Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00610 006731 11256507 na godz. na dobę w sumie
Zaszyj oczy wilkom - ebook/pdf
Zaszyj oczy wilkom - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Genius Creations Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7995-109-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Podczas każdej pełni księżyca mieszkańcy Wilczej Doliny ryglują drzwi w chatach i siedzą w ciszy, nasłuchując z niepokojem wycia wilkołaka. Pochłonięta własnymi kłopotami Venda nie potrafi w pełni poświęcić się obowiązkom Opiekunki. Nikt nie wie, jak wygórowaną cenę zapłaciła dziewczyna za pomoc otrzymaną od Pana Lasu i jak długo jeszcze będzie jego dłużniczką.

Atra, niepomna ostrzeżeń, pragnie nie tylko odzyskać to, co utraciła, ale również zemścić się. W trakcie swoich poszukiwań odkrywa, że być może ostatni z wilkarów będzie w stanie jej pomóc. Czy jednak jej starania nie doprowadzą do jeszcze większych nieszczęść? Więź łącząca Vendę i DaWerna nie może zostać zerwana bez straszliwych konsekwencji.

W świętym gaju bogowie milczą, a Venda czuje się opuszczona i bezsilna.

Nad Wilczą Doliną zapada zmrok…

Kontynuacja “Idź i czekaj  mrozów” nominowanej do nagrody im. Janusza A. Zajdla za 2016 rok

 

„Nikt, tak jak Marta Krajewska, nie potrafi przedstawiać słowiańskiej fantasy poprzez lokalność z jej barwnymi obrzędami i rytuałami. „Zaszyj oczy wilkom” nie jest kolejną epicką opowieścią o zbiorowisku herosów albo jeszcze jedną wariacją na temat „Gry o Tron”. To oryginalna, swojska a przy tym tajemnicza fantasy.”
Paweł Majka, autor „Pokoju światów” i “Wojen Przestrzeni”, dwukrotny zdobywca Literackiej Nagrody im. Żuławskiego

„Pierwszy tom Wilczej Doliny pochłonęłam ekspresowo. Wzbudził moc oczekiwań, a “Zaszyj oczy wilkom” ich nie zawiodło.”
Anna Hrycyszyn
, autorka „Zatopić Niezatapialną

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Zaszyj oczy wilkom Copyright © Marta Krajewska Copyright © Wydawnictwo Genius Creations Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak Copyright © for the cover art by Paweł Dobkowski Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2017 r. druk ISBN 978-83-7995-108-6 epub ISBN 978-83-7995-109-3 mobi ISBN 978-83-7995-110-9 Redakcja: Michał Cetnarowski Korekta: dr Marta Kładź-Kocot Ilustracja na okładce: Paweł Dobkowski Ilustracje w tekście: Bernadeta Leśniowska-Gustyn Projekt i skład okładki: Paweł Dobkowski Skład i typografia: Studio Grafpa, www.grafpa.pl Redaktor naczelny: Marcin A. Dobkowski Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. MORGANA Katarzyna Wolszczak ul. Kormoranów 126/31 85-432 Bydgoszcz sekretariat@geniuscreations.pl www.geniuscreations.pl Książka dostępna w księgarni: www.MadBooks.pl i www.eBook.MadBooks.pl Spis treści Prolog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Rozdział 1. Wilcze święta . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 11 Rozdział 2. Uciekaj, opiekunko! . . . . . . . . . . . . . . 33 Rozdział 3. Kiedy zalśni twarz Chorsa . . . . . . . . . 61 Rozdział 4. Mieć to już za sobą . . . . . . . . . . . . . . . 89 Rozdział 5. Znikąd pomocy . . . . . . . . . . . . . . . . . . 115 Rozdział 6. Przyciągam potwory . . . . . . . . . . . . . . 143 Rozdział 7. Nadchodzą czasy, których nie chcę oglądać . . . . . . . . . . . 171 Rozdział 8. Gdybyś był mój . . . . . . . . . . . . . . . . . . 197 Rozdział 9. Nawet śmierć . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 231 Rozdział 10. Nie zapominaj . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 263 Rozdział 11. Pokarz swego pana! . . . . . . . . . . . . . . . 291 Rozdział 12. Nikt o nas nie wie . . . . . . . . . . . . . . . . 321 Rozdział 13. Myślałam, że zdążę . . . . . . . . . . . . . . 355 Rozdział 14. Jeśli on zginie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 377 Rozdział 15. Stado potrzebuje przywódcy . . . . . . . . 413 Rozdział 16. Zabiję, co do jednego . . . . . . . . . . . . . 453 Rozdział 17. Dziecko . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 485 Epilog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 503 Prolog Wpadła w sam środek kręgu, którym otoczono obcych. – Stać wszyscy! – krzyknęła najbardziej władczo, jak potrafiła. – Nikt tu nikogo nie zabije bez mojej zgody! Wieśniacy zamruczeli i zaklęli, ale zatrzymali się w pół ruchu. Ciepłe smugi słońca wkradały się mię- dzy chaty, niepewne, czy powinny rozproszyć szarość świtu. Trzej uzbrojeni obcy przestępowali z nogi na nogę w napięciu, plecami przyparci do studni pośrodku wsi. Venda odruchowo poszukała wzroku najmłodszego i najrozsądniejszego z nich. – Niech to wszystkie demony! – mruknęła wściekle pod nosem. – Odstąp, opiekunko! – Stojan potrząsnął głową. – Załatwmy to raz a porządnie. – Porządnie to ja ciebie zaraz załatwię, staruchu! – warknął agresywnie jeden z obcych. – Będziesz wył jak twoja stara, jak ją rżnąłem wczorajszej nocy. Venda posłała mu mordercze spojrzenie. Matka Stojana nie żyła od bardzo dawna. 8 – Cicho, Vidkun! Słuchajcie, ludzie! Nie dajcie się ponieść, nie mamy pewności, że to któryś z nich. Gdzieś z prawej dochodził lament żony zabitego mężczyzny, szarpiąc sercem i odsyłając zdrowy rozsą- dek do wielkich węży Welesa. Tłumek też to słyszał, ział nienawiścią i chęcią zemsty. – A kto inny? – parsknął Tinne. – Tyle lat tu wil- kołaka nie było! Ojciec jak żyje żadnego nie pamięta, a one się z brudu i słomy nie rodzą. – To któryś z nich! – Oskarżycielsko wytknęła pal- cem żona Tinnego. – Spokojnie! – wrzasnęła Venda, próbując ich wszystkich przekrzyczeć. – Nawet jeśli, nie wiecie, który! No bo chyba nie wszyscy trzej, co? – Nieważne! Jako jednego ich na Cmentarz Wyklę- tych wyślemy – zapalił się znów Stojan. – Brat! Masz jakiś srebrny sztylet? Wywołany brat Stojana, ogromnej postury kowal Zdamir, strzyknął śliną gdzieś pod buty Vendy i wbił w nią nieprzyjemny wzrok. – Wpierw, bracie, trzeba by się zastanowić, na kim go użyć. Na obcych czy na wilkołaku? Coś w jego spojrzeniu zmroziło dziewczynie krew w żyłach. – Jakże to? – zdziwił się Stojan. – Co ty, bracie, nie wierzysz, że to oni? Z opiekunką się nagle zgadzasz? Wielki chłop wzruszył ramionami z ociąganiem. – Ano, wyryjcie jaką krechę na studni na pamiąt- kę albo co, bo chyba będzie i tak, że się z dziewczyną zgodzę. Marta Krajewska 9 Zdamir zrobił efektowną pauzę, nim w końcu mla- snął głośno i powiedział: – Ogłupić się wszyscy daliście. – Powiódł wzrokiem po zebranym ludku. – Chyba nie zapomnieliście, że te ścierwa dopiero po roztopach się tu z pomocą wszyst- kich demonów przywlokły. A wilkołak… Zawiesił głos i rzucił opiekunce krzywy uśmieszek, od którego znów przeszły ją ciarki. Już wiedziała, że z jego kolejnymi słowami spełnią się jej najgorsze prze- widywania. Ktoś musiał się w końcu okazać mądrzej- szy niż inni. Ktoś musiał poskładać pozornie błahe plotki w jedno. I tym kimś, jak na złość, musiał być kowal. Zmarszczyła tylko delikatnie brwi i prawie zaklęła, kiedy ogłosił tryumfalnie: – Wilkołak przecie krąży między nami od samych Szczodrych Godów! Prawda, opiekunko? Zaszyj oczy wilkom Rozdział 1 Wilcze święta W tamten pierwszy po powrocie DaWerna poranek opiekunka i wilkar obudzili się w ciepłym posłaniu, wtuleni w siebie rozkosznie. Świeży śnieg spowijał dolinę w Górach Północy, iskrząc się w promieniach słońca, którego tarcza wy- taczała się wolno zza szczytów. Zalewała pomarań- czowym blaskiem skute lodem brzegi jeziora, zasypa- nie dróżki i przytłoczone czapami śniegu chaty. Na tle wszechobecnej bieli domostwa tuliły się do siebie ni- czym stadko puchatych owiec, po brzuch brodzących w zaspach. Gdyby nie ulatujący przez dziury w strze- chach dym, można by pomyśleć, że wioska zamarzła, zapadła w zimowy sen. Jednak wewnątrz chat życie roz- tętniło się na długo przed późnym, zimowym świtem. Przygotowania do Szczodrych Godów trwały od kilku dni, ale teraz naprawdę ruszyły z kopyta, bo nie było już czasu, żeby odłożyć niechcianą robotę na ju- tro. Jeśli przez kolejnych kilka dzionków chciało się 12 wypoczywać do góry brzuchem, trzeba było najpierw solidnie popracować. Gospodynie szykowały smako- witości na wieczorną ucztę, mężczyźni pomagali dzie- ciarni przyozdabiać chaty, przy okazji pozwalając sobie na żarty, uszczypliwości i śmiech. W kąt izby wsta- wiali pierwszy ścięty tego roku na polu snopek zboża. Na wiosnę z ziaren tego właśnie snopka zaczną siew, oddając matce Mokoszy co jej należne i domykając wieczny krąg życia. U powały podwieszano świerkowe podłaźniczki oraz pająki, powiązane zmyślnie ze słomek i suszonych kwiatów. Ściany przyozdobiono zrobionymi w podob- ny sposób łańcuchami. Na co dzień odymione, ciemne wnętrza chat wypełniły się teraz ozdobami, kolorami i odświętnym nastrojem. Jak to zwykle bywa, w niejednym domostwie natłok pracy skończył się wzajemnym warczeniem na siebie, a nawet kłótnią, ale to wszystko odchodziło w niepa- mięć tak szybko, jak się pojawiało. Powiadano, że jakie Szczodre Gody, taki cały rok, a kto by tam chciał do przyszłej zimy burczeć na męża, ganić dzieciaki i zło- rzeczyć na pałętającego się pod nogami kota? Venda miała już gotowe ofiarne kołacze i mieszanki ziół, zadbała też o wilcze skóry do wieczornego obrzę- du. Bardzo lubiła Szczodre Gody, jednak tego roku nie czuła spokoju, jakim zawsze ją napawały. Zamyślona wieszała nad oknem słomianego pająka. Wilkar obserwował dziewczynę w milczeniu, sku- biąc stojący w kącie snopek. – Przestań się martwić . – Nie wytrzymał w końcu. Marta Krajewska 13 się wspiąć, by zawiesić ozdobę. zrobiło. Venda ostrożnie zeszła ze stolika, na który musiała – A, tak sobie myślę o godach i smutno mi się – Myślałem, że to wesołe święta. – Tak, zawsze takie były. Ale jak sobie pomyślę, co robiłam w poprzednie Szczodre Gody, to jakoś trudno mi się śmiać. Obrzędom przewodził opiekun i wydawa- ło mi się, że będzie tak zawsze. Imir też żył, razem przy- strajaliśmy gospodę na wieczorną ucztę. Miałam pusto w głowie, a wydawało mi się, że mam ciężkie życie, ro- zumiesz? Wern, możesz przestać niszczyć moje ziarno? Spojrzała znacząco na jego dłonie międlące kłos. Uśmiechnął się rozbrajająco, otrzepał ręce nad snop- kiem, jakby to miało sprawić, że ziarno na powrót przywrze do kłosów, i odruchowo odsunął się o krok. – Kępa zboża w kącie chaty – mruknął. – Wy to macie zwyczaje. – To jest ważne. Ziarno łączy jeden rok z drugim, świadczy o ciągłości świata! Mokosz czuwa, żebyśmy dostawali od ziemi plon, na jaki zasługujemy, a my w zamian szanujemy ją i czcimy. – My tam nic nie sialiśmy i jakoś żyliśmy – bąknął. Nie była w nastroju na dłuższe tłumaczenia. – Dobrze, ale chyba też okazywaliście szacunek bo- gom, prawda? – zapytała tylko od niechcenia. – Usza- nuj, proszę, że ja oddaję cześć moim. Od tego tu jestem. DaWern zbliżył się powoli i przytulił ją mocno. – Musisz być w bardzo złym nastroju, skoro nawet nie chce ci się gderać – mruknął w jej włosy. Zaszyj oczy wilkom 14 Odetchnęła ciężko. – W czasie Dziadów było mi trudno, ale byłam tak skupiona na znalezieniu sposobu, żebyś wrócił, że miałam czym zająć myśli. Teraz czuję tak wielką stra- tę. W święta bardziej niż zwykle brakuje tych, którzy nigdy nie wrócą. Nie wiem nawet, gdzie są! Opie- kun przyjął naszych bogów, ale leży na Cmentarzu Wyklętych, więc nie wiem, dokąd poszedł jego duch. A Imir? Zabrali go wodni bogowie. Nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek ich spotkam, nawet jeśli sama trafię do Nawii. Mężczyzna nie wypuszczał jej z objęć. Milczał, słuchając i poważniejąc z każdym zdaniem. Kiedyś tę- sknił równie mocno, całymi miesiącami i latami, nie tylko za utraconą rodziną, ale za całą rasą. W przeci- wieństwie do zielarki wiedział doskonale, gdzie są jego pobratymcy. Jeszcze niedawno był tam z nimi, choć z tego miejsca zapamiętał jedynie chłód i wyrywające serce z piersi pragnienie powrotu. – Posłuchaj mnie – westchnął, gdy Venda zamilkła na dłuższą chwilę. – Nie wszystko w tym roku było złe. Jesteś teraz silniejsza, mądrzejsza, rozsądniejsza, zrobi- łaś dużo dobrego i twoi bliscy, gdziekolwiek są, byliby z ciebie bardzo dumni. Ale nie sądzę, żeby podobało im się takie biadolenie i chlipanie po kątach, więc zbieraj się do kupy, bo masz te jakieś tam Gody do odprawienia i, zdaje się, wilki do przegonienia, czy tak? Venda pociągnęła nosem. – Nie chlipię po kątach – burknęła. – Racja, bo w kącie stoi ten snopek. Marta Krajewska 15 Zaśmiali się krótko, choć żart nie był może najlep- szy. Powoli rozluźnili uścisk i dziewczyna poprawiła rozczochrane włosy. – Poza tym – dorzucił jeszcze wilkar – dzięki temu wszystkiemu, co się wydarzyło tego roku, masz teraz mnie. Wiedziała, że miał rację. Ich związek nie miałby szans zaistnieć bez wszystkich tych złych rzeczy, a i uża- lanie się nad sobą nie pomagało. Była opiekunką i naj- słuszniejszym, co mogła zrobić, było wypełnianie swo- ich obowiązków i czczenie pamięci tych, którzy odeszli. Wrócili do sprzątania i zdobienia izby. Nim się spo- strzegli, nadeszła pora, gdy Venda musiała zejść do wsi i rozpocząć obrzędy. – Mam nadzieję, że przyjdzie taki dzień, kiedy bę- dziemy razem wychodzić do ludzi – powiedziała, na- rzucając ciepły czerwony płaszcz. DaWern ściągnął koszulę przez głowę, szykując się do przemiany. – Może – odparł wymijająco. – Na razie idź do swo- ich. Ja muszę pójść w las, oddać cześć swoim bogom. – Powiesz mi kiedyś, co robisz? Uśmiechnął się i pocałował ją w czoło na pożegnanie. – Może – powtórzył. – Może kiedyś to ty pójdziesz ze mną. Na razie jestem ostatni, więc służę Wielkiemu Wilkowi i jako wyznawca, i jako kapłan. Mam obo- wiązki, tak jak ty. Venda nic nie odpowiedziała. Nie mogła powstrzy- mać myśli, że jeśli DaWern zacząłby czcić jej bogów, Pan Lasu musiałby w końcu odejść tam, dokąd odchodzą Zaszyj oczy wilkom 16 umierający bogowie. Każdy z nich żyje tylko dotąd, dokąd trwa o nim pamięć. Po najkrótszym dniu roku noc zapadła tak szybko, że gdy rozpoczęto rytuał na cmentarzu, od dawna pa- nowały ciemności. Wśród kurhanów płonęły ogniska, budząc do życia cienie, z których każdy mógł się okazać duchem kogoś bliskiego, chcącym ogrzać się w cieple płomieni. Ludzi przybywało, a Venda stała mniej wię- cej pośrodku ziemi zmarłych i czekała. Wielkie ognisko przyjemnie grzało jej plecy, tak że nawet zrzuciła z ra- mion płaszcz, zostając w grubej, wełnianej sukience. Lubiła ten moment każdego rytuału, dlatego uśmiechała się leciutko do siebie, czując, że znajduje się wreszcie na swoim miejscu. – Witajcie nam, dziadowie! – rozpoczęła modlitwę, gdy nadszedł czas. – Przychodźcie ku nam! Zaprasza- my na ucztę! Ogrzejcie się na chwilę, posmakujcie piwa i jadła, nacieszcie oczy widokiem waszych potomnych. Chcemy z wami świętować Szczodre Gody, bo jeste- ście i zawsze będziecie nam bliscy. Pamiętamy o was, wspominamy i czcimy. Przychodźcie, prosimy do nas! Upiła z kubka piwa, po czym chlusnęła resztą w płomienie, dzieląc się z duchami. Ogień zasyczał. Żerczyni odwinęła z pięknie haftowanej ściereczki ko- łacz, ugryzła kęs, a resztę cisnęła w ślad za piwem. Ludzie przy kurhanach swoich bliskich robili to samo, dzielili się jedzeniem ze sobą nawzajem i po- Marta Krajewska 17 przez płomienie ognisk posyłali strawę i napitek du- szom. Niektórzy mówili do swych zmarłych, wypa- trywali znaków ich obecności, inni śmiali się głośno, przysiadając u podnóży kopczyków. Spotkanie ze zmarłymi należało do radosnych wydarzeń. Jeśli tylko zadbało się wcześniej o godne przyjęcie duchów i nie drażniło się ich, przybywały w dobrych nastrojach i, jak wierzono, przychylnie spo- glądały na swych potomków. Patrząc na biesiadujących, Venda znów poczuła się samotna. Nie miała na tym cmentarzu nikogo, nie miała więc z kim porozmawiać na kurhanach. Wszy- scy jej bliscy zmarli tragicznie i choć mogła zakładać, że ich dusze również odwiedzą dziś świat żyjących, mimo wszystko myśl o ponownym spotkaniu opiekuna czy Imira napawała ją przerażeniem. Obaj przyszli do niej po śmierci i miała nadzieję, że już nigdy nie będzie musiała przeżywać tego ponownie. Gdy poucztowano z duchami, przeniesiono święto- wanie do gospody, zapraszając przodków, by w mia- rę chęci towarzyszyli żywym i wraz z nimi przywitali nowy dzień, wreszcie dłuższy od poprzedniego. – Światło pokonuje dziś ciemność i daje nam na- dzieję na lepsze jutro! – Opiekunka wygłosiła toa- st, wznosząc kubek z miodem pod powałę karczmy. – Znów przetrwamy zimę, jak setki przed nią. Oby mrozy nie skuły morza. Oby ci, których nie chcemy wymieniać na tej uczcie z imienia, pozostali za Sinymi Wodami. Oby Weles chronił nas przed nimi. Oby Rod opiekował się nami, bo wszyscy jesteśmy jego dziećmi, Zaszyj oczy wilkom 18 powołanymi do życia z kamienia. Obyśmy szczęśliwie doczekali kolejnych Szczodrych Godów. Wychyliła kubek i wszyscy wypili wraz z nią. Jed- nak mimo pełnych nadziei słów, okrzyki radości szyb- ko przebrzmiały. Obok Vendy, na podwyższeniu, stał taboret, a na nim czekały rzucone pozornie bez ładu zwierzęce skóry. Obrzęd wilczych świąt na równi fascynował, co przera- żał, trącając struny najbardziej pierwotnych lęków. Miał chronić przed wilkami, lecz wszyscy pamiętali, że po- chodził z czasów, gdy tuż za progiem bezpiecznej chaty przechadzały się dużo gorsze bestie i to przed nimi pró- bowano się bronić magicznym rytuałem. Żerczyni usiadła na zydelku, kładąc sobie skóry na kolanach, po czym przygotowaną wcześniej igłą i nicią zaczęła szyć szatę z futer. W gospodzie zapadła gęsta cisza. Po chwili, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, stojący nieopodal kowal spytał głośno: – Co szyjesz, opiekunko? – Zaszywam uszy wilkom – odparła – by nie słysza- ły ludzi, owiec ani cieląt. Zanuciła pieśń, a ludzie podchwycili melodię. Gru- ba igła z cichym skrzypieniem przebijała skóry. Zwie- rzęcy pysk tworzył zwieńczenie kaptura, a przednie łapy miały opadać na pierś noszącego odzienie. Venda przyszyła skórę okrywającą plecy, po czym zabrała się za przód kapoty, dokładając trzecią część do ramienia. Pieśń ustała. – Co szyjesz, opiekunko? – spytał rudy Kostjan. Marta Krajewska 19 – Zaszywam oczy wilkom, żeby nie widziały ludzi, owiec i cieląt – odparła żerczyni, po czym znów pod- jęła śpiew. Chwilę trwało, nim skończyła i sięgnęła po ostat- nią wilczą skórkę. Przyłożyła ją do drugiego ramienia kostiumu, nawlokła nową nić, rozpoczęła ostatni szew. Ludzie zamilkli jeden po drugim, a Tinne zadał pytanie: – Co szyjesz, opiekunko? A Venda po raz trzeci odparła: – Zaszywam pyski wilkom, by nie zjadały ludzi, owiec i cieląt. Popłynęła melodia, a dziewczyna kończyła magicz- ną szubę. Skóry były dobrze wyprawione, ale palce za- czynały boleć od wbijania i wyciągania igły. Rzucenie uroku wymagało pracy i wysiłku, ale była to niewyso- ka cena za obłaskawienie bestii. Kapota nie miała rękawów, nie była jednak i pele- ryną. Ręce noszącego ją wystawałyby spomiędzy przy- szytych na ramionach części. Była surowa, nierówna, szara, a jedyną ozdobę stanowił pysk wilka na czole. O ile można go było uznać za ozdobę. Nie miało to jednak znaczenia, bo kapoty nikt nigdy nie miał za- łożyć. Zaszyta w niej zwierzęca moc musiała pozostać nietknięta, promieniując na całą wieś i odstraszając stada leśnych bestii, aż do spalenia szuby po Godach. Venda wstała, trzepnęła skórami tak, żeby ułożyły się w kształt odzienia z kapturem. – Zaszyłam wilkom uszy. Zaszyłam wilkom oczy i zaszyłam wilcze pyski. Siła bestii wstąpiła w skóry, Zaszyj oczy wilkom 20 powolna naszym rozkazom. Niechaj wisi tu, pośród nas, zniewolona. A gdy przyjdzie czas, spłonie w świę- tym ogniu, w ofierze Welesowi. Zawiesiła kapotę na przygotowanym wcześniej sto- jaku w kształcie krzyża. Aż do końca świąt miała tu tkwić, w kącie podwyższenia. Gdy układała pieczołowicie szatę, znów rozbrzmia- ła pieśń. Opiekunka zatknęła kaptur na szczycie stoja- ka, przerzuciła poły nad poprzeczką. Wygładziła sierść dokładnym, pełnym szacunku gestem. Zawsze fascynował ją kształt szuby. Według le- gendy człowieka, którego odziewano w kapotę, na koniec Godów składano w ofierze wilkarom z zamku Damar. Ludzie wierzyli, że rzucając urok na szatę, umniejszą zwierzęcą moc bestii, ułagodzą je. I mimo że dziś nie składano ofiar z ludzi, a urok rzucano na wilki, nie na wilkarów, wciąż szyto strój w ten sam sposób, a zakładanie go groziło nieszczęściem – śmiercią lub wilkołactwem. Wierzenia mają to do siebie, że dopasowując się do czasów, zmieniają sens, cel, czasem zupełnie tracąc po- przedni, czasem stając w opozycji do rozumu. Opiekunka wiedziała, że patrzy na kilka skór za- wieszonych na kijach. Jednocześnie nie mogła oprzeć się myśli, że stworzony w ten sposób strach, podobny do tego na wróble, wytwarza wokół siebie wrażenie osobowości, jakby stała przed nią żywa istota. Zwie- rzęcość przyciągała ją, wołała ku sobie tak, że przez krótką chwilę zastanowiła się, co by się stało, gdyby włożyła kapotę. Odpędziła od siebie tę myśl, jednak Marta Krajewska 21 nie mogła nie zauważyć, że serce zabiło jej mocniej, a przez ciało przemknął szybki dreszcz podniecenia. Raz jeszcze pogłaskała poły szuby, tym razem niemal- że czule, kusząco. Otrząsnęła się w tym samym momencie. To dlatego, że przypomina mi o DaWernie, uspra- wiedliwiła się przed sobą natychmiast. Ale wiedziała, że to nie to. Nie tylko. Stare opowieści mówiły, że wilcza moc przyciąga i prowadzi do zguby. Szuba z wilczych świąt chce zostać założona. Za- szyta w środku moc pragnie się uwolnić. Zielarka odetchnęła głęboko i odwróciła się do ze- branych. Wspólnie dokończyli pieśń, a potem wszyscy chwycili w dłonie napełnione piwem i miodem kubki. – Wilcza moc ujarzmiona – powiedziała spokojnie Venda. – Niechaj kły i pazury nie przeszkadzają nam w biesiadzie. Ciężko pracowaliśmy od poprzednich Szczodrych Godów, zasłużyliśmy na obfity poczę- stunek i morze miodu! Swarog odradza się z mroku, a jego odwieczna moc będzie nas wiodła ku lepszym, słonecznym dniom. Ku wiośnie! – Ku wiośnie! – ryknęli wszyscy, a kubki stuknęły jeden o drugi, chlapiąc wokół aromatyczną zawartością. Opiekunka ruszyła ku drzwiom gospody, a za nią wylewał się na zewnątrz tłum. Tej nocy płonęło w dolinie wiele ognisk, przyćmie- wając blask ochronnego kręgu pochodni. Żadna chata we wsi nie pomieściłaby wszystkich mieszkańców, toteż na tańce i hulankę przeniesiono się na plac przy stud- ni. Mimo mrozu rozgrzani alkoholem, ciepłem ognisk Zaszyj oczy wilkom 22 i zabawą górale nie czuli chłodu. Ruszyli w korowody, łapiąc się za ręce, śpiewając i uwalniając stłumioną po- nurymi wilczymi świętami radość. Bębenki wybijały rytm, od którego nogi same rwały się do tańca, gęśle za- cinały skocznie, wesołe piosenki niosły się aż po niebo, odbijane echem od tafli jeziora i szczytów gór. Wilcza Dolina zamierzała tańczyć w najdłuższą noc roku aż do świtu. Venda nie miała ochoty na zabawę, sercem wyry- wając się do domu, do mężczyzny, którym nie zdążyła się jeszcze nacieszyć. Zerkała czasami w stronę lasu, czy aby nie wypatrzy go tam jak dawniej. Wiedziała, że ani wilkar, ani mieszkańcy doliny nie są jeszcze go- towi na wspólne ucztowanie. Pozostała więc rozdarta tu, na miejscu, bo takie było jej zadanie. Nagle ktoś złapał ją od tyłu i uścisnął mocno za szyję. – Kochana, dlaczego nie tańczysz? Oddech Jady pachniał piwem, a policzek był gorący – Zamyśliłam się – odparła zielarka, odpychając od – Tam. – Jada machnęła ręką w bliżej nieokreślo- Venda rzuciła przyjaciółce rozbawione spojrzenie. – Może daj sobie już spokój, co? Wody się napij, zjedz coś – poradziła. Jak na dłoni widać było, że młynarka ma na dziś dość wyskokowych napojów. – Venda, moja ty opiekunko! – Jasnowłosa dziew- czyna wytarmosiła zielarkę za policzki jak małe dziec- jak palenisko. siebie ponure myśli. – A gdzie zostawiłaś Lendava? nym kierunku. – Poszedł po piwo. Marta Krajewska 23 ko. – Taka rozsądna, taka opiekuńcza. Najopiekuńsza z opiekunek! Roześmiała się perliście z własnego dowcipu, a za- skoczona Venda parsknęła śmiechem. – Ale popiłaś, Jada! – No i co? Dziś ostatnia noc mojego panieństwa, zwyczaj każe hucznie żegnać wianuszek! – Ta, wianuszek – przytaknęła kpiąco zielarka. – Jutro swadźba, nie pij więcej, bo będziesz wyglądać w weselnym odzieniu jak topielica. – Daj spokój, jestem prawie trzeźwa. Naprawdę. Nie patrz tak, jestem! Słuchaj. Oblizała wargi, zmarszczyła czoło i wydeklamowała: – W czasie suszy srebrny szczupak szkacze… to znaczy skacze! – Teraz wierzę. – Venda kpiąco skinęła głową. – Jesteś zupełnie trzeźwa. A jak tam przygotowania do wesela? Ja jestem już gotowa ze wszystkim. Wy też? – Pewnie. Jedzenia po uszy, bo to święta. Miodu po uszy, bo to święta. Chaty ubrane, bo to święta. Anika obrażona na Marona, bo to Anika! Roześmiała się, klepiąc dłońmi po udach, i Venda też nie mogła zachować powagi. – Twoja siostra ma charakterek. – Pokręciła gło- wą. – Nigdy nie zrozumiem, czemu tych dwoje tak się uparło być razem. Albo ona go zagnębi na śmierć, albo on w końcu nie wytrzyma i ją udusi. Co to za miłość? – Nie wiem. Ale chciałabym już być w ciąży. Opiekunka zakrztusiła się miodem z wrażenia. Rozkasłała się wniebogłosy, unosząc ręce wysoko do Zaszyj oczy wilkom 24 góry, żeby jej przeszło. Zamaszystym gestem otarła rę- kawem napój z ust i podbródka. Jada wytknęła ją pal- cem i zaniosła się śmiechem. W krytycznym momen- cie Lendav podparł przyszłą żonę ramieniem, inaczej poleciałaby na plecy. – Ostrożnie, bo mi się połamiesz w ostatnią noc przed ślubem! – Jesteś! Rozradowana młynarka uścisnęła chłopaka, a po- tem pocałowała go namiętnie. Bardzo długo, mrucząc z zadowolenia i mlaskając rozkosznie. Venda wywróciła oczami i wychyliła pół kubka miodu naraz. – Idźcie do chaty czy gdzieś… – mruknęła. Jada odkleiła się wreszcie od chmurnika, który trzy- mając po kubku piwa w każdej ręce nie mógł się bro- nić przed jej pieszczotami. Zakładając, że w ogóle by chciał, co wydawało się zielarce mało prawdopodobne. Lendav westchnął rozmarzony, rozognionymi ocza- mi spoglądając na młynarkę, która wydarła mu napój z ręki i przyssała się do kubka. – Źle to widzę – rzuciła Venda zrzędliwie, ale Len- dav mrugnął tylko w odpowiedzi. – Spokojnie, panuję nad wszystkim. Opiekunka szczerze w to wątpiła. Jasnowłosy chło- – Słyszałaś wycie w nocy? Brzmiało, jak twój wil- – Jakie wycie? – opiekunka osłupiała. – Nic nie pak zmienił jednak temat. kar, ale on przecież, no wiesz... wiem, spałam jak zabita. Marta Krajewska 25 zielarka. Jada parsknęła, klepiąc przyjaciółkę w ramię, po czym konspiracyjnie szepnęła do przyszłego męża: – Zawsze, jak ją pytałam: „Hej, słyszałaś wycie? To chyba ten o wilczych oczach”, to mówiła, że spała. Po- dejrzane, nie? Po czym zachichotała, uważając swój żart za wyborny. – Ale czemu pomyślałeś o wilkarze? – dopytywała Chłopak skrzywił się. – To był dziwny skowyt, niepodobny do zwykłych wilków. Głośniejszy, pełen złości, jak u twojego przy- jaciela właśnie albo u wilkołaka. Mamy w dolinie wil- kołaka? Venda zafrasowała się, zupełnie nie wiedząc, co od- powiedzieć. – Nic mi o tym nie wiadomo. – Wzruszyła ra- mionami. – Opiekunko? – Ktoś chwycił ją za łokieć. – Tak? – Ocknęła się z zamyślenia. Obok stała Milisa, córka myśliwego Ylsira. Była trochę niższa od zielarki, ubrana jak zwykle w skrom- ną, burą sukienkę i równie nijaki płaszcz, jakby pró- bowała ukryć przed światem swe krągłe kształty. Jej szeroka, szczera twarz wyrażała lęk, błękitne oczy bła- galnie patrzyły na opiekunkę, a zaróżowione zazwy- czaj policzki były blade jak śnieg. Na sam widok Venda poczuła skurcz w żołądku. – Co się stało? Coś z panem Jartem? – spytała. Od śmierci Stalli córka myśliwego pomagała w karcz- mie, przez co mocno zżyła się z jej gospodarzem. Była Zaszyj oczy wilkom 26 zbyt nieśmiała, by można ją posądzić o kuszenie męż- czyzny, który mógłby być jej ojcem, ale tylko ślepiec nie zauważyłby, jak bardzo zdążyła się do niego przywiązać. Teraz również zmieszała się na sam dźwięk jego imienia. – Nie, ale wydarzyło się coś strasznego. Pójdziesz ze mną? Jeśli możesz, oczywiście. Nie chcę przeszka- dzać… – Obrzuciła nieśmiałym spojrzeniem wlepiają- cych w nią wzrok Jadę i Lendava, po czym cicho doda- ła: – To bardzo ważne. Widać było, jak niemalże wije się, nie chcąc być w centrum zainteresowania. Venda skinęła bez słowa, wcisnęła Lendavowi pusty kubek i gestem ponagliła Milisę, by prowadziła. Klucząc między roztańczonymi sąsiadami, dziew- czyna zaprowadziła opiekunkę do gospody. Podeszły do wejścia i Milisa zapukała w charakterystyczny spo- sób. Drzwi uchyliły się niemal natychmiast i w szpa- rze pojawił się Jart, a właściwie jego nos i podejrzliwie spoglądające oko. – Nareszcie! – rzucił z wyraźną ulgą. – Wchodźcie szybko. Milisa prawie wepchnęła Vendę do środka. – Na Welesa! – wykrztusiła zaskoczona zielarka. – Co to za tajemnice? Zdenerwowany mężczyzna chwycił ją za ramiona i odwrócił w stronę pustego miejsca w karczemnej izbie. Dziewczyna zmarszczyła gniewnie brwi, goto- wa zrugać ich oboje za głupie zachowanie, ale nagle zamarła. Marta Krajewska 27 krzyża. Kapota z wilczych skór zniknęła. – O, nie! – jęknęła. Na podwyższeniu stał pusty wieszak w kształcie – Co się stało? Jak…? Dawno to zauważyliście? Jart potrząsnął bezradnie głową. – Posłałem po ciebie, jak tylko to odkryliśmy. Na szczęście chyba nikt tu nie wchodził, bo inaczej ludzie krzyczeliby w panice... – I tak się dowiedzą – odparła Venda. – Przecież nie uszyję nowej ot, tak. Przypomniała sobie, jak pociągająca wydała jej się możliwość założenia szuby. – Na Roda – szepnęła. – Tyle mocy. Musimy na- tychmiast odnaleźć kapotę! – Ale jak? Gdzie zacząć szukać? – Karczmarz bez- radnie rozłożył ręce. Milisa nerwowo skubała kraj burej peleryny. – Będziemy mieć wilkołaka? – spytała cicho. – Może nie – odparła opiekunka. Niespodziewanie Jart przygarnął pomocnicę do siebie. – Nie martw się, dziecko, wszystko będzie dobrze. Z nami jesteś bezpieczna. Biedna Milisa spąsowiała na twarzy, z wrażenia za- pominając o oddychaniu. Venda mimowolnie zastano- wiła się, czy gospodarz jest aż tak ślepy, czy robi to dla własnej przyjemności. – Ktokolwiek ukradł kapotę, mógł jej jeszcze nie założyć – podjęła. – Tylko po co innego miałby ją kraść? Zaszyj oczy wilkom 28 – No właśnie – stropiła się zielarka. – Ale trzeba mieć nadzieję. Chodźcie. Mężczyzna wypuścił przechodzącą słodkie mę- czarnie dziewczynę i ta wreszcie zaczerpnęła powie- trza. Uwadze Vendy nie umknęło, że Jart zrobił to z pewnym ociąganiem, jakby wcale nie miał ochoty przerywać przytulania Milisy. Wyszli przed gospodę i zatrzymali się zaraz za progiem. Opiekunka uważnie lustrowała rozhulany tłumek w poszukiwaniu śladu nietypowego zachowa- nia, grymasu winowajcy czy bezczelnego spojrzenia w oczy. Starała się dokładnie zapamiętać, kto tańczy, kto się spił, a kogo nie ma w polu widzenia. – To znaczy, że powiemy o wszystkim? – Jart stanął tuż obok. – Przede wszystkim trzeba znaleźć kapotę. Może jeszcze da się zapobiec tragedii. Na razie spróbujmy to zrobić po cichu. – Gdy więcej ludzi będzie szukać, znajdziemy ka- potę szybciej, nie uważasz? – wahał się gospodarz. – A jeśli przy kolejnej pełni mamy tu mieć wilkołaka, oni wszyscy mają prawo o tym wiedzieć i się bronić. Venda potrząsnęła głową. – Tak jak chcieli się bronić przed Alasą? Nie. Jeśli wieś się dowie, będą patrzeć na siebie wilkiem, podej- rzewać się nawzajem, a zanim nadejdzie pełnia, zdążą pewnie sami wskazać winnego i jeszcze go ukamieno- wać, żeby czasem nie stał się wilkołakiem. – Czy to nie jest najlepszy pomysł? Pozbyć się bestii, zanim kogoś zabije? Marta Krajewska 29 – Tak, może – przyznała. – Ale najpierw trzeba wiedzieć na pewno, że pozbywamy się właściwej oso- by. Poza tym to nie będzie pierwszy potwór w tej do- linie, wszyscy wiedzą, co robić. Kryć się, nie wychy- lać, poczekać, aż opiekun załatwi sprawę. A teraz dość gadania, rozejrzyjmy się po ludziach, między chatami, może coś znajdziemy. – Czy ja dobrze słyszę? – padło nagle zza ich pleców. Odwrócili się zaskoczeni. Zdamir chwiał się ledwie dostrzegalnie, dziarsko ściskając butelkę miodu w jed- nej, a kołacz z serem w drugiej wielkiej jak bochen dło- ni. Pochylił się do przodu, wbijając nietrzeźwy wzrok w opiekunkę. Przeklęła w myślach. Kowal był ostatnią osobą, z którą podzieliłaby się tajemnicą. – Kapota zniknęła? – wycedził przez zęby, a okrusz- ki tkwiące w gęstej brodzie zatańczyły w takt słów. – Ciszej – syknęła zielarka. – Przestraszycie wszystkich. – Ludzie! – ryknął mężczyzna, nie zwracając na nią uwagi. – Wilcza kapota zniknęła! – Poczekajcie! – Próbowała go jeszcze uciszyć, ale najbliżej stojący już odwracali się w ich stronę. – Co on krzyczał? – pytali z niedowierzaniem jeden drugiego. – Wilcza kapota? Venda odetchnęła głęboko, szykując się na rychły wybuch paniki. Nie miała innego wyjścia, jak poddać się biegowi zdarzeń. – Posłuchajcie! – Uniosła ręce do góry w uspokaja- jącym geście. – Ktoś zabrał z gospody wilczą kapotę! Zaszyj oczy wilkom 30 Muzyka umilkła, tańczący zatrzymali się, wciąż jeszcze rozbawieni, roześmiani. Wielu ciągle nie ro- zumiało, skąd ta nagła zmiana nastroju, ale już po chwili dołączali do rosnącej grupy przed karczmą. Szeptano nerwowo. – Wilkołak – padło gdzieś z tłumu. Słowo powtórzono najpierw spokojnie, potem głośniej, więc zielarka krzyknęła tak donośnie, jak tylko potrafiła: – Nie ma wilkołaka! Przestańcie! Uspokójcie się i mnie posłuchajcie! Milkli jeden po drugim. Ufali jej, widziała to w ich spojrzeniach. Przestraszyli się, ale chcieli wierzyć, że powie coś, co ich uspokoi, pozwoli wrócić do zabawy i zażegnać strach. – Nie wiemy, czy złodziej założył na siebie skóry! – zaczęła. Wiedziała, że musi mówić krótko. – Nie wiemy też, czy stanie się wilkołakiem, nawet jeśli to zrobił. – Co to za brednie, opiekunko? – Zdamir poczer- wieniał na twarzy już nie tylko od alkoholu. – Kto za- łoży kapotę, dostaje obłędu, wszyscy o tym wiedzą! – Tak, ale może to świadomość, że idzie się na rzeź jako ofiara, sprawiała, że wybrańcy wariowali? Od stu lat nikt nie zakładał kapoty! Nikt nigdy wcześniej nie ukradł szuby! Ona ma moc, jestem o tym przekonana, czułam to, ale nie wiem, czy legendy mówią prawdę. To legendy! – Więc dlaczego próbowałaś to przed nami ukryć, co? – Zdamir wyciągnął oskarżycielsko palec, w dłoni Marta Krajewska 31 wciąż ściskając butelkę. – Tak! Ludzie, opiekunka nie miała zamiaru nam o tym powiedzieć! – Nie chciałam was straszyć, dopóki się czegoś nie dowiem! – odkrzyknęła do tłumu, który zaszumiał z oburzeniem. – Proszę, musicie mi zaufać! Najważ- niejsze to znaleźć złodzieja. Jeśli ta osoba mnie teraz słyszy, niech się przyzna! Musiała to powiedzieć, ale nie miała złudzeń. Nikt o zdrowych zmysłach nie zgłosiłby się w tej chwili, na oczach ludzi, którzy pewnie z miejsca rozszarpaliby go na strzępy. Mimo to górale odruchowo rozglądnę- li się po sąsiadach, czy czasem ktoś nie wyciąga ręki w górę. – Co w takim razie robimy? – krzyknął wreszcie gdzieś z boku Kostjan. Venda zdawała sobie sprawę, że ludziom trzeba znaleźć zajęcie, żeby nie mieli czasu myśleć i robić głupot. – Szukamy! – zdecydowała. – Sprawdźcie podwór- ka, chaty, krzaki wokół. Nie odchodźcie w stronę lasu, nie chcemy dodatkowych kłopotów. – A jeśli złodziej uciekł właśnie do lasu? – spytała młynarzowa. – To trudno. Może mieć pretensje tylko do siebie. Wtedy przynajmniej nie zostanie wilkołakiem – do- rzuciła z przekąsem. – Jeśli znajdziecie ślady i okaże się, że uciekł w las, sami nie idźcie dalej. Las przeszu- kamy za dnia! Musimy znaleźć wilczą kapotę. Musimy się dowiedzieć, co się z nią stało, gdzie jest i czy zło- dziej zdążył przejąć jej moc! Ruszajmy! Zaszyj oczy wilkom Rozdział 2 Uciekaj, opiekunko! – Nie znaleźliśmy – skończyła opowiadać. – Przepadła jak kamień w wodę! Potarła dłońmi twarz, wzdychając ciężko. DaWern wyciągnął rękę przez stół i czule pogłaskał dziewczynę po ramieniu. Drugą wpakował sobie do ust kiełbasę i ugryzł zachłannie. – Zjedz coś – poradził. – Humor ci się poprawi. Jęknęła, wywracając oczami. – Na Welesa, jak ty niczego nie rozumiesz! – Opa- dła na stół, tłukąc czołem o deskę. – Ta kapota to prze- kleństwo. Czułam jej moc, wiem, że jest groźna. Jak znajdę złodzieja, bo zakładam, że znajdę, będę musiała bronić go przed ludźmi, a prawda jest taka, że sama nie wierzę, żeby oparł się pokusie założenia skór, więc prawdopodobnie przy kolejnej pełni będę tu miała wil- kołaka! Do kroćset, DaWern, czy możesz nie mlaskać, kiedy pogrążam się w rozpaczy?! 34 – Jestem głodny. – Wzruszył ramionami. – Nie ob- jadałem się całą noc smakołykami, jak niektórzy... – Ja też się nie objadałam! Nie miałam czasu. Nim skończyła mówić, pod jej nos podjechała nad- gryziona laska kiełbasy. – Wiedziałem, że marudzisz z głodu – mruknął do- brodusznie wilkar. – Masz. Venda otworzyła usta, żeby wytłumaczyć mu, jak bardzo się myli, oraz że jedzenie to ostatnia rzecz, o której jest w stanie teraz myśleć, ale zamiast tego znów opadła na blat stołu, kryjąc twarz w przedra- mionach. Mężczyzna podszedł, delikatnie zmuszając ją, by wstała. – Ven, jesteś wyczerpana. – Na czole zielarki wylą- dowały usta o zapachu wędzonki. – Chodź, połóż się, prześpij, a ja dołożę do paleniska, żebyś miała ciepło i przytulnie. – Nie, nie mam czasu! – Broniła się słabo, jedno- cześnie padając na posłanie. Wiedziała, że nie będzie w stanie się podnieść, nie po bezsennej nocy. DaWern okrył ją dokładnie owczymi skórami, a ona ciągle biadoliła: – Wieczorem wesele… do tego czasu muszę... – Wiem, wiem. – Wilkar zbył ją niczym małą dziewczynkę. – Ale jak się nie prześpisz, to padniesz w połowie przysięgi. Naładuję tyle drewna, ile paleni- sko zmieści, i wrócę, nim się wypali. Zmarszczyła brwi, bardzo starając się nie zasypiać. – Wrócisz? A dokąd idziesz? Marta Krajewska 35 o czymś. – Powęszę trochę – odparł, ładując szczapy drewna w ogień. – Może znajdę ślad tej twojej kapoty. – Och, naprawdę? – Rozpłynęła się z czułości. – Ale przecież ty też nie spałeś. – Dam radę. Prześpię się później. Miałem co prawda inne plany, skoro znów mi znikasz na noc, ale co tam, odpłacisz się jakoś. – Mrugnął porozumiewawczo. Zaśmiała się i szczelniej otuliła się skórami. – Dziękuję – wymamrotała, już prawie drzemiąc. Ale zaraz oprzytomniała, przypominając sobie – Wern! Czekaj! Odwrócił się już bez koszuli, rozwiązując właśnie sznurek i pozwalając, żeby spodnie opadły mu do kostek. – Co? – Podobno przedwczorajszej nocy wyłeś na ruinach. – Niemożliwe, byłem z tobą przez całą noc. – Ludzie słyszeli. Pokręcił głową, strząsając spodnie ze stóp. – To nie byłem ja. Wiedziałbym o tym. – DaWern... – mruknęła zawiedziona. – Co się dzieje? Nie chcesz mi o czymś powiedzieć? Miał się właśnie przemienić, ale wstrzymał się, wy- prostował i zastanowił chwilę. – Nie wiem, o co ci chodzi – stwierdził w końcu. – Cokolwiek słyszeli twoi ludzie, to nie byłem ja. A teraz śpij, wrócę niedługo. Po czym nagi wyszedł z chaty, zamykając za sobą drzwi. Zaszyj oczy wilkom 36 Opiekunka bezradnie opadła na posłanie. Zmęczo- na i przygnębiona zatonęła w głębokim śnie bez snów. Tego dnia słońce w ogóle nie wyjrzało zza chmur, więc zimowy zmierzch przyszedł jeszcze szybciej niż zwykle. Podwójne wesele Jady i Lendava oraz Aniki i Marona miało się odbyć w gospodzie, trzeba więc było przyszykować stoły, nakryć je i zastawić jadłem, wcze- śniej uprzątnąwszy ślady biesiady trwającej do świtu. Kobiety z rodzin państwa młodych użyły odwiecz- nej magii gospodyń, sprawiając, że gdy Venda przestą- piła próg karczmy, aż westchnęła z zachwytu. Ławy równiutko ustawiono w rzędy, a pod ścianą, równole- gle, postawiono jedną dla młodych par i ich rodziców. Po przeciwnej stronie izby, na podwyższeniu, zosta- wiono puste miejsce do tańca. Tutaj też miała się odbyć uroczystość zaślubin. Pod sufitem, u powały, wisiały świąteczne podłaź- niczki w towarzystwie girland i słomianych wieńców. Ściany również ozdobiono w podobny sposób, przez co karczma nabrała przytulnego, ciepłego charakteru. Stoły uginały się od jadła, aż zielarce ciekła ślinka na widok smakołyków. Wesele zapowiadało się wybornie i wszystko byłoby cudowne, gdyby nie to, co wydarzy- ło się podczas wilczych świąt. Venda przywitała się z rodzicami Marona i całą rodziną młynarzy, po czym weszła na podwyższenie i z namaszczeniem zaczęła rozkładać potrzebne rzeczy. Marta Krajewska 37 Na środku ustawiono trójnóg, a na nim wykutą daw- no temu ogromną misę. Opiekunka skrzesała w niej ogień, a następnie dorzuciła wonnych ziół i uświęciła płomienie modłami. Starała się skupić, odgonić niepo- kój i myśli o kradzieży. Bogowie nie znoszą źle odpra- wianych rytuałów. Tymczasem goście już się schodzili i wkrótce moż- na było zaczynać obrządek. Czwórka młodych ubrana była w proste stroje. Dziewczęta miały rozpuszczone włosy, bo poprzed- niego wieczoru, ostatniego w panieńskim stanie, ko- biety z rodziny rozplotły im warkocze. Zarówno Jada i Anika, jak i ich przyszli mężowie ozdobili głowy wiankami z suszonych kwiatów i traw. Dwie pary podeszły do świętego ognia, a Venda przywitała ich chlebem i miodem. Potem młodzi złożyli ofiarę bogom, wrzucając ja- dło w płomienie. Dziewczęta Ładzie, bogini losu, a mężczyźni Swarogowi. Dłonie każdej z par zostały następnie obwiązane krajką i rozpoczęły się przysięgi. Zakochani mówili długo i z uczuciem, a żeńska część rodziny ocierała łzy wzruszenia. Opiekunka mimowolnie odpłynęła myślami w kie- runku wilczej kapoty. Nie potrafiła o niej zapomnieć. DaWernowi nie udało się trafić na jakikolwiek ślad, więc dalej wiedziała tyle samo, co w momencie gdy usłyszała o zniknięciu szuby. Nic. Ocknęła się, kiedy Maron skończył ślubowanie. Teraz młodzi ruszyli, by okrążyć trzykrotnie święty ogień zgodnie z ruchem słońca, potem żerczyni podała Zaszyj oczy wilkom 38 im róg pełen miodu, a oni kolejno wylewali odrobinę w płomienie i upijali łyk, chwaląc bogów. To miał być taki dobry dzień, marudziła w myślach zielarka. Miałam jeść, pić, tańczyć, a na koniec wrócić do chaty i kochać się do białego rana. Tymczasem sto- ję tu, nie mogąc wykrzesać krztyny radości z zaślubin przyjaciółki, bo jakiś baran połasił się na coś, co nie należy do niego i zrujnował mi gody! Zorientowawszy się, że wszystkie toasty do bogów zostały wzniesione, postąpiła do przodu i z namaszcze- niem odwinęła krajkę łączącą dłonie Jady i Lendava. – Od tej chwili jesteście jednością. – Wysiliła się na uśmiech. – Na znak wspólnoty i szczerości waszego uczucia wymieńcie się teraz wieńcami. Młodzi zdjęli ozdoby z głów i nałożyli je sobie na- wzajem, promieniejąc szczęściem, głęboko patrząc sobie w oczy. Ich radość była tak zaraźliwa, że go- ście zebrani w karczmie uśmiechali się mimowolnie. O dziwo, druga z par również wydawała się szczęśli- wa, choć nikt nie wątpił, że taki stan nie potrwa długo. Może zresztą Anika i Maron kochali się właśnie w tak wybuchowy sposób? Dość, że tego wieczora nie ob- rażali się na siebie, ściskali mocno dłonie i chichotali, wymieniając się wiankami. Na koniec uroczystości żony i mężowie stanęli na- przeciwko siebie, rozrywając nad świętym ogniem do- rodne kołacze. Komu większy kawałek zostanie w dłoni, ten będzie rządził w małżeństwie. U Jady i Lendava po- łówki ciasta okazały się niemal równe, choć to dziewczy- nie udało się wyrwać więcej. Natomiast u drugich mło- Marta Krajewska 39 dych kołacz rozerwał się tak, że w dłoni Aniki pozostał jedynie mały kawałeczek. Goście huknęli śmiechem, bo wynik był niemal niewyobrażalny w przypadku tego małżeństwa. Do tego mina młodej żony wyrażała takie zdziwienie, że nawet Venda po cichu parsknęła, w my- ślach życząc humorzastej pannie, żeby małżonek odu- czył ją dąsów i sprowadził z obłoków na ziemię. Opanowała się szybko, bo trzeba było jeszcze za- kończyć zaślubiny. – Niech wam się darzy, kochani! – zawołała. – Niech wam bogowie sprzyjają, niech wynagradzają każdą ciężką pracę, a choroby i nieszczęścia niech was omijają z daleka! Niech Rod czuwa nad nowo zawią- zanymi rodzinami, niechaj będą szczęśliwe i płodne! – Hura! Niech żyją młodzi! – zawołali goście i deszcz ziarna posypał się na głowy nowożeńców. Matki młodych płakały zgodnie, ściskając się i ob- całowując siarczyście w policzki, zaś ojcowie już rusza- li do wzniesienia pierwszego toastu. W tym momencie drzwi karczmy otworzyły się z hukiem i do środka wpadł najpierw podmuch mroź- nego powietrza, a zaraz za nim Irke, wrzucony za próg przez ojca. Chłopak upadł z jękiem i posunął po pod- łodze dobrych kilka kroków. – I leż, zasrańcu! – Gostowit wściekle zatrzasnął za sobą drzwi. – Nie próbuj łba podnosić, bo tak cię zdzielę, że popamiętasz! Zebrani zamarli z otwartymi gębami, popatrując to na szlochającego na deskach chłopaka, to na stoją- cego nad nim bartnika. Narzucona na chude ramiona Zaszyj oczy wilkom 40 futrzana peleryna sprawiała, że wydawał się postaw- niejszy, a z zaczerwienionej twarzy biła taka wście- kłość, że odgoniłaby od barci niedźwiedzia. Szare oczy sypały skry spod krzaczastych, siwych brwi, a srebrzy- ste wąsy poruszały się, gdy Gostowit sapał ze złości, potrząsając trzymanymi w dłoni grabiami. Na grabiach tych, niczym na wieszaku, wniósł do karczmy wilczą kapotę. I to głównie z jej powodu lu- dzie zaniemówili z wrażenia. Venda najszybciej otrząsnęła się z zaskoczenia. Wyminęła nowożeńców, zeskoczyła z podwyższenia i dopadła do Irkego. Przyklękła, chwyciła garścią jasną czuprynę i brutalnie zadarła chłopakowi głowę. – Założyłeś ją?! Szare oczy spojrzały na dziewczynę błagalnie, po- przez łzy. – Nie! – Na pewno?! – Szarpnęła, aż zawył z bólu. – Nie waż mi się kłamać, chłopcze! Był od niej tylko dwa lata młodszy, ale w tej chwili dzieliła ich przepaść. – Przysięgam! – wykrztusił płaczliwie. – Na Wele- sa, przysięgam! Na życie matki! – Matki do tego nie mieszaj! – Gostowit kopnia- kiem przesunął nogi syna po podłodze. – Taka hańba! Venda również miała ochotę wyładować wściekłość na chłopaku. Najchętniej przywaliłaby trzymaną gło- wą o deski, ale powstrzymała się. – Co ty sobie myślałeś? – spytała zamiast tego. – Przepraszam, opiekunko! Marta Krajewska 41 – Nie mnie przepraszaj, durniu. Jeśli założyłeś ka- potę, to przede wszystkim sobie zrobiłeś krzywdę. Nie wiesz, czym to grozi? – Nie założyłem jej! – zawył ponownie. – Bałem się, przyrzekam! Niech mnie Perun strzeli tu i teraz, jeśli kłamię! Stojący nad nim ojciec żachnął się gniewnie. – Jak wielki Perun tego nie zrobi, to ja cię strzelę na pewno. Niech no tylko wrócimy do chaty. – Do chaty?! – Zdamir poderwał się ze swego miej- sca przy ławie. – Jakże to? Chłopak nigdzie nie pójdzie! – Tutaj też nie zostanie! – odparł ojciec panien mło- dych. – My tu mamy wesele, nie potrzebujemy wilkołaka! – Nie jestem wilkołakiem! – zawył Irke niczym po- tępieniec. – Uwierzcie mi, błagam! – On mówi prawdę. – Sadko, syn młynarzy, postą- pił niepewnie ku opiekunce. Venda puściła włosy młodego bartnika, odwracając się ku bratu Jady. – Aha, no tak – mruknęła złowieszczo. – Wy dwaj zawsze razem, mogłam się domyślić, że też brałeś w tym udział. Sadko nawet nie próbował ukryć, że się jej boi. Bał się zresztą wszystkich zgromadzonych, wiedział, jak dzisiejszy wieczór może się dla niego skończyć, ale nie mógłby sobie spojrzeć w twarz, gdyby zostawił młode- go bartnika na pastwę losu. Venda z pewnością doceniłaby ten gest odwagi, gdyby tylko nie skupiała się na opanowaniu trawiącego ją ognia słusznego gniewu. Zaszyj oczy wilkom 42 – Mów! – nakazała. – Popiliśmy. – Sadko uciekł wzrokiem w bok, żeby tylko nie patrzeć opiekunce w oczy. – Nie pamiętam, z czego nam zeszło na kapotę i na klątwę, ale w końcu jakoś tak... To ja podpuściłem Irkego, że nie ma dość odwagi, żeby założyć szubę. – Durnie – syknął Wastir, waląc syna dłonią przez łeb. – To nie macie jak odwagi dowodzić, tylko tak?! Sadko skulił się pod ciosem ojcowskiej ręki, a zie- larka spojrzeniem powstrzymała młynarza przed dal- szymi razami. – Później mu wtłuczecie, panie Wastir. Nie będę się do wychowania wtrącać. Ale teraz niech nam opowie do końca. Młynarz przytaknął, po czym, nie mogąc się po- wstrzymać, grzmotnął chłopaka jeszcze raz i odstąpił niechętnie. Sadko pomasował obolałą głowę i podjął: – Czekałem za karczmą, ale wszystko przez szpa- rę widziałem. Gdy pan Jart i Milisa zabrali naczynia i wyszli je pomyć, Irke wpadł do izby i zgarnął kapotę. Tylko zamiast ją założyć, a potem zaraz zdjąć i wiać, przywlókł ją matoł na zewnątrz, do mnie. Widać strach go jednak obleciał. – Nie darował sobie złośliwości pod adresem przyjaciela. Irke wciąż leżał na podłodze, szlochając, i nie wyglą- dało, żeby słowa zrobiły na nim jakiekolwiek wrażenie. – Byłem z nim od tamtej chwili prawie przez cały czas – opowiadał dalej młynarczyk. – Irke nie założył kapoty, ale było już za późno, żeby ją odnieść na miej- Marta Krajewska 43 sce, bo pan Jart wysłał Milisę po opiekunkę i zamknął się w gospodzie. Wtedy już baliśmy się przyznać, żeby- ście nie wzięli nas za wilkołaków, ale przysięgam, nie zakładaliśmy skór na siebie! Schowaliśmy je w obejściu bartników i tyle. Słowo! Im bardziej się zarzekał, tym głośniejszy szum ro- dził się pośród zebranych. – Wiadomo, że się nie przyznają! – dowodził Stojan. – Teraz ich puścimy, a za miesiąc odgryzą nam głowy! – Nie mieliby kogo gryźć, tylko ciebie – warknął Tinne. – Taki z ciebie smakowity kąsek, jak z mojej rzyci dłubanka! – Ale o czym wy mówicie?! – wrzasnął Wastir. – Sadko może i głupi, ale to nie on ukradł kapotę! Wara mi od syna, psiekrwie, bo uduszę tymi rękami! Tymczasem matka Irkego ukradkiem przypadła do syna i usiłowała odciągnąć go z pola widzenia. Gosto- wit zasłaniał sobą wyjście z karczmy, obserwując żonę z mieszanymi uczuciami. Najwyraźniej dopiero teraz, gdy gniew trochę opadł, zdał sobie sprawę, w jak bar- dzo opłakanym stanie znalazło się jego dziecko. Sytuacja zaogniała się i lada moment wesele mogło przerodzić się w bijatykę. Venda szybko podeszła do Gostowita i przejechała dłonią po wilczym futrze ka- poty. Przymknęła oczy i poczuła znów to dziwne mro- wienie w palcach oraz pragnienie, by zarzucić odzienie na siebie. Moc wciąż tu była. – Słuchajcie! – Venda odwróciła się, krzycząc naj- głośniej, jak umiała. Zaszyj oczy wilkom 44 Przycichli po chwili. – Kapota rzuca urok na pierwszego, kto ją założy. Ofiara była zawsze tylko jedna, pamiętacie? Wiecie wszyscy, jak to działa. Po pierwsze więc, tylko jeden z tych durniów zostałby wilkołakiem. Po drugie zaś, uważam, że nie kłamią. Moc ciągle jest zaszyta, kto nie wierzy, niech tu podejdzie i posłucha, jak woła, by ją uwolnić. Ale ostrożnie, ubiję każdego, kto podda się temu wołaniu. No, dalej! Chcecie spróbować, kowalu? Zdamir prychnął wściekle, nie zamierzając dać się sprowokować. Ale widząc, że wszyscy na niego patrzą, poczuł niepokój w sercu. Kapota napawała dziwnym lękiem. Opiekunka głaskała szare wilcze futro, teraz już pewna, że jest silniejsza od pokusy. – Nie jestem twoim pieskiem, dziewczyno! – Zda- mir skrzyżował potężne ramiona na piersi. – Nie będę tam szedł na zawołanie. Venda uśmiechnęła się złośliwie. – Dobrze, jak tam chcecie. Cieszy mnie, że wreszcie i wy wierzycie mi na słowo. A zatem będzie tak: Irke i Sadko wracają do swoich rodzin, które, ufam, będą miały na nich baczenie i nie pozwolą na żadne nowe głupoty. Młynarze i bartnicy pokiwali głowami, pomrukami dając znać, że tak właśnie się stanie. – W czasie pełni będziemy czuwać przy obu chło- pakach. Spętamy ich, zamkniemy gdzieś, gdzie nie będą mogli zrobić nikomu krzywdy, przeczekamy noc i będziemy wszystko wiedzieć. A tymczasem propo- Marta Krajewska 45 nuję wrócić do zabawy, bo słowo honoru, że po tym wszystkim marzy mi się kubek miodu. Wielki kubek. Albo lepiej cały gąsiorek. Nie wszyscy byli zadowoleni z tego rozwiązania, ale podporządkowali się woli większości. Zabawa potoczy- ła się, z początku trochę na siłę, rozkręcając się z czasem w zwyczajne wesele. Venda została prawie do końca, obawiając się spuścić coraz bardziej pijanych górali z oka. Szczęśliwie nie wydarzyło się już nic niepokojącego. Wróciła do chaty wraz ze świtem i padła na po- słanie bez sił. DaWern przygarnął ją, na wpół śpiąc, i zachrapał. Kiedy się ocknęła, było już ciemno. Skrzypnę- ły drzwi, zawiało chłodem, a następnie coś stuknę- ło o stół. Gotowa do obrony opiekunka zerwała się z posłania. – Spokojnie! – DaWern łypnął na nią rozbawiony. – Coś ci się śniło? Rozejrzał się za ścierką i sitem do cedzenia mleka. Venda zrozumiała, że tym, co słyszała przed chwilą, był stukot skopka o stół. – Nie – mruknęła. – Ja tylko... Przez chwilę nie pa- miętałam, że nie mieszkam już sama. Zlękłam się. – Niepotrzebnie. Przecież wszyscy wiedzą, że mnie nie trzeba się bać. – Wyszczerzył w uśmiechu nieludz- kie zęby. Dziewczyna powoli zbierała się z pieleszy. Zaszyj oczy wilkom 46 – O rany. A gdzie reszta mleka? – Rzuciła okiem do wiadra. – Masz niesamowity apetyt, wiesz? – To nie ja! – Obruszył się. – To bydlę mnie nie lubi, nie chciała więcej dać. Nie słucha się, mimo że dosko- nale dałem jej do zrozumienia, kto tu rządzi. Zielarka pokręciła głową, zrezygnowana. – W to akurat wierzę. Ale nic jej nie jest, prawda? To dobrze. Pójdę do niej za chwilę. – Ale po co? Wszystko zrobiłem. – Dziękuję, jesteś wspaniały. Ciekawe, jak tam we wsi. – Strategicznie zmieniła temat. – Wczoraj odna- lazła się kapota... – Nikogo tu nie było, więc chyba cię nie potrzebu- ją. – Odstawił wiaderko po przecedzonym już mleku. – Głodna? – Nie, obżarłam się tej nocy jak bąk. Starczy mi do kupalnocki! – To świetnie! – Złapał ją wpół i mocno przyciągnął do siebie. – No to teraz poświętujemy po mojemu! – Ale już po wilczych świętach! – pisnęła, niby to się broniąc. – Tak, ale Gody trwają, nie? No to pokaż wilkowi, dziewczynko, jak bardzo są Szczodre. Mróz nie odpuszczał. Szczypał w nos i policzki, rzeźbił długie sople u strzech. Słońce przygrzewa- ło, skrząc się na śniegu i rażąc zielarkę w oczy, kiedy szczelnie otulona podbitym futrem płaszczem scho- Marta Krajewska 47 dziła do wioski. Była w tak świetnym humorze, że usłyszawszy wesołe piski od strony skutego na kość je- ziora, zboczyła w tamtą stronę i przez dłuższą chwilę ślizgała się po lodzie wraz z dzieciakami. Potem po- żegnała się, na odchodnym machając odzianą w grubą rękawicę dłonią, i ruszyła w dalszą drogę. Szczęśliwy czas wokół zimowego przesilenia trwał w najlepsze. Ludzie odpoczywali, odwiedzali się na- wzajem, popijali miód i dużo jedli, co jakiś czas za- rzekając się, że więcej już w siebie nie wcisną, a potem jedząc dalej. – Witajcie, panie Tinne! Larse! – przywitała się zielarka, mijając sąsiadów. – Pięknie nam się Swarog odradza, prawda? Okutani w płaszcze i futrzane czapy mężczyźni ciągnęli za sobą sanki. Każdemu dostała się do woże- nia jedna z córek Tinnego. Dziewczynki były niedu- że, ale najwyraźniej zabawa trwała od jakiegoś czasu, bo mężczyźni zdążyli się porządnie zziajać. Z ochotą przystanęli na moment. – Ano. – Tinne poprawił opadającą na czoło cza- pę. – Aż trudno uwierzyć, że Sine Wody mogłyby dziś zamarznąć, taki piękny dzień. – Na Roda, ten znowu o swoim! – Larse pokręcił głową. – Ciesz się słońcem, a nie myśl o najgorszym! – Na powrót wiecie kogo zawsze trzeba być przygo- towanym. Prawda, opiekunko? Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. W taki dzień jak ten sama nie wierzyła, żeby złe miało nadejść za jej życia. Zaszyj oczy wilkom 48 – Czasem trzeba pozwolić sobie zapomnieć, panie Tinne – odrzekła. – Nie mówię, że na zawsze, ale na chwilę. No, bawcie się dobrze! Pomachała do rozradowanych dziewczynek, na co starsza uśmiechnęła się promiennie i odmachała. Odchodząc, Venda zobaczyła jeszcze kątem oka, że mała szturcha łokciem młodszą. – Czemu nie odmachałaś, Heliczka? – dotarło do uszu zielarki. – Jak nie będziesz grzeczna, opiekunka naśle na ciebie potwory. Venda parsknęła pod nosem, ale dziewczynki nie mogły już tego widzieć, bo sanki ruszyły w jedną stro- nę, a opiekunka pomaszerowała w przeciwną. Już wiem, dlaczego dzieci na ślizgawce tak dziw- nie na mnie patrzyły, pomyślała rozbawiona. Zostałam straszakiem na łobuzów. Pozdrawiając po drodze kilku sąsiadów, dotarła do chaty Lusego. Od dnia porodu Atrą opiekowała się zaglądająca do niej co dzień Marozowa, a pomoc opiekunki ograniczała się do podsyłania odpowied- nich mieszanek ziół. Stara kobieta wiedziała, co robić. Venda ufała jej i skupiła się na świętach, bo wiedziała, że gdyby zaszła taka potrzeba, po prostu po nią poślą. Teraz jednak stwierdziła, że zajrzy do położnicy. Choć rana goiła się jak należy, Atra wyglądała bar- dzo marnie. Jasne loki opadały jej w nieładzie aż do pasa, niemyte i nieczesane od kilku dni. Piękna twarz wychudła, oczy podkrążyły sine cienie. Powitała opie- kunkę naburmuszonym wyrazem twarzy i spojrzeniem zamkniętego w klatce dzikiego zwierzęcia. Marta Krajewska 49 – Na Welesa, któż to się nareszcie objawił nam, ma- luczkim? – przywitała Vendę kąśliwie. – Toż to nasza opiekunka! Myślałam, że już nie żyjesz, bo ani widu, ani słychu po tobie... – Byłaś pod dobrą opieką – odparła spokojnie zie- larka. – Słuchaj się babki Marozowej, to szybko doj- dziesz do siebie. Kobieta prychnęła tylko, wywracając oczami, a jej mąż natychmiast zaczął się skarżyć: – Powtarzam jej, że musi leżeć, ale nie chce mnie słuchać. Co chwila wstaje, chociaż przecież mogę jej podać, co chce. – Nie da się tyle leżeć! – warknęła natychmiast po- łożnica. – Nikt by nie wytrzymał. Ty mnie w ogóle nie rozumiesz, matole. Demony zabrały moje dziecko, a ja mam się oszczędzać i czekać! Aż mnie skręca w środ- ku, nie możecie tego zrozumieć, tumany jedne?! – Uspokój się, Atra. – Venda skarciła ją ostro. – Wiemy, jak wygląda sytuacja. Jeśli chcesz szybko wyjść z chaty i pomóc szukać swojego chłopca, to się podporządkuj. Im bardziej stajesz okoniem, tym dłużej tu poleżysz. Ogarnij się, umyj, przepierz te łachy i zrób coś z włosami, bo wyglądasz jak wiedź- ma spod skały. A potem na posłanie i leż, aż wydo- brzejesz. – Tak, bo mi teraz na wyglądzie zależy – prychnęła blondynka, ale odruchowo przejechała dłońmi po zle- pionych potem lokach. Venda znała doskonale próżność najpiękniejszej w dolinie i wiedziała, gdzie uderzyć. Zaszyj oczy wilkom 50 – Bierz się do życia, dziewczyno – poradziła. – Spo- dziewałabym się po tobie czegoś więcej niż użalania nad sobą. Zamień te jęki i stęki w gniew przeciwko tym, którzy są winni całemu bałaganowi. A, nie! Nie możesz, bo to przecież ty. – Uśmiechnęła się na koniec złośliwie. Atra wydęła usta naburmuszona, ciskając z oczu piorunami. – To oni – burknęła. – To przez nich to wszystko. Cholerne demony nie wsadziłyby mi dziecka do brzu- cha, gdyby ojcom nie przyszło do głowy mnie swatać! – Co? – Zielarka poczuła, że jeszcze chwila i straci cierpliwość. Odłożyła torbę, w której szperała, poszukując ziół, po czym podeszła do posłania chorej. – O, nie – syknęła dobitnie i zaskoczyło ją, jak bar- dzo jej ton przypominał głos opiekuna. – Mogłaś mieć każdego chłopca w dolinie. Mogłaś się szmacić i wziąć sobie nawet któregoś z żonatych, pewnie żaden by się nie oparł. Ale nie, ty wolałaś się puszczać z demona- mi. Dopiero one były dość dobre, by ci dorównać, tak? Dość niezwykłe, wyjątkowe, tak jak ty. Nikt cię na Cmentarz Wyklętych siłą nie zaganiał, biegałaś tam pewnie w podskokach, niczym łania. Więc nie zwalaj teraz na rodziców, na demony czy na mnie, bo ty i tyl- ko ty odpowiadasz za tę tragedię. – Ale… – I to przez ciebie – nie dała sobie przerwać – dziec- ko, które nie jest winne temu, kto je spłodził, leży bo- gowie wiedzą gdzie. Marta Krajewska 51 – No właś... – I przez ciebie – warknęła zielarka – będę narażać kark i stawać przeciw istotom, które pewnie przewyż- szają mocą nas wszystkich. Przez ciebie, twoją miłość do siebie i niewyżytą dupę. Miej więc chociaż tyle przyzwoitości, żeby siedzieć cicho, jak ci ktoś pomaga. A teraz muszę cię obejrzeć, więc łaskawie zrób to, co robisz najlepiej – rozłóż nogi. – Nic nie rozumiecie – mruknęła Atra przez zaci- śnięte gardło. – Nienawidzę was wszystkich. Venda przeszła na drugi koniec posłania, czekając, aż dziewczyna spełni jej żądanie. Nie patrzyła już na nią. Wiedziała, że piękność najchętniej by ją opluła i wyrzuciła z chaty. – Łamiesz mi serce. – Pozwoliła sobie jeszcze na ostatnią uszczypliwość. – A teraz szerzej. Już. Opiekun, kiedy żył, potrafił mówić w taki sposób, że nawet najbutniejsi dostawali szczękościsku. We- wnątrz w człowieku płonął żywy ogień, ale ton opie- kuna, połączony z surowym spojrzeniem szarych oczu, sprawiał, że nikt nie ośmielał się przeciwstawiać. Ven- da nienawidziła ojczyma z całego serca za rozkazy wy- powiadane w ten sposób. Aż do dzisiaj nie wiedziała, że też potrafi tak mó- wić. Odkrycie okazało się niepokojąco przyjemne. – Jest bardzo dobrze – orzekła po chwili ciszy. – Po- dziękujcie babce za opiekę. – Podziękujemy – przytak
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zaszyj oczy wilkom
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: