Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00269 004806 14460926 na godz. na dobę w sumie
Zapisane w gwiazdach - ebook/pdf
Zapisane w gwiazdach - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 153
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8226-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

We wspaniałej rezydencji Blanchardów urządzane są przyjęcia, które przyciągają śmietankę towarzyską z okolic Sydney. Wśród gości jest mnóstwo pięknych i eleganckich kobiet. Nic dziwnego: Boyd Blanchard, przystojny dziedzic wielkiej fortuny, uważany jest za najlepszą partię w całej Australii. Pochodząca z mniej zamożnej rodziny Leona zna Boyda od dzieciństwa. Zawsze ją fascynował, teraz jednak Leona maskuje swe uczucia chłodem i ironią. Uważa, że Boyd przewyższa ją pod każdym względem i nigdy się nią nie zainteresuje...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Margaret Way Zapisane w gwiazdach Margaret Way Zapisane w gwiazdach Tłumaczyła Elżbieta Chlebowska Tytuł oryginału: he Australian’s Society Bride Pierwsze wydanie: Harlequin Romance, 2009 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Piotr Goc Korekta: Urszula Gołębiewska © 2008 by Margaret Way Pty., Ltd. © for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2010 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są ikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak irmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00–975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa ISBN 978-83-238-8226-8 ROMANS – 1060 ROZDZIAŁ PIERWSZY – Leo, przecież wiesz, że wcale mnie tam nie chcą. Za- prosili mnie, bo nie wypadało inaczej – stwierdził Robbie, jej brat przyrodni. Jak zwykle rozparł się wygodnie na no- wiutkiej kanapie, ciemna głowa na wysokim oparciu, dłu- gie nogi niedbale wyciągnięte na siedzeniu. Wiele razy toczyli podobną rozmowę. Leona zareago- wała niemal odruchowo. – Wiesz, że to nieprawda – zaprotestowała na przekór faktom. – Jesteś świetnym kompanem, Robbie, atrakcją każdego przyjęcia. Poza tym grasz w polo w drużynie Boy- da, co się liczy, no i jesteś świetnym tenisistą, moim najlep- szym partnerem w grze podwójnej. Roznosimy na korcie ich wszystkich. Ich wszystkich, czyli cały klan Blanchardów, którzy licz- ną grupą pojawią się na przyjęciu. – Poza Boydem – stwierdził trzeźwo Robbie. – To uni- kat. W interesach jest nie do pokonania, IQ poza skalą do- stępną zwykłemu śmiertelnikowi, świetny sportowiec, no i obiekt westchnień wszystkich pań. O czym jeszcze mógł- by marzyć mężczyzna? Prawdziwy James Bond. – Przestań mówić o Boydzie. Mnie się podoba ten nowy facet. – Jak zwykle usiłowała zamaskować swoje 6 Margaret Way uczucia do Boyda. Czy naprawdę nie ma sposobu, by się wyleczyć z tego głupiego zauroczenia? Opadła na kanapę obok Robbiego. – No dobrze, zgoda, trudno sobie wyob- razić kogoś bliższego ideału niż Boyd – przytaknęła nie- chętnie. Robbie zachichotał i zepchnął na podłogę jedwabną po- duszkę. – Jesteś pewna, że się w nim nie kochasz? – Rzucił jej badawcze spojrzenie. Był obdarzony niesamowitą intuicją i rzadko udawało jej się go oszukać. – To by dopiero był skandal! – Miała nadzieję, że nie oblała się kompromitującym rumieńcem. – Przecież jest moim dalekim kuzynem. – Niedokładnie. Musiałabyś bardzo ponaciągać wasze parantele. Zresztą trudno się połapać w tych wszystkich zgonach, rozwodach i powtórnych ślubach w drzewie ge- nealogicznym Blanchardów. To prawda. Chwile chwały przeplatały się tu z grecką tragedią. Na przykład ona i Boyd – oboje stracili matki. Miała wtedy osiem lat. Matka Boyda, piękna Alexa, stała się wówczas jej przyszywaną ciotką i okazywała jej wiele serca aż do śmierci. Umarła, gdy Boyd miał lat dwadzieś- cia parę. Jego ojciec, Rupert, szef rodzinnego imperium, ledwo dwa lata później wziął sobie nową żonę, i to nie dy- styngowaną damę w stosownym wieku, ale ku zgorszeniu rodziny znaną z wyzywającego stylu życia rozwódkę, cór- kę jednego ze swoich starych kompanów i członka rady nadzorczej w koncernie Blanchardów. Nowa żona Ruperta była zaledwie parę lat starsza od Boyda, jego jedynego sy- na i dziedzica. Zapisane w gwiazdach 7 Rodzina przeżyła szok z powodu tempa, w jakim poto- czyły się wypadki. Robbie w rozmowach prywatnych na- zywał drugą żonę narzeczoną Frankensteina. Wielu człon- ków rodu podzielało złośliwe przeświadczenie, że nowe małżeństwo Ruperta skończy się brzydkim rozwodem, za- żartą walką w sądzie i ogromnym odszkodowaniem. Krewni mieli jednak tyle zdrowego rozsądku, by zacho- wać dla siebie swoje złośliwości. Jedynym wyjątkiem była Geraldine, starsza niezamężna siostra Ruperta, która sły- nęła z ostrego języka i zawsze mówiła, co myśli. Mimo to Rupert poślubił swoją wybrankę Virginię – w skrócie Jin- ty. Senior rodu Blanchardów był przyzwyczajony do tego, że jego słowo jest prawem. A jak się wkrótce okazało, Jinty także lubiła stawiać na swoim. – Nie mówimy teraz o Boydzie, tylko o tobie – zwróciła uwagę Leona. – Naprawdę nie wiem, czemu się wiecznie samobiczujesz. – Doskonale wiesz. Zawsze miałem niską samoocenę – westchnął. W jego ciemnych oczach dostrzegła tego samego zbuntowanego sześciolatka, którego pokocha- ła czternaście lat temu. – Moim problemem jest to, że właściwie nie wiem, kim jestem. Carlo mnie nie chciał. Nawet nie walczył z matką o opiekę nade mną. Twój ojciec, a mój ojczym, jest dżentelmenem starej daty, ale pojęcia nie ma, jak mnie traktować. Widać, że nie spo- dziewa się po mnie niczego dobrego. Najdroższa mamcia nigdy mnie nie kochała. I wcale się nie dziwię. Przypo- minam jej o Carlu i nieudanym małżeństwie. W dodat- ku nie jestem prawdziwym Blanchardem. – Jego młodą twarz wykrzywił gorzki grymas. – Jestem kukułczym 8 Margaret Way jajem w tej rodzinie, emocjonalnie zaniedbanym adop- towanym synem. Miał sporo racji, ale Leona nie mogła powstrzymać irytacji. – Proszę, Robbie, daruj sobie tę psychodramę! – Opad- ła na fotel naprzeciwko, jakby nie była w stanie dźwigać ciężaru ustawicznego lęku o młodzieńca. – Musisz się tak rozwalać na mojej nowej soie? – zapytała, choć w gruncie rzeczy nie miała nic przeciwko temu. Robbie jak zwykle wyglądał nienagannie, a jego ubranie i fryzura świadczyły o wrodzonym smaku. Świetnie wie- dział, że wymaga się od niego elegancji – rodzina ceniła schludny wygląd i dobre maniery – a mimo całego mal- kontenctwa potraił dbać o własne interesy. – Pokusa jest zbyt wielka. Twoja sofa jest wygodna i mięk- ka. Masz świetny gust, Leo. Pod każdym względem jesteś su- per. A co ważniejsze, jesteś nie tylko piękna, ale i dobra. Bez ciebie nie przetrwałbym w tej familii – bez mojej siostry i po- wierniczki, bez mojej opoki. Jesteś jedyną osobą, która nie uważa, że jeszcze wyjdzie ze mnie kawał łobuza. – Oj, przestań! – zaprotestowała. – Tak, tak – upierał się Robbie. – Wszyscy tylko cze- kają, aż będzie można powiedzieć, że jestem nieodrod- nym synem Carla i zawsze się tego po mnie spodziewali. Z ich punktu widzenia najlepiej by było, gdybym wpadł pod autobus. Jak zwykle trafnie ich ocenia, pomyślała przygnębiona. Nie mogła się powstrzymać, by nie wykorzystać tak dobrej okazji do wtrącenia paru słów na temat jego skłonności do gier hazardowych. Zapisane w gwiazdach 9 – Musisz przyznać, że twoje upodobanie do kart i wy- ścigów jest wystarczającym powodem do zmartwienia, Robbie. – Nie miała odwagi dodać narkotyków do listy jego grzeszków. Całkiem niedawno zrobiła mu na ten te- mat awanturę. Robbie włóczył się w towarzystwie podob- nej do niego złotej młodzieży, dla której jedynym celem w życiu była przyjemność, a właściwie to, co sami uważali za przyjemne. Z pewnością nie była to praca. Dowiedzia- ła się, że palił marihuanę, jak wielu jego kompanów. Była prawie pewna, że do tej pory nie eksperymentował z inny- mi narkotykami. Robbie, podobnie jak ona, zmagał się z problemami, które wiązały się z noszeniem nazwiska Blanchard. Ozna- czało ono nie tylko prestiż, władzę i bogactwo, ale również emocjonalną presję, standardy i obligacje. Jednak w przeci- wieństwie do niej Robbie nie był silny psychicznie. Była jedyną osobą, której słuchał. Jego starsza siostra. Od lat nie myśleli o tym, że są rodzeństwem wyłącznie ze względu na ślub rodziców. Robbie mówił o niej „moja sio- stra”, a ona nie nazywała go inaczej niż „mój brat”. Brak więzów krwi był bez znaczenia. Jej ojciec adoptował Rob- biego zaraz po tym, gdy ożenił się z jego matką, Delią. Lu- dzie, którzy nie znali ich historii, zawsze komentowali ze zdziwieniem: „Ależ wy wcale nie jesteście podobni”. Nic dziwnego. Robbie – ochrzczony jako Roberto Giancarlo D’Angelo – izycznie przypominał swojego włoskiego oj- ca, podczas gdy ona była rudzielcem z porcelanową cerą i zielonymi oczami. – Czysta secesja – skomentował kiedyś jej wygląd Boyd. Innym razem porównywał ją do bohaterek romantycznych 10 Margaret Way i sentymentalnych obrazów prerafaelitów – wiotkiej wio- sennej nimfy leśnej z pięknymi długimi rudymi włosami, snującej się melancholijnie w powłóczystych szatach. Nie była w jego typie. Zazwyczaj spotykał się z eleganckimi brunetkami o długich nogach i kobiecych kształtach, pod- czas gdy ona była płaska jak deska do prasowania. Nie myśl o Boydzie. Świetna rada. Powinna ją wcielić w życie. Wystarczy, że od czasu do czasu muszą się spotkać twarzą w twarz. – Obiecuję ci, że coś z tym zrobię, Leo – wyrwał ją z za- myślenia głos Robbiego. – Czy rodzinka nadal obgaduje mnie za plecami? Przy każdej okazji, pomyślała. Pełne zgorszenia komen- tarze starszego pokolenia. Delia, jego matka, lejąca kroko- dyle łzy nad ostatnimi wyskokami syna marnotrawnego. – Nie lekceważ Boyda – ostrzegła. – Wszędzie ma oczy i uszy. – Uuu! Wielki Brat cię śledzi! – zaśmiał się, autentycz- nie rozbawiony, ale Leo umiała czytać między wierszami. Jego cyniczne kpiny nie zmieniały faktu, że Boyd uosabiał to wszystko, czym chciałby być Robbie. – Godny potomek wielu pokoleń milionerów, a teraz nawet miliarderów. Oto mężczyzna dla ciebie. – Sama nie wiem. – Leo wydęła piękne usta. – Opamiętaj się wreszcie. – Uśmiechnął się przekornie i nagle wyprostował ze zręcznością i gracją uniwersyteckie- go mistrza w gimnastyce. – Może to twój książę z bajki… – Na pewno nie – zaprotestowała rozzłoszczona. – Dobrze się maskujesz, ale znam cię lepiej niż ktokol- wiek inny. Podziwiasz go jak wszyscy. Zresztą łącznie ze Zapisane w gwiazdach 11 mną. Czasem mnie doprowadza do szału, ale wiem, że ma dobre intencje. Przerasta mnie o dwie głowy. Jest ulepio- ny z innej gliny niż my, zwykli śmiertelnicy. Urodzony bo- hater. Na mnie wszyscy patrzą jak na potencjalnego nie- udacznika. Nic dziwnego, że cała rodzina uwielbia Boyda. Jest pewnie najbardziej pożądaną partią w kraju, kobiety tracą głowę na jego widok, tyle osiągnął, a jeszcze nie ma trzydziestki… – Ma. Od miesiąca – przerwała Leona. Nie miała siły słuchać tej wyliczanki przymiotów Boyda. – Coś takiego! Czemu mnie nie zaproszono na przyję- cie urodzinowe? – Nie było przyjęcia. Solenizant nie miał czasu. – Nic dziwnego. Prawdziwy z niego pracoholik. Ale za to jakie rezultaty! Już teraz mógłby przejąć rodzinne impe- rium po Rupercie. Boyd i Jinty – ta kobieta zdecydowanie nie jest moją faworytką – to jedyne osoby w całym klanie, które nie boją się starego Rupe’a. A żeby było dziwniej, ten bezduszny czort ma do ciebie słabość. To jedyne, co w nim lubię. Choć on mną pogardza. – Nieprawda. – Leona potrząsnęła energicznie gło- wą, chociaż wiedziała, że Robbie się nie myli. Despotycz- ny Rupert zwykł mawiać, że chłopak Delii do niczego się nie nadaje. – Zatrudni cię w irmie, kiedy tylko skończysz studia. Robbie był naprawdę bardzo bystry. W tym także miał rację: Rupert zawsze okazywał jej zainteresowanie, i to od czasu, gdy była małą dziewczynką. Innych ludzi onieśmie- lał chłodem i bezwzględnością, a wobec niej był serdeczny i delikatny, szczególnie w tych koszmarnych dniach, gdy 12 Margaret Way straciła matkę. Serena zginęła w tragicznym wypadku pod- czas konnej przejażdżki w posiadłości Brooklands. W tych odległych czasach jej prawdziwą opoką stał się Boyd, sześć lat starszy od niej, już jako czternastolatek wybitnie przy- stojny i mądry. Wziął ją pod swoje skrzydła, jakby była za- błąkanym brzydkim kaczątkiem. Opiekował się nią w cza- sie rodzinnych uroczystości, bez żadnego przynaglania ze strony dorosłych. Leona patrzyła wówczas w niego jak w słońce. Oczywiście, wyrosła z tego dziecinnego uwielbie- nia dla dawnego idola. Wtedy jednak darzyła go bezkry- tyczną adoracją, jakby był wszechmocnym bóstwem. Nie śmiała patrzeć mu w oczy. W jego towarzystwie pociły jej się ręce ze zdenerwowania, ale też zapierało jej dech w piersiach ze szczęścia. Stanowił prawdziwe wyzwa- nie, dla niego starała się wspinać na szczyty dziecięcego in- telektu. Cierpiała przez niego prawdziwe udręki, a jedno- cześnie przyciągał ją jak magnes. Wszystko ją fascynowało – w równej mierze osobowość chłopaka, co niesamowite niebieskie oczy o przeszywającym spojrzeniu. Gdy chodziło o Boyda, zamieniała się w kłębek ner- wów. Nie mogło być mowy o jakimkolwiek związku mię- dzy nimi. Zresztą chyba nigdy nie spojrzał na nią z tego typu zainteresowaniem. A właściwie jak on na nią patrzył? Czasem sprawiał, że czuła się przy nim wyjątkowo piękna – jako człowiek i jako dziewczyna. Czasem zdawało jej się, iż stara się ją odepchnąć. Ostry język, lodowate spojrzenie. Cóż, jej szczenięca adoracja z pewnością nie była odwza- jemniona. – Myślę, że zapraszają mnie, aby mieć na mnie oko. – Głos Robbiego znowu wyrwał ją z zamyślenia. Zapisane w gwiazdach 13 – Wszystkich nas mają na oku – odparła lekko. – Zupełnie jakbyśmy należeli do rodziny królewskiej! Przynajmniej tyle dobrego, że doceniają, jaka jesteś mą- dra i utalentowana. Twoja uroda stanowi dodatkowy plus. W dodatku potraisz się z każdym dogadać i wszyscy cię lubią. – Poza Boydem – mruknęła z żałosną nutą w głosie. – Pewnie ma jakiś bardzo istotny powód – zaśmiał się Robbie. – Sam się zastanawiam, czy to wasze ustawiczne czubienie się jest szczere? A może to pozory, teatr odgry- wany dla rodziny? – Też mi teatr – prychnęła. – Po prostu gramy sobie na nerwach. Wydobywamy z siebie najgorsze cechy. – Nie da Robbiemu tej satysfakcji, że trafnie odgadł. Wystarczy, że sama dręczy się myślą o potajemnej miło- ści do Boyda. – Bylibyście świetnie dobraną parą – oznajmił Robbie, jakby to przemyślał. – Boyd potrzebuje energicznej rudo- włosej kobiety. Jesteś jedyną osobą, która potrai go przy- wołać do porządku. Kiedyś cię do tego przekonam. Ale te- raz na mnie już czas. – Mam nadzieję, że nie wybierasz się na wyścigi? – upewniła się. Lepiej sprawdzić. W końcu to sobota, i sam środek wiosennego karnawału. – Nie robię nic zdrożnego. – Smagła twarz Robbiego poczerwieniała. – Zabieram Deb. Będzie też Barrington i jego najnowsza lama. Jest ładne popołudnie. Dziewczy- ny chcą się wystroić i zabawić. Dziwię się, że ciebie tam nie będzie. Śliczny dwulatek starego Rupe’a na pewno wygra. Postawić na niego w twoim imieniu? 14 Margaret Way Leona pokręciła głową, wprawiając w ruch kosmyki, które wymknęły się z wysoko upiętego węzła. – Nie mam najmniejszego pociągu do hazardu. Nie gram na pieniądze. Nie boję się ryzyka i działania na in- tuicję, ale w innych dziedzinach życia. Pieniądze rodzą pie- niądze tylko dla ludzi pokroju Ruperta. – Pocałowała go czule w policzek. Była wysoka jak na kobietę. – Na two- im miejscu skrupulatnie liczyłabym każdy wydany grosz. – Robbie dostawał hojne uposażenie od jej ojca, ale miał wyjątkowo lekką rękę. Często prosił ją o pożyczki. Czasem je zwracał. Dużo częściej tego nie robił. Odprowadziła go do drzwi apartamentu z oszałamia- jącym widokiem na port w Sydney. Mieszkanie było pre- zentem „od rodziny” z okazji dwudziestych pierwszych urodzin. Wyrazem ich uznania dla jej osiągnięć, demon- stracją, że przynosi chwałę rodowemu nazwisku. Nie było- by jej stać na tę lokalizację, chociaż nie mogła narzekać na swoje apanaże po ostatnim awansie na osobistą asystentkę Beatrice Caldwell, prawdziwej wyroczni w świecie mody i szefowej Domu Mody Blanchardów. „Zasługujesz na to, dziewczyno. Masz oko, tak jak ja!”. Niezwykłe słowa w ustach władczej i nieskorej do pochwał Beatrice. – Przyjdziesz na przyjęcie? – upewniała się jeszcze. – Nie zapomnij potwierdzić. – Dobre maniery nade wszystko. – Naturellement! I to już wyczerpuje moją francuszczy- znę na dzień dzisiejszy. Ale tylko dla ciebie, Leo. Dla niko- go innego. – Nie bądź nieznośny, kochanie. – Objęła go siostrza- nym opiekuńczym gestem i uściskała. Zapisane w gwiazdach 15 – Może miałbym lepszy charakter, gdyby Carlo mnie nie porzucił – przyznał Robbie ponuro. – Ale nie mógł się doczekać, żeby wrócić do Włoch, ożenić się po raz drugi i spłodzić kilkoro dzieci. – Miejmy nadzieję, że jest dla nich lepszym ojcem niż był dla ciebie. – Głos Leony zabrzmiał wyjątkowo surowo jak na nią. Robbie był jej oczkiem w głowie i potępiała wszystkich, którzy go skrzywdzili. Była w nim jakaś wewnętrzna pustka, obolałe miejsce. Delia sprawiała wrażenie, jakby była pozba- wiona uczuć macierzyńskich w stosunku do swego jedyna- ka. Może gdyby był podobny do niej, odziedziczył niebieskie oczy i jasne włosy…? Carlo D’Angelo nigdy się nie kontakto- wał z pierworodnym synem, nie podjął żadnych starań, by Robbie poznał swoje przyrodnie rodzeństwo. – To jego strata, kochanie – zapewniła go, wracając do roli troskliwej starszej siostry. – Musisz uwierzyć w siebie, tak jak ja w ciebie wie- rzę. – A przede wszystkim wziąć się w garść, dodała w duchu. Opierała dłoń na ramieniu brata i wyczuła, że zadrżał, jakby tłumił jakieś reakcje, których nie chciał przed nią ujawniać. – Wszystko w porządku? Powiedziałbyś mi, gdybyś miał jakieś problemy? – Jasne. – Zaśmiał się krótko. – Leo, kochanie, do zoba- czenia w przyszły weekend w Brooklands. – Weź ze sobą rakietę. Pokażemy im, gdzie raki zimu- ją, jak zawsze. – Miła myśl, prawda? – Uśmiechnął się porozumiewawczo. – Bardzo. Gdyby tylko wszystko było w porządku, pomyślał z przygnębieniem, kierując się do windy. Był coraz bardziej 16 Margaret Way niespokojny. Czuł izyczny ciężar na żołądku. Leo jest taka cudowna. Kocha ją całym sercem. To chyba jedyna osoba na świecie, którą kocha. W końcu zabrakło mu odwagi, by ją poprosić o pożyczkę. Kolejną. Jedną z wielu. Wciąż jest jej winien pieniądze, ale teraz desperacko potrzebował go- tówki i coraz bardziej bał się ludzi, z którymi się zaczął za- dawać. Nazywając rzecz po imieniu, byli zwykłymi bandytami, nawet jeśli należeli do tak zwanych wyższych sfer. Bóg ra- czy wiedzieć, co mu zrobią, jeśli im podpadnie. Miał prze- rażające uczucie, że pułapka, w którą wpadł, właśnie się za- trzaskuje. Leo miała rację. Skłonność do hazardu, kolejna cecha odziedziczona po Carlu – czy w ogóle odziedziczył po nim coś dobrego? – wtrąciła go w przerażającą spiralę rosnącego zagrożenia. Jedyna nadzieja w wyścigach i nie- samowitym dwulatku ze stajni starego Rupe’a – to niemal pewniak. Postawi na niego parę tysięcy, które zachomiko- wał na czarną godzinę. Robbie odpędził dręczące go czarne myśli charaktery- stycznym machnięciem ręki i zaczął pogwizdywać znaną melodyjkę, by dodać sobie animuszu.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zapisane w gwiazdach
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: