Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00083 006414 13426159 na godz. na dobę w sumie
Zgubne dziedzictwo - ebook/pdf R
Zgubne dziedzictwo - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 192
Wydawca: Wydawnictwo Pi Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7836-072-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Przybyła na pogrzeb zamożnej starszej damy rodzina z niecierpliwością oczekuje na odczytanie testamentu. W żałobnym domu aż kipi od wzajemnych animozji. Najwyraźniej rodzinne spotkanie jest tylko pretekstem do załatwienia różnych, nie zawsze czystych, interesów. W końcu stawka jest niebagatelna, w grę wchodzą miliony. Napiętą atmosferę potęguje zaskakujący zapis i... niespodziewany powrót denatki. Kogo więc pochowano? A może przybyła z „zaświatów” osoba nie jest tą, za którą się podaje? Jak w tej rodzinnej gmatwaninie odnajdzie się policjantka Laura i czy uda jej się rozwiązać tę nieprawdopodobną zagadkę?...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

alison-2.blogspot.com Moje książki...: "Zgubne dziedzictwo" Jacek Krakowski

Darmowy fragment publikacji:

ZGUBNE DZIEDZICTWO Jacek Krakowski Copyright © by Jacek Krakowski Copyright for this edition © by wydawnictwopi.pl All rights reserved Wydawca: Pi, Warszawa 2012, wydawnictwopi.pl Redaktor serii: Grzegorz Godlewski Konsultant serii: Tadeusz Warec Skład i łamanie: Wojtek Puchniarz ISBN 978-83-7836-072-8 dla tomu 17 Nr indeksu: 279951 Wszelkie podobieństwa do osób oraz zdarzeń istniejących w rzeczywistości są niezamierzone i przypadkowe. zamówienia: kontakt@wydawnictwopi.pl damnosa hereditas (łac.) – zgubne dziedzictwo; obłożony klątwą spadek lub prezent, który przynosi więcej szkody niż korzyści. i. Sobota, 29 października 1 – Ledwo zdążyłam na pogrzeb ciotki Zenobii Kru- szyńskiej. Mój stary samochodzik kompletnie wysiadł, więc wlokłam się po nocy pociągiem podobno ekspre- sowym z Olsztyna do Poznania. Potem z Poznania po przesiadce w  Gorzowie Wielkopolskim dojechałam wreszcie do Kostrzyna nad Odrą akurat w  porę, by wziąć taksówkę i  dojechać do cmentarza na Osiedlu Drzewice. Mój zegarek wskazywał 13.30, kiedy właśnie przy akompaniamencie dzwonu wyprowadzano z ka- plicy urnę z prochami cioci Zenobii. – To nie była nasza najbliższa rodzina – dodała po chwili Laura. – Żona brata ciotki Zenobii była siostrą mojego dziadka ze strony matki. Wiem, drogi wujku, że to wszystko bardzo skomplikowane, ale powoli po- staram się całą rzecz w miarę przystępnie wyjaśnić. Nie pojechałabym do Kostrzyna, gdyby nie mama, która uważała, że powinnam wreszcie poznać bliżej tę gałąź naszej, bądź co bądź, familii. - 7 - Moja młoda kuzynka, Laura Sawicka, absolwentka Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie, siedziała na kana- pie z  podwiniętymi nogami, pijąc świeżo zaparzoną kawę. Po tych wszystkich wypadkach, jakie miały miej- sce w Kostrzynie na przełomie października i listopa- da, wpadła do mnie do Łodzi, aby przed powrotem do swego ukochanego Olsztyna zdać mi sprawozdanie z owych wstrząsających wydarzeń. Dotychczas przyjmowałem jej wcześniejsze relacje z pewną dozą nieufności, starając się to i owo w nich korygować, tak aby wyszły z  nich historie zadowala- jące wydawcę moich kryminałów. Tym razem jednak opowieść snuta przez Laurę była na tyle intrygująca i  skomplikowana, że kilkakrotnie musiałem przesłu- chiwać nagranie na dyktafonie, aby wreszcie uchwycić sedno sprawy. Laura patrzyła w  listopadowe okno zasnute wie- czorną mgłą i pocierając palcem brzeg filiżanki, powoli wracała myślami do owego pogrzebu. – Właściwie niewiele znałam tych wszystkich lu- dzi. Jedynie wujek Franciszek Malewicz, brat ciotki Zenobii, której w życiu na oczy nie widziałam, odwie- dził nas raz czy drugi po roku 1990. Długo rozmawiał z matką, co niewiele mnie wtedy obchodziło, nocował u nas, po czym wyjeżdżał rannym pociągiem do Gdy- ni. Było to dobre dwadzieścia lat po śmierci jego żony, Róży, siostry mojego dziadka, która zginęła zastrzelo- - 8 - na podczas pamiętnych wypadków w Gdyni w grud- niu 1970 roku. – Pogrzeb wlókł się w nieskończoność – kontynu- owała swoją opowieść. – Zimny, październikowy wiatr niósł mokre liście, które oklejały twarze żałobnikom. Obok mnie stanął szpakowaty facet koło sześćdziesiąt- ki. Zauważyłam, że kilka razy zerknął w moją stronę, po czym rzekł: – Przepraszam, ojciec pokazywała mi kilkakrot- nie pani zdjęcia. Pani Laura Sawicka, prawda? Jestem Adam Malewicz, syn Franciszka Malewicza. Moja mat- ka, Róża, zginęła w Gdyni... – Ach, to pan – powiedziałam, przypominając sobie jego twarz. – Bardzo mi miło. Wujek Franciszek przy- wiózł nam do Olsztyna fotografie pana i  pańskiego syna, Rafała. Ale to było już jakiś czas temu... Przepra- szam, że pana nie poznałam. – Nic nie szkodzi – odparł cicho. – Rafał to ten wyso- ki, w czarnym płaszczu. Poszedł przywitać się z matką. Wiedziałam od mojej matki, że Adam rozwiódł się ze swoją żoną, kiedy Rafał miał kilka lat i syn został z ojcem, ale nie chciałam w całą sprawę głębiej wni- kać. Zresztą, co mnie to wszystko obchodziło. Miałam nadzieję, że zjem rodzinny obiad i złapię (co wyczyta- łam w internecie) wieczorny autobus, który z Berlina, oddalonego o jedyne 80 kilometrów, pędzi przez Ko- strzyn do Poznania. A stamtąd pojadę do Łodzi, aby wpaść do ciebie, drogi wujku, a  potem „puszczę się” - 9 - pociągiem bądź autobusem do Olsztyna. Niestety, natychmiast wypatrzył mnie wujek Franci- szek, wiekowy gość z wąsami i miną morsa. – Lauro, moja droga, mowy nie ma, żebyś dzisiaj wyjechała – powiedział na wstępie. – Tyle lat się nie widzieliśmy. Przystojna z ciebie dziewczyna. Musisz mi wszystko opowiedzieć, co się u was dzieje. W willi na- szej Aurelii jest tyle wolnego miejsca, że śmiało możesz przenocować. Poza tym wieczorem zostanie odczytany testament Zenobii. Kto wie, może odziedziczyłaś mi- liony? – zaśmiał się kostycznie. Wiedziałam tylko tyle, że Aurelia Kruszyńska była siostrą Ksawerego Kruszyńskiego, tego, z którym ciot- ka Zenobia z domu Malewicz wyjechała w 1939 roku do Brazylii. Nie myślałam, że Aurelia jeszcze żyje, ale Franciszek popchnął mnie lekko w  stronę siedzącej na wózku inwalidzkim mocno starszej pani, zatulonej w czarne karakuły i czarny koronkowy szal. – Nasza kuzynka z Olsztyna, Laura Sawicka – przed- stawił mnie tej nieco drzemiącej damie. – Nie przypominam sobie – rzekła cichym głosem, wyciągając do mnie drobną, wychudłą dłoń. Pocałowałam ja w rękę i powiedziałam: – Ciocia Róża, żona wujka Franciszka, była siostrą mojego dziadka Józefa. – Ach, tak... – rzekła po dłuższym namyśle ta co najmniej dziewięćdziesięcioletnia pani, podczas gdy ksiądz odprawiał nadmiernie rozwleczone i  zapewne - 10 - dobrze opłacone ceremonie żałobne. – Oczywiście mo- żesz u nas przenocować. Miejsca jest pod dostatkiem. Walerian wieczorem odczyta testament. Deszcz padał coraz gęstszy. Wujek Franciszek po- ciągnął mnie w stronę rozłożystego kasztanowca i roz- piął nad nami ogromny, czarny parasol. – Kto to jest Walerian? – spytałam. – Walerian Hubertus, notariusz skoligacony z  ro- dziną, u  którego ciotka Zenobia złożyła nowy testa- ment po powrocie do Polski w 1996 roku. – Nie wie wujek, dlaczego wróciła z  tej Brazylii? – pytałam zaciekawiona. – Jej mąż, Ksawery Kruszyński zmarł w 1995. Ciot- ka z jego prochami przyjechała do Polski i osiedliła się w willi Aurelii, czyli siostry jej zmarłego męża. – Wróciła na starość do Polski, do domu siostry męża? – drążyłam temat. – Przepraszam, że spytam, nie miała z czego żyć po jego śmierci? – Przeciwnie – odparł z uśmiechem wujek Franci- szek, zapewne dziwiąc się mojej niewiedzy. – Ciotka Zenobia była milionerką. Mieli pod Kurytybą w brazy- lijskim stanie Parana olbrzymie plantacje kawy i baweł- ny, na których dorobili się po zakończeniu wojny. Eks- port do zrujnowanej Europy był wtedy bardzo opłacal- ny. Potem zainwestowali w nieruchomości i... zbili na tym jeszcze większy majątek. – Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego ciocia Ze- nobia Kruszyńska wróciła do Polski? - 11 - – Widzisz, nie miała tam właściwie żadnej rodziny oprócz kilku przyjaciół... do brydża. To było bezdzietne małżeństwo. Po śmierci wujka Ksawerego w 1995 roku ciotka liczyła sobie – zamyślił się na moment – 75 lat. Miała jakieś zadawnione schorzenie kręgosłupa i wy- magała opieki. – Starość nie radość – westchnęłam. – A poza tym – dodał wujek Franciszek – jej mąż życzył sobie, aby być pochowanym w  Polsce. Ciot- ka spieniężyła większość majątku, przelała aktywa do Crédit Suisse w Zurychu, drugim co do wielkości ban- ku szwajcarskim i... przyjechała do Kostrzyna. – Przepraszam państwa – powiedziała, podchodząc do nas kobieta pewnie niewiele ode mnie starsza, ale nieumalowana, w jakimś okropnym, czarnym kapelu- sidle na przetłuszczonych blond włosach i w paskudnej zgniłozielonej pelerynie, słowem obraz nędzy i rozpa- czy. – Po pogrzebie babcia bardzo prosi wszystkich na obiad – mówiła cichym, jakby udręczonym głosem. Potem podchodziła do innych osób, zapewne po- – Kuzynka Bietka? – spytałam, przywołując tytuł wtarzając to samo. powieści Balzaka. Wujek Franciszek spojrzał na mnie z uznaniem. – Coś w tym guście – odparł po chwili. – To Małgo- rzata Grabowska, wnuczka Aurelii, córka Sylwii... Jego dalsze wyjaśnienia zagłuszył chór intonujący - 12 - „W mogile ciemnej...”. Podeszłam bliżej do rodzinnego grobowca. Chór zamilkł na znak księdza, a ten niezwy- kle drobiazgowo zaczął się rozwodzić nad zasługami nieboszczki, szczególnie podkreślając jej wkład (za- pewne finansowy) w rozwój życia parafialnego. Kiedy doszło do opowieści o zorganizowanej przez ciotkę Zenobię pielgrzymce do Rzymu, stojąca obok mnie starsza kobieta, z  głową wtuloną w  kołnierz z czarnego lisa, rzuciła z niesmakiem: „Suka”. Mocniej naciągnęła nocnikowaty kapelusz na miedzianorude włosy i powoli odsunęła się od grobu. Chór znowu za- intonował: „W mogile ciemnej śpi na wieki...”. Oparłam wiązankę złocistych chryzantem o tabli- cę z różowego marmuru, na której połyskiwały napisy: Ksawery Kruszyński 1910-1995, Zenobia Kruszyńska née Malewicz 1920-2011. Non omnis moriar. Żałobnicy, szepcząc miedzy sobą, powoli odchodzili od grobu. – Przedstawiam pani mojego syna Rafała – powie- dział Adam Malewicz. – Proszę wsiąść z nami do sa- mochodu. – Rafał, przywitaj się z kuzynką – powiedział wujek Franciszek. – Nareszcie się poznacie... – Laura – rzekłam, wyciągając rękę do Rafała, chło- paka mniej więcej w moim wieku, nawet dość przystoj- nego, ale jakiegoś zarośniętego, rozlatanego, niespokoj- nie łypiącego na boki niebrzydkimi, ciemnozielonymi oczami. – Miło mi cię poznać. - 13 - – Mnie też – odparł zdenerwowanym głosem. – Jedźmy już. Ja prowadzę. – Wiesz, że ci nie wolno – powiedział Adam, odbie- rając synowi kluczyki. Wujek Franciszek milczał. Rafał nie oponował. Deszcz rozpadał się na dobre, a coraz silniejszy wiatr porywał z alei zeschłe liście i rzucał je na mokre na- grobki. Obłoki pędziły po niebie, jakby raz na zawsze chciały opuścić ziemski padół. Fantazyjna, kuta w żelazie brama była otwarta sze- roko, na ulicy przylegającej do cmentarza stał rząd samochodów. Wsiedliśmy do srebrzystego peugeota i pojechaliśmy do willi Aurelii Kruszyńskiej. 2 Kostrzyn nad Odrą to dziwne miasto. Puste prze- strzenie, ze śladami ruin pokrytymi kępami chwastów, przeplatają się ze skupiskami bloków z lat sześćdziesią- tych i siedemdziesiątych. Nagle w jakimś zdziczałym parku otwiera się per- spektywa na drogę, prowadzącą donikąd i przecinające ją tory tramwajowe. Tu i  ówdzie widać jeszcze prze- rośnięte trawą schodki, wiodące do dawnego domu i zrujnowaną posadzkę westybulu. To wszystko ślady działań wojennych, jakie miały miejsce w lutym i marcu 1945 roku. Niemcy ewaku- - 14 - owali ponad 20 tysięcy ludności cywilnej, zamieniając miasto w twierdzę Küstrin. Kostrzyn, zniszczony nie- omal w 100 procentach, nazwano „polską Hiroszimą”. Oblężenie miasta przez wojska radzieckie nie trwa- łoby tak długo, gdyby nie zapasy trzech browarów. Po spożyciu odpowiedniej ilości piwa, wojska atakujące zostały wypierane z miasta przez hitlerowskich obroń- ców, by wytrzeźwiawszy, przystępować do kolejnej ofensywy. Wreszcie, po wysadzeniu browarów, miasto zostało zdobyte. Tę opowieść zasłyszaną od Jana Stando, zmarłego w 1980 roku męża ciotki Aurelii, przekazała mi moja matka. Po wojnie Aurelia bez środków do życia wyszła za mąż w 1946 roku za działacza partyjnego, który zo- stał „rzucony” do Kostrzyna. Zajmują tam jedną z niewielu ocalałych willi, pozo- stawioną wraz z wyposażeniem przez któregoś z bro- warników. Jan Stando pnie się po szczeblach kariery, ciągnąc za sobą ciotkę, która za kilka lat zostanie dy- rektorką nowo otwartego liceum. Rodzi im się dwoje dzieci: Henryk i Sylwia. To zapewnie Sylwia jest matką tej wyglądającej jak skaranie boskie Małgorzaty, która zaprosiła nas na obiad. – Jesteśmy na miejscu – powiedział Adam, zatrzy- mując samochód. Dom wyglądał imponująco. Marmurowe schody wejściowe, nad którymi królował półokrągły taras, ol- brzymie parterowe okna z  wykuszami i  stromy dach - 15 - przebity półokrągłymi facjatami drugiego piętra. Wszystko to przywodziło mi na myśl okazałą fabry- kancką willę Anstadta, którą miałam okazję podziwiać w Łodzi. Nawiasem mówiąc, Anstadt był przed wojną właścicielem potężnego browaru. Widocznie wszyscy europejscy browarnicy mieli kiedyś ten sam gust, po- myślałam, wysiadając z samochodu. W owalnym holu panował nieprzyjemny, wilgotny chłód. Długi, słabo oświetlony korytarz zakończony schodami przedzielał cały parter na dwie części. Zdję- łam kurtkę i aż dreszcz mnie przeszył. Wujek Franci- szek otworzył drzwi do jakiegoś pokoju i powiedział: – Zaczekamy tutaj na obiad. Mam nadzieje, że ktoś napalił w kominku. Niestety, w  kominku nikt nie napalił. Rafał zaszył się w kąt, nie zdejmując krótkiego, wełnianego płasz- cza. Wyjął telefon komórkowy i  bawił się jakąś grą. Adam poczęstował mnie papierosem, ale odmówiłam. Pstryknął zapalniczką i zaciągnął się głęboko. Jesienne powietrze oplecione bladoniebieskim dy- mem spływało z długich pluszowych zasłon na krysz- tałowe bibeloty wystawione na bufecie ciężkiego, orze- chowego kredensu, po czym owijało się wokół mosięż- nych zawiasów, by końcu utknąć w wydeptanym różo- wogranatowym dywanie, tnąc zimnem po nogach. – Dzień dobry państwu – powiedziała, stając w drz- wiach, niemłoda już, drobnej postury, szczupła kobieta. Rudawe, lekko kręcone włosy miała zwinięte w cia- - 16 - sny węzeł, a czarny, trzeba przyznać, doskonale skrojo- ny kostium, podkreślał bladość jej cery. Wąskie wargi, ledwie tknięte odrobiną szminki, zaciskała z taką siłą, że, zdawać by się mogło, ostatkiem sił próbuje po- wstrzymać to, co ciśnie jej się na usta. – Moja droga – rzekł wujek Franciszek – pozwól sobie przedstawić naszą młodą kuzynkę z  Olsztyna, Laurę Sawicką. Lauro, to jest doktor Ewelina Huber- tus-Stando. – Bardzo mi miło – powiedziała przez zaciśnięte zęby. – Mnie również – rzekłam ściskając jej żylastą, silną dłoń. – Przepraszam, nie jestem bardzo zorientowana w rodzinnych parantelach, ale nazwisko Hubertus już obiło mi się o uszy. – Notariusz Walerian Hubertus jest moim ojcem – oznajmiła doktor Ewelina z nieukrywaną wyższością. – Ewelina jest żoną Henryka Stando, syna ciotki Au- relii. Mieszka z mężem i synem w tym domu – dorzucił wujek. – Ale już niedługo – prychnęła pani doktor, pod- chodząc do kominka. Elektryczną zapalarką rozpaliła złożone bierwiona. – Na Boże Narodzenie przeprowa- dzimy się do naszej willi. Jest na ukończeniu... Pomarańczowy ogień opływał polana złocistego drewna. Nareszcie zrobiło się trochę cieplej. – Proszę mi wybaczyć, może to nietakt z mojej stro- ny – zauważyłam, wyciągając zziębnięte dłonie w kie- - 17 - runku kominka – ale nie widziałam pani na pogrzebie... – Nie byłam na nim – odparła sucho. – Ktoś musiał dopilnować obiadu. – Zdaje się, że Małgorzata wczoraj wszystko przygo- towała – rzekł Adam – nawet jej trochę pomagałem... Ewelina popatrzyła na niego z nieukrywaną odrazą. – Małgorzata nie potrafi nawet... – Proszę państwa do stołu – powiedziała Małgorza- ta, stając w otwartych drzwiach. – Chciałabym umyć ręce – szepnęłam, przechodząc – Korytarzem do końca – odrzekła cicho – ostatnie obok niej. drzwi na prawo. Łazienka była obszerna i  staroświecka. Ogrom- na wanna na lwich łapach, srebrzyste krany opatrzo- ne emaliowanymi napisami: warm i kalt, pociemnia- ła rura pieca kąpielowego, ściany pokryte spękanymi, oliwkowozielonymi kaflami i podłużne okno z mato- wymi szybami ciętymi w  pionowe prostokąty, przez które sączyło się szare światło wczesnego popołudnia... Z boku, we wgłębieniu łazienki wyodrębniono dwie kabiny przesłonięte drewnianymi drzwiami, opatrzo- nymi metalowymi, grawerowanymi tabliczkami: Da- men i Herren. Nacisnęłam klamkę drzwi z napisem Damen – zaję- te. Na szczęście miejsce za drzwiami z napisem Herren było wolne. Z kabiny obok dochodził cichy płacz. Ktoś łkał, nie mogąc się opanować, coraz głośniej, - 18 - coraz bardziej rozpaczliwie, by wreszcie wybuchnąć z trudem tłumionym, głośnym szlochem. Pociągnęłam za wiszący na łańcuszku fajansowy uchwyt, głośno opróżniając tkwiący pod sufitem żeliw- ny rezerwuar z napisem „Corona”. Płacz nie ustawał. – Proszę pani – powiedziałam głośno – jeżeli mogę w czymś pomóc?... Bardzo proszę, niech pani nie pła- cze... Drzwi uchyliły się. – Kim pani jest? – spytał zapłakany głos. – Niech mi pani da spokój. – Nazywam się Laura Sawicka – odparłam. – Przyje- chałam z Olsztyna na pogrzeb ciotki Zenobii. To moja powinowata... Drzwi otworzyły się szerzej. – Poza tym pani Małgorzata prosiła na obiad – do- dałam. Płacz nieco przycichł. Z  kabiny wyszła niemłoda już kobieta o  opuchniętej, szerokiej twarzy. Podeszła do umywalki i pomoczywszy chusteczkę zimną wodą, przecierała nią zapłakane oczy, popatrując w  prosto- kątne lustro poznaczone liszajami chorującego srebra. Mogła mieć jakieś 60 lat. Jedynie jej ciemne, gęste, naturalnie kręcące się włosy stanowiły ostatni ślad mi- nionej urody. Zbyt tęga sylwetka ukryta pod rozwle- czonym ciemnym swetrem, zbyt obcisła ciemnoszara spódnica, stare, rozdeptane kozaczki... - 19 - – Przepraszam panią – powiedziała, wyjmując z  czarnej, niemodnej torebki tusz do rzęs i  plastiko- wą puderniczkę – ale czasami... człowiek już nie może znieść tego wszystkiego... – Widziałyśmy się na cmentarzu – rzekłam – stała pani obok pani Małgorzaty. – To moja córka – odparła. – Mieszka tutaj, u babki, bo... nie umie sobie dać rady w życiu. Boleję nad jej losem... Ludzie są okrutni. – Przepraszam, że spytam: pani jest... córką cioci Skinęła głową, malując rzęsy i  poprawiając ołów- Aurelii? kiem brwi. – Sylwia Grabowska. Moja córka, Małgorzata... jest nieszczęśliwa. Nie cierpią jej w tym domu, a ona... nie umie się odszczeknąć. Może dlatego, że straciła ojca, kiedy była jeszcze malutka. Biedne dziecko! – Kto jej nie cierpi? – podszepnął mi pytanie mój policyjny instynkt. – No jak to, kto? Ta ruda małpa, Ewelina, przybłę- da jedna! Ukradła mi brata, a Małgorzatę traktuje jak piąte koło u wozu. Wielka doktorowa, psiakrew! Liczy się tylko jej cudowny Krystianek. Szkoda gadać... Idzie pani? – spytała, poprawiając dłonią włosy. – Za chwilę – odparłam. Trzasnęła drzwiami łazienki. Słyszałam jej energicz- ne kroki, cichnące w korytarzu. Spojrzałam w to posza- rzałe, pokryte ciemnymi plamami lustro... - 20 - Cóż, wszystko wskazywało na to, że dotychczas w ogóle nie znałam swojej dalszej rodziny. Wyszłam na słabo oświetlony korytarz i  po chwi- li natknęłam się na Małgorzatę, niosącą wazę z zupą. W spranym niebieskim fartuchu narzuconym na brą- zową sukienkę wyglądała jak służąca. Podbiegłam i otworzyłam na oścież dwuskrzydłowe drzwi prowa- dzące do jadalni. – Bardzo pani dziękuję –powiedziała – widzi pani, wszyscy są dzisiaj tacy zajęci, a ktoś przecież musi za- dbać o rodzinę... Jej dalsze słowa zagłuszył gwar rozmów osób zgro- madzonych przy stole. 3 Olbrzymi żyrandol, z  lampami w  kształcie zwie- szających się tulipanów z  matowego szkła, oświetlał prostokątny stół nakryty białym, adamaszkowym ob- rusem. Światło odbijało się od nacięć w kryształowych kie- liszkach, zataczało kręgi na kremowej rosenthalowskiej porcelanie, lśniło w złotych szlakach wokół talerzy i ga- sło w srebrzonych trzonkach frażetowskich sztućców. Trochę się znałam na dobrym gatunku tej zastawy. Pani doktor Ewelina Hubertus-Stando, stojąc nad otwartą wazą, napełniała talerze rosołem, zagłębiając - 21 -
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zgubne dziedzictwo
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: