Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00450 006757 14291152 na godz. na dobę w sumie
Złoty list - ebook/pdf
Złoty list - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 9788392810834 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> inne >> inne
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Igraszki ze Złem. Nasze życie składa się z wyborów i wiary, że mamy moc sprawczą. To, w jakim punkcie jesteśmy teraz (a co ważniejsze w jakim miejscu znajdziemy się po śmierci), jest zdeterminowane naszym postępowaniem. Co jednak, jeśli wolna wola jest tylko ułudą? Co, jeśli ścieżka naszego bytu na Ziemi jest już wytyczona, a my tylko biernie nią kroczymy? Taka ponura perspektywa rozciąga się przed Dzwońcem P., bohaterem surrealistycznej powieści Piotra Bednarskiego Złoty list. Gdzieś na granicy dwóch światów, pomiędzy Dobrem a Złem, tkwi zawieszony ten nieszczęsny dziennikarzyna, za towarzystwo mając jedynie papugę. Karol należy do rasy żako, zwanej popularnie 'mistrzami mowy', mimo tego, Biedny, ty, Robinsonie, biedny można usłyszeć z ust (dzioba?) ptaka najczęściej. Chociaż może te słowa są kwintesencją marnej egzystencji Dzwońca P. Opuszczony przez Marię Antoninę, kostnieje redagując mało ambitną rubrykę w lokalnej gazecie, a jego powiernikiem i najlepszym przyjacielem jest... on sam, czyli drugi Dzwoniec P., złoty, wielkości protonowego kciuka. I tak, pogrążony w świecie zadumy i niby-rzeczywistości bohater trwa biernie, prowadząc rozważania na temat Boga i Szatana. Z tej katatonii wyrywa go otrzymany pocztą Złoty List, a jednocześnie z jego otwarciem Dzwoniec P. zstępuje do Piekieł. Ów list jest bowiem rozkazem dziennikarz ma zgładzić prezydenta Państwa Donalda Drake`a w ciągu miesiąca od dnia korespondencji. W przypadku odmowy bądź niedotrzymania terminu Dzwoniec P. sam ma być zlikwidowany. Kategoryczne żądanie morderstwa budzi w bohaterze opór, ale szybko ginie on w oparach metany i drinków z campari wyciskających pijackie łzy prawdy. Powolny upadek Dzwońca P. i jego włóczęga po barach i parkach oraz kościołach przeplata się ze spotkaniami wysłanników Zła, romansami i egzorcyzmami. W obliczu szybko upływającego czasu pojawia się jednak impuls, swoista motywacja by żyć. Piotr Bednarski za pośrednictwem adresata złotego listu próbuje nam sprzedać określoną filozofię życiową, ale dając nam poczucie, że to my wyciągamy wnioski. Ta możliwość napisania własnej historii oraz świadomość faktu, że życie to szklana góra i trudno zdobyć jej szczyt, ale sama wspinaczka jest zachwycająca wprawia nas w euforię. Zagłębiając się w Złoty list, płyniemy na głęboką wodę, ale zmotywowani i z pasją. Oby to był rejs w kierunku Boga, bo spotkanie ze Złem może pozbawić nas złudzeń.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1. I oto Dzwoniec P po raz pierwszy w życiu, zobaczył wyjątek od reguły. W skrzynce pocztowej nie było ulotek reklamowych, kolorowych gazet i innych gadżetów. Była tylko jedna elegancka koperta złocistego koloru. „Jak w baśni” — pomyślał. — „Zaproszenie na ślub lub komunię. Ale kto zaprosił? Zresztą i tak nie pójdę”. Miał „gęsty czas”, jak sam ten stan nazywał. Tydzień, a więc siedem dni temu, porzuciła go Maria Antonina, bez uprzedzenia. Żyli bez ślubu, ale zgodnie, dobrze im było ze sobą i wszyscy wokół mówili, że są dobraną parą. Dobraną! Uciekła bez uprzedzenia, zostawiła tylko kartkę na stole: „Odchodzę na zawsze. Przestałam cię kochać”. Po tym wypadku gorycz zaczęła wypływać z serca. Nieustannie szukał przyczyn. Ale ani w niej, ani w sobie nie potrafił jej znaleźć. Do ostatniej chwili ich świat ani razu nie wyskoczył z zawiasów. Nie było też dzielenia włosa na czworo ani darcia pościeli. Zagadkowe odejście! Ugodziła go mocno! A przysięgała, że do grobowej deski, nawet poza nią. Cóż, jak każda kobieta zdolna jest do obłędnych czynów, tak dobrych jak i złych. Ona wybrała złą ścieżkę. Zazwyczaj tak bywa. Ale dosyć smutku, robimy woltę, od koloru czarnego przechodzimy do złotego. Znakomicie! Jesteśmy na miejscu. Dzwoniec P siedzi przy swoim biurku i otwiera list, nożykiem, aby nie uszkodzić koperty, której kolor przypominał mu tło ikony — światłość, która na nas czeka po opuszczeniu tego padołu łez. Przeczytał list i uniósł brwi, chciał się nawet uśmiechnąć, ale drugi Dzwoniec P — ten wielkości protonowego kciuka i mieszkający w jego sercu — nie dopuścił do tego. Szepnął, że to bardzo, ale to bardzo poważna sprawa. Tak osobliwa, że nawet on nie wie, co z tym fantem zrobić i do kogo się udać z prośbą o pomoc. Posłuchał, nie uśmiechnął się, złożył tylko usta w „dziób” i zapatrzył się w złoto papieru. „Uciec tam, w te rozłogi, jak kiedyś się uciekało na Zaporoże lub Dziki Zachód, bez tych ziemskich ceregieli — cierpienia i umierania”. Jeszcze raz przeczytał list: „Obywatel Dzwoniec P niniejszym otrzymuje rozkaz zlikwidowania Prezydenta Państwa Donalda Drake’a w ciągu jednego miesiąca. W wypadku odmowy lub nie dotrzymania terminu Dzwoniec P zostanie zlikwidowany. Odliczanie czasu rozpoczyna się od dnia wysłania listu z rozkazem. PS. Obywatel Dzwoniec P zostanie ukarany karą śmierci również wtedy, gdy doniesie o powyższym policji lub komukolwiek przekaże treść wiadomości”. „Morderstwo w złotym opakowaniu” — pomyślał i łzy zapiekły w kącikach oczu. Łzy popłynęły samoistnie, jakby to nie on płakał, ale ten drugi Dzwoniec P — jego tchnienie, sumienie, dusza, ja. — Boże, jestem tylko człowiekiem, marnym dziennikarzyną, a nie herosem – szepnął, ocierając łzy higieniczną chusteczką. — Za dużo tego jak na moje barki. — Biedny ty, Robinsonie, biedny — usłyszał. Nie był to obcy głos, mimo to drgnął, usłyszał dźwięki nerwami, więc zakłuło w sercu. Szybko się uspokoił, lecz łzy z odbitym słońcem nadal wyciekały z kącików oczu i nadawały twarzy jesienny wyraz. Po chwili wstał i podszedł do klatki, w której papuga tłukła dziobem w blaszany pojemnik na wodę. — Nie bądź w gorącej wodzie kąpany — powiedział. — Tak czy owak na jednym wózku jedziemy. — Biedny ty, Robinsonie, biedny — ponownie zaskrzeczał Karol. Papugę zapomniała lub rozmyślnie zostawiła Maria Antonina. Karol należał do niej, odziedziczyła ptaka po babce — żonie marynarza. W pierwszym odruchu chciał oddać papugę do ZOO, ale, na szczęście, rozmyślił się w drodze i wrócił z ptakiem do domu. Karola od tej chwili zaczął traktować jak dobrego przyjaciela. Jego chrapliwie wypowiadane zdanie przypominało mu o ludzkiej, a więc i jego, kondycji. Dzwoniec P napełnił pojemniki: jeden wodą, drugi ziarnem, a następnie poszedł do kuchni, wyciągnął z lodówki butelkę whisky i wrócił do salonu. Usiadł w fotelu, napełnił szklankę i natychmiast wypił dwa głębokie hausty. Wypił i tuląc głowę do wysokiego oparcia, czekał na szept krwi rozgrzanej alkoholem. Nie doczekał się. Dopiero po czwartym hauście zaczęło wschodzić słońce, a wraz z nim kurtyna poszła w górę. Na scenę wjechała kareta, stara, skrzypiąca i obryzgana błotem. Konie w zaprzęgu należały do tej kategorii, którą nazywamy „chabetami”. Dorożkarz cuchnął samogonem i kiszoną kapustą. — Dojechaliśmy! — krzyknął i ściągnął lejce. Z karety wysiadł jegomość w czarnym błyszczącym garniturze. Nikt szczególny — ktoś z wydatnym brzuszkiem i podwójną brodą. I z dwoma pomocnikami, czy też sługami. Jegomość prawą dłonią uchylił kapelusza, lewą podniósł w powitalnym geście. — Przyjechaliśmy w gościnę na cały miesiąc — powiedział donośnie. — Biedny ty, Robinsonie, biedny — zaskrzeczał Karol, głośniej niż zwykle. — Spokój! — krzyknął Dzwoniec P zaciekawiony wizją. Spojrzał na klatkę i pogroził papudze wskazującym palcem. Kiedy ponownie spojrzał przed siebie, wizji już nie było. Było to pierwsze widziadło w jego życiu, a jego przyczyną, tak przypuszczał i słusznie, było sprawka Marii Antoniny. Uciekła! Żeby do rodziców, to byłoby pół biedy, ale nie — uciekła diabeł wie gdzie, diabeł wie z kim i dokąd. — Ta moja niezmierzona wyobraźnia, to moje źródło biedy — i opróżnił szklankę do dna. — Nie byłoby tej paranoi — szepnął ten drugi Dzwoniec P złoty, wielkości protonowego kciuka — gdybyś wierzył Torze i prorokom. Tam stoi czarno na białym, że człowiek to okrutna i zdradliwa istota, zdolna do najgorszego. Co się stało, to się nie odstanie — szepnął już pokorniej. — Należy nauczyć się z tym żyć, wpiąć się w zaistniałe wschody i zachody słońca, które nigdy się nie kończą, przynajmniej za mojego życia, które kocham, sam nie wiem dlaczego? Jest w nim przecież więcej smutku niż zdziwienia. — Biedny, ty Robinsonie, biedny — zaskrzeczał Karol. Dzwoniec P nie usłyszał lub nie chciał usłyszeć, mocniej wcisnął się w fotel i wsłuchał się w siebie. Czekał na melodię bluesa, dość długo czekał, nie doczekał się, usłyszał tylko trzaski suchych łamanych gałęzi. Z niezadowoleniem kiwnął głową, sięgnął po szklankę i opróżnił do dna. I ponownie zaczął czekać. Doczekał się, ale nie melodii, tylko upojenia. Napływało drżącymi kolorowymi falami jak zorza polarna. Każda fala zrywała z niego coraz to inny węzeł czy zatrzask. Czuł się szczęśliwy i wielki. Dostrzegł złotą kopertę i uśmiechnął się. Wstał, przyniósł z kuchni talerz i zapałki i zerknął na kopertę. — Zobacz, Karol, co zrobię z tym straszydłem. Spalił wpierw list, a następnie kopertę. Przez chwilę patrzył na zwęglone szczątki, uśmiechając się, zgniótł szarą spaleniznę w drobny pył, poszedł ponownie do kuchni, podstawił nachylony talerz pod kran, puścił wodę, popiół z szumem został pochłonięty przez strugę i — zniknął w labiryncie kanalizacyjnych rur. Następnie umył talerz i dłonie, wytarł je dokładnie, do sucha i wrócił do pokoju. — Pogrzebaliśmy moją śmierć — powiedział, patrząc na Karola. — Unieważniliśmy wyrok. Teraz opijemy zwycięstwo. Napełnił szklankę. — Twoje zdrowie, Karol! To nie ostatnie życzenie i szklanka. Oj, nie ostatnia...
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Złoty list
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: