Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00402 031568 15615763 na godz. na dobę w sumie
Zauroczenie - ebook/pdf
Zauroczenie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 132
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4046-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> nowele
Porównaj ceny (książka, ebook (-29%), audiobook).

Stracony świat marzeń, czyli koszmar rzeczywistości.

Historia bohaterki, która w samotności i zagubieniu ślepo goni za niespełnioną miłością. Dążąc do zrealizowania wizji szczęścia nie zauważa, kiedy jej marzenia doprowadzają do tragedii. Wstrząsająca walka z samotnością, lękiem, złudzeniami. Powieść, która oszałamia, budzi niepokój, przeraża.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ZAUROCZENIE 2 © Copyright by Aleksander Sowa 2013 Projekt okładki: Aleksander Sowa Fot. www.sxc.hu ISBN: 978-83-272-4046-0 Korekta: Łukasz Mackiewicz – eKorekta24.pl -- Aleksander Sowa Self-Publishing Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, lub całości bez rozpowszechnianie części zgody wydawcy zabronione. Wydanie I, 2013 r. 3 1. Nikt mi nie wierzy, lecz dokładnie pamiętam dzień swoich narodzin. Trochę przypominał przebudzenie. A w życiu najgorsze bywają poranki. Jak dziś. Na dworze mróz. Stoję na balkonie, od zimna zgrabiały mi ręce. Wieje. Palę obrzydliwego papierosa, od którego chce mi się rzygać, ale palę go do końca. Do filtra. Nie będę się torturować zegarkiem. Wystar- czy to, co mam, bez jakiegokolwiek wysiłku. Nigdy nie lubiłam sylwestrowych zabaw. Ludzie się cieszą, a dla mnie jest w tym dniu coś przygnębiającego. Im jestem starsza, tym przygnębienie narasta. Nie moja wina, że urodziłam się 1 stycznia. Tak czy inaczej ten fakt wiele zdeterminował. Od zawsze i niemal wszędzie: w przedszkolu, w podsta- wówce, w liceum, a potem na studiach zawsze byłam najstarsza. Albo pierwsza na liście. A wiadomo, pierwsi mają najgorzej. No i w Nowy Rok mam zwykle kaca. Tak jak pozostali, tyle że mój jest podwójny. Jak dziś. W głośnikach słyszę muzykę z Psów, w oczach błyszczą mi łzy. Może dlatego, że upiłam się czystą? Jedno jest pewne. Nie ma lepszej nuty niż z Pasikow- skiego, szczególnie jeśli ciepłej wódki nie ma czym popijać. A miłość nie pomaga. Może być co najwyżej jednym z dodatków, jak ciężka choroba, wybuch bomby czy cokolwiek innego, ale nie wpływa na żadną z nas, na nic. Jak kaftan bezpieczeństwa – nie leczy, ale krępuje. Dawno zauważyłam, że bywają takie noce, kiedy umieramy, by chwilę później powstać, odrodzić się 4 znowu. One są jak misterium. Zbliżamy się do drugie- go człowieka tak blisko, że już bardziej nie można. Odkrywamy najbardziej miękkie części siebie, zaśle- pieni miłością, chemią czy jeszcze czymś innym. To jak kopulacja mózgów, wymiana doświadczeń, myśli, wspomnień i danych. A potem przychodzi ranek. I szlag trafia wszystko w oparach codziennej szarości. W naszym języku istnieje słowo na nazwanie tego, czego nazwać nie potrafimy. Chujowo. I właśnie tak się teraz czuję. 2. Światła: czerwone, zielone, fioletowe. Rytm. Umc, umc, umc, bum tarara. Błyszcząca kula kręci się pod sufitem, migając dziesiątkami błysków. Fuckeble mini, marszczone, błyszczące, kiecki zalatujące tanią dziwką, przydrożną tipsiarą na przerwie w trasie. Podpity sak- sofonista, w rozchełstanej bordowej koszuli, z plamką po majonezie na brzuchu. Coś gra, sam pewnie nie wie co, ale w tej sytuacji jest to niezwykle na miejscu. Nic, tylko postawić na stół jeszcze jedną półlitrówkę albo zero siedem i w tle zimnej rzeczywistości chlać ją do końca. Pić i płakać, płakać i pić. I tak za chwilę zacznie padać śnieg. Wszystko zasypie. Znikną ślady tego, co jeszcze przed chwilą było ważne, istotne, prawdziwe. – Kochasz mnie? – pytam go, zerkając zza stołu. – Tak – odpowiada. – Kocham cię. – Nawet jeśli jestem wariatką? – Nawet jeśli – mówi – jesteś jedynym człowie- kiem, jakiego znam, który zawsze mówi prawdę, 5 a mimo to i tak nikt go nie słucha. Oprócz mnie oczywiście. – Oczywiście – powtarzam. – Ale to mi wygląda na definicję wariatki. – Tak sądzisz? – Jestem pewna – mówię, wyjmując ostatniego dziś papierosa. Nikotyna oszołomiła mnie bardziej niż szampan o dwunastej, muzyka i taniec przez całą noc. No i ta pieprzona wódka. Bo mając dowód osobisty, należy pić wódkę. Inaczej nie wypada. Trzeba być patriotą. Za Grunwald, za powstanie warszawskie, za Wester- platte, Monte Cassino i, do chuja, nawet za Unię Eu- ropejską trzeba! Jutro, czyli dziś, będę mieć zajebistego kaca – myślę. Jak zwykle. Jak co roku. – Istnieje takie prawdopodobieństwo – mówi. – Z drugiej strony wiem – mruczę, a on słucha uważnie – że gdybym nie była wariatką, nie mogliby- śmy być razem. Jako normalna nie wytrzymałabym z tobą, wiesz? – Wiem. – Kocham cię, bo jestem szalona. A nie dlatego je- stem szalona, że cię kocham. To zasadnicza różnica. – Nie ma innego wyjścia? To jedyna możliwość? – Mąż odpowiada pytaniem. – Nie ma. Mam dosyć. Dosyć wszystkiego. Dosyć petów, szampana, tego cholernego saksofonisty, Psów, sylwe- strowych bali, urodzin i całej reszty też mam dosyć. Właśnie skończyłam czterdzieści lat i wcale mnie to nie cieszy. Bo co w tym wesołego? Przez całe życie 6 wszystko było proste i oczywiste. Teraz jest prawdzi- we, ale czuję się zagubiona. A ta prawdziwość prze- pełniona informacjami, kolorami, historiami – wszyst- kim, jest taka nierzeczywista. Czasem wolałabym, żeby było inaczej. Jak kiedyś. Wolałabym być gdzie indziej. Nie wiem gdzie dokładnie, lecz wiem, że w zajebistej szczególności nie tu, gdzie się znalazłam. – Jestem zmęczona. – A ja pijany. – Wracamy do domu? – Wracamy. Taksówka trzęsie się na wybojach opustoszałego miasta jak wóz drabiniasty. W radio znów słyszę ten sam, pieprzony saksofon. Ta sama pieprzona melodia. Znam ten utwór, tylko nie mogę sobie przypomnieć skąd. Czy będzie mnie prześladował do następnego grudnia? Albo, co gorsza, przez następne czterdzieści lat? Może tak właśnie zaczyna się starość? – To blues. – Mąż mruczy pod nosem. – Co powiedziałeś, kochanie? – Niedobrze mi. – Aha. – Wszystkiego najlepszego. – Co mówisz? – Nic. Konwersacja na poziomie czwartej nad ranem. Kieruję oczy ku niebu. Chmury ocieniają nieregularnie śnieg. Jest pełnia. Księżyc wygląda pięknie. Przypomi- na mi pewien mroźny ranek na przystanku, kiedy mia- łam dwadzieścia lat. Dwadzieścia! Niby tak niedawno, a jakby całą wieczność temu. 7 Stada czarnych ptaków. Nie wiem, gawronów, je- banych wron, kruków? Nieważne. Ich widok, kiedy krakały, machały skrzydłami albo kroczyły nieśpiesz- nie po ziemi, ruszając jednocześnie szyjami, przypra- wiał mnie o mdłości i czynił tę scenę, ten mroźny ra- nek na tym przeklętym przystanku wizją tragiczną. Mogłam to znieść tylko dzięki tej jasnej, złotawej pla- mie na jaśniejącym od świtu niebie. Teraz ten sam księżyc mam gratis. Jest tak samo piękny, czysty i niepretensjonalny jak wtedy. Bez ma- łomiasteczkowości, bez zawiści, jednakowy, sprawie- dliwy. Dla wszystkich. I tylko dla mnie. Mąż opiera się o moje ramię. Jego dotyk jest cie- pły, kojący. Na wiele pytań można znaleźć odpowiedź, trzeba tylko poczekać. Może dzisiaj wystarczy do rana? To jedynie kilka godzin. Choć za oknem taksówki noc trwa w najlepsze, do świtu jeszcze daleko. 3. W domu, jak zwykle, zostaję w garderobie odrobi- nę za długo. Uwielbiam tę chwilę, te okruszki minut i sekund tylko dla mnie. Jestem wtedy sama ze sobą. Każdy potrzebuje takiego samotnego istnienia, cho- ciażby przez chwilę. Za drzwiami słyszę jego ciche chrapanie. Uśmie- cham się ciepło. Mam prawie wszystko, o czym marzy- łam. Męża, który mnie kocha. Pieniądze, które wydaję. I nawet ten kochany stolik z oświetlonym lusterkiem do demakijażu, jakiego zawsze pragnęłam. Mogę ma- lować swoje obrazy. Ale w środku jestem spalona. 8 Ściernisko w sierpniu, las po wyrębie, elektrownia w Czarnobylu po 1986 roku. – Drodzy państwo – słyszę – właśnie minęła czwarta zero zero. Jest pierwszy stycznia dwutysięcz- nego… Spieprzaj! – myślę zirytowana. Nie trzeba mi przy- pominać. Sięgam, by wyłączyć odbiornik, ale w połowie drogi zatrzymuję rękę. Palec zastyga w powietrzu. Znów ten utwór. Trzeci raz dzisiaj. Dziwne. Może to nie przypadek? Z pewnością, bo ży- cie nie zna przypadku. Wszystko zawsze jest z góry zaplanowane. Jesteśmy tylko trybikami, które naoliwia- ją się naszymi planami. Niech zostanie. Zmywam makijaż. Mam piasek pod powiekami. Kolor nocy wokół oczu znika. Już wiem, to Stare Do- bre Małżeństwo. Patrzę w lustro. Odbija się w nim twarz kobiety, wciąż młodej, lecz bez blasku, jaki wi- dywałam jeszcze kilka lat temu. Zdjęły go wspomnie- nia, które teraz szarpią niczym wilki. – Jakie by one były – nie wiem, dlaczego szepcę do siebie głośno – z czasem wszystkie stają się dobre. Dlatego zawsze są lepsze od marzeń. – Tak myślisz? – W głowie natychmiast słyszę py- tanie. – Nie myślę. To pewność – odpowiadam niemal bezgłośnie. To jak modlitwa. Codzienna rozmowa z Bogiem. Nie kłamię. Czy modląc się, trzeba bez sensu powta- rzać regułkę? Naprawdę uważam, że tak nie jest, a te słowa po latach okazują się bardzo prawdziwe. Wola- łabym, aby było inaczej, ale nie mam wyboru. Marze- 9 nia zamieniły mi życie w udrękę i stało się ono kosz- marem. Dotąd nie potrafię się z niego obudzić. Jeśli miłość jest karą, to moje życie jest tego najlepszym dowodem. – Ale przecież nie zawsze tak było. – Słyszę. – To prawda. Nie zawsze – odpowiadam, kiwając głową. – Między niebem a piekłem można znaleźć trochę miejsca na miłość. Tylko potem trzeba umieć się przebudzić. 4. Tamtej wiosny średnia płaca wynosi sto siedem ty- sięcy złotych. „Gazeta Wyborcza” ukazuje się po raz pierwszy, zostają zniesione kartki na benzynę, talony na samochody i kwity na węgiel. Rozpoczynają się ob- rady Okrągłego Stołu, a ja i Laura wracamy z kina ze Sztuki kochania z Machalicą jako doktorem Pasikoni- kiem. Ale prawdę mówiąc, nic mnie to nie obchodzi, kiedy kilka tygodni później Szczepkowska w „Dzien- niku Telewizyjnym” powie, że właśnie „skończył się w Polsce komunizm”. Ja jestem wówczas studentką pierwszego roku Akademii Sztuk Pięknych na Wydzia- le Malarstwa i Rzeźby we Wrocławiu. Zamierzam zo- stać artystką malarką. Nie jestem już nastolatką i po raz pierwszy zakocham się naprawdę. Tylko to się li- czy. Prawie. – Jak ma na imię? – pyta Laura. – Igor. – Przystojny? 10 – O tak! – odpowiadam. – Ma brązowe oczy, dłu- gie rzęsy i kształtny nos. Wysoki jest, dużo wyższy niż ja. – Jak go poznałaś? Używam bezwstydnie słów „miłość”, „literatura”, „sztuka” i „przyszłość”. Nie przypuszczam, że może mnie spotkać coś, co zmieni następne dwadzieścia lat mojego życia. – Widziałam go na balkonie, w naszym akademiku – wzdycham. – Aaa, już wiem! Widziałam go – drwi przyjaciół- ka. – Ale jak go poznałaś? – naciska. – Dopiero zamierzam go poznać. – A… zamierzam! To co innego. Wszytko przed tobą. – To znaczy co? – No, możliwe, że nic. Nieważne, może tobie się poszczęści. Tego ci życzę. A teraz lepiej powiedz, jakie ma dłonie. Zawsze zwraca uwagę na dłonie u chłopców, nie wiem czemu. Poznałyśmy się na egzaminach, a potem zamiesz- kałyśmy razem w akademiku. Zaprzyjaźnię się z nią na całe życie. Jest moim przeciwieństwem i to jest najbar- dziej niezwykłe. Potwierdzamy regułę, że przeciwień- stwa potrafią się przyciągać. Odmienne charaktery wzajemnie się uzupełniać. Ferromagnetyczna ludzka natura. – Nie wiem. Nie widziałam jeszcze – mówię. – Ale zobaczyłam jego uśmiech. – I? 11 twarzy go widzę. W – Nie potrafię zapomnieć tego błysku w oczach, kiedy mnie dostrzegł. Rozumiesz? Prześladuje mnie widok jego twarzy, kiedy się uśmiechał. W prawie każ- dej telewizji, na ulicach, w myślach. Wszędzie. Zadbany, chociaż nieogolony, ale z tym mu jeszcze bardziej do twarzy. Taki typ, wiesz – wzdycham – niegrzecznego chłopca. Już na pierwszy rzut oka widać, że to niezłe ziółko. – Zazdroszczę ci. – Czego? – No, jego. – Ty? – No, a co? Jestem jakaś inna? – Laura, proszę – oburzam się – przecież jeśli ze- chcesz, możesz mieć każdego faceta. Uwodzenie masz we krwi. Jak hemoglobinę. Nie to, co ja. Mnie poca- łował w życiu jeden, jedyny facet! Co zresztą i tak nie ma znaczenia. A ty – wystarczy, że kiwniesz palcem. – Nic nie rozumiesz. – No to wyjaśnij. – Może i mogę mieć każdego, ale nigdy nie spra- wię, aby któryś patrzył na mnie tak, jak ten twój Igor patrzy na ciebie. Rozumiesz? To ty możesz czuć się szczęśliwa. Szczęśliwa? – zamyślam się na chwilę. Nie umiem znaleźć słów, które oddałyby moje uczucia. Co to w ogóle jest to szczęście? I czy istnieje? Zwykle i tak wszystko kończy się na mężu, psie, rybkach w akwa- rium i pieluchach na balkonowym sznurku. I to całym uporządkowanie. Zazębiające się kółeczka. Dom, przedszkole albo szkoła, praca, obiad, telewizor do 12 dziewiętnastej, a potem łazienka, trochę seksu, jak starczy sił, i budzik na rano, na tę samą porę co zaw- sze. Bo tak trzeba. Tylko białe lub czarne. Dopasowa- ne ząbki codzienności ze zbędnymi kilogramami i cel- lulitem w promocji. Gratis. Rachunek bez reszty. – Co masz na myśli? – No, że się zakochałaś. – Myślisz? – Jakoś mi na to wyglądasz. No bo ile znam szczęśliwych par? Fakt, kilka. Ale czy naprawdę są szczęśliwi? Może tylko przyzwyczaili się do siebie i są razem z lenistwa albo przyzwyczaje- nia? Bo na pewno nie z miłości. W niej samej kiedyś, na początku, może zatliło się coś na chwilę. Może nawet paliło się jasno. Ale potem, jak zwykle, zgasło niepostrzeżenie. Zwiewne uczucie zdmuchnięte przeciągiem kolejnego poranka wypeł- nionego oczekiwaniem na mroźnym przystanku na autobus do pracy podskakujący na dziurach w asfalcie. – Muszę go bliżej poznać – postanawiam. – Słusznie. Ale jak cię znam – Laura kpi ze mnie – z tą twoją odwagą może to nie być łatwe. A na pewno nie szybkie. – Przestań. – Karcę przyjaciółkę, choć wiem, że ma rację. Jestem nieśmiała jak mało która dziewczyna. Za- zdroszczę wszystkim, choćby Laurze, że może podejść do chłopaka ot tak, bez ceregieli, i zacząć flirtować, jeśli tylko przyjdzie jej na to ochota. A nie jestem prze- cież brzydka. Wprawdzie piersi mam mniejsze niż Lau- 13 ra, ale za to dużo ładniejsze oczy, nie mówiąc już o pełnych ustach. – I co? Będziesz czekać i wzdychać, przypominając sobie, jak pierwszy raz pojawił się na balkonie? – pyta Laura, a ja myślę, że chciałabym być tak przebojowa jak ona. – A co mi pozostaje? – Poznać go! – Tak po prostu? – Tak! – Muszę poczekać. – Na co? – Przecież nie mogę zaczepić go ot tak, na koryta- rzu – bronię się – w stołówce albo przyjść do jego po- koju! – Niby dlaczego? – Przyjaciółka nie posiada się ze zdziwienia. – No jak to? – Normalnie – wzrusza ramionami. – Znajdź jakiś pretekst. Nawet najgłupszy. Co w tym trudnego? – Ja tak umiem, nie potrafię. – Szybka to ty nie jesteś. Umarłabym chyba ze wstydu. Igor mi się podoba, ale jak tylko pojawia się w pobliżu, paraliżuje mnie strach. I te cholerne rumieńce, których już chyba nigdy się nie pozbędę! Kiedy Laurze podoba się jakiś facet, patrzy na niego z uśmiechem. A kiedy Igor pojawia się w pobliżu, muszę udawać, że go nie zauważam. Jestem pewna, że wreszcie zauważy, jak czerwienieją mi się policzki. – Co mam zrobić? 14 – Aleś ty głupia! – Wiem, wiem. – To wszystko przez ten twój Kościół. – Laura, dajże spokój! – Ale taka jest prawda, kochana. Zamiast modlić się, aby do ciebie podszedł, powinnaś chwycić prze- znaczenie w swoje ręce. I po sprawie. Być albo nie być. – Łatwo ci mówić! Tobie nie sprawia to żadnego problemu. – Bo to nie jest problem. Uśmiecham się. Dobrze wiem, że Laura, choć ko- cha mnie jak siostrę, uważa jednocześnie za dziwadło. I ma trochę racji. Mam dwadzieścia lat i wciąż jeszcze nie spędziłam pierwszej nocy z mężczyzną. Ona to zrobiła już pierwszej klasie liceum. – Dla ciebie wszystko jest proste i oczywiste. – Daj spokój – odpowiada. – Za dużo myślisz i marzysz. Mniej marzeń, więcej działania. Potem Laura znika w nocy, a ja zostaję sama w pokoju z Emily Brontë albo Jane Austen. Czasem z innych powodów: egzamin, post albo… Nieważne. Lubię te jej eskapady. Wraca kilka godzin później, peł- na tajemniczych zapachów, wspomnień, podpita, zmę- czona, ale szczęśliwa. – Upolowałaś coś dzisiaj? – pytam. – Chcesz wiedzieć? I wtedy, dopóki nie zaśnie, opowiada w ciemno- ściach, co przeżyła. A ja nie mogę w to uwierzyć. Mo- że mnie oszukuje, zmyśla alko koloryzuje? Nie wiem. Ale te pocałunki w bramach, pieszczoty na klatkach schodowych albo seks z chłopakami bez imion, bez 15 twarzy, podniecają mnie. W takie noce, kiedy Laura szeptem opowiada przygody, czuję, jak gdzieś we mnie rodzi się coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczy- łam. Jakieś ekstatyczne ciepło, tam pod brzuchem. Mam ochotę tego dotknąć, poczuć, wyzwolić się, lecz nie rozumiem dlaczego. I tylko zdaję sobie sprawę, że to coś nadchodzi. Nieubłaganie. Nieustępliwie. I mę- czą mnie wyrzuty sumienia, bo przecież myśląc tak, najzwyczajniej grzeszę przeciw Bogu. 5. Drzwi uchylają się z cichym skrzypnięciem. Od- wracam wzrok znad pięknie wydanego albumu malar- stwa Modiglianiego. I w tej samej chwili jak porażenie prądem dopada mnie po kręgosłupie wraz nieprzy- jemnym dźwiękiem jeszcze bardziej nieprzyjemny dreszcz. To jest elektrowstrząs, jak piorun, jak blask. – Igor – szczebiocze Laura w drzwiach – to moja przyjaciółka, Julia. Poznajcie się. To o niej ci opowia- dałam. Gramolę się jak fajtłapa z łóżka. Igor podaje mi dłoń. Czuję jej ciepło. W tej samej chwili przychodzi mi na myśl, że jestem rozczochrana jak jakieś straszy- dło. Jezu! Nie mogła mnie Laura, do ciężkiej cholery, ostrzec!? Jestem na nią wściekła. – Masz piękne imię, wiesz? – Dziękuję – bełkoczę. – Jak u Szekspira. 16 U Szekspira? Od dziecka to słyszę, a mimo to ru- mienię się jak dziewczynka z pensji, laleczka z blond loczkami, rodem z pieprzonej wiktoriańskiej powieści. – Masz piękne loki. – Następny komplement mnie zawstydza. – A co? Jestem rozczochrana? – Nie, po prostu fajnie wyglądasz. – Uśmiecha się. – Mógłbym dla nich oszaleć. – Uff. Dzięki. – Proszę bardzo. Cieszę się, że się poznaliśmy. – Ja także – odpowiadam, bo tylko na to mnie stać. – Igor – wtrąca się Laura – mówiłeś, że w przy- szłym tygodniu będzie jakieś śpiewanie na korytarzu? Dobrze pamiętam? – Tak – przytakuje bez zastanowienia. – Pomyśla- łem, że jeśli nie miałybyście niczego ciekawszego do roboty, to może wpadłybyście na koniec korytarza, co? Razem rzecz jasna. Wezmę gitarę, zagram. Pośpiewa- my. Będzie przyjemnie. Laura opowiadała, że umiesz śpiewać. – Przesadziła. Jak zwykle. – Oj tam! Oj tam! Już nie bądź taka skromna. – Laura natychmiast przejmuje inicjatywę. A ja zastana- wiam się, czy ona to spotkanie zaaranżowała, czy zja- wili się tu z Igorem przypadkiem. – Przyjdziemy na pewno – odpowiada za mnie. Kiwnięciem głowy też się godzę. To nie może być przypadek. Musiała to uknuć. Gdy Igor wychodzi i drzwi się za nim zamykają, stoję dalej na środku pokoju niczym sierotka, Kopciu- szek zaproszony na bal. Patrzę na Laurę z otwartymi 17 ustami, niema, zaszokowana, oszołomiona szczęściem. A ona z triumfalnym uśmiechem sięga po zielone jabł- ko i rzuca się z nim na łóżko. – No co, smoluchu? – mówi z pełnymi ustami. – Dosyć już miałam twojego wzdychania. Czas wziąć się za swojego księcia. 6. Kilka dni później faktycznie się spotykamy. Jest czwartek, sesja już blisko, ale w ogóle mnie to nie ob- chodzi. Najważniejszy jest Igor. A w akademiku życie płynie swoim rytmem. Pobudka, mycie, śniadanie i wyjście na wykłady albo ćwiczenia. Po szkole obiad, czas wolny. Kolacja i znów czas wolny do ciszy noc- nej. Nauka to tylko dodatek. – Co z Igorem? – pyta mnie Laura. – Nic. – Jak nic? – Poza „cześć” na korytarzu nic nas ze sobą nie połączyło. Jeszcze. – Julka, ty mieszkasz w akademiku czy w klaszto- rze? – Nawet nie wiesz, jaką mam ochotę, by podejść do niego i zapytać o cokolwiek. Tak jak ty byś to zro- biła. Zadać nawet najgłupsze pytanie. Nieważne. Zaga- ić o coś błahego, byle tylko zbliżyć się do mężczyzny ze swoich fantazji. – Więc na co czekasz? – Na dzisiaj. – Na dzisiaj? 18 – Tak. Dziś śpiewy. – A, zapomniałam! Słusznie. No dobrze, ale po- znałam was w zeszłym tygodniu. – Coś mnie powstrzymuje. Naprawdę nie wiem co. Uważam, że to chłopak powinien zrobić pierwszy krok. Jak by to wyglądało, gdybym to ja wyszła z ini- cjatywą? – Gdzie ty żyjesz, kobieto? Normalnie! Mamy dwu- dziesty wiek! – Wolę poczekać cierpliwie. – Na co? – Dzisiaj to się okaże. W tamtych latach życie wyglądało trochę inaczej – uśmiecham się do wspomnień. Nie było Internetu, komórek, w telewizji tylko jedynka i dwójka. Suzin i Loska. A ja marzyłam, że mój książę wreszcie mnie zauważy. Wreszcie przychodzi wieczór. Idziemy z Laurą. Jest kilkunastu ludzi. Najpierw rozmawiamy, śmiejąc się i żartując. Pijemy tanie wino z butelki. Butelka wę- druje z rąk do rąk. I wtedy pojawia się Igor z gitarą, a wraz z nim w atmosferę tamtego wieczoru wkrada się bliżej nieokreślony niepokój. – Zagrasz? – Żeby tylko! I zaśpiewam – mówi z czarującym, bezczelnym uśmiechem. Wzdycham, spoglądając na Laurę. Tymczasem wi- dzę, że coś jej nie odpowiada. Ciekawość zżera mnie od środka. – Co? – Widziałaś jego ręce? 19 – I co? – Jakieś takie… Ma ranki na nich – szepcze konfi- dencjonalnie. – Widziałam strupki. A pod paznokciem małego palca ma coś czarnego. – No i co z tego? Mnie to nie przeszkadza. – O tak, tobie nic w nim nie przeszkadza. – Uśmiecha się. Igor jest nowy, więc nikt nie wie o jego talentach. Całe towarzystwo zaczyna śpiewać razem z nim. Igor, grając, zerka na mnie ukradkiem. Widzę, że coś iskrzy między nami. To jeden z najwspanialszych wieczorów z akade- mika, jakie zostaną w mojej pamięci. To były czasy, gdy ludzie jeszcze nie oddalili się od siebie tak jak dziś. Byliśmy młodzi, a on śpiewał tak pięknie. Dżem, Gre- chuta, Woźniak. Imponuje mi. Uśmiecham się do swoich wspomnień, choć dziś już nie wiem, czy są moje, czy mojego we mnie wroga. – To pewnie przez ten motor. – Jaki motor? – Widziałam, jak wczoraj przy garażach naprawiał motor – wyjaśnia Laura. – A smar jest czarny. – Dajże już spokój. Jedna mała kropka? To takie ważne? Laura się uśmiecha. Widzę, że się zgrywa. Wszyst- ko jedno – myślę – to i tak najprzystojniejszy facet, jakiego w życiu spotkałam. Tymczasem on zaczyna grać coś, czego nikt z nas nie kojarzy. Słuchamy, bo brzmi pięknie. A kiedy kończy, przełamuję się, po- pchnięta przez Laurę, i podchodzę do niego. 20 Po raz kolejny uśmiecham się do tego, co ożywa w mojej pamięci. Wędrówka wstecz bywa przyjemniej- sza, niż można by było przypuszczać. Nurzam się w przeszłości. – Pięknie grasz, wiesz? – zaczynam i nagle odczu- wam w sobie spokój. Spogląda na mnie odrobinę za długo. Uspokajam się pod jego spojrzeniem. Igor wkłada właśnie gitarę do futerału. Czuję, że jest mi gorąco. Co teraz powie- dzieć? – Skąd znasz ten utwór, ten o…? – pytam. – O czwartej nad ranem? – Tak, właśnie ten. – Niewielu go dotąd słyszało. – Ja nigdy. Ale szczególnie zapadł mi w pamięć. – Opowiem ci. Pochodzę z Paczkowa – zaczyna. – Nie znam. – To takie małe, senne miasteczko – uśmiecha się – gdzie prawie nic się nie dzieje. Mój były nauczyciel muzyki w zeszłym roku wpadł na pomysł, aby zorga- nizować ogólnopolski festiwal. Wiesz, poezja śpiewa- na, turystyczna, autorska, nieznane zespoły, początku- jący artyści. Bez komercji, bez tego wszystkiego, co się teraz zaczyna, takie trochę harcerskie klimaty. – Jesteś harcerzem? – Byłem kiedyś, dawno. – Widzę, że chyba trochę się tego wstydzi. – Uwielbiam chodzić po górach i to mi się podobało w harcerstwie – tłumaczy. – Ale teraz, wiesz, wszystko się zmienia, komunizm się kończy. Już nie ma pieniędzy dla młodzieży i dzieci. Harcerstwo już nie jest modne, pewnie nie przetrwa. A skoro mło- 21 dzi ludzie uwielbiają chodzić po górach i spotykają się, żeby pośpiewać i pograć na gitarze przy ogniu, to chy- ba nie ma w tym nic złego, prawda? – Jasne. – Postanowiliśmy więc zebrać takie towarzystwo. I nazwaliśmy ten festiwal Terepaczków. – Podoba mi się. – Tam po raz pierwszy raz usłyszałem ten utwór. Grało go Stare Dobre Małżeństwo. Słyszałem o nich wcześniej, ale nie widziałem nigdy na żywo. Bardzo przypadli mi do gustu. Nauczyłem się chwytów i tekstu. Mówili, że w przyszłym roku nagrają płytę, nazwą ją Cztery pory roku. – No a piosenka? – Co z nią? – Jaki ma tytuł? – A, to Czarny blues o czwartej nad ranem. – Zagrasz jeszcze raz? – Odważam się, spoglądając mu w oczy. – Tylko dla mnie? Jego spojrzenie jest jak niebo, pełne jasnego błęki- tu. Czuję w nim ciepło. Igor milczy chwilę, patrząc znów odrobinę za dłu- go, znad gitary w niezapiętym futerale, po czym jakby z pewnym wahaniem pyta wolno: – Tylko dla ciebie? – Tak. – Hm… – Udaje, że się zastanawia. – Tylko pod warunkiem że zamiast mnie to ty go zaśpiewasz. Natychmiast się rumienię. Wiem, że mam głos, ale paraliżuje mnie myśl o śpiewaniu dla kogoś. Tym ra- zem nie spuszczam jednak głowy. 22 – A masz tekst? – Proszę. – Podaje mi zeszyt. I śpiewam. Igor gra. Dzieje się coś nieoczekiwane- go. Pierwszy raz przełamuję się i śpiewam jak opętana, bez skrępowania, że ktoś mnie słucha, że patrzy i oce- nia. Nie obchodzi mnie to. Liczy się tylko on, ja i na- sza muzyka. Zatracam się w śpiewie, Igor nie przestaje grać, odwraca kartki z tekstem odręcznie napisanym niebieskim tuszem. I gra, gra, gra tylko dla mnie. Kiedy przestaje i odwracam się, uświadamiam so- bie, że za moimi plecami zebrał się w tym czasie spory tłumek. Z powrotem zjawili się ci sami ludzie, którzy wcześniej się rozeszli. – Brawo! Brawo! – krzyczy Laura. Rozlegają się oklaski. Igor wstaje, podaje mi rękę. Mam wrażenie, że zapadam się pod ziemię, ale on trzyma mnie mocno, wskazuje mnie i razem ze wszystkimi klaszcze. Potem całuje delikatnie, przy wszystkich, w policzek. Słyszę gwizdy, które nic a nic mnie nie obchodzą. Jestem szczęśliwa. 7. Przez najbliższe dni zbliżamy się do siebie. Pamię- tam dobrze spacer, kiedy nad Odrą pyta mnie o tatę. Jest ciepło, bardzo ciepło. Dziwne, bo w powietrzu wyczuwam delikatny zapach terpentyny. Takiej samej, jaką rozpuszczam farby, gdy maluję. – Czujesz? – pytam. – Co? – No terpentyna. 23 – Taka, z jaką mieszasz farby? – Tak. – Jesteś szalona. – Igor się uśmiecha. – Przecież je- steśmy na dworze. – Może ktoś niedaleko maluje – zastanawiam się przez chwilę – i wiatr niesie ten zapach? – Niczego nie czuję, ale kobiety podobno mają lepszy węch od mężczyzn – mówi. Jest dojrzały, mądry. A świat taki piękny. Jestem szczęśliwa. Niczego się z nim nie boję. Problemy zni- kają i jestem pewna, że gdybym skręciła kostkę, nawet bym nie zauważyła i mogłabym tańczyć dalej u jego boku. Byle tylko z Igorem. Wiosenny wieczór nie zachęca, by wracać do aka- demika. Można by siedzieć na ławce do rana. Księżyc odbija się od tafli wody, Igor przytula mnie i prosi: – Opowiedz coś o dzieciństwie. – To znaczy co? – Nie wiem. Cokolwiek. O tacie, mamie. Jakieś wspomnienie. – Nie znałam swojego taty – mówię. – Jak to? – Nie pamiętam go. Jedyne wspomnienie, jakie mi się z nim kojarzy, to mundur. – Był żołnierzem? – pyta, nieświadomie unosząc brew. Ciepło jego ciała, to, że mnie obejmuje, i niemal nic nieznaczący ruch czarnej kreski nad prawym okiem podniecają mnie. Nie wiem dlaczego, ale uwielbiam ten jego tik. Dziwne, bo przecież wspomnienie mun- 24 duru ojca kojarzy mi się z pustką w życiu, której nikt mi nie potrafił wypełnić. – Pilotem – odpowiadam. – Zginął? – Tak naprawdę to nie wiem, co się faktycznie wy- darzyło. – Opowiedz. – A chcesz tego słuchać? – Tak. – Mieszkaliśmy w Sochaczewie – zaczynam, na- brawszy powietrza. – Tato był kapitanem. Bawiłam się w domek na podłodze w kuchni, pod stołem, w moim ulubionym miejscu. Tato, wracając, zwykle udawał, że mnie szuka i nie może znaleźć, a ja siedziałam cichut- ko, aż mnie znajdował i przytulał. I drapał na żarty zarostem. Ale to wiem ze wspomnień mamy, sama tego nie pamiętam. Ani taty twarzy. Nikt mi nie chce wierzyć, ale dokładnie zapamiętałam dzień, w którym nie przyszedł do mnie. – Ile miałaś lat? – Niecałe pięć. To było dziewiętnastego stycznia siedemdziesiątego piątego. Ktoś zapukał do drzwi. Mama otworzyła. Myślałam, że to tatko, ale z kocyka pod stołem dostrzegłam innego mężczyznę w mundu- rze. Wskazał na mnie ręką i mama kazała mi pójść do swojego pokoju. Zamknęła drzwi. Potem chwilę szep- tali i mama zaczęła krzyczeć. Pamiętam dokładnie, jak przeraźliwie krzyczała. Przestraszyłam się i wyszłam do niej. – Co się stało, mamusiu? – zapytałam. 25 – Tato nie wróci, córeczko – odpowiedziała przez łzy. Długo mnie ściskała, tak mocno, że aż bolało. I ten jego mundur. W stalowym kolorze. Nie znoszę od tamtej chwili szarości. Wyjęła go z szafy, położyła na tapczanie. Ułożyła się obok i płacząc, przytulała się do mnie. Wieczorem wstała, wyjęła nożyczki i pocięła go na kawałeczki. – Co się dokładnie stało? – Powiedzieli, że tato się rozbił. Dopiero w liceum dowiedziałam się więcej. – To znaczy? – Mieliśmy mieszkanie służbowe. Musiałyśmy się wyprowadzić po śmierci taty. Armia zorganizowała pogrzeb, ale nie pamiętam niczego poza tym, że było zimno. No i przeprowadzkę do Wrocławia. Przerywam na chwilę, nachodzą mnie wspomnie- nia mamy. Zapach alkoholu, kłótnie babci z mamą o picie. I chwila, gdy nagle zrobiło się pusto, jak wtedy w Sochaczewie, kiedy tato nie wrócił, a ja nigdy więcej nie zobaczyłam mamy. Tyle że dwunastoletnia dziew- czynka rozumie znacznie więcej niż pięciolatka. Więcej też pamięta, choćby zapach czy pojedyncze słowa wy- powiadane jak przez mgłę. I wstyd, że matka jest alko- holiczką. Do dziś noszę w sobie poczucie winy, które- go chyba nigdy się nie pozbędę. Przemilczam prawdę o matce. Nie mówię Igorowi, że zabił ją tak naprawdę nałóg alkoholowy, w jaki wpadła po śmierci ojca, a nie nieostrożny kierowca, który potrącił ją pod sklepem. Nie raz zadawałam so- 26 bie pytanie, czy gdyby była trzeźwa, weszłaby pod ko- ła. Czy gdyby nie nałóg, poszłaby do monopolowego? – Kiedy miałam dwanaście lat – wyjaśniam Igoro- wi – byłam wtedy w szóstej klasie, mamę potrącił sa- mochód. Zmarła na miejscu. Później wychowywała mnie babcia. Dopiero dwa lata temu pojechałyśmy w Święto Zmarłych do Sochaczewa, odszukałyśmy grób taty i poznałam prawdę. – Ojciec się nie rozbił? – Z tego, co powiedziała babcia – mówię dalej – od dziecka kochał lotnictwo. Już jako szesnastolatek był pilotem szybowcowym. Po liceum od razu poszedł do Dęblina i skończył szkołę z najlepszym wynikiem. Był świetnym pilotem, na Iskrze pobił kilka rekordów. Skierowano go na ołówki do Krakowa. – Na co? – Tak nazywał samoloty, na których latał. – Aha, rozumiem. – W Krakowie, jako porucznik, poznał mamę i wzięli ślub. Wkrótce dostał awans na kapitana. Potem przenieśli go do Sochaczewa. – Dlaczego? – Najlepsi z najlepszych trafiali do rozpoznania. A w Sochaczewie był pułk rozpoznania właśnie. Tam przyszłam na świat. – Aha. – Babcia mi wyjaśniła, dlaczego nie wierzy w to, co wojskowi powiedzieli o śmierci taty. – To znaczy? – Tuż przed śmiercią tato powiedział babci, że się boi. 27 – Dlaczego? – Bo zaczął latać na ołówkach z nowym ruskim silnikiem. Samoloty rozpędzały się do dwukrotnej prędkości dźwięku, ale były bardzo awaryjne. Miały dopalacz, ale ojciec skarżył się, że po trzech minutach silnik czasem po prostu gaśnie. A MiG-21 to nie szy- bowiec. No i Rosjanie strzelali do nich prawdziwymi rakietami, bo dzięki dopalaczowi samolot mógł im uciec. Wcześniej już dwa razy tacie zgasł silnik. Raz po starcie, ale tatko nawrócił i wylądował, choć wszyscy myśleli, że już po nim. No i drugi, kiedy musiał się ka- tapultować. Tamtego dnia, kiedy nie wrócił, podobno miał lecieć na zwiad nad Ukrainę, zrobić zdjęcia i na dopalaczu wracać do bazy. Tyle że na niewielkiej wy- sokości. Babcia powiedziała, że tego ojciec bał się naj- bardziej. Mamie mówili, że samolot rozbił się na lotni- sku w wyniku błędu pilota przy lądowaniu, tymczasem tato po prostu nie doleciał. I nikt nie wiedział, co tak naprawdę się stało. Nawet jego koledzy piloci. – Więc co mogło się wydarzyć? – Myślę, że w drodze powrotnej zgasł silnik, samo- lot nie miał wysokości, aby wylądować gdzieś bez- piecznie, i się rozbił. A może dogoniła go ruska rakie- ta? Nie wiadomo. Już pewnie nigdy się tego nie dowiem. Ale myślę, że to, co nam powiedzieli, nie by- ło prawdą. – Dużo wiesz o lotnictwie. – Pewnie gdybym urodziła się chłopcem – uśmie- cham się – byłabym dzisiaj pilotem. – Pewnie tak. 28 Spoglądam w jego oczy i mam ochotę go pocało- wać. Mam nadzieję, że zaraz to zrobi. Z drugiej strony dociera do mnie, że nie doświadczałam nigdy takiego uczucia. Czy to jest właśnie miłość? Nigdy nikogo nie kochałam. Patrzę na jego usta, a on zamiast objąć je pocałunkiem, mówi: – Mocne. Jest już rano. Wracajmy. 8. Kilka dni później kolega z grupy uśmiecha się i przekazuje mi pozdrowienie. Doskonale wiem, od kogo pochodzi, ale udaję, że nie rozumiem. Jestem podniecona, szczęśliwa, w mojej głowie kłębią się myśli. – Od Igora? – pytam. – A od kogo innego? Tymczasem zbliża się zaliczenie. Muszę oddać pracę w oleju, na płótnie, a głowę wypełnia mi tylko pustka. Co powinnam namalować? Następne dni nie przynoszą nic nowego. Szkoła, nauka, zajęcia. Gdy któregoś dnia leżę u siebie i czytam książkę, w drzwiach pojawia się Igor z tym swoim bezczelnym uśmiechem. I z ciastem na talerzu. – Lubisz sernik? – Uwielbiam! Szczególnie jeśli przyniesie go ktoś taki jak ty – odpowiadam. – To znaczy kto? – Szalony gitarzysta. – Dlaczego szalony? – Każdy gitarzysta jest szalony. – Tylko dlatego, że piecze ciasto? 29 – Sam je upiekłeś? – pytam, a źrenice rozszerzają mi się ze zdziwienia. – Sam je kupiłem – mówi z szelmowskim uśmie- chem. – Ty draniu! A już prawie dałam się nabrać. Rozmawiamy długo. Czas przestaje mieć znacze- nie. A kiedy Igor znika za drzwiami, nagle robi się pu- sto w moim świecie. Ta pustka będzie mi towarzyszyć przez następne lata. W powietrzu oprócz zapachu sernika jest coś jesz- cze. To oczekiwanie na to, co wkrótce musi się zda- rzyć. Czy jestem już zakochana, czy to dopiero zauro- czenie? Nie wiem, ale rozumiem, że to się już dzieje. 9. Maluję. Pędzel umoczony w gęstej farbie, niczym w krwi, to przedłużenie mojej duszy, mojego „ja”. Ruch ręki bierze początek gdzieś bardzo daleko od nadgarstka. Biegnie przez palce. Żyłami pod skórą na ramieniu, a na wysokości barku rozdziela się na dwie odnogi. Jedna wędruje do serca, a druga ku głowie, gdzie widzę kolorowe, pachnące terpentyną obrazy. Do tego cichutko śpiewam. – Piękne. – Słyszę nagle za sobą. – Nie słyszałam, kiedy wszedłeś. – Bo jestem jak kot. – Kot, który wyjątkowo pięknie gra, mój drogi – odpowiadam z uśmiechem. – Nie piękniej, niż ty malujesz. – Pomyliłeś szkoły. Powinieneś zostać muzykiem. 30 – A ty moją dziewczyną. Jego słowa zatykają mi oddech. Tymczasem Igor podchodzi i ujmuje moją twarz w dłonie. Są ciepłe, gładkie. Całuje mnie delikatnie w usta. Zarost na jego twarzy kłuje, drażni, ale podnieca. Dotykam jego po- liczków. Po chwili spogląda mi w oczy. Upuszczam pędzel na ziemię. Włosie umaczane w czerwonej farbie brudzi mi but. – Co ty na to? – dodaje, lecz nie pozwala odpo- wiedzieć. Znów zamyka mi usta, chwyta dłonie i splata swo- je palce z moimi. Opiera o ścianę pracowni. Poznaję jego smak. I ten jego zapach, niepokojący, kuszący. Pięknie pachnie. Mężczyzną i spełnieniem. Tajemnicą i przeżyciami. Pachnie tym, co przeżył. Bo to się zaw- sze w człowieku odkłada. I można to wywąchać, wydo- tykać, wypatrzeć lub wysmakować. Próbuję to zrobić. Daję się ponieść uczuciu. Ściska mnie w środku, ale w tym zapachu jest wolność, która gdzieś głęboko mnie niepokoi. To uczucie mnie dręczy. Do tego ter- pentyna odurza niczym narkotyk. – Usmarowałaś mnie farbą. – Przepraszam – odpowiadam. Śmiejemy się wpatrzeni w siebie, dotykając się czo- łami. Jestem wreszcie szczęśliwa, bo pocałunkiem przypieczętowaliśmy oficjalnie coś, co i tak już było. Ale nie miało nazwy. – Muszę pojechać do domu – mówi. – Motorem? Jeszcze raz czuję, jak miękkie usta lekko muskają moje. Zmysłowy dotyk dolnej wargi Igora wyznacza 31 chwilę, w której przekraczamy nieznaną nam granicę. Za nią może być już tylko miłość – myślę. – Wszystko jedno – odpowiadam, łapiąc oddech. – Ale nie dla mnie. Tym razem to ja obejmuję jego wargi. Przyciągam je do siebie jak magnes metal. Igor odwzajemnia moje frenetyczne pocałunki. Całujemy się krótko, ale wspa- niale, jak nigdy dotąd. Nigdy się tak nie całowałam. Z nikim. Choć wcze- śniej był tylko jeden, który mnie pocałował, ale teraz to bez znaczenia. Jak wszystko inne. Tylko pocałunki Igora tej nocy są ważne. I tylko on. – Nie mówiłeś, że jeździsz motorem. – Nigdy nie zapytałaś. – Powinnam zawsze o wszystko cię pytać? – Nie, ale możesz to robić. – A zawsze będziesz mówił prawdę? – Możesz mnie trzymać za słowo. – Kiedy wrócisz? – Tak szybko, jak tylko będę mógł. – Poczekam. To była prawda. Poczekam, mając w pamięci wspomnienie najczystszego i najbardziej zmysłowego doznania w mym życiu. Tyle że nurzając się we wspomnieniach, łatwo przekroczyć tę niewidzialną granicę, za którą nie ma powrotu do rzeczywistości. Nie jestem tego świadoma. 32 10. Tamtej nocy nie mogę zasnąć. Laura śpi, sapiąc ci- cho, a ja nie umiem zmrużyć oka. Igor wraca do siebie. Nie wiem, dlaczego pojechał nocą do swojego miasta. Nie obchodzi mnie to, ważne jest co innego. Wychodzę z pokoju, wracam do sztalug w pra- cowni i pierwszy raz naprawdę zaczynam malować. Czuję swoją ulubioną terpentynę i jestem w amoku. Nie wiem, skąd czerpię natchnienie, ale to, co tworzę, jest nieskończenie doskonałe. Czuję to, choć tego nie widzę. Igora nie ma i jego fizyczny brak boli mnie ni- czym otwarta rana, jak oparzenie, jak krwotok. Bo mi- łość nie znosi próżni. Nie można kochać częściowo albo na niby. Jest tylko biel albo czerń. Prawda lub kłamstwo. Kolejnych nocy, kiedy Igor znika na swoim moto- rze, również nie umiem przespać, a więc maluję. Wpa- trzona w płótno analizuję każde wypowiedziane przez niego słowo i każdy jego gest. On szemrze mi w gło- wie jak falujące morze. Słyszę jego ciepły głos. Wszystko to, co było we mnie, zamrażam na płótnie. Jestem szczęśliwa. W ciągu dnia na zajęciach stale o nim myślę i za nic nie potrafię się skoncentrować. Siedzenie w ławce, kiedy mam w sobie tyle energii, staje się torturą. Roz- ładować to napięcie może tylko malowanie. Albo ob- cowanie z Igorem. – Julka, Julka! – Słyszę jak zza kurtyny, z innego świata. – Co z tobą? – Laura szturcha mnie łokciem w żebra. 33 Zauważam przed sobą profesora Głucha. Patrzy na mnie zdziwionym, surowym wzrokiem. Ale nie ma w nim ani cienia złości. – Pani praca jest niezwykła – mówi. – Dziękuję, panie profesorze. – Jak dotąd najlepsza z tych, jakie widziałem w ostatnim dziesięcioleciu. Nie wiem, jak pani tego dokonała, ale to, co pani dzisiaj zaprezentowała, świadczy o ogromnym talencie. Proszę dalej pracować. Koniecznie. To tutaj – wskazuje na płótno – jest prze- błyskiem geniuszu. Nie może pani zmarnować takiej szansy, a talent nic nie znaczy, jeśli się nad nim nie pracuje. Spoglądam na swój obraz i dopiero teraz rejestruję, co namalowałam. Nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Czerwienię się błyskawicznie. Nigdy wcześniej nie wy- szło spod mojej ręki coś podobnego. Na płótnie wid- nieje ogromne słońce w niespotykanej intensywności żółcieni, a na jego tle postać nagiego człowieka, jak gdybym to była ja. Albo on. – Kompozycja kształtów wypełnionych materią jest idealna. – Profesor zachwyca się płótnem. – Nigdy wcześniej nie zauważyłem w pani pracach takiej eks- presji. Tutaj jest to niemal namacalne. Proszę spojrzeć – pokazuje bladą dłonią fragmenty mojego obrazu ko- legom i koleżankom z grupy – na te zdecydowane i pełne dynamizmu dotknięcia pędzla, które zostawiły grubą warstwę farby. Widzicie państwo? Ten obraz zdaje się mienić, wibrować. Krzyczeć. Ta dominanta rozedrganej żółtej barwy, niewiarygodna świetlistość i kontrasty, łączą się z głębokim pragnieniem przeka- 34 zania widzowi bogactwa przeżyć, jakie zrodziły się w duszy artysty. Pani Julio, co pani czuła, tworząc tę pracę? – Szczęście – odpowiadam cicho i znowu cała się rumienię. – Co jeszcze? – Rozpacz. Laura głośno klaszcze i kłania się aż po pas. Pozo- stali koledzy i koleżanki z grupy tylko się uśmiechają. Profesor się dziwi. Tylko on nie zna prawdy o Igorze. Postali wiedzą, że jesteśmy parą. Szaleńczo zakochaną w sobie dwójką ludzi u progu dorosłego życia. 11. Tęsknię, kiedy Igor znika. A tęsknota boli. Jestem przygnębiona, milcząca i tak naprawdę nic nie ma zna- czenia. Po cholerę mi cała reszta? Kolory, ekspresja, wibrujące barwy? To może mieć tylko znaczenie, gdy stoją za tym uczucia. Płótno nie czuje, nie oddycha. Może być piękne, ale jest tylko przedmiotem. To tylko klisza tego, kim ja jestem. A uczucia nic nie jest w sta- nie zaspokoić. Nic oprócz Igora. Wreszcie wraca. On. Igor. Mój chłopak. Od daw- na nazywam go tak w myślach, ale dopiero od poca- łunku w atelier na poddaszu akademika jesteśmy fak- tycznie parą. Prawdziwie. Gdy staje w drzwiach, ściskam go, wspinając się na palcach, by dotknąć jego ust. Są ciepłe, miękkie, takie jak lubię. – Co tak długo robiłeś? 35 – Musiałem pomóc tacie. – W czym? – W tym – mówi, wyjmując zza pleców ogromny bukiet białych róż. – Białe? – rzucam rozczarowana i bez zastanowie- nia. Natychmiast żałuję tego, co powiedziałam. Idiotka – karcę się w myślach. Przecież róże są szaleńczo piękne, jest ich chyba ze sto. Tymczasem Igor odwraca bukiet i pokazuje mi jedną, jedyną, czerwoną. – Nie wszystkie – mówi. – Nie należy niczego oceniać na pierwszy rzut oka. Pamiętaj o tym. Rumienię się zawstydzona. To najpiękniejszy bu- kiet, jaki kiedykolwiek w życiu dostałam. A ta jedna, jedyna czerwona róża w otoczeniu białych nadaje wy- jątkowości temu prezentowi. – Dziękuję. Szukam wazonu, ale nie mam żadnego w pokoju. Igor pokazuje słoik po sałatce z pomidorów. Lubię w Igorze tę jego praktyczność. Wprawdzie słoik nie jest tak romantyczny jak porcelana, ale pasuje idealnie, a zapach róż roznosi się po pokoju. – Dodaj do wody odrobinę cukru – mówi. – Po co? – dziwię się. – Będą dłużej pachnieć – mówi, mrugając do mnie, i całuje w czoło. Skąd on wie takie rzeczy? – myślę. Ale za chwilę przebiega mnie dreszcz po kręgosłupie. Pocałunek przypomina mi coś, o czym dawno zapomniałam. Tak właśnie całował mnie tato, gdy wracał do domu i znajdował mnie pod stołem w kuchni. 36 Czuję się przy Igorze malutka, bezbronna i bez- pieczna. Kładziemy się obok siebie na łóżku, on całuje mnie delikatnie w usta i się uśmiecha. A mnie chce się płakać. – Co się stało? – Nic. – Przecież widzę. – Jestem taka szczęśliwa. – Dlatego płaczesz? – Tak. Igor patrzy na mnie uważnie, długo, obok cichut- ko szemrze radio. Jesteśmy niczym jeden człowiek. Najmniejsze państwo świata. Enklawa, królestwo z księżniczką i księciem. – Dlaczego tak patrzysz? – pytam. – Jestem roz- czochrana? – Nie, nie jesteś. A nawet gdybyś była – mówi – i tak byłabyś najpiękniejszą dziewczyną na świecie. – Tak? – pytam płaczliwym głosem. – Tak – odpowiada pewnie. – Dla mnie. Rozu- miesz? – Dziękuję. Kiedy to mówisz, czuję, jak gdyby to była prawda, wiesz? – Ale to jest prawda. Patrzę na niego. Moja nieśmiałość znika. Pragnę go. Pragnę go dotykać. Czuć w sobie. Być cały czas z nim i stanowić jedność. Nierozerwalną całość. Nie- podzielną cząstkę pojedynczą. – Nikt ci tego wcześniej nie mówił? 37 – Nikt – odpowiadam. – Ale to bez znaczenia. Nawet gdyby ktokolwiek to powiedział, nie uwierzyła- bym. Liczy się tylko to, co ty powiesz. – Rozumiem. – Przy tobie czuję się taka szczęśliwa. Sprawiasz, że jestem zupełnie innym człowiekiem – mówię. – Nigdy wcześniej nic podobnego nie czułam. – Ty sprawiasz, że również jestem szczęśliwy. Czuję jego dłoń pod swetrem. Wokół mnie roz- brzmiewa najpiękniejsza muzyka. Słyszę skrzypce. Bo- że! – nagle dociera do mnie. Nocą czasem budził mnie sen, w którym słyszałam przepiękny utwór. Muzykę, która ktoś grał na skrzypcach, a ja kierowałem się w jej stronę. Im szybciej biegłam, tym bardziej dźwięk się oddalał, stawał się coraz piękniejszy, lecz cichszy, aż w końcu znikał. Teraz rozumiem. To mój ojciec ją grał. Przypomi- nam sobie, że czasem grał, grał dla mnie. Tylko dla mnie. 12. Kolejne dni przynoszą następne spotkania, roz- mowy, spacery po szkole i godziny wypełnione po brzegi Igorem. Stajemy się sobie bardziej bliscy, a nasze rozmowy nigdy się nie kończą. Jestem nienasy- cona jego słowami, pewnością siebie, wdziękiem i swobodą. Z każdym dniem zbliżam się do niego, za- pominając o wszystkim wokół. – Muszę jutro jechać do domu. – Znowu? 38 – Niestety. Tato potrzebuje pomocy. – A co się stało? – Nic. Muszę mu pomóc po prostu. – W czym? – Jest chory. Co jakiś czas muszę go na kilka go- dzin odwiedzić. To mu wystarcza. Zresztą mamie tak- że. Zawsze coś jest do zrobienia w domu. Tym bar- dziej, że taki wypad to niecała godzina jazdy. – Znów na motorze? – Tak. – Nie lubię tego. – Dlaczego? – Boję się o ciebie. Motocykle są niebezpieczne. – Tylko ludzie mogą być niebezpieczni, moja dro- ga – mówi do mnie. – Motocykl to maszyna. Sama nie może być zła. Poza tym w godzinę na motocyklu przeżywa się więcej niż niektórzy przez całe życie. Wiesz co? Mam pomysł. – Jaki? – Przewiozę cię. – Co? – Pojedziemy na wycieczkę. – Chyba zwariowałeś! – Ani trochę. Ubierz się w coś ciepłego i załóż bu- ty za kostkę. Za kwadrans wracam. – Nigdzie nie jadę – opieram się. – Nie mam ochoty. – Daj spokój! Lepiej powiedz, że po prostu się boisz. – Ani trochę. – No to jedziemy! 39 Pół godziny później pędzimy za Wrocławiem na tym jego motorze w kierunku Ślęży. Obejmuję go mocno wpół i całkowicie ufam temu, co robi, choć wydaje mi się to kompletnym szaleństwem. Przed za- krętami zamykam oczy, ale siedzę nieruchomo, tak jak mnie wcześniej pouczył. To trwa jednak tylko jakiś czas, wreszcie przyzwyczajam się do dudnienia silnika i stwierdzam, że jest to nawet przyjemne. A jazda, choć tkwi w niej pierwiastek szaleństwa, jest okazuje się… całkiem ekscytująca. Wyprzedzamy niemal każdy napotkany po drodze samochód. Wcale nie odczuwam upału, wprost prze- ciwnie – jest przyjemnie. Zaczynam rozumieć. W każ- dym wariactwie jest cień szczęścia. Mijamy zielone łąki, rozgrzane od słońca, pachną- ce rzepakiem pola, czuję żywicę, gdy droga wiedzie przez chłodny las. Już wiem, dlaczego Igor tak to uwielbia. Wreszcie docieramy na szczyt. – Jak tu pięknie – mówię na górze. – Nie byłaś tu nigdy? – Nigdy. – A to dziwne. – Dlaczego? – Myślałem, że każda czarownica zna to miejsce. – Ty draniu! Nigdy nie wiem, kiedy żartujesz ze mnie. – Biję go pięścią w mięsień na ramieniu. Uśmiecha się i ucieka. W tych chwilach jest w nim coś z chłopca. Widzę w nim kogoś, kto ma ochotę psocić. Rozczula mnie. – Chodź tutaj – woła mnie. 40 Siadamy okrakiem na kamiennym niedźwiedziu ni- czym na koniu. Igor mnie obejmuje, tak jak ja wcze- śniej obejmowałam go na motorze. Ze szczytu rozpo- ściera się wspaniała panorama. Rozgrzane powietrze faluje na horyzoncie. Potem idziemy do kamiennego kościoła. – Wierzysz w Boga? – pytam. – Nie wiem. – Jak to? – A ty wierzysz? – Tak. Wierzę w Boga i jestem katoliczką. – Jedno z drugim nie ma niczego wspólnego – mówi, a ja nie rozumiem. – Nie wiem, czy Bóg istnieje, nie wiem, w co wierzyć. – Jesteś ateistą? Igor spogląda na mnie i milczy chwilę. Zdaje się czymś martwić. Żałuję, że poruszyłam ten temat. Ze- psułam nastrój, a milczenie nie sprzyja kochankom. Tyle że już wcześniej chciałam go o to zapytać. – Nie. Ateista to ktoś, kto odrzuca wiarę w istnie- nie boga. – No ale powiedziałeś, że nie wierzysz? – Nieprawda, kochanie – odpowiada, pierwszy raz zwracając się do mnie w ten sposób. – Powiedziałem, że nie wiem, w co wierzyć. To nie ateizm i to nie to samo. Jestem ochrzczony, ale nie nazwałbym się ate- istą. Raczej agnostykiem. – Co to znaczy? – Uważam, że nie jest możliwe całkowite poznanie świata. I tak samo boga. Nie wiem, czy on istnieje. Najlepiej zresztą to podsumował Sokrates. 41 – To znaczy? – Powiedział: „Wiem, że nic nie wiem”. I moja wiara w boga jest właśnie taka. Rozumiesz? Nie jestem pewna. Czuję sie przy nim głupia. Nie rozumiem chyba niczego. Ale imponuje mi jego inteli- gencja. Jestem zaskoczona jego sposobem pojmowania świata, życia, tym wszystkim, co sprawia, że jest tak wyjątkowy. Że nic nie jest dla niego absolutne, czarne lub białe, złe lub dobre. Czuję, że widzi więcej ode mnie, czuje więcej niż ja i wie o wiele więcej o życiu. Nigdy nie spotkałam kogoś tak wyjątkowego. – Już rozumiem ten twój motor – mówię w Domu Turysty, specjalnie zmieniając temat i głośno siorpiąc przez słomkę pomarańczową lemoniadę. – Tak? A mnie się wydaje, że nie bardzo. – Niby czemu? – Bo to motocykl. A po drugie nawet nie wiesz, jak się nazywa. I wtedy go zaskakuję. Pamiętam srebrny, błyszczą- cy napis, jaki zwrócił moją uwagę, gdy pierwszy raz zobaczyłam się z triumfem. jego maszynę. Uśmiecham tę – Jesteś pewien? – Myślę, że tak. – A ja myślę, że jesteś w błędzie, kochanie – od- ważam się. – Zawsze możesz mnie z niego wyprowadzić. – Droczy się ze mną. – Bardzo proszę. Twój motocykl to Triumph Day- tona. 42 Z uznaniem kiwa głową. Widzę, że jest mile za- skoczony. Chyba mu zaimponowałam. Jestem z siebie dumna. Nie przyznaję się, że zapamiętałam nazwę dzięki Laurze. A właściwie to dzięki jej mamie, która przysła- ła Laurze stanik z Niemiec z taką samą nazwą firmy na metce. Igor zapala papierosa. – Nie znoszę, kiedy palisz – mówię. – Każdy ma jakieś wady. – Wolałabym, żebyś rzucił. To jedyna rzecz, która mnie w nim denerwuje Gdyby rzucił, byłby idealny. Ale czy ideały istnieją? – A gdybym obgryzał paznokcie? – Wystarczy, że masz czasem smar za nimi. – No i komary na zębach – żartuje, wydmuchując demonstracyjnie dym z ust w kierunku nieba. – Może rzucisz palenie? Dla mnie. Co? Uśmiecha się szelmowsko, zaciągając się dymem. Wpatruje się w dal i nie wiem, co teraz myśli. Przez chwilę jest dla mnie wielką zagadką. – Słyszałem, że kobiety uwielbią zmieniać męż- czyzn… – Nie ma w tym nic złego. Mężczyźni są przecież jak dzieci. – …a kiedy mężczyzna się zmienia – kończy nie- zrażony – wtedy odchodzą, bo jest dla nich nudny – mówi, gasząc niedopałek o kamień. – Nie staraj się mnie zmienić, bo mnie stracisz. 43 13. Znów rozdziela nas noc. Zmuszeni resztkami roz- sądku, jaki nam jeszcze pozostał, i obowiązkiem sen- nego funkcjonowania na wykładach następnego dnia, wyrwani z hermetycznego świata naszego uczucia, rozchodzimy się do swoich pokoi. Wracam do akade- mika, a Igor co kilka dni wyjeżdża w nieznane. I cze- kam, bo wiem, że wróci. Jest pomiędzy nami wielka siła przyciągania, ale potrafimy ją okiełznać. Poza pocałunkami, czułymi gestami, muśnięciami rąk i spojrzeniami zamglonych oczu do niczego więcej nie dochodzi. Pozwalamy, by to, co urodziło się w nas, dorosło i okrzepło. W spo- koju, bez pośpiechu. Dzięki temu możemy przeżyć jedno z największych misteriów, jakie los daje ludziom. Ulotną chwilę zdobywania siebie po raz pierwszy, wza- jemnego kuszenia. Pierwszą zmysłową reakcję na to, czego nie da się wyrazić słowami. – Chcesz, abym to zrobił? – pyta wreszcie. Od dawna czuję, że potrzebuję czegoś więcej. Igo- ra pytanie tak wiele znaczy, że mimo podniecenia i ogromnego pragnienia, by głośno wykrzyczeć: „Tak! Chcę! Marzę o tym od dawna!”, odpowiadam: – Nie! Jednak niebawem staje się zupełnie inaczej. Widzę siebie we wspomnieniach tego pierwszego razu. Jest jesień, wpatruję się w drzewa za szybą. Tam- tego wieczoru jemy u mnie kolację. Nagle ktoś puka do drzwi. 44
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zauroczenie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: