Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00118 007067 13412706 na godz. na dobę w sumie
Złoto pustyni - ebook/pdf
Złoto pustyni - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323877233 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Grupa naukowców i zapaleńców z Muzeum Brytyjskiego organizuje wyprawę do Egiptu. Na skutek niezwykłego zbiegu okoliczności dołącza do nich młoda i piękna Katherine, która ma być asystentką sir Huntera MacDonalda, szefa ekspedycji, a tymczasem niespodziewanie się z nim zaręcza. Jeszcze w okresie przygotowań i podczas podróży dochodzi do niepokojących wydarzeń - zagrożone jest życie niektórych członków wyprawy. Kto broni dostępu do drogocennych znalezisk?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Grupa naukowców i zapaleñców z Muzeum Brytyjskiego organizuje wyprawê do Egiptu. Ma nadziejê odkryæ nieznane jeszcze staro¿ytne skarby z³o¿one w grobowcu arcykap³ana Ramzesa Wielkiego. Na skutek niezwyk³ego zbiegu okolicznoœci do³¹cza do nich m³oda i piêkna Katherine, która ma byæ asystentk¹ sir Huntera MacDonalda, szefa ekspedycji. Jeszcze w okresie przygotowañ i podczas podró¿y dochodzi do niepokoj¹cych wydarzeñ – zagro¿one jest ¿ycie niektórych cz³onków wyprawy. Kto broni dostêpu do drogocennych znalezisk? Duch arcykap³ana czy chciwy i bezwzglêdny cz³owiek? Z Ł O T O P U S T Y N I Kontynuacja powieści „Klątwa” Tytuł oryginału: Reckless Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2005 Opracowanie redakcyjne: Barbara Syczewska-Olszewska Korekta: Marianna Chałupczak ã 2005 by Heather Graham Pozzessere ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Druk: ABEDIK ISBN 978-83-238-3045-0 ROZDZIAŁ PIERWSZY – Boz˙e wielki! On wpadł do wody! Katherine Adair – Kat dla najbliz˙szych i przy- jaciół – krzyknęła i zerwała się na równe nogi. Do tej chwili nic nie zakłócało spokoju. Ta niedziela niczym nie róz˙niła się od innych, które razem z nieliczną rodziną spędzała na pokładzie łodzi, pływając po Tamizie i oddając się bardzo przyjemnym zajęciom. Czytała, trochę marzyła, zerkała na ludzi z wyz˙szych sfer, widocznych na pokładach imponujących jachtów, i śmiała się z Elizy, młodszej siostry, zabawnie naśladującej afektowaną mowę nadętych arystokratów. Cza- sami śpiewały razem stare szanty, pozwalając sobie na bardziej pikantne zwrotki, o ile natural- nie w pobliz˙u nie było ojca. Bywało jednak, z˙e Kat przede wszystkim pusz- czała wodze fantazji i oddawała się marzeniom o pewnym młodzieńcu, którego przed chwilą fala zmyła z pokładu jachtu ,,Inner Sanctum’’, łodzi bez porównania bardziej luksusowej niz˙ skromna łódka jej ojca. 5 To David. David Turnberry, najmłodszy syn barona Rothchilda Turnberry’ego, z powodze- niem studiujący w Oksfordzie, zapalony podróz˙- nik. – Co ty wyprawiasz, Kat? – skarciła ją zanie- pokojona Eliza. – Siadaj! Rozkołyszesz naszą starą łajbę i tez˙ wpadniemy do wody. O niego się nie martw. Wyłowi go któryś z jego kom- panów. Niestety, z˙aden z nich się nie kwapił. Tego dnia rzeka tu, w estuarium, do którego wdziera się morze, była bardzo niespokojna. Dlatego ci tchórze pouczepiali się takielunku, patrzyli w wodę, krzyczeli, z˙aden jednak nie skoczył na ratunek. Kat rozpoznała jednego z nich. To Robert Stewart, przystojny, majętny i szarman- cki, najlepszy przyjaciel Davida. Dlaczego więc nie skacze do wody?! Fale były rzeczywiście wysokie. Kat była w stanie zrozumieć, z˙e koledzy Davida się bali, a mimo to błagała w duchu, z˙eby w końcu któryś z nich pospieszył na ratunek Davidowi. Nie moz˙e przydarzyć mu się nic złego, jest taki przystojny i ujmujący. Z˙aden młody człowiek w całej Ang- lii, a prawdopodobnie i daleko poza jej granica- mi, nie ma tak pięknego uśmiechu... – Elizo! Oni wcale po niego nie płyną! – Na pewno popłyną. – On utonie! Rozejrzała się dookoła. Ojca nie widać, wcale dziś nie łowi ryb, tylko grucha pod pokładem 6 z lady Daws, której śmiech przypomina rechota- nie morskiej wiedźmy. Kat spojrzała znów na rzekę i zamarła. Nie było widać głowy Davida, jeszcze przed chwilą wynurzającej się co pewien czas nad powierzchnię wody. Nie! Jest! Jest! Ale jakz˙e daleko od lśniącej, pięknej łodzi. – Elizo, on utonie... – Kat, błagam, tylko nie skacz! Jeszcze sama się utopisz! – Być moz˙e, lecz umrę razem z nim. Ubóstwo ma czasami dobre strony. Nie trzeba ściągać gorsetu czy tiurniury. Kat szybko zrzuci- ła z nóg trzewiki o solidnych zelówkach, zsunęła z bioder płócienną spódnicę, w sekundę pozbyła się z˙akieciku. Została w samej koszuli. Mimo rozpaczliwych protestów siostry – skoczyła do brudnej, mętnej wody, tak zimnej, z˙e paraliz˙owa- ła ruchy. Na szczęście Kat od małego była z wodą za pan brat. Spokojnie więc nabrała do płuc powietrza, zanurzyła głowę i zaczęła płynąć tak szybko, jak zdołała. Wynurzyła głowę dopiero wtedy, gdy zbliz˙ała się do jachtu. Słyszała, jak męz˙czyźni na po- kładzie pokrzykują, w ich głosie słychać było nutę paniki. – Widzisz Davida? – Tak. Widzę głowę... Ponownie się zanurzył. O Boz˙e! Chyba poszedł na dno! Obracaj łódź, obracaj, musimy go odnaleźć. Kat, nabierając głęboko powietrza, znów za- 7 nurzyła się pod powierzchnią, próbując przebić wzrokiem mętną wodę. Nagle go zobaczyła. Z prawej strony, kilka stóp pod sobą. Nieruchome ciało, powoli opada- jące w ciemną toń. Z˙yje? Czy... O Boz˙e, nie! Zanosząc w duchu gorące modły, podpłynęła do Davida i chwyciła go dokładnie tak, jak uczył ojciec. Najpierw nalez˙y wsunąć dłoń pod brodę nieszczęśnika i pchać jego głowę w górę, ku powierzchni wody. Siłę mięśni całego tułowia, nóg i drugiego ramienia zostawić na później, kiedy trzeba będzie płynąć z nim do brzegu. Poruszała nogami i starała się utrzymać w po- zycji pionowej, nie zapominając ani na chwilę, z˙e teraz nie wolno tracić sił na walkę ze wzburzo- ną wodą. Trzeba jej się poddać, z˙eby wypchnęła na powierzchnię. Gdy to się stało, Kat skupiła się na tym, z˙eby głowa Davida była cały czas nad lustrem wody. Zmusiła się do tego, by oddychać równomiernie. Szarobrązowe fale z białą grzywą piany wydały się jej z˙ywymi stworami, które próbują wciągnąć ją w głębinę. A do brzegu tak daleko! Zaczęła upadać na duchu, było jej potwornie zimno, a mimo to uzmysłowiła sobie, z˙e on... jest w jej ramionach! Jeśli umrze, to właśnie tu, w jej objęciach! – Wielki Boz˙e! Ethanie! Widzisz tych głup- ków? 8 Hunter MacDonald wpatrywał się w młodych ludzi, którzy miotali się po pokładzie jachtu. Widział wszystko. Jeden z nich wpadł do wody, a pozostali, zamiast pospieszyć z pomocą, kręcili się w kółko i krzyczeli. Co za durnie! – ocenił. – Przejmuj ster. Ja popłynę po chłopaka. – Alez˙, sir Hunterze! – Ethan Grayson, wyso- ki, ogorzały i zbyt rozsądny, z˙eby kusić los, zaprotestował głośno: – Przeciez˙ pan się utopi. – Nie, Ethanie, wcale się nie utopię – odparł spokojnie sir Hunter i, pozbywając się butów, z˙akietu i spodni, spojrzał z uśmiechem na wier- nego towarzysza. Na lądzie kamerdynera, a na wodzie mata. – Drogi przyjacielu! Jeśli dałem radę umknąć krokodylom w Nilu, poradzę sobie z angielską pogodą. Przyodziany tylko w koszulę i kalesony, wy- konał piękny skok do wody i skierował się w stronę, gdzie po raz ostatni widział głowę nieszczęśnika. Za nim niosło się po wodzie gniewne łajanie wiernego towarzysza. – Jeśli ktoś jest ,,sir’’, nie musi od razu zna- czyć, z˙e brak mu piątej klepki! Nie do wiary! Przez˙ył głód, wojnę i podłość ludzką, a teraz, z˙eby ratować jakiegoś chłystka, gotów się uto- pić! Niesłychane! Hunter płynął szybko, z˙eby wysiłek przełoz˙ył się na ciepło, tak potrzebne teraz jego ciału. Woda była piekielnie zimna. Pomyślał ponuro, z˙e chyba łatwiej pływać w Nilu z krokodylami. 9 Wreszcie! W siąpiącym deszczu Kat niemal dotarła do brzegu, ciągnąc za sobą bezwolnego Davida. Jeszcze tylko kilka jardów. Stopami dotknęła dna, czuła nie tylko muł, ale Bóg jeden wie, co jeszcze. W kaz˙dym razie na pewno skaleczyła się o kawałek szkła czy porcelany. Nie zwróciła na to uwagi. Najwaz˙niejsze, z˙e wreszcie znaleźli się na stałym gruncie, ponie- waz˙ zupełnie opadła z sił. Z ogromnym trudem, na czworakach, wytaszczyła nieruchome ciało na błotnistą, nierówną darń i padła obok, komplet- nie wyczerpana. Mogła robić tylko jedno – od- dychać. Oddychać głęboko, napełniać płuca z˙y- ciodajnym powietrzem. Spojrzała na Davida i nagle ogarnął ją panicz- ny strach. Poderwała się, jej ręce wparły się w jego pierś. Nacisnęła, raz, drugi, jak najmoc- niej. Nareszcie! Zaczął kasłać, krztusić się, spo- między sinych warg wypłynęła woda. Zakasłał jeszcze kilka razy, w końcu uspokoił się. Teraz słychać było tylko jego chrapliwy oddech. Z˙yje. – Dzięki Ci, Panie – szepnęła z˙arliwie i nie odrywając oczu od długich, gęstych rzęs, zna- czących ciemne półkola na twarzy o szlachet- nych rysach, dodała cicho: – Jesteś taki pięk- ny... Otworzył oczy. Były niczym dwa bursztyny. Kat pomyślała, z˙e po przymusowej kąpieli w lodowatej wodzie i walce z z˙ywiołem musi wyglądać okropnie. Natura obeszła się z nią 10 łaskawie. Dała gęste wijące się rude włosy, duz˙e piwne oczy, kształtne usta. Teraz włosy zwisały w strąkach, oczy zapewne miały czerwone ob- wódki, a usta były sine. Fakt, z˙e David widział ją w takim stanie, był czymś najgorszym, co mogło jej się przydarzyć. Ona przeciez˙ marzyła nie- ustannie o z˙yciu wśród wyz˙szych sfer, chociaz˙ owe kręgi nigdy by na to nie zezwoliły córce ubogiego, zmagającego się z losem artysty. W dodatku Irlandczyka. David poruszył ręką, smukłe palce ostroz˙nie dotknęły twarzy Kat. – Płynęliśmy z wiatrem – powiedział cicho, z wysiłkiem – Słuchaliśmy go i śmialiśmy się, z˙e ten wiatr nam śpiewa albo syreny nas wabią. Nagle... nagle ktoś mnie popchnął. Na Boga, tak! Przysięgam! Czułem na plecach czyjeś ręce... A potem juz˙ tylko chłód i ciemność... Skupił wzrok na Kat. Po twarzy przemknął mu uśmiech. – Zapewne jesteś aniołem... Tak, tak. Ko- cham cię, mój aniele. Chociaz˙ nie, nie jesteś aniołem, tylko syrenką. I dlatego z˙yję. Przesunął opuszkami palców po twarzy Kat. Mogłaby juz˙ umrzeć, zabierając ze sobą to cudowne doznanie do nieba. Nagle zachrzęścił z˙wir, ktoś schodził dróz˙ką po nabrzez˙u. Natychmiast zerwała się na równe nogi, świadoma, jak z˙ałośnie wygląda. Przeciez˙ mokra koszula, zamiast przesłaniać zziębnięte ciało, przylega do niego bardzo nieskromnie. 11 Objęła się więc szybko ramionami, bo wyraźnie usłyszała głos jakiejś kobiety. – Wiem, wiem, szukają go, ale... ja widziałam coś, na pewno coś tu widziałam. – Margaret, proszę, nie denerwuj się tak – odezwał się jakiś męz˙czyzna – Przeciez˙ David potrafi pływać. Na pewno nic mu się nie stało. Najpierw ukazała się dama – piękna, smukła i wytworna w sukni, jakie nosiło się przy końcu lata. Na głowie miała fantazyjny kapelusik, nasa- dzony na bakier, w ręku trzymała parasolkę. Szła na obcasikach, z kaz˙dym wdzięcznym krokiem tiurniura kołysała się lekko. Włosy damy były płowe, oczy błękitne jak włoskie niebo. Obok niej szedł dz˙entelmen w starszym wieku, równie elegancki, w nienagannie skrojonym garniturze, pelerynie i cylindrze. Byli coraz bliz˙ej... Kontrast między Kat a elegancką damą był przeraz˙ający. Postanowiła wziąć nogi za pas, i to natych- miast. Odwróciła się ku rzece, dokładnie w chwili, gdy w miejscu oddalonym o niecałe dwadzieścia jardów wynurzył się z wody jakiś męz˙czyzna. Wysoki, szczupły, ale mocny, z doskonale widoczną umięśnioną klatką, której nie osłaniała rozpięta na całej długości koszula. Mokre ciemne włosy oblepiały czaszkę, twarz była uderzająco przystojna, o rysach niemal klasycznych. – Proszę poczekać! – zawołał. 12 Tego jeszcze brakowało. Kat, krzyknąwszy cicho, jak strzała pokonała kilka stóp dzielących ją od błotnistego brzegu i plasnęła w wodę. – Margaret? David zamrugał powiekami, wytęz˙ając wzrok. Tak. To ona, urocza córka lorda Avery’ego, piękna i posaz˙na lady Margaret. Po jej policz- kach spływały łzy, o wiele większe niz˙ krople deszczu. Ta wytworna dama, nie bacząc na błoto, siedziała na ziemi, trzymając jego głowę na kolanach. Chociaz˙ Margaret nie raz i nie dwa dawała mu do zrozumienia, z˙e z˙ywi wobec niego wiele ciepłych uczuć, nie wątpił, z˙e w wyścigu o jej rękę plasuje się daleko za Robertem Stewar- tem i Allanem Beckensdale’em. Chwileczkę... Byłby przysiągł, z˙e przed chwi- lą widział nad sobą inną twarz, tez˙ kobiecą. Ładną twarz, więcej niz˙ ładną, o błyszczących zielonobrązowych oczach i płomiennych, rudych włosach. Syrena? A moz˙e to tylko wytwór wy- obraźni? Tak samo jak ręce, które zepchnęły go do wody? – Davidzie! Odezwij się, proszę. Jak się czu- jesz? – Och, najdroz˙sza Margaret, wszystko w po- rządku. Co prawda, był wykończony i zmarznięty, ale jakiez˙ to mogło mieć znaczenie, skoro hołubił go obiekt jego najgorętszych pragnień. Niemniej jednak nadal był nieco zdezorientowany. – Uratowałaś mnie? 13 – Cóz˙, ja... przeciągnęłam cię po tym brzegu, nieco wyz˙ej. – Będzie z˙ył! – krzyknął ktoś. David szybko spojrzał w stronę, skąd dobiegł dziarski głos. Wydał mu się znajomy. Nie omylił się. Był to sir Hunter, słynny z˙eglarz, z˙ołnierz, pasjonat wykopalisk oraz namiętny poszukiwacz przygód. Równiez˙ ozdoba londyńskich salonów. Zbliz˙ał się teraz do Davida, cały mokry, zmęczo- ny, ale i uradowany. – W pańskich rękach chłopak jest bezpiecz- ny, milordzie – oświadczył i oczy Davida na- tychmiast wyśledziły ojca Margaret, stojącego kilka stóp dalej. – Ja muszę odszukać dziew- czynę. – Dziewczynę? – powtórzył zdumiony David. – Tę, która uratowała ci z˙ycie – wyjaśnił lakonicznie sir Hunter. – Na Boga, sir Hunterze, nie zamierza pan chyba znów rzucać się do wody! Przeciez˙... – zaczął pełnym niepokoju głosem lord Avery, lecz sir Hunter przerwał mu niecierpliwie: – Naturalnie, z˙e mogę, bo inaczej dziewczyna utonie! – To pan się utopi, sir Hunterze. Dziewczynę na pewno ktoś wyłowi, rybacy albo ludzie z in- nych łodzi! Protesty lorda Avery’ego zdały się na nic. Sir Hunter odwrócił się i szybkim krokiem podąz˙ył ku rzece. – Ojcze, nie martw się! – zawołała lady Mar- 14 garet. – Sir Hunterowi nic się nie stanie, on pokona kaz˙dą przeciwność! No tak, pomyślał smętnie David. Sir Hunter, bohater niepokonany, a David Turnberry, ledwo z˙ywy, lez˙y w błocie. Ale w jej ramionach! – Mam nadzieję, z˙e nie mylisz się, moja dro- ga – powiedział lord Avery, przyklękając obok Davida. Zsunął z ramion z˙akiet i okrył nią niedoszłego topielca. – Chwała Bogu, z˙e z˙yjesz, drogi chłopcze. Moz˙esz wstać? Trzeba jak naj- szybciej jechać do domu. David, usiłując ustalić, co jest rzeczywistoś- cią, a co tylko wytworem jego wyobraźni, spytał: – Czy tu rzeczywiście była jakaś dziewczy- na? – Tak... – przyznała z pewnym ociąganiem Margaret – albo raczej istota, którą woda z morza przywiodła do Tamizy. – Zadbamy, aby dziewczyna za swój śmiały czyn otrzymała odpowiednią nagrodę – oświad- czył lord Avery – Zakładając, oczywiście, z˙e sir Hunter ją odnajdzie. Dziwne, z˙e uciekła z po- wrotem do rzeki. Szalone stworzenie, albo tez˙ i dama z szacownej rodziny, która nie chciała, z˙eby ktoś oglądał ją w takim stanie. Moz˙emy tylko domniemywać. Teraz, Davidzie, najwaz˙- niejsze, z˙ebyś jak najprędzej znalazł się pod dachem. Ta przeklęta rzeka! Rzadko kiedy moz˙- na powiedzieć o niej coś dobrego. – Davidzie, proszę, spróbuj się podnieść. 15 Poczuł wokół siebie miękkie ramiona Mar- garet, a jego imię zostało wymówione czule, z troską. Margaret pachniała róz˙ami, tak cud- nie... Czy to waz˙ne, kto go faktycznie uratował? Liczy się tylko piękna Margaret o lazurowych oczach. I przyszłość Davida Turnberry’ego jako jej męz˙a. – Ty mnie ocaliłaś – powiedział półgłosem. – Przeciągnęłaś mnie wyz˙ej, a tam w dole, tuz˙ nad wodą, mogłem umrzeć z zimna. Na pewno bym marnie skończył, gdybym po otwarciu oczu nie ujrzał twojej słodkiej twarzyczki. Policzki Margaret pokryły się uroczym ru- mieńcem, dlatego pozwolił sobie równiez˙ na wypowiedziane szeptem wyznanie: – Kocham cię, bardzo kocham. – Davidzie, mój ojciec... – powiedziała cicho. Rumieniec na jej twarzy znacznie pociemniał, a David pomyślał, z˙e Margaret rzeczywiście jest piękna, słodka. I bardzo bogata. Dla niego będzie idealną z˙oną. Uratowanie Davida było ogromnie trudne, ale podczas długich zmagań z z˙ywiołem Kat ani przez sekundę nie lękała się o swoje z˙ycie. A teraz nagle zaczęła się bać. Zdecydowanie nie powinna skakać po raz drugi do wody. Zzięb- nięta do szpiku kości, zmęczona i zdezorien- towana, walczyła ze wzburzoną rzeką, modląc się, by starczyło jej sił na dopłynięcie do brzegu lub przynajmniej do jednej z łodzi, które nie ba- 16 cząc na fatalną pogodę nadal pływały po estua- rium. Niebo przysłoniły cięz˙kie chmury, siąpił deszcz. Mimo wszystko Kat płynęła wytrwale, skręcając raz w jedną, raz w drugą stronę. Wie- działa, z˙e musi płynąć, musi się ruszać, inaczej ziąb ją zabije. Nagle dojrzała coś, co ją przeraziło. Wąz˙? Bzdura, nie tutaj. Rekin, który wpłynął do es- tuarium? Boz˙e, tylko nie to! Jednak tam na pewno coś się porusza, coś jest w wodzie. I pły- nie tutaj, jest coraz bliz˙ej. Juz˙ dotknęło jej nogi. Nie! To coś, duz˙e, gładkie i śliskie, pojawiło się teraz obok niej w całej okazałości. Nie było na co czekać. Zebrała się w sobie i uderzyła pięścią. – Kobieto! Na Boga! Przeciez˙ próbuję panią ocalić! Człowiek. Niewiele mogła dojrzeć przez ciem- ne fale, ale głos dotarł do niej wyraźnie. Niski, rozkazujący. Juz˙ go słyszała, chyba niedawno. Tak, to musi być ten męz˙czyzna, który wyszedł z wody, kiedy ona była na brzegu, przy Davidzie. Pojawienie się tego właśnie człowieka ostatecz- nie skłoniło ją do ponownego rzucenia się w od- męty. – Mnie ocalić? Pan? Przeciez˙ to przez pana moje z˙ycie wisi na włosku! Kat nie zauwaz˙yła zbliz˙ającej się wielkiej fali. Cięz˙ka masa wody runęła, przykryła Kat. Ledwie udało się jej wyciągnąć głowę na powierzchnię, a poczuła, z˙e obejmuje ją silne ramię i mocno 17 przyciska do muskularnego męskiego ciała. Na- tychmiast zaczęła się szarpać. – Do diabła! Niechz˙e się pani uspokoi. Jak ja mam panią ratować? – Nie musi pan! – Nie muszę. Dobre sobie. – Jeśli przestanie mnie pan topić, poradzę sobie sama. Oczywiście Kat kłamała. Osłabła tak bardzo, z˙e dalsza samodzielna walka z falami była z góry skazana na niepowodzenie. Niemniej jednak wy- krzyczała oskarz˙enia i dz˙entelmen ją puścił. Zaraz potem przykryła ją następna fala, a ona jeszcze nie ochłonęła po walce z poprzednią. Zeszła pod wodę. Gwałtowne szarpnięcie ka- zało jej wrócić na powierzchnię, między innymi po to, z˙eby usłyszeć reprymendę: – Proszę się uspokoić, bo będę musiał panią ogłuszyć. Inaczej nie uda mi się pani ocalić. Nie dyskutowała, uznając, z˙e nie poradzi sobie bez pomocy. Czuła przy sobie mocne, wyspor- towane męskie ciało; była zlodowaciała i choć jeszcze kipiała złością, śmiertelne wyczerpanie brało górę. Poddanie się woli nieznajomego nagle wydało się jej czymś najbardziej właś- ciwym. Był bardzo silny. Czuła, jak ją unosi i jedno- cześnie pcha, przy czym jej głowa pozostawała cały czas nad powierzchnią. Potem usłyszała męskie głosy i uzmysłowiła sobie, z˙e podpłynęli do jego łodzi. 18 – Ethanie! Głośny okrzyk przestraszył Kat. Szarpnęła się, uderzając głową w dziób łodzi. Krzyknęła z bólu, po czym zapadła w ciemność. – Wielki Boz˙e! A któz˙ to taki? – zdumiał się Ethan, biorąc w potęz˙ne ramiona kruchą istotę, którą MacDonald wyłowił z wody. Hunter w milczeniu podszedł szybko do steru i, nie zwaz˙ając na to, z˙e jest mokry i przemarz- nięty do szpiku kości, zaczął toczyć walkę z bar- dzo silnym wiatrem, który robił z łodzią, co chciał. Ethan ze swym balastem zszedł do kajuty, wrócił po chwili, niosąc pled i kubek brandy. Przejął ster, a Hunter, owinąwszy się pledem, wysączył zawartość kubka do dna. – Jak ona? – zawołał, przekrzykując szum wiatru i fal. – Uderzyła się paskudnie w głowę – równie głośno odpowiedział Ethan – ale otworzyła oczy. Owinąłem ją w kilka pledów i dałem brandy. Zanim dobijemy do brzegu, zdąz˙y się rozgrzać. Dokąd ją potem zawieziemy? Do szpitala? – Szpital? Powiadają, z˙e w takich miejscach człowiekowi moz˙e się polepszyć, ale ja nie oddałbym tam nawet psa. Jedziemy do mnie. – Kim ona właściwie jest, sir? – Nie mam pojęcia. Skoczyła do wody, z˙eby uratować Davida Turnberry’ego, tylko tyle wiem. Przez moment Hunter zastanawiał się, czy on tej dziewczyny gdzieś juz˙ nie widział. Na pewno 19 nie było jej wśród świez˙ego narybku panien na wydaniu w ostatnim sezonie. Przeciez˙ nie prze- oczyłby pięknej młodej kobiety, atrakcyjnej na- wet w tak z˙ałosnym stanie. Przede wszystkim te włosy: mokre, a i tak mają barwę płomieni. I te niesamowite oczy, ni to zielone, ni to brązowe, pasujące jak ulał do tych włosów. Poza tym... Tylko ślepiec nie dostrzegłby perfekcji kobiecej figury – ani za pulchna, ani za chuda. Wprost idealna: szczupła, długonoga i spręz˙ysta. – Dzielna dziewczyna – odezwał się Ethan. – W taką pogodę skoczyć do wody. Myśli pan, z˙e to bliska znajoma pana Turnberry’ego? – Nie wiem. Nigdy jej przedtem nie widzia- łem, ale skąd ja mam wiedzieć, z kim przestaje młody Turnberry? Poznałem go niedawno, jego ojciec chce dorzucić parę groszy na naszą nową ekspedycję do Egiptu, a David zapragnął wziąć w niej udział. – Chyba nie myśli pan, z˙e ona jest jego... – Kochanką? Nie, nie sądzę. W kaz˙dym razie, kimkolwiek jest, na pewno stanie się nieco bogat- sza. Lord Avery zamierza sowicie wynagrodzić jej odwagę. Po półgodzinie luksusowy jacht odpoczywał przycumowany przy nabrzez˙u, a sir Hunter, nie wypuszczając z objęć owiniętej w pled rudowłosej dziewczyny, lokował się w powozie. – A teraz do domu, Ethanie, i to jak najszyb- ciej. W powozie Hunter mimo woli co i rusz 20 zerkał na młodą kobietę, którą trzymał w ra- mionach. Trzeba przyznać, z˙e wyłowił z wody istotę bardzo urodziwą. Cera, leciuteńko muś- nięta opalenizną, była niczym alabaster. Prosty nosek, usta, jak na obecne kanony piękna moz˙e trochę za szerokie i pełne, ale wykrojone pięknie. Kości policzkowe osadzone wysoko, oczy, teraz zamknięte, miał juz˙ utrwalone w pamięci. Ogrom- ne i wyraziste. Rzęsy długie, ciemne. Teraz drgnęły, poniewaz˙ powieki się uniosły. – Proszę się nie martwić, jest pani razem z nami – powiedział najłagodniej, jak potrafił. Usta poruszyły się, niczego jednak nie do- słyszał. Nachylił się więc i spytał: – Chciała pani coś powiedzieć? Teraz dosłyszał. Króciutkie zdanie wypowie- dziane z wyraźną niechęcią. – To znowu pan... Oniemiał. – Tak, to ja. Proszę o wybaczenie. Powinie- nem był zostawić panią w wodzie. Powieki opadły. On w tym momencie najchęt- niej zrzuciłby niewdzięcznicę z kolan, ale oczy- wiście się opanował. Z sir Hunterem róz˙nie w z˙yciu bywało, nigdy jednak nie zachowywał się jak łajdak. – Kim pani jest? Dokąd panią odwieźć? Powieki ponownie się uniosły. Dziewczyna utkwiła w Hunterze badawcze spojrzenie. Po raz kolejny przekonał się, z˙e ma niezwykłe oczy: ogromne, zielonobrązowe ze złotymi cętkami. 21 – A więc? Kim pani jest? Powieki opadły. – Na litość boską, niechz˙e pani odpowie! – Nie wiem! – wyrzuciła z siebie gniewnie. Zsunęła się z jego kolan i siadła obok, wypros- towana jak świeca, póki nie uzmysłowiła sobie, z˙e w trakcie tych poczynań pled zsunął się, odsłaniając jej skąpą garderobę. Wtedy oblała się rumieńcem. Pospiesznie naciągnęła pled az˙ pod brodę i, rzuciwszy Hunterowi kolejne uwaz˙ne spojrzenie, znów usiadła prosto, trwając w peł- nym godności milczeniu. ROZDZIAŁ DRUGI – Pani nie pamięta, kim jest? Trudno uwie- rzyć. Nie sądzę, z˙eby to uderzenie w głowę było az˙ tak fatalne w skutkach. – Pan myśli, z˙e kłamię? Jak pan śmie! Jeszcze teraz głowa boli mnie okropnie! – Ale pani z˙yje. – Oczywiście. Z˙yłabym tez˙ bez pańskiej po- mocy. Komentarz do tego stwierdzenia uznał za zbęd- ny. Dziewczyna tez˙ zamilkła, posępniejąc. Nagle spojrzała na niego, tym razem nie ze złością, a bardzo czujnie. – A pan kim jest, jeśli wolno spytać? – Hunter MacDonald. Wydawało mu się, z˙e zielone oczy otwarły się trochę szerzej. Minimalnie i na ułamek sekundy, ale to był znak, z˙e jego nazwisko nie jest jej obce. Zapewne zna je z gazet. Nieraz rozpisywano się o jego wyczynach, a w kronikach towarzyskich wspominano o nim z lubością, zresztą w ściśle 23 określonym kontekście, chociaz˙ on ostatnimi czasy nie dawał powodu do plotek. Zdawał sobie jednak sprawę, z˙e jako osoba prowadząca nieba- nalne z˙ycie, zawsze będzie łakomym kąskiem dla z˙urnalistów. Pozostaje mu tylko traktować ich z przymruz˙eniem oka. Dziewczyna chyba nie była przeraz˙ona tym, z˙e przebywa w towarzystwie dz˙entelmena o nie najlepszej reputacji. Najwyraźniej zupełnie coś innego zaprzątało jej myśli. – Dokąd jedziemy? – spytała. – Do mojego domu, oczywiście – wyjaśnił, odnotowując złośliwie, z˙e po twarzy pasaz˙erki przemknął cień niepokoju. – Ja... ja nie pamiętam, kim jestem... ale wydaje mi się, z˙e.... – Z˙e co? – Gdyby pan zawiózł mnie z powrotem nad estuarium, moz˙e bym sobie coś przypomniała. Nad estuarium... Moz˙na wysnuć juz˙ pewien wniosek, uznał Hunter. Dziewczyna mówi ład- nym, poprawnym językiem, wyedukowano ją więc nalez˙ycie, ale mieszka zapewne w jakiejś ubogiej dzielnicy nad Tamizą. A skoro tak, to nie ma co marzyć o znajomości z młodym dz˙entel- menem z taką pozycją jak David, najmłodszy syn barona Turnberry’ego. Chyba z˙e dojdzie do niej w niezwykłych okolicznościach. Jednak, rozmyślał Hunter, musiała znać go wcześniej, a przynajmniej gdzieś zobaczyć. Wy- starczyło wspomnieć, jak patrzyła na lez˙ącego 24 na brzegu Davida. Wpatrywała się w niego jak urzeczona. Ona go kocha, gotowa oddać za niego z˙ycie. Dla niej ten młodzik jest czymś w rodzaju jaśniejącej, migoczącej gwiazdy. Nagle Hunter poczuł coś na kształt z˙alu, z˙e to nie on jest obiektem tak głębokiego afektu. – Wydaje mi się, z˙e on ma zamiar się zarę- czyć – rzucił szorstko. – Przepraszam kto? – spytała niewinnym to- nem. Hunter uznał, z˙e do listy jej zalet śmiało moz˙na dopisać uzdolnienia aktorskie. – David Turnberry. – A dlaczego ma mnie to obchodzić? – Proszę wybaczyć, zapomniałem, z˙e pani nawet nie wie, kim sama jest. Z jakiej racji ma pani wiedzieć, kim jest pan Turnberry. Znam go, poniewaz˙ wkrótce i ja, i on wyjez˙dz˙amy z eks- pedycją do Egiptu. Wszystko wskazuje na to, z˙e po powrocie do Anglii pan Turnberry zamierza się oz˙enić. – Czy on.... jest oficjalnie zaręczony? – Nie, ale od pewnego czasu ubiega się o rękę lady Margaret, nie on jeden zresztą, ale nie zdziwi mnie, jeśli po dzisiejszym, tak dramatycz- nym dniu owa dama zadecyduje, z˙e to David dostąpi tego zaszczytu. Dziewczyna odwróciła głowę. Jednak najwy- raźniej ta wiadomość była dla niej niepomyślna. Nic dziwnego, z˙e odezwała się dopiero po chwili. – Byłabym nieskończenie wdzięczna, gdyby 25 kazał pan zawrócić nad rzekę. Kiedy spojrzę na Tamizę, odzyskam pamięć. Jestem tego pewna. – Pan Turnberry zapewne pała chęcią spot- kania się z panią i złoz˙enia jej gorących po- dziękowań za uratowanie z˙ycia. – Bardzo proszę, z˙eby odwiózł mnie pan nad rzekę. Poza tym nie wypada, z˙ebym jechała sama do pańskiego domu. – Proszę się nie obawiać, będzie pani cał- kowicie bezpieczna dzięki mojej gospodyni. Pra- cuje u mnie od wielu lat, trudno sobie wyobrazić bardziej apodyktyczną osobę. Wkrótce powóz wjechał w piękną kutą bramę, minął wypielęgnowane trawniki i zatrzymał się na podjeździe przy bocznych drzwiach okazałej rezydencji. Kiedy Hunter pomagał swemu goś- ciowi wysiąść z powozu, z domu wypadła mocno starsza, dość korpulentna osoba, wznosząc dra- matyczne okrzyki. – Wielki Boz˙e! A co to? Och, nie! Pani Emma Johnson, gospodyni, spiorunowa- ła Huntera wzrokiem przed przystąpieniem do wygłoszenia tyrady. – Sir Hunterze! Na litość boską, a cóz˙ to się stało? Jak pan wygląda, a pani?! Czy pani rodzice wiedzą, z˙e pani tutaj jest? Sir Hunterze, pan zabrał tę młodą damę na łódź w taką pogodę? Cóz˙ za niedorzeczny pomysł! Jakz˙e pan, pani takz˙e, mogli być tacy nierozsądni. I to biedactwo wpadło do wody. Chwała Bogu, z˙e nie zakończy- ło się to tragicznie. Ale jak do tego mogło dojść? 26 Hunter chrząknął. – No więc, ona się topiła... – Nie topiłam się, dopóki on nie zaczął mi pomagać! – Zadziwiające, z˙e właśnie to pani pamięta – zauwaz˙ył Hunter. – Ale dokładnie, jak to się stało, panno... Emma zawiesiła głos, a Hunter przez moment napawał się widokiem krwistego rumieńca, zale- wającego policzki niedoszłej topielicy. – Och, byłbym zapomniał. Pani uderzyła się w głowę i straciła pamięć. – Uderzyła się w głowę... – powtórzyła prze- ciągle gospodyni. – Sir Hunterze, proszę natych- miast powiedzieć, co się stało, co pan jej zrobił! – Ja? Nic. Przysięgam, jestem niewinny. – Tak. Tym razem sir Hunter jest niewinny – poświadczył Ethan, który wrócił na podjazd po odprowadzeniu konia i powozu. – Widział, jak jednego z jego znajomych dz˙entelmenów fala zmyła z pokładu, i skoczył do wody na ratunek. Ta pani wpadła na ten sam pomysł, tylko nie wiemy, skąd skoczyła. – Dziecko! Pani z własnej woli skoczyła do Tamizy?! Trudno wykazać się większym bra- kiem rozsądku. Wszędzie trąbią, z˙e za panowa- nia naszej dobrej królowej Wiktorii tyle zrobiono dla higieny, a Tamiza nadal jest jednym wielkim ściekiem. Proszę, proszę, chodźmy do domu. Sir Hunterze, niech pan tu tez˙ tak nie stoi, jeszcze kto pana zobaczy. Jak pan wygląda! W pledzie i, za 27 przeproszeniem, w kalesonach. Wstyd! Ale cóz˙, to pańska reputacja, mojej to nie zaszkodzi. Zajmę się kąpielą dla naszego drogiego gościa. A ty, Ethanie, natychmiast biegnij po doktora. – Po doktora? Ale dlaczego? – zaprotestował drogi gość. – Przeciez˙ pani straciła pamięć. – Sądzę, z˙e z doktorem moz˙na poczekać do jutra rana – oświadczył Hunter. – Emmo, za- instalujemy panią w niebieskim pokoju. Ethanie, pomoz˙esz mi zmienić ten mokry przyodziewek, potem trzeba przekazać wiadomość lordowi Avery’emu. U niego przeciez˙ pomieszkuje teraz nasz młody przyjaciel, który się topił i który zapewne będzie chciał złoz˙yć naszej tajemniczej pannie gorące podziękowania. Zadzwonię do lorda, o ile ten przeklęty telefon zechce działać. Zawiadomię go, z˙e panna... wybawicielka prze- bywa chwilowo w moim domu. – A my wejdźmy do środka, drogie dziecko – odezwała się Emma. – Przygotuję kąpiel w duz˙ej wannie, zaraz się pani rozgrzeje. Hunter równiez˙ pospieszył do środka, za nim Ethan. Kiedy znaleźli się w sypialni, Ethan natychmiast wyciągnął małą wannę, gotowy do szykowania kąpieli dla zziębniętego chlebo- dawcy. – Dziękuję, sam sobie poradzę. A ty idź teraz, proszę, szybko do niebieskiego pokoju i połóz˙ kilka monet na toaletce. Postaraj się tez˙, z˙eby w kaz˙dej kieszeni ubrania, które Emma przygo- 28 tuje dla tej dziewczyny, było po kilka monet. Na ewentualną podróz˙. – Myśli pan, z˙e ucieknie? – Nie wiem, w kaz˙dym razie nie zamierzam trzymać jej tu siłą, wręcz przeciwnie. Nasz drogi gość twierdzi, z˙e po tej całej przygodzie cierpi na zanik pamięci. A to mnie bardzo zaintrygowało. Dlatego jeśli ucieknie, pojadę za nią i dowiem się, co jest przyczyną tej nagłej dolegliwości. Pogawędka z panią Johnson – czyli z Emmą – pani Johnson zaz˙yczyła sobie tego stanowczo – toczyła się gładko i miło. Gospodyni okazała się osobą bardzo serdeczną, nadzwyczaj opiekuńczą i elokwentną. Kiedy Kat rozkoszowała się kąpie- lą, starszej pani usta się nie zamykały. Najpierw poruszyła tematy bardziej ogólne, wspomniała, z˙e sir Hunter w tym domu mieszka od prawie dziesięciu lat. Ta część Londynu jest ponoć urocza, a poza tym moz˙na tu się dostać tym cudownym wynalazkiem, czyli pociągiem, co jedzie pod ziemią. Po chwili Emma przeszła do kwestii najdroz˙- szej swemu sercu, czyli osoby samego sir Hun- tera MacDonalda, miłości swego z˙ycia – to było wręcz oczywiste. Kat gorzko poz˙ałowała, z˙e nie znalazła się teraz w domu Davida Turnberry’ego, miałaby bowiem moz˙liwość usłyszenia z ust jego gospodyni wszelkich szczegółów z z˙ycia dz˙en- telmena, który interesował ją o wiele bardziej. Ale słuchała, naturalnie, przez zwykłą uprzej- 29 mość. O tym, z˙e sir Hunter, znakomity z˙ołnierz, za odwagę i poświęcenie otrzymał tytuł szlachec- ki. I absolutnie zasłuz˙enie, przeciez˙ on nieraz był wysłannikiem samej królowej. W kwestii repu- tacji, jaką się cieszył... No cóz˙, moz˙e jest w tym trochę jego winy. Okrzyknięto go uwodzicielem, ale to kobiety nie dawały mu spokoju. Wesołe wdówki, które w ogóle nie szanują okresu z˙ało- by, nie tak jak nasza droga królowa. Poza tym kilka rozwódek, a juz˙ najgorsze to Amerykanki. Jakie rozwydrzone! Chowają się samopas, a po- tem szukają tylko przygód. W kaz˙dym razie sir Hunter nigdy z˙adnej kobiety nie skrzywdził, on jest prawdziwym dz˙entelmenem. Poza tym jest jeszcze ten staro- z˙ytny Egipt, prawdziwa obsesja sir Huntera. Rok temu z powodu tego właśnie Egiptu w naszym wspaniałym muzeum działy się rzeczy przedziw- ne i przeraz˙ające. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Sir Hunter i wiele innych osób, które tez˙ kochają Egipt, jadą tam, z˙eby dowie- dzieć się o tych staroz˙ytnościach czegoś więcej. A wszystko ku chwale Brytyjskiego Imperium. – Oni w tym Egipcie szukają skarbów – pap- lała niestrudzenie Emma, spłukując pachnącą pianę z włosów Kat. – To takie skarby trochę innego rodzaju. Przede wszystkim musi to być bardzo stare. Dla sir Huntera im starsze, czyli bardziej paskudne, tym cenniejsze. Wśród wyz˙- szych sfer te starocie są bardzo modne, tak samo jak hipnoza. Chociaz˙ sir Hunter naprawdę to 30 kocha. Kiedy zaczyna się sezon zimowy, mógłby pojechać na francuską Riwierę albo do Włoch. On, owszem, lubi zajrzeć do Rzymu, ale ciągnie go do Egiptu. Tylko tam. W muzeum sir Hunter ma swój gabinet. A jak jedzie na wykopaliska, to podobno zawsze kopie w najciekawszym miej- scu. Ponoć umie się świetnie dogadać i z naszą ambasadą, i z egipskimi urzędnikami. A ja bym sobie jednak z˙yczyła, z˙eby sir Hunter choć raz spędził jesień w jakimś pięknym europejskim mieście. – Ale dlaczego? – pozwoliła sobie zaprotes- tować Kat. – Przeciez˙ to wszystko jest takie fascynujące. Ja z rozkoszą pojechałabym do Egiptu... Chwileczkę, Emmo. A kiedy dokładnie sir Hunter tym razem wyjez˙dz˙a do Egiptu? – Za tydzień. Na wykopaliska zawsze jeździ się na przełomie jesieni i zimy, w lecie jest tam zbyt gorąco. Za tydzień... Oznacza to, z˙e David Turnberry za tydzień wyjedzie do Egiptu i, jeśli wierzyć sir Hunterowi, zaraz po powrocie do Anglii zamie- rza oz˙enić się z wytworną damą ze swojej sfery. Ale on nie moz˙e kochać swojej przyszłej narze- czonej! Nie moz˙e, skoro tam, na brzegu, wypo- wiedział te słowa do niej! ,,Kocham cię, mój aniele...’’ – Wystarczy kąpieli – powiedziała Emma. – Niech pani wychodzi z wanny. Z ubraniem nie będzie kłopotu, szafy są pełne sukien. Siostra sir Huntera, lady Francesca – wyszła za lorda 31 Hathawaya – często zjez˙dz˙a do Londynu. Na pewno bardzo chętnie uz˙yczyłaby swoich stro- jów dzielnemu dziewczęciu, które nie wahało się naraz˙ać z˙ycia, spiesząc komuś na ratunek. Słysząc pochwałę, Kat poczuła się niezręcz- nie, nie była bowiem przekonana, czy równie chętnie skakałaby do wody, gdyby trzeba było ratować kogo innego. Ta myśl psuła nieco przyje- mność nakładania nie byle czego, bo bieliz- ny z mięciutkiego jedwabiu, potem sukni, niby skromnej, a jednocześnie bardzo wytwornej, ze stanikiem ozdobionym prześliczną koronką. – Teraz pani coś zje, a potem połoz˙y się i odpocznie – zarządziła Emma. – Musi pani zasnąć. Moz˙e sen pomoz˙e pani odzyskać pamięć. Przeciez˙ o panią ktoś tam się zamartwia, na pewno jakiś młody dz˙entelmen... chociaz˙ ja nie widzę na pani palcu pierścionka... Kat zamarła. Jak mogła o tym nie pomyśleć! Naturalnie, z˙e ktoś się o nią zamartwia. Ojciec i siostra. Szaleją z niepokoju. Trzeba natych- miast wymknąć się stąd i pobiec do domu, nie wolno zostawiać najbliz˙szych dłuz˙ej w tej strasz- liwej niepewności! A potem, no cóz˙, potem znów trzeba będzie się wymknąć, z˙eby powrócić tutaj. Kat nie zamierzała rezygnować ze sposobności wysłuchania gorących podziękowań z ust Davida Turnberry’ego. Łatwo powiedzieć – pobiec. To na pewno kawał drogi. Na szczęście w Londynie nie brak omnibusów, jest tez˙ przedmiot zachwytu Emm- 32 my, czyli cudowny pociąg, który jeździ pod ziemią. Kat na pewno trafi, zna Londyn jak własną kieszeń, ale za przejazd trzeba zapłacić. Czyli trzeba zdobyć się na czyn niegodny. W tak zamoz˙nym domu zawsze znajdzie się kilka mo- net rzuconych gdzieś niedbale. Naturalnie będzie to kradziez˙ tylko na chwilę, te pieniądze zostaną zwrócone. Pieniądze... Kat odruchowo pomacała kieszonkę w sukni. Coś cicho zabrzęczało. Nie- prawdopodobne! Dyskretnie wsunęła rękę do kieszonki. No nie, los stanowczo jest zbyt łas- kawy... Niestety, z realizacją śmiałego planu trzeba było poczekać. Najpierw poczciwa Emma usa- dziła Kat przed kominkiem w bawialni i suszyła jej włosy przed ogniem, rozczesując starannie długie splątane pukle. Kat zerknęła sobie tu i ówdzie, dostrzegając sporo akcentów egipskich. Ustawioną na słupku balustrady schodowej figurkę, na ścianie opra- wiony w szkło papirus. Wiele obrazów olejnych, angielskie pejzaz˙e i staroz˙ytne budowle, natural- nie, egipskie. Na jednym z obrazów, bardzo pięknym, namalowany był sfinks o zachodzie słońca. Emma chciała ją nakarmić, potem oprowadzić po całym domu. Kat wymówiła się zmęczeniem i w końcu poprowadzona została po pięknych szerokich schodach do niebieskiego pokoju, za- pewne gościnnego. Meble były tu z jasnego drewna, baldachim nad łóz˙kiem i narzuta w bia- 33 ło-niebieskie pasy w tym samym odcieniu co orientalny dywanik. Emma, na szczęście, z˙yczy- ła juz˙ tylko miłego wypoczynku i zamknęła za sobą drzwi. Kat podeszła do łóz˙ka, połoz˙yła się na narzucie i postanowiła odczekać. Juz˙ po chwili zerwała się z łóz˙ka. Wzrok padł na toaletkę. Coś błysnęło. Monety! Dorzuciła je do pieniędzy, które miała w kieszonce. Następ- nie poszperała w ślicznej orientalnej szafce w po- szukiwaniu ołówka i czystej kartki. ,,Zwrócę ubranie i pieniądze’’. Nie, zbyt chłod- no, prawie niegrzeczne. Dopisała więc: ,,Bardzo dziękuję’’. Zbyt lakonicznie. Nagle przypom- niała sobie obraz ze sfinksem, który widziała w bawialni. Szybko narysowała swoją wersję, to znaczy sfinksa z twarzą Kat, z ust sfinksa ulaty- wał dymek, a w dymku: ,,Naprawdę bardzo dziękuję!’’. Świetnie. Dobrze, z˙e to napisała, na wszelki wypadek, gdyby jednak nie udało jej się tutaj wrócić i brak drogiego gościa w poz˙yczonym ubraniu oraz brak kilku monet mógłby zrodzić niemiłe podejrzenia. Uchyliła drzwi. Nikogo. Cisza, skądś dobiega tylko głośne tykanie zegara. W minutę była na dole, przy drzwiach wej- ściowych. Co za ulga, były otwarte. O zmierzchu na pewno starannie je zamykają. Jak ona potem dostanie się do środka? Trudno, to kłopot na później. Teraz musi jak najszybciej dotrzeć do ojca i siostry. 34 – Ptaszek uciekł z klatki! – rzucił półgłosem Hunter do Ethana, równiez˙ usadowionego na grzbiecie wierzchowca. Obaj konni skryli się na skraju dziedzińca rezydencji za kępą drzew. – Jedziemy za nią! Było oczywiste, z˙e dziewczyna doskonale orientuje się w mieście. Przeszła kilka ulic, przebiegających wzdłuz˙ Hyde Parku, odszukała przystanek omnibusu. Omnibus nadjechał, dziew- czyna wsiadła. Podąz˙anie za omnibusem nie sprawiało trudności. Jezdnia zatłoczona była po- jazdami, piesi nie grzeszyli uwagą, w rezultacie omnibus wlókł się niemiłosiernie. Potem rudo- włosa panna przesiadła się do innego omnibusu, jadącego w kierunku Tamizy. Pojechali więc za tym omnibusem, a kiedy dziewczyna wysiadła, Hunter zeskoczył z konia, rzucił wodze Ethano- wi, kazał czekać i poszedł dalej sam. Tak jak podejrzewał, dalszą drogę pokonywa- ła pieszo. Przemierzali teraz dzielnicę, nie nale- z˙ącą do najuboz˙szych, ale na pewno do najstar- szych, gdzie zachowały się domy z końca szes- nastego wieku, zbudowane po wielkim poz˙arze, kiedy to ogień strawił całe śródmieście. Teraz mieszkali tu głównie sklepikarze, rzemieślnicy oraz cyganeria – artyści i studenci. Dziewczyna przekroczyła jezdnię i weszła szybko do bramy niewielkiej kamieniczki, schlud- nie otynkowanej, z bogato rzeźbioną fasadą. Kamieniczki, która zapewne pozostała tu w spad- ku po tkaczach flamandzkich. 35 Hunter odczekał chwilę i podąz˙ył na tyły domu. Wszedł na podwórze i dyskretnie się ro- zejrzał. Okna, które go interesowało, nie musiał długo szukać. Było otwarte, zasłony odciągnięto; Hunter bez najmniejszego trudu mógł dojrzeć, co dzieje się w środku. Rudowłosa dziewczyna tuliła się do wysokie- go wąsatego męz˙czyzny. Jakaś inna dziewczyna, tez˙ ruda, stała obok. Potem ona objęła nowo przybyłą, z kolei męz˙czyzna ją przytulił, a kiedy obejmowanie dobiegło końca, ta druga dziew- czyna spytała: – Kat, na Boga, gdzie byłaś? Skąd masz taką elegancką suknię? A więc ona ma na imię Kat, zanotował w pa- mięci Hunter. – Zaraz wszystko wyjaśnię. – Naturalnie, z˙e wyjaśnisz, Katherine Mary! – zagrzmiał męz˙czyzna, nie kryjąc wściekłości. Na pewno ojciec, uznał Hunter. – Eliza powiedziała mi, z jakiego powodu powaz˙yłaś się na ten szalony czyn! Ponoć czułaś się do tego wręcz zobligowana! A ja tu odchodziłem od zmysłów! Elizo, powiedz Maggie, niech biegnie na policję i powiadomi, z˙e moja córka łaskawie zjawiła się w domu i nie trzeba juz˙ ryć na dnie. Dziewczyna o imieniu Eliza wybiegła z poko- ju, z˙eby zawołać Maggie, zapewne kogoś w ro- dzaju słuz˙ącej. Wróciła błyskawicznie, prawdo- podobnie nie chcąc uronić ani jednego słowa z rozmowy Kat z ojcem. 36 – Kochany papo – zaczęła Kat głosem słod- kim jak miód. – Tak mi przykro, nie spodziewa- łam się, z˙e narobię tyle zamieszania. Dlaczego wysłałeś za mną policjantów? Przeciez˙ wiesz, z˙e pływam jak ryba. – Wiem – potwierdził nie bez dumy ojciec. – Ale popłynęłaś bardzo daleko. Minęłaś gmach uniwersytetu i zniknęłaś nam z oczu. Co miałem zrobić? Och, gdyby z˙yła twoja świętej pamięci matka! Siostrę Kat, Elizę, najbardziej interesowała in- na kwestia. – Skąd masz tę suknię? – Poz˙yczyłam... Papo, proszę, nie denerwuj się, wcale nie było tak źle. Najpierw ja pomog- łam pewnemu dz˙entelmenowi, a potem inny dz˙entelmen pomógł mnie. Później zawieziono mnie do bardzo przyzwoitego miejsca, przysię- gam! Mam spotkać się z Davidem Turnberrym, tym pierwszym dz˙entelmenem, którego uratowa- łam. Pan Turnberry to prawdziwy arystokrata, on wkrótce zaręczy się z córką lorda Avery’ego... – Lorda Avery’ego! – wykrzyknęła Eliza. – O, to na pewno Kat dostanie nagrodę! A ta suknia jest cudowna! Nie moz˙esz powiedzieć, do kogo nalez˙y? Jest taka elegancka. Pozwolisz mi ją włoz˙yć? Błagam! I pozwolisz mi iść razem z tobą na to spotkanie z... – Nikt nigdzie nie będzie chodził! – huknął ojciec. – A jeśli juz˙ miałabyś dokądś pójść, Katherine Mary, to niezalez˙nie od tego, czy do 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Złoto pustyni
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: