Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00436 006119 18995584 na godz. na dobę w sumie
Zielony promień - ebook/pdf
Zielony promień - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 233
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-66268-49-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook (-15%), audiobook).

Rok 1881. Bracia Melvill, mili szkoccy pięćdziesięciolatkowie, prowadzą spokojne i dobrze ułożone życie. Wychowywali swoją siostrzenicę, sierotę, Helene Campbell, z niezwykłą czułością i poświęceniem. Ci dwaj kawalerowie, którzy przebaczają jej wszystkie kaprysy, także łatwo ulegają jej, gdzie ona decyduje nagle by zobaczyć Zielony Promień. Należy sprecyzować , że wspomniany promień pojawia się przez sekundę w chwili gdy słońce chowa się na doskonale czystym morskim horyzoncie. W ciągu podróży z Glasgow do Oban, Helena zwraca uwagę na będącą w niebezpieczeństwie łódź. Dzięki jej interwencji, udaje się wyciągnąć z wirów strasznego prądu Oliviera Sinclaira, czarującego artystę malarza. Od pierwszego wejrzenia podoba się Helenie, ponieważ jego marzący i poetycki charakter jest identyczny z charakterem dziewczęcia. Natomiast ona nie cierpi Aristobulusa Ursiclosa, pedantyczny i śmieszny młodzieńca, którego jej wujkowie planują z nią poślubić. Ten nieznośny osobnik jeszcze pogarsza swoją sprawę, sprawiając, że dwukrotnie nie może ona zaobserwować mitycznego promienia. Aby uciec od tego nieszczęśnika, mała grupa udaje się do Staffę, niezamieszkałą bazaltową wyspę, na której znajduje się słynna grota Fingala. Tam, po zbyt długiej medytacji, dziewczyna zostaje zablokowana przez burzę. Olivierowi udaje się do niej dotrzeć, ryzykując życie, a po strasznej nocy przynosi ją do wujków. W końcu, wieczorem, powstają idealne warunki do obserwacji Zielonego Promienia: podczas krótkiej chwili wszyscy są oszołomieni tym zjawiskiem. Wszyscy... za wyjątkiem Oliviera i Heleny, którzy się w siebie wzajemnie wpatrywali się wzajemnie i odkryli, dokładnie w tym momencie, uczucie bardziej bogate i trwalsze niż to dostarczone przez efemeryczne promieniowanie. Następnie, po swoim małżeństwie z Heleną, Olivier będzie malować 'zachód słońca', w którym będzie można podziwiać wspaniały promień zielony... 'Jakby został malowany płynnym szmaragdem'.

Seria wydawnicza 'Biblioteka Andrzeja' zawiera ponad 55 powieści Juliusza Verne'a i z każdym miesiącem się rozrasta. Publikowane są w niej tłumaczenia utworów dotąd niewydanych, bądź takich, których przekład pochodzący z XIX lub XX wieku był niekompletny. Powoli wprowadzane są także utwory należące do kanonu twórczości wielkiego Francuza. Wszystkie wydania są nowymi tłumaczeniami i zostały wzbogacone o komplet ilustracji pochodzących z XIX-wiecznych wydań francuskich i przypisy. Patronem serii jest Polskie Towarzystwo Juliusza Verne'a.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Juliusz Verne ZIELONY PROMIEŃ Juliusz Verne ZIELONY PROMIEŃ Przełożyła Iwona Janczy Siedemdziesiąta siódma publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ Tytuł oryginału francuskiego: Le Rayon Vert © Copyright for the Polish translation by Iwona Janczy, 2020 44 ilustracje, w tym 3 kolorowe, jedna mapka: Léon Benett (zaczerpnięte z XIX-wiecznego wydania francuskiego) Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk Korekta: Andrzej Zydorczak Przypisy: Iwona Janczy i Andrzej Zydorczak Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty Patron serii „Biblioteka Andrzeja”: Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a Wydanie I © Wydawca: JAMAKASZ ISBN 978-83-66268-49-4 Wstęp Czy udało się Państwu kiedykolwiek wypatrzyć tytułowy zielony pro- mień, który rozbłyska w ostatniej chwili, gdy słońce, obserwowane z brzegu morza, chowa się za horyzontem? To zjawisko optyczne można rzeczywi- ście zaobserwować, choć nie zawsze są ku temu warunki, a poza tym trwa ono tylko około sekundy. Warto jednak spróbować, tymczasem natomiast przyjrzyjmy się powieści Juliusza Verne’a, którą trzymają Państwo w rękach. Na początku 1882 roku Pierre-Jules Hetzel, otrzymawszy do przeczy- tania rękopis kolejnej powieści swojego flagowego autora, pisał do niego w liście: „To udany, pełen wdzięku utwór literacki, tak prosty i tak subtelny zarazem, który zyska zwolenników raczej po stronie wyrobionej niż szero- kiej publiczności”. Zaiste nietypowa recenzja, zważywszy na to, iż wy- dawca Verne’a zazwyczaj marudził i zgłaszał liczne sugestie. Czyżbyśmy więc mieli do czynienia z genialnym w swej prostocie arcydziełem? To już ocenią Państwo sami, faktem jest natomiast, iż Czarodziej z Nantes włożył w tę książkę dużo serca. Akcję jej umieścił w swoich ulubionych septen- trionalnych rejonach, może nie tak odległych, jak w powieściach o podró- żach polarnych, ale wystarczająco oddalonych od ciążącej do basenu Morza Śródziemnego Francji. Rzecz dzieje się w obrębie archipelagu Hebrydów, u północno-zachodnich wybrzeży Szkocji, z którą Verne zawsze czuł głę- bokie powinowactwo. Stamtąd pochodził jego daleki przodek po kądzieli. To do Szkocji skierował swe kroki podczas jednej z pierwszych zagranicz- nych podróży w 1859 roku. Wspomnienia i notatki z owej wyprawy wyko- rzystał potem podczas pisania „Zielonego promienia”. Powrócił do Szkocji dokładnie dwadzieścia lat później, a trasa, jaką przebył na pokładzie swego jachtu „Saint Michel III”, obejmująca również Hebrydy, niemal dokładnie pokrywała się z tą z powieści o miss Campbell i jej narzeczonym Olivierze Sinclairze. Z książki tej wyziera zauroczenie szkockimi krajobrazami, legendami i kul- turą. Jak zwykle w przypadku dzieł z serii „Niezwykłe Podróże”, bohaterowie utworu i ich perypetie służą głównie do tego, by pisarz mógł zaprezentować swym czytelnikom dużą porcję wiedzy geograficznej. Nie są oczywiście bez znaczenia, tak jak i narracyjny splot wydarzeń, które mniej lub bardziej trzy- mają w napięciu, a często też dobrze nas bawią, jako że humor nie był obcy naszemu pisarzowi. Niemniej jednak nie szukajmy w „Zielonym promie- niu” pogłębionych portretów psychologicznych czy szczególnego dramatyzmu. Powieść ta pisana była, co charakterystyczne dla XIX stulecia, po kawałku, by mogła trafiać na bieżąco na łamy prasy, co przydało jej lekkości charak- terystycznej dla współczesnych seriali. Pierwszy odcinek „Zielonego promienia” ukazał się w „Le Temps” 17 ma- ja 1882 roku, a z ostatnim czytelnicy mogli się zapoznać 23 czerwca tego roku. Miesiąc później powieść opublikowana została w formie książkowej, razem z nowelą „Dziesięć godzin polowania”. Było to wydanie bez ilustra- cji, natomiast z 44 rycinami Léona Benetta ów zestaw dwóch utworów wy- szedł pod koniec października 1882 roku. Kilka miesięcy później światło dzienne ujrzała paradna edycja dwutomowa, także zilustrowana przez Benet- ta, tyle że „Zielonemu promieniowi” towarzyszyła tym razem „Szkoła Ro- binsonów”. W Polsce powieść Juliusza Verne’a osadzona w realiach Hebrydów cieszy- ła się względnym zainteresowaniem. Pierwsze wydanie ukazało się już w 1887 roku – w Gródku, w przekładzie Stanisława Miłkowskiego, także w zestawie z „Dziesięcioma godzinami polowania” oraz z nowelką „Klub nerwowych” Edwarda Danginu. Dwa lata później „Zielony promień” spolszczył Leopold Szyller i wydał go w Warszawie. Na nowe tłumaczenie, Zbigniewa Zamor- skiego, trzeba było czekać ponad trzy dekady. Wznawiane ono było kilku- krotnie – w 1930, 1932 i 1936 roku, także jak poprzednie w Warszawie. Później była długa przerwa i dopiero w 1988 r. do rąk czytelników trafił prze- kład Janiny Karczmarewicz-Fedorowskiej, znanej choćby z przyswojenia nam „Tajemniczej wyspy”. Ukazał się on w Poznaniu, a w 1995 roku w War- szawie. W 2016 roku polski oddział wydawnictwa Hachette przypomniał tłumaczenie Szyllera i opatrzył je ilustracjami Benetta. Powieść wyszła jako 30. tom serii „Niezwykłe Podróże Juliusza Verne’a”. Dziś oddajemy ją w pełnym przekładzie Iwony Janczy i z kompletem oryginalnych XIX- wiecznych rycin, dzięki czemu edycję niniejszą można uznać za wzorcową. dr Krzysztof Czubaszek prezes Polskiego Towarzystwa Juliusza Verne’a Rozdział I Bracia Sam i Sib et! B – Beth! – Bess! – Betsey! – Betty! ~ 10 ~ Wszystkie te imiona raz po raz rozbrzmiewały we wspaniałym hallu Helensburgha1, tak bowiem bracia Sam i Sib przyzwyczaili się nawoływać swoją gospodynię. W tej chwili jednak żadne z tych pieszczotliwych zdrobnień nie odniosłoby skutku w postaci pojawienia się czcigodnej damy, ani na- wet, gdyby wołali ją pełnym imieniem i nazwiskiem. Zamiast przywoływanej zza drzwi hallu wyłonił się z beretem w dłoni intendent Partridge. Partridge, zwracając się do dwóch dobrze wyglądających osobni- ków siedzących w wykuszu okna, którego trzy przeszklone romboi- dalnymi szybkami ścianki wystawały z fasady domostwa, zapytał: – Czy to panowie wzywali panią Bess? Jednak pani Bess nie ma w domu. – Gdzież więc ona jest, Partridge? – Towarzyszy miss Campbell, która przechadza się po ogrodzie. Partridge, na znak dany mu przez obu mężczyzn, wycofał się z oficjalną miną. Byli to bracia Sam i Sib, a właściwie – zgodnie z aktem chrztu – Samuel i Sebastian, wujowie panny Campbell. Szkoci z dziada pra- dziada, ze starego highlandzkiego2 klanu, wspólnie liczyli sobie sto dwanaście lat, a starszego Sama od młodszego Siba dzieliło zaledwie piętnaście miesięcy. By choć pobieżnie naszkicować te chodzące przykłady honoru, do- broci i poświęcenia, wystarczy wspomnieć, że całe swe życie całko- wicie poświęcili swej siostrzenicy. Byli braćmi jej matki, która stawszy się wdową zaledwie po roku małżeństwa, sama bardzo szybko zosta- ła zabrana przez gwałtowną chorobę. Tak więc Sam i Sib Melvillowie pozostali jedynymi na tym padole opiekunami maleńkiej sierotki. Podzielając wspólne do niej uczucie, żyli, myśleli, planowali wyłącznie o niej i dla niej. 1 Helensburgh – miasto w zachodniej Szkocji, w hrabstwie Argyll and Bute, położone na północnym brzegu zatoki Firth of Clyde, w pobliżu parku narodowego Loch Lomond and the Trossachs. 2 Highlands – angielska nazwa górzystego regionu Szkocji, obejmującego Góry Kale- dońskie i Grampiany. ~ 11 ~ Dla niej wyrzekli się własnych małżeństw, zresztą bez większego żalu, gdyż należeli do tego rodzaju istot, które są urodzonymi opie- kunami na tym ziemskim padole. Ale to nie wszystko, bo podczas gdy starszy odgrywał wobec dziecka rolę ojca, to młodszy – matki. Toteż zdarzało się, że panienka Campbell, chcąc ich powitać, zupeł- nie naturalnie zwracała się do nich: – Dzień dobry, tatusiu Samie! Jak się masz, mamusiu Sibie? Do kogóż można by przyrównać tych dwóch wujków całkowicie pozbawionych głowy do interesów, jeśli nie do sklepikarzy filantro- pów – dobrotliwych, zgodnych i uczuciowych braci Cheeryble’ów1 z Londynu, najdoskonalszych istot, jakie kiedykolwiek zrodziła wy- obraźnia Dickensa2! Aż trudno byłoby o lepsze podobieństwo, a choć można by posądzić autora o zapożyczenie owych typów z wybitnego dzieła Nicholas Nickleby, to z pewnością nikt nie będzie miał pre- tensji o tę pożyczkę. Sam i Sib połączeni poprzez małżeństwo ich siostry z boczną li- nią starożytnego rodu Campbellów, nigdy się nie rozstawali. To samo wykształcenie upodobniło ich w poglądach moralnych. Wspólnie po- bierali nauki w tym samym college’u3 i w tej samej klasie. Ponieważ zazwyczaj wyrażali we wszystkich sprawach identyczne przekona- nia, i to w identycznych sformułowaniach, śmiało jeden mógł koń- czyć myśl za drugiego, zachowując nawet tę samą ekspresję i gesty. W sumie więc dwie te istoty stanowiły jakby jedną, nawet jeśli na oko nieco różniły się wyglądem fizycznym. Istotnie bowiem Sam był nieco wyższy od Siba, a Sib z kolei nieco grubszy od Sama, ale śmiało mo- gliby się zamienić swymi siwiejącymi czuprynami, a w niczym nie nadwyrężyłoby to szlachetności żadnej z owych postaci, w których od- ciskały się przymioty wszystkich przodków starego klanu Melvillów. 1 Bracia Cheeryble – bracia, bliźniacy, kupcy, jedni z bohaterów powieści Nicholas Nickleby. 2 Charles Dickens (1812-1870) – znakomity angielski pisarz, autor wielu powieści, głównie obyczajowych; występował przeciwko niesprawiedliwościom społeczeń- stwa brytyjskiego, często w sposób satyryczny; najbardziej znane dzieła: Klub Pic- kwicka, David Copperfield, Oliver Twist. 3 College – średnia szkoła ogólnokształcąca, niekiedy zawodowa, o charakterze pośred- nim między szkołą wyższą a średnią. ~ 12 ~ Czy powinniśmy dodawać, że nawet prosty i staromodny krój ich odzieży z dobrych angielskich tkanin wyraźnie wskazywał na bar- dzo zbliżony gust, choć z jedną minimalną różnicą – gdyż Sam zda- wał się skłaniać ku intensywnemu błękitowi, podczas gdy Sib ponad inne kolory przedkładał ciemny kasztan. Doprawdy, któż by nie chciał zawrzeć przyjaźni z tymi tak god- nymi szacunku dżentelmenami? Przywykli do pokonywania trudów życia jednym krokiem, zapewne w chwili ostatecznego rozwiązania zachowają jakiś minimalny dystans jeden od drugiego. W każdym razie te dwa ostatnie filary domu Melvillów były naprawdę solidne. Jeszcze przez długi czas na nich to miało się opierać starożytne gma- szysko ich rodu, który wywodził się z XIV wieku – a więc z epicznych czasów Roberta Bruce’a1 i rodziny Wallace’ów2, heroicznej epoki, pod- czas której Szkocja, domagając się niepodległości, wiodła spór z Anglią. Ale chociaż Sibowi i Samowi nie było już dane walczyć dla do- bra kraju, a ich ustabilizowane życie dzięki znacznej fortunie toczy- ło się w spokoju i wygodzie, to przecież z całą pewnością nie należy im z tego czynić zarzutu ani uważać ich za degeneratów. Przeciwnie, czyniąc dobrze, jak najbardziej kontynuowali szlachetne tradycje swych przodków. Obaj trzymali się świetnie i nic nie godziło w ich doskonale ure- gulowany żywot, tak więc choć na równi ze wszystkimi skazani byli na starzenie się, nigdy nie stali się starzy czy to duchem, czy umysłem. Cóż, zapewne i oni mieli jakąś wadę – któż bowiem mógłby się mienić istotą doskonałą? Mianowicie uparcie wplatali w rozmowę sceny i cytaty zapożyczone od słynnego kasztelana z Abbotsford3, a zwłasz- 1 Robert Bruce (1274-1329) – król Szkocji od roku 1306; szkocki możny spokrew- niony z rodem królewskim wygasłym w roku 1290; podczas okupacji większości kraju przez Anglików koronował się i podjął z nimi wojnę, w roku 1314 rozgromił Edwarda II pod Bannockburn, w 1328 na mocy pokoju w Northampton uzyskał od Anglii uznanie szkockiej suwerenności. 2 Sir William Wallace of Elerslie (1270-1305) – przywódca szkockiego powstania przeciwko rządom Anglii (Normanów) Edwarda I Długonogiego, bohater narodowy Szkocji, podstępnie schwytany i stracony. 3 Abbotsford – pałac w Szkocji, posiadłość wiejska Waltera Scotta; rezydencja, zbu- dowana przez niego w stylu dawnych zamków rycerskich, w latach 20. XX wieku ~ 13 ~ cza z epickich Pieśni Osjana1, którymi po prostu się zachwycali. Któż jednak w ojczyźnie Fingala2 i Waltera Scotta3 mógłby mieć do nich o to pretensje? By zakończyć ów barwny portret ostatnim pociągnięciem pędzla, odnotujmy, że obaj bracia byli zawołanymi amatorami tabaki. Nie ma chyba nikogo, kto by nie wiedział, że w całym Zjednoczonym Króle- stwie4 na szyldach sprzedawców tabaki widnieje najczęściej dzielny Szkot pyszniący się swym tradycyjnym strojem, a w dłoni dzierżący tabakierkę. Otóż nasi bracia Melvillowie prezentowaliby się wspa- niale na którymś z tych obitych cynkową blachą szyldów, kołyszą- cych się na skrzypiących łańcuchach pod okapem trafiki5. Tabaką bowiem raczyli się równie hojnie – a może nawet znacznie hojniej – niż każdy zamieszkujący powyżej rzeki Tweed6. Co jednak nader inte- resujące – posiadali do wspólnego użytku tylko jedną tabakierkę – za to imponujących rozmiarów. Ruchomy ów sprzęt sukcesywnie lądo- należała do wnuczki poety; w zbiorach m.in. kolekcja militariów zawierająca przed- mioty, które należały do Rob Roya. 1 Pieśni Osjana – sztandarowy przykład mistyfikacji literackiej epoki romantyzmu; ich rzekomym autorem miał być legendarny wojownik celtycki Oisin, syn Fiona; angielskie wydanie z roku 1760 było tłumaczeniem dokonanym z języka gaelickie- go przez ich „odkrywcę” Jamesa Macphersona; faktycznie Macpherson, XVIII- wieczny szkocki poeta, był ich autorem; przekładu fragmentów Pieśni na język pol- ski dokonał w roku 1793 Ignacy Krasicki, całość przetłumaczył w roku 1832 Sewe- ryn Goszczyński. 2 Fingal – szkockie imię bohatera legend irlandzkich Finna (Fionna) Mac Cumhaila (lub MacCoola), ojca Osjana, żyjącego w III wieku; król Cormac mianował go wo- dzem fenian (irl. Fianna), wybranej drużyny dzielnych wojowników. 3 Walter Scott (1771-1832) – szkocki i angielski poeta i powieściopisarz, stworzył wzór powieści historycznej łączącej realia historyczne z fantastyką i wierzeniami ludowymi; najwybitniejsze powieści: Wawerley, Rob Roy, Więzienie w Edynburgu, Ivanhoe, Narzeczona z Lammermoor; ulubiony pisarz Juliusza Verne’a, obok E.A. Poego i J.F. Coopera. 4 Zjednoczone Królestwo (ang. United Kingdom) – nazwa Wielkiej Brytanii stosowa- na od roku 1707, kiedy Akt Unii ustanowił zjednoczenie Królestwa Anglii i Króle- stwa Szkocji, pełna nazwa: Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii (United King- dom of Great Britain). 5 Trafika – sklep z tytoniem i jego wyrobami. 6 Tweed – jedna z ważniejszych rzek w południowej Szkocji, jej spory odcinek po- krywa się z granicą oddzielającą Szkocję od Anglii; długość 156 km; uchodzi do Morza Północnego. ~ 14 ~ wał w kieszeni to jednego, to drugiego z braci. Było to jakby jeszcze kolejne łączące ich spoiwo. Rzecz jasna potrzebę zażycia doskona- łej jakości nikotynowego proszku sprowadzanego z Francji odczu- wali zwykle dokładnie w tym samym momencie i po dziesięć razy na godzinę. Tak więc, jeśli jeden z nich wydobywał z czeluści odzieży tabakierkę, oznaczało to, że obaj mają chętkę na spory niuch, a ki- chając, mówili sobie wzajem: „Oby Bóg Cię błogosławił”! W sumie, wobec realiów codzienności z braci Sama i Siba była para prawdziwych dzieciaków. Zupełnie nie radzili sobie z praktyczną stroną życia, a w tym wszystkim, co dotyczyło świata interesów prze- mysłowych, finansowych lub handlowych, byli całkowitymi igno- rantami! Zresztą nawet nie udawali, że się na tym znają. Co zaś do polityki, to być może, jako w głębi ducha jakobici1, zachowali pewne uprzedzenia do rządzącej dynastii z Hanoweru2, niezmiennie ma- rząc o Stuartach, dokładnie tak samo, jak Francuzi mogliby marzyć o ostatnim z Walezjuszów3, co jednak tłumaczyć należy bardziej sen- tymentem niźli rozeznaniem politycznym. Tymczasem obu braci Melvillów na pewno łączyła jedna wspólna idea: jak najtrafniej spoglądać w serce panny Campbell, odgadywać jej najskrytsze pragnienia, a gdy trzeba – nimi sterować, by koniec końców wydać ją za mąż za jakiegoś dzielnego młodzieńca zgod- nego z ich wyborem, który nie mógłby postąpić inaczej, jak tylko ją uszczęśliwić. 1 Jakobici szkoccy – zwolennicy pretendentów do tronu z dynastii Stuartów, potom- ków króla Szkocji Jakuba VII (w Anglii panującego jako Jakub II). 2 Dynastia hanowerska – dynastia panująca w Wielkiej Brytanii i Irlandii w latach 1714-1901, założona przez Jerzego I (prawnuka Jakuba I Stuarta), powołanego na tron brytyjski na mocy Act of Settlement po śmierci Anny Stuart; wywodziła się z rodu Welfów, władającego Hanowerem od 1235; pod jej panowaniem do 1837 unia personalna Wielkiej Brytanii i elektoratu (od 1814 królestwa) Hanoweru; dyna- stia wygasła wraz ze śmiercią królowej Wiktorii, której małżeństwo z księciem Al- bertem sasko-koburskim (Sachsen-Coburg-Gotha) dało początek nowej dynastii na tronie brytyjskim (od 1917 pod nazwą Windsor). 3 Walezjusze (fr. Valois) – dynastia francuskich królów panujących w latach 1328- 1589; jej założycielem był Karol de Valois, syn Filipa III Śmiałego, ojciec Filipa VI; była boczną linią dynastii Kapetyngów; ostatnim z Walezjuszów był Henryk III, w latach 1573-1574 król Polski. ~ 15 ~ Słysząc ich rozmowę, można by sądzić, że właśnie to nastąpiło, czyli oto znaleźli owego dzielnego młodzieńca, którego zamierzali obarczyć jakże miłym zadaniem na tym świecie! – Więc Helena wyszła, bracie Sibie? – Tak, bracie Samie, ale zbliża się piąta godzina, więc z pewno- ścią zaraz wróci do domu… – A gdy tylko wejdzie… – Zatem myślę, bracie Samie, że najwyższy czas, byśmy odbyli z nią poważną rozmowę. – Za kilka tygodni, bracie Sibie, nasza córka osiągnie wiek osiem- nastu lat. – Wiek Diany Vernon, bracie Samie. Czyż nie jest ona równie uro- cza jak zachwycająca bohaterka Rob Roya? – Tak, tak, bracie Samie, pod względem manier… – Bystrości umysłu… – Oryginalności pomysłów… – Przypomina bardziej Dianę Vernon niż Florę MacIvor1, wielką i wspaniałą postać z Wawerleya! Następnie bracia Melvill, dumni ze swego narodowego pisarza, przywołali jeszcze kilka innych bohaterek, a to z Antykwariusza, Guya Manneringa, Klasztoru, Pięknego dziewczęcia z Perth, Kenilworthu, itd., itd. Lecz wszystkie te bohaterki ich zdaniem musiały ustąpić pola miss Campbell. – Jest jak piękna róża, która rozwinęła się nieco zbyt szybko, bra- cie Sibie, i która powinna już… – Otrzymać opiekuna, bracie Samie. Otóż powiedziałbym, że naj- lepszym opiekunem… – Z całą pewnością powinien być małżonek, bracie Sibie, gdyż za- puściłby korzenie w tym samym gruncie… – I rósłby w bardzo naturalny sposób wraz z młodą różą, którą by ochraniał! 1 Flora MacIvor – u J. Verne’a: Mac Ivor; siostra Fergusa MacIvora (Fergusa MacGre- gora), jednego z bohaterów powieści Waverley. ~ 16 ~ Obaj wujowie, bracia Melvillowie odnaleźli tę metaforę w książce Doskonały ogrodnik1 i ją zapożyczyli. Z całą pewnością byli nią bardzo usatysfakcjonowani, gdyż obu przywiodła do identycznych uśmiechów zadowolenia na ich poczciwych twarzach. I znów wspólna tabakierka została otwarta przez brata Siba, który delikatnie zanurzył w niej dwa palce, a następnie przeszła w ręce brata Sama, ten zaś za- czerpnąwszy z niej szczodrze, schował ją do swej kieszeni. – Czyli co, zgadzamy się, bracie Samie? – Jak zwykle, bracie Sibie! – Nawet co do wyboru opiekuna? – Ach, czy można by znaleźć kogoś sympatyczniejszego, kogoś bardziej w guście Heleny niż ten młody uczony, który już wielo- krotnie okazał nam swe względy… – I z tak wielką powagą. – To prawda, byłoby trudno. Wykształcony, ze stopniem nauko- wym uniwersytetów w Oksfordzie i w Edynburgu… – Fizyk jak Tyndall2… – Chemik jak Faraday3… – Dogłębny znawca wszelkich zjawisk i ich przyczyn na tym ni- skim padole, bracie Samie… – Którego nie dałoby się zagiąć w żadnym temacie, bracie Sibie… – Potomek wspaniałego rodu z hrabstwa Fife, a na dodatek po- siadacz niezłej fortuny… – No, nie mówiąc już o jego miłym wyglądzie, nawet w tych oku- larkach w aluminiowej oprawie! 1 Poradnik ten, autorstwa M. Malleta, zatytułowany Le Parfait Jardinier ukazywał się już w XVIII wieku w edycji francuskiej; czy istniał w wersji angielskiej – trudno powiedzieć. 2 John Tyndall (1820-1893) – irlandzki filozof przyrody, badacz i odkrywca zjawisk fizycznych z zakresu m.in. magnetyzmu, glacjologii, chemii fizycznej i bakteriolo- gii; najbardziej znane odkryte przez niego zjawisko to tzw. efekt Tyndalla – rozpra- szanie światła przez koloid. 3 Michael Faraday (1791-1867) – angielski fizyk i chemik; prowadził pionierskie prace nad stalami stopowymi i szkłem optycznym; twórca prostej metody skraplania gazów; odkrył prawa elektrolizy (1833-1834), zjawisko indukcji elektromagnetycz- nej i samoindukcji; skonstruował pierwszy model silnika elektrycznego; odkrył zja- wisko magnetooptyczne, zwane zjawiskiem Faradaya. I znów wspólna tabakierka została otwarta przez brata Siba, który delikatnie zanurzył w niej dwa palce. ~ 18 ~ Czy okulary byłyby zrobione z czystej stali, niklu czy nawet z sa- mego złota, to przecież bracia Melvill nie widzieliby w nich powodu do zerwania umowy. Zresztą po prawdzie takie przyrządy optyczne nader pasują młodym naukowcom, nadając ich fizjonomii nieco wię- cej powagi. Lecz czy ten dyplomowany na powyżej wymienionych uniwer- sytetach młodzieniec przypadnie do gustu miss Campbell? Jeśli bo- wiem miss Campbell istotnie przypominała Dianę Vernon, to jak wia- domo, Diana Vernon nie odczuwała do swego uczonego kuzyna nic poza trwałą przyjaźnią i bynajmniej pod koniec powieści go nie po- ślubiła! Ale niech będzie! Przecież coś takiego nie mogło niepokoić obu braci, których starokawalerski całkowity brak doświadczenia sprawiał, że nie mieli zielonego pojęcia o delikatnej materii uczuć. – Już wiele razy się ze sobą spotykali, bracie Sibie, i nasz młody przyjaciel nie wydawał się obojętny na urodę Heleny! – Tak, tak, bracie Samie! Gdyby boski Osjan mógł wielbić jej za- lety, urodę i wdzięk, nazwałby ją imieniem Moina, czyli ukochana przez cały świat… – Chyba że nazwałby ją imieniem Fiona, bracie Sibie, a więc nie- mająca sobie w piękności równych w epoce gaelickiej! – A czy przypadkiem nie przeczuwał istnienia naszej Heleny, bracie Samie, gdy powiadał: „Opuszcza swój zakątek, gdzie w samotności wzdychała, i niczym księżyc Orientu piękności jej bije chwała…”. – „A blask jej urody poraża, a lekkie jej kroki brzmią dla ucha jak najwdzięczniejsza muzyka” – bracie Sibie. Na szczęście obaj bracia w tym miejscu przestali cytować i po- wrócili z poetyckich obłoków bardów1 do rzeczywistości. – Z całą pewnością – rzekł jeden – skoro Helena podoba się na- szemu młodemu uczonemu, to i on zapewne jej się spodoba… – O ile, bracie Samie, dzięki licznym i wspaniałym przymiotom, jakimi obdarzyła go natura, już sama nie zwróciła na niego uwagi… 1 Bard – tu: celtycki poeta i pieśniarz dworski, często wędrowny; także: poeta, wieszcz. ~ 19 ~ – Bracie Sibie, to tylko dlatego, że nie powiedzieliśmy jej, że oto nadszedł czas, aby pomyśleć o małżeństwie. – Ale w dniu, gdy tylko zwrócimy jej myśli ku temu celowi, za- kładając, że miałaby jakieś opory czy to przed mężem, czy małżeń- stwem… – Nie omieszka, bracie Samie, powiedzieć tak… – Dokładnie tak samo jak ten doskonały Benedykt, bracie Sibie, który tak strasznie długo się opierał… – A na zakończenie Wiele hałasu o nic1 poślubia Beatrycze! Oto jak układali swe plany obaj wujowie miss Campbell, a szczęśli- we doprowadzenie swych kombinacji do końca wydawało im się rów- nie naturalne, jak w komedii Szekspira. Powstali ze swych miejsc wiedzeni wspólnym impulsem i spo- glądali na siebie z filuternymi uśmiechami. Zacierali ręce z zadowo- leniem. A więc sprawa ślubu załatwiona! Cóż takiego mogłoby mu stanąć na przeszkodzie? Młodzieniec poprosi o rękę panny. Panna udzieli odpowiedzi, o którą nie muszą się kłopotać. Konwenansom stanie się zadość. Trzeba tylko wyznaczyć datę. Ach! Jakaż to będzie piękna uroczystość! Odbędzie się w Glasgow, z tym że na pewno nie w katedrze Świętego Munga2, jedynej świą- tyni w Szkocji, która wraz z katedrą Świętego Magnusa z Kirkwall3, patrona Orkadów, powstała w okresie reformacji. O nie! Jest zbyt przy- tłaczająca, a co za tym idzie zbyt smutna na ślub, który to w wyobra- żeniach braci Melvillów powinien aż iskrzyć młodością i miłością! Wybierze się raczej kościół Świętego Andrzeja lub Świętego Eno- cha, a może i Świętego Jerzego, który znajduje się w najelegantszej dzielnicy miasta. 1 Wiele hałasu o nic – komedia Williama Szekspira. 2 Katedra Świętego Munga w Glasgow – pierwotnie świątynia katolicka, obecnie zarządzana przez Kościół szkocki, wspaniały przykład architektury gotyckiej w Szko- cji; Święty Mungo – pod takim imieniem znany jest Św. Kentigern (ok. 550 n.e.-603), który na miejscu obecnego Glasgow założył osadę chrześcijańską. 3 Kirkwall – stolica i największe miasto Orkadów, archipelagu u północnych wybrze- ży Szkocji; katedra Świętego Magnusa – kościół parafialny należący do Kościoła Szkocji; budowany w XII, XIII wieku i w latach późniejszych; odnawiany w latach 1800, 1848, 1893 oraz 1913-1930; reprezentuje style: normański, romański i gotyc- ki; wzniesiony na planie krzyża z pochylonymi nawami bocznymi. ~ 20 ~ Brat Sam i brat Sib nadal omawiali swój projekt, jednak rozmowa ta przypominała bardziej monolog niż dialog, gdyż był to zawsze ten sam ciąg myślowy wyrażany w identycznej formie. Rozmawia- jąc w ten sposób, spoglądali przez obszerne, kryształowo czyste okna na cudowne drzewa w parku, pod którymi to właśnie przechadzała się miss Campbell, na kwitnące klomby otaczające wartki strumyk, na chmurne niebo prześwietlone jakby od spodu szczególnym bla- skiem, tak charakterystycznym dla nieba w Highlandzie i środkowej Szkocji. Na siebie nie patrzyli wcale, gdyż było to im niepotrzebne. Jednak od czasu do czasu, zapewne powodowani tajemnym uczuciem, obejmowali się lub ściskali sobie dłonie, zupełnie jakby mieli ułatwić sobie wzajemne przekazywanie myśli za pomocą jakiegoś magne- tycznego prądu. Ależ tak! Doprawdy byłoby to wspaniałe! Dokona się wielkich i szlachetnych rzeczy! Wszyscy ci biedacy z West George Street – jeśli tam jacyś byli, bo gdzież ich nie ma? – też będą mieli swój udział w uroczystości. Chyba że miss Campbell, co jednak całkiem niepodobna, zechciałaby, aby wszystko odbyło się o wiele skrom- niej i przekonywałaby do tego wujów – a więc nie, już oni by się jej pierwszy raz w życiu przeciwstawili! Nie ustąpią ani w tej sprawie, ani w żadnej innej! Uroczystość ma być okazała, a goście zaprosze- ni na zaręczynową ucztę będą pili, według starodawnego obyczaju, za „wiechę na dachu”. I w tej samej chwili brat Sam i brat Sib unieśli prawe ręce, zupełnie jakby już teraz spełniali do siebie słynny szkoc- ki toast! Dokładnie w tym momencie otworzyły się drzwi do głównego hallu. Pojawiła się w nich młoda dziewczyna o zaróżowionych pod wpływem szybkiego ruchu policzkach. W ręce trzymała rozłożoną gazetę. Skierowała się ku braciom Melvillom, każdego z nich ura- czając podwójnym cmoknięciem w policzek. – Dzień dobry, wuju Samie – powiedziała. – Dzień dobry, drogie dziecko. – Jak się masz, wuju Sibie? – Doskonale! Pojawiła się w nich młoda dziewczyna o zaróżowionych pod wpływem szybkiego ruchu policzkach. ~ 22 ~ – Heleno – odezwał się brat Sam – mamy co do ciebie pewien plan. – Plan? Jaki plan? Cóż takiego uknuliście, moi wujowie? – zapy- tała miss Campbell, spoglądając filuternie to na jednego, to na dru- giego. – Czy znasz może tego młodzieńca, pana Aristobulusa Ursiclosa? – Znam. – Czy on ci się nie podoba? – Czemuż to miałby mi się nie podobać, wujku Samie? – A więc podoba ci się? – Czemuż miałby mi się podobać, wujku Sibie? – Otóż mój brat i ja po dłuższym zastanowieniu postanowiliśmy zaproponować ci go na małżonka. – Mam wyjść za mąż! – wykrzyknęła miss Campbell i wybuch- nęła wesołym śmiechem, który odbijał się echem od ścian i zakamar- ków hallu. – Nie chcesz wyjść za mąż?– spytał brat Sam. – Po co? – Nigdy…? – spytał brat Sib. – Nigdy – odparła miss Campbell, przybierając poważny wyraz twarzy, któremu jednak przeczyły śmiejące się usta. – Nigdy, moi wujowie… przynajmniej tak długo, póki nie zobaczę… – Czegóż to? – zawołali brat Sam i brat Sib. – Tak długo, aż nie zobaczę zielonego promienia. Rozdział II Helena Campbell om zamieszkiwany przez braci Melvillów i pannę Campbell D znajdował się w odległości trzech mil od Helensburgha, małej miejscowości nad brzegiem Gare Loch1, w jednej z najbardziej malow- niczych okolic w kapryśnym wycięciu prawego brzegu rzeki Clyde2. Zimą bracia Melvill wraz z siostrzenicą zajmowali w Glasgow stary pałacyk przy West George Street w arystokratycznej dzielnicy nowe- go miasta, w pobliżu Blythswood Square. Tam właśnie spędzali sześć miesięcy w roku, chyba że, ulegając bez szemrania kaprysowi He- leny, wyruszali w dłuższe podróże na wybrzeża Włoch, Hiszpanii lub Francji. Podczas tych wojaży jak zwykle spoglądali na świat tylko oczyma dziewczyny, przemieszczając się, dokąd tylko zechciała, za- trzymując się, gdzie jej się podobało, i zachwycając tym, czym ona się zachwycała. Potem zaś, gdy tylko miss Campbell zamykała swój ulubiony album, w którym szkicowała – czy to ołówkiem, czy piór- kiem – wrażenia z podróży, potulnie wyruszali w podróż powrotną do Zjednoczonego Królestwa i z wielkim ukontentowaniem odnajdywali swoją komfortową siedzibę przy West George Street. Maj był już w pełnym rozkwicie, gdyż upłynęły jego całe trzy tygodnie, gdy brat Sam i brat Sib poczuli nieodpartą potrzebę wy- jazdu na wieś. Zbiegło się to dokładnie z niemniej nieodpartym pragnie- niem miss Campbell, by opuścić Glasgow z jego wielkoprzemysłowym hałasem, gonitwą za interesami, które nierzadko dochodziły nawet i tutaj, do dzielnicy Blythswood Square, i udać się pod mniej zady- 1 Gare Loch – odnoga zatoki Firth of Clyde. 2 Clyde – rzeka w Szkocji, źródła na Wyżynie Południowoszkockiej, płynie przez obszary Niziny Centralnej; ujście do głęboko wciętej w ląd zatoki Firth of Clyde, połączonej kanałem o długości ok. 45 km z zatoką Firth of Forth nad Morzem Pół- nocnym; długość 170 km. ~ 24 ~ mione niebo, odetchnąć powietrzem mniej nasyconym kwasem węglowym1 niż niebo i powietrze starożytnej metropolii, z której lordowie tytoniu „Tobacco Lords”2 kilka wieków wcześniej uczynili ważny ośrodek handlowy. Tak więc całe domostwo, i państwo i służba, wyruszyło w ową nie dalszą niż dwudziestomilową podróż. Miasteczko Helensburgh to bardzo przyjemne miejsce. Jest to kąpielisko uczęszczane przez wszystkich, którym zajęcia pozwalają na przejażdżki po rzece Clyde na zmianę z wycieczkami nad jeziora Katrine lub Lomond3, ulubione przez turystów. W odległości jednej mili od wioski, nad brzegiem Gare Loch, bracia Melvill wybrali doskonałe miejsce na budowę swego domo- stwa – pośród gęstwiny cudownych drzew, pośród całej sieci stru- myków, na mocno pofałdowanym terenie, doskonale nadającym się na rozległy park. Cieniste polanki, zielone trawniki, masywy różnych krzewów, kwietne kobierce, łąki porośnięte „higieniczną trawą”, prze- znaczoną specjalnie dla wybranego stadka owiec, stawy o czarnej lśniącej toni, po której z wdziękiem pływają liczne dzikie łabędzie, te same, o których pisał Wordsworth4: „Łabędź się zdwaja na wodzie, płynie bowiem on i jego cień”. I w końcu wszystko inne, co tylko zdolna jest zgromadzić natura dla radości oczu i czego nie zepsuje ludzka ręka. Taka właśnie była letnia posiadłość tej bogatej rodziny. Dodajmy jeszcze, że z części parku usytuowanej powyżej brzegu Gare Loch rozciągał się przeuroczy widok. Daleko poza wąską cie- 1 Kwas węglowy – używana w XIX wieku nazwa dwutlenku węgla. 2 Tobacco Lords – grupa szkockich kupców, która w XVIII wieku doszła do wielkich majątków na handlu tytoniem; wielu z nich przyjęło styl życia arystokratów, wyda- jąc ogromne sumy na budowę okazałych domów i wspaniałych kościołów. 3 Loch Katrine – jezioro w Szkocji, w hrabstwie Stirling, odznaczające się malowni- czym wyglądem; Loch Lomond – jezioro położone na uskoku tektonicznym Highland Boundary Fault, najrozleglejszy zbiornik słodkowodny na lądzie stałym w Wielkiej Brytanii; na jego powierzchni znajdują się liczne wyspy, m.in. Inchmurrin – naj- większa wyspa, jaka powstała na zbiorniku słodkowodnym na terenie Wysp Brytyj- skich. 4 William Wordsworth (1770-1850) – angielski poeta, wraz z Samuelem Taylorem Colerid- ge’em uznawany za prekursora romantyzmu w literaturze brytyjskiej; jeden z tzw. poetów jezior. W odległości jednej mili od wioski, nad brzegiem Gare Loch, bracia Melvill wybrali doskonałe miejsce na budowę swego domostwa. ~ 26 ~ śniną, po prawej stronie, wzrok zatrzymywał się najpierw na półwy- spie Rosenheat, na którym wznosi się śliczna willa we włoskim stylu, należąca do księcia Argyle. Po lewej zaś wzdłuż brzegu rysowała się faliście linia wiejskich domków Helensburgha, ponad którymi do- minowały dwie lub trzy dzwonnice… W głąb jeziora wrzynało się eleganckie molo służące za przystań parowcom, a tłem dla tej rado- snej scenerii było kilka nader fantazyjnych budynków. Na wprost, na lewym brzegu Clyde, znajdował się Port Glasgow, ruiny zamku Newark, Greenock1 wraz z lasem masztów zwieńczonych różnoko- lorowymi banderami, co tworzyło panoramę, od której trudno było oderwać wzrok. Widok był jeszcze piękniejszy, gdy ktoś wspiął się na główną wieżę domostwa, z której wzrok obejmował calutki horyzont wokół. Ta czworoboczna wieża ze stożkowatymi dachami lekko okrywają- cymi trzy narożniki jej platformy, ozdobiona blankami i machikuła- mi2, otoczona koronką kamiennej balustrady, w czwartym narożniku wznosiła się w postaci ośmiokątnej wieżyczki. Na niej stał maszt z flagą, jakie powiewają na dachach wszystkich domów i rufach stat- ków Zjednoczonego Królestwa. Ów rodzaj baszty o nowoczesnej kon- strukcji dominował nad całością budynków tej posiadłości – z ich nieregularną linią dachów, różnorodnością otworów okiennych, wybi- tych w murach to tu, to tam, licznymi fasadami i ścianami szczytowymi, wystającymi z fasad występami, z dołożonymi w oknach muszara- bami3, z kominami rzeźbionymi na ich wierzchołkach, często wręcz 1 Port Glasgow – drugie pod względem wielkości miasto w Inverclyde w Szkocji; pierwotnie mała wioska znana do roku 1667 jako Newark; Newark – dobrze zacho- wany zamek na południowym brzegu ujścia rzeki Clyde w Port Glasgow w Inver- clyde, w Szkocji; Greenock – miasto portowe w zachodniej Szkocji, nad rzeką Cly- de, w hrabstwie Inverclyde. 2 Blanki – zwieńczenie murów obronnych w postaci wystających zębów osłaniających załogę; machikuł – ganek na murach obronnych, wysunięty przed ich lico zewnętrzne, wsparty na kamiennych kroksztynach lub na ceglanych sklepieniach; w podłodze znajdował się otwór służący do wyrzucania pocisków i wrzących cieczy; machikuły występowały w średniowiecznych fortyfikacjach (do XVI wieku). 3 Muszaraba – w architekturze muzułmańskiej ozdobna krata drewniana przesłaniają- ca okna lub balkony. Na grzbiecie swego rumaka przemierzała pobliskie okolice, a za nią podążał wierny Partridge, popędzając swego konia. ~ 28 ~ fantastycznych, które z takim upodobaniem stosowane są w architek- turze anglosaskiej. Tu właśnie, na tym najwyższym podeście wieżyczki, tuż pod ło- począcymi w podmuchach wietrzyku od zatoki Firth of Clyde barwami narodowymi, miss Campbell uwielbiała spędzać długie godziny na snuciu marzeń. Przysposobiła tam sobie uroczy kącik, przewiewny, prawie jak obserwatorium astronomiczne, gdzie mogła czytać, pisać, a nawet spać w każdą pogodę, dobrze chroniona od wiatru, słońca czy deszczu. Tam też zazwyczaj jej szukano. Jeśli zaś jej tam nie było, oznaczało to, że powodowana kaprysem spaceruje po parkowych alej- kach czy to sama, czy w towarzystwie pani Bess, chyba że właśnie na grzbiecie swego rumaka przemierzała pobliskie okolice, a za nią po- dążał wierny Partridge, popędzając swego konia, by dotrzymać kroku swej pani. Spośród licznej służby w domostwie należy specjalnie wyróżnić tych dwoje wiernych sług, od najwcześniejszego dzieciństwa przy- wiązanych do rodziny Campbellów. Elisabeth, „Luckie”, czyli matka – jak to się powiada w Highlan- dzie o gospodyni, liczyła sobie wówczas tyle lat, ile miała kluczy w pęku, a miała ich nie mniej niż czterdzieści siedem. Była to urodzo- na gospodyni: poważna, zorganizowana, wyrozumiała, prowadziła ca- lutkie gospodarstwo. Zdawać by się mogło, że wychowała nawet obu braci Melvillów, choć ci przecież byli od niej starsi, lecz z całą pewno- ścią matkowała panience Campbell. Tuż obok dzielnej ochmistrzyni trwał na posterunku Szkot Par- tridge, sługa duszą i ciałem oddany swemu państwu, a także zawsze wierny starym obyczajom swego klanu. Niezmiennie odziany był w tradycyjny strój szkockiego górala, nosił więc beret z niebieskiej wełny, upstrzony w ciapki, tartanowy kilt1, który sięgał mu aż po kola- na, pouch – rodzaj woreczka zrobionego ze skóry o długim włosie, skomplikowany zaś system sznurówek powiązanych w romboidalne 1 Tartan – szkocka tkanina wełniana w różnobarwną kratę, będąca dawniej oznaką określonego klanu szkockiego; kilt – tradycyjny strój górali szkockich: spódniczka z barwnej, kraciastej tkaniny wełnianej. ~ 29 ~ kształty podtrzymywał wysokie getry, a stopy obute miał w trzewiki z niewyprawionej krowiej skóry. Pani Bess prowadziła dom, Partridge czuwał nad jego bezpie- czeństwem, kogóż potrzeba było więcej dla zapewnienia spokojnego życia w posiadłości? Czytelnik dostrzegł zapewne, że w chwili, gdy na wezwanie bra- ci Melvillów nadszedł Partridge, mówiąc o panience, wyrażał się: miss Campbell. Gdyby nasz dzielny Szkot nazwał panienkę jej imieniem chrzest- nym, mówiąc: miss Helena, złamałby reguły określające wzajem- ną hierarchię w klanie, a dokładniej takie niepodporządkowanie się zasadom byłoby poczytane za nowoczesny snobizm. Nigdy to bowiem, a nigdy, żadna najstarsza z córek lub jedyna cór- ka w rodzinie gentry1, nawet w kołysce, nie jest nazywana imieniem, jakie otrzymała na chrzcie. Gdyby miss Campbell urodziła się w rodzi- nie parów, zwracano by się do niej „lady Helena”, jednak ta gałąź linii Campbellów, do której należała, była gałęzią boczną i nader odda- loną od głównego pnia paladyna sir Colina Campbella2, który przod- ków wywodził od czasów wypraw krzyżowych. Przez wiele wieków boczne linie mocno się oddaliły od głównego pnia wspaniałych przod- ków, z którego wywodziły się takie klany jak: Argyle, Breadalbane, Lochnell i inne, ale choć Helena należała do bardzo już odległej od- rośli, to przecież dzięki ojcu w jej żyłach płynęło nieco krwi tego świet- nego rodu. A choć zwano ją zaledwie miss Campbell, to niemniej była praw- dziwą Szkotką, jedną z tych szlachetnych dziewczyn z Thule3 ze 1 Gentry (ang.) – szlachta. 2 Paladyn – sławny rycerz (zwykle wędrowny), średniowieczny wojownik i obrońca księcia; w poematach epickich nazywano tak rycerzy Karola Wielkiego; wymienia- no 12 najsłynniejszych paladynów, np. w Pieśni o Rolandzie; Colin Campbell, 1. hra- bia Argyll (ok. 1433-1493) – średniowieczny szkocki arystokrata, polityk, członek Izby Lordów. 3 Thule – starożytna nazwa wyspy położonej rzekomo o 6 dni żeglugi na północ od Brytanii, wymieniona po raz pierwszy przez greckiego żeglarza i kartografa Pytea- sza z Massalii (2. poł. IV w. p.n.e.); identyfikowana z Islandią, Szetlandami lub wy- brzeżami środkowej Norwegii; zwrot ultima Thule, użyty przez Wergiliusza w Geo- rgikach, stał się przenośnym określeniem krańca świata. ~ 30 ~ swoimi błękitnymi oczami i blond włosami, której portret sporzą- dzony przez Findona1 albo Edwardsa2 i umieszczony pośród wizerun- ków Minny, Brendy, Anny Robsart, Flory MacIvor, Diany Vernon, miss Wardour, Catherine Glover, Mary Avenel nie oszpeciłby pamiąt- kowych sztambuchów, w których Anglicy lubią gromadzić najpięk- niejsze typy kobiece swego wielkiego powieściopisarza. Po prawdzie miss Campbell była wprost urocza. Podziwiano jej śliczną twarzyczkę o oczach błękitnych niczym wody szkockich jezior – jak to się mówi. Średniego wzrostu, o eleganckiej sylwetce, poruszała się pewnym krokiem. Zwykle miała rozmarzony wyraz twarzy, chyba że na jej ustach zagościła leciutka nutka ironii, krótko mówiąc, była uosobieniem wdzięku i dystynkcji. Ale miss Campbell była nie tylko piękna, lecz także dobra. Za- można dzięki swym wujom, bynajmniej nie starała się epatować bogactwem. Jako osoba miłosierna wprowadzała w czyn stare gae- lickie przysłowie: „Oby dłoń, która się otwiera ku innym, była zaw- sze pełna”. Przywiązana nade wszystko do swego regionu, klanu, rodziny, dała się poznać jako Szkotka z krwi i kości i bez wahania przyznała- by pierwszeństwo najgorszemu z Sawneyów przed najgodniejszym Johnem Bullem3. Jej patriotyczne uczucia drgały niczym struna har- fy, kiedy głos górala roznosił po okolicy narodowy pibroch4 górali Highlandu. De Maistre5 mówił: „Są w nas dwie istoty: ja i ta druga”. 1 Findon – nie odnaleziono. 2 Edward Edwards (1738–1806) – angielski malarz i rytownik, członek Królewskiej Aka- demii Sztuk Pięknych. 3 Sawney – przydomek nadawany przez Anglików Szkotom, od postaci Sawneya Beana, właśc. Alexander „Sawney” Bean (Beane) – legendarnego ojca rodziny szkockich kani- bali, żyjącego w XVI wieku; John Bull (ang. Jan Byk) – przezwisko nadawane Angli- kom, typowy albo przeciętny Anglik, od postaci występującej w satyrze Historia Johna Bulla autorstwa szkockiego lekarza i pisarza Johna Arbuthnota (1667-1735). 4 Pibroch (ang.) – pieśń wojenna, melodia napisana na dudy. 5 Xavier de Maistre (1763-1852) – francuski pisarz, brat Josepha Marie; część życia spędził w Rosji; w opowieściach Podróż dookoła mego pokoju, Trędowaty z miasta ~ 31 ~ „Ja” miss Campbell to istota poważna, rozważna, biorące życie bardziej jako obowiązek niż przysługujące jej przywileje. „Druga” zaś była istotą romantyczną, z lekką skłonnością do przesą- dów, z zamiłowaniem do niezwykłych opowieści, w naturalny spo- sób wykluwających się w ojczyźnie Fingala, jakby spokrewniona z Lindamirami1, zachwycającymi bohaterkami rycerskich romansów, gdyż jak one najchętniej przebiegała pobliskie glens2, by tylko móc usłyszeć „dudy Strathdearne”3, jak mieszkańcy Highlandu nazywają dźwięk wiatru, wiejącego poprzez opuszczone wąwozy. Brat Sam i brat Sib w równym stopniu lubili owe „ja” i „tę drugą” swojej siostrzenicy, choć musimy tu przyznać, że o ile jedna z tych panien Campbell oczarowywała ich przede wszystkim rozumem, to „ta druga” zaskakiwała ich nieoczekiwanymi ciętymi odpowiedziami i zwrotami akcji, gdy ni stąd, ni zowąd narowiła się, brykając w krainę marzeń. Czy na propozycję obu braci właśnie „ta druga” dała tak dziwną odpowiedź? – Wyjść za mąż! Poślubić pana Ursiclosa…! Zobaczymy… Poroz- mawiamy o tym później – powiedziała „pierwsza”. – Nigdy… dopóki nie zobaczę na własne oczy zielonego promie- nia! – odparła „druga”. Aost, Więźniowie z Kaukazu, Młody Syberyjczyk, łącząc klasyczną czystość języka, swobodę kompozycji i siłę wyobraźni, wyrażał uczucia i ideały romantyczne. 1 Lindamira – bohaterka kilku romansów rycerskich, zwłaszcza angielskich, np. w romansie The Adventures of Lindamira, a Lady of Quality, autorstwa przypusz- czalnie Thomasa Browna (Londyn 1702), po raz pierwszy występuje w romansie The Countesse of Montgomeries Urania, napisanym przez Mary Wroth (1621), oraz we francuskim Le Favory autorstwa Marie-Catherine Desjardins, Madame Villedieu (1665). 2 Glens (ang.) – doliny górskie. 3 Dudy – instrument dęty drewniany, znany w całej Europie, szczególnie popularny w muzyce szkockiej; dźwięk powstaje przez wzbudzenie drgań stroika powietrzem wydostającym się pod ciśnieniem ze zbiornika powietrza, tzw. worka, z którego powie- trze przechodzi przez stroiki do piszczałek; Polsce, w zależności od regionu, nazywany kozłem, gajdami lub kozą, skąd błędna nazwa kobza, będąca w istocie nazwą innego instrumentu, należącego do kategorii instrumentów strunowych. ~ 32 ~ Bracia Melvill spojrzeli po sobie, niczego nie rozumiejąc, a w tym czasie panna Campbell usadowiła się w wielkim gotyckim fotelu w okiennej wnęce. – Co ona rozumie przez „zielony promień”? – zapytał brat Sam. – I dlaczego chce koniecznie zobaczyć ten jakiś zielony pro- mień? – dodał brat Sib. Dlaczego? Dowiemy się wkrótce. Chcesz przeczytać dalszą część? Zapraszamy do księgarni!
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zielony promień
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: