Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00407 005962 13642250 na godz. na dobę w sumie
Zdrajca - ebook/pdf
Zdrajca - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-4456-3 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Timesa Cash Grier, świeżo mianowany na komendanta policji, uważa za swoją osobistą misję pilnowanie prawa i porządku. Nauczył się nie wierzyć w nic na słowo. Cash spotyka na swej drodze Tippy Moore. Na pozór rozpieszczona gwiazdka z Hollywood jest naprawdę skromną, bezpretensjonalną i wrażliwą dziewczyną. Przeszłość ma jednak niemal równie mroczną, jak jego własna. W obliczu jej magnetycznego uroku Cash czuje się zupełnie bezradny. Gdy jest już gotów uwierzyć, że Tippy może być kobietą jego życia, następuje niewybaczalna zdrada, a wraz z nią rozpacz, oszustwo i nieoczekiwane zagrożenie...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tytu³y 2007 roku : marzec M. J. Rose – Szkar³atne piêtno Shannon Drake – Z³oto pustyni Nora Roberts – Cienie nocy Anne Stuart – Czarny lód maj Erica Spindler – Naœladowca Diana Palmer – Osaczony Debbie Macomber – Sklep na Blossom Street Nora Roberts – Zagubieni w czasie czerwiec Heather Graham – Tajemnice Nowego Orleanu Diana Palmer – Zdrajca Emilie Richards – Odnalezione uczucia lipiec Alex Kava – Trucizna Nora Roberts – Kuszenie losu Nora Roberts – Wszystko jest mo¿liwe Debbie Macomber – Skrawki ¿ycia wrzesieñ Nora Roberts – Nocne fajerwerki Informacje o serii New York Times Bestselling Authors oraz sklep internetowy na stronie: www.miraksiazki.pl * * N ie p³acisz za koszty wysy³ki Tytuł oryginału: Renegade Pierwsze wydanie: Harlequin Books S.A., 2004 Opracowanie redakcyjne: Małgorzata Pogoda Korekta: Zofia Firek ã 2004 by Diana Palmer ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Druk: ABEDIK ISBN 978-83-238-4456-3 ROZDZIAŁ PIERWSZY Był ciepły, leniwy poniedziałkowy pora- nek i w komisariacie policji w Jacobsville w Teksasie nie działo się nic szczególnego. Trzech policjantów z patrolu parzyło kawę przy stoliku z ekspresem w kącie sali. Za- stępca szeryfa wpadł na chwilę, z˙eby pod- rzucić nakaz aresztowania. Jeden z obywate- li miasteczka spisywał relację z popełnienia przestępstwa przez innego obywatela, które- go policjant z patrolu właśnie przyprowadził na posterunek. Brakowało tylko sekretarki, zwykle siedzącej przy biurku, które pełniło funkcję recepcji. – Mam dość. Mam juz˙ zupełnie dość! Przeciez˙ nie muszę tutaj pracować! W sklepie Cent właśnie szukają sprzedawców, zaraz napiszę podanie! Wszystkie głowy obróciły się w stronę 5 zamkniętych drzwi gabinetu szefa, zza któ- rych dobiegał krzyk. Sekretarka nigdy nie krzyczała! Rozległa się przytłumiona od- powiedź i metaliczne stuknięcie jakiegoś przedmiotu, który z impetem uderzył o podłogę. Po chwili drzwi otworzyły się z rozmachem i przez salę jak burza prze- mknęła wściekła nastolatka ze sterczącą na wszystkie strony kolczastą fryzurą, ubrana w minispódniczkę i brokatową bluzkę z wielkim dekoltem. Usta miała pomalowa- ne czarną szminką, a paznokcie czarnym lakierem. Wielkie kolczyki w jej uszach brzęczały dzwonki. Umundurowani policjanci w popłochu od- sunęli się na bok, robiąc jej przejście. Dziewczyna podbiegła do swojego biurka, zgarnęła z niego wypchaną torebkę i ruszy- ła do wyjścia. niczym alarmowe Zanim jednak zdąz˙yła nacisnąć klamkę, w ślad za nią z gabinetu wyszedł wysoki męz˙czyzna o ciemnej, posępnej urodzie, rów- niez˙ ubrany w policyjny mundur. Jego włosy i ubranie pokryte były grubą warstwą fusów z kawy i strzępkami taśmy klejącej, mundur zdobiły dwie z˙ółte karteczki samoprzylepne, a do czarnego, wyglancowanego buta przy- czepiła się chusteczka higieniczna. Gdy się jeszcze jedną odwrócił, podwładni ujrzeli 6 z˙ółtą karteczkę zwisającą z kucyka czarnych włosów. – Czy powiedziałem coś nie tak? – zapytał ze zdziwieniem. Dziewczyna wymamrotała coś pod nosem i bez dalszych wyjaśnień zatrzasnęła za sobą szklane drzwi. Gromada funkcjonariuszy z najwyz˙szym trudem starała się powstrzymać wybuch śmiechu. Wyglądało to tak, jakby wszystkich jednocześnie pochwycił atak kaszlu. Męz˙- czyzna wypisujący zawiadomienie zaczął się podejrzanie krztusić. Komendant, Cash Grier, powiódł rozzłosz- czonym wzrokiem po twarzach swych pod- władnych. – Śmiejcie się, nie przeszkadzajcie sobie. Mogę mieć następną sekretarkę nawet jutro! – Odkąd zostałeś szefem, mieliśmy juz˙ dwie – wypalił jego zastępca, Judd Dunn, z błyskiem wesołości w czarnych oczach. – Zanim tu przyszła, pracowała w sklepie spoz˙ywczym – mruknął Cash, otrzepując mundur z kawy. – A przyjęliśmy ją tylko dlatego, z˙e jest siostrzenicą naszego p.o. burmistrza Bena Brady’ego i Ben zagroził mi, z˙e jak jej nie zatrudnię, to nie dostanę pieniędzy na kamizelki kuloodporne. Z˙ałos- ny facet – westchnął. – Nigdy w z˙yciu nie 7 udałoby mu się zostać burmistrzem w nor- malnym trybie. Jest nim tylko dlatego, z˙e Jack Herman zrezygnował z urzędu po zawa- le serca. Ale jakoś muszę wytrzymać z tym Bradym do następnych wyborów w maju. Judd słuchał tej tyrady bez słowa komen- tarza. – Jak dla mnie, wybory władz miasta mo- głyby być nawet jutro – ciągnął Cash. – Brady męczy mnie tylko o wyniki w sprawach o narkotyki i nie chce nawet słuchać o inwes- tycjach w komendzie. Podobno Eddie Cane ma być jego kontrkandydatem. – Myślę, z˙e Eddie wygra. To najlepszy burmistrz, jakiego mieliśmy w tym miastecz- ku. – Judd pokiwał głową. – Tym większa szkoda, z˙e musimy na to poczekać az˙ do maja. – Cash odlepił kartecz- kę od włosów i skrzywił się boleśnie. – Jeśli Brady będzie próbował mi wcisnąć następną sekretarkę, to złoz˙ę wymówienie. – W takim razie sam musisz znaleźć kandydatkę, zanim on ci kogoś zaproponuje – powiedział trzeźwo Judd. – O ile w tym mieście pozostał jeszcze ktokolwiek zdrowy na umyśle, kto zechciałby u ciebie praco- wać. – Dam ogłoszenie do gazety. Zobaczysz, z˙e tłumy kobiet będą się biły o przywilej 8 przebywania ze mną w jednym pomieszcze- niu! – odciął się Cash. Judd popatrzył na niego przeciągle. – Moz˙e powinieneś sobie wziąć trochę wolnego, z˙eby wrócić do równowagi. Zbliz˙a się Boz˙e Narodzenie. Moz˙e byś gdzieś wy- jechał? Cash podejrzliwie uniósł brwi. – Przeciez˙ wyjez˙dz˙ałem w zeszłym mie- siącu, razem z tobą. Byliśmy na tej premierze w Nowym Jorku. – Masz zaproszenie do Tippy – przypo- mniał mu Judd ze złośliwym uśmieszkiem. Tippy Moore była modelką, która ostatnio próbowała swoich sił w filmie. Jako modelka zdobyła sławę pod przydomkiem ,,Świetlik z Georgii’’. – Jej młodszy brat cię uwielbia. Pewnie przyjedzie na święta ze szkoły. Na myśl o wizycie u Tippy Cash poczuł opór. W początkach znajomości uwaz˙ał ją za pustą poz˙eraczkę męskich serc, potem jednak przekonał się, z˙e dał się zwieść pozorom. Słabości Tippy przemawiały do niego bar- dziej niz˙ ostentacyjne próby flirtu, a to juz˙ było niebezpieczne. – Moz˙e zadzwonię do niej i sprawdzę, czy to zaproszenie nie było tylko grzecznościowe – mruknął. Judd poklepał go po ramieniu. 9 – Mądry chłopiec. Zarezerwuj sobie miej- sce w najbliz˙szym samolocie, a ja zajmę twoje biurko i przejmę wszystkie obowiązki komendanta! Cash popatrzył na niego podejrzliwie. – Mam nadzieję, z˙e to nie ma nic wspól- nego z zakupem tego radiowozu, na który chcesz mnie namówić? W przyszłym tygo- dniu jest posiedzenie rady miejskiej... – Odłoz˙one ze względu na święta – za- pewnił go Judd. – Nie próbowałbym ich przekonać do zakupu radiowozu, którego nie potrzebujesz. Mówię zupełnie powaz˙- nie. Jednak uśmiech, który przy tych słowach błysnął na jego twarzy, przeczył zapewnie- niom. Cash wolał nie ufać słowom swego zastępcy. Judd był zbyt podobny do niego: uśmiechał się tylko wtedy, gdy wpadał w złość albo gdy coś knuł. – A juz˙ na pewno nie próbowałbym za- trudniać nowej sekretarki za twoimi plecami – dorzucił Judd, omijając wzrokiem twarz szefa. – Ach, więc o to chodzi – ucieszył się Cash. – Jasna sprawa. Masz kogoś na to stanowisko. Pewnie chcesz mi tu wepchnąć jakąś wojskową emerytkę w stopniu pułkow- nika albo wyznawczynię teorii spiskowej, 10 taką jak ta, która tu pracowała, gdy komen- dantem był mój kuzyn Chet Blake? – Nie znam nikogo, kto by właśnie po- szukiwał pracy – odrzekł Judd z niewinnym wyrazem twarzy. – Ani z˙adnych kobiet w stopniu pułkow- nika? Jego zastępca wzruszył ramionami. – No, moz˙e i znam ze dwie takie. Eb Scott ma kuzynkę... – Nie! – Przeciez˙ nawet jej jeszcze nie widzia- łeś... – I nie mam takiego zamiaru! To ja tu jestem komendantem, jasne? – Cash wskazał na swoją odznakę. – Mam walczyć z prze- stępcami, a nie ze starszymi paniami! – Ona właściwie nie jest taka stara... – Jeśli kogokolwiek zatrudnisz podczas mojej nieobecności, to ta osoba wyleci z pra- cy w pięć minut po moim powrocie! A właś- ciwie, to chyba nigdzie się nie wybieram – sapnął Cash. Judd wzruszył ramionami i zaczął oglądać sobie paznokcie. – Jak wolisz. Słyszałem, z˙e wpadłeś w oko siostrze naszego specjalisty od urbanistyki. Moz˙e poprosi urzędującego burmistrza o re- komendacje. 11 Tego juz˙ było za wiele. Radny miejski odpowiedzialny za planowanie przestrzenne, uroczy i łagodny w obejściu człowiek, miał ukochaną siostrę, która była dwukrotną roz- wódką, nosiła przezroczyste bluzki, miała trzydzieści sześć lat i pięćdziesiąt kilo nad- wagi oraz robiła do Casha słodkie oczy. Radny, który na co dzień był najlepszym dentystą w okolicy, uwaz˙ał ją za ósmy cud świata. Nawet dla takiego specjalisty od taj- nych misji jak Cash połączenie wszystkich wyz˙ej wymienionych czynników oznaczało sytuację groz˙ącą niekontrolowaną eksplozją. – Kiedy pani pułkownik chciałaby zacząć pracę? – zapytał Cash przez zaciśnięte zęby. Judd wybuchnął donośnym śmiechem. – Nie znam z˙adnego pułkownika, który chciałby u ciebie pracować, ale będę miał oczy otwarte! – Odsunął się w samą porę, by uniknąć mocnego kopniaka z półobrotu. – Ej, uwaz˙aj, przeciez˙ jestem funkcjonariuszem na słuz˙bie! Jeśli mnie uderzysz, popełnisz prze- stępstwo! – To by było w samoobronie – warknął Cash, idąc do swojego gabinetu. – Moi prawnicy skontaktują się z tobą! – zawołał za nim Judd. Cash wyciągnął rękę i za plecami pokazał mu obraźliwy gest. 12 Gabinet był juz˙ zamieciony, a kosz na śmieci stał na swoim miejscu. Cash usiadł za biurkiem i zaczął się zastanawiać nad słowa- mi Judda. Moz˙e rzeczywiście był ostatnio zbyt draz˙liwy. Kilka dni urlopu pomogłoby mu odzyskać równowagę. Dzieci Judda i Crissy boleśnie uświadamiały mu, jak wy- gląda jego własne z˙ycie. Rory, dziewięcioletni brat Tippy Moore, uwaz˙ał go za swego idola. Juz˙ od dawna nikt nie patrzył na Casha w taki sposób. Przywykł raczej do tego, z˙e wzbudzał w innych cieka- wość, niepewność, a nawet lęk. Ale w z˙yciu tego chłopca nie było z˙adnego męz˙czyzny, oprócz kolegów ze szkoły wojskowej. Co by szkodziło spędzić z nim trochę czasu? W końcu nie musiał mu opowiadać całego swojego z˙yciorysu. Usiadł za biurkiem i wyciągnął z kieszeni notes, a potem wystukał na komórce nowojo- rski numer. Dwa sygnały. Trzy. Cztery. Poczuł gorzkie rozczarowanie i juz˙ miał wyłączyć telefon, gdy naraz po drugiej stronie odezwał się miękki, zmysłowy głos: – Tu mieszkanie Tippy Moore. Przepra- szam, ale nie mogę teraz odebrać telefonu. Proszę zostawić krótką wiadomość i numer, pod który mam oddzwonić. 13 – Mówi Cash Grier – odezwał się Cash i juz˙ zaczął dyktować swój numer, gdy w słu- chawce kobiecy głos zawołał bez tchu: – Cash! Zaśmiał się w duchu. A więc zdąz˙yła dobiec do telefonu. Pochlebiło mu to. – Tak, to ja. Cześć, Tippy. – Co u ciebie słychać? – zapytała. – Nadal jesteś w Jacobsville? – Tak. Ale awansowałem na szefa policji. Judd zakończył karierę w Straz˙nikach Tek- sasu i teraz jest moim zastępcą – dodał niechętnie. Wiedział, z˙e Tippy była zauroczona Jud- dem, podobnie jak on sam był kiedyś zauro- czony z˙oną Judda, Christabel. – Tyle zmian – westchnęła. – A co słychać u Christabel? – Jest bardzo szczęśliwa. Mają bliźnięta. – Wiem, rozmawiałam z nimi w listopa- dzie – przyznała Tippy. – Chłopiec i dziew- czynka, tak? – Jared i Jessamina. – Cash się uśmiech- nął, dumny ojciec chrzestny. Bliźnięta zawo- jowały jego serce od pierwszej chwili, gdy zobaczył je w szpitalu, i nie zamierzał ukry- wać, z˙e to Jessamina była jego ulubienicą. – Jessamina jest śliczna jak laleczka. Ma mnóstwo czarnych włosów i ciemnoniebies- 14 kie oczy. Chociaz˙ wiem, z˙e kolor oczu potem się zmienia. – A Jared? – zapytała Tippy z wyraźnym rozbawieniem. – Podobny do ojca. Jared jest ich, a Jessa- mina moja. Powiedziałem im to. Ale oczywi- ście nic z tego – westchnął. – I tak mi jej nie oddadzą. Tippy roześmiała się głośno. Jej śmiech przypominał dźwięk srebrnych dzwonecz- ków w letni wieczór. Głos zdecydowanie był jej mocną stroną. – A co u ciebie? – zapytał. – Robię nowy film. Właśnie zaczęła się świąteczna przerwa w zdjęciach i bardzo się z tego cieszę. To wymagająca fizycznie rola, a ja mam kiepską kondycję. Muszę trochę poćwiczyć, z˙eby dobrze wypaść. – A co takiego robisz? – Turlam się, skaczę z trampoliny, spa- dam z duz˙ych wysokości, stosuję sztuki walki i tak dalej – odrzekła ze znuz˙eniem w głosie. – Cała jestem w siniakach. Rory chyba ze- mdleje, gdy mnie zobaczy. On mówi, z˙e w moim wieku nie powinnam juz˙ tak się naraz˙ać. – W twoim wieku? – zdziwił się Cash. Tippy miała zaledwie dwadzieścia sześć lat. 15 – Nie wiedziałeś, z˙e jestem stara? Z per- spektywy Rory’ego powinnam juz˙ chodzić o lasce! – To co ja mam powiedzieć – roześmiał się. Był o dwanaście lat starszy od niej. – Czy Rory przyjedzie do domu na święta? – Oczywiście. Zawsze przyjez˙dz˙a. Mam tu ładne mieszkanie w East Village w po- bliz˙u Piątej Alei, obok księgarni i kawiarni. Jak na wielkie miasto, to bardzo spokojne miejsce. – Ja lubię większe przestrzenie. – No tak. – Zawahała się. – Masz jakieś kłopoty albo coś w tym rodzaju? Cash poczuł się nieswojo. – Jakie kłopoty? – Czy chcesz mnie prosić o jakąś przy- sługę? Jeszcze nigdy w z˙yciu nikt nie zadał mu takiego pytania i Cash nie miał pojęcia, co powinien odpowiedzieć. – Nie, niczego nie potrzebuję – wykrztu- sił. – W takim razie dlaczego zadzwoniłeś? – Nie dlatego, z˙e czegoś od ciebie chcę – odrzekł bardziej szorstko, niz˙ zamierzał. – Nie przyszło ci do głowy, z˙e mogłem zadzwonić po prostu po to, z˙eby zapytać, co u ciebie słychać? 16 – Chyba nie – przyznała. – Nie zrobiłam zbyt dobrego wraz˙enia w Jacobsville, gdy tam kręciliśmy. A juz˙ na pewno nie na tobie. – Ale to było wcześniej, zanim postrzelo- no Christabel – zauwaz˙ył Cash. – Zmieniłem zdanie o tobie, gdy zobaczyłem, jak bez namysłu ściągnęłaś drogi sweter, z˙eby zata- mować krwawienie z rany. Tamtego dnia zyskałaś wielu przyjaciół. – Dziękuję – odrzekła, wyraźnie speszo- na. – Posłuchaj, zamierzam przyjechać do Nowego Jorku na kilka dni przed świętami. Czy twoje zaproszenie jest nadal aktualne? Mógłbym zabrać ciebie i Rory’ego gdzieś za miasto. – Ooo! Rory byłby w siódmym niebie! – zawołała Tippy z podnieceniem. – Czy on jest juz˙ w domu? – Nie. Pojadę pociągiem do Maryland i odbiorę go ze szkoły osobiście, inaczej go nie wypuszczą. Musiałam wydać takie dys- pozycje, bo inaczej moja matka by go za- brała, z˙eby wydusić ze mnie pieniądze – wy- jaśniła z goryczą. – Wie, ile zarabiam, i bar- dzo by chciała, z˙ebym się z nią podzieliła. Ona i jej facet zrobiliby wszystko, z˙eby zdobyć pieniądze na narkotyki. 17 – A gdybym to ja zabrał Rory’ego po drodze i przywiózł do Nowego Jorku? Tippy się zawahała. – A... mógłbyś to zrobić? – Jasne. Mogę im przefaksować swój do- wód toz˙samości. Zadzwonisz do szkoły i po- twierdzisz. A Rory przeciez˙ mnie pozna. – Będzie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie – wyznała Tippy. – Odkąd spot- kaliśmy cię w zeszłym miesiącu na premie- rze, przez cały czas mówi tylko o tobie. – Ja tez˙ go polubiłem. Jest szczery. – Uczę go, z˙e szczerość jest najwaz˙niejszą cechą charakteru. Tyle nasłuchałam się kłamstw w z˙yciu, z˙e niczego nie cenię bar- dziej – dodała cicho. – Rozumiem cię. Planowałem wyjechać stąd dziewiętnastego. Powiedz, jak mam dojechać do tej szkoły i podaj mi adres twojego mieszkania, i powiedz jeszcze, kie- dy chcesz nas widzieć u siebie, a ja się zajmę całą resztą. Widząc oz˙ywienie Casha po rozmowie z Tippy, Judd popatrzył na niego z rozbawie- niem. – Rzadko się ostatnio uśmiechasz – za- uwaz˙ył. – Dobrze wiedzieć, z˙e jeszcze nie zapomniałeś, jak się to robi. 18 – Brat Tippy jest w szkole wojskowej. Zabiorę go po drodze i zawiozę do Nowego Jorku. – Czy ten samochód da radę przejechać taką odległość? – zdziwił się Judd. Cash jeździł duz˙ym czarnym pikapem, który, choć nie najbrzydszy, był pojazdem z tańszej półki i miał juz˙ sporo na liczniku. Cash przez chwilę wahał się przed od- powiedzią. – Mam samochód – wyznał w końcu. – Stoi w garaz˙u w Houston. Rzadko go uz˙ywam, ale trzymam na wszelki wypadek. – Zaciekawiłeś mnie – stwierdził Judd. – Co to za samochód? Cash wzruszył ramionami. – Po prostu samochód. – Nie miał ochoty przyznawać się koledze do marki; czułby się zaz˙enowany. Z nikim nie rozmawiał o stanie swoich finansów. – Nic takiego. Słuchaj, czy jesteś pewien, z˙e dasz sobie tutaj radę sam? – Przeciez˙ byłem Straz˙nikiem Teksasu... – Tak, ale to jest naprawdę cięz˙ka praca! – Cash uśmiechnął się szeroko i w samą porę zdąz˙ył usunąć się z linii ciosu. – Poczekaj – odgraz˙ał się Judd z choch- likami w oczach. – Znajdę ci najbrzydszą sekretarkę po tej stronie rzeki Brazos! – Wiem, z˙e jesteś do tego zdolny – wes- 19 tchnął Cash. – W kaz˙dym razie poszukaj kogoś, kto nie byłby taki nadpobudliwy, dob- rze? – A właściwie co ją tak zdenerwowało? – Miała mi za złe, z˙e zabroniłem jej za- glądać do szafki z dokumentami. Nie chcia- łem jej mówić, z˙e chwilowo umieściłem tam małego pytona, więc powiedziałem, z˙e są to ściśle tajne akta dotyczące UFO. – I wtedy właśnie wrzuciła ci na głowę kosz ze śmieciami – domyślił się Judd. Cash jednak potrząsnął głową. – Nie, to było później. Powiedziałem jej, z˙e ta szafka celowo jest zamknięta na klucz i z˙eby trzymała się od niej z daleka. Potem wyszedłem porozmawiać z jednym z chłopa- ków z patrolu, a ona w tym czasie otworzyła szafkę pilniczkiem do paznokci. Gdy wyciąg- nęła szufladę, Mikey akurat wysunął się z kla- tki i siedział na teczkach z aktami. Dlatego wrzasnęła jak opętana. Pobiegłem do gabine- tu zobaczyć, co się dzieje, a ta rzuciła we mnie kajdankami i oskarz˙yła, z˙e specjalnie zasta- wiłem pułapkę w szafce, z˙eby zagrać jej na nerwach! – A, to wyjaśnia ten wrzask... – Judd pokiwał głową. – Mówiłem ci, z˙e to nie jest dobry pomysł, z˙eby trzymać klatkę z Mikey- em w szafce z aktami. 20 – Wstawiłem ją tam tylko na jeden dzień. Bill Harris przyniósł mi go rano i nie miałem jeszcze czasu zabrać go do domu, więc scho- wałem do szafki, z˙eby nikt się nie wystraszył na jego widok. Przeciez˙ zabiorę go stąd jeszcze dzisiaj – tłumaczył Cash uraz˙onym tonem. – Nie mogę go naraz˙ać na takie wstrząsy, bo dostanie nerwicy! – Siostrzenica obecnego burmistrza boi się węz˙y. No, no – zamyślił się Judd. – Owszem, to się nie mieści w głowie – przyznał Cash. – Mam nadzieję, z˙e nie dałeś jej podstaw, z˙eby mogła nas zaskarz˙yć? Cash potrząsnął głową. – Wspomniałem tylko, z˙e w drugiej szafce siedzi tato Mikeya, i zapytałem, czy jego tez˙ chciałaby poznać. Wtedy uciekła. – Uśmie- chnął się z satysfakcją. – Gdy kogoś zwal- niam, to miasto musi mu płacić zasiłek, ale jeśli sami odchodzą, to nie. Więc ja jej pomogłem odejść na własne z˙yczenie. – Ty draniu – wykrztusił Judd, powstrzy- mując śmiech. – To nie moja wina. Za bardzo się we mnie podkochiwała. Zdawało jej się, z˙e skoro wu- jek załatwił jej tę pracę, to wystarczy, z˙e włoz˙y mini, błyśnie biustem i ja juz˙ na nią polecę – wyjaśnił Cash z irytacją. – Moz˙e to 21 ja powinienem ją zaskarz˙yć o molestowanie seksualne? – Och, Ben Brady bardzo by się z tego ucieszył – skomentował Judd niewinnie. – Mam juz˙ dość sekretarek, które ganiają mnie dokoła biurka. – To nie są sekretarki, tylko asystentki do spraw administracyjnych – poprawił go za- stępca. – Och, daj mi spokój! – Właśnie dlatego uwaz˙am, z˙e powinieneś pojechać do Nowego Jorku. – Ktoś musi się zająć zwierzakami. – Przed wyjazdem moz˙esz zanieść Mike- ya z powrotem do Billa Harrisa. On nie będzie miał nic przeciwko temu. Przyda ci się mały urlop, mówię to zupełnie szczerze. Cash z westchnieniem wbił ręce w kiesze- nie. – Przynajmniej raz mogę się z tobą zgo- dzić. Ale jeśli jej wujek zadzwoni i zapyta, dlaczego odeszła... – Ani słowem nie wspomnę o węz˙u. Po- wiem mu, z˙e kosmici chodzą za tobą przez cały dzień i z tego powodu masz kłopoty z psychiką. Cash rzucił mu ponure spojrzenie i wrócił do pracy. 22 Po południu następnego dnia Cash stanął przed komendantem Wojskowej Szkoły Cannae w Annapolis w stanie Maryland. Nazwa szkoły bardzo go rozbawiła; Cannae było łacińską nazwą miasteczka, gdzie ar- mia potęz˙nego Rzymu poniosła druzgocącą klęskę z rąk kartagińskiego partyzanta, Hannibala. Komendant, Gareth Marist, był jego znajo- mym. Przed laty słuz˙yli w tej samej jednostce podczas operacji ,,Pustynna Burza’’ w Iraku. Uścisnęli sobie dłonie jak bracia, którymi w głębi duszy byli. Niewielu ludzi przez˙yło to, co oni, gdy znaleźli się na tyłach wroga. Maristowi udało się wtedy uciec; Cash nie miał tyle szczęścia. – Rory opowiadał mi o tobie, zanim je- szcze zorientowałem się, kim jesteś – po- wiedział Gareth. – Siadaj, siadaj! Cieszę się, z˙e znowu cię widzę. Zdaje się, z˙e zostałeś stróz˙em prawa? Cash skinął głową, zajmując miejsce na krześle. Męz˙czyzna siedzący po przeciwnej stronie biurka był mniej więcej w jego wieku, ale wyz˙szy i zaczynał juz˙ łysieć. – Jestem komendantem posterunku w ma- łej mieścinie w Teksasie. – Trudno jest odejść od militarnego stylu z˙ycia. – Gareth pokiwał głową. – Mnie się nie 23 udało, więc znalazłem sobie miejsce tutaj, i bardzo się z tego cieszę. Kocham tę pracę, lepienie przyszłych z˙ołnierzy. Ten mały Rory ma bardzo duz˙y potencjał – dodał. – Jest bardzo inteligentny i nie boi się nawet chło- paków dwa razy większych od siebie. Nawet ci najbardziej agresywni zostawiają go w spokoju – roześmiał się. Cash tez˙ musiał się uśmiechnąć. – Z całą pewnością mówi, co myśli, i nie owija w bawełnę, o tym juz˙ zdąz˙yłem się przekonać. – A ta jego siostra! – Gareth gwizdnął z podziwem. – Gdybym nie był szczęś- liwym męz˙em z dwójką dzieciaków, to ła- ziłbym za nią na kolanach. To prawdziwa piękność, i widać, z˙e kocha tego chłopaka. Gdy go tu przywiozła po raz pierwszy, był śmiertelnie przeraz˙ony. Mieli jakieś kłopoty z matką, ale poradziła sobie z tym. Pokazała mi dokumenty przyznające jej pełne prawo do opieki nad chłopcem i bardzo jasno wytłumaczyła, z˙e nie wolno dopuścić do niego matki. Ojca zresztą tez˙ nie. – Za- trzymał baczne spojrzenie na twarzy Casha. – Pewnie nie wiesz, dlaczego? – Moz˙e wiem, ale nie zdradzam tajemnic. – Pamiętam. – Gareth uśmiechnął się ze smutkiem. – Nigdy się nie złamałeś podczas 24 tortur. Znałem tylko jednego faceta, któremu tez˙ się to udało. To był Brytyjczyk z SAS, specjalnych sił lotniczych. – Był tam ze mną – rzekł Cash. – Twardy facet. Po ucieczce wrócił prosto do swojej jednostki, jakby nic się nie zdarzyło. – Tak samo jak ty. Cash nie miał ochoty o tym rozmawiać, totez˙ szybko zmienił temat. – A jak Rory radzi sobie z nauką? – Bardzo dobrze. Jest w czołówce klasy. Został oficerem. – Gareth się uśmiechnął. – Od razu moz˙na zauwaz˙yć tych, którzy mają zdolności przywódcze. To się ujawnia bardzo wcześnie. – To prawda – zgodził się Cash i po namyśle zapytał: – Nie ma problemu z opłata- mi za szkołę? Komendant westchnął. – W tej chwili nie. Ale Tippy ma nieregu- larne dochody, rozumiesz, i zdarzało się, z˙e musieliśmy jej przedłuz˙ać termin... – Jeśli to się powtórzy w przyszłości, to czy mógłbyś mnie o tym powiadomić, nie wspo- minając o niczym Tippy? – Wyjął z portfela wizytówkę i połoz˙ył ją na biurku przed ko- mendantem. – Moz˙esz mnie uwaz˙ać za rodzi- nę Rory’ego. Gareth się wahał. 25 – Grier, czesne tutaj jest bardzo wysokie. Z pensji policjanta... – Wyjrzyj na parking i zobacz, czym tu przyjechałem. – Tam stoi duz˙o samochodów – odrzekł Gareth, podchodząc do okna. – Mój na pewno zauwaz˙ysz. Komendant dostrzegł na parkingu czerwo- nego jaguara, model robiony na zamówienie, i gwizdnął z podziwem. – To twój? – zapytał, przenosząc niedo- wierzający wzrok na twarz kolegi. Cash skinął głową. – Zapłaciłem za niego gotówką – dodał z premedytacją. Drugi męz˙czyzna westchnął. – Szczęściarz z ciebie. A ja jez˙dz˙ę tere- nówką. Zdaje się, z˙e słuz˙by specjalne dobrze płacą. – Nie. Zanim tam trafiłem, zajmowałem się czymś innym. Ale o tym nie rozmawiam. Nigdy i z nikim. – Przepraszam. – Nie ma za co. To było dawno, ale jak widzisz, dobrze zainwestowałem pieniądze. – Cash się uśmiechnął. – Moz˙e zawołasz tu Rory’ego? Komendant zrozumiał, z˙e rozmowa dobie- gła końca. 26 Rory, zarumieniony z podniecenia, wpadł bez tchu do gabinetu komendanta. Za nim podąz˙ało dwóch innych chłopców, ci jednak zatrzymali się za progiem i tylko zerkali do środka przez uchylone drzwi. Na widok Ca- sha chłopiec uśmiechnął się szeroko. – Dzień dobry! Jak to miło, z˙e przyjechał pan po mnie! Z siostrą przewaz˙nie jez˙dz˙ę pociągiem. – Pojedziemy – Cash uśmiechnął się z odrobiną rezerwy. – Nie cierpię pociągów. samochodem. – Och, ja je lubię, szczególnie wagon restauracyjny – oświadczył chłopak. – Ja jestem wiecznie głodny. – Zjemy coś przed wyjazdem – obiecał mu Cash. – Jesteś gotów? – Tak, proszę pana. Mam bagaz˙ tutaj w korytarzu! Moja siostra przechodzi samą siebie – dodał radośnie. – Juz˙ trzy razy wysprzątała całe mieszkanie i wypolerowała wszystkie meble. Posprzątała nawet pokój gościnny, z˙eby miał pan się gdzie zatrzymać! – Dziękuję, ale lubię być u siebie – od- rzekł Cash swobodnie. – Zarezerwowałem sobie pokój w hotelu blisko waszego miesz- kania. Na te słowa komendant zaśmiał się cicho. Cash zawsze był formalistą. Nigdy w z˙yciu 27 nie spędziłby nocy w mieszkaniu samotnej kobiety, choćby wszyscy dokoła uwaz˙ali, z˙e nie ma w tym niczego złego. – Moja siostra mówiła, z˙e pewnie nie zechce pan zatrzymać się u nas. – Rory pokiwał głową. – Ale zalez˙ało jej, z˙eby dobrze wypaść. Nawet nauczyła się goto- wać forszmak, bo Judd Dunn powiedział jej, z˙e pan to lubi. – To moja ulubiona potrawa – przyznał Cash z zaskoczeniem. – Moja tez˙. – Chłopak się uśmiechnął. – Cieszę się, z˙e lubimy to samo! – Czy mam coś podpisać? – zapytał Cash komendanta. – Tak. Chodź, załatwimy formalności. Wesołych świąt, Danbury – rzucił przełoz˙ony w stronę chłopca. Cash poczuł zaskoczenie. Sądził, z˙e Rory nosi nazwisko Moore, tak jak jego siostra. Rory zauwaz˙ył jego zdziwienie i się roześ- miał. – Tak naprawdę Tippy tez˙ nazywa się Danbury. Moore to nazwisko naszej babci. Tippy zaczęła go uz˙ywać, gdy została mo- delką. To było interesujące. Cash ciekaw był, co się kryło za tą zmianą, ale nie był to odpowie- dni moment na zadawanie tego typu pytań. 28 Podpisał dokumenty, uścisnął dłonie przyja- ciołom Rory’ego, którzy wpatrywali się w niego z fascynacją, i zaprowadził chłopca na parking. Gdy przycisnął guzik i klapa bagaz˙nika w czerwonym jaguarze podsko- czyła do góry, Rory stanął jak wryty. – To pana samochód?! – Mój – potwierdził Cash z uśmiechem. Wrzucił torbę chłopca do bagaz˙nika i za- mknął klapę. – Wskakuj do środka i ru- szamy. – Tak jest! – zawołał chłopak, szaleńczo machając rękami w stronę przyjaciół, którzy stali jak zaczarowani przy drzwiach budyn- ku, z nosami rozpłaszczonymi na szybie. Cash zapalił silnik i jaguar wytoczył się na ulicę. ROZDZIAŁ DRUGI przez dzwonek Najpierw podjechał do swojego hotelu i zameldował się w recepcji, a dopiero potem zawiózł Rory’ego do mieszkania Tippy na Manhattanie. Czekała na nich w drzwiach, uprzedzona domofonu. W dz˙insach i z˙ółtym swetrze, ze złotorudymi włosami luźno opuszczonymi na plecy, spra- wiała wraz˙enie zupełnie obcej osoby. W co- dziennym ubraniu, bez makijaz˙u, w niczym nie przypominała pięknej, eleganckiej kobie- ty, którą Cash zapamiętał z premiery filmu miesiąc wcześniej. – Wejdźcie – powiedziała szybko, z wyra- źnym zdenerwowaniem. – Mam nadzieję, z˙e obydwaj jesteście głodni. Przygotowałam stroganowa. Ciemne brwi Casha powędrowały do góry. 30 – Moja ulubiona potrawa. Skąd wiedzia- łaś? – zapytał z błyskiem w oku. Tippy odchrząknęła. – Moja tez˙ – zaśmiał się Rory, przycho- dząc jej na ratunek. – Tippy zawsze to gotuje, gdy przyjez˙dz˙am do domu! – Aha, więc wszystko jasne. – Cash się uśmiechnął. Tippy rozejrzała się i zapytała ze zdziwie- niem: – Nie masz z˙adnych bagaz˙y? Przygotowa- łam pokój gościnny... – Dziękuję, ale zatrzymałem się w hotelu Hilton w centrum – wyjaśnił z ciepłym uśmiechem. – Lubię mieć własną przestrzeń. – Rozumiem – odrzekła niepewnie i po- chyliła się, by uścisnąć brata. – Tak się cieszę, z˙e jesteś w domu! Podobno zbierasz w szkole dobre stopnie. – To prawda. – Skinął głową. – A poza tym musiałeś za karę zostać po lekcjach – dodała Tippy. Rory odchrząknął. – Bo jeden starszy chłopak brzydko mnie nazwał. – Jak? – zapytała siostra, krzyz˙ując ręce na piersiach i patrząc mu prosto w twarz. W oczach Rory’ego błysnęła złość. – Nazwał mnie gnojem. 31 Zielone oczy Tippy zaiskrzyły. – Mam nadzieję, z˙e dostał porządnie w nos? – Tak – odrzekł Rory z szerokim uśmie- chem. – Teraz jest moim kolegą! – Zerknął z ukosa na Casha, który przysłuchiwał się tej rozmowie z wyraźnym zainteresowaniem. – Nikt więcej nie miał odwagi mu się prze- ciwstawić, a on prześladował innych coraz bardziej. Uratowałem go przed okropną przy- szłością! Cash wybuchnął głośnym śmiechem. – Spełniłeś dobry uczynek! – Chodźmy do stołu – włączyła się Tippy, wsuwając włosy za uszy. – Nie jadłam jesz- cze lunchu. Weszli do małej, lecz przytulnej kuchni. Stół nakryty był haftowanym obrusem, na którym stały kolorowe talerze, a obok lez˙ały srebrne sztućce. Tippy wyjęła z lodówki dzbanek z mlekiem i napełniła dwie kry- ształowe szklanki. – Masz jeszcze jedną szklankę? – zapytał Cash. – Ja tez˙ lubię mleko. Tippy zatrzymała zdziwiony wzrok na je- go twarzy. – Zamierzałam zaproponować ci whis- ky... Na twarzy Casha pojawiło się napięcie. 32 – Nie piję alkoholu. Nigdy. – Och – mruknęła z zaz˙enowaniem. Odkąd Cash przekroczył próg jej domu, nie udało jej się powiedzieć ani jednej właś- ciwej rzeczy. Czuła się jak idiotka. Co za dziwny męz˙czyzna. Wyjęła z szafki trzecią szklankę i napełniła ją mlekiem po same brzegi. Cash poczekał, az˙ Tippy zajmie swoje miejsce, i dopiero wtedy usiadł przy stole. – Widzisz? – Spojrzała na Rory’ego. – Dobre maniery nie bolą. Twoja matka musiała być czarującą kobietą – dodała, zwracając się do Casha. Upił łyk mleka i dopiero wtedy odpowie- dział krótko: – Tak, była czarująca. Nie dodał nic więcej. Tippy przełknęła ślinę, myśląc, z˙e jeśli gość przez cały czas będzie tak małomówny, wieczór stanie się torturą. Przypomniała sobie, co powiedziała jej kiedyś Christabel Gaines: rodzice Casha rozwiedli się z powodu jakiejś modelki. Wi- docznie pozostał mu po tym bolesny uraz. – Rory, zmów modlitwę – wymamrotała szybko, po raz kolejny zadziwiając Casha. Cała trójka pochyliła głowy. Po chwili Tippy podniosła swoją i zerknęła na gościa z błyskiem w oczach. 33 – Tradycje są bardzo waz˙ne. A my z Ro- rym nie wynieśliśmy z domu z˙adnych trady- cji, więc postanowiłam sama je wprowadzić. To właśnie jedna z nich. – A jakie są inne? – zapytał Cash, sięgając po naczynie ze stroganowem. Nieśmiały uśmiech odmłodził jej twarz. Oprócz szminki na ustach nie miała makija- z˙u. Jej włosy luźno opadały na ramiona. – Co roku dodajemy nową ozdobę na choinkę i wieszamy na niej kiszony ogórek. Widelec Casha zatrzymał się w drodze do ust. – Co wieszacie? – Kiszony ogórek – potwierdził Rory. – To taki niemiecki zwyczaj, ma przynosić szczęście. Nasz dziadek ze strony mamy był Niemcem. A jakie ty masz pochodzenie? – Chyba marsjańskie – odrzekł powaz˙nie. Tippy uniosła brwi. – Akurat – zachichotał chłopiec. Cash uśmiechnął się do niego. – Matka mojej matki pochodziła z An- daluzji w Hiszpanii. A ze strony ojca miałem wśród przodków Szwajcarów oraz Indian Cherokee. – Niezła kombinacja – zauwaz˙yła Tippy, przyglądając mu się uwaz˙niej. Odpowiedział jej tym samym. 34 – A wy musieliście mieć wśród przodków Irlandczyków albo Szkotów – rzekł z wyraź- ną aluzją do koloru jej włosów. – Chyba tak – zgodziła się, omijając wzro- kiem jego twarz. – Nasza mama jest ruda – wtrącił Rory. – To jest prawdziwy kolor włosów Tippy, chociaz˙ duz˙o ludzi uwaz˙a, z˙e je farbuje. Tippy sięgnęła po szklankę z mlekiem, ale nic nie odpowiedziała. – Ja miałem ochotę ufarbować się na fio- letowo, ale kuzyn, który wcześniej był moim szefem, stwierdził, z˙e to by obraz˙ało ludzi – westchnął Cash. – A do tego jeszcze kazał mi zdjąć kolczyk – dodał z niesmakiem. Tippy omal nie zakrztusiła się mlekiem. – Nosiłeś kolczyk?! – zawołał Rory z za- chwytem. – Takie zwykłe złote kółko. Pracowałem wtedy dla rządu, a mój szef był tak poprawny politycznie, z˙e nosił nawet znaczek, na któ- rym wypisane były przeprosiny za to, z˙e rozdeptuje bakterie. Naprawdę tak było. – Pokiwał głową. Tippy śmiała się tak, z˙e musiała otrzeć łzy z oczu. Juz˙ dawno nikt jej tak nie rozbawił. Rozmowa zaczęła nabierać rumieńców. – Ona nigdy się nie śmieje – zauwaz˙ył Rory. – A juz˙ szczególnie na planie. Nienawi- 35 dzi fotografów, bo kiedyś jeden kazał jej siedzieć na kamieniu w bikini i mewa ją dziobnęła. – To głupie ptaszysko zaatakowało mnie pięć razy! – wykrzyknęła Tippy z oburze- niem. – A na koniec wyrwało mi pęk włosów z głowy! – Opowiedz jeszcze, co gołębie zrobiły ci we Włoszech – podsunął Rory. Jego siostra wzdrygnęła się z niechęcią. – Przez cały czas próbuję o tym zapom- nieć. A kiedyś lubiłam gołębie... – Ja je uwielbiam – oznajmił Cash z szero- kim uśmiechem. – Jeśli nigdy nie jadłaś gołębia w cieście, smaz˙onego na oliwie z oli- wek, to nic o nich nie wiesz. – Ty barbarzyńco! – Nie mów tak. Nie ograniczam się prze- ciez˙ do gołębi, jadam równiez˙ węz˙e i jaszczu- rki. Rory tarzał się po podłodze ze śmiechu. – Boz˙e, Cash, to będą najweselsze święta w moim z˙yciu! Tippy równiez˙ była tego zdania. Męz˙czyz- na siedzący naprzeciwko niej w niczym nie przypominał niez˙yczliwego, niesympatycz- nego przedstawiciela prawa, którego poznała podczas zdjęć w Jacobsville. Wszyscy uwa- z˙ali Casha Griera za tajemniczego, niebez- 36 piecznego człowieka. Nikt jej nie powiedział, z˙e ma on niesłychane poczucie humoru. Widząc jej zmieszanie, Cash pochylił się do Rory’ego i oznajmił donośnym szeptem: – Twoja siostra nie wie, co ma o mnie myśleć. W Teksasie słyszała, z˙e pilnuję woj- skowych tajemnic dotyczących latających spodków. Trzymam je zamknięte w szafce. – Nie, słyszałam, z˙e chodzi o kosmitów – wymamrotała Tippy z kamienną twarzą. – Nie trzymam kosmitów w szafce na dokumenty – sprostował Cash z urazą w gło- sie, choć w jego oczach pojawiły się wesołe iskierki. – Kosmitów przechowuję w domu, w szafie na ubrania. – A ja myślałam, z˙e to aktorom odbija – wykrztusiła Tippy między salwami śmiechu. Po lunchu Cash oznajmił, z˙e zabiera ich do parku. Tippy przebrała się w szmaragdowy kostium i zaplotła włosy w warkocz. Jej mieszkanie lez˙ało przy spokojnej, za- drzewionej uliczce w przejściowej okolicy między dość niebezpiecznym rejonem miasta a dzielnicą zamieszkaną przez klasę średnią. Widać było, z˙e prowadzone są tu liczne inwestycje. Do dwupoziomowego mieszka- nia Tippy prowadziły kamienne schodki z rę- cznie kutą z˙elazną poręczą. 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zdrajca
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: