Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00190 010597 7484656 na godz. na dobę w sumie
Zawodowcy. Opowiadania - ebook/pdf
Zawodowcy. Opowiadania - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3785-9653-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> opowiadania
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Tomik 'ZAWODOWCY' to dziewięć różniących się klimatem opowiadań. Już sama paleta bohaterów, 'zawodowców', od księdza po killera gwarantuje, że czytelnik nie będzie narzekał na monotonność. Tym bardziej, że wszystkie opowiadania są nasycone solidną porcją humoru, kąśliwości, pikantności i przepysznej ironii. Pełno w nich zadumy nad ludzkimi słabościami i współczesnymi problemami społeczno-politycznymi.
Opowiadania różnią się formami literackimi i tak, w niniejszym tomiku znajdziecie Państwo zagadkę kryminalną, pamflet, humoreskę obyczajową a nawet bajkę science fiction.
Autor nie wysila się na żadne wyszukane słownictwo, unika pustych metafor, przesadnych detalicznych opisów. Pisze w sposób prosty, ale niezwykle celny, zrozumiały i dowcipny, za każdym razem kończąc opowiadanie zaskakującą puentą.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

eugeniusz ogiński zawodowcy opowiadania ZAWODOWCY Copyright© 2015 by Eugeniusz Ogiński zawodowcy144@gmail.com Redakcja Agata Sobierajska Korekta Krzysztof Kaczmarczyk projekt okładki Agnieszka Oginski e-book: ISBN 978-83-7859-653-0 wydanie papierowe: ISBN 978-1-5197-4610-8 Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania da- nych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – tylko za zezwoleniem właściciela praw autorskich. Wszystkie postacie, sytuacje i wydarzenia są fikcyjne, a ewentualna zbieżność nazwisk jest przypadkowa. fotograf..................................................5 killer....................................................20 astronauta............................................45 filozofy.................................................54 implojer...............................................70 prokurator............................................74 ksiądz...................................................94 lekarz.................................................113 królowa..............................................135 FOTOGRAF CZYLI KTO TO KUPI? Stanął jak wryty. Szeroko otwartymi oczami przebiegł kilkakrotnie po ogromnym hiperrealistycznym obrazie, przed- stawiającym płaczące nad rozbitą świnką-skarbonką kilkuletnie dziecko. Łzy dziewczynki wręcz spły- wały po płótnie. – Co to ma być?! – żachnął się i rozejrzał po sali. Równie teatralnym gestem wyjął z kieszeni wy- prasowanych na kant spodni błyszczącą jednocen- tówkę. Trzymając ją w palcach, niczym w chirur- gicznych szczypcach, zbliżył się do dzieła. 5 eugeniusz ogiński Rozejrzał się ponownie. Usatysfakcjonowany obecnością licznego audyto- rium, przyłożył monetę do jej realistycznej kopii na płótnie. Odczekał chwilę. Po czym cmoknął z dez- aprobatą parę razy, i z pełnym politowania uśmiesz- kiem, westchnął. – Cóż za brak precyzji! I to ma być profesjona- lizm! Kto to kupi? * Lili Blumenstein i Victor Vitt nie czepiali się szczegółów. Obejmując się czule, przechodzili z sali do sali i przyglądali każdemu dziełu z osobna, z uwagą. Mówili dużo, ale dyskretnie, bo domyślali się, że poza paroma hałaśliwymi malkontentami reszta gości Centrum Sztuki Nowoczesnej to auten- tyczni koneserzy Hiperrealizmu. Victor, pomimo zainteresowania wystawą, spra- wiał wrażenie nie całkiem zadowolonego. Nie wia- domo, czy z powodu niedosytu wrażeń artystycz- nych, czy też może trapiły go jakieś osobiste pro- blemy... Lili odwrotnie, wyglądała na szczęśliwą. Każ- demu obrazowi przyglądała się z nieukrywanym za- chwytem. Od czasu do czasu zerkała w posępne oczy Victora, kręciła głową i coś mu tam perswado- wała. – Rozchmurz się. Znowu rozmyślasz o swoich 6 f o t o g r a f fotografiach? Ja je uwielbiam! Przyjdzie czas, że ci wszyscy nadziani ignoranci jeszcze się będą po nie w kolejce ustawiać. * W drugiej sali zatrzymali się przed wielgachnym płótnem z butami wielkości co najmniej jednego metra. Zabłocone, wytarte buciory wędrowca nie- malże wychodziły z obrazu. Majstersztyk! Super precyzyjna robota zdolnego i cierpliwego artysty, który w trakcie malowania musiał obserwować ory- ginalne buty przez lupę. Przyklejona do podeszwy, rozdeptana glizda wyglądała jakby dopiero co wy- zionęła ducha. – Rewelacja! – westchnęła Lili. – Hmm... – zmrużył oczy Victor – nooo... niezłe! Tyle że... brakuje mi w tym wszystkim... – Story? – szepnęła Lili. – No właśnie... – Victor przygryzł wargę i ścią- gnął brwi. – Zaczekaj... nasuwa mi się pewien... – Pomysł? – weszła mu niecierpliwie w słowo. – Halo, Victor! Pomysł?... Mów! * – Wykorzysta cię i rzuci! Wszystkie rzuca! – grzmiał, rozpostarty w dizajnerskim fotelu, naby- tym za dwadzieścia tysięcy Euro na aukcji zbiorów niedawno zmarłego dyktatora mody. Wymachiwał przy tym trzymanym w dłoni long drinkiem, chlu- 7 eugeniusz ogiński stał nim gdzie popadło: po fotelu, po marmurowej podłodze, po spodniach, na kant uprasowanych... I nic, tylko grzmiał coraz głośniej. Tymczasem Lili, zajęta makijażem, uśmiechała się do siebie, bo wiedziała, że ta właśnie scena za- zdrości będzie ostatnią. Wczoraj postanowiła, a dzi- siaj mu powie! Przy śniadaniu nie wyszło, bo nie krzyczał... Nie mogła tak jakoś bez awantury, kiedy nie krzyczał... Dlatego teraz, teraz na pewno po- wie... – Ale... niech się ignorant jeszcze nawścieka – pomyślała. I rzeczywiście, po głośnym przełknięciu kolej- nego haustu ginu z tonikiem, pienił się dalej: – Jesteś ślepa, naiwna i otumaniona. Weź i po- czytaj sobie wreszcie o tym dupku! – Sięgnął po plik kolorowych tygodników i rzucił je z rozma- chem, na podłogę tuż obok toaletki żony. – Do- wiesz się, co to za hochsztapler. Co z tego, że nie- przeciętny, utalentowany? Słyszałem, że komornik depcze mu po piętach. Przemądrzały intelektualista, a przy tym maminsynek. I te jego porąbane perfor- mensy, czy jak je tam... nazywacie. Z tego nie ma kasy! Efekciarz, bez szansy na bestsellery. Nigdy nie zapewni ci godnego życia. A już na pewno nie dzięki tym jego... fotkom-plotkom! – O Chryste! Znowu wyłazi ci słoma z butów? Z nim lubię i mam o czym rozmawiać... I z nim je- 8 f o t o g r a f stem kobietą! A nie księżniczką w pozłacanej klatce, zwanej potocznie kuchnią. – Lili, ale ja cię kocham! – przerwał żonie, zmie- niając nagle ton na przymilny. Odstawił drinka. Ruszył do niej i klucząc pomię- dzy rozrzuconymi gazetami, stanął za nią tak, aby móc podziwiać w lustrze jej seksowny dekolt. – Ja cię kocham... bezinteresownie! A dla niego jesteś tylko modelką... którąś tam z kolei, modelką! – Modelką!? – parsknęła śmiechem. – A gdyby nawet! Wolę to, niż rolę trofeum, do którego mnie zdegradowałeś zaraz po ślubie. Potrzebowałeś mnie tylko po to, żeby sobie podreperować wizerunek. Bo te twoje bystre, ale już podkrążone ślepka, i nos do interesów, przypominający coraz bardziej nos pi- jaka, dawno wszystkim obrzydły... Zbliżała się do finału. Wiedziała, że teraz nie może się zatrzymać, nie może dać mu ani sekundy na jego fałszywe gruchanie. Złapała szybko oddech i pociągnęła bez zająknięcia. – Nie zamierzam też dłużej figurować na liście twoich aktywów, lokat bankowych, akcji, oldtime- rów, koni wyścigowych i dzieł sztuki, których nota- bene nie czujesz i nie rozumiesz, i trzymasz je nie wiadomo gdzie, pod kluczem... Odchodzę! Cisza. Tylko ten łomot serca... Zaniepokojona, podniosła wzrok. 9 KILLER CZYLI UWODZICIELSKI SPOKÓJ ALASKI Kochał Kalifornię. Bo był stąd, tu się urodził. Tu, począwszy od podstawówki, codziennie od- krywał drzemiące w nim talenty. Tu dzielnie je roz- wijał i przekuwał w poszukiwane oraz doceniane na rynku pracy soft skills. Szybko wyrósł na gwiazdę w swojej branży. Stał się podręcznikowym przykładem mitu o tym, jak to tu właśnie, w Los Angeles, cudownym zakątku wol- nego świata, każdy może rozwijać skrzydła na tyle, na ile mu starcza wyobraźni i umiejętności. 20 k i l l e r Tu każdy, niezależnie od pochodzenia, płci, a na- wet koloru skóry, jeśli tylko zechce, może zostać kil- lerem. Max został właśnie takim perfekcyjnym i świet- nie opłacanym mordercą. Czuł się potrzebny i do- ceniany. Kochał Kalifornię... * Do mniejszej walizki spakował Berettę 92, skła- dany karabin, lunetę, tłumik, teleskopowy dwój- nóg, dwa pudełka z nabojami. Mniejszą walizkę umieścił w większej. Większa była na tyle duża, że mieściła jeszcze standardowy zestaw ciuchów, ręcz- nik, pastę i szczoteczkę do zębów... i parę innych ważnych drobiazgów. Brał je zawsze ze sobą, nawet wtedy, kiedy zlecenie wymagało wynajęcia pokoju tylko na jedną noc. Nigdy w trakcie roboty nie używał hotelowych utensyliów. Na dłuższe wyprawy zabierał nawet swoją su- szarkę do włosów. Kiedy zaczynał karierę, zdarzyło się, że w hotelowej suszarce zaplątało mu się kilka włosów. Zauważył je w porę i suszarka wylądowała na śmietniku, dwadzieścia mil od hotelu. Założył zwykłe buty, klasyczne jeansy i najzwy- klejszy T-shirt z nadrukiem I  LA. Uporządkował 21 eugeniusz ogiński biurko, pozamykał szuflady, wyłączył telewizor, po- łożył pilota idealnie na środku pustego stolika. Ro- zejrzał się kontrolnie po pokoju. Perfekt! Przeszedł do holu i spojrzał w lustro: przeciętna twarz, włosy koloru nijakiego, ani za długie, ani za krótkie, oczy szare, dwudniowy zarost... Super! Do- skonale wiedział, że ten tak ostatnio modny zarost sprawiał, że co druga gęba faceta w średnim wieku nagrana przez kamerę uliczną przypominała tę, wi- dzianą wcześniej. Super, tak ma być i tak jest dobrze. Wyszedł. Wsiadł do szarego pickupa, Forda-F 150. Wyłączył nawigację on board, wyjął kartę z ko- mórki i wsunął ją do schowka w szerokim pasku spodni. Komórkę odłożył do kieszeni w drzwiach. * Z lewej strony najpiękniejszej trasy zachodniego wybrzeża, California State Route 1, począwszy od Santa Monica ciągnęły się niskie, eleganckie pensjo- naty, przytulne moteliki z zejściami do szerokich plaż. Było gorąco, ale i wystarczająco wietrznie dla zapalonych amatorów surfingu. Max przyglądał się im uważnie, tak samo jak rowerzystom oraz licz- nym spacerującym. W ciągu kwadransa naliczył z dwa tuziny facetów w jego wieku i jego postury, ubranych w podkoszulki I  LA, I  California, 22 k i l l e r ewentualnie I  Hollywood. Bardzo dobrze! Super. Wiedział, że masowo no- szone T-shirty z deklaracjami miłości do jego uko- chanego miasta, czy całego stanu, w razie czego mogą poważnie utrudnić identyfikację podejrza- nego. Na przykład Maxa, w podkoszulce I  LA . Wiedział też, że ma ciężkawą nogę, i że mógłby się zapomnieć... Dlatego grzecznie ustawił tempo- mat na 50 mph. Nie miał zamiaru prowokować ja- kiejkolwiek awantury z pierwszym lepszym szery- fem... Nie mógł sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Tym bardziej, że to była jego ostatnia robota. * Tydzień temu zapowiedział bossowi, że w zasa- dzie ma dość, i że wybiera się na emeryturę. – Max, kurwa, ty masz dopiero czterdzieści lat! – ryknął wściekły boss. – Z tego dwadzieścia cztery... w stresie. My, my- ślę o naszej branży, powinniśmy kończyć, podobnie jak saperzy, kiedy jesteśmy w najwyższej formie. Tylko wtedy mamy szansę na pewną i spokojną emeryturę – uśmiechnął się. – Niestety, za dużo wspaniałych chłopaków zapomina o tym, i w na- stępstwie nie przestrzegania tej podstawowej zasady, przedwcześnie puka do bram świętego Piotra. – Pieprzysz, Max! Po pierwsze, widocznie nie są wystarczająco wspaniali, a po drugie, oni, tak jak i 23 eugeniusz ogiński ty, jedynie u Lucyfera mogą liczyć na otwarcie bram. – Lucyfer przyjmuje tylko wierzących, boss. Wprawdzie grzeszących, ale wierzących! Uważaj. Słyszałem, że chodzisz co niedzielę do kościoła? Z rodziną. Powodzenia! Pozdrów go ode mnie, jak już tam zawitasz. Umilkli. Najmniejszy zgrzyt nie był w interesie żadnego z nich. Parę głębokich wdechów wystar- czyło, żeby Boss wrócił do sedna. – Mam... zlecenie... Max. – Domyślam się. Inaczej by mnie tu nie było. – Rozmyślasz o emeryturze... i Bóg jeden wie, o czym tam jeszcze... Nie wiem, czy się jeszcze nada- jesz? – Nie ufasz mi, to zleć innemu... – Max, co się z tobą dzieje!? Nie mam zamiaru, kurwa, rozpisywać stanowego przetargu! Boss wciągnął głęboko powietrze do swojej po- tężnej klaty, spojrzał na zegarek i na parę sekund wbił wzrok w swojego najlepszego snajpera. W końcu mruknął coś pod nosem, opadł na fotel, wy- jął z szuflady paczkę o gabarycie trzydziestu tysięcy dolarów w studolarówkach i położył ją na stole. – Dobra. Precyzyjne koordynaty i fotki dosta- niesz na miejscu, jak zawsze. Co do kasy, stawka AA1... tu masz połowę, a reszta po robocie. 24 k i l l e r Max wrzucił paczkę do aktówki. – Nie przeliczysz? – Boss spojrzał na Maxa znad opuszczonych okularów. – Nie. Ja ci ufam, skurwielu... Jak zawsze. Puścił do bossa oko, i zniknął za drzwiami, nie żegnając się. * Zbliżał się do Malibu. Z lewej ciągnęły się rozległe plaże Pacyfiku. A z prawej, wypalone słońcem wzgórza przystrojone oa- zami zieleni, z których wyrastały strzeliste palmy i cudowne wille-marzenia. Ustawił tempomat na 40 mph. Teraz mógł się rozluźnić, i pomyśleć... I jak zwykle, skończyło się na tym, że pomyślał o robocie. Okay, przyjąłem zlecenie. Zrobię, co trzeba. Ale potem... koniec, i już. Taaak... Powoli miał dość tej roboty. Nie, żeby nie mógł już patrzeć, jak padają, jak trzepoczą rękami, nogami, jak ich krew zalewa, a odłamki rozlatujących się czaszek wbijają się w oczy ich goryli... Przecież kiedy miał piętnaście lat i za- pieprzał w ubojni, podrzynał gardła owieczek, to tylko przez pierwsze dwa dni wymiękał pod wpły- wem ich smutnych oczu. Nie, nie o to chodziło, żeby się brzydził robotą. To rozum nakazywał skończyć. Starzał się. Trochę 25 ASTRONAUTA CZYLI WSZĘDZIE DOBRZE, ALE W DOMU NAJLEPIEJ Wzorem mistrza Yody położył ręce na sękatym kiju, spojrzał mi w oczy i spokojnym głosem po- wiedział, żebym się spakował i nie marudził. Tym razem będzie to wyjątkowa wyprawa, dodał, spene- trujemy zupełnie inny świat. Nie wierzyłem mu, bo Yodą nie był. Dorówny- wał mu co najwyżej wzrostem. A te jego „wyjąt- kowe wyprawy” od dawna zamieniały się w nudne wycieczki do najzwyklejszych, przeciętnych świa- tów. Dlatego nie pytałem o nic. Nie drgnąłem nawet. Tyle że Victor znał mnie od lat i dobrze wiedział, 45 eugeniusz ogiński iż uwielbiam zmagać się z wyzwaniami. – Nie będzie łatwo, ale nie pożałujesz! Totalnie odlotowy kosmos! Fantastyczna gwiazda z cudow- nymi planetami większymi od Jowisza! – rozpędzał się niczym zawodowy sprzedawca markowych od- kurzaczy. – I te zapierające dech w piersiach pasma górskie, wąwozy... Zobaczysz! Biją na łeb na szyję wszystkie ziemskie, łącznie z Grand Canyon! To zupełnie inny świat, stworzony przez zupełnie innego Boga! O Boże! Znowu te jego cuda-niewidy. I znowu wyląduję na jakimś nudnym płaskowyżu lub co go- rzej, na pomarszczonej wiatrem pustyni. Suchej ku- pie piachu. Byłem wściekły, ale co miałem robić? Viktor był szefem. Klamka zapadła. * * Po pokonaniu ośmiu kiloparseków3, dotarliśmy do grupy gwiazd bliżej nie zbadanych i zaczęliśmy się rozglądać za miejscem do lądowania... Przeciętne światy są przeważnie do dupy, ale mają niewątpliwie jedną zaletę – średnie tempera- tury, skracające czas aklimatyzacji. No tak, z tym że sam klimat to nie wszystko. W najbardziej przecięt- nym świecie należy się liczyć z niespodziankami, 3 Jednostka odległości astronomicznej. 46 a s t r o n a u t a których konsekwencji żaden, nawet doświadczony eksplorator nie jest w stanie przewidzieć. Dlatego i tym razem założyłem standardowy ska- fander. Odkąd pamiętam, tym właściwym zdobywcą, ry- zykującym wszystko eksploratorem-zawodowcem, byłem tylko i wyłącznie ja. A ważniak Victor, „wielki” kapitan statków międzygalaktycznych, astronom, fizyk cząstek elementarnych, jedynie pi- lotował wyprawy. I tylko z wysoka, zawieszony nad planetą, satelitą czy marną kometą, przyglądał się moim zmaganiom. Trochę mnie to wkurzało, ale niech tam! Taki już był, ten mój hedonistyczny szefunio, fa- natyk nowych światów. Już od dzieciństwa - odkąd starczyło mu kieszonkowego na bilet do kina - po- dziwiał te wszystkie Star Treki, Star Wars y, Transfor- mersy i podobne badziewie jedynie z wygodnych fo- teli, pożerając przy tym tony popcornu. Ciągle było mu mało. Szedł na ilość i to mu zostało. Brzuch okrąglejszy od Jowisza też mu został. Ale ogólnie... okay był. Tym razem uprzedził przecież, że ten kolejny, zupełnie inny świat, nie bę- dzie łatwy do zdobycia. * Wszechobecna ciemność utrudniała orientację, jednak dzięki fenomenalnym receptorom mogłem 47 FILOZOFY CZYLI WIELKI PIĄTEK W BRUKSELI Józef zmiatał z talerza resztki krwistego befsztyka, kiedy do knajpy w pobliżu Grote Markt van Brussel wszedł sześćdziesięcioparoletni mężczyzna z prze- rzuconym przez ramię plecakiem. Pod rondem czarnego kapelusza widniała szrama idąca od łuku brwiowego ku skroni. Gość rozejrzał się apatycznie i bez pośpiechu podszedł do baru. Zanim się od- wrócił, Józef, nie przerywając jedzenia, zdążył zerk- nąć w jego kamienną twarz. Zmarszczył czoło. Po- woli odłożył sztućce... Nagle zerwał się i stanął wy- prężony jak struna przed zaskoczonym gościem. 54 f i l o z o f y – Szymon!!! – Sorry. Do we know each other?... Should I..?5 – Szudaj se szudaj, a ja ci mówię, Szymon, że ty - to ty, a ja - to ja! Nie poznajesz? – Ziutek? Skąd się tu wziąłeś? – Siadaj, to się dowiesz! – rzucił bezceremonial- nie Józef. Widząc niepewną minę znajomego, roze- śmiał się i dodał: – Stary, zapraszam! Tylko nie mów, że nie masz czasu... * – Ortodoksyjność nieco osłabła? – uśmiechnął się bez cienia wesołości Szymon, spoglądając na resztki argentyńskiego befsztyka i parę rumianych belgijskich frytek na talerzu kolegi. – Hę? – bąknął nieelegancko Józef. Uniósł brwi i wlepił oczy w skonfundowaną twarz przyjaciela. – No... dzisiaj piątek... – tłumaczył się Szymon – Wielki Piątek. Myślałem, że... ale... nie krępuj się. Dla mnie to żaden problem... – Aaa! Zupełnie mi wyleciało. Wiesz... w cen- trum bezbożnej Europy... – mrugnął porozumie- wawczo Józef – kto tu pamięta o jakichś tam... piąt- kach... A poza tym, haruję jak wół, to i na woła przychodzi ochota. Sięgnął po serwetkę, wytarł zatłuszczone wargi i spoconą łysinę, poprawił okulary i dodał, już cał- 5 Przepraszam. Czy my się znamy? Czy powinienem...? 55 eugeniusz ogiński kiem polubownie: – Bóg wybaczy... tak samo jak i tobie... brak za- cnych pejsów. Zresztą, nieważne! – roześmiał się, po czym rozglądając się niecierpliwie po prawie pustej sali, wstał. – Zaczekaj, pogonię tego śpiącego fryt- kojada za barem, bo nim się tu zjawi, to wy- schniemy na amen... * Kelner, przystojny Murzyn, postawił na stole bu- telkę zmrożonej śliwowicy, dwa kieliszki i zestaw za- kąsek. Józef kiwnął głową, zerknął na kelnera i ru- chem ręki dał do zrozumienia, że sami sobie pora- dzą z rozlaniem wódki. Kolega Szymon spojrzał podejrzliwie na butelkę, zmarszczył czoło. Pochylając się nad stołem, przy- bliżył nos do etykietki. Józef uśmiechnął się od ucha do ucha. – 60 . Koszerna. Innej bym nie zamawiał... znasz mnie – sięgnął po flaszkę i napełnił po brzegi dwa kieliszki. – Oby nam się! – Zdrówko! Wypili do dna, jednym haustem. – No! Opowiadaj! – zaczął Józef – Albo... pocze- kaj. Kiedy to widzieliśmy się ostatnio? – Hmmm... Wtedy, Pod Samsonem.... – Aaaa. Racja, racja, ty to masz głowę, Szymuś! 56 f i l o z o f y Taaak, za Barbakanem, na Freta! Super golonkę tam mieli, a i wódeczka była bez zarzutu. Koszerna! Chyba z dwie flaszki obaliliśmy, tak? To były czasy! Gadałeś jak najęty. Józef nalał znowu po brzegi i nie czekając na Szy- mona, podniósł kieliszek. Zauważył, że kolega także przy drugim kieliszku nie sięga po zakąskę. – Bez zagrychy... Szymuś, oj ryzykujesz. Zanim flaszkę obalimy... to mi tu jeszcze zasłabniesz! Słu- chaj! Te argentyńskie befsztyki tutaj to pewnie i ko- szerne można zamówić? Wiesz, czytałem gdzieś, że w Buenos Aires to nawet jeden MacDonald jest ko- szerny... tak.. ale pierogów z kapustą i grzybami tam nie uświadczysz! A tu, kto wie, może pracuje tu jaki szojchet6? Józef stuknął kieliszkiem o kieliszek przyjaciela. – Zapytam, co?... Nie? No to cyk Szymuś, za na- sze! Nie czekając na odpowiedź wlał całą zawartość kieliszka w szeroko rozchylone usta i widząc, że ko- lega robi to samo, uśmiechnął się. Zatarł ręce i po- prawił się na krześle. – Z tobą to naprawdę, fajnie było... Pamiętam wtedy, Pod Samsonem, cały ten swój scenariusz mi opowiedziałeś. Podobał mi się... Naprawdę! Wyszło ci coś z tego? 6 Osoba dokonująca koszernego uboju bydła. 57 IMPLOJER CZYLI Z PAMIĘTNIKA SEMI-ANGLIKA wtorek, 4.8.2015 Z samego rana wszedłem do szefa, żeby mi wyja- śnił wczorajszego mejla z godziny 21:23. Zacząłem od drzwi, prosto z mostu. – Znowu nocka na stendbaju?! – Jesteś na ful tajmie, czy nie? I nie narzekaj, bo jak zawalisz dedlajna to ja najwyżej cię opierdolę, ale sejlsmenedżer po fakapie wyałtuje nas obu. Stara piosenka, której refrenu miałem powyżej uszu. Nawet nie usiadłem. Odwróciłem się na pię- cie i rzuciłem na odchodne, w drzwiach. 70 i m p l o j e r – Taki lajf. Byłem wkurzony i było mi wszystko jedno, bo wcześniej miałem kola z Dzidką. Kiedy chlapnąłem do smarta, „esajment jest asap”, z mety oznajmiła, że jeśli nie załatwię stendina to o lajkach, komentach czy szerach przez parę łikendów mogę zapomnieć! Reszta dnia minęła mi na kombinowaniu, jak wytłumaczyć Dzidce, że znowu nici z wymarzonej, wspólnej kolacji? środa, 5.8.2015 Nad ranem, ledwo żywy, jakimś cudem pogodzi- łem się z Dzidką. Było kul. Trzy kwadranse później, w korpo, po kolejnym fakap-mitingu dostałem trzy pressingi z asapami. Nic z tego nie rozumiałem. I co zrobiłem? Zachowałem się jak rasowy implojer. A co! Mejle sforłardowałem, dopisując prośbę o fidbeki. Asapy zboldowałem. Wiedziałem, że bez fidbeków groził mi ałtsors. Zaryzykowałem i esami umówiłem cały tim na brejnstorming, łącznie z ki ekountem. Wrzucę im parę pomysłów na nekststepy. Może po- mogę komuś w karierze i jeszcze mi podziękuje? Po południu usłyszałem od szefa zjechaną płytę – Czelendżujesz kejsa, nie fokusując się na ekszyn pointach! Rób tak dalej a Pi Em wyśle cię na ałtsors. 71 PROKURATOR CZYLI PIEKIELNIE MOZOLNE ŚLEDZTWO W zwłokach Henryka Maruskiego, bezpartyj- nego kandydata na prezydenta miasta, znalezionych na zapleczu apteki wykryto resztki silnej trucizny. W kontekście agresywnej kampanii wyborczej owa nagła śmierć nowicjusza miejscowej sceny politycz- nej zapachniała zabójstwem. W szkicu raportu z miejsca zdarzenia można było przeczytać: ślady bu- tów wokół denata - uwaga! dwa numery większe od stóp ofiary. denat - podbite oko, złamane przedramię. miejsce zbrodni - uwaga! zapach świeżej farby, ogólny burdel. poprzewracane regały. 74 p r o k u r a t o r Na mieście, w knajpach, taksówkach i tramwa- jach szybko rozeszły się plotki, przekraczające do- puszczalne granice wolności słowa. Zasada domnie- mania niewinności? Bez przesady, wszystko jasne: ponadpartyjna zmowa! Bezkarność służb specjal- nych! Szara strefa! Kupczenie! Zdrada! Gdzie był w tym czasie przewodniczący Rady?... Aptekarska ma- fia! Zemsta byłego kochanka właścicielki apteki, pięknej miss województwa sprzed siedmiu lat, a od niedawna, świeżo upieczonej magister farmacji, Leny Blumenstein! Każdy na mieście wiedział, że śliczna Lena jeszcze w zeszłym roku kręciła z atletycznym studentem medycyny sądowej z sąsiedniego Zagórza... Każdy na mieście wiedział też, że Lena od nie- dawna była żoną dwa razy starszego od siebie Hen- ryka Maruskiego. Dwudziestopięcioletnia magister farmacji przy- jęła jego ofertę małżeństwa z nieukrywaną rezerwą, jednak nie powiedziała nie. Między innymi dlatego, że Maruski, wprawdzie przedwcześnie wyłysiały, grubawy, ale bardzo zadbany facet, pachnący wodą toaletową, której zapach lubiła, gwarantował przy- jemne i harmonijne życie. I kiedy ten solidny facet, potrafiący perfekcyjnie dobierać krawaty nie tylko do swoich eleganckich koszul, ale także do jej wy- twornych kreacji wieczorowych, zaskoczył ją atrak- 75 eugeniusz ogiński cyjnym prezentem zaręczynowym, wręczając klucze do lokalu przeznaczonego na jej aptekę, coś w niej drgnęło i klamka zapadła. Po tygodniu Lena Blu- menstein i Henryk Maruski podpisali akt małżeń- stwa. Przyszła apteka, z racji super lokalizacji, rokowała rzetelne dochody. To się Lenie bardzo podobało, chociaż, jak sama często podkreślała, bogactwo ni- gdy nie było dla niej szczególną podnietą. Bardziej pociągało ją, o czym już nie mówiła otwarcie, samo towarzystwo polityków, różnej ma- ści prominentów, tych z górnej półki, tych wszyst- kich ważnych, którzy niewiele mówili o pienią- dzach, a pełną parą żyli. * Zaraz po tym, jak Henryk Maruski zgłosił swoją kandydaturę na prezydenta miasta media rozpo- częły karmienie opinii publicznej szczegółami jego prywatnego, a nawet intymnego życia. Opinia do- wiedziała się na przykład, że Maruski najbardziej wymiękał na widok Leny w bieliźnie Intimissimi. Na krótko przed ich ślubem powiatowi paparazzi dotarli za Leną nawet do stolicy. W największym centrum handlowym, kiedy wychodziła z butiku sieci Intimissimi, obskoczyli ją i obfotografowali, jakby była co najmniej Seleną Gomez na pary- skim Fashion-Week. 76 p r o k u r a t o r Teraz barwa czy krój majtek, podwiązek, gorse- tów oraz biustonoszy Leny straciły nieco na medial- ności. Znudziły się i zeszły z pierwszych stron kolo- rowych gazet, plotkarskich blogów, portali społecz- nościowych... Szmatławce polowały na jeszcze pikantniejsze plotki. Niecierpliwy zaś naród – na igrzyska, a tu pech. Bo śledztwo, niestety, zaczęło się ślimaczyć. Na pierwszej konferencji prasowej prowadzący sprawę, twardy i wyjątkowo pryncypialny prokura- tor, Józef Kajfasz ogłosił, że śledztwo w sprawie za- bójstwa Henryka Maruskiego trwa. Niebywale tre- ściwe wystąpienie! – komentowali z jadowitym sar- kazmem wypowiedź przedstawiciela prawa głodni sensacji dziennikarze. Nie chcąc zaogniać sytuacji, prokurator ignorował pytania o szczegóły i jakby nigdy nic, zaapelował o cierpliwość. Po kwadransie nudnej prawniczej nowomowy, bez jakiegokolwiek wyjaśniania, wykluczył polityczny motyw zabój- stwa. Na koniec obiecał: – Śledztwo nie zwolni tempa, nawet jeżeli me- diom odejdzie ochota na dopytywanie się o jego postępy. Żurnaliści czekali na konkrety, a usłyszeli obraź- liwą przyganę! Dlatego Kajfasz nie usłyszał okla- sków. – Ofiarą jest wielce zasłużony dla naszego miasta 77 eugeniusz ogiński – kontynuował nie zrażony ciszą sali prokurator – zaangażowany obywatel, który cieszył się wielkim poparciem społecznym i był poważnym kandyda- tem na objęcie zaszczytnego urzędu. Jego program wyborczy... – przerwał, rozejrzał się – państwo wy- baczą, zagalopowałem się. Mój stosunek do pro- gramu wyborczego nieżyjącego kandydata nie ma oczywiście żadnego znaczenia i nie wpłynie na prze- bieg śledztwa... Po paru następnych podobnych zdaniach sala opustoszała. Zdawkowe „Do zobaczenia Państwu” usłyszało już tylko kilku najmłodszych dzięciołów sztuki dziennikarskiej. Lena, schodząc do apteki, pomyślała, że na jej cholerny ból głowy żadna aspiryna nie pomoże. Musiałaby wziąć potrójną dawkę! Ale co na to jej żołądek? Rzygać nie lubiła. W aptece pachniało jeszcze świeżą farbą. Dziew- czyna przypomniała sobie, jak Henryk, wręczając pęk kluczy, powiedział: „To twój lokal, twoja ap- teka, urządzisz ją sobie, jak będziesz chciała. Sama poprowadzisz adaptację i aranżację. Ja się na tym nie znam. Możesz poszaleć, ale proszę cię, ogranicz się do zatrudniania miejscowych firm. To na pewno nam nie zaszkodzi.” Pociągając nosem z powodu przeziębienia, a * 78 KSIĄDZ CZYLI JAK AURA NIE POSZŁA NA MARNE Zaproponowałem najdalszy zakątek hotelowego tarasu, niedaleko ścieżki prowadzącej na plażę. Tu mogliśmy w spokoju, przy akompaniamencie koją- cego szumu morza, wypić naszą ulubioną poranną kawę, zapalić, porozmyślać o sobie, o nas... A może i zamienić parę słów. Z daleka od restauracyjnego gwaru i stukotu kelnerskich wózków. Jak tylko usadowiliśmy się w wyścielonych ple- dami fotelach, jak na złość rozległ się dzwonek ko- mórki mojej żony. Popatrzyliśmy po sobie szczerze zdziwieni, bo jak dotąd, o tej porze nikt tu do nas 94 k s i ą d z nie wydzwaniał! Jakiś głos w słuchawce oznajmił barytonem, że należy do wujka z Francji. I kiedy okazało się, że ów od czterdziestu lat niewidziany wujek, jakimś dziw- nym zrządzeniem losu trafił w tym samym czasie do tego samego nadbałtyckiego kurortu co my, żona o mało nie zemdlała. Szybko jednak wróciła do równowagi, bo po paru zdaniach wujka okazało się, że nie ma w tym nic mistycznego, że to zwykły przypadek. Po następnych paru zdaniach, przepla- tanych serdecznymi ochami i achami, domyśliłem się, że zostaliśmy zaproszeni na kolację. Do „Fali Bałtyku”. – Będzie czekał o dziewiętnastej, przed hotelem – potwierdziła moje domysły uszczęśliwiona perspek- tywą nadzwyczajnego rodzinnego spotkania żona i zaraz wciągnęła mnie w wir przygotowań. – Sprawdź, gdzie to jest, poszukaj na mapie, albo w tym swoim wszystkowiedzącym smartfonie. Ustaw nawigację... żeby potem nie błądzić! Okazało się, że gdybyśmy poszli na skróty, wzdłuż plaży, a następnie nowym szerokim bulwa- rem, mielibyśmy do pokonania zaledwie dwa kilo- metry. Okay, pójdziemy spacerkiem. Nic nas nie goniło, mieliśmy mnóstwo czasu, wszak byliśmy na wcza- sach. W dodatku aura dopisywała i nic nie wskazy- 95 eugeniusz ogiński wało na jej pogorszenie. * Co robić? Przeciągające się malowanki-przebieranki pod- ekscytowanej przygotowaniami do wyjścia żony groziły... poważnym spóźnieniem. A przypominanie o być może już stojącym przed wejściem do „Fali Bałtyku” wujku groziło ripostą: „Nie poganiaj mnie, bo przez twoje gadanie wszystko się wydłuży... i znowu popsujesz mi...” Spojrzałem na zegarek. Za kwadrans dziewiętnasta! – Wiem, że chcesz przepięknie wyglądać i rozu- miem to, ale na Boga – powiedziałem spokojnie – to przecież twój wujek i w dodatku... ksiądz. Zero reakcji. Po minucie znowu spojrzałem na zegarek. – Coś się zmieniło między wami od ostatniego spotkania sprzed... ilu to... laty? Czterdziestu? Pięć- dziesięciu? Czy... – uciąłem, bo zdałem sobie sprawę, że wypominanie jej lat, akurat teraz, może przelać kielich goryczy... A tego nie chciałem, tym bardziej, że od dłuż- szego czasu nie za bardzo nam się układało. Urlop nad morzem miał pomóc zreperować to i owo, ale minął tydzień a spektakularnych sukcesów nie za- notowaliśmy. No to może teraz to rodzinne spotka- 96 k s i ą d z nie z wujkiem-księdzem... Może jego aura, błogo- sławieństwo jakie... Ja tam nie wierzyłem w takie nadzwyczajne moce, ale może wystarczy, że żona... Westchnąłem z ulgą, bo zauważyłem, że na szczę- ście myślami była gdzie indziej. W końcu machnąłem ręką. Najwyżej sama się będzie tłumaczyć przed wujkiem z wrodzonego spóźnialstwa. A ja, chociaż go nigdy osobiście nie poznałem i nie byłem też, delikatnie mówiąc, fa- nem kleru, to jednak uważałem, że starszemu wuj- kowi na emeryturze należy się po prostu szacunek. * – Przede wszystkim zapomnij o antyklerykali- zmie! – zaczęła wartko żona, zanim usłyszałem klik- nięcie pasa bezpieczeństwa. Zaraz po wyjeździe z podziemnego parkingu odchyliła lusterko samocho- dowe i zabrała się do poprawiania makijażu. – Nie trzęś tak... Uważaj! Jeszcze sobie oko po- brudzę! I nie waż się dyskutować z nim o żadnej wierze, religii, biskupach i w ogóle o kościele. O polityce też milcz, bo nie wiemy, z której opcji jest, a ja chcę porozmawiać tylko o rodzinie, o Zbyszku w Ameryce.... o cioci z Krakowa.... Ciekawe, jak te- raz wygląda... Ciekawe, czy go poznam?... Uważaj! Trzęsiesz... Generalnie, to chcę się przede wszyst- kim odprężyć. Pamiętaj! I tak przez całą drogę. 97 eugeniusz ogiński * Zdążyliśmy cudem. Na wszystkich skrzyżowa- niach jakaś moc nieziemska przełączała nam światła na zielone. Mój ateizm zadrżał w posadach. – No popatrz, zdążyliśmy. To sprawka twojego wuja-księdza! – skomentowałem cud, próbując roz- ładować napięcie. Żona, zajęta szczegółowym ukła- daniem przebiegu wizyty, zignorowała mój dowcip. * „Fala Bałtyku” okazała się być ośrodkiem sanato- ryjnym, a nie żadnym hotelem. Zaparkowaliśmy kilkadziesiąt metrów za rogiem. Długa ścieżka z po- łamanych płytek betonowych prowadziła do łuko- watego podjazdu i długich schodów z płukanego betonu. Resztki wyblakłych farb na kolorowej nie- gdyś barierce, wybornym przykładzie „gierkow- skiego baroku”, prosiły o gruntowny face lifting. O reszcie nie wspomnę, ale pamiętam, że mi się łezka w oku zakręciła... Wszystkie okoliczne hotele do- równywały architekturą najnowszym światowym standardom. Tylko „Fala Bałtyku” broniła honoru realnego socjalizmu. Trochę się ponabijałem z za- bytku FWP. Za to żona, jak to moja żona, pacy- fistka, wzór łagodności i skrajnego optymizmu na- tychmiast doszukała się w tym pozytywnej strony... – Widzisz, jaki wujek skromny!? Nie rzuca się na żadne luksusy, ekstrawagancje! Zawsze był skrom- 98 LEKARZ CZYLI CUDZE CHWALICIE, A SWEGO NIE ZNACIE Przejechaliśmy 458 km tylko i wyłącznie w celu zrobienia paru pieprzonych fotek reklamowych we wnętrzu Tourana stojącym na parkingu, przed bu- dynkiem zarządu VW. Na miejscu przywitał nas lo- dowaty deszcz przechodzący w zamieć. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego nie wpuszczono nas do fabrycznego, ogrzewanego garażu? Byliśmy w końcu kooperantami koncernu, wprawdzie drobnymi, ale jednak! Przez dwie godziny męczyliśmy się z zamocowa- niem prototypu nowego adaptera mobilnej nawigacji, najnowszego dzieła naszego szefunia. Ze zdjęć nic nie 113 eugeniusz ogiński ˜ wyszło, bo adapter do auta nie pasował. Dlaczego? Ano, szef, oszczędzając na konsultacjach z fabryką, doprowadził do fatalnego nieporozumienia. Przez dwa miesiące dwa działy – projektantów i prototy - pownia pracowały, jak się właśnie okazało, w oparciu o materiały VW, których nikt wcześniej nie sprawdził i nie zauważył, że dotyczą najbardziej okrojonego eg- zemplarza Tourana, którego sprzedaż sięgała 3-5 liczby wszystkich innych, ponadstandardowych mo- deli. Super interes! O podwyżkach przez najbliższe dwa lata mogliśmy zapomnieć. Debilna firma, debilny szef. *** Nigdy jeszcze nie poczułem się aż tak dobrze. Koledzy, słuchający mojej tyrady, kamuflowali emocje i kryli się przed inkwizytorskim spojrzeniem debilnego szefa, jak tylko mogli. Chowali się za monitorami lub pochylali głowy, niby to szukając rozsypanych po podłodze spinaczy. A ja czułem w ich półuśmiechach, wyhamowywanych grymasach – szczery podziw... Od minuty opierdalałem szefa... w obecności ca- łego działu. Stał z otwartą gębą i ani mru, mru. I malał w oczach. Było mi błogo. Nagle coś mnie tknęło i zacząłem szukać, chyba kluczyków od auta... Po jakiego wała szukam tych pieprzonych 114 l e k a r z kluczyków? Uświadomiłem sobie, że nie mam poję- cia, gdzie zaparkowałem mój samochód... Wku- rzały mnie te nieznośne luki w pamięci, ale mach- nąłem na razie ręką, bo mieliśmy i tak jechać służ- bowym. Wtem rozległ się znany mi alarm. Złodzieje pod firmą? Co się tam dzieje? Wkurzony i spocony do ostatniej nitki... obudzi- łem się. Otwartą dłonią walnąłem w budzik. Jęk- nął, ale przeżył. Tykał jeszcze. środa, 7:31 Ciągle jeszcze leżąc w łóżku, przypomniałem so- bie, że wczoraj w firmie miarka się przebrała. Szef znowu przeszedł samego siebie. Właśnie wczoraj dowiedzieliśmy się, że zmarnował następne dwa mi- liony z hakiem na bezsensowny projekt. Upierał się przy jego realizacji pomimo tego, że ani szef sprze- daży, ani marketing nie dawali najnowszemu jego „dziecku” żadnych szans na sukces rynkowy. Siedząc na klopie, przypominałem sobie inne przesrane i kosztowne pomysły szefa, burdel organi- zacyjny w firmie, totalna improwizacja i wieczne błądzenie po, jak by nie było, piekielnie trudnym rynku motoryzacyjnym. Brak perspektyw. W miarę rozmyślań, nakręcałem się. Miałem dosyć debilnej firmy i debilnego szefa. I traumatycznych snów! 115 eugeniusz ogiński Ale zanim stamtąd odejdę, wyciągnę od nich parę groszy. Postanowiłem ukarać szefa i wybrałem się do lekarza po L4. * środa, 8:34 U doktora Hartmanna nigdy nie czekało się dłu- żej niż kwadrans. Nie dlatego, że miał bardzo do- brze zorganizowaną praxis. Tajemnicą poliszynela było, iż pacjentami Doc. Holiday a, jak mówiono o doktorze Hartmannie w środowisku pracodawców, byli przeważnie pracobiorcy cierpiący na syndrom krótkiego urlopu. Wymolestowanie (nawet dłuższego) zwolnienia u Doc. Holiday a było kwestią minut. – Co mogę dla pana zrobić? – uśmiechnął się, i jak zwykle przyjaźnie wskazał kozetkę. Zanim do niej doszedłem, już przeglądał w kompie moją kar- totekę. Moja dwunastoletnia historia wizyt należała do całkiem przeciętnych. Grypki, przeziębionka, anginy, hemoroidy i takie tam drobiazgi... średnio raz, góra dwa razy w roku. Zwolnienia nie dłuższe niż na cztery dni. Jak dotąd nie nadwyrężyłem ani kasy firmy, ani ubezpieczalni. Lubiłem swój zawód, lubiłem pracować. Byle sensownie! 116 KRÓLOWA CZYLI O PANI, KTÓRA NIE DAŁA RADY Moja dwunasta córka Betty, kiedy usłyszała cichy głosik malutkiej Carolin: Dziadziu, a Księżyc był wtedy biały, czy złoty? – Wskazała na drzwi pokoju wnuczki i powiedziała rozdrażnionym tonem. – No i słyszysz! A nie mówiłam ci tato, że jak za- czniesz, to będziesz musiał skończyć. Carolin taka jest. Teraz musisz do niej wejść, i ona zaleje cię mo- rzem pytań... Do rana nie skończycie, a ja chciałam jutro pojechać z nią do Zoo-Kopuły. Podobno zgro- madzili tam wszystkie odzyskane afrykańskie zwie- rzęta... łącznie z motylami. Carolin o tym oczywi- 135 eugeniusz ogiński ście wie i jeśli się porządnie nie wyśpi, to wiesz, co mnie czeka?! * Wszedłem do pokoju. Było ciemno, jedynie wpadająca przez małe okrą- głe okienko poświata księżyca pozwalała jako tako dostrzec kontury łóżeczka i leżącą pod cienką koł- derką Carolin. Moja słodziutka, najmłodsza, sześcioletnia wnuczka przytulała się do pluszowej żabki. Zanim zamknąłem za sobą drzwi, zdążyła strzelić do mnie serią pytań: A Saturn, Dziadziu? Był wtedy złoty, czy biały? Miał tyle samo pierścieni, co teraz? A ile Saturn ma księżyców? Córka miała rację. Dla jasności, zacząłem od początku... * – Posłuchaj, moja malutka. Dawno, bardzo dawno temu, w środku kwitnącej Europy, żyła so- bie królowa o imieniu Alegna. Bardzo długo była szczęśliwą królową, jednak pewnego lata strasznie posmutniała, bo jej doniesiono, że w całym jej kró- lestwie nikt już nie chce mieć dzieci. Z roku na rok ubywało poddanych, a przybywało zabawek dla do- rosłych. A najgorsze, że wszyscy chcieli tylko hula- nek, bankietów i bezmyślnych imprez. Nadworni lekarze i psycholodzy królowej twierdzili, że nie- 136 k r ó l o w a stety, ale instynkt samozachowawczy gatunku za- nika w zastraszającym tempie. Jak tak dalej pójdzie, rozmyślała smutna królowa Alegna, to niedługo pozostaną same staruszki i starcy, którzy poumierają w samotności i królestwo, a może i Europa, a nawet cały świat, zarośnie chwa- stami. Na szczęście Alegna była nie tylko dobra ale i bardzo mądra. Zaprosiła do swojego królestwa wszystkich chętnych z innych krajów, zwłaszcza z tych, w których było bardzo mało zabawek dla do- rosłych. Nie trzeba było długo czekać. W ciągu paru tygodni zjechało mnóstwo ludzi chcących mieć mnóstwo dzieci. Na wszystkich przybyszów czekała praca, a na ich potomstwo przedszkola i szkoły, place zabaw, ścieżki rowerowe, parki wodne i śliczne domki z ogródkami. Królowa znowu była szczęśliwa. Poczuła się jeszcze bardziej szczęśliwa, kiedy w są- siednim królestwie, cierpiącym na te same pro- blemy, tamtejszy król zarządził 500 złotych duka- tów nagrody dla wszystkich mam, które urodzą drugie dziecko, 1000 złotych dukatów na trzecie, 1500 na czwarte i tak dalej... Minęło kilkanaście lat i królowa posmutniała, bo 137
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zawodowcy. Opowiadania
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: