Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00646 006173 15694453 na godz. na dobę w sumie
Zielone wzgórza Ułan Bator. Opowieść o wyprawie do Mongolii - ebook/pdf
Zielone wzgórza Ułan Bator. Opowieść o wyprawie do Mongolii - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 194
Wydawca: Videograf Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7835-036-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> przewodniki >> podróże
Porównaj ceny (książka, ebook (-50%), audiobook).

Barwna i zabawna relacja z podróży zdezelowaną ładą w poszukiwaniu przygody i adrenaliny. Trójka przyjaciół musiała pokonać całą masą trudności i przeszkód, ale w zamian dostali niecodzienną dawkę emocji i wrażeń, piękne krajobrazy, spotkania z niezwykłymi ludźmi, dostęp do miejsc, które rzadko odwiedzają Europejczycy.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Redakcja Elżbieta Spadzińska-Żak Projekt okładki Marek J. Piwko Fotografia na okładce Robert Churchill Fotografie we wkładkach Radek Biczak Redakcja techniczna, skład i łamanie Grzegorz Bociek Korekta Laura Ryndak Wydanie I, czerwiec 2010 Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA 41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35 fax 32-348-31-25 office@videograf.pl www.videograf.pl Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o. 01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21 tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12 dystrybucja@dictum.pl www.dictum.pl © Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2012 ISBN 978-83-7835-036-1 Kto ma skumać, ten skuma… Istota karawany objawia się w marszu. Jeśli przepaść zagrodzi jej drogę, okrąża przepaść; gdy wznosi się na drodze skała, wymija ją; gdy piasek staje się zbyt grząski, szuka gdzie indziej twardego gruntu, ale wciąż podejmuje poprzedni kierunek. ANTOINE DE SAINT-EXUPÉRY Marzenia Marzenia mają wszyscy. Normalni i idioci. Dobrzy i niedo- brzy. Bogaci i biedni. Marzenia są bardziej lub mniej realne. Marzenie w czystej formie jest naturalnym tworem przyrody. Bryłą, której dzięki konsekwencji, silnej woli i pracy potrafimy nadać pożądany kształt. Tylko wtedy marzenie jest już celem, do którego prowadzi plan realizacji. Zazwyczaj jednak spycha- my nasze marzenia na margines codzienności. Drzemią sobie w lamusach umysłów i bywa, że prześpią całe życie nieniepo- kojone. Wtedy, przy końcu drogi, można powiedzieć: kiedyś wykluło mi się marzenie, ale chyba kiepsko je karmiłem – ni- gdy nie wzbiło się do lotu; cały swój byt przesiedziało na gałę- zi żywota i zdechło ze starości… Moje marzenia, chociaż rzecz jasna nie wszystkie, zaraz po wykluciu drą się wniebogłosy, a kiedy wreszcie wydaje mi się, że przysnęły na dłuższy czas, zupełnie niespodziewanie zry- wają się do lotu, trzepoczą na oślep nieopierzonymi skrzydłami i lecą przed siebie. Bywa, że jest to długi i piękny lot, ale zda- rza się także, że wyrżną o ziemię zaraz po starcie, a po drodze jeszcze zdążą nasrać mi na głowę. Moje marzenia są jak klątwy i czasami przychodzi ochota, żeby dusić zarazę w zarodku… Wyprawa na Wschód pociągała mnie od dawna. W ręce same wpadały książki, które rozpalały wyobraźnię; przy piwie powszednim spotykałem ludzi, którzy byli na Wschodzie i roz- taczali przede mną obrazy. Raz byli to hydrogeolodzy z To- 7 runia, którzy spłynęli pontonami mongolską rzeką Selengą, innym razem Romek Koperski, który z Zurychu do Nowego Jorku przejechał land roverem przez Syberię, a później, roz- smakowawszy się w tej krainie, spłynął pontonem po Lenie od jej źródeł do ujścia. Jakieś 10 lat temu wydawało mi się, że już wyruszę po swoją wschodnią przygodę – pewien literat z Toru- nia chciał zorganizować wyprawę do Mongolii, żeby na brzegu Selengi znaleźć miejsce przeprawy, gdzie utonął skarb z czasów wojny domowej w Rosji, ale na chceniu się skończyło. Wresz- cie odrobinę się poszczęściło: zwiedziłem miasto trzech kul- tur – Królewiec -Königsberg -Kaliningrad, a później załapałem się na fantastyczny rajd pojazdami militarnymi szlakiem ge- nerała Maczka. Wiódł on z południowo -wschodniej Polski na Ukrainę. Te dwa łyki wschodu podsyciły tylko apetyt. Podoba- ło mi się tam jak diabli i chciałem pojechać na dłużej! Była połowa czerwca 2001 roku, pracowałem wtedy we wrocławskiej redakcji miesięcznika, który traktował o skar- bach i przygodzie. Pewnego dnia zadzwonił do mnie Jarek Mi- chalak, kumpel z Poznania, na co dzień specjalista od plano- wania przestrzennego, w wolnych chwilach poszukiwacz skar- bów i militariów. – Cześć, Radziu. Jedziemy z Maliną ładą nad Bajkał. Je- dziesz z nami? – Bez zbędnego wstępu, ot, jak gdyby chodzi- ło o weekendowy wypad na imprezę. Poznańskich poszuki- waczy znałem od dawna. Rok wcześniej mieszkałem krótko w grodzie Przemysława i niejeden wieczór upłynął nam wspól- nie w knajpce „Pod Minogą”, gdzie po kilku piwach rodziły się różne pomysły. Malina, etnolog i bunkrowiec, miał już na kon- cie samochodową wyprawę do Maroka. Kilka razy uczestni- czyłem w dysputach o podobnej eskapadzie na Syberię, nawet zgłosiłem swój akces i poparłem pomysł, ale wszystko toczy- ło się w błogim trybie przypuszczającym – niedokonanym, któ- remu towarzyszą niezobowiązujące westchnienia: byłoby fajnie, zajebisty pomysł, konkretna misja itp. Żadnych konkretów, które wskazywałyby, że luźna dyskusja zaowocuje czynami… 8 – Jadę z wami – odpowiedziałem bez zastanowienia, bo nie bardzo wiedziałem, nad czym tu deliberować. Umówiliśmy się na spotkanie w Poznaniu, w najbliższy weekend, i tak ruszyła wyjazdowa karuzela. Naszym podstawowym celem był Bajkał, jezioro, które sta- nowi krainę samą w sobie, ale siedząc nad piwem i mapą Sybe- rii, wystarczyło przesunąć spojrzenie na południe od Bajkału i już kilka centymetrów niżej rozciągała się granica z Mongo- lią… Czemu by nie wstąpić? – zapytał ktoś, a że przeciwwska- zań nie było, to w kwadrans później nasza wyprawa dochra- pała się szumnej nazwy: SIBERIA – MONGOLIA EXPE- DITION. Ustaliliśmy, że ruszamy w połowie lipca, więc na przygotowania zostały trzy tygodnie. Mnóstwo czasu na znale- zienie, kupienie i przyszykowanie samochodu, załatwienie for- malności wizowych, szczepień, zdobycie niezbędnych informa- cji, urlopów i gotówki. Czysty obłęd i kwintesencja improwiza- cji, ale kto powiedział, że bogowie nie sprzyjają szaleńcom? Rolnik spod głogowskiej wsi nie starał się ukryć rozbawie- nia, gdy Malina powiedział, że jego wysłużona łada ma za- wieźć trzech kolesiów do Mongolii. – Widzisz pan, samochód jest wart swojej ceny, ale auto nie jest nowe – chłop najwidoczniej chciał żyć w zgodzie z wła- snym sumieniem – dlatego, dobrze wam radzę, przejrzyjcie wszystko, co się da, bo parę rzeczy trzeba poprawić… Rolnik nie wiedział, że Malina w swojej bogatej karierze jeździł najchętniej dużymi fiatami kombi, o których pieszczo- tliwie mawiał fiatixy. Były to lepsze lub gorsze samochodowe padliny, które reanimował własnoręcznie z uporem godnym lepszej sprawy. Ładix na tle dotychczasowego parku maszyno- wego bunkrowca -etnologa nie wyglądał najgorzej. Wyprodu- kowana w 1983 roku łada model 2105 (w Rosji wszyscy będą ją nazywać po prostu piatiorką, czyli piątką) osiągnęła właśnie pełnoletność i zgodnie z naszymi założeniami miała być autem jednorazowego użytku. Chcieliśmy dojechać nią do Mongolii i tam sprzedać, ewentualnie porzucić. Powrót samochodem nie 9 wchodził w grę z wielu powodów, najważniejszym czynnikiem był czas – kolej transsyberyjska była sprawdzonym i przede wszystkim przewidywalnym środkiem transportu, natomiast ładix, cóż, jak w piosence: „wszystko się może zdarzyć…”. Za ładę zapłaciliśmy 700 złotych. Wybór marki samochodu był bezdyskusyjny; kupno starej, osobowej łady nie rujnowało naszych skromnych budżetów, w Rosji była popularna jak nie- gdyś maluchy w Polsce, od początku liczyliśmy się z awariami i naprawami w trasie, dlatego priorytetem była dostępność czę- ści, które mogły być nam potrzebne niemal w każdym momen- cie wyprawy. Łada była podobna do dużego fiata, co pozwalało bazować na mechanicznym doświadczeniu Maliny i co również istotne – nawet w Rosji ładix nie powinien być postrzegany jako towar luksusowy, a w naszym interesie leżało, żeby w jak naj- mniejszym stopniu epatować dobrami doczesnymi… Chociaż czasu było mało, poznaniacy podszykowali ładi- xa, na ile mogli. Załatwili ubezpieczenie, przegląd i rejestrację, która do ostatniej chwili stała pod znakiem zapytania, bo zgod- nie z przyjętymi terminami urzędu na normalne tablice reje- stracyjne powinniśmy czekać miesiąc, ale dostaliśmy je w jeden dzień. Zaszczepiliśmy się przeciwko żółtaczce i tężcowi, za- łatwiliśmy wizy do Mongolii, a nasze paszporty zostały przy- ozdobione pieczątkami AB. W Rosji turystyka indywidualna nie istnieje. Państwo, w którym pomimo pieriestrojki i głasno- sti duch totalitaryzmu wyziera z wielu zakamarków, niechęt- nie godzi się z myślą, że mają się po nim szwendać ludzie bez nadzoru. Nie można powiedzieć, że Rosjanie zamykają granice przed turystami; nie są idiotami i doskonale zdają sobie spra- wę, że turystyka to rozwijająca się gałąź gospodarki, dlatego wpuszczają inostranców*, którzy muszą jedynie dostosować się do reguł gry. Voucher to słowo -klucz. Jest to imienny doku- ment wystawiony przez biuro podróży, potwierdzający zarezer- wowane i opłacone wcześniej usługi. Teoria vouchera zakła- * Inostraniec – cudzoziemiec (wszystkie objaśniane w przypisach słowa obce pochodzą z języka rosyjskiego). 10 da, że turysta, który nawiedzi Rosję, jedzie w konkretne miej- sce, w którym będzie zwiedzał to, co zaoferuje biuro podróży. Biuro podróży zapewni rejs po Bajkale, załatwi bilety do teatru czy na festiwal folklorystyczny, ale na pewno nie pozwoli oglą- dać biednych wsi i opuszczonych kołchozów. Zorganizuje czas tak, że turysta, wyjeżdżając z Rosji, będzie miał o niej takie zdanie, jakie mieć powinien. Pomysł tyleż dobry, co trudny do zrealizowania – wycieczkę autokarową można tak kontrolować, ale co z dwu -trzyosobowymi grupkami, z których każda chce zwiedzać coś innego? Jak potężna musiałaby być kadra w biu- rach podróży, żeby sprostać wymaganiom? Ile za takie usłu- gi musiałby płacić turysta? Idea utopijna, która wprowadzona w życie i realizowana zgodnie z wytycznymi zamiast kontro- lować inostranców, skutecznie odstraszyłaby od wizyty w Ro- sji. Rosyjskie biura podróży, podążając za wymogami wolnego rynku, błyskawicznie wyczuły voucherową koniunkturę; skoro władza żąda od turysty opłaconych i zarezerwowanych usług, które jednak nie są bliżej sprecyzowane, a większość turystów uważa, że to przymus, na który nie mają najmniejszej ochoty, to biuro podróży pobierze opłatę za wystawienie vouchera. Doku- ment potwierdzający usługi stał się usługą samą w sobie. Kom- promis, który satysfakcjonuje wszystkie strony: władza może nie kontroluje tak, jak by chciała, ale jej wytyczne są respekto- wane, biura podróży mają dodatkowe źródło dochodu, a tury- sta kupuje voucher tak samo jak wizę – ot niezbędny, chociaż nic nieznaczący kawałek papieru. W 2001 roku voucher turystyczny był w Polsce osiągalny, ale załatwienie dokumentu wymagało sporo zachodu, dlatego zna- leźliśmy drogę na skróty. Dwie literki AB wbite do paszportu informowały rosyjskie służby konsularne i celne, że podróż ma charakter służbowy, a tym samym automatycznie eliminowa- ły voucher. Na szczęście procedura załatwienia stempelka była banalna; w urzędzie wojewódzkim musieliśmy przedstawić pi- smo z pracy lub uczelni, że jedziemy do Rosji w charakterze służbowym. Nikt nie robił nam trudności, co najwyżej dziwio- 11 no się, że zamiast ruszać na Zachód, gdzie po otwarciu granic podążała większość Polaków, my próbujemy płynąć pod prąd. 17 lipca, w wigilię wyjazdu, zrobiliśmy pożegnalną impre- zę w knajpie „Pod Minogą”. Znajomi, którzy wiedzieli o naszej eskapadzie, nie szczędzili nam dobrych rad, docinków i kpin. Ten, kto widział ładixa, prorokował, że dojedziemy co najwy- żej do podpoznańskiego Swarzędza, inny zastanawiał się, jak daleko odjedziemy od granicy, zanim ruscy reketierzy* zabio- rą nam wszystko, co mamy. Jednak w głębi duszy każdy życzył nam powodzenia, a niektórzy nie kryli zazdrości – wszak kro- iła się Przygoda, której efekt końcowy pozostawał kwestią cał- kowicie otwartą. * Gangster drogowy, ściągający haracz z podróżnych. Falstart Początek drogi nie miał w sobie nic wyjątkowego, może z wy- jątkiem pożegnania z babcią Maliny, która obdarowała nas ja- kimiś wiktuałami, dewocyjnym breloczkiem i… wierszem: Poznań – lato 2001 roku Dla Trójki Dzielnych Wędrowników Pojechali w świat młodzieńcy W poranek deszczowy – Pięknym wozem kolorowym Wozem terenowym. Serce się z radości rwało Gdy się na ten wóz patrzało. O bunkrowcach i odkrywcach Miał napisy złoty wóz – Który w trójce wędrowników Dziennikarza z sobą wiózł. Więc wybrała się ekipa w świat Z miasta Poznania, A żegnała Ich strwożona Babcia Piotra – Jania. Z zatroskaniem i miłością Na Ich twarz patrzała Ku obronie z Gwadelupy Matkę Bożą dała Babka Janina 13 Mogliśmy się śmiać, ale jakoś nie wypadało, a Matka Boska z Gwadelupy załapała się na czwartego pasażera ładixa. Na obrzeżach Poznania, w jednym z hipermarketów uzupeł- niliśmy braki w wyprawowym ekwipunku. Chińskie zupki, sosy w torebkach, konserwy, ryż, kasza, środki odstraszające koma- ry i kilka innych drobiazgów, które wówczas wydawały się nam niezbędne. Obraliśmy kierunek na Koło i Kielce, miejsca, w któ- rych były jeszcze do załatwienia ostatnie sprawy tego świata. Zaledwie cztery kilometry od startu ładix przypomniał nam, że jest niezwykle istotnym elementem naszej podróży. Skoń- czyło się radio. Niby nic. Błahostka, ale było w niej zawarte przesłanie od ładixa: „kumple, pamiętajcie, nie jestem nowym autem i niemal w każdej chwili…”. Ściemniło się już, kiedy dobijaliśmy do Kielc. Malina smagał ładixem zupełnie rześko – 110 km na budziku, zostało ostatnie 20 kilometrów do pierwszego noclegu na trasie. Nagle, niemal jednocześnie, dotarły do nas trzy nienaturalne zjawiska – Ma- lina zauważył, że straciliśmy transmisję i brakuje połączenia pomiędzy silnikiem a kołami, poczuliśmy smród palonej gumy, a gryzący dym zaczął wypełniać wnętrze samochodu! Ładix jeszcze dobrze nie wyhamował na poboczu, kiedy wyskakiwa- liśmy z niego, żeby gasić pożar albo wiać jak najdalej. Ognia nie widzieliśmy, a dym wypełzający spod podwozia szybko się roz- wiewał. Nie płonęliśmy, ale co to, kurwa, było? Najwięksi scep- tycy, którzy prorokowali nam finał wyprawy w Swarzędzu, po- mylili się o 350 kilometrów! Z gniazda tylnego mostu wysunę- ła się prawa półoś, cieknący z mostu olej zniszczył simmering, a koło szorowało o nadkole, wzbijając przy tym kłęby dymu. Nie wyglądało to ciekawie. Było późno, a uszkodzony element nadawał się tylko do wymiany. Malina zdjął szczęki hamulco- we, zabezpieczył przewody tak, żeby nie wyciekał z nich płyn, po czym wbił młotkiem półoś w przynależne jej miejsce i oku- lawionym ładixem doturlaliśmy się do najbliższego zagajnika. Pierwszy biwak nie napawał optymizmem. Wprawdzie od początku zakładaliśmy, że mogą przytrafiać się awarie, ale do 14 licha, nie myśleliśmy, że będą nas trapić już od startu. Nikt z nas nie dramatyzował, bo defekt był uleczalny, ale w powie- trzu wisiało niewypowiedziane pytanie: dokąd zdołamy doje- chać, zanim ładix rozpadnie się na dobre? W jaki sposób mamy przejechać 8000 kilometrów, skoro tuż pod domem zaliczyli- śmy padaczkę? Deliberacje tego typu nie miały żadnego sensu, a mogły tylko wprowadzić zbędny defetyzm. Biorąc pod uwa- gę rodzaj, formę i cel podróży, mogła nas uratować tylko sto- icka myśl przewodnia, pięknie oddająca rosyjską duszę: poży- wiom – uwidim*. Pierwszy autoszrot w Kielcach zaspokoił naszą palącą po- trzebę. Używana półoś kosztowała 50 złotych oraz blisko trzy godziny pracy Maliny, któremu mogliśmy z Jarkiem tylko asy- stować. Doraźny przegląd ładixa zaowocował naprawą świateł i sprawnym radiem. Od tego momentu Kazik Staszewski to- warzyszył nam niemal codziennie ze swoją Melassą i El Dupą – całe szczęście, bez jego muzyczno -słownych abstrakcji mogli- byśmy popaść w paranoję. Awaria została zażegnana. Malina popisał się sprawnością mechaniczno -manualną. Droga na wschód ponownie stanęła otworem. Zapomnieliśmy o swoich niedawnych obawach i ru- szyliśmy w kierunku granicy polsko -ukraińskiej. 230 kilometrów dalej, tuż za Krasnymstawem, wypadło nam zatankować. Do granicy zostało niewiele, więc wlaliśmy tyle benzyny, żeby dojechać tylko na drugą stronę. Różnica w cenie zupy była niebagatelna: za jednego dolara na Ukrainie mogli- śmy kupić przeszło 3 litry benzyny, podczas gdy w Polsce za tę samą kwotę niecałe 1,5 litra! Zalaliśmy robaka w ładzie; Malina wsiadł do samochodu, przekręcił klucz w stacyjce i nic. Kontrolki się wprawdzie za- świeciły, a rozrusznik kręcił, ale był to jedyny objaw życia ła- dixa. Silnik zapalić nie chciał. Co gorsza, nie mieliśmy poję- cia, co się mogło przytrafić. Łada dojechała na stację o wła- snych siłach, wcześniej nie przejawiała żadnych dolegliwości, * Pożyjemy – zobaczymy. 15 a teraz nie chciała zapalić. Zepchnęliśmy samochód na trawnik za stacją i w zapadającym zmierzchu próbowaliśmy zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Stało się dla nas jasne, że doszło do konfliktu interesów; my parliśmy na wschód, a ładix bro- nił się wszystkimi czterema kołami przed powrotem do ojczy- zny. Licząc, że świt przyniesie nam rozwiązanie, zabiwakowa- liśmy na stacji. Malina spał w samochodzie, ja wylądowałem na skwerku, a Jarek rozbił namiot po drugiej stronie drogi. Każ- dy osobno, każdy z własnymi myślami. Zasypiałem z sarka- stycznym uśmiechem idioty na ustach. Na co właściwie liczyli- śmy? Że auto, które warte było recyklingu, sprosta nie lada pró- bie tylko dlatego, że my tego chcieliśmy? Przejechaliśmy dwa dni i 600 kilometrów, a złapaliśmy drugą poważną awarię. Nie trzeba było wyższej matematyki, żeby wyliczyć obłędną śred- nią tych czynników. Nie zmierzyliśmy sił na zamiary. W tym momencie Bajkał i Mongolia były dla mnie równie odległe, jak załogowy lot na Marsa. Malina to człowiek myślący. Obojętnie, czy jest to etnolo- gia, poszukiwanie niemieckich czołgów, czy mechanika samo- chodowa, zawsze stara się rozwikłać przyczyny i znaleźć kom- promisowe rozwiązanie. Na szczęście zwykle mu się udaje. Rankiem, na stacji benzynowej, gdy samolubnie starałem się skombinować poranną kawę, Malina roztrząsał techniczne za- gadnienia radzieckiej myśli technicznej. Utytłane w smarze ręce wertowały kolejne strony książki: Sam naprawiam ładę. Lektu- ra była owocna. Kumpel stwierdził stanowczo, że to może być tylko pasek, odłożył literaturę i zabrał się za rozrząd. Nie po- mylił się, skubaniec; w roześmianym sowieckim pasku rozrzą- du brakowało czternastu zębów! Nie trzeba eksperta mechani- ki, żeby wiedzieć, co mogło spotkać silnik pracujący na takim pasku: zniszczone zawory, pogięte popychacze, wymiana lub remont głowicy silnika… Był tylko jeden sposób, żeby zrobić bilans strat – założyć nowy pasek. Malina pojechał autostopem na zakupy do Krasnegostawu, a my cierpliwie znosiliśmy palące promienie słońca i nie mniej 16 palące spojrzenia tankujących kierowców, których przyciągała upstrzona różnobarwnymi napisami łada. Szumna zapowiedź: „Siberia – Mongolia Expedition” w tym momencie zakrawa- ła na kiepski żart, ale miałem nadzieję, że przynajmniej części kierowców przyjdzie do głowy myśl: pewnie już wracają… Wymiana paska, regulacja zaworów i odrobina kosmety- ki trwały do 16.30, ale wszystko zdawało się być w porządku*. Z pewną dozą niepewności ruszyliśmy w stronę granicy. Bi- lans mieliśmy ujemny; dwa dni podróży i dwie poważne napra- wy. Jutro powinna być następna, ale to jutro miało nadejść pod ukraińskim niebem, co przynajmniej pozwoliłoby nam mówić, że opuściliśmy granicę RP. Na przejściu granicznym w Dorohusku wzbudziliśmy zro- zumiałą sensację. Dla znudzonych przemytników i celników byliśmy urozmaiceniem w ich codziennym trudzie. Pytania „gdzie, jak i po co” sypały się zewsząd, a mrówki wożące na co dzień wódę i papierosy ze wschodu były w stanie postawić ostatnią koszulę, że nie dojedziemy, bo auto się rozsypie, ubi- ją nas reketierzy, zaaresztują milicjoniery… Gdzieś to już sły- szeliśmy i pewnie było w tych docinkach sporo racji, ale w imię honoru musieliśmy się pchać na wschód do ostatniego obrotu kół ładixa. Dopóki sami nie uznamy, że nie damy rady, napo- tkani ludzie mogli mówić to, co im się żywnie podobało – nie miało to na nas żadnego wpływu. Ukraiński celnik, widząc nietypowych klientów, mniej in- teresował się zawartością auta, a bardziej imperatywem, który pcha nas do Mongolii. – Powiedzcie, po co wy właściwie jedziecie do tej Mongo- lii? – indagował Ukrainiec. – Jedziemy poznać mongolską kulturę – w Malinie obudził się etnolog. * W większości silników samochodowych nie obyłoby się bez strat, ale nie w ładzie 1300, w której komora spalania jest tak skonstruowana, że tłoki nie dochodzą do wysuniętych cylindrów (dlatego cylindry nie ucierpiały, pomimo że rozrusznik kręcił silnikiem). 17 – Jaka tam kultura? Oni, kurwa, nawet normalnego wiel- błąda nie mają… Dostaliśmy trzydniową wizę tranzytową i naprawdę byliśmy szczęśliwi, że dotarliśmy chociaż do Ukrainy. Bajkał i Mon- golia nadal pozostawały tak odległe, jak mistrzostwo świata w piłce nożnej dla Polaków. Przesadziłem – mimo wszystko my mieliśmy jakąś szansę…
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zielone wzgórza Ułan Bator. Opowieść o wyprawie do Mongolii
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: