Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00433 007387 15356428 na godz. na dobę w sumie
Zła miłość - ebook/pdf R
Zła miłość - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 97
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-932553-3-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> proza
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Lepiej tego nie czytać...

„Zła miłość” to powieść psychologiczna o tym, co w życiu jest najważniejsze. O miłości, pięknie, tajemnicy, przeznaczeniu, grzechu, nadziei, złu, wspomnieniach, czasie i samotności.

Piękna historia o niezwykłej miłości, która zdarzyła się kiedyś naprawdę. Jest historią uniwersalną, pełną ukrytych znaczeń. Można do niej wracać wielokrotnie, bowiem jak rzadko która książka, zmusza do myślenia i zastanowienia się nad sobą, własnymi decyzjami i życiem.

„Zła miłość” niesie ogromny ładunek piękna, emocji i symboliki. Jest też niebezpieczna, bo nie pozostawi czytelnika takim, jakim był przed jej przeczytaniem. Nie można przejść obok niej obojętnie.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

kulturalny-kacik.blogspot.com KULTURALNY KĄCIK: "Zła miłość" Aleksander Sowa

Darmowy fragment publikacji:

Lepiej tego nie czytać Zła miło(cid:339)ć Aleksander Sowa zła miło(cid:339)ć Najnowsza powieść autora „Jeszcze jeden dzień w raju”, zdobywcy tytułu „Najlepszej książki na lato 2010 woralu literackiego Granice.pl” w głosowaniu czytelników i jury. zła miło(cid:339)ć Aleksander Sowa zła miło(cid:339)ć Opole 2011 © Copyright by Aleksander Sowa 2010 Projekt okładki: Aleksander Sowa Alfa Skład Łukasz Bieszke Fot. www.sxc.hu ISBN 978-83-932553-3-7 Korekta: Łukasz Mackiewicz – eKorekta24.pl Skład i łamanie: Alfa Skład Łukasz Bieszke Plac Teatralny 8-9/101 45-056 OPOLE Sprzedaż i dystrybucja: www.wydawca.net Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione. Wydanie II, 2011 – Mazikowi I. Dzień dobry. Jestem Ania. Mam już prawie sześć lat i nie różnię się niczym od innych dziewczynek z mojego przedszkola. Prawie, bo opowiem dzisiaj pewną historię. O miłości. Wiem, możesz pomyśleć, że przecież jestem tylko małą dziewczynką, która nie może nic o tym wiedzieć. Tym bardziej o pięknie, prze- znaczeniu, grzechach czy samotności. Tak, prawdopodobnie masz rację. Sześcio- latki z warkoczykiem jasnych włosów spiętych w mysi ogonek zwykle wiedzą znacznie więcej o ubrankach dla lalek niż o takich sprawach. Zgoda. Ale to nie znaczy, że tak jest i tym ra- zem. Zresztą myślę, że ty też niewiele o tym wiesz, chociaż jesteś dorosły. I wątpię, abym się myliła. A już pewno nie wiesz nic o tym, o czym tu za chwilę przeczytasz. Tym bardziej, że jest to prawdziwa historia, o złej miłości. 7 II. Ach, tatku, kiedy dorosnę, zostanę pisar- ką. Tak postanowiłam. Ludzie przecież zostają różnymi ludźmi. To znaczy ludźmi są takimi samymi, tylko to, co robią, jest różne. – Ale czasem jest to inne zajęcie niż to, o którym marzyli – odparł. – Wiem. Ale bywa i tak, że jest to dokład- nie to samo, co sobie wymarzyli – prawda, tatusiu? – Uhm. – Mamusia mówi, że chciała zostać ma- szynistką. W pociągu oczywiście. Zamierzała prowadzić wielkie lokomotywy. Pewnie takie jak tamta. – Która? – Tamta – wyjaśniłam. – O której czytała nam kiedyś pani w przedszkolu. – I? – Mama nie została kolejarką. Wiesz, nie 8 jest nawet konduktorką – dodałam. – Pisze za to na maszynie. Szyje też czasem ubranka dla moich lalek. – Widziałem, że uszyła spodenki w kratę na szelkach – odparł. – To dla mojej Malwinki – wyjaśniłam szybko. – Bardzo lubię, kiedy mama szyje. Możemy wtedy rozmawiać. Szyjąc, mamusia powiedziała kiedyś: – Choć nie jeżdżę lokomotywami, i tak je- stem szczęśliwa. – Jak to? – zapytałam. – Przecież nie jesteś maszynistką? – Ależ jestem – szepnęła na ucho. Potem dodała, mrugając okiem: – Jestem maszynist- ką. Tak jak chciałam, gdy byłam w  twoim wieku. Szyję na maszynie, na innej piszę – wyliczała z  uśmiechem. – Więc jestem ma- szynistką! Prawda? – Może tak, może nie – odparłam, nie bar- dzo wiedząc, co odpowiedzieć. – Ja będę pi- 9 sarką – podsumowałam rezolutnie. – Pisanką? – zapytała zdziwiona. Musisz wiedzieć, tatku, że mamusia coraz gorzej słyszy. Od tego pisania na maszynie. Prawdopodobnie. Czasem jakieś słowo trze- ba jej dwa razy powtarzać, aby dobrze zrozu- miała. – Nie, mamusiu – powtórzyłam. – Pisar- ką! To znaczy taką panią, co pisze książeczki dla dzieci – wyjaśniłam rzeczowo. – Na przy- kład jak tamtą o lokomotywie. – O lokomotywie? – powtórzyła. – Tak. – O ile mi wiadomo, to ta „pisarka” była mężczyzną, Aniu – rzekła, chichocząc. – Na- zywał się Julian Tuwim. – Nie pamiętam – przyznałam trochę za- wstydzona. – Ale mnie to wcale nie przeszka- dza, aby zostać pisarką – dodałam natych- miast, odwróciwszy uwagę od tego Juliana. – Rozumiem – mamusia odparła już z po- 10 ważną miną. – Myślałam tylko – ciągnęła, przyszywając guzik do szelek – że gdybyś jed- nak chciała być kiedyś pisanką zamiast pi- sarki, mogłabyś dzióbkiem rozbić skorupkę wokół siebie. I byłabyś wtedy małym, żół- ciutkim, cieplutkim kurczaczkiem. Zaśmiałam się i przytuliłam do mamusi. Dziewczynki chcą być, tatku, lekarkami albo nauczycielkami. Te odważniejsze chcą zostać stewardesami. Chcą latać samolotami z ludź- mi, których jest tak dużo, jak w moim brzu- chu było kiedyś truskawek. – Truskawek? – zapytał. – Tak. – Wtedy u babci na działce? – dopytywał dalej. – Tak. – A chłopcy? – Och, chłopcy chcą być szeryfami – rze- kłam z niesmakiem. – Strażakami albo piłka- rzami. Chcą grać o bardzo ważne nagrody na 11 bardzo dużych boiskach. Tak ogromnych, że nie potraię sobie nawet wyobrazić, jak wie- le popcornu tam się je, popijając colą. Piłka nożna i chłopcy są nudni, choć jeśli będzie się ich słuchało wystarczająco długo – dodałam – to mogą się wydać interesujący. – Rozumiem – odparł po chwili zastano- wienia. – To dobrze. Ja chciałam zostać pisarką. I zostałam nią. Tyle że wiesz, tatku – powie- działam – mamusia miała chyba rację. – Powinnaś jednak zostać pisanką? – za- pytał. – Tak. – Dlaczego? – dopytywał dalej. – Przebiłabym wtedy skorupkę wokół sie- bie. – A tak, Aniu, została ci ona do dziś? 12 III. Jako pisarka zamierzam wymyślać swoje historie w nocy. Potem je opiszę i sprze- dam w książkach. Zostaną oprawione w twar- de, kolorowe okładki. W księgarniach z wy- sokimi jak szafy półkami będą czekały na uśmiechnięte dzieci i ich mamy. Nie wiem, czy tak robią pisarki, ale ja tak będę robić. – Myślę, że tak właśnie robią – rzekł naj- poważniej w świecie. – Tak? – Tak sadzę – dodał, kiwając głową, po czym poprosił: – Opowiesz mi, Aniu, jakąś historię? – O czym? – O czym zechcesz – rzucił natychmiast z szerokim uśmiechem. – Dobrze. To wybierz. Może być o męż- czyźnie fotografującym sny? – Interesujące, ale musisz wybrać sama. 13 Może być o czarnoksiężniku, jeśli zechcesz. – Będzie o śnie – zdecydowałam po chwili. – Doskonale. – Myślę, że coś w tym jest – rzuciłam po chwili zastanowienia nad jego ostatnim zda- niem – tylko nie wiem dokładnie co, bo wciąż jestem jeszcze bardzo małą dziewczyn- ką, choć już z jasnymi planami na przyszłość. Nie wiem jeszcze, co to miłość, nadzieja, przeznaczenie, piękno czy grzech. Ale kiedyś przecież dorosnę, prawda? – Tak, Aniu – przytaknął. – Twoje plany są jak sznurek. – Sznurek, na którym mamusia wiesza pranie? – Podobny – odparł, kiwając głową. – Choć to nie jest istotne. Życie polega na wy- borach. Każdy z nas idzie jak po sznurku, aby znaleźć to, czego szuka. Wybieramy swoją drogę – mówił. – O drodze jeszcze niedużo wiem – przy- 14 znałam. – Poza tym, że nie każda może być dobra. Ale żadna też nie jest zła, dopóki nie dojdziemy do jej końca. – Dobrze jest, jeśli wybierając się w po- dróż, spotkamy kogoś, kto może z nami ra- zem iść. Cel naszej wędrówki możemy sobie wytyczyć, ale nie ludzi, których się spotka – rzekł, jakby to było coś niezwykle ważnego. – Dobrze, tatku, już zaczynam. – Po chwili namysłu zaczęłam opowiadać swoją historię. – Miałam kiedyś dziwny sen. Był o opowia- daniu, które kończy się niespodzianką. Jako pisarka spisałam je po przebudzeniu i teraz opowiem. 15 IV. Pokój wypełniała ciemność i tylko tro- szeczkę księżycowego światła oświetlało łóżko, w którym spałam. Tamtej nocy do rana pozostało jeszcze dużo czasu, tatku. Myślę, że to mogło być pół godziny. Albo półtoraj. – Półtorej – usłyszałam w swojej głowie. Spojrzałam na budzik. Myślałam, że za- dzwonił i pora wstać. Trzeba przecież iść do przedszkola. Zanim zacznę pisać, jako pisar- ka, muszę się tego przecież, tatku, nauczyć. Sam tak mówiłeś kiedyś. A tego właśnie uczy się w przedszkolu. Potem w szkole. Ale szkoła to bardzo, bardzo odległa przyszłość. Dopiero po wakacjach. Więc wróćmy do budzika. Wydawało mi się, że mnie obudził. Jed- nak spłatał tylko nieznośnego igla. Wcale nie dzwonił. Był tylko jednym ze znaków przy mojej sennej drodze. – Mówi się „półtorej” – usłyszałam znów. 16 Zrozumiałam wtedy. Wcale się nie obudzi- łam, tatku. Spałam jak przedtem. Nawet po- zwoliłam, by sen trwał dalej. Nie wiedziałam tylko, skąd pojawił się głos. Czy to budzik po- wiedział? – Przecież to niemożliwe – znów ten sam głos odpowiedział na moje myśli. – Kim jesteś? – zapytam przerażona. Tro- chę się jednak wystraszyłam. Nie co dzień sły- szy się dziwne głosy w swojej głowie, kiedy wokoło panuje mrok. Szczególnie gdy ma się sześć lat. Ale ciemność nie odpowiedziała. Nie usły- szałam już głosu. Poczułam za to, że ktoś pa- trzy. Wpatruje się we mnie. Leżał obok. Nie głos, oczywiście, ale… mały chłopiec. Wiem, że dawno mnie nie widziałeś, tatku. Więc nie wiesz. Jestem już duża. Chodzę do zerówki. Uczę się liter i liczb. To znaczy cyfr. W przyszłości pomoże mi to w mojej pracy pisarskiej. Pani mówi, że na 17 pewno. To się nazywa „solidne podwaliny”. Mnie się kojarzy jednak z podwalaniem się. Więc nie wiem, co o tym myśleć. Nieładnie się tak wyrażać. Dobrze, że ten chłopiec był naprawdę bardzo mały. Nie mówił nic. Tylko patrzył. – Jak masz na imię? – zapytałam ciekawa. – Nie mogę tego teraz powiedzieć – odparł wolno i wyraźnie. – Ale obiecuję, że sama to odkryjesz. – Obiecujesz? – powtórzyłam niepewna, bo przecież nie co dzień ma się takich dziw- nych gości w środku nocy. – Obiecuję – przytaknął. – Przysięgnij z ręką na sercu – zażądałam twardo. Chłopcy zawsze się mnie bali. Daję sobie z nimi doskonale radę. Ale ten, zamiast się przedstawić, wykonał dziwny ruch. Jak czarodziej przesunął dłonią od prawej do lewej strony tuż przed moją buzią. Nagle wszystko rozbłysło. Zajaśniało. Potem poczułam, że 18 chwyta mnie za rękę. Bez pytania. Wyobrażasz sobie, tatku? Pomyślałam, że to trochę niegrzeczne. Zwłaszcza że chłopiec był z pewnością młodszy ode mnie. Byłam jednak bardzo ciekawa. Nie protestowałam. Wiesz, tatku, nigdy wcześniej nie latałam. Kiedyś tylko na karuzeli, przyznaję, że było bardzo blisko. A on po prostu chwycił mnie za rękę i poleciałam. Wzniosłam się z nim w stronę światła. Jakbyśmy oboje byli ptaka- mi. – Boję się – zapiszczałam przerażona. – Niepotrzebnie – szepnął po chwili. Uśmiechał się delikatnie. – Czeka cię teraz coś bardzo ważnego. Muszę ci coś pokazać. – Ale ja nie potraię latać! – krzyczałam da- lej. – Potraisz. Potraisz wszystko, co zechcesz – dodał. – Musisz tylko naprawdę bardzo tego chcieć. I wzniosłam się razem z nim. 19 V. Zatrzymaliśmy się w wielkim, ciemnym domu. Tak naprawdę nie był szczegól- nie wielki, ale czułam się w nim taka malut- ka jak nigdy wcześniej. – Dlaczego tu jesteśmy? – zapytałam. – To dopiero początek. – Początek czego? – Zabieram cię w podróż – odparł, patrząc prosto w moje oczy. – Ale dokąd? – pytałam dalej ciekawa. Prawdę mówiąc, wcale mi się tam nie po- dobało. Były tam butelki i  brzydko pach- niało. Myślę, że w powietrzu unosił się dym z papierosów. Szczypał mnie oczy. Stał tam stary piec, taki, o którym mówi się, że jest kalowy. Podłoga skrzypiała przy każdym kroku. I właśnie wtedy, kiedy usłyszałam skrzypienie, poczułam też, że moje stopy i  stopy chłopca, który mnie tu przyprowa- 20 dził, nie dotykały jej. – Wiesz, Aniu, czasem to nie cel podróży jest najważniejszy, ale sama droga, którą do tego celu się dąży – rzekł chłopiec bardzo po- ważnym tonem. – Dziwnie mówisz – skomentowałam. – Możliwe – przyznał i natychmiast dodał: – albo tak ci się tylko wydaje. – Dlaczego? – Bo to – zaczął z wahaniem – nie jest moja podróż, ale twoja. A teraz spójrz – rzekł, wskazując wnętrze domu. – Widzisz? Byli tam ludzie. Tylko oni dotykali tej brudnej podłogi. Wydawali się jacyś znajomi. Nie potraiłam sobie jednak przypomnieć, gdzie ich widziałam. To było bardzo dziwne uczucie. Tak, jakbym widziała poruszających się żywych ludzi, którzy przed chwilą jakimś czarodziejskim sposobem uciekli ze starodaw- nych, mętnych zdjęć. – Widzisz coś jeszcze? – zapytał. 21 – Tak. Przy stole siedzi pijak. – Pijak? – odparł zdziwiony. – Skąd wiesz, że jest pijakiem? – Nie wiem, ale wygląda jak pijak. Nalewa sobie wódkę i płacze. A dziewczynka bawi się pustą butelką. – Jaka dziewczynka? – Zupełnie podobna do mnie. Pewnie nie ma więcej niż sześć lat, nie sądzę też, aby chodziła już do szkoły. Jak masz na imię? – zapytałam, uśmiechając się do niej. – Amnezja – odparła natychmiast, po czym od razu dodała: – a ty? Spojrzałam na nią, a potem na chłopca ze mną. Patrzył ciepłym spojrzeniem błękit- nych oczu i wydało mi się, że nagle zrobił się jakby bardziej smutny. Jego buzia nie była już taka jasna i błyszcząca jak wtedy, kiedy widziałam go po raz pierwszy. Nie potraię tego, tatku, wyjaśnić, ale wiedziałam, że zgo- dził się na zabawę z tą dziewczynką, choć nie 22 powiedział ani słowa. – Dziwne masz imię – powiedziałam, sia- dając na podłodze obok dziewczynki. – Skąd ono się wzięło? – Nie pamiętam – odparła, bawiąc się da- lej. – W co się bawisz? – zapytałam w nadziei, że zaprzyjaźnię się z nią. – W miłość. – W miłość? – zapytałam zdziwiona. Po chwili dodałam: – Nie znam tej zabawy. Po- wiedz, na czym ona polega? – Nie wiesz? – zapytała. Pomyślałam, że tak naprawdę nie wiem. I wtedy, nagle i niespodziewanie, poczułam dreszcz. Przebiegł niczym elektryczność po kręgosłupie. Chłopiec znów to zrobił. Spoj- rzał niebieskimi oczyma i usłyszałam ten ci- chy, szepczący głos, mimo że jego usta nawet o milimetr się nie poruszyły. – Wiesz, wiesz… Na pewno. Zaufaj mi. 23 Tymczasem dziewczynka, nie usłyszawszy tych słów, bawiła się dalej butelką. – Jestem głodna – odparła nagle, zupełnie zmieniając temat. – Od tak dawna niczego nie jadłam. Mężczyzna tymczasem, zamiast dać jeść dziewczynce, bo była przecież głodna, wypił kolejny kieliszek i patrząc na nią, nagle gło- śno zapłakał. Łzy ciekły po zapadłych policz- kach jak wielkie, bezbarwne groszki. – Dlaczego, Aniu, ten człowiek płakał? – usłyszałam głos taty. – Nie wiem dokładnie – odparłam. – My- ślę, że kogoś szukał. – Skąd wiesz? – Płacząc, łkał głośno: „Zgubiłem drogę do ciebie. Zagubiłem się i nie wiem, dokąd iść, aby cię teraz odszukać”. – Proszę pana! – odezwałam się poruszona. Nie rozumiałam, jak mógł nie widzieć dziew- czynki. Była w takiej ładnej różowej sukience, 24 tatku. – Proszę pana! – powtórzyłam głośniej. Ale nie słyszał. Szlochał dalej. – Szukam cię, czy tego chcesz, czy nie. Szukam cię, czy tego chcę, czy nie. To moja choroba. – Do kogo mówi ten pan? – zapytałam chłopca zrezygnowana, lecz nie odpowie- dział. Nagle znikł, tak samo jak nagle się po- jawił. Rozpłynął się w nicość. Nie było tam też już dziewczynki. Zostałam sama, tak po- twornie sama, że nie wiedziałam, gdzie się podziać. Byłam tylko ja i płaczący, nieogo- lony mężczyzna z zapadłymi policzkami, pi- jący wódkę przy stole pokrytym starą ceratą i patrzący w przestrzeń przed sobą. Zdawał się jednak mnie nie widzieć. Sądzę, że nie wi- dział niczego wokół siebie. Nie zauważał nic poza butelką i kieliszkiem, z którego pił. Był jak prowadzony przez psa niewidomy. – Odkąd pojawiłaś się po raz pierwszy, od- kąd poznałem cię, jesteś w mym sercu ciągle 25 – szlochał dalej – głęboko, na samym dnie i czasem tylko zbliżasz się do powierzchni, by przypomnieć o sobie, jak dziś. A mimo to szukam cię dalej, nieustannie, chcę cię odszu- kać. Tak bardzo chcę znów cię znaleźć. Gdzie jesteś? – krzyczał, chyba wiedząc, że nie usły- szy żadnej odpowiedzi. – Boję się tak bardzo – łkał, wyrywając włosy – że nigdy już cię nie odnajdę, nie odnajdę takiej, jaką jesteś na- prawdę. Posmutniałam. Żal było mi tego pana. Co z tego, że był pijany? Był nieszczęśliwy. Bar- dzo. Patrzyłam i przyszło mi wtedy do głowy, tatku, jedno pytanie. Czy ten pan szukał tej dziewczynki bawiącej się obok na podłodze, czy może kogoś innego? 26
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zła miłość
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: