak, jestem pewny. Chciałem to zrobić, odkąd byłem małym chłopcem – odpowiedziałem. Wtedy mój ojciec rzekł: – Wspaniale. Jeśli naprawdę chcesz to zrobić, mam dla ciebie jedną radę: po prostu idź. Nie mów nikomu, dokąd idziesz, nawet członkom rodziny. Po prostu idź, tak będzie dla ciebie dobrze. Nie zapomniałem o jego radzie, chociaż minęło piętnaście lat, zanim z niej skorzystałem. Przez wiele lat w ramach codziennej liturgii powtarzałem: „Wszystko jest nietrwałe. Śmierć przychodzi bez ostrzeżenia. To ciało również umrze”. Im bardziej dojrzewa- łem w swoich poglądach, tym mocniej wyczuwałem, że nie przy- swoiłem w pełni najgłębszego znaczenia tych słów. Jednak nawet pomimo tego faktu nie przestawała mnie martwić możliwość, że to nietrwałe ciało umrze, zanim uda mi się zrealizować moje aspi- racje. Długo czekałem, aby udać się na to odosobnienie, czekałem, aż będzie to kwestia „być albo nie być”, chociaż może bardziej pa- sowałoby tutaj „być i nie być”. Miałem zostawić za sobą wszystko, co znałem – i nie byłem pewny tego, co mnie czeka, bardziej niż gdybym leżał na łożu śmierci. — 15 — Smuciło mnie nie tylko opuszczenie matki, ale również rozsta- nie z Lamą Soto, bo był chory i wiedziałem, że już więcej się nie zobaczymy. To on miał odkryć moją nieobecność i nie sprawiało mi przyjemności wyobrażanie sobie jego cierpienia, gdy zrozumie, co oznacza list, który pozostawiłem: Gdy będziesz czytać ten list, rozpocznę już długie odosobnienie, o którym poinformowałem w zeszłym roku. Wiesz pewnie, że tra- dycja odosobnienia była mi bardzo bliska od czasu, gdy jako mały chłopiec dorastałem w Himalajach. Chociaż nie wiedziałem, jak na- prawdę należy medytować, często uciekałem z domu do pobliskiej jaskini, siadałem tam w ciszy i kółko skandowałem w myślach man- trę „om mani peme hung”. Już wtedy wzywała mnie miłość do gór i prostego życia polegającego na wędrówce po świecie i medytacji. ZAKOCHANY W ŚWIECIE Część pierwsza DOŁÓŻMY DREWNA DO OGNIA 1 Kim jesteś? C zy jesteś Mingyurem Rinpoche? Ojciec zadał mi to pytanie niedługo po tym, gdy zaczął mnie uczyć. Miałem wtedy około dziewięciu lat. Czułem satysfakcję, że znam właściwą odpowiedź i z dumą oświadczyłem: – Tak, jestem. Wtedy on zapytał: – Czy możesz wskazać mi jedną konkretną rzecz, która sprawia, że jesteś Mingyurem Rinpoche? Przebiegłem wzrokiem po swoim ciele w dół, aż do stóp. Spoj- rzałem na swoje ręce. Pomyślałem o  swoim imieniu. Zastano- wiłem się, kim jestem dla moich rodziców i starszych braci. Nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi. Ojciec sprawił wtedy, że poszuki- wanie „prawdziwego mnie” zdało się przypominać poszukiwanie skarbów i z zapałem zaglądałem pod kamienie i za drzewa. Gdy miałem jedenaście lat, rozpocząłem naukę w Sherab Ling, klaszto- rze w północnych Indiach, gdzie kontynuowałem te poszukiwania — 19 — wewnątrz siebie za pomocą medytacji. Dwa lata później wzią- łem udział w tradycyjnym trzyletnim odosobnieniu, które było okresem intensywnego treningu umysłu. W tamtym czasie wraz z innymi mnichami nowicjuszami wykonywaliśmy wiele różnych ćwiczeń, z których każde pogłębiało nasze zrozumienie subtelniej- szych poziomów rzeczywistości. Tybetańskie słowo gom, oznacza- jące medytację, tłumaczy się jako „zapoznać się z”: zapoznać się z tym, jak pracuje umysł; jak tworzy i kształtuje nasze postrzeganie samych siebie i świata, jak zewnętrzne warstwy umysłu (stworzone etykietki) pełnią rolę podobną do stroju wskazującego na naszą tożsamość społeczną i okrywającego nasz nagi, prawdziwy, pier- wotny stan umysłu, bez względu na to, czy ubranie to ma postać garnituru biznesowego, dżinsów, munduru czy buddyjskich szat. Gdy udałem się na tamto odosobnienie, rozumiałem już, że wartość tych etykietek zmienia się w zależności od okoliczności i umowy społecznej. Przyznałem już, że nie jestem swoim imie- niem, tytułem ani statusem; że mojej istoty nie można zdefiniować za pomocą rangi czy pełnionej przeze mnie roli. Jednak właśnie te określenia, w istocie pozbawione znaczenia, definiowały moje życie: „Jestem mnichem, synem, bratem i wujkiem; buddystą, na- uczycielem medytacji, tulku, opatem i autorem książek; Tybetań- czykiem z  Nepalu, człowiekiem. Które z  tych określeń opisuje moją istotę?”. Zrobienie tej listy to proste ćwiczenie. Jest tylko jeden problem: nieuniknione wnioski zaprzeczają wszystkim bliskim naszemu sercu założeniom – o czym miałem się po raz kolejny przekonać. Pragnąłem wyjść poza „względne ja” – to ja, które identyfikuje się z etykietkami. Wiedziałem, że chociaż te kategorie społeczne od- grywają dużą rolę w naszym życiu osobistym, równolegle do nich istnieje szersza rzeczywistość wykraczająca poza te etykiety. Zwykle — 20 — ZAKOCHANY W ŚWIECIE KIM jESTEś? nie zdajemy sobie sprawy, że naszą tożsamość społeczną kształtuje i ogranicza pewien kontekst, a te zewnętrzne warstwy nas samych otacza nieograniczona rzeczywistość. Nawykowe schematy przy- słaniają tę nieograniczoną rzeczywistość, ale ona zawsze tu jest i czeka, aby ją odkryć. Gdy nie ograniczają nas nawykowe wzorce definiujące nasze postrzeganie samych siebie i nasze zachowanie w świecie, uzyskujemy dostęp do rozległych cech umysłu, które nie są zależne od okoliczności ani wyobrażeń i zawsze pozostają obec- ne. Dlatego nazywamy je ostatecznym lub „absolutnym” umysłem albo umysłem absolutnej rzeczywistości, co znaczy to samo co umysł czystej świadomości i wyraża czystą istotę naszej prawdziwej natury. W przeciwieństwie do intelektualnej i konceptualnej głowy oraz bezgranicznej miłości otwartego serca, ta istota rzeczywistości nie jest powiązana z żadnym miejscem ani bytem materialnym. Jest wszędzie i nigdzie. Jest niczym niebo – tak całkowicie wkompono- wana w naszą egzystencję, że nigdy nie zatrzymujemy się, aby za- kwestionować jej realność lub rozpoznać jej cechy. Bo świadomość jest w naszym życiu tak obecna jak powietrze, którym oddychamy, i mamy do niej dostęp wszędzie i w każdym czasie. Rozwinąłem pewną zdolność patrzenia na wszystko jednocze- śnie ze względnego i absolutnego punktu widzenia. Jednak nigdy nie było dnia, abym nie widział, jak w ludziach i rzeczach odbija się zlepek różnych części, znany mi i innym jako „Mingyur Rinpo- che”: niezawodnie uprzejmy, zawsze uśmiechnięty, z  nieco po- wściągliwym obejściem, gładko ogolony, w okularach bez ramki ze złotą oprawką. Teraz zastanawiałem się, jak te tożsamości odnajdą się na stacji Gaja. Byłem tam już wiele razy, ale zawsze z przynaj- mniej jednym asystentem. Znaczyło to, że mój status zawsze był widoczny i nigdy nie musiałem sprostać wyzwaniu polegania tylko na własnej wewnętrznej zaradności. — 21 — Tybetańczycy mają wyrażenie opisujące celowe stawianie sobie wyzwań w celu utrzymania stabilności umysłu: dokładać drew- na do ognia. Zwykle ludzie idą przez życie, zwracając uwagę na doświadczenia, które rozpalają w nich gniew, niepokój lub strach, a następnie starają się ich unikać, mówiąc sobie na przykład: „Nie mogę oglądać strasznych filmów”; „Nie mogę przebywać w tłu- mie”; „Mam ogromny lęk wysokości”, „lęk przed lataniem”, „przed psami” lub „przed ciemnością”. Jednak przyczyny wywołujące te reakcje nie znikają, a gdy znajdziemy się w opisanych sytuacjach, nasza reakcja może nas przytłoczyć. Jedyną prawdziwą ochronę da nam wykorzystanie naszych wewnętrznych zasobów do pracy nad tymi problemami, gdyż zewnętrzne okoliczności ulegają ciągłym zmianom i nie możemy na nich polegać. Dokładając drewna do ognia, celowo wysuwamy trudne sy- tuacje na pierwszy plan, dzięki czemu możemy nad nimi bezpo- średnio pracować. Bierzemy zachowania lub okoliczności, które uważamy za problemy, i zmieniamy je w naszych sprzymierzeń- ców. Na przykład w wieku trzech czy czterech lat udałem się na autokarową pielgrzymkę po najważniejszych świętych miejscach buddyzmu wraz z  moją matką i  dziadkami. Podczas pierwszej jazdy autokarem dostałem strasznych mdłości. Potem za każdym razem, gdy choćby zbliżaliśmy się do autokaru, zaczynałem czuć strach, robiło mi się niedobrze i oczywiście znów wymiotowałem. Gdy miałem dwanaście lat, po roku mieszkania w klasztorze Sherab Ling w północnych Indiach, wybierałem się do domu na spotkanie z rodziną. Podróżujący ze mną asystent zaplanował nam całonocną podróż autobusem do Delhi, a następnie samolotem z Delhi do Katmandu. Cieszyłem się na tę wizytę, ale przez całe tygodnie ba- łem się przejażdżki autobusem. Nalegałem, aby asystent wykupił mi dwa miejsca, na których mógłbym się położyć, bo wydawało — 22 — ZAKOCHANY W ŚWIECIE KIM jESTEś? mi się, że uspokoi to mój żołądek. Jednak gdy ruszyliśmy w dro- gę i rozłożyłem się, okazało się, że w tej pozycji czuję się jeszcze gorzej. Mój asystent namawiał mnie, abym coś zjadł lub napił się soku, ale mój brzuch był zbyt wzdęty, abym mógł cokolwiek prze- łknąć. Gdy autokar zatrzymał się na przystanku, powiedziałem, że nie wstanę i nie wyjdę na zewnątrz. Nie chciałem się ruszać i nie zrobiłem tego przez wiele godzin. W końcu wysiadłem z autobusu, aby skorzystać z łazienki i napić się trochę soku. Gdy wróciłem na swoje dwa miejsca, czułem się o wiele lepiej i postanowiłem spróbować pomedytować. Zacząłem od skanowa- nia ciała, skupiając świadomość na odczuciach w okolicy mojego brzucha: wzdęciach i mdłościach. Było to bardzo nieprzyjemne, trochę obrzydliwe i na początku sprawiło, że poczułem się gorzej. Jednak gdy powoli zacząłem akceptować te wrażenia, poczułem, że całe moje ciało to dom gościnny. Byłem gospodarzem przyjmu- jącym te wszystkie odczucia, a także poczucie wstrętu, oporu i re- akcji. Im mniej opierałem się, pozwalając tym gościom zamieszkać w moim ciele, tym większy ogarniał mnie spokój. Wkrótce zasną- łem głęboko i obudziłem się w Delhi. To doświadczenie nie ukoiło wszystkich moich lęków związa- nych z jazdą autobusem: strach pojawiał się przy kolejnych podró- żach, ale był już o wiele słabszy. Ogromną zmianą, jaka zaszła po tej wyprawie, był fakt, że stałem się otwarty na przejażdżki autobusem. Nie planowałem ich celowo, tak jak przygotowałem to oto wędrow- ne odosobnienie, ale czułem wdzięczność, gdy mogłem podjąć wy- zwanie pracy nad umysłem w celu przezwyciężenia trudności. Gdy dokładamy drewna do ognia, zamiast próbować zdusić płomienie naszych lęków, wzniecamy je i jednocześnie zyskuje- my większą pewność, że jesteśmy w stanie poradzić sobie z każ- dymi okolicznościami, w jakich się znajdziemy. Nie unikamy już — 23 — sytuacji, które denerwowały nas w przeszłości lub uruchamiały negatywne wzorce zachowań czy wybuchy emocji. Zaczynamy polegać na innym aspekcie umysłu, który istnieje pod naszą re- aktywnością. Nazywamy go „nie ja”. To nieuwarunkowana świa- domość, która odsłania się, gdy znika małpi umysł prowadzący codzienny monolog wewnętrzny. Można określić to inaczej, mó- wiąc, że przestawiamy tryb umysłu ze zwykłej świadomości na świadomość medytacyjną. W zwykłej świadomości, która kieruje naszymi codziennymi czynnościami, panuje tak naprawdę duży zamęt. Zazwyczaj nasze umysły są pełne wyobrażeń dotyczących tego, czego chcemy i jak wszystko powinno wyglądać oraz naszych reakcji na to, co nam się podoba lub nie. To tak jakbyśmy nieświadomie założyli inne okulary i nie wiedzieli, że szkła zamazują i wypaczają nasz punkt widzenia. Jeśli na przykład cierpimy na chorobę lokomocyjną, dodatkowymi parami okularów są uczucie obrzydzenia wywołane zapachem oraz wstyd, że inni czują przez nas obrzydzenie. Fakt, że ktoś może to zauważyć, zwiększa nasz fizyczny dyskomfort. Powiedzmy, że patrzymy na górę w ramach zwykłej świadomo- ści. Nasz umysł kieruje się na zewnątrz, podąża za naszymi oczami w stronę góry i może myślimy o tym, kiedy po raz ostatni widzieli- śmy tę górę lub jakąkolwiek inną górę, kto nam wtedy towarzyszył, czy wtedy była lepsza pogoda lub pora dnia na oglądanie góry niż teraz albo czy jesteśmy głodni lub szczęśliwi. Pomyślmy też, jak to jest, gdy używamy zwykłej świadomości, aby wychodząc z domu, zabrać klucze i telefon. Być może zauważymy, że proces ten obej- muje lęk o to, czy się nie spóźnimy lub niepokój związany z wy- braniem trasy, którą pojedziemy na umówione spotkanie, a może fantazjujemy już o powrocie do domu, chociaż jeszcze go nawet nie opuściliśmy. — 24 — ZAKOCHANY W ŚWIECIE KIM jESTEś? W  ramach świadomości medytacyjnej staramy się pozbyć filtrów i zredukować projekcje. Zwracamy się w stronę swojego wnętrza i rozumiemy, że świadomość to cecha samego umysłu. Gdy patrzymy na górę, dzieli nas od niej mniej chaotycznych my- śli, mniej pojęć i wyobrażeń. Widzimy w niej szczegóły, których wcześniej nie zauważaliśmy: kształt drzew zarysowujący się na jej grzbiecie, zmiany w roślinności lub niebo otaczające górę. Ta czysta świadomość umysłu zawsze nam towarzyszy, bez wzglę- du na to czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie. Współistnieje z  niepewnością oraz destruktywnymi emocjami i  kulturowymi uwarunkowaniami, które kształtują nasze spojrzenie na świat. Jed- nak gdy nasza percepcja zmienia się w świadomość medytacyjną (stabilną świadomość), nie zawężają jej już wspomnienia i oczeki- wania: to, co widzimy czego dotykamy, co smakujemy, wąchamy i słyszymy, przybiera ostrzejszą i wyraźniejszą postać, a to ożywia nasze interakcje. Niedługo po tym, gdy rozpocząłem naukę u mojego ojca, udzie- lił mi on lekcji na temat świadomości medytacyjnej. Pewnego dnia chodziłem po dachu mojego domu i po prostu rozglądałem się do- okoła w rozkojarzony i przypadkowy sposób, gdy zauważyłem, że w połowie drogi na szczyt góry Shivapuri, położonej za Nagi Gom- pa, grupa robotników drogowych naprawia ścieżkę przecinającą zbocze góry. Około sześciu ludzi używało łopat, kilofów i taczek, aby wyrównać drogę i usunąć ziemię oraz kamienie, które spadły tam z wyższych partii góry. Usiadłem na dachu i zacząłem obser- wować ich pracę. Wtedy pomyślałem, że powinienem medytować. Zgodnie z instrukcją ojca zwróciłem mój umysł do wewnątrz, nie odwracając wzroku. Wciąż widziałem, jak ludzie pracują, słyszałem dźwięk kilofów rozłamujących skały i obserwowałem, jak taczka wywozi ziemię na drugą stronę. Jednak nagle ujrzałem też piękne — 25 — błękitne niebo i przepływające po nim chmury, zobaczyłem, jak li- ście poruszają się na wietrze, poczułem powiew lekkiego wiatru na skórze i usłyszałem śpiew ptaków. Wcześniej zwykła świadomość ograniczała mój punkt widzenia i nie widziałem ani nie słyszałem niczego poza grupą robotników. Dzięki świadomości medytacyj- nej (zwanej inaczej stabilną świadomością) zaczynamy przyglądać się naturze samej świadomości. Gdy poznamy stabilną świadomość, wciąż często przemiesz- czamy się pomiędzy tym stanem a zwykłą świadomością. Pomimo dzielących ich różnic oba rodzaje świadomości istnieją w ramach dualistycznego konstruktu: coś obserwuje i coś jest obserwowa- ne – świadomość rozpoznaje samą siebie. Gdy usunięta zostaje ta dwoistość, zanurzamy się w świadomości, którą nazywamy czystą (lub niedualistyczną). Niedwoistość to podstawowa cecha świa- domości, jednak gdy mówimy o trzech rodzajach świadomości (zwykłej, medytacyjnej i czystej), mamy na myśli stopniowy em- piryczny proces towarzyszący przechodzeniu od stanu dwoistości do niedwoistości: od umysłu, w którym panuje chaos, do umysłu, który stopniowo uwalnia się od nawykowej reaktywności i z góry powziętych założeń na temat tego, jak wszystko ma wyglądać. Nie ma wyraźnej granicy pomiędzy wymienionymi kategoriami świa- domości, a i nasze rozpoznanie czystej świadomości może mieć różny stopień. Możemy doświadczać przebłysków tej świadomości o różnym stopniu głębokości czy ostrości. Trochę poznałem czystą świadomość. Jednym z powodów, dla których chciałem udać się na to odosobnienie, była chęć wzmocnienia relacji z tym aspektem rzeczywistości i miałem nadzieję, że uda mi się to osiągnąć, porzu- cając swoje zwykłe życie. — 26 — ZAKOCHANY W ŚWIECIE KIM jESTEś? Kim była ta osoba, która miała w środku nocy wejść na stację kolejową w Gai? Moje bordowe szaty, żółta koszula i ogolona głowa wskazywały, że jestem tybetańskim buddyjskim mnichem pełniącym rolę lamy – doskonała przykrywka skrywająca cha- otyczną mieszankę ciekawości, lęku i  pewności siebie towa- rzyszącą każdemu uderzeniu mojego serca, które pod wieloma względami wciąż szukało odpowiedzi na pytanie mojego ojca: „Kim jest Mingyur Rinpoche?”. Posiadłem umiejętności pozwalające na rozpoznawanie świa- domości – pośród ścian klasztorów i świątyń, na mojej macie do medytacji, zawsze w swojej sferze komfortu i zawsze w pobliżu mych uczniów i  asystentów. Chociaż medytowałem przez całe życie i spędziłem wiele lat w buddyjskich klasztorach, teraz roz- poczynałem odosobnienie zupełnie innego rodzaju. Rzucałem na stos moje tytuły i pełnione role. Miałem spalić toporne, zewnętrz- ne społeczne osłony i strategie, aby stać się nie wolnym „od życia”, ale wolnym, „aby żyć”, żyć z nowo narodzonym zaangażowaniem we wszystko, co miało mnie spotkać. Nie chciałem po prostu wra- cać na przynoszące satysfakcję ścieżki, które znałem już bardzo do- brze. Miałem przeczucie, że te role bardzo głęboko we mnie wrosły i nie mogę nad nimi pracować, zanim nie nastąpi jakiś wyłom, któ- ry wyniesie je na powierzchnię. Wyruszyłem w samotną podróż, aby celowo poszukiwać tego wstrząsu w ramach misji, którą uważałem za samobójstwo ego. Chciałem odkrywać najgłębsze głębie tego, kim naprawdę jestem, wędrując po świecie, anonimowo i samotnie. Chciałem wypró- bować swoje umiejętności w nowych i wymagających sytuacjach. „Jeśli uda mi się naprawdę zburzyć swoją ustaloną rutynę, dotrzeć do limitów swojej wytrzymałości i iść dalej naprzód, zobaczę, jak wtedy będzie wyglądać moje rozpoznanie świadomości, co stanie — 27 — się z cnotą cierpliwości i dyscypliny, gdy nikt nie będzie patrzył, gdy nikt nawet nie będzie wiedział, kim jestem. Gdy być może na- wet ja sam nie będę wiedział, kim jestem”. Taksówka zatrzymała się z piskiem opon. Nadszedł czas, by się przekonać. Zapłaciłem kierowcy i wysiadłem. Jakby chcąc po- twierdzić, że każde ziemskie schronienie jest ulotne niczym dym, zatrzymałem się przed stacją i odwróciłem się, aby patrzeć, jak tak- sówka znika w oddali. ZAKOCHANY W ŚWIECIE 2 Przyjmij do wiadomości falę, ale pozostań w oceanie D niem i nocą na stacji w Gai roi się od podróżnych, żebra- ków, pielgrzymów i płaczących dzieci. Całe rodziny siedzą na swoim dobytku lub rozkładają się na peronach, bo czekają na pociąg lub nie mają co z sobą zrobić. Bagażowi niosą ciężkie wa- lizki na głowach owiniętych turbanami. Błąkające się krowy, go- łębie i psy przechadzają się pośród siedzących na podłodze ludzi, ptaków w klatkach i uwiązanych kóz. Z megafonów rozlegają się komunikaty informacyjne dotyczące rozkładu i trasy pociągów. Sprzedawcy herbaty i przekąsek krzyczą i przepychają się przez tłum. Mężczyźni i kobiety żują betel i wypluwają czerwony sok, który spada na ziemię niczym plamy krwi. Jest głośno, tłoczno i brudno; dotąd spoglądałem na takie warunki tylko z daleka. Kie- dyś pozostałbym w ekskluzywnej poczekalni, podczas gdy mnich pełniący rolę asystenta kupiłby bilety i wynajął bagażowego. Teraz — 29 — przedzierałem się przez tłum spowity cieniem rzucanym przez przyciemnione podwieszone żarówki. Nigdy wcześniej nie kupiłem na nic biletu, a w plecaku nigdy nie niosłem nic cięższego niż butelka wody oraz może okulary przeciwsłoneczne i  kapelusz. Teraz trzymałem w  nim również dwa pisma buddyjskie, które postanowiłem zabrać na tę wyprawę. Dziesięć tysięcy rupii, które miałem przy sobie (około 150 $), po- chodziło z licznych małych kopert, które odwiedzający umieszczali na stoliku w moim pokoju jako ofiarę. Lama Soto zwykle zabierał je każdego wieczoru przed udaniem się na spoczynek, ale od kil- ku tygodni codziennie ukrywałem po małej kwocie. Studiowałem tablice z rozkładami, aby dowiedzieć się, gdzie ustawia się kolejka na pociąg do Waranasi. To miała być moja pierwsza przejażdżka najniższą klasą. Nie przypisano mi żadnego miejsca. Gdy miałem już bilet, stanąłem przy ścianie zatłoczonego peronu, naiwnie licząc, że pociąg przyjedzie zgodnie z rozkładem. Małe smugi dymu uno- szące się z kuchenek turystycznych czyniły powietrze duszącym i zwiększały wrażenie kinowego podziemnego świata. Atmosfera stawała się coraz bardziej klaustrofobiczna i przygniatająca niczym fizyczny ciężar, przez co plan, w którym miałem dołożyć drewna do ognia, zaczął się powoli urzeczywistniać – a to był dopiero począ- tek. Poszukiwanie prawdziwej natury mojej istoty zaczęło wzniecać płomienie trochę wcześniej niż przewidywałem. Jesteśmy przyzwyczajeni postrzegać nas samych i otaczający nas świat jako coś stabilnego, rzeczywistego i trwałego. Nie potrzeba jednak wiele wysiłku, aby stwierdzić, że w systemie całego świata nie istnieje żaden aspekt niepodlegający zmianom. Przed chwilą byłem w jakimś fizycznym miejscu, a teraz jestem w innym; do- — 30 — ZAKOCHANY W ŚWIECIE PRzYjMIj DO WIADOMOśCI fAlę, AlE POzOSTAń W OCEANIE świadczałem różnych stanów umysłu. Wszyscy urośliśmy, z dzieci stając się dorosłymi, straciliśmy bliskich; patrzyliśmy, jak rosną dzieci; obserwowaliśmy, jak zmienia się pogoda, ustroje politycz- ne, style w muzyce i modzie, wszystko. Pomimo pozorów żaden aspekt życia nie pozostaje niezmienny. Gdy rozłożymy na części pierwsze jakikolwiek obiekt (jak bardzo zwarty by się nie wyda- wał), na przykład transatlantyk, nasze ciała, wieżowiec czy dąb, okaże się, że pozory solidności są tak samo złudne jak trwałość. Wszystko, co wygląda solidnie, może zostać rozbite na cząstecz- ki, a następnie atomy oraz elektrony, protony i neutrony. Do tego każde zjawisko jest współzależne od licznych innych zjawisk. Wyodrębnienie jakiejkolwiek formy ma znaczenie tylko wtedy, gdy przeciwstawimy ją innej. „Duży” ma sens tylko w opozycji do „małego”. Mylne utożsamianie naszych nawykowych błędnych wy- obrażeń z całą rzeczywistością jest tym, co określamy ignorancją, a takie złudzenia definiują świat zamętu, czyli samsarę. Życie to zmiana i nietrwałość – tak mówiła kolejna kluczowa zasada odebranych przeze mnie nauk. „Zmiana i nietrwałość. Nie- trwałość i śmierć”. Z radością oczekiwałem na śmierć pełnionych przeze mnie roli i przeobrażenie w wędrownego jogina, samego w  wielkim chaotycznym świecie. Jednak przejście od sytuacji, w której zawsze miałem przy sobie asystenta, do całkowitej samot- ności było piorunującą zmianą. Już tęskniłem za szerokimi ramio- nami Lamy Soto i jego zdecydowanym, szerokim krokiem. Stojąc samotnie, nie czułem się bezpiecznie. „Przyjmij do wiadomości falę, ale pozostań w oceanie. To przeminie… jeśli na to pozwolę”. Stałem bardzo wyprostowany, trochę skromnie (jak miałem w zwyczaju) i spoglądałem w dół na włóczęgów, którzy ułożyli się tu na noc; niektórzy wyglądali na pijaków. „Mogłem podróżować pierwszą klasą i czekać w poczekalni z wentylatorami na suficie. — 31 — Jednak sam tego chciałem… pragnąłem okoliczności, które były- by mi tak obce, że sam sobie wydałbym się obcy. Nie było mnie w klasztorze od godziny. Czy doszedłem już do granicy swojej wy- trzymałości? Oczywiście, że nie”. Nieśmiałość i bezbronność nie były dla mnie niczym nowym, ale uderzyły mnie z taką niespodzie- waną siłą po raz pierwszy od wielu lat. Chciałem się ukryć, ale nie miałem gdzie pójść. Czułem w ciele napięcie i opór i przyznałem, że powierzchnię mojego umysłu wzburzają niewygoda i  osądy. Jednocześnie obecne było też poczucie równowagi wyćwiczone przez lata praktyki – wydawało się ono jednak kruche, do czego nie byłem przyzwyczajony. Nigdy nie myślałem, że żebranie czy spanie na ulicy będzie ła- twe. Wybrałem ten rodzaj odosobnienia ze względu na związane z nim trudności. Wnikliwie obserwowałem żebraków przy drodze do Świątyni Mahabodhi i wyobrażałem sobie siebie pośród nich. W myślach widziałem swoją reakcję na ludzi, którzy ignorowali moją miskę na jałmużnę. Czasem w  wyobraźni odpowiadałem na ich obojętność szczerą troską o ich zimne serca, innym razem wywoływało to we mnie gniew. Zastanawiałem się, jak daleko się posunę, aby zdobyć jedzenie. Wyobrażałem sobie, jak przeczesuję śmieci niczym dzika świnia. Byłem wegetarianinem i rzadko ja- dałem słodycze, ale w ciągu ostatnich tygodni oczami wyobraźni widziałem, jak rzucam się na mięso i zajadam się porzuconymi okruchami ciastek. Zastanawiałem się nawet, czy głód zmusi mnie do jedzenia surowych wnętrzności ryby, tak jak indyjskiego mi- strza Tilopę. Tilopa (988–1069 r. n.e.) poszukiwał anonimowości, wędrując po ziemiach oddalonych od klasztorów. Jednak jego sporadyczne spotkania z poszukującymi prawdy ludźmi zaowocowały serią nie- samowitych opowieści, które tylko wzmocniły jego reputację. Gdy — 32 — ZAKOCHANY W ŚWIECIE PRzYjMIj DO WIADOMOśCI fAlę, AlE POzOSTAń W OCEANIE wieści o nadzwyczajnej mądrości Tilopy dotarły do Naropy, wiel- ki mędrzec z Nalandy natychmiast zrozumiał własne ograniczenia i porzucił swoją wysoką pozycję, aby udać się na poszukiwania mi- strza, który wie więcej od niego. W końcu spotkał ekscentrycznego jogina na brzegu rzeki w Bengalu. Tilopa był całkowicie nagi i jadł surowe wnętrzności, które rybacy podrzucali mu po wypatrosze- niu ryb z dziennego połowu. To spotkanie było jedną z wielu prób, przed jakimi stanął Naropa, ale jego wiara w prowokującego misty- ka pomogła mu sprostać wyzwaniom i w końcu doprowadziła go do oświecenia. Pomyślałem, że być może będę musiał jeść rybie flaki i w wy- obraźni poznałem skrajny głód, zimno i samotność… jednak jakoś nie udało mi się przygotować na stację kolejową i doświadczenie męki wywołane samotnym przebywaniem pośród tej mrocznej, uderzającej nędzy oraz uczucie, że od podróżnych ocierających się o moje szaty dzieli mnie tak wiele, iż równie dobrze mógłbym być na księżycu. Nie minęło dużo czasu, a już doświadczyłem obojęt- ności okazywanej człowiekowi bez żadnej pozycji. Chociaż miałem na sobie swoje szaty, czułem, że ludzie przyglądają mi się bez sza- cunku. Mnisi nie są szanowani w Indiach. Nawet hinduscy sadhu nie są poważani w miastach, a tylko na wsiach. Zupełnie inaczej wyglądało to w Starym Tybecie, gdzie ludzie oddający się praktyce duchowej byli czczeni. Dzieci były wychowywane w szacunku do mnichów i mniszek. Budda nie jest tylko postacią historyczną, jego żywą obecność uosabiają mnisie szaty. Dlatego publiczne lekcewa- żenie zawsze wywoływało we mnie pewien smutek. Gdy nadjechał pociąg, pasażerowie chwycili dzieci, zwierzęta, duże walizki oraz ogromne worki związane sznurkiem i przytroczone — 33 — paskiem do głowy, po czym zaczęli się tłoczyć i przepychać, aby wsiąść do wagonu. Mój plecak ciągle gdzieś się zaczepiał i musia- łem nieustannie się przechylać, żeby go uwolnić. Wsiadłem do pociągu jako ostatni i zacząłem podróż w przerażeniu, przyciśnię- ty do drzwi, z głową, tułowiem i nogami stłoczonymi pomiędzy drzwiami i ciałami innych ludzi. Nic nie widziałem, ale zwróciłem uwagę na okropny smród. Musiałem otworzyć usta i nabrać tyle powietrza, ile dałem rady. Mój umysł pozostawał przytłoczony przez kilka kolejnych minut i nic nie mogłem na to poradzić. Pobierając nauki, poznałem rozległą świadomość swojego pierwotnego umysłu. Porównujemy tę świadomość do otwar- tego nieba i oceanu – co ma przywoływać niezmierzony ogrom, chociaż świadomość jest bardziej niezmierzona niż niebo i oce- an razem wzięte. Gdy nauczymy się rozpoznawać wszechobecną świadomość, przestaniemy trzymać się uwarunkowanego, ogra- niczonego umysłu i zrozumiemy, że to my jesteśmy tą rozległą świadomością, nasze myśli i  emocje zaczną manifestować się w postaci fal lub chmur stanowiących nieodłączną część świado- mości. Dzięki zrozumieniu nie damy się już ponieść historiom, które sprawiają, że nasze umysły kręcą się bez przerwy w kółko lub skaczą z miejsca na miejsce niczym zwariowana małpa. Je- śli pozwolimy naszym umysłom wpaść w pułapkę tych historii, trudno będzie nam rozpoznać świadomość. Jak wszyscy wiemy, świadomością często targają burze. Jednak im bardziej rozumie- my, że świadomość jest wrodzoną cechą umysłu, tym mniejszy wpływ będą na nas wywierać takie burze. Rosną fale i nadpływają chmury, jednak jeśli nie utkniemy pośród nich, stracą swoją moc. Pogłębi się nasza wrażliwość i nauczymy się ufać mądrości świa- domego umysłu. Uderzały mnie w życiu fale o sile huraganu, jed- nak nie trwało to długi czas i teraz, w zatłoczonym pociągu, nie — 34 — ZAKOCHANY W ŚWIECIE PRzYjMIj DO WIADOMOśCI fAlę, AlE POzOSTAń W OCEANIE byłem pewny, czy trudności z oddychaniem są wynikiem nacisku na moją twarz czy lęku w moim sercu. Po kilku minutach siła strachu stopniowo łagodniała. Zacząłem wolniej oddychać. Jednocześnie pojawiła się rozległa świadomość – jakby przybyła na spotkanie fali. Czasami tak się dzieje. Tak jakby siła samego wstrząsu czyniła rozpoznanie świadomości łatwiejszym niż w innej sytuacji, a silna emocja prowadziła do silnego, szeroko otwartego niczym niebo umysłu. Już nie byłem obezwładniony falą i nie miałem wrażenia, że tonę. Musiałem po prostu pozwolić, by było, jak jest. Nie było sensu próbować uciekać. Fala tam była. Chociaż wolałem być gdzieś indziej, mogłem tylko przyjąć to do wiadomości i przeżyć tę sytuację, w której rozległa świadomość łączyła się z nieprzyjemnym odczuciem. Gdy pozostajemy obecni w rzeczywistości szerszej niż niebo, destrukcyjny wpływ naszych dzikich, wzburzonych reakcji natychmiast słabnie. Jednak chmury (lub fale) nie znikają; rozmywają się i napływają znowu. Przy każdym przystanku ludzie przepychali się do wyjścia i wsiadało jeszcze więcej pasażerów. Przesunąłem się do głębszej części pociągu, gdzie udało mi się znaleźć miejsce na podłodze i usiadłem po turecku z plecakiem na kolanach, co było zupełnie nowym doświadczeniem. W kulturze tybetańskiej osoby takie jak ja, będące wcieleniami mistrzów, siadają wyżej niż inni: tulku nie mogą siadać na podłodze. Gdyby Tybetańczycy ujrzeli mnie w ta- kiej sytuacji, bardzo by się zmartwili. Tutaj jednak nikt nie przej- mował się mną ani moim statusem, a poza tym wiedziałem, że jeśli chcę wypełnić swoje postanowienia, będę musiał porzucić wiele społecznych zwyczajów. Nie chodzi o to, że przywykłem do pierwszej klasy, ale żywo dokuczał mi dyskomfort przebywania w  tym zupełnie nowym otoczeniu. Ściany i ławki miały kolor zgniłej zieleni, a w bladym — 35 — świetle wszystko wyglądało tak, jakby zaczynało pokrywać się ple- śnią. „Sam to zaplanowałem” – przypominałem sobie. „Chciałem podróżować z ludźmi, których świat postrzega jako nieważnych, a społeczeństwo nie ceni. Więc kto doświadcza dyskomfortu: ce- niony Rinpoche? Uprzywilejowany opat? Sztywny umysł przywią- zany do tych czcigodnych tytułów?”. Moje oczy nie spoglądały na świat w neutralny sposób. Nie było tak, że tylko widziały lub spoczywały na poszczególnych obiek- tach. Postacie, które mnie otaczały, stawały się obcymi stworami, „innymi, tamtymi tam”. Ich brudne ubrania zasłaniały moje serce. Oceniałem ich popękane, bose stopy, a jednak w niedługim czasie moje własne miały wyglądać na tak samo brudne. Zapach ich ciał był odpychający, chociaż wilgotność, upał i brak klimatyzacji na pewno sprawił, że moje ciało śmierdziało równie mocno, gdyż pot przykleił mi do ciała koszulę, którą miałem pod szatą. Znów moje ciało znajdowało się w innym miejscu niż umysł. Ciało było ubrane w  postać mnicha, ale moje doświadczenia kształtowały osądy najbardziej pospolitego rodzaju. Przypomina- ło to sen na jawie. W tym śnie byłem w dziwnym otoczeniu, które wyglądało znajomo, a jednak jakoś inaczej. Czy też może to ja by- łem inny. Czułem się nie na miejscu. Byłem nie na miejscu w tym nowym świecie. Niemal jakbym wszedł w sen innej osoby – a ten sen nie chciał, abym w nim był równie mocno, jak ja nie chciałem być w nim. Jednak byłem tutaj. Koniec końców to mój sen i do tego sen, który sam wybrałem. „Ten sen nie musi mi się podobać. Muszę zostawić go w spokoju. Nie zatrzymywać się w nim. Niech sam się sobą zajmie”. Nie czułem więzi z tymi ludźmi. Pomimo lat praktyk wyzwa- lających spontaniczne współczucie musiałem szukać w pamięci podstawowych prawd: „Każdy pragnie szczęścia, nikt nie chce — 36 — ZAKOCHANY W ŚWIECIE PRzYjMIj DO WIADOMOśCI fAlę, AlE POzOSTAń W OCEANIE cierpienia. Ci ludzie również poznali radość i smutek, tak jak ja. Również stracili bliskich. Również doświadczyli strachu i życzli- wości. Również umrą, tak jak ja”. Przez kilka minut powtarzałem te prawdy ze szczerością; później jednak powróciła niechęć. Do tej nocy jako scenerię mojego odosobnienia wyobrażałem sobie jaskinie, czyste górskie jeziora i wiejskie drogi. Przyjaciel, któ- ry jeździł najniższą klasą w pociągach, opisywał podróże jako bar- dzo przyjemne: „Ławki są twarde, a wagony czasem zatłoczone, ale okna zawsze pozostają otwarte i wpada przez nie świeże powietrze, a do tego na każdym przystanku można kupić herbatę”. To brzmiało w porządku. Nigdy nie wyobrażałem sobie czegoś takiego. Przez kilka kolejnych godzin byłem zarówno nauczycielem, jak i uczniem powtarzającym wiadomości z lekcji, zupełnie jakbym wrócił do klasztornego przedszkola. „Skąd wzięła się ta niechęć? Jak powstała? Czy ma swoje źródło w moim umyśle, ciele czy w ze- wnętrznym świecie?” Mój oddech był płytszy niż zwykle. Celowo oddychałem wolniej i głębiej. Jednak mój umysł ciągle wszystko kwestionował i komentował, oceniając każdy najdrobniejszy szcze- gół. Gdy to zauważyłem, zrozumiałem, że muszę skierować uwagę na umysł, który wydaje sądy. „Czy moje reakcje są prawdziwe? Czy moje założenia są trafne? Skąd się wzięły?” Zadawałem sobie py- tania, które usłyszałem od nauczyciela na początku mojego pierw- szego trzyletniego odosobnienia. Gdy miałem trzynaście lat, mój nauczyciel Saljay Rinpoche po- prosił mnie o wskazanie przyjemnych i nieprzyjemnych doznań w ciele. Próbowałem wywołać uczucia za pomocą myśli: „Myślenie o czekoladzie tworzy przyjemne doznania. Myślenie o śmieciach tworzy nieprzyjemne doznania”. — 37 — Jednak te konkretne obrazy były pospolite, nie miały żadnej ukrytej wartości i nie wywierały żadnego wpływu na moje ciało. Saljay Rinpoche rzekł: – Nie musisz myśleć. Po prostu czuj. Czuj to, co jest w twoim ciele. Nie potrafiłem i zapytałem, co mam zrobić: – Mam ugryźć się w język lub wbić sobie paznokcie w dłonie? – Nie. Nie musisz tworzyć doznania. Po prostu poczuj, co jest przyjemne i nieprzyjemne w tej oto chwili. Nie rozumiałem. Pewnego dnia Saljay Rinpoche rozpoczął lekcję od słów: – Mam dobre wieści. Jutrzejsze lekcje są odwołane. Mamy czas wolny i możemy gdzieś się wybrać. Co będziemy robić? Czas wolny! Uwielbiałem pikniki i zasugerowałem wyjątko- wo piękną okolicę o nazwie Manali, położoną na północy Sherab Ling, u  podnóża Himalajów. Przypominała mi Nubri, dystrykt w północnym Nepalu, na południe od granicy Nepalu z Tybetem. Saljay Rinpoche uznał to za świetny pomysł. – Jesteś szczęśliwy? – zapytał Saljay Rinpoche. – Tak! – wykrzyknąłem. – Jakie wywołuje to uczucie w ciele? – Wspaniałe  – odpowiedziałem.  – Czuję, że moje serce jest otwarte i szczęśliwe, a to uczucie promienieje niczym słońce i roz- przestrzenia się na wszystkie moje kończyny. – To przyjemne uczucie – wyjaśnił Saljay Rinpoche. Tak! Wreszcie to zrozumiałem. Więcej radości! Więcej przy- jemnych uczuć! Zarówno piknik, jak i  czekolada to obrazy myślowe, jednak w  moim konkretnym przypadku jeden z  nich wywarł większy wpływ na moje ciało. Czekoladę jadłem wprawdzie tylko od czasu — 38 — ZAKOCHANY W ŚWIECIE PRzYjMIj DO WIADOMOśCI fAlę, AlE POzOSTAń W OCEANIE od czasu, jednak nie była to tak wyjątkowa okazja jak dzień wolny od zajęć, i to połączony z piknikiem. Tak naprawdę w naszym ciele zawsze pojawiają się odczucia będące reakcją na coś pociągającego lub odpychającego – nawet jeśli występują one na tak subtelnym poziomie, że trudno nam je zauważyć. Na przykład kwiaty zwykle wywołują pozytywne wrażenia. Symbolizują piękno i  wdzięcz- ność, sięgamy po nie, świętując śluby oraz oddając cześć zmarłym. Dajemy je w prezencie z okazji urodzin i przynosimy je chorym przyjaciołom, aby podnieść ich na duchu. Kwiaty poprawiają humor i rozweselają, a ofiary z kwiatów oznaczają miłość, troskę i  oddanie. Gdy osiągamy wiek dorosły, takie skojarzenia mają dominujący wpływ na nasz stosunek do kwiatów, a to sprawia, że przestajemy zwracać uwagę na reakcję sensoryczną. Umysł tak koncentruje się na swoich własnych doświadczeniach związanych z kwiatami, że nie zwraca uwagi na ciało. Jednak gdy skupimy się na ciele, odkryjemy, że jakieś wrażenie zawsze jest w nim obecne, choćby było bardzo subtelne. Gdy zaczynałem pracować nad odczuciami, potrzebowałem silnych bodźców. Saljay Rinpoche na przykład wywołał u mnie zdecydowanie przyjemne uczucie, a następnie powiedział: – Tak naprawdę nie możemy wybrać się na piknik. Tylko żartowałem. Wydąłem dolną wargę i poczułem nagle ciężar oraz smutek. – Powiedz mi teraz  – zapytał Saljay Rinpoche  – co czujesz w swoim ciele? – Czuję, że moje serce jest zamknięte i ściśnięte. Mam zaciśnię- tą szczękę, a nieprzyjemne uczucie napięcia rozprzestrzenia się na całe moje ciało. Zacząłem się śmiać. Wreszcie potrafiłem rozpoznać odczucia bez zastanawiania się. — 39 — Gdy teraz siedziałem na podłodze pociągu, zrozumiałem, że muszę powtórzyć sobie tamtą lekcję, bo wcześniej wyobrażałem sobie tę jazdę pociągiem, ale nie czułem jej… aż do tej chwili. Przy- woływałem w myślach obraz zewnętrznego świata, ale pominąłem odczucia, a przecież równoległe światy ciała, umysłu i zewnętrz- nych zjawisk zawsze są nawzajem od siebie zależne. Odczucie jest tym, co łączy dany obiekt z umysłem, a trening umysłu polega czę- ściowo na uświadomieniu sobie bardziej subtelnych odczuć – po- łączeniu ich z umysłem i zauważeniu, jak na nas wpływają. Wtedy będziemy mogli nabrać trochę dystansu do naszej reaktywności, a to prowadzi do wyzwolenia. Bez tej świadomości możemy cał- kowicie zagubić się w zewnętrznym świecie. „Nie uciekaj od nieprzyjemnych uczuć. Nie manipuluj nimi tak, aby wydawały się przyjemne. Pobądź z tym, co jest, cokolwiek się nie pojawi”. Starałem się… ale wszystko było nagle tak nowe i, co najważniejsze, przeżywałem szok wywołany samotnością, co sprawiało, że ciągle wracałem do punktu wyjścia. „Udawaj, że jesteś starszym człowiekiem obserwującym bawiące się dzieci” – zasuge- rowałem sam sobie. „Po prostu patrz, chociaż doświadczyłeś trud- ności, złamanego serca, smutku, emocjonalnych wstrząsów. Wiesz, co to wszystko oznacza. Nadszedł czas, abyś stanął na brzegu i ob- serwował płynącą wodę. Po prostu obserwuj, nie pozwalając, by poniósł cię prąd”. ZAKOCHANY W ŚWIECIE
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zakochany w świecie. Mądrość buddyjskiego mnicha o życiu i śmierci
Autor:
,

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: