Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00183 005576 13609552 na godz. na dobę w sumie
Zdobycie Sandomierza (rok 1809) - ebook/pdf
Zdobycie Sandomierza (rok 1809) - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 152
Wydawca: Wydawnictwo Armoryka Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62173-51-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Powieść dla młodzieży opowiadająca o zdobyciu Sandomierza przez wojska Księstwa Warszawskiego w roku 1809. O krwawej bitwie z Austriakami.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Walery Przyborowski Zdobycie Zdobycie Sandomierza Sandomierza Armoryka Armoryka Walery Przyborowski Zdobycie Sandomierza Walery Przyborowski Zdobycie Zdobycie Sandomierza Sandomierza (rok 1809)   Armoryka Sandomierz 2010 Tekst: Walery Przyborowski (1845­1913) Redaktor: Władysław Kot Projekt okładki: Juliusz Susak Na okładce: Brama Opatowska w Sandomierzu Foto Elżbieta Sarwa Tekst książki według edycji: Walery Przyborowski ZDOBYCIE SANDOMIERZA  Warszawa 1912 Pisownię uwspółcześniono w minimalnym zakresie Copyright © 2010 by Wydawnictwo „Armoryka” Wydawnictwo ARMORYKA ul. Krucza 16 27–600 Sandomierz tel 15 833 21 41 e–mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl http://www.armoryka.strefa.pl/ ISBN 978–83–62173–51–8 ROZDZIAŁ I w którym Kubuś przekonuje Ferdzia von Lausitza, że w każdej legendzie mieści się cząstka prawdy Śliczny,   słoneczny   dzień   zajaśniał   w   Sandomierzu   dn.   13   maja  1809 r.  Była  to niedziela, więc Kubuś Królikowski,  zwany  zwykle  przez   kolegów   Kubkiem,   Królem  albo   Królikiem,  chłopiec  liczący  około szesnastu lat i uczeń ostatniej klasy szkoły miejscowej wybrał  się   wczesnym   rankiem   na   przechadzkę.   Bo   jakże   nie   skorzystać  z prześlicznej pory majowej, nie pójść nad Wisłę albo na Góry Pie­ przowe,   nie   zachwycać   się   świeżym   powietrzem,   słońcem,   uroczą  młodą zielonością, zwłaszcza gdy się grało w zielone z kuzynką Ja­ dzią, do której rodziców był Kubuś zapraszany stale na obiady we  wszystkie niedziele, i trzeba było mieć niezwiędłą gałązkę bzu lub ko­ niczyny, bo to był warunek gry nieodzowny. Wyszedł tedy Kubuś koło  godziny ósmej rano na rynek sandomierski i rozglądał się dokoła, roz­ myślając, gdzie urwać bzu lub znaleźć koniczynę, by idąc na obiad do  kuzynów Białkowskich mieć zielone, świeże i niezwiędłe, bo kuzynka  Jadzia była pod tym względem nieubłaganie wymagająca. Stał więc  Kubuś wahając się, czy udać się nad Wisłę czy na ­Góry Pieprzowe,  gdy nagle z tyłu uderzył go ktoś w ramię i ozwał się głos: ­ Nu, Herr  Kubek, nad czym tak rozmyślasz? Kubuś żwawo się odwrócił i ujrzał przed sobą swego kolegę szkol­ nego   Ferdynanda   von   Lausitza,   syna   cesarsko­królewskiego   radcy  dworu, który w Sandomierzu stał na straży całości i nienaruszalności  władzy Jego Apostolskiej Mości, Cesarza Austriackiego Franciszka  Pierwszego. Kolega Ferdynand von Lausitz był to chłopak niski, na  5 swój wiek może zanadto otyły, ubrany z wyszukaną elegancją, z ocza­ mi   chytrymi   i   biegającymi   niespokojnie.   Urodzony   i   wychowany  w Sandomierzu mówił wprawdzie po polsku, ale lubił wtrącać do roz­ mowy wyrazy niemieckie, a nade wszystko dumny był z dygnitarskie­ go stanowiska swego ojca, który przecież za pan brat żył z komendan­ tem miejscowej załogi, generałem­lejtnantem von Egermanem. Ferdy­ nand pomiatał Polakami, szydził z obyczajów i zwyczajów polskich,  starał się wyróżniać wśród swoich kolegów. Toteż nie lubili go oni  wcale i unikali, o ile mogli, wszelkich z nim stosunków, zwłaszcza że  był złośliwy, nieuczynny i o wszystkim, co się działo w szkole, gadał  ojcu, z czego nieraz bardzo przykre wynikały historie. Potajemnie na­ zywano go szpiclem, co według cesarsko­królewskiej i apostolskiej  nomenklatury oznaczało po prostu szpiega. Kubuś nie znosił Ferdy­ nanda von Lausitza i nieraz ściskał pięści, słuchając jak ten szwarcgel­ ber wyśmiewał się z Polaków i cesarza Napoleona, jak zapowiadał  głośno, że tylko patrzeć, gdy tego Korsykanina żołnierze austriaccy  przyprowadzą okutego w kajdany do Wiednia.  Zwłaszcza w ostatnich czasach szwarcgelberowski szpicel rozpu­ ścił strasznie swój język z powodu wojny, jaką Austria wydała Księ­ stwu Warszawskiemu. Głosił więc, że arcyksiążę Ferdynand, dowódca  korpusu   austriackiego,   zniósł   za   jednym   zamachem   to   księstwo,  a księcia Józefa jako buntownika wsadzi do fortecy. Księcia Józefa Po­ niatowskiego dlatego nazywał  buntownikiem, bo  niegdyś służył on  w wojsku austriackim. Wczoraj zwłaszcza w szkole szpicel rozpowia­ dał, że przyszły urzędowe wiadomości, iż arcyksiążę Ferdynand roz­ bił, zniósł i zniszczył doszczętnie armię polską pod Raszynem, zajął  Warszawę, i ­ dodawał Ferdzio ­ polski bunt (bo dla niego istnienie  Księstwa Warszawskiego i wojska polskiego było buntem) raz na za­ wsze zostanie stłumiony. Polscy koledzy szpicla nie mogli zaprzeczyć  tym złowrogim słowom, bo nie mieli żadnych wiadomości o tym, co  się właściwie dzieje tam, koło Warszawy, gdyż nadęty i wyprostowa­ ny, jakby kij połknął, generał­lejtnant von Egerman nie dopuszczał do  Sandomierza żadnych gazet i żadnych nowin. Ogłaszał tylko co parę  dni przez plakaty przylepione na rogach ulic i pisane w prawomyśl­ 6 nym cesarsko­królewskim języku, że uzurpator Napoleon został pobity  na głowę i ścigany jest przez dzielne, waleczne wojska Jego Cesarsko­ Królewskiej Apostolskiej Mości, że arcyksiążę Ferdynand na miazgę  zgniótł buntownicze „bandy” polskie pod „Raschin” i zajął Warszawę. Słuchano więc w milczeniu słów szpicla, ściskano zęby i pięści,  ale nikt nie mógł mu powiedzieć; kłamiesz! ­ bo nikt naprawdę nie  wiedział, jak się rzeczy w istocie mają. Toteż i teraz Kubuś, ujrzawszy  przed sobą nieznośnego, czarno­żółtego szpicla, skrzywił się, jakby  mu kto na odcisk nastąpił, i na jego pytanie odrzekł, że o niczym nie  myśli, sądząc, że tą obojętną i chłodną odpowiedzią pozbędzie się nie­ pożądanego towarzystwa. Ale ten ani myślał go opuszczać. ­ Wiesz co? ­ rzekł. ­ Mam ochotę się przejść. Taki śliczny dzień. A chciałbym też coś zobaczyć. Powiedziałbym ci coś, żebyś mnie  tylko nie zdradził, bo to wielka urzędowa tajemnica. ­ Wiesz o tym dobrze, że ja nikogo nie zdradzam, twoją zaś urzę­ dową tajemnicę zachowaj dla siebie, jam jej wcale nie ciekawy. ­ Ale, bo ty nie wiesz... a zresztą, powiem, bo cię to może przeko­ na, jakie straszne rzeczy działy się dawniej w tym kraju pod rządami  polskimi. ­ Znowu jakaś niegodna plotka! ­ Wcale nie plotka. Jeżeli pójdziesz ze mną, przekonasz się naocznie. ­ Cóż to takiego? ­ zapytał Kubuś istotnie zaciekawiony. Ferdynand von Lausitz nadął się jak pęcherz, obejrzał się dokoła,  a wziąwszy Kubusia pod ramię, pociągnął go na bok i z miną tajemni­ czą, półszeptem począł mówić: ­ Zapewne uważałeś od paru dni, jakie tłumy waszego dzikiego  chłopstwa kazał spędzić generał­lejtnant Freiherr von Egerman? ­ Uważałem, ale to chłopstwo nie wydaje mi się znów tak dzikim. ­ O! Co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości, dość spojrzeć na  nich, na ich skołtunione głowy. Ale mniejsza o to. Chłopstwo to dlate­ go generał­lejtnant Freiherr von Egerman spędzić kazał, żeby ponapra­ wiało mury i pokopało fosy koło Sandomierza, bo przyszedł rozkaz  z Wiednia żeby z tego miasta zrobić pierwszorzędną fortecę. 7 ­ Hm! ­ odrzekł na to Kubuś. ­ Tak wszędzie zwyciężacie, Napoleona  macie w kajdanach przywieźć do Wiednia, księcia Józefa do twierdzy,  a z Sandomierza chcecie robić fortecę. Na co, przeciw komu? ­ Już ja tam nie wiem, dlaczego. Ojciec mój powiada, że będzie to  mocne więzienie dla polskich buntowników. Ale tu nie o to idzie.  Wczoraj, wyobraź sobie, na urwisku, od strony Wisły, gdy Freiherr  von Egerman oglądał zrujnowany klasztor i kościół, które niegdyś, po­ noć, zbudowali jezuici, i kazał tam kopać fundamenta pod mury for­ teczne, natrafiono na straszne lochy, na ogromne podziemia, ciągnące  się Bóg wie jak daleko.  ­ O! To nie nowina! ­ zawołał Kubuś. ­ Wszyscy w Sandomierzu  wiedzą o tych lochach, jak je nazywasz, a które są po prostu rozległy­ mi piwnicami. Nawet gadają ludzie, że jezuici zakopali tam znaczne  skarby. Ale ja w to nie wierzę. U nas zawsze po starych murach i sta­ rych dziurach mają się ukrywać niebywałe skarby.  ­ Otóż, mylisz się, Kubku, nie są to piwnice, ale ogromne, ciągnące  się daleko podziemia, zakręty, korytarze, głębokie i ciasne karcery,  w których znaleziono całe góry kości ludzkich, tułowia i kościotrupy  stojące, nawet kobiece... wyobraź sobie... kobiece!  ­ Więc cóż z tego? Cóż ty przypuszczasz?  ­ Ja nic nie przypuszczam, bom tego jeszcze nie oglądał. Ale ojciec  mój twierdzi, że te szkielety męskie i kobiece to nieszczęśliwi więź­ niowie jezuitów, że są to niecne ślady intryg jezuickich, że w tych no­ rach podziemnych może niejeden ojciec kilkorga dziatek o herezję po­ sądzony, niejedna żona nie chcąca wydać męża okrutną śmierć głodo­ wą znalazła lub skonała w mękach na torturach.  ­ Tra la la la!­zaśmiał się Kubuś.­Czytałem ja o takich historiach  w   Hiszpanii   pod   panowaniem   waszego   habsburskiego   domu,   ale  w Polsce, mogę cię zapewnić, nic podobnego nigdy się nie działo.  Owe kościotrupy, które tak przeraziły twego ojca, to są ciała niebosz­ czyków tam pochowanych, bo jak ci wiadomo zapewne, dawniej ludzi  grzebano pod kościołami.  ­ Gdyby tak było, jak ty mówisz, toby przecie były trumny, a tam  ich nie ma. 8 ­ Bo zbutwiały. ­ Zawsze byłyby jakieś ślady, jakieś szczątki, a tam nic nie ma, tyl­ ko same szkielety, kościotrupy, trupie czaszki. Nie! To z pewnością tak  było, jak mój ojciec powiada, a z tą opinią zgadza się generał­lejtnant  Freiherr von Egerman. ­ Co tam generał­lejtnant wie o tym! Zna on to historię polską! I wiesz, co ja ci powiem? ­ Cóż takiego? ­ Jeżeli to nie są nieboszczyki pochowane zwyczajnie pod kościo­ łem, to w takim razie te lochy i te kości są o wiele starsze od przybycia  jezuitów do Sandomierza, co nastąpiło dopiero w XVII wieku. ­ Nie rozumiem cię. ­ Wiedzże o tym, nieuku jakiś, że za panowania króla Leszka Czar­ nego Tatarzy dwa razy tu gościli, a nawet w 1260 roku wymordowali  pięćdziesięciu zakonników w kościele św. Jakuba... Powinieneś wie­ dzieć o tym, bo przecież nie dawniej jak rok temu papież tych męczen­ ników w poczet błogosławionych policzył. ­ A tak, prawda! ­ Otóż sandomierzanie, nauczeni tym strasznym przykładem, za pano­ wania króla Leszka Czarnego wykopali trzy ogromne podziemia, z których  jedno właśnie zaczynało się tam, gdzie dziś ruiny kościoła pojezuickiego  się znajdują, i które miało iść pod Wisłę na tamtą stronę rzeki. ­ Skądże ty to wiesz? ­ Czytałem o tym w starych kronikach. ­ Hm... może być, że te podziemia wykopano tam kiedyś w obawie  przed Tatarami, ale skądże kościotrupy? Czyż nie jest to jasne, że je­ zuici skorzystali z tych lochów, by w nich więzić i torturować nie­ szczęśliwych heretyków. Tak nazywali oni inaczej wierzących... ­ Wszystko to, co mówisz, jest kłamstwem. Wiadomo dobrze, skąd  się tam znajdują kości i szkielety. Kiedy w roku 1287 napadli Tatarzy  na Sandomierz i ten wyczerpany, pozbawiony żywności miał już ulec,  niejaka Halina, kasztelanowa sandomierska, umówiła się z Witkonem,  wójtem sandomierskim, i w nocy udała się do obozu tatarskiego, sto­ jącego na górze Salve Regina. Wiesz, gdzie...  9 ­ Wiem. Cóż dalej? ­ pytał zaciekawiony Ferdzio von Lausitz.  ­ Tam Halina stanęła przed carzykiem dowodzącym całą tą hordą  najeźdźców. Przedstawiła się jako kobieta pragnąca pomścić się na  sandomierzanach, którzy jej mieli wiele krzywd wyrządzić, i wyjawi­ ła, że ludność miasta ze wszystkimi bogactwami i kobietami ukryła się  w lochu podziemnym, do którego tylko ona jedna może doprowadzić.  ­ A wiesz, Kubek, że to bardzo ciekawe! I cóż dalej?  ­ Pewno, że ciekawe. Właśnie wtedy z rozkazu wójta Witkona po­ gaszono w mieście wszystkie ognie i tak się uciszono, że zdawało się,  jakoby Sandomierz stał się martwą pustynią. Ta cisza i smętek rozlany  na obliczu Haliny tak uwiodły carzyka tatarskiego, że uwierzył jej sło­ wom. Natychmiast zwołał swoich murzów i wydał rozkaz, aby zapalo­ no jarzące, smolne pochodnie. Cała horda pod przewodnictwem kasz­ telanowej Haliny ruszyła ku owym podziemiom i weszła w nie. Gdy  już ostatni Tatarzyn, wiedziony chęcią łupu i branek, zniknął w pod­ ziemiach, Witkon ukryty z garstką rycerstwa wypadł, ogromnymi gła­ zami zawalił wejście od lochów i tym sposobem pogrzebał w nich hor­ dę najezdniczą.  ­ A cóż się stało z kasztelanową Haliną?  ­ Nie wiadomo. Oczywiście, zginęła w lochach, zapewne od mie­ czów mściwych Tatarów, ale tym sposobem własnym życiem okupiła  życie swych współmieszkańców. Taką szczytną ofiarność można tylko  znaleźć w historii polskiej, o której nie znający rzeczy nieprzyjaciele  nasi tyle głupich bajek plotą.  ­ Dziwne, dziwne! ­ powtarzał zamyślony Ferdzio von Lausitz.  ­ Te trupy, szkielety, kości, które dziś odkryto w podziemiach koło  klasztoru Jezuitów, nie są więc ofiarami fanatyzmu, jak twierdzi mą­ dry generał­lejtnant von Egerman, ale zapewne szczątkami Tatarów,  których tam przed sześciu blisko wiekami pogrzebała dzielna kasztela­ nowa Halina. ­ Tak, to może być, ale skądże się tam znajdują szkielety kobiece? ­   Najprzód   nie   wiem,   czy  tam   jest   dużo  szkieletów   kobiecych,  może tylko jeden, a w takim razie są to szczątki bohaterskiej Haliny. ­ Jeżeli jest jeden, a jeśli ich jest więcej? 10 ­ I na to można znaleźć odpowiedź. Wiadomo przecież, że Tatarzy  po drodze rabowali wszystko, mężczyzn zabijali, a kobiety brali w ja­ syr. Jeżeli tam jest więcej szkieletów kobiecych, to są to szczątki nie­ szczęśliwych branek pogańskich. ­ Hm! Wszystko pięknie wytłuma­ czyłeś, Kubku... Ani słowa, mogło tak być, ale ja myślę, że cała ta hi­ storia jest bajką, jest piękną legendą wymyśloną przez starych kronika­ rzy. W waszej historii jest mnóstwo takich bajek, na przykład o smoku  pod Krakowem, o Krakusie i Wandzie, o myszach Popiela o kołodzieju  Piaście. ­ W każdej legendzie, mój Ferdziu, jest cząstka prawdy. Ale histo­ rii o kasztelanowej Halinie nie trzeba mieszać z podaniami o smoku  i Krakusie, o Popiciu i myszach. Te ostatnie wypadki miały się dziać  w czasach bardzo odległych, w nieoznaczonej epoce, podczas gdy hi­ storia Haliny stała się w roku 1287, to jest w czasach, gdy ludzie spisy­ wali już kroniki. Tamte zdarzenia noszą charakter nadzwyczajny, nad­ przyrodzony, boć przecie wiemy, że smoków nie ma na świecie, że  siarka w brzuchu potwora palić się nie mogła, że z ciał ludzkich nie  mogą wylęgać się myszy, ani też zagryzać ludzi. Tymczasem w histo­ rii kasztelanowej Haliny nie ma nic nadzwyczajnego, nadprzyrodzone­ go, jest tylko bohaterstwo i poświęcenie dla ojczyzny. Fakt więc ten  nie jest niemożliwy, a zapisany przez współczesnych niewątpliwie jest  prawdziwy. ­ Wiesz, gdym się od ojca dowiedział o tych kościotrupach, byłem  bardzo ciekawy je zobaczyć, choć wahałem się czy pójść, bo tam musi  być bardzo brudno, a ja włożyłem na siebie nowe ubranie. Ale teraz  pójdę... zum Teufel, w nowym ubraniu! Cóż, pójdziesz ze mną? Prze­ cież to bardzo ciekawe zobaczyć kości ludzi, którzy przed sześciuset  laty   umarli,   jeżeli   w   rzeczy  samej   jest   to  prawdą,  coś  powiedział.  A nuż to są szczątki ofiar wymordowanych przez jezuitów, jak utrzy­ muje mój ojciec? ­ To zobaczymy. Idę z tobą. Jeżeli to są szczątki ofiar jezuickich, to  powinny być przy nich łańcuchy, okowy i tym podobne narzędzia mę­ czeńskie, bo przecież wiadomo, że dawniej u nas nikogo nie wsadzano  do więzień bez oków, jak to wy jeszcze dziś robicie z waszymi więź­ 11 niami. Chodźmy, i pewien jestem, że się przekonasz, iż to co mądry  generał­lejtnant von Egerman powiada, jest wierutną bajką. Ruszyli więc co żywo w kierunku ruin dawnego kościoła i klaszto­ ru Jezuitów. Wszędzie dokoła miasta tłumy spędzonych z okolicy wie­ śniaków pracowały pod nadzorem oficerów austriackich nad napra­ wianiem starych murów i okopów, choć to była niedziela. Ale rząd  Jego Apostolskiej Mości nie zwracał na to uwagi, a kij kapralów i ofi­ cerów napędzał opornych do ciężkiej pracy. Widok ten przykre uczucie wzbudził w Kubusiu, wrzała w nim  krew, ale musiał milczeć, bo wiedział, że nic na to poradzić nie jest  w stanie. 12 ROZDZIAŁ II w którym Kubuś jest podejrzany, że otrzymał zły stopień z geografii Do podziemi, o których Ferdzio von Lausitz opowiadał, nikogo nie  wpuszczano, jemu zaś jako synowi wysokiego dygnitarza dano wolny  wstęp. Kapral, który z kijem w ręku pilnował nieszczęśliwych chło­ pów polskich spędzonych do robót koło fortyfikacji miasta, ujrzawszy  Ferdzia, kłaniał mu się z wielkim uszanowaniem, z czego on był bar­ dzo dumny i, spoglądając z boku na Kubusia, zdawał się mówić: ­ Widzisz, co ja znaczę! Piwnice, do których obaj chłopcy weszli, zrazu nic godnego uwagi  nie przedstawiały. Były to puste, sklepione mocno lochy, z których  przeszli do długiego, wąskiego korytarza, a stąd dopiero do obszerne­ go podziemia, przedstawiającego okropny widok. Była to istna kostni­ ca. Przy słabym blasku, przedostającym się przez dwa zakratowane  okienka, bardzo wysoko umieszczone, ujrzeli  najprzód oparty o mur  cały szereg szkieletów. Stały one w najrozmaitszych pozycjach. Jedne  z czaszkami do góry podniesionymi zdawały się czarnymi oczodołami  szukać powietrza i słońca; inne z rękami opuszczonymi, z głową na  piersi przedstawiły smutny obraz, jeszcze inne miały ręce rozpostarte  wzdłuż ściany, jakby się jej czepiały w jakimś rozpaczliwym wysiłku.  Były też takie, które dziwnie podnosiły nogę, jakby chciały wykonać  skok przez jakąś przeszkodę. Były takie, które wyciągnąwszy naprzód  szkieletowe   dłonie   chciały   coś   lub   kogoś   chwytać   w   swe   objęcia.  Zgroza przejmowała, gdy się patrzyło na ten okropny widok. Posadzka  podziemia zarzucona była całą górą czaszek, piszczeli ludzkich, rąk  odpadłych od ciała, kości wszelkiego rodzaju oraz pyłem powstałym  13 zapewne ze zgniłych i przez wieki wysuszonych ciał ludzkich. Obaj  chłopcy na ten widok, przypominający marność istnienia człowiecze­ go, skamienieli tajemną trwogą przejęci. Trwoga ta zmieniła się w pa­ niczny strach, gdy nagle ni stąd, ni zowąd jeden ze szkieletów opar­ tych o ścianę poruszył się. Coś czarnego, ruchliwego wysunęło się  z jego czaszki i z piskiem zanurzyło się w stosie kości leżących na zie­ mi, sam zaś szkielet z trzaskiem i głuchym chrzęstem runął na ziemię  i prawie w pył się rozsypał. Podniosła się przy tym cała chmura duszą­ cego kurzu, aż Ferdzio przerażony krzyknął: ­ Ach, Herr Je! ­ i schował się za Kubusia, czepiając się rozpaczli­ wie jego ramion, jakby szukał zasłony i pomocy. Kubuś nie mniej był przestraszony, ale nie cofnął kroku. Oprzy­ tomniał w jednej chwili i rzekł spokojnym, choć nieco drżącym gło­ sem: ­ Czego się boisz? To pewno szczury. W  tejże chwili stos kości na posadzce począł się także ruszać,  chrzęścić, czaszki przewracały się i jakiś piszczel z dziwnym łoskotem  potoczył się pod same nogi Kubusia, który cofnął się nieco z niemi­ łym uczuciem obrzydzenia. A że powietrze duszne w tym zamkniętym  podziemiu stało się teraz wskutek upadku szkieletu prawie niemożliwe  do oddychania, więc rzekł:  ­ Chodźmy stąd, bo się udusimy. Słabo mi się robi.  Co żywo więc zawrócili, przebiegli prawie pędem przez korytarz  i pierwsze piwnice. Bardzo byli radzi, gdy się znaleźli na świeżym po­ wietrzu, na jasnym dniu, pod złocistymi blaskami słońca majowego.  Wciągali w płuca rześkie powietrze, a Ferdzio blady jak ściana tak się  uczuł osłabiony, że usiadł na jakimś złomie muru i rzekł:  ­ Za nic w świecie drugi raz bym tam nie poszedł.  ­ Zapewne ­ odparł Kubuś ­ nie ma tam po co chodzić. Nic cieka­ wego, a powietrze strasznie jest zepsute. Można się nabawić choroby.  Cóż, lepiej ci?  ­ Lepiej, ale jeszcze muszę sobie trochę odpocząć. Licho nadało,  żeśmy tam poszli. Po nocach będą mi się śnić szkielety.  ­ Widzę, że jesteś trochę tchórzem podszyty.  14 ­ Nie, a zresztą przyznaj, że i ty się przeraziłeś, gdy ten kościotrup  runął spod ściany. Nie mam pojęcia, z jakiego powodu to się stało.  ­ Z bardzo naturalnego. W tych podziemiach jest mnóstwo szczu­ rów, jeden z nich nieuważnie trącił szkielet i ten upadł. Przecież nie  przypuszczasz chyba, że kościotrup chciał nas stamtąd wygnać.  Ferdzio zamyślił się i po chwili rzekł:  ­ Zapewne, że to tak było. A nawet widziałem, jak z czaszki coś  czarnego i ruchliwego wyskoczyło.  ­ W czaszce tej mieści się niewątpliwie gniazdo szczurze. Może to  był szkielet jakiegoś znanego murzy tatarskiego. Na co mu to przy­ szło, teraz w jego głowie szczury się gnieżdżą!  ­ Więc ty naprawdę przypuszczasz, że to są szczątki Tatarów, zwa­ bionych do lochu przez ową kasztelanową Halinę?  ­   Oczywiście,   że   tak.   Skądże   wzięłaby  się   taka   ogromna   masa  szkieletów i kości? Przecież widziałeś ich postawy rozpaczliwe; wi­ docznie umierali w strasznych męczarniach głodu. Tak, ja jestem pe­ wien, że to są szczątki Tatarów pogrzebanych w tych podziemiach. Ale Ferdzio nie zgadzał się z tym. Jemu w głowie ćwiekiem utkwi­ ło przypuszczenie generała­lejtnanta von Egermana i ojca, radcy sta­ nu, że w tych podziemiach kryją się ofiary zbrodni i intryg jezuickich,  a skoro generał­lejtnant i wysoki hofrat tak twierdzą, to niegodną jest  rzeczą wiernego poddanego Jego Cesarsko­Królewskiej Apostolskiej  Mości inaczej utrzymywać. Świadczyłoby to bowiem o buntowniczym  usposobieniu. Kubuś słuchał tego, ale nic się nie odzywał, bo na co by  zdało się przekonywać kogoś, kto nie chce być przekonany. Stał więc  w milczeniu i przypatrywał się ciężkiej pracy nieszczęśliwych chło­ pów polskich, spędzonych tutaj pod kijem kaprala. Zauważył więc, że  mur otaczający Sandomierz w tym miejscu był prawie wszędzie zruj­ nowany, niski, pełen wyłomów i zapewne generalicja austriacka uzna­ ła go za niemożliwy do naprawienia, bo zostawiła go w spokoju, a na­ tomiast o kilkanaście kroków dalej kazała sypać wysoki szaniec, nad  którym właśnie pracowali spędzeni chłopi. Tymczasem Ferdzio przy­ szedł do siebie zupełnie i obaj chłopcy ruszyli z powrotem do miasta. 15 Przez drogę ten kryjący się niedawno w podziemiu za plecami Ku­ busia bohater szwarcgelberowski teraz, w świetle dnia, wobec kręcą­ cych się wszędzie żołdaków austriackich nabrał szczególnego animu­ szu i począł niestworzone rzeczy prawić o jezuitach, o dawnym rzą­ dzie polskim, o polskim nieładzie i chytrości. A wreszcie o błogim po­ rządku, jaki w tym kraju zaprowadziła dobroczynna władza Jego Ce­ sarsko­Królewskiej Apostolskiej Mości. ­ Zgnilibyście w smrodzie i brudzie ­ kończył ­ gdyby nie nasz rząd. On  was cywilizuje, on was uczy, jak żyć, chociaż naprawdę żyć nie możecie,  boście stoczeni do szpiku kości przez trąd zepsucia i nieładu. Kubuś, sły­ sząc te zuchwałe słowa, zatrzymał się cały dygoczący od gniewu i rzekł: ­ Wiesz, szpiclu, żeś ty strasznie głupi! ­ Szpicel? Jak śmiesz mnie nazywać szpiclem? ­ Bo jesteś nim!  ­ Tak? Czekajże! Ja ci tego nie daruję, ja powiem ojcu. Zgnijesz  tam w podziemiach, ty polska świnio!  W tejże chwili rozległ się głośny policzek, Ferdzio zatoczył się jak  pijany, furażerka mu spadła z głowy i oburącz chwycił się za twarz  mocno zaczerwienioną. Kubuś zaś zły na  siebie, że dał się  unieść  gniewowi, zawrócił spokojnie i poszedł na ulicę Opatowską, przy któ­ rej mieszkali państwo Białkowscy ze swą córką Jadzią, bo było już bli­ sko południa, a tam dawnym zwyczajem polskim punktualnie siadano  do   stołu.   Przez   krótką   tę   drogę   zdołał   Kubuś   opanować   wzburzenie  i jak zwykle spokojny, uśmiechnięty wszedł do saloniku kuzynów Biał­ kowskich. Tu, będąc już we drzwiach, przypomniał sobie, że wśród przy­ gód tego dnia zapomniał zupełnie o tym, że z panną Jadzią gra w zielone  i że nie ma przy sobie ani świeżej gałązki bzu, ani paru listków koniczy­ ny, i oczywiście stanowczo przegrał zakład. Jakoż panna Jadzia, ubrana  w krótką jasną sukienkę, mając złociste włosy związane w kosę, spadają­ cą z tyłu aż do pasa, podbiegła żwawo do Kubusia, wołając z daleka:  ­ Zielone! Zielone! Prędko! Prędko!  Kubuś nieco skonfundowany, ale uśmiechnięty, wydobył zza mun­ durka   garść   zwiędniętych,   zeschłych,   pokruszonych   liści   i   pokazał  pannie Jadzi z miną zabawną. Ta oburzyła się.  16 ­ To ma być zielone? To się u kuzyna nazywa zielone, te śmiecie?  ­ Ale one były zielone i jeszcze są zielone. Proszę patrzeć.  ­ A ja proszę się nie wykręcać. Przegrałeś, kuzynku, i musisz teraz  zapłacić, jakeśmy się umówili.  ­ Nie wiem naprawdę, jakeśmy się umówili, ale co do zapłaty... to  będzie ciężko, bo u mnie kabza pusta jak Sahara.  ­   Także   porównanie!   Widocznie   kuzynek   dostałeś   zły   stopień  z geografii, skoro ci Sahara tak utkwiła w głowie. Ale tu wcale nie  idzie o pieniądze. Musi kuzynek zrobić teraz to, co ja będę chciała. ­ A cóż kuzynka będzie chciała? ­ To się pokaże, tyle tylko powiem, że trzeba żebyś kuzynek opu­ ścił Sandomierz. Kubuś zrobił poważną minę, westchnął i rzekł: ­ I bez rozkazu kuzynki będę musiał to zrobić. Twarz jego młoda miała taki wyraz, że panna Jadzia przestraszyła się  i zawołała: ­ Jak kuzynek to dziwnie powiedział! Mój Boże, cóż się stało? ­ Stało się coś takiego, że jeżeli dziś jeszcze nie ucieknę z Sando­ mierza, to mię Austriaki okują w kajdany i zapakują do kozy. Właśnie w tej chwili wszedł do saloniku pan Białkowski i, usły­ szawszy ostatnie słowa Kubusia, zawołał: ­ Jak się masz, chłopcze? Cóż to takiego? Dlaczegóż to Austriaki  mają cię wsadzić do kozy? Kubuś zrazu nie chciał powiedzieć, zbywał półsłówkami, twierdził, że  żartował, że to nic ważnego, ale przyciśnięty do muru przyznał się do  awantury, jaką miał z Ferdziem von Lausitzem, zwanym pospolicie  szpiclem.   Pan   Białkowski,   mąż   poważny  z   dużym,   siwym   wąsem,  ubrany w kontusz karmazynowy i żółte buty, usiadł w karle, dobył ta­ bakierki   z   zanadrza,   uderzył   w   nią   palcami,   zażył   potężny   niuch,  strzepnął ręką z kontusza rozsypany proszek, kichnął głośno mówiąc:  dziękuję aspaństwu, choć oboje dzieci zajęte swymi myślami nie win­ szowały mu wcale. Wytarł nos kraciastą czerwoną chustką i rzekł: ­ Hm! Mówię aspanu, że źle, bardzo źle. Po jakiego kaduka wda­ jesz się aspan z taką kanalią jak ten Lausitz? 17 ­ Wdawać to się z nim, szczerze mówiąc, nie wdaję, ale dziś zacie­ kawił mię tymi kościotrupami i poszedłem z nim. ­ Bardzo lekkomyślnie to aspan zrobiłeś. Ale może on ojcu nie po­ wie, żeś go aspan szpetnie spostponował onym policzkiem?  ­ O! Co do tego nie ma żadnej wątpliwości, że powie. Nieraz to już  zrobił i kilku kolegów naszych mocno z tego powodu ucierpiało.  ­ Hm! Kanalia to widzę jest ostatnia. Hm! Nie ma co, musisz aspan  uciekać. źle to jest, bo lepiej nauki kończyć, wiadomo czego się czło­ wiek za młodu nauczy, to na starość znalazł. Gdybyś aspan miał rodzi­ ców, to byłoby najlepiej pod ich skrzydło się schronić do czasu, ażby  się rzecz utarła. Cóż tedy aspan myślisz zrobić? Chcesz uciekać ­ to  dobrze, ale dokąd?  ­ Ucieknę do Księstwa Warszawskiego i wstąpię do wojska pol­ skiego.  ­ Ba, łatwo to powiedzieć, wstąpię do wojska. Przyjmą to aspana?  Smyk jeszcze jesteś. Ile masz lat?  ­ Szesnaście skończę na święty Jakub.  ­ Hm! Może i przyjmą. Sam widziałem takich młokosów w wojsku,  jakem był dwa lata temu w Warszawie. Ale to przecie teraz wojna! ­ O, tatuńciu! ­ wtrąciła się panna Jadzia. ­ Kuzynek Kubek (bo  i panna Jadzia Kubkiem go nazywała) jest mężny i nie boi się wojny.  ­ A aspanna skąd o tym wiesz? Patrzcie no ją! Kuzynek Kubek jest  mężny. Co to znaczy ­ Kubek? Cicho bądź, dzierlatko! Aspanna się nie  odzywaj, kiedy starsi mówią. Panna Jadzia raczka spiekła, cofnęła się  zawstydzona pod okno, a pan Białkowski mówił:  ­ Nie potrzebujesz asan daleko szukać tego wojska, co się szczęśli­ wie składa.  Właśnie był tu u mnie dzisiaj rano pewien Żyd zza Wisły, z Lubel­ skiego, i radosne, rzec można, przywiózł mi wiadomości. Imaginuj so­ bie aspan, że nasz dzielny książę Józef potłukł Austriaków pod Górą  na zrazy, wszędzie ich bije, jest już w Lublinie, oblega Zamość i ma  wyruszyć pod Sandomierz, żeby go zdobyć. Będzie to srogi przelew  krwi, zniszczeją nasze fortuny, spalą nam domy, ale to mniejsza, dla  ojczyzny trzeba ponieść takie ofiary.  18 Kubuś, słuchając tych wieści, cały promieniał ze szczęścia. Więc  nasi   biją   tych   szwarcgelberów?   Więc   wszystkie   ich   przechwałki,  ogłaszane   przez   drukowane   plakaty,   jakoby   zawojowali   już   całe  Księstwo Warszawskie, są niegodnym fałszem? Jakież to szczęście!  O, jakże pragnął Kubuś jak najprędzej znaleźć się w szeregach wa­ lecznych wojowników polskich, jak mu dusza darła się do sztanda­ rów i orłów ojczystych! Więc pod Sandomierz przyjdą, aby go zdo­ być! O! On wie, którędy najłatwiej będzie do niego się dostać. Tam  koło ruin jezuickich mur ma zaledwie łokieć wysokości i tak jest  zrujnowany, że dość nogą kopnąć, by się rozleciał. Wprawdzie Au­ striacy   rękami   chłopów   polskich   sypią   tam   wysoki   szaniec,   ale  przecie   nasi   przyjdą   prędzej,   nim   ten   szaniec   będzie   gotowy.  O! Wielki Boże, na koniec wejrzałeś na nieszczęśliwą Polskę i dni  szczęścia i radości jej dajesz. Tak sobie Kubuś myślał, a tymcza­ sem pan Białkowski dalej mówił: ­ Zostaniesz asan u mnie do nocy, szukać cię tu przecie nie będą,  a gdyby szukali, to cię kobiety dobrze ukryją. W tejże chwili panna Jadzia wysunęła się spod okna i cała zaru­ mieniona zawołała: ­ Tatuńciu, ukryjemy kuzynka w garderobie! I poczęła klaskać w ręce i tańczyć po salce, wołając: ­ W garderobie! W garderobie! Tam kuzynka nie znajdą! O! Niech  sobie szukają, figę znajdą! I złożywszy paluszki, pokazała figę, nie wiadomo komu, prawdo­ podobnie Austriakom, którzy oczywiście tego nie widzieli. Pan Białkowski patrzył na swą córkę i milczał przez chwilę, wresz­ cie rzekł: ­ A to koza! Będziesz mi ty, dzierlatko, cicho? W garderobie ku­ zynka ukryją! Jaka mi mądra! Cicho bądź, aspanna, do paralusza! Panna Jadzia przestała skakać po sali, raczka znowu spiekła i jak  przedtem ukryła się zawstydzona we wgłębieniu, a pan Białkowski  udając gniew mówił: ­ Skaranie boskie z tą dziewczyną! Wreszcie uspokoiło się wszystko, więc ciągnął dalej: 19 ­ Zostaniesz tedy aspan u mnie do nocy. Ja tymczasem po obiedzie  poślę mego Jędrzeja do rybaka nad Wisłę, Kociubski się zowie. Znam  go od dawna, jeszcze z czasów insurekcji, kiedyśmy to z panem Ko­ ściuszką, naczelnikiem, wojowali. Kociubski jest człek godny, patriota  gorący, i co ja mu powiem, to zrobi. On aspana nocą przewiezie przez  Wisłę w Lubelskie, tam są nasi wojacy, i już sobie aspan radź, jak bę­ dziesz umiał. Rozumiesz? ­ Rozumiem i dziękuję serdecznie wujaszkowi dobrodziejowi. Na­ zywał Kubuś pana Białkowskiego wujaszkiem, choć prawdę rzekłszy ­  ten nie był nim. Pokrewieństwo było dalekie, ale przez grzeczność wy­ padało tak nazywać starego kościuszkowskiego wojownika. Ucałował  potem ręce pana Białkowskiego, a on gadał: ­ No, już dobrze, dobrze. Pewien jestem, że nam wstydu nie zro­ bisz i będziesz się bił, jak przystoi na Polaka. A maszże pieniądze? Panna Jadzia znów wyskoczyła na środek salki i zawołała: ­ Kabza kuzynka jest pusta jak Sahara! Prawdopodobnie byłaby ostro zgromiona przez ojca za to niewcze­ sne odezwanie się, gdyby nie weszła do pokoju pani Białkowska i nie  oznajmiła, że waza z rosołem i makaronem jest już na stole. Kubuś  przyskoczył do rąk wujenki, a panna Jadzia nie wiadomo dlaczego  rzuciła się na szyję matce i coś jej szeptać do ucha poczęła; ale już pan  Białkowski podniósł się z krzesła i podawszy rękę żonie prowadził ją  uroczyście do pokoju stołowego. 20 ROZDZIAŁ III w którym panna Jadzia oświadczyła, że życzy sobie, aby Kubuś wrócił generałem Kubuś miał rację twierdząc, że Ferdzio powie ojcu swemu o awan­ turze i że pan hofrat cesarsko­królewski będzie chciał pomścić się za  zniewagę, jaka spotkała jego jedynaczka. Już nad wieczorem gospody­ ni,u której na stancji stał Kubek, wiedząc, że państwo Białkowscy są  jego krewnymi, przybiegła przerażona i stroskana mocno z wiadomo­ ścią, że policja u niej była, chcąc zabrać chłopca do więzienia, i że go  szukają po całym mieście. Przez ostrożność pan Białkowski odpowie­ dział jej, że Kubuś dziś wcale nie był w jego domu i nikt nie wie,  gdzie się znajduje. Panna Jadzia okropnie się tą wiadomością przestra­ szyła, aż się rozpłakała, ale na szczęście policja do domu na ulicy  Opatowskiej nie zajrzała, boby Kubusia tu z pewnością znalazła, gdyż  proponowana przez pannę Jadzię skrytka w garderobie nie była żadną  skrytką. Pani Białkowska tylko dla wszelkiego bezpieczeństwa po od­ wiedzinach gospodyni Kubusia kazała mu się przebrać w suknie ko­ biece, żeby uchodził za dziewczynę. Było to tym łatwiejsze, że chło­ piec nie miał jeszcze wąsów, a owinąwszy głowę chustką, wyglądał na  wcale ładną pannę. Kubuś dość niechętnie wdział na siebie spódnicę; nie umiał w niej  chodzić i wstydził się, zwłaszcza, że panna Jadzi na widok tak prze­ branego kuzynka śmiała się do rozpuku, żartowała z niego i kazała mu  chodzić; uczyła go, jak ma stawiać drobne kroczki. Nauka ta jednak  stanowczo  się nie powiodła i  panna  Jadzia wszystkim oświadczyła  z zadąsaną minką, że tak niezgrabnej panny, jak kuzynek Kubek, świat  21 i korona polska jeszcze nie widziały. Na szczęście dla Kubusia póź­ nym wieczorem zjawił się rybak Kociubski i oznajmił, że wszystko  gotowe do przeprawy panicza na drugą stronę Wisły. Kubuś zrzucił  z siebie nieszczęsną spódnicę, przebrał się po męsku i, odziawszy się  w burkę ofiarowaną mu przez pana Białkowskiego, był gotów do dro­ gi.   Trochę   mu   było   przykro,   bo   rzucał   spokojny   kąt   sandomierski  i puszczał się w świat zgoła sobie nie znany, na Bóg wie jakie przygo­ dy, gdzie już sam sobie radzić i pomagać musiał, ale nadrabiał miną,  przybierał bohaterskie postawy, śmiał się i okazywał radość. Uważał  to za tym potrzebniejsze, że panna Jadzia w ostatniej chwili strasznie  upadła na duchu, posmutniała i w skrytości gorącymi zalewała się łza­ mi. Pan Białkowski wsunął w rękę chłopca woreczek z kilkudziesię­ cioma guldenami, uściskał, błogosławił i mówił:  ­ Niech Cię Bóg prowadzi, mój chłopcze, bij się mężnie, ale nie na­ rażaj niepotrzebnie życia, bo męstwo nie polega na tym, by się rzucać  z zamkniętymi oczami na niebezpieczeństwo. Trzeba tu spokojnej wy­ trwałości, przytomnego znalezienia się w razie potrzeby. Mam nadzie­ ję, że wstydu nam nie zrobisz. Masz tu karteczkę do pułkownika Sie­ rawaskiego, mego dawnego i dobrego znajomego. Jeżeli go spotkasz,  to ci się ta rekomendacja przyda. No, niech cię Bóg prowadzi!... Pani Białkowska uściskała chłopca po macierzyńsku, spłakała się  nad nim, sporządziła mu zawiniątko, do którego włożyła nieco bieli­ zny, a do koszyka nieco żywności. Wreszcie zawiesiła mu na szyi me­ dalionik z Matką Boską Częstochowską i krzyż na czole chłopca zro­ biła. Panna Jadzia podała mu rączkę i spuszczając zaczerwienione od  płaczu oczy szepnęła:  ­ Proszę się bić dobrze i wrócić do nas generałem, a to, co daję,  wziąć na pamiątkę.  To rzekłszy, wybuchnęła głośnym płaczem i uciekła. Gdy Kubuś  później rozwinął papierek, w którym kryła się owa pamiątka od panny  Jadzi, zobaczył tam pukiel jej złocistych włosów i karteczkę z napi­ sem: „nosić to na sercu”. Obok włosów był w papierku dukat złoty  węgierski z Matką Boską. Dukat schował przyrzekając sobie, że go  wyda chyba w ostatniej potrzebie, a pukiel włosów zgodnie z polece­ 22 niem kuzynki umieścił starannie na piersiach, jak talizman serdeczny,  który mu miał dopomóc w otrzymaniu szlifów generalskich. Tak obdarzony i błogosławiony Kubuś wyruszył z rybakiem Ko­ ciubskim nad Wisłę, gdzie czekała już na nich łódka, którą mieli się  przeprawić na brzeg przeciwny. Kociubski, stary już i siwy, ale trzy­ mający   się   krzepko,   z   okrutnymi   wąsiskami   spuszczonymi   na   dół,  mrukliwy i zawsze jakby rozgniewany, gdy już znaleźli się sami, ode­ zwał się ostro do Kubusia:  ­ Na psa się zdały te babskie beki!  Splunął i po chwili dodał:  ­ Iść za mną, nic nie gadać, bo te przeklęte krowie nogi wszędzie  się włóczą i węszą. Nie bojąc się niczego i mnie słuchać. Szli tedy zaułkami, przekradając się ostrożnie, zatrzymując się nieraz.  Kociubski cały czas nadsłuchiwał bacznie. Szczęśliwie dostali się nad  Wisłę, nie napotkawszy nigdzie krowich nóg. Niebawem znaleźli się na  wątłej łódce, Kociubski chwycił za wiosło, odepchnął czółno i, energicz­ nie pracując, puścił się na czarne fale Wisły. Noc była bardzo ciemna, za  co należy, jak mówił Kociubski, podziękować Panu Bogu, bo pod jej za­ słoną można niepostrzeżenie przedostać się na brzeg prawy. Wicher jed­ nak podnosił na rzece wielkie fale i rzucał łódką jak piórkiem. Ale Ko­ ciubski był doświadczonym przewoźnikiem i rybakiem, znał dobrze rzekę  i jej kaprysy; wiedział, jak należy się na niej zachowywać. ­ Szczęśliwie się to złożyło ­ gadał, gdy już odbijali od brzegu ­ że  panicz teraz przeprawia się na tamten brzeg, bo wiem ja, że nasi już  się tam kręcą. Dzisiaj rano sam widziałem ułanów. Nie będzie panicz  potrzebował szukać naszych wojaków. Jeno patrzeć, jak przyjdą oni  pod Sandomierz i zadadzą fernepiksu kajzerlikom... ­ Czy naprawdę nasi chcą zdobyć Sandomierz? ­ spytał Kubuś. ­ A cóż pan myśli, że na żarty? Zdobędą, zdobędą, ja im sam dopo­ mogę, jak będę mógł. Dość już tych rządów nad nami przeklętych kro­ wich nóg. Wypędzimy to robactwo z naszego Sandomierza, da Pan Je­ zus, że wypędzimy. Niech no się panicz do kaduka nie kręci, bo rzeka  tęgo płynie, fala jest duża i łódka może się wywrócić... Siedzieć cicho  i mnie słuchać! 23 Siedział więc Kubuś spokojnie i cicho, patrzył na czarne fale prze­ lewające się z szumem, przypatrywał się ciekawie błyskom, jakie się  na nich ciągle pojawiały, i słuchał gadania starego Kociubskiego. ­ Nasi ściągnęli na tamten brzeg wszystkie łodzie i promy, a na cóż  by to robili, jeżeli by nie mieli zamiaru przeprawiać się tutaj? A po cóż  by znowu przeprawiali się, gdyby nie chcieli wytatarować skóry kaj­ zerlikom i nie wziąć Sandomierza? ­ Pewno, że tak ­ zauważył Kubuś ­ ale Austriaki wiedzą » zapew­ ne o zamiarach naszych, bo na gwałt naprawiają mury, sypią szańce  i nawet dziś, choć to była niedziela, kazali chłopom pracować. ­ Wiem  ja o tym, ale im Pan Jezus właśnie dlatego nie poszczęści. Panicz  mówi: naprawiają mury, sypią szańce. To wszystko psu na budę się nie  zda. Dowiedzą się nasi, gdzie te mury są słabe... już ja jestem w tym,  żeby się dowiedzieli. A to ładne wichrzysko! Kubuś zaprzeczył temu,  bo wichrzysko wcale nie było ładne. Owszem, nazywał je bardzo do­ kuczliwym i nieznośnym, bo pomimo ciepłej burki chłód przenikał go  do kości. Ale uwaga ta oburzyła Kociubskiego, który rzekł:  ­ Panicz jest młody, to i z przeproszeniem głupi. Nie ma w głowie  nijakiej kalkulacji i penetracji. Kiej się jest w nocy na rzece, to nie po­ trza wygadywać nic złego, bo woda to rozumie i jest mądra. Siedzieć  cicho i nic nie gadać.  Stary rybak był przesądny, jak wszyscy rybacy nadwiślańscy. Uwa­ żali oni Wisłę za żyjącą istotę i sądzili, że narzekać lub wygadywać na  nią jest rzeczą niebezpieczną, bo rzeka to rozumie i może się zemścić.  ­ Kiej się jest na cudzej łasce ­ dodał Kociubski gniewnie ­ to nie  potrza wymyślać.  Zgromiony Kubuś umilkł, a i Kociubski przestał gadać, tylko coraz  zawzięciej wiosłował i jak strzała przeszywał fale piętrzące się groź­ nie. Wśród milczenia chłopiec pogrążył się w myśli o tych wszystkich  wypadkach,   które   tak   nagle,   tak   niespodziewanie   wyrzuciły   go   ze  zwykłej spokojnej kolei życia i otworzyły przed nim pole zupełnie  nowe, pełne Bóg wie jakich przygód. Ale nie żałował on tego wcale,  ani też nie ubolewał nad tym, co się stało. Już dawno, od miesiąca, od  początku tej wojny, wypowiedzianej, a raczej wcale nie wypowiedzia­ 24 nej,   tylko  zdradziecko  rozpoczętej   przez   Austrię   przeciw   Księstwu  Warszawskiemu, budziła się w Kubusiu gorąca żądza wzięcia w niej  udziału. Nieraz rozpaczał, że musi gnuśnie siedzieć w Sandomierzu,  patrzeć na nienawistnych Austriaków, kiedy tam gdzieś pod Warszawą  bracia jego walczą z najeźdźcą.  Przyczyniały się do tego jego myślenia wygłaszane bardzo często  przez kuzynkę Jadzię uszczypliwe słówka o młodzieży, która nie ma  w sobie rycerskiego ducha ojców i, kiedy jest wojna, woli siedzieć pod  piecem lub bruki zbijać. Z tych to powodów rad był bardzo, że na ko­ niec   rzeczy   tak   się   ułożyły   (nawet   nie   wiedział,   kiedy)   i   że   teraz  w nocy przez burzliwą Wisłę dąży do tych szeregów ojczystych, do  których od miesiąca wzdychał; i na wspomnienie trójbarwistej chorą­ giewki ułańskiej serce mu w piersi tak biło, jakby chciało wyskoczyć.  No, już teraz i on wdzieje granatowy mundur z guzikami o srebrnych  orłach, z żółtymi wyłogami, i on będzie się bił za ojczyznę. Oj, mocny  Boże, jakże będzie prał tych znienawidzonych kajzerlików, te szpetne  krowie nogi, jak ich nazywa stary Kociubski. Kuzynka Jadzia powie­ działa mu na pożegnanie, żeby wrócił generałem. Ba! Ba! Dziewczęta  są głupie i nic się nie znają na wojnie i wojskowości. Niby to tak łatwo  zostać generałem! Im się zdaje, że to tak samo, jak zapleść warkocz,  zawiązać kokardkę lub pończochę zacerować. Tu trzeba walczyć, być  mądrym, przebiegłym, dokonać jakiegoś wielkiego czynu wojennego. Ale z drugiej strony dlaczegóż by on nie miał dokonać takiego czy­ nu i zostać generałem? Przecież nie święci garnki lepią, a generałowie  nie z innej gliny są utworzeni. Dopieroż by to była uciecha i duma,  i radość, gdyby w kapeluszu stosowanym, w mundurze z generalskimi  szlifami, ze szpadą u boku stanął przed kuzynką Jadzią na Opatow­ skiej ulicy i powiedział: ­ Pukiel włosów noszę na sercu i jestem generałem. A co? Co wte­ dy będzie? Co powie kuzynka Jadzia? Z pewnością spiecze raczka,  klaśnie w ręce i nie będzie już do niego mówiła: kuzynku Kubku, ale:  panie generale. A potem będzie ślub i wesele, pułk jego, bo przecież  jako generał będzie miał swój pułk ­ ba! co tam pułk, całą dywizję co  najmniej ­ zaprezentuje broń i będzie wołał: niech żyje nasz generał  25 Jakub Królikowski i jego żona Jadwiga! Dopieroż to wszyscy będą  patrzyli i co to będzie za uciecha, miły Boże! Co za radość! Co za  szczęście! Kiedy tak Kubuś marzył i zapomniał przy tym zupełnie, gdzie się  znajduje, nagle gdzieś z ciemności rozległ się donośny, surowy głos: ­ Hej, kto tam płynie, stój, bo strzelę! ­ Jakże stanę, panie żołnierzu ­ odezwał się na to Kociubski ­ kiej  mię fala unosi.  ­ Ktoś ty jest, gadaj!  ­ Przewoźnik od Sandomierza.  ­ Sam jesteś?  ­ Nie, wiozę żołnierza, który chce wstąpić do wojska naszego.  ­ Ilu was jest? ­ A iluż by było? Dwóch jeno.  ­ Przybijaj! Tedy Kociubski pchnął silnie łódkę naprzód, aż się zaryła w piasku  przybrzeżnym, sam szybko wyskoczył na ląd i zawołał:  ­ Wyłaź panicz!  Nie  trzeba   było  Kubusiowi   dwa  razy  tego   powtarzać,   w  jednej  chwili znalazł się na lądzie i, podczas gdy Kociubski przywiązywał  łódź do jakiegoś krzaku, sam począł się rozglądać dokoła i szukać  oczami owego żołnierza, który przed chwilą z rybakiem rozmawiał.  Noc była ciemna, brzeg gęsto zarosły wikliną i nic nie było widać zra­ zu, ale po chwili z tej wikliny wysunęła się mętna figura konia, lanca  i dał się słyszeć łopot miotanej przez wiatr chorągiewki.  Ułan! ­ pomyślał sobie Kubuś i serce mu zabiło w piersi. Tymcza­ sem ów ułan, trzymając w ręku pistolet, zbliżył się do Kubusia i Ko­ ciubskiego,   pochylił   się   na   koniu,   żeby   im   się   lepiej   przypatrzeć,  i pytał:  ­ To wy z Sandomierza? ­ Z Sandomierza, panie żołnierzu ­ odrzekł Kubuś.  ­ I puściły was to Austriaki?  ­ Nie pytaliśmy się ich o to.  ­ Hm! To ty, smyku, chcesz wstąpić do naszego wojska?  26 Nie podobało się to mocno Kubusiowi, że ten ułan nazwał go smy­ kiem, jego, co przed chwilą myślał o szlifach generalskich, ale zamilkł  i nic się nie odezwał. ­ Czemu nie gadasz, kiedy ci się pytają? ­ zawołał szorstko ułan. ­ Daj no pan spokój, panie żołnierzu ­ wtrącił się stary Kociubski ­  prowadź nas lepiej do swego komendanta, bo my też nowiny przywo­ zimy z Sandomierza. Ja ta nieczasowy, noc upływa, a przecie za dnia  nie będę mógł wrócić na tamtą stronę. Prowadź nas do komendanta.  ­ I bez twego gadania, stary, poprowadziłbym was do komendanta, bo  taki jest przykaż. ­ Stary, mój panie żołnierzu, ale jary ­ odezwał się na to widocznie  obrażony Kociubski ­ aspan jeszcze koszulinę w zębach nosił, kiedym  ja już wojował z Naczelnikiem Kościuszką. A kiedy masz przykaż, to  nie gadaj, jeno prowadź! ­ No, no! Ruszajta przodem, a gęby stulić. Obaczy to pan pułkow­ nik Dziewanowski, jakieśta nowiny przywieźli. ­ Pewno, że obaczy ­ odpowiedział Kociubski. Ułan ciągle z pistoletem w ręku postępował wolno za Kubusiom  i Kociubskim, wołając: Na prawo! na lewo! prosto! W międzyczasie  gadał: ­ Kat was tam wie, coście wy za jedni. Może szpiegi austriackie,  po nocy przez Wisłę się przeprawiacie, możeśta myśleli, że ja was nie  obaczę. Aleja stary wyjadacz, mam ślepie dobre i uszy też nie od para­ dy. Już od dawna was słyszę, jakeśta płynęli. Ho! Ho! Nie ze mną to  sprawa. Jeżeliśta szpiegi, to jeszcze słońce nie wejdzie, a już będzieta  dyndać na gałęzi. Snadź obrażony był słowami Kociubskiego o koszu­ linie w zębach i i rad był, że może dokuczyć za to przybyszom. W Ku­ busiu krew się już burzyła, ale stary Kociubski spokojnie i chłodno  odpowiadał: ­ Obaczymy, obaczymy. Nie potrza na to słońca, żeby widzieć,  komu Pan Jezus poskąpił rozumu. Różnie bywa na świecie, mój panie  żołnierzu. Chcąc zebrać pszenicę, trzeba ją posiać, ale głupcy to bez  siania się rodzą. Tak już wszechmocny Pan Bóg postanowił, a mundur  ułański nie zawsze na mądrym leży. Ułan, choć się nazwał starym wy­ 27 jadaczem, widocznie nie bardzo zrozumiał metafizycznej mowy Ko­ ciubskiego, bo mruczał coś pod nosem, wreszcie groźnie zawołał:  ­ Stulić jadaczkę, nie gadać. Przykaz jest, żeby nie gadać, bo tym  końcem od lancy pomacam wam pleców. Cała ta rozmowa, to zachowanie się ułana, to podejrzenie o szpie­ gostwo zimną wodą oblały Kubusia.  Od razu spadł z nieba słodkich marzeń w ziemskie błoto. Jemu się  zdawało, że jak przybędzie do swoich, do rodaków, to go przyjmą z ra­ dością, serdecznie, z otwartymi rękami, uścisną, ucałują, a tu tymcza­ sem przywitano go szorstko, obelżywie, a nawet posądzono o szpiego­ stwo. Zabolało go to mocno, a nie wiedział biedak, że nie ostatnie to  w życiu złudzenie rozbite na miazgę przez szarą rzeczywistość. Wydo­ byto się na koniec z gęstych zarośli wikliny na szeroką piaszczystą  drogę, wysadzaną po obu stronach rosochatymi wierzbami, a w dali  błyszczały liczne światełka. Światełka te świadczyły, że wieś jest bli­ sko. Jakoż niebawem znaleziono się w niej. Przy płotach stały rzędem  przywiązane konie, przy nich leżeli, siedzieli, spali żołnierze poowija­ ni w płaszcze; lance ustawione w piramidę sterczały obok, a gdzieś za  płotem w ciemnościach ktoś piskliwym dyszkantem śpiewał: Nie masz pana nad ułana  A nad tańce nie masz broni! Kubuś wchłaniał w siebie ten śpiew, zachwycał się tym widokiem  wojowników polskich i zapomniał już o przykrym spotkaniu ze sta­ rym wyjadaczem ułanem. A wyjadacz ten zaprowadził ich do pustej  chaty chłopskiej, zaraportował panu wachmistrzowi o wszystkim, od­ dał Kubusia i Kociubskiego temuż panu wachmistrzowi i kłusem odje­ chał, wołając:  ­ Nim słońce wejdzie, będzieta dyndać!  Tymczasem wachmistrz w ułance na bakier zadzianej, z wąsami do  góry zakręconymi, obejrzał starannie obu przybyszów, o to i owo spy­ tał, a dowiedziawszy się, że Kubuś chce wstąpić do wojska, spytał  szorstko:  28 ­ A umiesz jeździć konno? Nie mówił pan, tylko ty, co przykre było dla Kubusia, nie przyzwy­ czajonego do takiego bezceremonialnego ze sobą postępowania, ale  odrzekł: ­ Niestety! Nie umiem. ­ No! To pójdziesz do piechoty, chociaż jesteś za młody, smarka­ tych nam tu nie trzeba. No, chodźta, zaprowadzę was do pana pułkow­ nika. Hm! Z Sandomierza przypłynęli. Można to tak z Sandomierza wy­ chodzić jak z zajezdnego domu? Ha! Pułkownik to spenetruje. Marsz  za mną! 29 czele, bez surdutów, z zakasanymi po łokcie rękawami biegało śród  tych nieszczęśliwych, niosąc im pomoc. Jęki, krzyki, wołanie o ratu­ nek napełniały ulicę wrzawą straszliwą. Pełno kobiet, mieszczek, pa­ nien, szlachcianek pomagało lekarzom. Znosiły wodę, szarpie, banda­ że; między nimi Kubuś ujrzał złotowłosą główkę panny Jadzi, jak cała  zapłakana, klęcząc, dawała pić jakiemuś rannemu oficerowi. Generał  Weisenhof z twarzą opaloną od wybuchu prochu siedział na przynie­ sionym mu skądś krześle i stękał głośno. Kubuś przedostał się do pan­ ny Jadzi, która zobaczywszy go krzyknęła, rączkami uderzyła w po­ wietrze   i   zemdlała.   Przeniesiono   ją   zaraz   do   domu,   otrzeźwiono,  a ona, patrząc na owiązaną głowę Kubusia, rzekła:  ­ Mówili, że kuzynka zabił jakiś straszny Austriak.  ­ Widzi kuzynka, że mię nie zabił, tylko mi głowę stłukł mocno pa­ łaszem.  nastąpi.  ­ No, już teraz powinni kuzynka zrobić generałem.  ­ Generałem jak generałem... może jeszcze nie, ale z czasem i to  Umieszczono Kubusia i Wicherka w tym samym pokoju na pięter­ ku, gdzie już raz się leczył, i tutaj dowiedzieli się o dwóch bolesnych  nowinach: naprzód, że Austriacy żadnego szańca nie zdobyli, prócz  jednego za Żydowską ulicą, za parowem. Przez jakąś zdradę, jak mó­ wiono, Austriacy cichaczem, korzystając z ciemnej nocy, przedostali  się do tego parowu i z tyłu uderzyli na szaniec, tak że załoga jego  i szwadron ułanów pułkownika Dziewanowskiego musiały bagnetem  i lancami przebijać się przez nieprzyjaciela do miasta. Wiadomość ta  jak piorun uderzyła Kubusia, przeszyła mu na wskroś serce. ­ To moja wina, że ten szaniec dostał się w ręce Austriaków ­ mó­ wił do Wicherka ­ moja, moja wina. Gdybym był od razu powiedział  pułkownikowi o szpiegostwie tego łotra Schwarzfelda i Ferdzia von  Lausitza, do tego by nie przyszło. Nigdy w życiu sobie tego nie daruję,  nigdy! ­ Głupstwo rozum zjadło ­ odpowiedział na to Wicherek ­ co się  stało, to się nie odstanie, i żadne żale na to nie pomogą. Jużcić, gdyby­ śmy powiedzieli pułkownikowi o szpiegach, byłoby może lepiej... Nie  146 przeczę, żeśmy źle zrobili, ale cóż na to teraz poradzić, kiedy już po  sprawie? Nie gadaj no, uczony mężu, że to tylko twoja wina, bo i moja  także, i za pokutę przysięgam sobie, że jak mi jeno szyja nieco się wy­ prostuje, pójdę prać szelmów kajzerlików, co się zmieści. Dwóch już  uśmierciłem, da Bóg, uśmiercę jeszcze więcej. Nie martwić się, nie  gadać głupstw, bo to z przeproszeniem psu na budę się nie przyda,  uszy do góry i jazda! Druga nowina, którą im nad wieczorem przyniósł sam wujek Biał­ kowski, była tak samo bolesna. Generał Sokolnicki, utraciwszy w noc­ nym szturmie przeszło tysiąc ludzi, nie mając naboi, nie widząc zni­ kąd pomocy, postanowił poddać Sandomierz Austriakom, a Wicherek  wymyślał: ­ Gadali, co ten Sokolnicki to tęgi generał, a ja widzę, że jest kap­ can ostatni. Cóż to znaczy, że stracił tysiąc ludzi? Może i mnie poli­ czył! Ale ja żyję jeszcze i żyje także cztery tysiące zuchów, którzy sa­ mego Lucypera się nie zlękną, a cóż dopiero kajzerlików. Nie sprali­ śmy im to skóry dzisiejszej nocy? Nie ma naboi! Wielka rzecz! Ja  w mojej ładownicy mam ich pięćdziesiąt i każdy kamrat musi ich mieć  jeszcze choć po kilka. A i co tu po nabojach? Nie mamy to kolb i ba­ gnetów? Babski to jakiś sentyment u tego generała i oświadczam pu­ blicznie, że stracił on zupełnie mój szacunek.  ­ Niewiele go tam obchodzi twój szacunek, mój Wicherku ­ zauwa­ żył   Kubuś   ­   ja   ci   teraz   powiem,   bo   głupstwo   twój   rozum   zjadło.  Chcesz się bić bez naboi? Toć Austriaki nie takie głupie. Nie będą się  darli na szaniec jak dzisiejszej nocy, ale poczną bezpiecznie strzelać  do nas i wystrzelają jak kaczki. Podług mnie generał mądrze robi. Wi­ cherek   przeciw   temu   oponował,   spierał   się   i   wreszcie   zakończył  oświadczeniem, że rad by się dowiedzieć, jakie są warunki kapitulacji.  Późno w nocy przyszedł do nich kapral Michalski srodze zmartwiony  i na frasunek dobrze, jak to mówią, cięty. Powiedział, że załoga polska  w ciągu dwudziestu czterech godzin opuści Sandomierz z bronią i ba­ gażami, że zostawi tylko te armaty, które poprzednio zdobyła na Au­ striakach, i że ma się udać za Pilicę; że ci ranni, którzy nie będą mogli  wyruszyć za wojskiem, pozostaną pod opieką austriacką, a gdy wy­ 147 zdrowieją, odesłani także zostaną do swych pułków.  Zmartwiło to bardzo obu młodych wojaków, ale że nic nie mogli  na to poradzić, poczęli się namyślać, co ze sobą zrobią. Obaj do mar­ szu w czasie skwaru letniego nie byli zdolni i Kubusia głowa wciąż  bolała, a Wicherek był mocno osłabiony i jakoś szyi nie mógł dopro­ wadzić do właściwej pozycji; zostać zaś w Sandomierzu za nic nie  chcieli, bo najprzód mógł Kubusia poznać Schwarzfeid i pomścić się  za zniewagę mu wyrządzoną, a potem Ferdzio von Lausitz wychyli na  świat głowę i z pewnością nie będzie względem nich tak głupio wspa­ niałomyślny, jak oni byli względem niego. Nie wiedzieli więc, co ro­ bić, i całą noc przegadali, przemęczyli się nad sposobami wyruszenia  za wojskiem, ale nic wynaleźć nie mogli.  Dopiero rano wujek Białkowski wybawił ich z kłopotu, oświadcza­ jąc, że nie myśli pozostać w Sandomierzu, ale z żoną i panną Jadzią  wyruszy za wojskiem; że w tym celu wystarał się o powóz i brykę,  i jeżeli chcą obaj chłopcy, to ich zabierze ze sobą. Z   podziękowaniem   i   radością   zgodzili   się   na   to.   Nazajutrz,  18 czerwca wraz z wojskiem zniechęcony, smutny i pomrukujący wy­ ruszyli z tego starego grodu, którego tak walecznie i 
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zdobycie Sandomierza (rok 1809)
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: