Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00087 006958 13419840 na godz. na dobę w sumie
Zima - ebook/pdf
Zima - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Genius Creations Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7995-129-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Do Vadeline, sennej miejscowości zagubionej gdzieś na rubieżach świata Zimy, przybywa młody teatrolog, Victor Caillou. Poszukuje zaginionych sztuk Samuela Zimmermana, genialnego, acz szalonego dramaturga. Wierzy, że znajdzie w nich zaszyfrowane wskazówki, jak unicestwić Białą Królową – tajemniczą nieśmiertelną istotę, która od dwustu lat bezwzględnie panuje nad całym światem.

„Zima” to nastrojowa opowieść o prostych ludziach. O małych i wielkich radościach oraz idących z nimi w parze tragediach. O walce prowadzonej zarówno słowem, jak i mieczem. O poszukiwaniach utraconej tożsamości. O sztuce, która uwalnia ze szponów strachu. O drodze, która często ważniejsza jest od celu.

“Jeżeli w ogarniętym terrorem Białej Królowej świecie Zimy pozostała jeszcze jakaś magia, to jest to z pewnością magia teatru, która potrafi stopić najtwardszy nawet lód serca. Michał Ochnik snuje fascynującą opowieść o sztuce, marzeniach, strachu i ludzkiej obojętności, umiejętnie wplatając baśniowe wątki do ponurego obrazu rzeczywistości bezwzględnej dyktatury. Równie niecodzienny jak świat Zimy jest główny bohater – Victor Caillou, ekscentryczny młody teatrolog, oszust, marzyciel i szaleniec, którego życiowa pasja może przechylić szalę zwycięstwa na korzyść rewolucjonistów albo ostatecznie ich pogrążyć.”
Maria Zdybska, autorka „Wyspy mgieł”

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

SPIS TREŚCI Prolog Rozdział I Rozdział II Rozdział III Rozdział IV Rozdział V Rozdział VI Rozdział VII Rozdział VIII Rozdział IX Rozdział X Rozdział XI Rozdział XII Rozdział XIII Epilog 3 7 28 75 100 122 162 189 216 247 268 295 316 338 370 PROLOG Rok później Pani Johansen miała nadzwyczaj lekki sen. Potrafił ją zbudzić najlżejszy bodaj szmer, najdrobniejsza zmiana w ustalonym rytmie dźwięków otoczenia. Podejrzewała, że to kwestia podeszłego wieku – przez te wszystkie lata wsłuchiwała się w najdrobniejsze odgłosy, jakie wyda- wało jej niewielkie mieszkanie, i doskonale rozróżniała każdy z nich. Umiała poznać skrzypnięcie obluzowanej deski w podłodze, zgrzytnięcie klucza w zamku, srebrzy- sty odgłos zastawy stołowej układanej na stole. Czasami wydawało się jej, że to miejsce do niej przemawia – ję- zykiem szumu czajnika, dźwięku krzesła odsuwanego od stołu, tajemniczego chrobotu w północnej ścianie salonu, którego źródła nigdy nie zdołała dociec, tykania zegara czy nawet szelestu kartek starych książek i albu- mów. Dopatrywała się w tych dźwiękach tajemnej mowy miejsca, z którym przez długie lata zdążyła się już za- przyjaźnić i poznać jego humory. 3 Zima | Michał Ochnik Wiedziała, że niektórzy starzy ludzie miewają nawyk mówienia do siebie. Pani Johansen nigdy tego nie ro- zumiała, ponieważ sama już wiele lat temu uznała, że powiedziała niemal wszystko, co miała do powiedzenia, i od tamtej pory postanowiła przede wszystkim słuchać. Słuchała więc swojego mieszkania, które okazywało się bardzo wdzięcznym, choć może niezbyt porywającym mówcą. Z biegłem lat jego szmerliwe mamrotanie stało się wręcz przezroczyste dla uszu pani Johansen. Podob- nie jak jego właścicielka, nie miało już wiele więcej do zakomunikowania, choć w przeciwieństwie do niej nie zamilkło, tylko każdego dnia sennie wybrzmiewało tymi samymi odgłosami. Tym razem jednak było inaczej – mieszkanie miało jej coś bardzo ważnego do powiedzenia. Na tyle ważnego, że zdecydowało się zbudzić ją ze snu. Do środka dostał się ktoś obcy. Pani Johansen od wielu lat mieszkała sama. Tylko ona posiadała klucze do drzwi wejściowych, choć rzadko kiedy zamykała się na cztery spusty. Okolica była spo- kojna, a sąsiedzi uprzejmi i porządni, nie było więc sensu ryglować się za każdym razem i częstokroć zapominała zamknąć drzwi na noc. Podniosła się z łóżka i rzuciła okiem na zegar. Była wczesna pora, tuż przed świtem, kiedy niebo przybiera barwę przybrudzonego grana- tu. Kobieta wstała, nasunęła na nogi kapcie i ruszyła w stronę salonu. Nie bała się, ale wychodząc, sięgnęła po pogrzebacz, który trzymała w sypialni, od kiedy okno naprzeciw jej łóżka przestało się domykać i potrzebo- wało podpórki. Już dawno miała wezwać kogoś do na- 4 Zima | Michał Ochnik prawy, ale z różnych względów cały czas to odkładała. Zaciskając dłoń na pogrzebaczu, zaczęła ostrożnie iść do salonu – mieszkanie cichym skrzypieniem desek w podłodze podpowiedziało jej, gdzie przebywa intruz. Ostrożnie zajrzała do środka. Znajdował się tam mło- dy mężczyzna w długim czarnym płaszczu. Wspierał się na lasce, na jego głowie zaś tkwił cylinder. Nie wyglądał on na włamywacza – chyba że na bardzo eleganckie- go. Zdawał się nie zwracać uwagi na nieliczne cenne przedmioty w swoim zasięgu. Nieznajomy przyglądał się natomiast powieszonemu na ścianie malowidłu. Wy- dawał się poznawać obraz, na jego twarzy błąkał się uśmiech. Tak jakby malunek przypominał mu o czymś przyjemnym. O czymś, co porzucił dawno temu, a do czego skrycie tęsknił. Pani Johansen opuściła pogrzebacz. Rozpoznała obcego.  – Wystraszył mnie panicz – powiedziała głośno. Intruz drgnął i odwrócił się.  – Przepraszam – odparł, uśmiechając się. Pani Johansen odwzajemniła uśmiech. Bardzo dobrze znała jego właściciela.  – Wolałbym, żeby moja obecność tutaj nie została odkryta przez nikogo, stąd tak wczesna pora i tak nie- spodziewane wtargnięcie.  – Rozumiem. – Pokiwała głową. Oczywiście, teraz wszystko stało się już dla niej jasne. – Domyślam się też, co tu panicza sprowadza. Szczerze powiedziawszy, po ostatnich wydarzeniach spodziewałam się, że już pa- nicza nie zobaczę. 5 Zima | Michał Ochnik  – Wiele się wydarzyło – zgodził się przybysz. – Ale staram się zawsze dotrzymywać słowa. A równo rok temu coś pani obiecałem. Dopiero teraz różne sprawy uspokoiły się na tyle, bym mógł bez wielkiego ryzyka przybyć do miasteczka i wywiązać się z danego przyrze- czenia. Nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił.  – To prawda. – Pani Johansen podeszła do młodzień- ca. – Nie byłbyś, młody człowieku. Usiądź. Zrobię nam herbaty, a ty pochwalisz mi się swoim odkryciem. Bo nie wątpię, że to właśnie ono sprowadza cię do mnie. Mężczyzna skinął głową i usiadł w fotelu. Dopiero teraz zdjął z głowy cylinder, ostrożnie kładąc go na kola- nach. Kiedy pani Johansen wróciła z dwiema filiżankami i usiadła naprzeciwko niego, zaczął opowiadać. 6 Zima | Michał Ochnik Rozdział I Przybysz Zima – Doktor? – Z wizytą u mera – Zajazd pani Cirque – Prawdziwa sztuka zawsze się obroni – Teatr – Dyrektor Victor Caillou Kiedy minął ósmy miesiąc, krótkie, ciepłe lato musiało w końcu ustąpić białemu puchowi, który niemal z dnia na dzień zawładnął miasteczkiem Vadeline. Mieszkań- cy byli przygotowani na taki stan rzeczy, Biała Królowa nigdy nie pozwalała na zbyt długie panoszenie się lata na ziemiach, którymi władała. Tak było od zawsze. A przy- najmniej od tak wielu lat, że nikt żyjący nie przypominał sobie, by działo się inaczej. Czasem jednak lodowaty północny wiatr przynosi ze sobą coś więcej niż tylko ciężkie, wypełnione śniegiem chmury. Czasem wraz z pierwszymi płatkami śniegu nadchodzą zmiany, ale o tym nikt już nie pamiętał. Może tylko najstarsi mieszkańcy, tęsknymi oczami wpatrujący się w osnuty bielą horyzont. 7 Zima | Michał Ochnik Młody mężczyzna, który przybył do miasta wraz z ostat- nim patrolem Białej Armii, uśmiechnął się spod ronda cy- lindra. Zamienił kilka słów z kapitanem, który wskazał mu drogę. Jeden z żołnierzy pomógł mu wypakować bagaże z olbrzymich sań oznaczonych godłem Białej Królowej.  – Proszę na siebie uważać – ostrzegł go wojskowy. – Nie jesteśmy w stolicy ani na cywilizowanych terenach Północnej Marchii. Na traktach bywa hazardownie na- wet w środku dnia. Samo miasteczko jest jednak dość bezpieczne.  – Potrafię o siebie zadbać – odparł młody elegant. Skinął głową kapitanowi, ujął walizkę i ruszył w stronę śródmieścia.  – Na Zimę… – westchnął pod nosem żołnierz, po czym machnął ręką i zostawił przybysza samego. „Na Zimę” – nieznajomy uśmiechnął się lekko. Dawno nie słyszał tego powiedzenia. W stolicy mało kto klął się na Zimę, wzywał Zimę nadaremno albo przed Zimą przysięgał. Tego typu powiedzenia uznawane były za przejaw prowincjonalizmu. Vadeline było typowym miasteczkiem zagubionym gdzieś w śniegach świata Zimy, gdzie wieści dochodziły z wielotygodniowym opóźnieniem, a życie toczyło się spokojnym, leniwym tempem. Mieszkańcy nie intereso- wali się polityką, zamieszki czy niepokoje były rzadko- ścią. Ważniejsze było utrzymywanie lodowych wilków z dala od granic miasta, gromadzenie zapasów podczas intensywnego lata i plotki – sól nadająca choć trochę smaku monotonnemu życiu. 8 Zima | Michał Ochnik Młody mężczyzna przyjaźnie skinął głową pierwsze- mu napotkanemu tubylcowi, który uzbrojony w szeroką blaszaną szuflę pracowicie odśnieżał podwórko przed wysokim budynkiem. Mieszkaniec miasta odwzajemnił gest, wesoło machając młodemu mężczyźnie.  – Mrozy jak zwykle nas zaskoczyły! – zawołał na po- witanie, odstawiając łopatę i wyciągając dłoń do przyby- sza. – Niby przychodzą rok w rok, a człowiek zapomina o nich, jak tylko śnieg schodzi z ulic na wiosnę. A potem się dziwi, jak z dnia na dzień wszystko leży pod białą pierzyną. Krępy mężczyzna w średnim wieku z imponującym wąsem miał bardzo przyjemny, niski ton głosu.  – To z powodu orbity, po której krąży planeta – po- wiedział przybysz. – Niegdyś ten świat obracał się wokół innego Słońca, jednak za którymś razem zbytnio się do niego zbliżył i został przez nie przejęty. To dlatego mamy takie długie zimy.  – O, panicz, widzę, uczony. Doktor może? Z jakiegoś powodu to pytanie zdawało się niesłycha- nie rozbawić nieznajomego.  – Nie, żaden doktor. Jestem ze stolicy.  – Poza patrolami z hrabstwa rzadko miewamy gości. Ma się pan gdzie zatrzymać?  – Jestem tu w sprawie urzędowej. Myślałem, że mer udzieli mi gościny.  – Stary Enderby? – Starszy mężczyzna prychnął po- gardliwie. – Proszę na to nie liczyć. Ten drań prędzej zje własne buty, niż przyjmie kogoś pod swój dach. Sknera, jakich mało. Rozmawiał pan już z nim? 9 Zima | Michał Ochnik  – Właśnie do niego idę.  – Gdy już pana wyrzuci, proszę przyjść do zajazdu mojej żony. Nazywam się Bowen Cirque. Co prawda nasz interes nie został oficjalnie otwarty, ale Sally na pewno coś dla pana przygotuje. Niedługo zaroi się tu od przybyszów.  – Prawda, kopalnia. – Przybysz skinął głową. – Dwa dni drogi stąd natrafiono na bogate złoża złota. Królew- scy badacze już zajmują się szacowaniem potencjalnych zysków. Najdalej za trzy miesiące Vadeline zmieni się nie do poznania. sprawie?  – Zakładam, że przyjechał pan tutaj właśnie w tej  – Poniekąd. Dziękuję za rozmowę, panie Cirque.  – Nie ma za co, szanowny panie, nie ma za co. Nieznajomy z uśmiechem pożegnał się z Bowenem i ruszył dalej główną ulicą miasta. Mijani ludzie pozdra- wiali go i odpowiadali na jego przyjazne gesty, uprzejmie tłumaczyli, jak dojść do ratusza. Zrozumiał, że trafił idealnie – małe Vadeline było nieskażone odczłowie- czeniem położonej głęboko pod lodem stolicy. Tego mu było trzeba, ostatni pobyt na Północy trwał zdecydo- wanie zbyt długo, a awanturnicza natura nie pozwalała usiedzieć w jednym miejscu. Wciągnął w nozdrza lo- dowate, orzeźwiające powietrze, zdjął z głowy cylinder, po czym przekroczył próg okazałego budynku ratusza. Siedzący przy biurku starzec wyglądał niczym dra- pieżny ptak – haczykowaty nos, na którym widniały binokle, i koścista budowa ciała jedynie potęgowały to wrażenie. Stary człowiek był niepodzielnym panem 10 Zima | Michał Ochnik tego pomieszczenia, królestwa papierów, szaf, biurek i dogorywających na porozstawianych tu i ówdzie ka- gankach świeczek. Gdy przybysz wkroczył do środka, usłyszał tylko gardłowe, karcące: „Drzwi!”, które wydo- było się z gardła starca. Posłusznie zamknął je za sobą, po czym raźnym krokiem podszedł do biurka, przy któ- rym gniazdował starzec.  – Pan Enderby, jak mniemam?  – Na górze – skrzeknął zapytany, końcem pióra wskazu- jąc schody. Odrobina atramentu kapnęła na podłogę. – Nie przeszkadzać! Nieznajomy uśmiechnął się ciepło do starca, który w odpowiedzi tylko prychnął, kaszlnął i poprawił oku- lary, które zjechały mu na sam czubek nosa. Przybysz ruszył schodami na górę. Vladimir Enderby nienawidził nieprzewidzianych sytuacji, a przyjazd tego młokosa ze stolicy zwiastował całą ich lawinę. Dwudziestokilkuletni mężczyzna, który właśnie przekroczył próg jego biura, nosił się na mo- dłę północnych dżentelmenów. Cylinder, długi czarny płaszcz, szaro-czarny szalik i nieodłączna laska elegan- ta, w której niechybnie kryła się pretensjonalna szpada. Wbrew modzie miał gładko wygoloną twarz, prosty, po- zbawiony ozdób płaszcz i niesforne kędzierzawe włosy. Cóż jednak wygląd, skoro słowa przybysza znamio- nowały pierwszej wody szaleńca?  – Teatr? – powtórzył mer powoli. – Wybaczy pan, panie…?  – Victor Caillou, do usług – przedstawił się mło- dzieniec. 11 Zima | Michał Ochnik  – Wybaczy pan, panie Caillou, ale nie rozumiem.  – Sprawa jest jasna niczym pierwszy śnieg – oświad- czył Victor Caillou. – Jak zapewne pan wie, już niedługo Vadeline zaroi się od poszukiwaczy złota, potentatów i magnatów handlowych. Wielu z nich zatrzyma się w tym mieście, by doglądać swoich interesów, a nie będą to zwykli prostaczkowie, może mi pan wierzyć. O nie – większość z tych ludzi to poważni mecenasi sztuki, koneserzy, ludzie o wysmakowanym guście. Co Vadeline może im zapewnić? Karczmę? Dom schadzek? Proszę mnie nie rozśmieszać. I tu, drogi panie, do akcji wkraczam ja. Entuzjazm Victora jakoś nie chciał się udzielić me- rowi. Enderby przeszył młodzieńca podejrzliwym spoj- rzeniem.  – Mam uwierzyć, że przebył pan tak długą drogę jedynie po to, by założyć teatr w Vadeline?  – To oczywiście byłoby niemądre, czyż nie? – Vic- tor uśmiechnął się lekko. – Chylę czoła przed pańską przenikliwością, nie dziwota, że jest pan merem tego wspaniałego miasteczka. Owszem, mam pewne osobiste motywy.  – Jakie, jeśli wolno wiedzieć?  – Mogę usiąść?  – Proszę. Victor podsunął sobie krzesło i zajął miejsce naprze- ciwko Enderby’ego.  – Jestem świeżo upieczonym absolwentem Akademii Pięciu Sztuk, gdzie przez długie lata zgłębiałem arkana teatrologii. Nie wchodząc w szczegóły – niemożebnie 12 Zima | Michał Ochnik zaintrygowały mnie kunsztowne sztuki napisane przez niedocenionego geniusza, Samuela Zimmermana. Ta wyobraźnia! Te emocje! Ten polot! Ta werwa! Kto zabił Amandę P.?, Mur, Alicja, Piaskowy Człowiek bez reszty owładnęły moją wyobraźnią. Z zapałem przystąpiłem do badań nad tą niezwykłą personą, o której milczy większość roczników i monografii. W przepastnych ar- chiwach Akademii z trudem odnalazłem kilka listów autora sugerujących, jakoby urodził się i wychował wła- śnie w Vadeline, niejednokrotnie zresztą powracając do swojego rodzinnego miasteczka. Dlatego właśnie przy- jechałem tutaj – by odnaleźć zaginione sztuki Zimmer- mana, o których mistrz wzmiankował w swoich episto- łach.  – Victor sięgnął do kieszeni płaszcza i wydobył z niej zapieczętowaną kopertę. – To listy uwierzytelnia- jące od murgrabiego z Południowej Marchii, który także interesuje się twórczością Zimmermana. Gdy usłyszał o moich planach, bez wahania udzielił mi poparcia. Enderby rozerwał kopertę i znudzonym wzrokiem prześledził treść listu.  – Rozumie pan zapewne, że ze swojej strony nie mogę udzielić panu żadnego wsparcia finansowego?  – Proszę tylko o stary budynek teatru, który ponoć popadł w ruinę jakiś czas temu – powiedział Victor. – Dysponuję funduszami na jego remont i wyposażenie.  – Teraz znajdują się tam magazyny.  – Och, z pewnością wspólnie uda nam się rozwiązać ten problem. Mer westchnął ciężko. Zrozumiał, że nie odeśle tego dziwaka z kwitkiem. Pełen zapału i entuzjazmu młodzie- 13 Zima | Michał Ochnik niec nie przypominał rzeczowych, ponurych urzędników z Północy, z którymi Enderby miewał już do czynienia i z którymi potrafił rozmawiać.  – Mam wiele pracy – oznajmił. – Poproszę Jakuba, mojego sekretarza, o spisanie wszelkich niezbędnych dokumentów. Dostarczę je panu jak najszybciej. Gdzie się pan zatrzymał?  – Liczyłem na pańską gościnność…  – Nie mam wolnych pokoi – wtrącił szybko Enderby.  – …jednak pan Cirque zaproponował mi, bym za- trzymał się w zajeździe jego żony. Byłby pan tak uprzej- my i wskazał mi drogę?  – Tak, oczywiście – powiedział mer w wyraźną ulgą w głosie. – Po wyjściu z ratusza proszę skręcić w prawo, następnie iść cały czas prosto, aż dojdzie pan do zegar- mistrza. Za jego sklepem znajduje się promenada, skąd bez trudu dostrzeże pan duży budynek z zielonym da- chem. To właśnie zajazd Sally Cirque. Zapamięta pan?  – Oczywiście. – Victor wstał. – Cieszę się, że tu przy- jechałem. Mam nadzieję, że mój pobyt w Vadeline nie sprawi panu żadnych problemów.  – Także mam taką nadzieję. Jeszcze jedno pytanie, jeśli wolno. Victor, który już miał wychodzić, zamarł z dłonią na klamce i odwrócił się.  – Tak? Enderby pochylił się nad biurkiem.  – Mówi pan, że przyjechał ze stolicy.  – Zgadza się. 14 Zima | Michał Ochnik  – Skąd zatem ma pan listy uwierzytelniające opatrzo- ne pieczęcią murgrabiego Południowej Marchii?  – Och, tę zagadkę akurat bardzo łatwo wyjaśnić. Mur- grabia gościł na dworze Białej Królowej, gdzie zresztą się poznaliśmy. Korzystając z okazji, że podziela moje zainteresowania, poprosiłem go o protekcję i mecenat. Czy takie wyjaśnienie pana satysfakcjonuje?  – Jak najbardziej – oświadczył mer, choć w myślach dodał: „Kłamiesz. Na tak szczerej twarzy łgarstwo widać wyraźnie jak mroźne malunki na szkle. I dlatego ci nie ufam, panie Victorze Caillou. Nie ufam ci ani trochę. I będę cię miał na oku”.  – Zatem żegnam. Życzę miłego dnia. Gdy Victor wyszedł z jego biura, Enderby wycią- gnął się na krześle, które zatrzeszczało ostrzegawczo. Przypomniał sobie plotki o ludziach z Południa, tych śniadych, ciemnookich buntownikach, którzy cieszą się latem przez niemal pół roku. Tych, którzy nigdy do końca nie ugięli się pod rządami Białej Królowej, trak- tując ją jedynie jak tymczasowego władcę. A przecież to Jej Wysokość wydobyła ludzi z mroków barbarzyństwa, dając im wieczną opiekę. Owszem, słyszało się czasem o niepokornych miastach, które z dnia na dzień znikały pod śniegiem, by na wiosenne roztopy obrodzić zamro- żonymi zwłokami – Królowa nie tolerowała buntowni- ków. Mimo wszystko jej władza gwarantowała pewną stabilność, przynajmniej na Północy. Ten cały Victor Caillou był jakiś dziwny. Miał nie- właściwy akcent – jakby często podróżował, przez co jego mowa nabrała rozmaitych, nakładających się na 15 Zima | Michał Ochnik siebie, naleciałości. Był obcy, jak ci dziwni Południowcy, z których najczęściej rekrutowali się bandyci i rebelianci. Enderby westchnął. Kiedyś wszystko było łatwiejsze. Na razie zachowa swoje podejrzenia dla siebie, nie za- pomni o nich, o nie. Może ten cały Caillou jest tylko zapalonym miłośnikiem sztuki… Może. Ale rozsądniej będzie zlecić Jakubowi sporządzenie listu do murgra- biego Południowej Marchii z zapytaniem, czy aby na pewno ów młodzieniec jest tym, za kogo się podaje. Pie- częć, jaka widniała na listach, wydawała się autentyczna, podpis zresztą też, ale mimo to… Mer ponownie westchnął. To przez tę zimę, pomyślał. Człowiek głupieje od mrozu i braku słońca. I od wódki. Żona od dawna mówiła mu, że nie powinien tyle pić. *** Sally Cirque okazała się szczupłą, wysoką kobietą o wystających kościach policzkowych i jasnych włosach upiętych w wysoki kok, której cała postać zdawała się emanować despotyzmem. Było to jednak tylko złudze- nie – pani Cirque, jak kazała się nazywać, mogła wyda- wać się twarda, zdecydowana, lecz kiedy dowiedziała się o celu wizyty Victora, na jej ustach zatańczył dziewczęcy niemal uśmiech.  – Teatr! Cóż za znakomity pomysł! – oświadczy- ła. – Wie pan, jak byłam młodsza, uwielbiałam chodzić na spektakle. Wielka szkoda, że teatr zamknięto, nim jeszcze wyszłam za mąż. 16 Zima | Michał Ochnik  – Dlaczego tak się stało?  – Oczywiście chodziło o pieniądze. Pracowała tam jedynie garstka zapaleńców, którzy imali się dorywczych zajęć, byle tylko utrzymać siebie i budynek. Kiedy dyrek- tor teatru wyjechał do stolicy, grupa się rozpadła, a mia- sto przejęło nieruchomość. Jakby to powiedział mój mąż, ten interes nigdy nie generował zysków. Musi pan być na to przygotowany, skoro zamierza pan odbudować teatr.  – Proszę się nie obawiać. – Victor uśmiechnął się. – Prawdziwa sztuka zawsze się obroni. Liczę na przyjezd- nych, pani chyba zresztą też?  – Owszem. – Pani Cirque skinęła głową. – Na razie pokoje świecą pustkami, a wszystko jest jeszcze powi- jakach. Dobrze, że Bowen w porę powiedział mi o pań- skim przyjeździe, zdążyłam przygotować jeden pokój. Obawiam się, że nie będzie pan tu miał luksusów, do których nawykł w stolicy.  – Kilka ostatnich dni spędziłem wciśnięty pomiędzy pakunki z żywnością, które patrol wiózł do garnizonu. W porównaniu z tym nawet najskromniejsze lokum będzie dla mnie niczym królewski apartament. Pokój okazał się przytulnym pomieszczeniem wypo- sażonym w łóżko, stół, dwa krzesła, szafę i kufer. Okno było dobrze uszczelnione, mróz nie miał więc dostępu do środka.  – Do kolacji zostało jeszcze kilka godzin – powie- działa pani Cirque, podczas gdy jej syn, pucułowaty blondyn imieniem Ray, zajmował się przenoszeniem bagaży gościa. – Jeśli jest pan głodny, mogę coś ugo- tować… 17 Zima | Michał Ochnik  – Poczekam – uspokoił ją Victor. – Chciałbym jak najprędzej obejrzeć teatr, w którym debiutował mistrz Zimmerman.  – Samuel Zimmerman? – zapytała pani Cirque. – Znał pan Samuela Zimmermana?  – Niestety nie osobiście. Przyjechałem tu, by odna- leźć jego zaginione sztuki.  – Pamiętam go. – Przymknęła oczy. – Zawsze wcielał się w postaci naiwnych młodzieńców, jak Tristan z Kto zabił Amandę P.? czy Derek z Błękitnych oczu. Gdy poja- wiał się na scenie, każda dziewczyna oddałaby duszę, by być Amandą albo Mauren…  – Czy Zimmerman ma tu jakąś rodzinę? – zapytał Victor. – To by bardzo ułatwiło moje zadanie.  – Nie sądzę. Miał ojca i siostrę. Matka zmarła wiele lat temu, pamiętam ją, dziwna kobieta z niej była… ale jakiś czas po tym, jak wyjechał… Cóż, zabrała ich Zima.  – Rozumiem. – Przybysz kiwnął głową. Ludzie cza- sem znikali. Czasem ginęli ci, którzy zbyt głośno gardło- wali przeciwko władzy, czasem niewinne dzieci rodziców, których wierność wobec Królowej nie była całkowita. Zdarzało się, że ludzie ginęli tylko dlatego, że znaleźli się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze. Za- bierała ich Zima. Ale o tym się nie mówiło.  – To się zwykle tutaj nie dzieje – dodała szybko pani Cirque. – Jesteśmy za daleko od stolicy, poza lodowymi wilkami nie ma w okolicach Vadeline żadnych dzieci Białej Królowej.  – Wiem – powiedział Victor. – Między innymi dla- tego tu jestem. Stolica to zimna, nieczuła aglomeracja. 18 Zima | Michał Ochnik Ale tutaj na peryferiach wciąż tętni życie! To coś wspa- niałego.  – Przesadza pan…  – Bynajmniej. Teraz dostrzegam, że geniusz Zim- mermana mógł się rozwinąć tylko tutaj, z dala od skost- niałej rzeczywistości północy. Dołożę wszelkich starań, by przywrócić teatrowi Samuela Zimmermana dawny blask.  – Cóż za entuzjazm. – Pani Cirque uśmiechnęła się szeroko. – Nie pozostaje mi nic innego, jak przyklasnąć temu pomysłowi i wspomóc pana w miarę możliwości. Ray zaprowadzi pana do budynku teatru, prawda, Ray? Chłopiec, który skończył już przenosić pakunki, z za- pałem pokiwał głową. Mógł mieć nie więcej niż czter- naście lat, okrągłą twarz odziedziczył po ojcu.  – Oczywiście.  – Chodźmy zatem. – Victor zatarł dłonie. Kiedy kilka minut później podążali odśnieżoną alejką, Ray raz po raz zerkał z ciekawością na przybysza. Victor uśmiechnął się pod nosem.  – Ciekawi cię moja osoba, ale wstydzisz się spytać? Nie obawiaj się, młody człowieku, nie gryzę. Przynaj- mniej nie tych, którzy mi nie zagrażają. Zawstydzony chłopiec opuścił głowę.  – To znaczy… – wyjąkał – …pan pochodzi ze stolicy, prawda?  – Stamtąd przyjechałem, owszem.  – Jak tam jest? Victor zamyślił się. 19 Zima | Michał Ochnik  – Wyobraź sobie olbrzymią plątaninę wydrążonych w lodzie i skale tuneli, z wielkimi komnatami zamiast promenad i jamami w miejsce domów. W samym środ- ku stolicy znajduje się kuty w lodzie zamek Białej Kró- lowej, skąd rządzi ona całym światem. Taka jest właśnie stolica Zimy.  – Musi tam być wspaniale – wyszeptał oczarowany Ray. Caillou pokręcił głową.  – Nie oceniaj pochopnie. Owszem, obywatele miasta opływają w dostatki, ale rzadko kiedy wychodzą na po- wierzchnię. Są tam dzieci starsze od ciebie, które nigdy nie widziały słońca. Moc Królowej trzyma to miejsce w całości, mimo setek pochodni i pieców. Lodu, który posłużył do budowy stolicy, nie skruszy nawet najwięk- szy ogień. Pomyśl zatem, czy chciałbyś mieszkać w ta- kim miejscu?  – Chciałbym je zobaczyć – oznajmił chłopiec po krótkiej chwili namysłu. – I nie tylko. Chciałbym zoba- czyć morze na Południu, wielkie kudłate potwory, które mieszkają na wschodzie, i w ogóle cały świat. Victor pokiwał głową z aprobatą.  – Piękne marzenia – oznajmił. – Może pewnego dnia uda ci się je zrealizować.  – Nie wiem, pewnie nie. – Ray stropił się. – Ojciec przysposabia mnie do tego, bym kiedyś zajął jego miejsce jako zwierzchnik łowców lodowych wilków. Bez przerwy o tym rozprawia.  – Twój ojciec zajmuje się polowaniem na wilki? – za- interesował się Victor. 20 Zima | Michał Ochnik  – Kiedyś to robił. Dziś siedzi tylko w papierach i jeź- dzi na spotkania z kupcami. Nie pamiętam, kiedy ostat- nio wypuścił się na polowanie. Teraz ma od tego ludzi.  – Rozumiem – powiedział przybysz. – Oto i teatr. Stanął przed dużym, zdewastowanym, lecz wciąż do- brze trzymającym się budynkiem. Nad wejściem widniały pozostałości szyldu, drzwi broniła przerdzewiała kłódka.  – Jak dostaniemy się do środka? – zapytał Ray, szar- piąc za klamkę.  – Miałem nadzieję, że ty mi to powiesz – oznajmił teatrolog z rozbrajającym uśmiechem. Chłopiec odwrócił się.  – To znaczy, że nie ma pan klucza? Victor podszedł do drzwi.  – Burmistrz wspominał, że w budynku mieszczą się teraz magazyny. Wiesz może, kto za nie odpowiada? Chłopiec przecząco pokręcił głową.  – No cóż – westchnął mężczyzna. – A zatem zro- bimy to łatwiejszym sposobem. – I z rozmachem wbił uzbrojoną w szpic końcówkę swej laski pomiędzy ogni- wa łańcucha. – Ha! – krzyknął z satysfakcją, gdy kłódka uderzyła o ziemię. – Ot i problem z głowy. – Obejrzał się na zaszokowanego chłopca. – Paniczu Cirque, panicz przodem – rzekł z kurtuazją, uchylając drzwi.  – Włamał się pan do magazynu – wyjąkał chłopiec. Victor westchnął.  – Nim pobiegniesz po konstabla, muszę cię uprzedzić, że mam pozwolenie mera na korzystanie z tego budyn- ku i od teraz ja trzymam nad nim pieczę. Jeśli nie chcesz wchodzić, możesz zaczekać na zewnątrz. To jak? 21 Zima | Michał Ochnik Po chwili wahania Ray wszedł do budynku. Wszyst- kie jego wyobrażenia o wyniosłym elegancie z bogatej Północy legły w gruzach. Panicz Caillou okazał się po- stacią barwną niczym wędrowny magik i nieprzewidy- walną jak wiosenna pogoda. Victor ze smutkiem omiótł skryte w półmroku wnę- trze teatru. Drewniane skrzynie, owinięte szarym papie- rem pakunki, obwiązane sznurami paczki niepodzielnie rządziły sceną i większą częścią widowni. Kalekie, powy- rywane ze swoich miejsc krzesła leżały spiętrzone pod jedną ze ścian. Tłusty kurz oblepiał dosłownie wszystko, dach trzeszczał w rytm uderzeń wiatru. Caillou prze- cisnął się pomiędzy dwiema największymi skrzyniami i ruszył w stronę podwyższenia. Wspiął się na scenę i stanął na środku.  – Ile dni przebyć musi wiatr, by odnaleźć miejsce swych narodzin? – wydeklamował. – Ile przeżyć musi każdy z nas, by dotrwać do ostatniej z godzin? Ray zaklaskał nieśmiało. Dźwięk uderzających o sie- bie dłoni zabrzmiał w tym opuszczonym pomieszczeniu jak pierwsze krople letniego deszczu.  – Czeka mnie dużo pracy – oznajmił Victor. – Bar- dzo dużo pracy. Zniknął za kulisami. Ray podążył za nim. Mężczyzna odnalazł starą świecę ustawioną na mo- siężnym kaganku. Błysnęła iskra z krzesiwa i wątły ję- zyczek ognia zajaśniał w ciemności. Pomieszczenia za sceną były ogołocone ze wszystkiego, co miało jakąkol- wiek wartość, po podłodze walały się spłowiałe strzępy tkanin, elementy dekoracji, kilka wyblakłych cekinów 22 Zima | Michał Ochnik znaczyło podłogę. Przybysz schylił się i podniósł z pod- łogi poszarzałą kartonową maskę.  – Twarz Jacka. – Uśmiechnął się. Przyłożył ją do swe- go oblicza i znienacka odwrócił się w stronę towarzy- szącego mu chłopca. – Gotuj się na śmierć, Amando! To już koniec twej przygody z życiem! – zawołał z komiczną emfazą w głosie, wywijając laską niczym szpadą. Ray roześmiał się.  – Powinniśmy już wracać – powiedział. – Ściemnia się, a mama bardzo nie lubi, gdy kolacja stygnie.  – Jeszcze moment… – Victor odłożył maskę na jeden z wszechobecnych pakunków i podążył w głąb pomiesz- czenia. – Aha! – zawołał z satysfakcją. – Są i schody na piętro. Nim odejdziemy, muszę znaleźć biuro dyrekto- ra. Za mną! – Tupiąc i skrzypiąc rozchwianymi stop- niami, wbiegł na piętro. Rozejrzał się po ciasnym ko- rytarzu. Zaczął na chybił trafił otwierać kolejne drzwi. Za każdym razem witało go zagracone pomieszczenie. W końcu jednak odnalazł to, czego szukał. Dopadł do obdrapanego sekretarzyka i zaczął gorączkowo przeszu- kiwać szuflady i szafki. W końcu z jednej z nich wydobył naręcze schludnych, choć nadgryzionych zębem czasu i wilgocią teczek. – A oto i skarb! – oświadczył Rayowi, który właśnie stanął w drzwiach. – Czy też raczej, by nie skłamać, mapa do skarbu. Jeśli moja wybitna intuicja mnie nie myli, a robi to niezmiernie rzadko, to wśród tych papierów odnajdziemy coś wartościowego. Chodź- my zatem.  – Troskliwie umieścił teczki pod pachą. – Ki- szki grają mi marsza, a nie wątpię, że twoja mama potrafi wyśmienicie gotować. Idziemy? 23 Zima | Michał Ochnik Chłopiec z uśmiechem skinął głową.  – Nie myślałem, że jest pan… taki – oświadczył, gdy znaleźli się na zewnątrz.  – Jaki? – zainteresował się Victor.  – To znaczy, tata raz czy dwa spotykał się z ludźmi z Północy. Nie są do pana podobni.  – Ach, urzędnicy i ludzie interesu. – Przybysz nie skrywał pogardliwego tonu. – Nie znają niczego prócz długich kolumn cyfr. Ale to prawda, mieszkańcy stolicy są zwykle zimni, jak lód, który otacza ich od urodzenia. Śmiejąc się i dowcipkując, opuścili budynek. Victor prowizorycznie obwiązał pozostałościami łańcucha skrzydła drzwi wejściowych.  – Miejmy nadzieję, że do jutra to wystarczy – oznaj- mił. Zamyślił się. – Będę musiał znaleźć cieślę, który do- prowadzi teatr do stanu używalności, krawcową do uszy- cia kostiumów, no i kogoś, kto pozbędzie się wszystkich tych śmieci z magazynu… – Pozornie zwracał się do Raya, widać jednak było, że jedynie rozmyśla na głos, jak niekiedy czynią to roztargnieni ludzie. – Zajrzałem do paru skrzyń, to zwykły śmietnik pełen rzeczy, których nie wypada wyrzucać, choć nie są potrzebne już do ni- czego… Przejrzę je, możliwe, że coś stamtąd przyda się nam… Tak, na początek to wystarczy. Ray?  – Tak, proszę pana? Victor skrzywił się.  – Jeśli poproszę cię, byś mówił mi po imieniu, zawsty- dzisz się i powiesz, że tak się nie godzi, zgadza się? – zapytał, a kiedy chłopiec skinął głową, podjął: – Niech szlag trafi te przeklęte konwenanse! No nic, muszę zatem wymyślić 24 Zima | Michał Ochnik sobie alias, którym będziesz mógł się do mnie zwracać, bo ciągłego „proszę pana” nie zdzierżę za żadne skarby tego świata. Może Koziorożec, ów bohater popularnych na Północy opowieści awanturniczych? Co ty na to? Nie, nie… – przerwał sam sobie. – To głupie i infantylne. Niegdyś, będąc na rauszu, przedstawiłem się tak pew- nym dwóm uroczym damom, wstyd mnie do dziś nie opuścił… To musi być coś praktycznego i naturalnego, coś, co nie przywołuje na twarz pełnego zażenowania uśmieszku. Pomyślmy… Gdybym miał jakiś godnie brzmiący tytuł naukowy lub wojskowy, nie byłoby pro- blemu, ale zaraz, wszak objąłem ważną funkcję! Jestem dyrektorem teatru, toteż prosiłbym cię, mój młody przy- jacielu, byś od chwili obecnej tytułował mnie dyrektorem. Ha! – zakrzyknął z prawdziwą satysfakcją. Zatrzymał się i ukłonił Rayowi. – Dyrektor Victor Caillou, do usług. Chłopiec roześmiał się. Płomień sympatii, którą od- czuwał do Victora już od pierwszego spotkania, rozgo- rzał na dobre wraz z uściśnięciem dłoni. Przybysz był dziwakiem, zabawnym gadułą bez reszty zakochanym w teatrze. Jednak błysk w oku i wykazywana podczas rozmowy bystrość umysłu nie pozwalały uważać go za egzaltowanego marzyciela. Był człowiekiem chodzącym z głową w chmurach, przy tym jednak twardo stąpają- cym po ziemi. Kiedy zmarznięci i rozbawieni wrócili do zajazdu, już czekała na nich parująca pieczeń i waza gorącego rosołu.  – Wyborne! – oświadczył Victor, kosztując dania. – Doprawdy, mistrzowie kuchni rodem ze stolicy ustępują pani kunsztem, pani Cirque. 25 Zima | Michał Ochnik  – Przesadza pan. – Kobieta zarumieniła się lekko, ale na jej twarzy pojawił się wyraz dumy. – Proszę lepiej powiedzieć, jak wypadły pierwsze oględziny. Przyznam szczerze, że wątpię, by budynkowi teatru udało się przy- wrócić dawną świetność.  – Nie ukrywam – Victor przełknął kolejny kęs – jest gorzej, niż sądziłem. Bez generalnego remontu się nie obejdzie. Pozostaje też sprawa tego wysypiska śmieci we- wnątrz. Czeka mnie naprawdę dużo pracy – westchnął, ale lekko i z uśmiechem. Słysząc to, zajęty dotąd posiłkiem Bowen Cirque od- chrząknął, otarł usta serwetką i oświadczył:  – Paniczu, jestem wielce ciekaw, jak ma pan zamiar to wprawić w ruch i rozkręcić. W tym mieście był już teatr i skończyło się to bankructwem. Nie chcę pana zniechęcać, ale szczerze wątpię, by to się udało. Zbyt wiele rzeczy może się nie udać, jeśli chce panicz znać moje zdanie. Victor, nim odpowiedział, zmierzył rozmówcę uważ- nym, lecz zarazem przyjaznym spojrzeniem.  – Ma mnie pan za bogatego paniczyka z Północy, który pod protekcją murgrabiego spełnia swoje bezsen- sowne zachcianki, zgadza się? Nie, proszę nie zaprze- czać  – dodał, widząc, że Bowen otwiera już usta. – To całkowicie zrozumiałe i zdaję sobie sprawę, że nic, co powiem, nie zmieni tego podejścia. Jeszcze się pan prze- kona, gdy zamiast słów przemówią czyny. – Zamilkł, by przekonać się, czy nie przeszarżował. Na szczęście okazało się, że dobrze ocenił Bowena, który tylko na pierwszy rzut oka mógł się wydawać pro- 26 Zima | Michał Ochnik stakiem z pogranicza. Pan Cirque z aprobatą pokiwał głową i uśmiechnął się.  – Zuchwałe, ale szczere słowa. Może ma panicz rację, wstrzymam się z oceną, dopóki nie obejrzę rezultatów.  – Dziękuję. – Victor skinął głową. – A teraz pozwolą państwo, że ich opuszczę. Przed snem czeka mnie jesz- cze trochę pracy.  – Chyba się nie obraził? – zapytał Bowen, gdy gość opuścił jadalnię.  – On taki nie jest – uznał Ray, nakładając sobie ko- lejną porcję. – Myślę, że naprawdę będzie pracował. Gdy byliśmy w teatrze, zabrał stamtąd jakieś papiery.  – Wydaje się raczej miły – powiedziała pani Cirque, zbierając talerze i sztućce. – Trochę dziwak, ale w do- brym tego słowa znaczeniu. Myślę, że jeśli powiedzie mu się z teatrem, może dać naszemu miastu coś napraw- dę niezwykłego. Sally Cirque nie spodziewała się nawet, jak prawdzi- we mogą być te słowa. 27 Zima | Michał Ochnik Zima Copyright © Michał Ochnik Copyright © Wydawnictwo Genius Creations Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak Copyright © for the cover art by Bernadeta Leśniowska-Gustyn Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2017 r. druk ISBN 978-83-7995-128-4 epub ISBN 978-83-7995-129-1 mobi ISBN 978-83-7995-130-7 Redakcja: Małgorzata Maksymowicz Korekta: Barbara Kaszubowska Ilustracja i projekt okładki: Bernadeta Leśniowska-Gustyn Skład i typografia: Marcin A. Dobkowski | www.proAutor.pl Redaktor naczelny: Marcin A. Dobkowski Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mecha- nicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. MORGANA Katarzyna Wolszczak ul. Kormoranów 126/31 85-453 Bydgoszcz sekretariat@geniuscreations.pl www.geniuscreations.pl Książka najtaniej dostępna w księgarniach www.MadBooks.pl www.eBook.MadBooks.pl
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zima
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: