Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00095 007134 14658389 na godz. na dobę w sumie
Złam prawo - ebook/pdf
Złam prawo - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 220
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-19-2 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

1981 rok, w niewyjaśnionych okolicznościach ginie dwóch nastolatków. Dwadzieścia pięć lat później ich dawny przyjaciel niechcący trafia a na trop mordercy. Miłość, zbrodnia, duża dawka erotyki, a wszystko osadzone w dobrze znanych polskich realiach.

 

Z bohaterem Gołębiewskiego spotykam się już nie po raz pierwszy i nie kryję, że lubię faceta: wiecznie zbuntowanego Piotrusia Pana, kochanka małolatek, gorzały i punk rocka. A w tej powieści pojawia się jeszcze dodatkowo mroczna zbrodnia jakby rodem z psychologicznego thrillera czy wręcz Hostelu albo Piły. Polecam, lojalnie uprzedzając czytelnika, że wrażenie będą mocne; zresztą czytelnik Gołębiewskiego na pewno beze mnie to wie.
Witold Horwath, autor powieści i scenariuszy filmowych

Bliski jest mi świat bohaterów książek Łukasza Gołębiewskiego. Brudny i chłodny emocjonalnie, a jednocześnie bardzo przejrzysty. Poza tym zawsze rozbraja mnie, nazwijmy to, jego poczucie humoru.
Maciej Zalewski, Radio Roxy FM.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jirafa Roja Warszawa 2010 © Copyright by Łukasz Gołębiewski, 2010 © Copyright by Jirafa Roja, 2010 Redakcja i korekta: Sylwia Mroczek-Zawadzka Projekt okładki: Łamanie: Agnieszka Herman Tatsu tatsu@tatsu.pl ISBN 978-83-62948-19-2 www.xenna.com.pl Wydanie I Warszawa 2010 Ziszczone pragnienie jest drzewem życia Prz 13, 12 Prawo ustanowione mnie brzydzi. Zawsze miałem tendencję do przechodzenia na czerwonym świetle, naruszania dozwo- lonych prędkości, sięgania po to, co zabronione. Taki jestem. W porządku, wiem, że to spóźnione wyznanie bun- tu pewnie was ubawi, ale pozwólcie staremu anarchiście na kilka pompatycznych frazesów. Obiecuję, że dalej bę- dzie to, co lubicie najbardziej, czyli jazda bez trzymanki, świntuszenie bez ograniczeń, zero autocenzury. Live fast, die young; sex, drugs rock’n’roll, permanentny stan poza kontrolą. Prawo zaś pozostawmy prawnikom, a moralność księżom. Do jednych i drugich czuję awersję; to pewnie przez moją niechęć do łaciny, za młodu na pamięć kazano mi wkuwać Horacego. Ta późna spowiedź, choć opatrzona imperatywem w tytule, nie ma nic wspólnego z manife- stem, nie jestem orędownikiem żadnej, choćby najbardziej wywrotowej, idei. Jeśli ktoś lubi się umartwiać, jego spra- wa; ja nie. Słowo adoracja kojarzy mi się ze wszystkim, tylko nie z wielkim postem, sam post zaś, to jedynie spo- wodowana przesytem chwilowa abstynencja. Łamanie prawa, to jednak coś więcej niż obchodzenie za- kazów, więcej niż uniki, naciąganie przepisów, błędy w zezna- niach podatkowych. W łamaniu prawa widzę coś bezczelnie 7 występnego, perwersyjną przyjemność, całkowitą świadomość niedozwolonego czynu. To niedozwolone właśnie kusi, wdzię- czy się niczym lolitka-kurwiszon z domowej roboty filmików porno dystrybuowanych w formacie DivX i nielegalnie ścią- ganych z Internetu. Do zakazów nie tyle podchodzę z nie- ufnością, co z pasją niszczyciela. Z uczuciem sadystycznego zadowolenia, jakie towarzyszy dziecku, które właśnie zrobiło cyrklem dziury w oczodołach lalki lub ukręciło plastikowe- mu żołnierzykowi głowę razem z hełmem. W tym uczuciu miesza się radość wolności niszczenia z poczuciem winy i lę- kiem przed karą. Być może na początku XIX wieku tak samo czuł się Ned Ludd, król destrukcji. Tę luddyczną ekspresję bu- rzenia praw i porządku odnalazłem w punk rocku. Well let’s break the law here tonight — śpiewał Anti Nowhere League. We don’t want your fucking law — deklarował Conflict. Anar- chistyczne marzenie o wolności i nihilistyczna pogarda dla prawem ustanowionej świętości. Chcę łamać prawo! Robię to z rozkoszą! Krzyczę o tym, by mnie lepiej usłyszano. Precz z tyranią zakazów, z zakodowanym w naszych cząsteczkach DNA genem tabu — zakazanego świata, którego cnoty strzeże oparta na samoograniczeniu się kulturowa tożsamość Euro- pejczyka. Precz z cenzurą superego, czas uwolnić libido! Tak wiem, brzmi jak manifest onanisty, ale co poradzę, że moje libido domaga się prawa do wolności, chce hasać niczym nie- skrępowane, obnosić się z lubieżną nagością, wystawiać język i ponętnie zakręcać jego koniec, mrugać zalotnie okiem, głębo- ko w nozdrza wciągać zapachy rozkoszy. Rozkosz — oto do czego dążymy, choćby jej cena miała być wysoka. Seksualność i perwersja towarzyszą naszym pierwszym kontaktom z zewnętrznym światem, niemalże chłoniemy je wraz ze słonecznym światłem. Seksualna jest 8 matczyna pierś, o którą od początku trzeba rywalizować z oj- cem, perwersyjne jest ssanie, sadystyczne wbijanie ząbków w cienką, delikatną matczyną skórę. W obawie przed karą zabijamy w sobie pokusę nieskrępowanej erotycznej zabawy, ale potrzeba przyjemności wciąż ścierać się będzie z naka- zem przyzwoitości. Aż przychodzi dzień, w którym przeważa pewność, że nie warto być przyzwoitym, dzień inicjacji, dzień przejścia granic świata grzechu. Może to być nieśmiały krok, zaledwie zerknięcie w tajemniczą piekielną czeluść pociąga- jącą namiętnymi odgłosami, jękami i sapaniem potępionych, ale można posuwać się dalej i dalej, krok za krokiem pokony- wać kolejne kręgi, zaznawać niekończącej się męki rozkoszy, na jaką skazane są rozpustne dusze. Przyznam, że sam zwa- biony jękiem poszedłem. Zstąpiłem tam, dokąd prowadziła mnie ciekawość. Już po kilku krokach wiedziałem, że się nie cofnę, stałem zafascynowany, patrząc na dantejskie sceny wi- jących się ciał. Nie odstraszyły mnie pożądliwe gardła rozpa- lane alkoholem, płuca niszczone narkotykowym dymem, ból zmieszany z rozkoszą, ślina z krwią, sperma z kałem, piękno z najgorszą ohydą, potrzeba zdobywania z uległością, brutal- ność z poniżeniem, dziewicza ciekawość zderzona z cyniczną lubieżnością. Tam chciałem być. Patrzeć na oddanie w lęku, w sekrecie, w poczuciu zdrady lub z niewinną namiętnością. Widzieć sceny miłosne i sceny przepełnione nienawiścią, ale wszystkie jednakowo występne, grzeszne, gdyż stawiające przyjemność ponad przyzwoitością. Co tam zresztą widzieć, chciałem w tym uczestniczyć z całym zaangażowaniem! A chcieć to budzić w sobie chuć. Najgorszym, czego można doświadczyć, jest smutna chwila braku woli, która przycho- dzi z przesytem. Wiem o tym aż za dobrze, gdyż — niestety — zdarzały mi się też takie chwile, gdy w panice szukałem 9 gdzieś w sobie pożądania. Boję się, że tym jest starość — okresem panicznej tęsknoty za pożądaniem, która już w nas wygasa, okresem, w którym fałszywie podmieniamy fizyczną rozkosz na bardziej umiarkowane formy przyjemności. Potem zapewne przychodzi wyciszenie, ale ja nie chcę wyciszenia, wciąż chcę krzyczeć i wołać, wolę czuć najstraszliwsze lę- ki niż grzecznie się wycofać. Samo słowo „grzecznie” mnie brzydzi. A wycofywać się nie zwykłem. Poznaniu rzecz jasna niejednokrotnie towarzyszy lęk, gdyż prawda będąca następstwem występku nie zawsze jest przyjemna. Jako osoba uznająca przyjemność za najwyższe dobro, a unikanie cierpienia i bólu za warunek osiągnięcia szczęścia, staram się rzeczy nieprzyjemnych w ogóle nie dostrzegać, a jeśli już muszę w nich uczestniczyć, jak naj- szybciej usiłuję zapomnieć. Interesuje mnie tylko to, co służy zaspokajaniu potrzeb, resztę — o ile to możliwe — omijam szerokim łukiem, zbywam pogardliwym milczeniem. Ale może się przedstawię. Mam na imię Krzysztof i nie- ubłaganie zbliżam się do czterdziestki, choć niechętnie się do tego przyznaję. Było w moim życiu kilka istotnych roman- sów, ale nigdy się nie ożeniłem, chyba za bardzo cenię sobie spokojne chwile samotności, a może zwyczajnie nie miałem szczęścia w doborze partnerek. Udało mi się u progu polskiego kapitalizmu zarobić trochę nie całkiem legalnych pieniędzy — najpierw spekulując akcjami na giełdzie, potem pośredni- cząc w wyprzedawaniu państwowego majątku. Państwowe zawsze mnie brzydziło, tak samo jak prywatne, własność to więzienie. Pomimo nieco anarchistycznych poglądów pienią- dze chętnie wydaję, zaspokajając hedonistyczne zachcianki. Bunt nie całkiem mi się ustatecznił, z niejakim uporem sta- ram się zachować w sobie świeżość dziecięcych pragnień. Bo 10 tylko w nich jest seksualna soczystość i rozkosz. Poza bun- tem, niczym krzyż Pański, niosę w sobie mściwą i nieza- spokojoną potrzebę osobliwie pojmowanej sprawiedliwości. Jest w tym tylko pozorna sprzeczność, mam własne moralne prawo, a więc i m o j a sprawiedliwość nie ma nic wspólnego z w y m i a r e m sprawiedliwości. Niczego nie chcę wymie- rzać, zwyczajnie pragnę, by świat był bardziej sprawiedliwy, a jeśli nie świat, bo nie ogarniam świata, to chociaż najbliższe mi otoczenie. To, jak pociąg do namiętności, kolejna spuścizna lat minionych. Moje piętno. Jako dziecko byłem świadkiem tragicznej śmierci dwóch moich najlepszych przyjaciół. Nie- łatwo takie obrazy zapomnieć, choć podświadomość usłużnie zamazała tak wiele innych niemiłych zdarzeń. Śmierć tra- giczna ma jednak tę jeszcze cechę, że trudno dla niej znaleźć uzasadnienie, zwłaszcza gdy przychodzi w młodym wieku. W głowie tętnią wówczas detektywistyczne pytania: dlacze- go tak się stało?, dlaczego oni?, jaki mógł być inny przebieg zdarzeń?, wreszcie — kto ponosi za to winę? i co z tą choler- ną sprawiedliwością? Brak sprawiedliwości to nowy powód do buntu — przeciw Bogu, prawu, policjantom, politykom; bo kto stworzył nam taki świat? Oto świat, w którym muszę żyć Oto świat, w którym nie chcę żyć (Dezerter) myślę, zbuntowany, słowami piosenki, ale wiem, że to nie- prawda, że jednak chcę, bo przecież tyle pokus czeka każ- dego dnia, każdego pięknego dnia dopóki niesiesz w sobie młodość. Dość gadania. Carry on. Część pierwsza Alek i Arek 1. Niewinne igraszki Kiedyś, za młodu, chciałem rozebrać swój mózg. Na pra- gnieniu w tym przypadku się kończyło, mama — jak na wiele innych rzeczy — z pewnością by nie pozwoliła, a ja nie miałem jeszcze dość w sobie energii by się przeciwsta- wić. Chciałem rozebrać na czynniki pierwsze, na nerwy, neurony i atomy, odrywać komórkę po komórce, jakbym zeskrobywał nożykiem korę z drzewa — aż do nagości. Nagi mózg…, czy coś by w ogóle z tego kłębowiska zosta- ło? Jakiekolwiek jądro? Za młodu wierzyłem, że wszyst- ko ma jakieś nietykalne, niedostępne, obwarowane tabu, centrum. Teraz już nie wierzę. Skoro mama nie pozwalała mi dotrzeć do sedna, li- czyłem, że zrobią to inne kobiety, że poprowadzą mnie za rękę. I nie upierałem się przy mózgu, czułem jednak co- raz gwałtowniejszą potrzebę rozbierania. W rozbieraniu jest zawarta dziecięca ciekawość świata, dzięki rozbiera- niu poznajemy, wnikamy, zaspokajamy nasze nienasycone pragnienie wiedzy. Rozebrać, a potem spróbować ogarnąć wszystko na nowo, z innej wszak już perspektywy. Ro- zebrane staje się bliskie, rozebrane daje naszym dłoniom moc stwarzania. Jest w tym boski pierwiastek, tylko po rozebraniu, możemy tchnąć w istotę nowe życie. 15 Mój pierwszy kontakt z nagością był jednak daleki od sekretnych pragnień. Inicjacja osłupiałego dziesięciolatka, w garderobie mojej mamy, gdzie natknąłem się na zupełnie nagą i niezupełnie trzeźwą kobietę, której nigdy wcześniej w naszym domu nie widziałem. — Jestem ciocia Doro- ta — powiedziała i wzięła mnie za rękę, którą przytknę- ła do białej skóry nieco obwisłych piersi. Była tak chuda, że kości ramion niemal przebijały się przez cienką skórę. Pierś była miękka i chłodna. Patrzyłem na tę nagość z fascynacją i wstydem. Wsty- dziłem się swojej erekcji, której nie dało się nie zauważyć, choć w odróżnieniu od niej, ja stałem ubrany. Myślałem, że taka reakcja nie przystoi mężczyźnie, ale nic na nią nie mogłem poradzić. Dotykałem delikatnie jej skóry, ona przesunęła moją dłoń w dół, wzdłuż płaskiego brzucha, i mocno przyciskając, zatopiła ją w kępie jasnych włosów pomiędzy udami. Tam już nie była chłodna. Była gorąca i wilgotna. Patrzyła mi w oczy, a ja robiłem się coraz bar- dziej czerwony z zawstydzenia. Nagle odepchnęła od siebie moją rękę, wykonała dwa obroty, prezentując swoją nagość w pełnej krasie, po czym poprosiła, bym podał jej jedną z sukienek mamy. — Wpadłam coś pożyczyć na dzisiej- sze przyjęcie — rzuciła lekko i roześmiała się. — No, idź już do swojego pokoju i nie mów o tym nikomu — dodała konfidencjonalnie, widząc, że nadal stoję i patrzę zmiesza- ny. Cioci Doroty nigdy później nie widziałem. Ale marzyłem o niej zasypiając, o tym wilgotnym cie- ple, a w samotności nie wstydziłem się swoich reakcji na te zakazane myśli. Jej nagość wyzwalała większe żądze niż jakiekolwiek moje wcześniejsze eksperymenty. Była bardziej pociągająca niż wyjmowanie trybików z zegara, niż moja 16 kolekcja małych wytrawionych płytek z układami scalony- mi, nawet niż sekretnie konstruowane petardy karbidowe, które z kolegami wrzucaliśmy do ogniska. Onanizm, który odkryłem tamtej samotnej nocy, był być może pierwszym doświadczeniem zakazanej przyjemności. Z poczuciem winy wcierałem potem spermę w prześcieradło, czułem, że łamię nie tylko tabu, ale wchodzę na obszar niedozwolonej rozko- szy. Poczułem przyjemny smak wykroczenia. Ciocia Dorota zniknęła, pozostał tylko niejasny obraz jej ciała w pamięci. Była roześmiana, chuda, energiczna i miała pewnie nie więcej niż trzydzieści lat. Nigdy nie miałem odwagi spytać, skąd się u nas wzięła i dlaczego tak nagle zniknęła. Zniknęła jak ciocia Marta, która narysowała mi w pa- miętniku słonia wraz z pisemną obietnicą, że więcej na- rysuje, jak się nauczy. Gdy rysowała, patrzyłem skupiony na prześwitujące przez jedwab letniej koszulki zaróżowione pełne piersi. Jakże inne od obwisłych piersi cioci Doroty. Te wyglądały jak dojrzały owoc, kusiły tajemniczym za- głębieniem pomiędzy dwiema napiętymi półkulami. Cio- cia Marta jednak nigdy nie nauczyła się rysować niczego więcej prócz słonia. Uwielbiałem zapach młodej przyjaciółki mojej babci, cioci Małgosi. Ona także chętnie ukazywała w szerokich dekoltach swoje oliwkowe piersi. Odkryłem, jak różna po- trafi być kobieca skóra. Napięta lub lekko pofałdowana, ma- towa lub mieniąca się refleksami światła, blado-przezro- czysta, różowa, miodowa, oliwkowa, złocista, orzechowa, może mieć barwy wiosny, lata, jesieni a nawet zimy. Może być pokryta piegami lub obnażać siateczkę delikatnych ży- łek. A same kobiece piersi przybierały w mojej wyobraźni 17 kształty nieznanych egzotycznych owoców, które delikat- nie smakowałem koniuszkiem języka. Kobiety w wyobraź- ni były już nagie, a dawny rytuał rozbierania zmieniał się w tych fantazjach w coś na kształt obierania — obierania jędrnego owocu ze skórki, spod której zaraz może wytrys- nąć ciepły i lepki sok. Wstydziłem się tych myśli. Dzięki cioci Małgosi wkroczyłem też w świat zapa- chów. Odkryłem, że kobiety pachną na wiele sposobów — ciężko i zdecydowanie za słodko, jak pachniała mama czy babcia, lub orzeźwiająco i wiosennie, jak ciocia. Po- tem odkryłem też zapachy kwiatów i owoców na kobiecej skórze — od niewinnej woni rumianku po oszałamiający zapach wanilii, sandałowca lub jaśminu. W ich włosach wyczuwałem aromatyczną woń cytrusów lub słodycz alo- esu. Miejscem skupiającym wszystkie te wspaniałe za- pachy była jednak szyja. Patrzyłem na długą szyję cioci Małgosi i chciałem wtulić w nią twarz, chciałem ją ca- łować, zlizać z niej każdą najmniejszą, niewidzialną dro- binkę. I choć się tego wstydziłem, niecierpliwie czekałem, kiedy znów przyjdzie i pocałuje mnie w obydwa policzki, zmierzwi włosy, co było namiastką narastających w wy- obraźni zakazanych pieszczot. Zasypiając, wsłuchiwałem się w odgłosy z sypialni ro- dziców. Intuicyjnie przeczuwałem, że dzieje się tam coś ważnego, coś ekscytującego, z czego zostałem wykluczony. Czułem złość, gdyż robili coś w tajemnicy przede mną, coś o co wstydziłem się zapytać przekonany, że niewłaściwym jest już samo nasłuchiwanie, a cóż dopiero rozmowa o tym. Poczucie wykluczenia podsycało bunt. Nie reagowałem ci- chym wycofaniem się jak zapewne większość rówieśni- ków, lecz wściekłą chęcią uczestnictwa. 18 Zakazy z natury swej mają charakter prewencyjny. Nie dotykaj, nie zbliżaj się, nie myśl. Mają utrzymywać z da- la, bronić wstępu, nie dopuszczać, wykluczać. Aby się im podporządkować, trzeba być albo człowiekiem uległym, albo pozbawionym ciekawości. A mnie ciekawość rozsa- dzała. Była jak afrodyzjak. Zamknięty pokój, ciemności, odległe szepty, skrzypnięcia sprężyn, podsłuchane jęki — nieznane rozpalało wyobraźnię, która celnie prowadziła mnie drogą ku seksualności. Niewinne igraszki, wówczas jeszcze nienazwane, po- zbawione etymologii, która pozwalałaby odkryć istotę, prawdziwy sens, jaki dziś — spisując te wspomnienia — nadaję uczuciom i sensualności. Ciche pragnienia i nieme zachwyty, skrywane pożądanie i wstyd. Migawki kobiecej nagości, ulotne, ledwie dostrzegalne, łowione ukradkiem na podglądanych przez szczelinę w drzwiach wieczornych filmach w telewizji, które były kolejną zakazaną, odgro- dzoną od mojego świata, strefą. Kto wie, czy to nie te fil- mowe dotyki i pocałunki, te wystające spod kołder piersi, te okryte delikatnym tiulem uda, odgłosy cmoknięć dobie- gające z odbiornika, czy nie one były pierwszą intuicyjną sztuką miłości, która pozwalała przenosić porwany świat obrazów w moją dziecięcą rzeczywistość? „Kocham cię” mówili na ekranie obcy ludzie, a to oznaczało, że każdy może kochać i każdego można obdarzać uczuciem, że mi- łość jest także poza domem, że jest uniwersalna, a więc i pospolita. Jak pospolite są te pozbawione zapachów te- lewizyjne obrazy, choćby nie wiem jak rozbudzały wy- obraźnię, tak samo pospolite zdawały się odgrywane na- miętności. Wcale mnie to nie zrażało! Przeciwnie. Sko- ro miłość jest na wyciągnięcie ręki, dlaczego mam jej nie 19 doświadczać, kto i dlaczego chce mi jej zabronić? Oczy- wiście, moje myśli o miłości odarte były z transcendencji, miłość oznaczała ciepło, zapach wanilii, było w niej coś delikatnego ale i wilgotnego. Bardzo wcześnie uznałem miłość za coś nieprzyzwoitego, za powszechną, masową zbrodnię przeciwko tabu. I tylko łamiąc zakazy, mogłem jej doświadczyć w nie skrępowanym wymiarze. 2. Glista Na podwórko, pod trzepak przychodziła czasem mała za- lękniona dziewczynka, wołaliśmy na nią Glista. Przezwi- sko niezbyt piękne, ale i Glista nie wyróżniała się urodą. Miała dwóch starszych braci bliźniaków i to chyba oni tak ją ochrzcili, bo chuda i brzydka. — Glista, spadaj stąd, nie widzisz, że się bawimy? — odganiali ją, kiedy smęt- nie patrzyła, tuląc w ramionach jakąś szmacianą lalkę czy brudnego pluszowego jamnika. — Glista, idź do mamy, nie strasz ludzi! — krzyczał jeden z braci, a drugi zanosił się krótkim urywanym śmiechem. Śmiał się tak samo cho- robliwie ze wszystkiego, nawet z ojca, gdy ten pijany ga- niał za nim, wymachując paskiem. Moi koledzy z podwórka — Alek i Arek — byli ode mnie starsi o dwa lata, marzyli, że kiedyś zostaną kieszon- kowcami, nikogo się nie bali i z każdym szukali zwady. Choć urodzili się jeden po drugim w odstępie dwudziestu minut, w ogóle nie byli do siebie podobni. Alek swój zno- szony beret w szkocką kratkę zawadiacko przechylał na prawą stronę, a na bicepsach wyciął sobie żyletką niezbyt głębokie, ale widoczne sznyty. Grubszy od brata Arek tra- cił łobuzerski urok przez za duże okulary, w których przy- pominał A’Tomka, bohatera popularnych komiksów Papcia 21 Chmiela. Miał za to własnoręcznie wydziergany stalówką tatuaż — pojedyncze granatowe kropki wbite jedna przy drugiej tworzyły obrys serca. Bliźniacy uczyli mnie, jak przetrwać w warunkach ekstremalnych, byłem dla nich niczym młodszy brat, na którym można wypróbowywać najbardziej szalone pomysły. Z dumą nosiłem na ramieniu wypalone rozgrzanym stopionym plastikiem piętno, ślad pozostawiony mi przez Arka na znak dojrzałości i brater- stwa, które przypieczętowaliśmy, przecinając sobie nad- garstki i łącząc wspólną krew. Wybijaliśmy w szkole szyby w oknach, dewastowaliśmy przystanki autobusów, podpa- laliśmy kosze na śmieci, bogatszym sąsiadom spuszczali- śmy powietrze z opon, a w święta narodowe ściągaliśmy wszystkie czerwone flagi w okolicy. Łamaliśmy prawo dla czystej przyjemności, nie szukaliśmy korzyści, w zupełno- ści wystarczało poczucie satysfakcji. Czytaliśmy książki o partyzantach, takie jak „Leśna szkoła strzelca Kaktusa” czy „Wielka wojna z czarną flagą”, marząc o wysadzaniu w powietrze mostów i torów kolejowych. Chcieliśmy nisz- czyć. Mogliśmy zostać Talibami lub żołnierzami Czerwo- nych Brygad, gotowi byliśmy służyć każdej niszczycielskiej sile, całkowicie obojętni na ideologię, religię czy patriotycz- ne przywiązanie do ojczyzny. Wówczas zrozumiałem, że destrukcja nie ma ojczyzny. Destrukcja jest niezależna od rasy czy wyznania, jest wolna niczym tornado, swobodnie przemieszcza się z niszczycielską siłą. Nie znęcaliśmy się na słabszych, nie licząc biednej Glisty, nie znęcaliśmy się na kotach, psach czy ptakach, bo wydawały się śmiesznie bezbronne. Naszym celem był mitologizowany system — w późniejszym okresie nazwany Babilonem — uosobiony przez szkołę, mienie społeczne, rzucające się w oczy bogac- 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Złam prawo
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: