Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00029 005998 13097492 na godz. na dobę w sumie
Złoty młodzieniec - ebook/pdf
Złoty młodzieniec - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 322
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876939 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Anglia, 1817 rok Russellowi Chancellorowi ciąży rola dziedzica rodowego majątku i tytułu. Ojciec ma pretensję, że Russell prowadzi beztroski żywot, a jednocześnie narzuca mu swoją wolę i ogranicza jego samodzielność. Niespodziewanie Russell spotyka Mary Wardour, młodzieńczą miłość. Okazuje się, że mimo upływu lat nadal są sobie bliscy. To daje mu bodziec do działania. Buntuje się przeciw ojcu, postanawia udowodnić, że jest coś wart. Zrywa z dotychczasowym próżniaczym stylem życia i wyjeżdża na północ do rodzinnego majątku. Na szczęście Mary gości w sąsiednim dworze i chętnie spotyka się z Russellem… Dwie powieści o braciach bliźniakach, różniących się wyglądem i charakterem. O trudnościach, jakie napotkał Richard Chancellor, wypełniając tajną misję, a także o tym, jak ten poważny i odpowiedzialny mężczyzna nagle się zakochał, i to z wzajemnością, pisze Paula Marshall w powieści Sekretna Misja.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BEST SELLERS Tytuł oryginału: Lord Hadleigh’s Rebellion Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2001 Redaktor prowadzący: Barbara Syczewska-Olszewska Korekta: Zofia Firek ã 2001 by Paula Marshall ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Powieść Never Sleep with Strangers ukazała się w roku 2002 pod tytułem Tajemnice zamku Lochlyre Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-5135-6 PROLOG Wiosna, 1817 rok – Do diaska z tym wszystkim! – wykrzyknął na całą Bruton Street Russell Chancellor, lord Had- leigh, czym ściągnął na siebie spłoszone spojrzenia kilkorga przechodniów. Im więcej myślał o czekającej go misji, tym podlej się czuł. Nie moz˙na powiedzieć, z˙eby ostat- nio nie zastanawiał się nad ostatecznym zerwaniem długotrwałego związku z Caroline Fawcett, ale miał nadzieję rozluźniać więzy stopniowo, aby nie nara- zić jej na zbyt wielkie przez˙ycie, kiedy przyjdzie koniec. Tymczasem z samego rana jego ojciec, hrabia Bretford, postawił mu tak stanowcze ultimatum, z˙e nie było mowy o sprzeciwie. Chyba z˙e Russell wolałby znaleźć się na ulicy bez pensa przy duszy i w ogóle bez niczego oprócz arystokratycznego tytułu. Wrócił do domu z Coal Hole tuz˙ przed świtem, 5 bardzo z siebie niezadowolony, bo nie dość, z˙e za duz˙o wypił, to jeszcze, jak rzadko, za duz˙o stracił przy zielonym stoliku. Ledwie zdąz˙ył przyłoz˙yć pękającą z bólu głowę do poduszki, a juz˙ potrząsał nim jego osobisty słuz˙ący, Pickering. – Czego chcesz, człowieku? – burknął Russell. – Nie wiesz, z˙e połoz˙yłem się godzinę temu? – Wiem, milordzie, ale nie minęło jeszcze pięć minut, jak posłał po mnie pański ojciec, i powie- dział, z˙e ma pilną sprawę. Polecił mi powtórzyć, z˙e jest w gabinecie i nie z˙yczy sobie długo czekać na milorda. – Czyz˙by? – Russell przerzucił nogi przez ramę łoz˙a, co wzbudziło gwałtowny protest jego obolałej głowy. – Czy wiesz, skąd ten pośpiech? – Nie, milordzie, chociaz˙... – Słuz˙ący się za- wahał. – Chociaz˙ co, Pickering? Na miłość boską, czyz˙- byś przejął od mojego ojca zwyczaj niekończenia zdań? – Nie, milordzie, ale dzisiaj pańskiemu ojcu świat wydawał się wyjątkowo źle urządzony. Poniewaz˙ zmienne nastroje i humory hrabiego Bretforda miały bardzo złą sławę, Russell tylko cicho jęknął i pozwolił pomóc sobie w ubieraniu. Opusz- czając pokój, zerknął na swoje odbicie w wysokim lustrze stojącym naprzeciwko łoz˙a i uznał, z˙e wyglą- da jak upiór. Raczej nie nadawał się w obecnym stanie do wysłuchiwania ojcowskiej reprymendy. Skończyłem juz˙ trzydzieści lat, a on wciąz˙ trak- tuje mnie jak kilkunastoletniego niedorostka, pomy- ślał jeszcze rozz˙alony, a potem lokaj otworzył przed 6 nim podwójne drzwi gabinetu, po którym nerwowo przechadzał się hrabia Bretford. Nic dziwnego, z˙e dywan w pokoju nosił wyraźne ślady zuz˙ycia. – No, jesteś, Hadleigh. Na Boga, jeśli nadal będziesz tak hulał, wkrótce odbije się to na twarzy... – Urwał, lecz po chwili dodał: – Nigdy nie przestaje mnie dziwić, jak bardzo róz˙nisz się od swojego brata Richarda... Przygnębiające poczucie bycia synem drugiej kategorii, który przysparza rodzicielowi jedynie zawodów i rozczarowań, było u Russella tak silne, z˙e nie potrafił zmilczeć. – Nie jest ze mną jeszcze tak źle, z˙ebym zapom- niał imię brata, ojcze. Prawdę mówiąc, trochę mnie dziwi, z˙e zostałem wezwany o zupełnie nieludzkiej porze, aby dowiedzieć się czegoś, o czym dawno wiem. Słysząc tę zuchwałą przemowę, ojciec, dotąd czerwony ze złości, spurpurowiał. – Cieszy cię, z˙e stajesz okoniem, ale ja mam tego dość. Tak bardzo straciłeś zainteresowanie dla wszystkiego oprócz rozrywek i przyjemności, z˙e az˙ boję się pomyśleć, co moz˙e stać się z majątkiem, kiedy odejdę z tego świata, a ty po mnie odziedzi- czysz. Wprawdzie nie ma takiej konieczności, z˙eby nasz majątek przejął męz˙czyzna, ale w zwyczaju Chancellorów jest przekazywanie włości najstar- szemu synowi. Zaczynam się wahać. Nie, nawet więcej... – Znowu urwał. – To znaczy? Nie mogę doczekać się końca zdania, ojcze. Znacznie później, kiedy przypomniał sobie tę 7 niestosowną ripostę, Russell się zawstydził. Jednak w decydującym momencie jego niezadowolenie z siebie osiągnęło takie rozmiary, z˙e przeniosło się na wszystko i wszystkich. – Posłuchaj dobrze, Hadleigh, bo to jest ultima- tum. Masz się oz˙enić i ustatkować. Przede wszyst- kim przestaniesz się spotykać z tą kobietą, którą utrzymujesz, i niezwłocznie jej o tym powiesz. Jeszcze dzisiejszego przedpołudnia, jeśli to moz˙- liwe. Chcę, z˙ebyś poślubił przyzwoitą młodą pannę, podobną do z˙ony twojego brata, Pandory. On doko- nał znakomitego wyboru, w przeciwieństwie do ciebie. Jeśli mi odmówisz, to niezwłocznie porozu- miem się z adwokatami i zmienię zapisy w taki sposób, z˙eby to Richard odziedziczył wszystko oprócz tytułu. Dopilnuję równiez˙, z˙ebyś z chwilą mojej śmierci przestał otrzymywać pensję. W takim wypadku martw się o siebie sam. Nie zamierzam jednak odebrać ci wszelkich szans, Hadleigh. Masz trzy miesiące na poślubienie panny, która podniesie prestiz˙ naszego nazwiska i da Chancellorom następ- nych męskich potomków. Ustatkuj się i zadbaj o nasze dobre imię, bo inaczej cię wydziedziczę. – Czy Ritchie o tym słyszał, ojcze? – spytał Russell, któremu nagle zaschło w gardle. – Przeciez˙ on juz˙ się postarał o męskiego potomka. – Nie słyszał. Nie uwaz˙ałem za właściwe, by dowiedział się o tym, zanim stracisz szansę po- prawy. Co zaś do jego męskiego potomka... Obaj doskonale wiemy, jaka jest śmiertelność małych chłopców, więc kaz˙dy rozsądny człowiek chce mieć jak najwięcej wnuków. 8 Richard, młodszy od Russella o parę minut, powiedział mu kiedyś, z˙e nieustannie z˙yje w jego cieniu. Russell uwaz˙ał jednak, z˙e w rzeczywistości jest odwrotnie. To on z˙ył w cieniu Ritchiego, który był ulubieńcem ojca, dzielnym z˙ołnierzem, powaz˙- nym i odpowiedzialnym człowiekiem. Ritchiego, który juz˙ spłodził syna. – Z˙ałuję, z˙e nie jestem młodszym synem. Nie musiałbym spełniać z˙adnych oczekiwań – wyrwało mu się mimo woli. – Właśnie to mi się nie podoba, Hadleigh... Od samego początku jesteś lekkoduchem. Nie mam ci nic więcej do powiedzenia poza tym, z˙e oczekuję od ciebie wypełnienia mojej woli. W przeciwnym razie poniesiesz tego konsekwencje. Aha, prowadzę ostat- nio korespondencję z moim przyjacielem, genera- łem Markhamem, który ma córkę. Spodziewamy się doprowadzić do waszego małz˙eństwa. W przy- szłym tygodniu odbędzie się przyjęcie w Markham Hall, chciałbym więc, z˙ebyś tam pojechał i poznał córkę generała. Rozumiesz, jak sądzę, z˙e to pilna sprawa. Nie zamierzam dłuz˙ej tolerować nieodpo- wiedzialnego trybu z˙ycia. Teraz moz˙esz odejść. Nie z˙yczę sobie wysłuchiwać twoich zapewnień. Liczą się tylko czyny. Hrabia Bretford usiadł i zaczął pisać. Podniósł głowę jeszcze tylko na chwilę, by dodać: – Wiesz, gdzie są drzwi, Hadleigh. Zechciej zrobić z nich uz˙ytek. Nie chcę cię widzieć, zanim nie wypełnisz wszystkiego, o co cię poprosiłem. I oto kilka godzin później Russell był w drodze do mieszkania Caroline, by powiedzieć jej ,,z˙egnaj’’, 9 chociaz˙ nie tak jak sobie wcześniej wyobraził, z własnej woli, lecz za sprawą ojca. Pomyślał, z˙e gdyby miał choć uncję odwagi, wysłałby hrabiego do diabła i zajął się gromadzeniem własnego mająt- ku. Tylko jak? Niczego go nie nauczono. Chciał zostać z˙ołnierzem, ale nie dostał na to pozwolenia. Poniewaz˙ był dziedzicem, z˙ołnierska kariera stała się udziałem Ritchiego. Poprosił więc ojca o zgodę na zajęcie się rodzinnym majątkiem w Eddington, w Northumbrii, dowiedział się jednak, z˙e to zajęcie nalez˙y do ich kuzyna, Arthura Shaw. Co gorsza, ojciec powiedział mu, z˙e nie zamierza pozbawiać Arthura pracy, by dać ją niewykształconemu, pod- starzałemu uczniakowi. W tym miejscu Russell przerwał posępne roz- myślania. Wolał nie przypominać sobie kłopotów, które spowodowała przed trzynastu laty kolejna brutalna interwencja ojca w jego z˙ycie. Naturalnie winę ponosił nie tylko ojciec, ale gdyby okazał mu więcej z˙yczliwości... Kto wie, moz˙e wszystko uło- z˙yłoby się inaczej? Nie, o tym nie nalez˙ało myśleć... Co się stało, to się nie odstanie. A on tymczasem stanął pod domem Caroline znacznie szybciej, niz˙by tego sobie z˙yczył. Przykra prawda była taka, z˙e wcale nie chciał jej obwieścić końca ich znajomości, dlatego nieustan- nie odkładał decydującą rozmowę. Teraz jednak ojciec nie pozostawił mu wyjścia. Ku swemu zdziwieniu na ulicy przed domem zobaczył wynajęty powóz. Słuz˙ący Caroline łado- wał bagaz˙e. Russell energicznie wbiegł na schodki, wymachując kluczem, i po chwili był juz˙ w środku. 10 Sam się zdziwił, gdy usłyszał, z jaką niecierpliwoś- cią woła panią domu. A jego zdziwienie jeszcze wzrosło, kiedy drzwi pokoju się otworzyły i na korytarz wyszła Caroline, urocza jak zawsze, lecz ubrana do wyjścia i trzymająca w ręce pokaźny skórzany sakwojaz˙. – To ty?! – z˙achnęła się. – Myślałam, z˙e juz˙ o mnie całkiem zapomniałeś. Czy masz pojęcie, kiedy ostatnio tutaj byłeś? Co za fatalny dzień. Russell znowu poczuł się jak zbity pies. Naturalnie był zdecydowany zrekompen- sować Caroline przykrość pokaźną sumą, fakt jed- nak pozostawał faktem. – Ostatnio jakoś... nie wiem... – wybąkał. Daw- no, dawno temu jąkał się jako chłopiec, póki guwer- ner nie oduczył go tego za pomocą trzciny. Teraz słabość zdawała się wracać. – Otóz˙ to. – Przesłała mu chłodny uśmiech. – Dlatego postanowiłam cię odciąz˙yć i zwolnić z obowiązku składania mi wizyt. Zmęczyła mnie twoja niestałość, więc odchodzę. Właśnie miałam wysłać do ciebie list z wiadomością, z˙e wyjez˙dz˙am. Tak się jednak dobrze składa, z˙e nie będzie to konieczne, skoro cię widzę. – Chcesz odejść? – wyrwało mu się mimo woli. – Tak. Od dłuz˙szego czasu dochodzą mnie słu- chy, z˙e jesteś mną zmęczony, ale nie wiesz, jak mi to powiedzieć. Zgodziłam się na ten romans z bardzo głupiego powodu: zakochałam się w tobie po uszy. Naturalnie wiedziałam, z˙e nigdy mnie nie poślu- bisz, ale twierdziłeś, z˙e w ogóle nie masz zamiaru się z˙enić. Nierozwaz˙nie uwierzyłam, z˙e moz˙emy 11 wspólnie bawić się w dom, póki nie posiwiejemy. Wciąz˙ cię kocham, ale nie chcę być dla ciebie kamieniem u szyi. Ostatnio poznałam przyzwoitego kupca, który postanowił mi pomóc w powrocie na prostą drogę. W przyszłym tygodniu bierzemy ślub. Nie chcę od ciebie z˙adnych poz˙egnalnych prezen- tów. Z˙yczę ci tylko jednego: z˙ebyś nigdy nie musiał cierpieć tak jak ja z powodu beznadziejnej miłości. Z˙egnaj, Hadleigh. Zatrzymajmy w pamięci wszyst- kie nasze szczęśliwe chwile i myślmy o sobie dobrze. Muszę juz˙ iść. Czeka na mnie powóz i nowe z˙ycie. – Nie – powiedział. – Nie tak. – Czy to znaczy, z˙e sam wolałbyś ze mną ze- rwać, a nie dowiedzieć się, z˙e odchodzę? – Nie – powiedział ponownie Russell, ale oczy- wiście Caroline miała rację. Pogłaskała go po policzku dłonią obciągniętą rękawiczką. – Wspomnij mnie czasami, to wszystko, o co proszę. I juz˙ jej nie było. Na zawsze znikła z jego z˙ycia. Decyzja została podjęta za niego, ale Russell wcale nie czuł się z tym lepiej. Wręcz przeciwnie, zwłaszcza z˙e juz˙ drugi raz opuściła go kobieta. Ostatnie rozmowy z ojcem i kochanką az˙ nadto dobitnie uzmysłowiły mu wszystkie jego niedo- skonałości. W kaz˙dym razie, aby znów wkupić się w łaski ojca, musiał jechać do Markham Hall i uderzyć w konkury do kobiety, której wcale nie chciał poślubić. Kobieta, to chyba zresztą było zbyt szumne słowo. O ile dobrze pamiętał, Angelica Markham miała zaledwie osiemnaście lat. 12 Po powrocie do domu nie zastał ojca, nie mógł więc go powiadomić, z˙e ostatecznie zakończył dłu- gotrwały romans z Caroline Fawcett. Z prawdziwą goryczą pomyślał, z˙e jak zwykle nie wie, co robić dalej. Po chwili uznał, z˙e o hrabiego nalez˙y zapytać jego sekretarza, pana Gravesa, i powlókł się do gabinetu. Sekretarza równiez˙ nie było. Miał juz˙ wyjść z pokoju, gdy coś go podkusiło, z˙eby podejść do wysokiego biurka pana Gravesa, które stało przy oknie. Zaczął przekładać lez˙ące na nim papiery. Niewielka kupka zawierała rachunki i doku- menty dotyczące posiadłości w Eddington. Bez wyraźnego celu wziął się do przeglądania rachun- ków. Jeszcze podczas studiów w Oksfordzie odkrył u siebie talent do matematyki. Kolegów ten przed- miot nudził, znacznie więcej czasu spędzali na rozrywkach lub na przygotowaniach do politycznej kariery i studiowaniu klasyków, on tymczasem zgłębiał tajemnice liczb, które zawsze go fascyno- wały. Pamiętał, jak doktor Beauregard mówił... Nie, lepiej było o tym zapomnieć, podobnie jak o wszystkim, co wiązało się z doktorem Beauregar- dem, a zwłaszcza z jego córką. Niestety, nie mógł jednak zapomnieć o tym, co widział przed sobą, gdy szybko sumował kolumny cyfr. Doszedł bowiem do wniosku, z˙e w rachunkach coś się nie zgadza. Powtórzył dodawanie i otrzymał taki sam wynik, cofnął się więc do poprzedniego dokumentu. Właśnie skończył sprawdzanie, gdy drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Graves. – Czy milord szuka mnie, czy hrabiego? 13 – Hrabiego, ale przy okazji chciałbym cię zapy- tać o te rachunki. – Nie rozumiem, co milord mógłby w nich znaleźć. – O ile się nie mylę, Graves, są w nich pewne nieścisłości, które, jeśli moz˙na, chciałbym z tobą omówić. Graves, który wiedział, z˙e hrabia nie ceni swoje- go dziedzica i nie darzy go szacunkiem, zawsze demonstrował Russellowi, z˙e podziela zdanie chle- bodawcy. Pokręcił więc głową i odpowiedział lekko kpiącym tonem: – Ja tez˙ sprawdzałem te rachunki i nie znalazłem w nich niczego nieprawidłowego. Obawiam się, z˙e milord jest w błędzie. – A ja obawiam się, z˙e nie – odparł Russell tonem, jakiego Graves jeszcze u niego nie słyszał. – Zechciej więc wyświadczyć mi tę przysługę i... Graves popełnił niewybaczalny błąd. Nie tylko przerwał swojemu panu, lecz równiez˙ zignorował jego z˙yczenie. – Jestem zajętym człowiekiem, milordzie. Spra- wdzałem wszystkie rachunki i sprawozdania z wiel- ką starannością i nie znalazłem z˙adnych błędów. Jeśli wolno mi coś zasugerować, proszę poruszyć ten temat w rozmowie z ojcem, który, zapewniam milorda, traktuje z pełnym zaufaniem moje umiejęt- ności i rzetelność. Zawsze osobiście sprawdza wy- konaną przeze mnie pracę, równiez˙ tę związaną z korespondencją od pana Arthura Shawa z Edding- ton, i jak do tej pory jest ze mnie zadowolony. Przez chwilę Russell rozwaz˙ał, czy nie chwycić 14 tego bydlaka za fular i nie zagrozić mu uduszeniem, jeśli nadal nie będzie chciał rozmawiać o rachun- kach. Powstrzymała go jedynie myśl, z˙e ojciec z pewnością weźmie stronę Gravesa. Postanowił więc mimo wszystko porozmawiać z ojcem, cho- ciaz˙ wiedział, z˙e otrzyma identyczną odpowiedź jak od sekretarza. Hrabia nie będzie chciał słuchać tego, co jego syn ma do powiedzenia. To przewidywanie okazało się słuszne. Podczas kolacji ojciec zwracał uwagę niezwykłą jowialnością, gdy więc kończyli porto, Russell po- stanowił podjąć draz˙liwy temat. – Chcę powiedzieć, ojcze, z˙e przypadkiem obej- rzałem rachunki z majątku w Eddington i wydaje mi się, z˙e są w nich niejasności. Moz˙e zechciałbyś łaskawie pozwolić mi... Urwał. Twarz ojca zdąz˙yła juz˙ spurpurowieć od gniewu. Pamiętał dobrze takie sytuacje z chłopię- cych lat i, niestety, okazało się, z˙e nadal jest wobec nich dziecięco bezradny. – Nie przesadzaj, Hadleigh. Cóz˙ takiego pilnego moz˙esz mi mieć do powiedzenia, z˙e uznałeś za stosowne zakłócić spokój raczenia się winem? No, czemu się zawahałeś? Mów dalej, proszę. – Zastanawiałem się, ojcze, czy nie pozwoliłbyś mi jechać do Eddington i sprawdzić na miejscu, czy wszystko jest w porządku. O ile sobie przy- pominam, nikt z rodziny nigdy tam nie był, po- niewaz˙ wszyscy wolą posiadłość w Norfolk. Moz˙e przyszedł czas, z˙eby ktoś z nas zainteresował się tym miejscem. Ty masz na głowie sprawy wagi 15 rządowej, Ritchie reformuje majątek, który odzie- dziczył, zostaję więc ja. – Słusznie, Hadleigh, nie mogę tylko pojąć, w jaki sposób wyobraziłeś sobie, z˙e jesteś odpowied- nią osobą, aby jechać do Eddington i zawracać głowę mojemu rządcy, tym bardziej z˙e jest to dobry rządca. – Ale ja jestem twoim dziedzicem. Noszę na- zwisko Hadleigh pochodzące od wsi połoz˙onej nie dalej niz˙ dziesięć mil od Eddington, a w dodatku po obejrzeniu sprawozdań Arthura Shawa mam pod- stawy sądzić, z˙e warto byłoby odwiedzić rodowe włości. Z miny ojca Russell wyczytał, z˙e nie ma sensu nalegać. – Ogranicz swoje zajęcia do kwestii, o których moz˙esz cokolwiek wiedzieć – odrzekł opryskliwie ojciec. – Arthur Shaw jest, w odróz˙nieniu od ciebie, porządnym, cięz˙ko pracującym człowiekiem i nie pozwolę, z˙ebyś niepokoił go mieszaniem się do spraw, które cię nie dotyczą, a co więcej, o których nie masz pojęcia. To jest moje ostatnie słowo, synu. Russella kusiło, by się uprzeć, ale poniewaz˙ przerwano mu oględziny rachunków, nie zdąz˙ył zgromadzić dostatecznych dowodów, by teraz prze- konać ojca o swoich racjach. Zdawał tez˙ sobie sprawę z tego, z˙e nawet gdyby miał dowody, ojciec i tak odniósłby się do nich z lekcewaz˙eniem. Dalsze obstawanie przy swoim mogło doprowadzić tylko do powiedzenia czegoś niewybaczalnego, a jaka byłaby z tego korzyść, skoro spotkał się z nieugiętą odmową? Na szczęście wkrótce i tak czekał go wyjazd 16 z domu, chociaz˙ prawdę mówiąc, Markham Hall nie było miejscem, o którym myślał z entuzjazmem. Przynajmniej jednak podczas tej wizyty miał szan- sę zapomnieć na krótki czas, z˙e jest synem nie tylko niekochanym, lecz równiez˙ głęboko lek- cewaz˙onym. Mary Wardour przesunęła pionka na szachow- nicy, po czym zaczęła pokrywać następną karteczkę liczbami i tajemniczymi symbolami. Była w poło- wie tego zadania, gdy rozległo się miarowe pukanie do drzwi. Westchnęła. Nie mógł to być naturalnie nikt inny oprócz Gibbsa, ich kamerdynera. Czego on znowu chce? Czy nigdy nie da jej spokojnie spędzić popo- łudnia? – Proszę – zawołała i odłoz˙yła pióro. Zgodnie z oczekiwaniami wszedł Gibbs, wyda- wał się jednak bardziej oficjalny niz˙ zwykle. – Dama z wizytą do pani... – zaczął, ale nie zdo- łał powiedzieć niczego więcej, poniewaz˙ wspom- niana dama przepchnęła się obok niego. – Bez ceregieli – oznajmiła piskliwie. – Sama się zaanonsuję. Moz˙esz nas zostawić. Mary omal nie jęknęła. Ze wszystkich ludzi, którzy mogli jej przeszkodzić w chwili, gdy nabrała przekonania, z˙e uda jej się rozwiązać problem ruchu skoczka, ta kobieta była najmniej poz˙ądana. – Lady Leominster – powiedziała, uniósłszy się z miejsca – proszę usiąść. Jak rozumiem, cieszy się pani jest zbędne. takim rozgłosem, z˙e anonsowanie jej 17 Lady Leominster postanowiła potraktować te słowa jako komplement. – Och, jestem pewna, z˙e z przyjemnością ode- rwiesz się od tych swoich łamigłówek – oznajmiła. – Prawdę mówiąc, zaskakuje mnie nieco, z˙e więd- niesz w domu w taki piękny, słoneczny dzień. Ale mniejsza o to. Przyszłam cię skarcić, niedobra dziewczyno. Bądź co bądź, korzystam z przywile- jów chrzestnej matki. Ostatnio tak rzadko pokazu- jesz się w towarzystwie, z˙e grozi ci zdziwaczenie. Staniesz się damskim odludkiem. To nie ma sensu, dlatego namówiłam kuzyna Markhama, z˙eby za- prosił cię na wielkie przyjęcie w przyszłym tygo- dniu. Mary miała tak buntowniczą minę, z˙e lady Leo- minster natychmiast uniosła dłoń. – Nie, nie odmawiaj mi. Najwyz˙szy czas, z˙ebyś ponownie wyszła za mąz˙. Przekrzywiła głowę i zaczęła przyglądać się twarzy Mary tak, jakby kontemplowała obraz. – Urocza – orzekła. – Doprawdy urocza. Kaz˙dy męz˙czyzna byłby dumny z z˙ony mającej twoją cerę, takie ciemne oczy i jeszcze ciemniejsze włosy. No i naturalnie twój majątek. O tym tez˙ nie wolno nam zapomnieć. Ile jeszcze społecznych tabu miała zamiar zła- mać ta stara klępa? Czy nie wystarczało, z˙e wpadła do pokoju bez słowa przeprosin, mimo z˙e Gibbs na pewno powiadomił ją o nieobecności pani? – zz˙y- mała się w duchu Mary. – Taaak – zadumała się lady Leominster, a po- tem nagle zmieniła ton na władczy. – Musisz znowu 18 wyjść za mąz˙, co do tego nie ma dwóch zdań. Trzydziestoletnia wdowa nie jest jeszcze taka stara. – Niech Bóg broni! – zawołała Mary, choć zupełnie nie rozumiała, skąd jej się to wzięło. Przeciez˙ jej małz˙eństwo z doktorem Henrym War- dourem wcale nie było nieszczęśliwe, chociaz˙ dzie- liła ich znaczna róz˙nica wieku, a ojciec i mąz˙ uzgodnili zawczasu kwestię małz˙eństwa między sobą, ją natomiast postawili przed faktem doko- nanym. – Przyznaj, z˙e to musiało być przykre! – wy- krzyknęła jej dręczycielka. – Poślubić zgrzybiałego naukowca. Pewnie właśnie dlatego masz teraz po- czucie, z˙e musisz kontynuować jego pracę. – Lek- cewaz˙ącym gestem wskazała plik kartek i szachow- nicę. W ten sposób naruszyła kolejne tabu. Nie mówi się przeciez˙ o tak intymnych sprawach jak czyjeś małz˙eńskie z˙ycie. Wyraźnie zapalona do swojej tezy lady Leomins- ter nawet nie zauwaz˙yła, z˙e potrąciła Mary podczas pisania. Z coraz większym wigorem perorowała: – Stary dziwak naturalnie moz˙e myśleć o tak niepojętych sprawach jak matematyka. Ale przy- stojny młody męz˙czyzna na pewno szybko zająłby cię czym innym niz˙ wyliczenia. Tym bardziej mu- sisz więc przyjąć zaproszenie generała. Jedyny powód do przyjęcia zaproszenia, jaki Mary widziała, wiązał się z nadzieją na szybkie oddalenie tej starej harpii. To umoz˙liwiłoby jej powrót do szachowych rozwaz˙ań niedawno zmar- łego męz˙a, które równiez˙ dla niej były bardzo zajmujące. 19 – Ile czasu mam spędzić w Markham Hall? Ufam, z˙e nie chodzi o długi pobyt. – Jeśli nawet odpowiedź ta zabrzmiała tak, jakby padła z ust kobiety niewiele młodszej od doktora Wardoura, to trudno. Na szczęście harpia wydawała się usa- tysfakcjonowana, jeśli sądzić po jej drapiez˙nym uśmiechu. – Moja droga, zapewniam cię, z˙e jestem w siód- mym niebie. Osobiście powiadomię generała, z˙e z przyjemnością odnowisz znajomość z nim i jego drogą Angelicą. Naturalnie pamiętasz drogą An- gelicę, prawda? Jeśli chodziło o panienkę, która dąsała się przez całe swoje debiutanckie przyjęcie, na które Mary niebacznie poszła wskutek bardzo natrętnych za- chęt autorytatywnej matki chrzestnej, to owszem, Mary dobrze pamiętała drogą Angelicę. – Tak, tak, lady Leominster. Naturalnie, z˙e ją pamiętam. Kto zapomniałby takie wapory? Moz˙na było jedynie współczuć biedakowi, który miał zaprowa- dzić tę pannę do ołtarza. Na szczęście lady Leomin- ster i tym razem potraktowała odpowiedź ze śmier- telną powagą, a Mary zostały wyrzuty sumienia, z˙e brzydko myśli i mówi o innych, lecz jednocześnie odczuwała zadowolenie, z˙e udało jej się ukryć prawdziwe uczucia. Została nagrodzona głośnym pocałunkiem matki chrzestnej, która wstała i oznajmiła uroczystym tonem, z˙e idzie namówić, co oznaczało zmusić, swoją siostrzenicę, Phoebe Carstairs, aby i ona wybrała się do Markham Hall. 20 – Jeszcze jedna panna, która nie wie, co dla niej dobre – dorzuciła. Gdyby naprawdę wiedziała, co jest dobre dla mnie, moja noga nie postałaby w Markham Hall, pomyślała buntowniczo Mary, po czym wróciła do wcześniejszego zajęcia. Nie mogła się jednak sku- pić, bez przerwy rozmyślała bowiem o tym, jak zniesie całkowicie jałowy tydzień, który mogłaby poświęcić na zmuszenie tego przeklętego białego skoczka, by jej wreszcie posłuchał. Czarny skoczek był znacznie potulniejszy. ROZDZIAŁ PIERWSZY Markham Hall był doprawdy piękną rezyden- cją. Zbudowano ją w początkach epoki Tudorów z ciemnokarmazynowych i złotawych cegieł oraz ociosanych kamieni. Wszystkie późniejsze zmia- ny, które miały zwiększyć wygodę właścicieli i ich gości, ominęły główną fasadę, chciano bowiem zachować wraz˙enie, z˙e wciąz˙ jest to szesnasto- wieczna twierdza, przebudowana potem na dwór arystokracji. Podobno mieszkała tu nawet przez krótki czas dobra królowa Elz˙bieta w okresie, gdy na tronie zasiadała jej katolicka siostra Maria, aczkolwiek nie było na to z˙adnego dowodu oprócz portretu z epoki, przedstawiającego młodą Elz˙bietę, wiszącego na honorowym miejscu w wielkiej sali. Tego popołudnia w końcu kwietnia do dworu przybywali liczni goście. Kilka powozów stało na z˙wirowym podjeździe przed głównym wejściem, kiedyś bramą, otwierającą się na czworokąt, na którego planie wzniesiono budowlę przed wiekami. Armia lokajów, koniuszych, woźniców i wszelkie- go rodzaju słuz˙ących wnosiła do sieni bagaz˙e. Dwaj lokaje, z których jeden trzymał wielki zielony parasol, wybiegli powitać woźnicę Mary Wardour i otworzyć drzwi powozu, aby pasaz˙erka mogła wysiąść i pod stosowną opieką, wraz z osobi- stą słuz˙ącą, Jennie, oraz damą do towarzystwa, panną Elizą Truman, schronić się we wnętrzu domu przed niewielkim deszczem. Wewnątrz było pięknie i komfortowo. Z apar- tamentu Mary ciągnął się widok na pokryte zielenią pagórki. Na szczycie jednego z nich stała altana w kształcie ruin miniaturowej wiez˙y. Nazywano ją Peter’s Place na cześć legendarnego myśliwego, który dwa wieki wcześniej polował na lisy z łow- cami Quorn, dumą hrabstwa Leicester. Ledwie Mary zdąz˙yła zmienić strój podróz˙ny na jasnobez˙ową suknię i usiąść wygodnie na sofie w sa- loniku, gdy pojawili się kamerdyner i lokaj z herba- tą i przekąską. – Lady Markham pomyślała, z˙e chętnie wzmoc- ni się pani po podróz˙y z Oksfordu. Obiady jemy tutaj późno, w wielkiej sali. Pan generał nazywa ten posiłek kolacją. Na pierwszy dźwięk dzwonu rodzi- na i goście zbierają się w sali Stuartów na konwersa- cję przed posiłkiem. – Bardzo elegancko – mruknęła Mary, mierząc wzrokiem dzbanuszek z herbatą i ciasteczka znane pod nazwą Bosworth Jumbles. Kamerdyner skłonił głowę. – Pan generał z z˙oną wyraz˙ają nadzieję, z˙e miło pani spędzi czas podczas swojej pierwszej wizyty 23 w Markham Hall. Będą szczęśliwi, jeśli w przyszło- ści zechce tu pani wrócić. W razie gdyby miała pani jakieś z˙yczenia, wystarczy zadzwonić na gospody- nię, panią Marsden, która wszystkim się zajmie. – Ojej – powiedziała panna Truman, kiedy ka- merdyner i lokaj z głębokimi ukłonami opuścili pokój. – Mniej ceremonii było, kiedy moja zmarła opiekunka składała wizytę na dworze. W kaz˙dym razie herbaty napiję się z wielką chęcią. Mary juz˙ zapomniała, jak wyglądają wizyty u lu- dzi pochodzących z najwyz˙szych sfer. Prawdę mó- wiąc, nie była pewna, czy ma ochotę przebywać w świecie tak sztywnych manier nawet przez ty- dzień. Wzięła z sobą pracę, ale bardzo wątpiła, czy znajdzie czas na rozwiązanie choćby ostatniego problemu, który napotkała. Za to jej towarzyszka najwyraźniej czerpała wielką przyjemność z tak wielkiego zainteresowania ich przyjazdem i gdy wypiły po filiz˙ance herbaty, natychmiast zapropo- nowała, by zadzwonić na gospodynię i znowu poprosić o wrzątek. Tymczasem na dworze przestało padać i zza chmur wyszło słońce. – Proszę bardzo – powiedziała Mary – wolę jednak teraz iść na spacer po posiadłości. Jeśli z˙yczysz sobie odpocząć po podróz˙y, to nie musisz mi towarzyszyć. – Weź przynajmniej słuz˙ącą. Tak wypada. Mary westchnęła. Najbardziej pragnęła świętego spokoju. – Nie potrzeba – odparła łagodnie. – Jestem tu całkiem bezpieczna. 24 – Kto ci poniesie parasolkę? – Sama mogę ją nieść. Do zobaczenia. Niedługo wrócę. Z parasolką w ręce i w lekkiej narzutce okrywa- jącej suknię Mary zeszła na dół i spytała nieco zaskoczonego lokaja, w jaki sposób najwygodniej wyjść do ogrodu. Zaprowadził ją do tylnych drzwi. Stamtąd jedna dróz˙ka wiodła do stajni, druga zaś do ciągu francuskich ogrodów, za którymi zaczynał się park. Ogrody musiały nabrać blasku w ostatnim stule- ciu, najprawdopodobniej dzięki umiejętnościom Capability Browna. Mary odnotowała ten fakt z uznaniem i odwaz˙nie weszła do parku, gdzie jej zachwyt wzbudziły ozdobne mostki, starannie ukształtowane kępy drzew i stawek z miniaturową przystanią i dwiema przycumowanymi łódkami. Musiała przyznać, z˙e wszystko co widzi, bardzo jej się podoba, a zwłaszcza to, z˙e jest jedyną osobą, która przyszła podziwiać urozmaicone panoramy, z wielką starannością zaprojektowane przez Brow- na. Rozpościerający się przed nią widok zapierał dech w piersiach, az˙ poz˙ałowała, z˙e zostawiła w do- mu szkicownik i akwarele. Przez dłuz˙szy czas siedziała w tym sielskim otoczeniu na ławeczce ustawionej tak, by zapewnić maksimum wraz˙eń, wreszcie jednak z westchnieniem wstała, by udać się w drogę powrotną. Pomysł wybrania innej drogi przez ogrody wyda- wał jej się znakomity, póki nie usłyszała zza zie- lonej ściany męskich głosów, gdy zbliz˙yła się do pergoli obrośniętej pnączami. Juz˙ miała wycofać 25 się, by uniknąć niepoz˙ądanego spotkania, nagle jednak jej uwagę zwrócił głos, który brzmiał zna- jomo. Nie! To nie moz˙e być on! Niemoz˙liwe! Męz˙czyzna znowu się odezwał, a potem parsknął śmiechem, w czym zawtórowali mu inni obecni, i tym razem Mary nabrała przekonania, z˙e się nie myli. Koniecznie musiała jednak zdobyć pewność, by w razie czego przygotować się na późniejszą konfrontację przy obiedzie. Niespodziewane spot- kanie mogłoby zburzyć jej opanowanie, z którego wszak słynęła wśród znajomych. Stanęła przy pergoli, by dyskretnie zajrzeć do ogrodu. Nie zdradzając swojej obecności, mogła zobaczyć zgromadzone tam towarzystwo. Miała rację. Charakterystyczny baryton, który tak ją za- skoczył, nalez˙ał do Russella Chancellora, lorda Hadleigh. Poznała go, mimo z˙e minęło trzynaście lat, odkąd go słyszała. Russell siedział w grupce młodych ludzi przy z˙elaznym stoliku, na którym stały nie filiz˙anki herbaty, lecz butelki porto, madery i białego wina. Rozchełstani – tak w najdelikatniejszy sposób moz˙- na byłoby określić stan wszystkich tych męz˙czyzn, z Russellem włącznie. Właściwie z nim przede wszystkim, pomyślała z dezaprobatą Mary. Poznała równiez˙ Peregrine’a Markhama, syna i dziedzica gospodarza, ale inni młodzi ludzie byli jej nieznani. Stała tez˙ zbyt daleko, by usłyszeć cokolwiek z roz- mowy, przyszło jej jednak do głowy, z˙e to moz˙e nawet lepiej. Sądząc po śmiechu tych ludzi, z˙arty raczej nie nalez˙ały do stosownych. 26 Peregrine Markham nagle wstał, więc Mary rap- townie się cofnęła. Nie miała ochoty rozmawiać z tymi ludźmi, a zwłaszcza z Russellem, potrzebo- wała bowiem czasu na odzyskanie spokoju. Ogarnął ją taki zamęt, z˙e nawet nie bardzo wiedziała, w jaki sposób trafiła z powrotem do pokoju. Miała nadzieję, z˙e nigdy więcej go nie zobaczy. Gdyby wiedziała, z˙e i on przyjedzie w gościnę do Markham Hall, z pewnością nie uległaby natrętnym naleganiom lady Leominster i nie zgodziła na tę podróz˙. Przynajmniej jednak dopisało jej szczęście i zawczasu zorientowała się w sytuacji, mogła więc teraz przygotować się na nieuniknione spotkanie przed posiłkiem. Nie wolno jej było pokazać, jak bardzo rozstroił ją sam jego widok. Naturalnie wiedziała, z˙e jej zmieszanie jest śmiesz- ne. Niemoz˙liwe, z˙eby zdrada sprzed trzynastu lat mogła jeszcze sprawiać jej ból. Co gorsza, zupełnie nie rozumiała, dlaczego wystarczyło jedno spojrze- nie na Russella, aby serce zabiło jej tak mocno, jakby rozstali się zaledwie wczoraj. I jakby to wczoraj miał miejsce ten cudowny, czuły, poz˙eg- nalny pocałunek. Pocałunek Judasza, pomyślała później. Wylała przez Russella morze łez, ale z czasem wspomnie- nie o młodzieńcu i jego złamanej obietnicy stop- niowo zaczęło blaknąć. Tym bardziej zdziwiła się swoją gwałtowną reakcją na jego obecność. Staję się z˙ałośnie sentymentalna, jeśli pozwalam, by wywierał na mnie takie wraz˙enie, pomyślała. Zaczęła nawet zastanawiać się, czy i on ją pozna. Ona go przeciez˙ poznała, chociaz˙ się zmienił. Nie 27 był juz˙ przystojnym, szczupłym młodzieńcem, lecz dojrzałym męz˙czyzną z cynicznym uśmiesz- kiem. Z jego dawnego uroku niewiniątka nic nie zostało. – Wielkie nieba, czy przypadkiem się nie prze- męczyłaś? – spytała zaniepokojona Eliza Truman, gdy Mary ponownie pojawiła się w saloniku. – Masz wypieki na twarzy. Moim zdaniem nie nalez˙ało forsować się spacerem po całodziennej podróz˙y. – Och, bez przesady. – Mary nie czuła się swobodnie z myślą, z˙e jej ostatnie przez˙ycie pozo- stawiło dostatecznie wyraźny ślad, by panna Tru- man poczyniła na ten temat uwagę. – Po prostu nabrałam rumieńców. – To było jawne kłamstwo! – W kaz˙dym razie majątek robi duz˙e wraz˙enie. Jest godzien prawdziwie mistrzowskiego pędzla. – To prawda – przyznała panna Truman, która wzięła zmianę tematu za dobrą monetę. – Czytałam o jego wspaniałościach, a teraz sama dostąpiłam zaszczytu ich obejrzenia. Słyszałam równiez˙, z˙e kuchmistrz pana generała cieszy się wielką sławą, z wielką niecierpliwością więc czekam na obiad czy tez˙ na kolację, jak mówi pan generał. Tez˙ tak bym chciała, pomyślała Mary. Takz˙e Russellowi było daleko do odczuwania wielkiej niecierpliwości. Jeszcze nie miał okazji ujrzeć tej pannicy, z którą ojciec postanowił go wyswatać, ale wkrótce powinno do tego dojść. Dość dawno juz˙ poznał jej brata Peregrine’a, zwanego przez znajomych Perrym i, prawdę mówiąc, nie darzył go szczególną sympatią. Wyobraz˙enie go 28 sobie w roli szwagra wydawało się Russellowi mało zachęcające. Perry Markham był graczem, który nie umiał przegrywać. Tymczasem dla Russella, mimo jego ostatnich sesji przy zielonym stoliku, hazard mógł- by nie istnieć. Tylko czasem pomagał pokonać znuz˙enie pustą egzystencją. Russell nie rozumiał, jak człowiek moz˙e pozwolić, by hazard owładnął nim w takim stopniu, jak to się stało w przypadku Perry’ego Markhama. Ciekaw był zresztą, czy gene- rał zdaje sobie sprawę z tego, jak wielkie sumy przegrywa jego syn i ile potem pije, z˙eby zapomnieć o poniesionej stracie. Tego wieczoru Russell zrezygnował z alkoholu, wolał bowiem dla zabawy poobserwować innych, którzy zgrzeszyli brakiem umiarkowania. Akurat podczas przerwy w jałowych rozmowach prowa- dzonych przez jego młodych towarzyszy, którzy mieli stanowczo za duz˙o czasu i zbyt mało zajęć, by go wypełnić, zauwaz˙ył kobietę stojącą u wejścia do ogrodu, w którym siedzieli. Nie miał okazji przyj- rzeć się jej twarzy, ale wydawało mu się, z˙e jest młoda... moz˙e zresztą tylko pozwolił unieść się nadziei. Tak, miał nadzieję, z˙e kobieta wejdzie do środka i nieco oz˙ywi to popołudnie, które było wyjątkowo nudne mimo słonecznej pogody. Niestety, widok tylu młodych głupców, do których zresztą Russell zaliczał równiez˙ siebie, najprawdopodobniej spło- szył nieznajomą, oddaliła się bowiem i nie dała im okazji do nacieszenia się swoją obecnością. Teraz słuz˙ący ubierał go na wieczór i jak zwykle 29 wykazywał się niezwykłą starannością. Dziwne musiało być z˙ycie człowieka, który tyle uwagi przywiązywał do kwestii stroju i podobnych błahos- tek. Ostatnio Russell spytał ojca, czy w następnych wyborach do parlamentu będzie mu wolno zająć jedno z miejsc będących w gestii rodziny. Chodziło mu o mandat z okręgu, któremu zawdzięczał tytuł. Jako deputowany miałby wreszcie coś ciekawego do zrobienia, a poza tym zdobyłby nieco doświad- czenia, które by mu się przydało, gdy juz˙ odziedzi- czy rodzinny majątek. – Nie jesteś do tego przygotowany, synu, i bra- kuje ci stateczności – odburknął ojciec. – Jestem starszy niz˙ lord Granville, kiedy pierw- szy raz zasiadał w parlamencie, i wcale nie mniej stateczny – odparł Russell. – Nie jesteś lordem Granville – zauwaz˙ył hrabia. Na to stwierdzenie trudno było znaleźć argument. – Ale on został deputowanym zaraz po ukoń- czeniu dwudziestu lat, a ja mam juz˙ ponad trzydzie- ści. On w tym wieku był ambasadorem w Rosji – spróbował jeszcze raz Russell. I tym razem nie osiągnął niczego. Potem za- stanawiał się nawet, dlaczego ojciec z˙ywi do niego taką niechęć, z˙e nie chce dać mu szansy podobnej do tych, z jakich korzystali jego rówieśnicy, przyszli dziedzice arystokratycznych tytułów. Czy to, co stało się przed trzynastoma laty, miało przekreślić go jako powaz˙nego człowieka? Z pewnością nie, ale ta niepokojąca myśl wciąz˙ go dręczyła. Zamiast robić karierę w parlamencie, znalazł się więc w Markham Hall i miał dla dogodzenia ojcu, 30
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Złoty młodzieniec
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: