Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00044 005842 13103323 na godz. na dobę w sumie
Złowroga cisza - ebook/pdf
Złowroga cisza - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 386
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876793 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> sensacja
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

To właśnie tutaj, w uroczym i cichym zakątku nad malowniczym jeziorem, trzy kobiety miały nadzieję rozpocząć nowe życie. To tutaj, w otoczeniu sielskiej przyrody, Sophie, jej ekscentryczna matka oraz zbuntowana przyrodnia siostra znalazły bezpieczne schronienie. Po jakimś czasie dowiadują się, że na terenie ich posiadłości przed dwudziestu laty ukrywał się psychopatyczny morderca młodych kobiet. Nie wszyscy miejscowi wierzą w winę chłopaka skazanego za zbrodnie, jednak życie kobiet toczy się spokojnie, dopóki w sąsiedztwie nie pojawia się tajemniczy mężczyzna. Kim jest, dlaczego zaszył się na takim odludziu i dlaczego chętniej stawia pytania, niż na nie odpowiada?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BEST SELLERS Prze³o¿y³a: Klaryssa S³owiczanka Tytuł oryginału: Still Lake Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2002 Redaktor prowadzący: Mira Weber Korekta: Mira Weber ã 2002 by Anne Kristine Stuart Ohlrogge ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2004, 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny Bestsellers jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-1748-2 PROLOG Lato 1982 Colby, Vermont Otworzył oczy i zobaczył, z˙e ma krew na rękach. Lez˙ał nagi i spocony w skotłowanej po- ścieli. Czuł z˙elazisty posmak w ustach, jego za- krwawione ręce drz˙ały mocno. Siadł na łóz˙ku, zaklął, odgarnął długie, ciemne włosy z twarzy i spojrzał w rozświetlone poran- nym słońcem okno. Wcześnie. Nienawidził budzić się przed dwunastą. A juz˙ na pewno nie z krwią na rękach. Wygramolił się z łóz˙ka i ruszył do drzwi ku- chennych, musiał się odlać. Dopiero teraz zoba- czył, z˙e cały jest wymazany krwią. Oparł się cięz˙ko o ścianę i jęknął. Noc, jak wiele poprzednich, spędził w roz- padającym się domku nad jeziorem. Nie było prysznica, a on za cholerę nie miał zamiaru łazić wysmarowany krwią jakiegoś zwierzęcia. 5 Wracając wczoraj do domu, musiał zabić sarnę, ale, do diabła, nic nie pamiętał. Naciągnął pochlapane farbą dz˙insy z obciętymi nogawkami i ruszył w stronę jeziora. Szedł szybko, na tyle szybko, na ile pozwalała mu pękająca z bólu głowa. Ostatniej nocy za duz˙o wypalił, za duz˙o wypił, musiał pozbyć się złogów nikotyny i alkoholu z organizmu. Szybko. Zimna woda powinna rozjaśnić mu w głowie i przywrócić pamięć. Potem wróci do domku, spakuje się, wy- niesie stąd w cholerę. Miał dość tego zadupia. Nawet teraz, w sierpniu, woda w jeziorze była lodowata. Wydał ni to pisk, ni to krzyk i zanurko- wał, pozwalając, by woda spłukała krew z rąk, z długich włosów, z gęstej brody. Wynurzył się dopiero jakieś sześć metrów od brzegu, odrzucił włosy na plecy, spod zmruz˙onych powiek spojrzał w słońce. W zajeździe było więcej gości niz˙ zwykle, Peggy Niles powinna być zadowolona. Chciała zrobić z niego chłopaka na posyłki, chociaz˙ mówił jej, z˙e wyjez˙dz˙a. Wróci chyłkiem do domu, zabie- rze rzeczy i ucieknie stąd, zanim zdąz˙y się rozmyś- lić. Lorelei powiedziała mu, z˙eby spadał, zresztą i bez tego nigdzie nie potrafił długo zagrzać miejsca. Zima za pasem, w Kolorado na pewno znajdzie robotę, pojeździ na nartach. Zanurkował znowu i długimi, pewnymi wy- 6 rzutami rąk zaczął płynąć do brzegu, okrąz˙ając pomost, który zbudował przed kilku miesiącami. Kiedy się wynurzył, zobaczył w przybrzez˙nych szuwarach – przez pół lata usiłował się ich pozbyć – unoszące się na wodzie ubrania. Rozpoznał swoją ulubioną koszulę w jaskrawe paski. Kto, u diabła, wyrzucił zawartość jego walizki do jezio- ra? Pewnie Lorelei. Była wściekła, kiedy jej po- wiedział, z˙e wyjez˙dz˙a, ale tez˙ nie znalazła dobrych argumentów, by zechciał zmienić decyzję. Prawdę powiedziawszy, nawet nie wiedział, czy ktokol- wiek znalazłby dobre argumenty. Podpłynął bliz˙ej, stanął, przymruz˙ył oczy. Był krótkowidzem, lecz nie nosił okularów, chyba z˙e latem, przyciemniane, ale w domowym bałaganie na pewno by ich nie znalazł, nie próbował nawet szukać. Dojrzał białą koszulę z długimi rękawami. Ki diabeł? Nie nosił białych koszul z długimi rękawami. Stał przez chwilę bez ruchu, po pas w lodowatej wodzie. Raptem rzucił się przed siebie, przypadł do niej, odwrócił: szara, martwa twarz. I podcięte gardło. To wyglądało niczym krwawy uśmiech klauna. Wysypali się na brzeg nie wiadomo skąd. Cze- kali na niego. – Thomasie Ingramie Griffinie, znany jako Gram Thomas albo Billy Gram, jesteś aresztowany pod zarzutem zabójstw z premedytacją dokonanych 7 na Alice Calderwood, Valette King i Lorelei John- son. Wszystko, co od tej chwili powiesz... Nie słuchał słów formuły. Patrzył na dziew- czynę, którą trzymał w ramionach, z którą spędził ostatnią noc, której krew miał na rękach. Rozpłakał się. ROZDZIAŁ PIERWSZY Na drodze do zbawienia świata stała jedna powaz˙na przeszkoda. Sophie Davis w zamyśleniu wepchnęła do ust ostatni kęs. Nikt nie chce jej pomocy. Siedziała w pustej kuchni Stonegate Farm zajęta dojadaniem mufinki, tak ogromnej i tak maślanej, z˙e mogłaby zakorkować arterie czteroosobowej rodziny. Ale Sophie wierzyła, z˙e kalorie konsumo- wane w odosobnieniu nie tuczą. Skoro juz˙ upiekła na śniadanie mufinki, to co będzie sobie z˙ałować. Sięgnęła po drugą. Nikt nigdy poza nią nie miał na nie ochoty. Jej matka, Grace, jadła tyle co nic, a przyrodnia siostra, Marty, kiedy juz˙ zdołała zwlec się z łóz˙ka, sięgała na dzień dobry po papierosa i kawę, to jej wystarczało. Sophie chyba ją rozumiała. Sama rzuciła pale- nie cztery miesiące wcześniej i w efekcie powięk- szyła swoją, juz˙ i tak obfitą, powłokę cielesną 9 o dodatkowe siedem kilogramów. Nie było dnia, z˙eby nie tęskniła za tym krótkim, zawsze naj- smakowitszym, ostatnim sztachnięciem. Przełamała drugą bułeczkę, połowę odłoz˙yła na kamionkowy talerz w próz˙nej nadziei, z˙e nie ulegnie pokusie. Cukier i masło okazały się cał- kiem niezłymi substytutami nikotyny, ale fatalnie odbijały się na wyz˙ej wzmiankowanej powłoce. Po papierosach zostawała smoła w płucach, ale prze- ciez˙ nikt nie zaglądał jej w płuca. Jeśli nie zacznie się kontrolować, niedługo zamiast dwunastki, bę- dzie musiała nosić czternastkę. Sięgnęła po od- łoz˙oną połowę bułeczki i włoz˙yła do ust. Tak, zdecydowanie powinna się kontrolować. Nie chodziło tylko o jedzenie. O z˙ycie w ogóle. Rozkręcanie własnej firmy zawsze wprowadza w ludzką egzystencję chaos. Nawet jeśli ktoś ma tyle energii i entuzjazmu co Sophie. A ona na przekór wszystkiemu wymarzyła sobie, z˙e otwo- rzy wiejski zajazd. Przez lata piekła i gotowała wyłącznie w teorii. Prowadziła kolumny kulinar- ne w róz˙nych nowojorskich gazetach. Była wol- nym strzelcem. Wynajmowała małe mieszkanie na Brooklynie i utrzymywała się z pisania. Marty na- zywała ją Marthą Stewart 1 dla ubogich, co Sophie gotowa byłaby uznać za komplement, gdyby nie ładunek ironii zawarty w tym stwierdzeniu. 1 Martha Stewart – autorka popularnych w USA ksiąz˙ek kucharskich i telewizyjnych programów kulinarnych. 10 Zaciągnęła kredyt, kupiła Stonegate Farm, ka- wałek ziemi w północno-wschodnim Vermoncie, ogromny stary dom z sześcioma sypialniami. Kilka dodatkowych pokoi gościnnych moz˙na było urzą- dzić w skrzydle od strony ogrodu, wystarczyło je wyremontować. Wszystko wydawało się proste. Sprowadziła tu matkę i siostrę. Grace nie była szczególnie zachwycona. Nie przemawiały do niej sielskie klimaty, ale walka z rakiem piersi bardzo ją osłabiła i po raz pierwszy w z˙yciu przyznała, z˙e potrzebuje pomocy. Przyje- chała w końcu do Stonegate, odgraz˙ając się, z˙e jak tylko nabierze sił, zacznie podróz˙ować po świecie. Po czterech miesiącach Sophie wiedziała, z˙e Grace juz˙ nie ruszy się z farmy. Tym razem nie był to rak. Matka przestawała kontaktować i kojarzyć, szwankowała pamięć, umysł odmawiał posłuszeństwa. Nigdy nie nalez˙a- ła do błyskotliwych – ojciec Marty i Sophie mówił o niej tylez˙ czule co zgryźliwie ,,moja przyćmiona z˙ona’’ albo ,,Gracja Dystrakcja’’ – ale teraz jej stan pogarszał się niemal z dnia na dzień i zaczynał stanowić powaz˙ny powód do zmartwienia. Sophie nie bardzo wiedziała, jak pomóc matce. Doktor, z którym zaprzyjaźniła się serdecznie zaraz po przyjeździe, powiedział wprost: ,,Albo to powtarzające się, drobne wylewy, albo początek Alzheimera’’. Grace oznajmiła, z˙e za nic nie pój- dzie do szpitala, a Dok nie nalegał. Uznał, z˙e zdąz˙ą 11 przeprowadzić konieczne badania, jeśli choroba będzie postępować. Marty, z typowym wdziękiem nastolatki, nie chciała nawet słyszeć o mającym powstać zajeź- dzie, no i oczywiście nie zamierzała aktywnie uczestniczyć w jego prowadzeniu. Z˙ywiołowo nie znosiła siostry, ale do tego Sophie zdąz˙yła się juz˙ przyzwyczaić. Nadąsana Marty i zasklepiająca się coraz szczelniej w niepamięci Grace, przedwcześ- nie postarzała, krąz˙ąca po domu niczym zjawa z koszmaru sennego. Marty patrzyła na to z sadys- tyczną satysfakcją. Nie dość, z˙e Sophie kazała jej mieszkać na takim cholernym odludziu, to jeszcze przywlokła tu tę staruchę. Po kiego diabła? – pyta- ła ze złością siostrę przynajmniej raz na tydzień. Sophie zerknęła na ostatnią mufinkę. Jeśli zje i tę, pochoruje się. Nie od razu, ale pochoruje się na pewno. A co tam, miała na nią ochotę. Nikt przeciez˙ nie patrzy, nikt nie jest świadkiem jej słabości. Juz˙ po nią sięgała, kiedy usłyszała kroki. Szybko cofnęła dłoń, jak dziecko przyłapane na łasowaniu. Do kuchni weszła Grace, w rzeczach dobranych bez ładu i składu, w krzywo zapiętym, zmechaco- nym swetrze. Ona, która zawsze nosiła markowe ubrania. Miała sześćdziesiąt lat, ale wyglądała na osiemdziesiąt: zaniedbana, wychudzona, byle jak uczesana. Tuz˙ za Grace pojawiła się Marty, z kwa- śną jak zwykle miną. 12 – Upiekłam mufinki – oznajmiła Sophie z uśmiechem, wyrzucając z pamięci fakt, z˙e juz˙ prawie wszystkie zjadła. – Wspaniale, kochanie – ucieszyła się Grace. Nie do końca udało się jej spiąć włosy w węzeł, siwe kosmyki wymykały się z niego pod najróz˙- niejszymi kątami. Sophie przemknęło przez gło- wę, z˙e za kilka minut cudaczna fryzura rozsypie się ze szczętem i matka będzie wyglądała jeszcze bardziej z˙ałośnie. – Wypiję tylko kawę. – Powinnaś coś zjeść, mamo. Wiesz, co mówił doktor – usiłowała zaoponować. Zamglone oczy Grace znieruchomiały, spojrza- ły na Sophie jakoś dziwnie. – Nie wierz we wszystko, co ci mówią. Ludzie nie zawsze są tacy, jak się nam wydaje. – Ja nie... – zaczęła Sophie, nawykła do dzi- wacznych, nieadekwatnych reakcji matki, ale Grace zdąz˙yła juz˙ nalać sobie kawy i wyjść z kuchni. Marty bez słowa podeszła do ekspresu. – Ja tez˙ się cieszę, z˙e cię widzę. – Sophie natychmiast poz˙ałowała tych słów. Czemu nie ugryzła się w język? Agresywnymi uwagami na pewno nie poprawi atmosfery w domu. Marty nawet na nią nie spojrzała. Nalała sobie kawy i upiła solidny łyk, całkowicie ignorując obecność siostry. – Schowałaś ręczniki do szafy? – Tym razem 13 Sophie spróbowała innego tonu, wyzutego z agre- sji, chociaz˙ Marty potrafiła się naburmuszyć na najbardziej niewinne pytanie. Wieczne sprzeczki i darcie kotów; kto by to wytrzymał? Marty wsadziła nos w krzyz˙ówkę. W tym ty- godniu krótkie, postawione na z˙el włosy ufar- bowała na czarno, tylko na samych końcach za- aplikowała sobie jadowity fiolet. Przed następną metamorfozą będzie musiała je utlenić, a prędzej czy później nic nie zostanie jej na głowie. Ta perspektywa budziła w Sophie tak zwane mie- szane uczucia. Moz˙e przynajmniej z˙aden z po- tencjalnych fatygantów nie będzie dąz˙ył do in- tymnej zaz˙yłości z kompletnie łysą siedemnasto- latką. – Przeciez˙ mi kazałaś, nie? Sophie westchnęła. Tylko spokojnie. – Musisz mi pomagać, Marty, jeśli zajazd ma ruszyć. Nie mogę wszystkiego robić sama. Lato się kończy, powinnyśmy otworzyć interes wczesną jesienią, inaczej nigdy nie odzyskamy zainwes- towanych pieniędzy. Mam juz˙ pierwsze rezerwa- cje na wrzesień... – A co mnie to obchodzi? Ściągnęłaś mnie na to zadupie, cholera wie po co. Nie przyszło ci do głowy, z˙e mam swoje z˙ycie, przyjaciół. Nie zamie- rzam prowadzić pensjonatu. Nie zamierzam tkwić na wsi z tobą i tą starą wariatką. Nie zamierzam ci pomagać. 14 Dobrze, z˙e Sophie nie zjadła trzeciej mufinki, bo zaczynało ją mdlić juz˙ po tej drugiej. – Ta stara wariatka to moja matka. Ciebie ona nie obchodzi, wiem, ale ja czuję się za nią od- powiedzialna. Codziennie musimy to przerabiać? Znajdź sobie kogoś innego do dręczenia. – Jakoś tylko z tobą nie mogę się dogadać. Nie odpuszczę, dopóki nie zaczniesz wreszcie słuchać, co się do ciebie mówi. – Słucham, co do mnie mówisz. – Cierpli- wości! – Wiem, z˙e ci brakuje twoich przyjaciół, ale wierz mi, to było nieodpowiednie towarzy- stwo. – Niby skąd moz˙esz to wiedzieć? Ty nie masz z˙adnego. Nie potrafisz się z nikim zaprzyjaźnić i zazdrościsz mi, bo mam tylu znajomych, kumpli i w ogóle... – Sami nieciekawi ludzie. – Znowu błąd. W ten sposób prowokowała tylko siostrę do dalszych sprzeczek. Dlaczego tak łatwo dawała się podpusz- czać tej smarkuli? Marty uśmiechnęła się kwaśno. – Znaczy się, pasuję do nich, nie? – Marty, proszę... – Twoje pieprzone ręczniki są w twojej piep- rzonej szafie: bez˙owe, lila, seledynowe, kremowe, we wszystkich kolorach, w jakich chcesz. Czekają na twoich pieprzonych gości. A teraz zejdź ze mnie. – Marty zabrała kawę, gazetę i wyszła 15 z kuchni, trzaskając drzwiami. Sophie z cięz˙kim sercem sięgnęła po trzecią mufinkę. Nic nie zapowiadało ocieplenia rodzinnej atmo- sfery w najbliz˙szej przyszłości. Od jej przyjazdu do Colby minęło juz˙ kilku miesięcy, a Marty nadal chodziła zła jak osa. Sophie miała nadzieję, z˙e zmieni coś w z˙yciu siostry, kiedy wyrwie ją z mias- ta, modliła się o to. Słońce, świez˙e powietrze, cięz˙ka praca, i wszystko się odmieni, oczywiście na lepsze. Jak dotąd wszystko było po staremu. Sophie próbowała robić dobrą minę do złej gry, puszczała mimo uszu wieczne pretensje Marty, ale nie była świętą, czasami traciła panowanie nad sobą. Miłość jest rzeczą trudną, powtarzała sobie niczym mantrę. Trudno o bardziej poplątaną rodzinę. Grace rozwiodła się ze swoim zwalistym kowbojem, kiedy Sophie miała dziewięć lat, oddała jedynacz- kę do szkoły z internatem i znikła. Ojciec Sophie, Morris, krótko po rozwodzie oz˙enił się powtórnie, dochował się drugiej córki, Marty. Starszą za- praszał na nudne, wlokące się jak flaki z olejem wakacje. Wszystko się zmieniło, kiedy Morris i jego nowa z˙ona zginęli w wypadku samochodo- wym, osierocając małą Marty. Rodzina to rodzina. Sophie właśnie skończyła studia na Columbii. Przygarnęła siostrę i we trzy zamieszkały w sypią- cym się mieszkaniu Grace na Wschodniej Sześć- dziesiątej Szóstej Ulicy. Śmierć rodziców musiała 16 się odbić na nieukształtowanej jeszcze psychice Marty, ale zarówno włócząca się po świecie Grace, jak i ceniąca sobie domowe zacisze Sophie próbo- wały zminimalizować skutki wstrząsu. Obie oto- czyły Marty opieką i jakoś sobie radziły. Do czasu. Kiedy Marty skończyła piętnaście lat, stała się nieznośna. U Grace wykryto raka piersi. Prysł z trudem klecony spokój, zaczęły się kłopoty. Skończyła mufinkę i podniosła się od stołu, z˙eby nie myśleć juz˙ o jedzeniu. Przez kilka ostat- nich miesięcy harowała jak wół. Doprowadzenie Stonegate Farm do takiego stanu, by ponownie działał tu wiejski zajazd, wymagało ogromnego wysiłku. W latach osiemdziesiątych był tu pens- jonat, potem właściciel zamknął interes, od pięciu lat na farmie nikt nie mieszkał. Juz˙ samo uprząt- nięcie gruzu i rupieci okazało się nie lada przedsię- wzięciem. Remont, to znaczy konieczne naprawy, malowanie i urządzenie wnętrz, urastał do wymia- ru zadania godnego Herkulesa i pochłonął wszyst- kie zasoby finansowe, które Sophie zdołała zgro- madzić. Główny budynek był gotowy, pozostało jeszcze zdecydować, co zrobić ze skrzydłem od ogrodu: próbować je odremontować, czy zrównać z ziemią. W taki stanie, w jakim było, w kaz˙dej chwili mogło się zawalić. Sophie miała dość kłopotów z doprowadzeniem do stanu uz˙ywalności głównego korpusu. Na wyna- jęcie firmy remontowej z prawdziwego zdarzenia 17 nie mogła sobie pozwolić, większość prac wyko- nywała sama. Na pomoc Grace nie mogła liczyć z oczywistych powodów, a z Marty było więcej kłopotów niz˙ poz˙ytku. Tymczasem zbliz˙ał się dzień otwarcia zajazdu i Sophie coraz bardziej się denerwowała. Wszystkie pokoje zostały juz˙ zare- zerwowane na kilka tygodni. Pozostawało tylko przygotować się perfekcyjnie na przyjęcie pierw- szych gości. Ostatnie retusze, uroczyste otwarcie i wreszcie będzie mogła spokojnie odetchnąć. Podeszła do okna wychodzącego na jezioro, spojrzała tęsknie na gładką, wabiącą z daleka taflę wody. Nie. Wiedziała, z˙e czeka na nią praca, ale nie mogła się zmobilizować. Poranek był wyjątkowo piękny, przez otwarte okna wpadał do wnętrza powiew ciepłego powietrza, gałęzie klonów kołysały się lekko. Przez ostatnie pół roku, od momentu przy- jazdu do Vermontu, nie miała chwili wytchnienia – zasłuz˙yła sobie chyba na dzień odpoczynku? Wyciągnie się wygodnie, będzie rozwiązywać krzyz˙ówki i palić papierosy. Jak Marty. Papierosy odpadają. Rzuciła przeciez˙ palenie. Umości się w hamaku ze stertą ksiąz˙ek kuchars- kich pod ręką, zje mufinkę... Prawda, zjadła ostatnią, nie wiedząc nawet kie- dy. Dzięki Bogu lubiła luźne ubrania, pod którymi mogła ukryć grzechy dietetyczne. Natomiast jej 18 chuda siostra zawsze odsłaniała tyle ciała, ile tylko mogła. Leniuchowanie w hamaku w ciepły dzień nie dla takich jak ona, w kaz˙dym razie nie tego lata. Moz˙e w przyszłym roku, kiedy zajazd będzie juz˙ funkcjonował pełną parą. Moz˙e wtedy uda się juz˙ wynająć kogoś do pomocy, zrobić sobie od czasu do czasu dzień wolny i cieszyć się błogim spoko- jem i urokami wiejskiej egzystencji, o której ma- rzyła przez całe z˙ycie. Tymczasem musi wracać do pracy, Stonegate za dwa tygodnie powinno być gotowe na przyjęcie pierwszych gości. Ale nie tylko to, do piątku musi skończyć zamówiony tekst, a nawet go nie zaczęła. Powinna chyba zrezygnować z pisania, lecz nie potrafiła. Prowadziła rubrykę kulinarną – ,,Listy ze Stonegate Farm’’ w lokalnym tygodniku wycho- dzącym na Long Island. To dawało jej poczucie stabilności, przypominało, z˙e z˙yje, jak sobie wy- marzyła. Po latach wyjaśniania znudzonym pa- niom domu, jak przygotować domowy makaron, jak z pojemnika na mleko zrobić oryginalną do- niczkę, a standardowy dom zamienić w sielskie siedlisko, wreszcie mogła sama realizować własne porady. Juz˙ niedługo jej moz˙liwości zostaną oce- nione przez ludzi zapewne z˙yczliwszych od wiecz- nie nadąsanej siostry i z˙yjącej w innym świecie matki. Jak na połowę sierpnia dzień zapowiadał się 19 wyjątkowo ciepły. Ledwie ranek, a słońce przy- grzewa w najlepsze. Podwinęła rękawy do łokci. Przejdzie się nad brzeg jeziora, chwila samotności dobrze jej zrobi. Tu, na północnym krańcu Still Lake nawet latem trudno było kogoś spotkać. Jedyny dom w sąsiedztwie, stara chata Whittenów, od lat stał opuszczony. Reszta ziemi wokół nalez˙a- ła do Sophie, w tym takz˙e zabudowania, roz- padająca się stodoła i domki letniskowe. Tych ostatnich nie było sensu remontować. Zamierzała je rozebrać, gdy tylko zdobędzie pieniądze. W końcu ciche teraz Stonegate rozkwitnie, zapełni się turystami, zacznie przynosić dochód. Czy będzie się dobrze czuła, mając bez przerwy do czynienia z przewijającymi się przez farmę, szukającymi wiejskich rozkoszy przyjezdnymi? Na razie wolała się nad tym nie zastanawiać, ale tez˙ nie przychodziło jej do głowy, jak inaczej miałaby utrzymać Stonegate. Była realistką. Jeśli za cenę obsługiwania tabunów turystów będzie mogła mieszkać na wsi, chętnie tę cenę zapłaci. Otworzyła drzwi i ruszyła w kierunku jeziora. Północny jego skraj, nad Zatoczką Whittena, był najsłabiej zaludniony na całym obszarze wokół Colby. Dawno temu Stonegate było dochodową farmą produkującą mleko, ale juz˙ od ponad czter- dziestu lat nikt nie widział tu krowy na pastwis- ku. Sophie kupiła gospodarstwo od synów Peggy Niles, pijaków najwyraźniej uszczęśliwionych, z˙e 20 wreszcie pozbędą się kłopotu. Wkrótce zrozumiała dlaczego. Ludzie unikali miejsca, w którym przed laty dokonano głośnej zbrodni. Z drugiej strony wszyscy Nilesowie, jak twier- dziła Marge Averill, przyjaciółka Sophie, byli ponoć z˙ałosnymi kreaturami. Leniwi, pozbawieni ambicji, wiecznie zapijaczeni. Stary Niles zostawił rodzinę, a synalkowie wytoczyli z matki ostatnią kroplę krwi. Wyprzedawali ziemię kawałek po kawałku, a ona walczyła, z˙eby utrzymać to, co zostało. Wynajmowała pokoje letnikom i jakoś dawała sobie radę. Do czasu zbrodni. Trudno uwierzyć, z˙e coś równie koszmarnego mogło zdarzyć się w uroczej wiosce w Nowej Anglii, ale Sophie nie była naiwna, kaz˙da stara miejscowość miała w swojej historii kartę wypeł- nioną okrucieństwami, ohydnymi, budzącymi zgrozę czynami. No a morderstwa w Northeast Kingdom nie nalez˙ały do tych najbardziej nie- zwykłych. Śmierć trzech nastolatek to oczywiście tragedia, ale sprawiedliwości stało się zadość. Mordercę, młodego ćpuna, ujęto i skazano. Minęło dwadzieścia lat, ale rodzice nadal zapewne opłaki- wali swoje córki, to naturalne. Na samą myśl, z˙e mogłaby stracić Marty, Sophie ogarniała bezro- zumna panika. Nie wyobraz˙ała sobie takiej trage- dii, nie zniosłaby chyba ciosu. Jednak Colby z czasem otrząsnęło się z ko- szmaru. Wszyscy, poza rodzinami ofiar, dawno 21 zapomnieli o okolicznościach zbrodni, o tym, z˙e jedną z dziewcząt znaleziono przy brzegu jeziora, dwie pozostałe w pobliz˙u, a wszystkie trzy praco- wały w zajeździe u Peggy Niles. Doktor, człowiek obdarzony dość upiornym poczuciem humoru, z˙ar- tował, z˙e Sophie mogłaby odcinać kupony od mrocznej przeszłości zajazdu: ,,Nawiedzona Gos- poda’’ albo ,,Czerwona Oberz˙a’’ – zdaniem Doka taka chwytliwa nazwa zapewniłaby zajazdowi wspaniałą reklamę. Sophie nie odwaz˙yłaby się na taki krok, nie w Colby. Poza tym Dok Henley nie mówił powaz˙- nie. Był jowialny, poczciwy i przypominał wiejs- kich lekarzy ze staroświeckich powieści. Pomógł przyjść na świat bodaj połowie mieszkańców mias- teczka i rozsianych wokół jeziora wiosek, towarzy- szył narodzinom trzech zamordowanych dziewcząt i z˙egnał swoich pacjentów, kiedy nadchodził ich czas. Sophie ułoz˙yła się w hamaku, oparła stopy o kamień, zapatrzyła się w przestrzeń. Czekała, az˙ spłynie na nią absolutny, tak przeciez˙ ulotny i trud- ny do osiągnięcia spokój. Bezruch. Coś było nie tak. Usłyszała samochód na z˙wirowym podjeździe. Tak juz˙ przywykła do wszystkich dźwięków, jakie rozbrzmiewały w tym cichym zakątku, z˙e bez trudu rozpoznała dychawiczny silnik starego saaba Marge Averill. Leniwie pomachała dłonią, nie 22 chciało się jej podnosić z fotela. Marge – krzepka, dobiegająca czterdziestki, serdeczna, ale twarda – od kiedy sprzedała Sophie farmę Nilesów, zapa- łała do nowej właścicielki Stonegate szczególną przyjaźnią. Sophie podejrzewała, z˙e zyskała w Marge bratnią duszę, poniewaz˙ sporo przepłaci- ła za starą farmę. – Cudowny ranek! – wołała Marge z daleka, energicznie maszerując przez trawnik. – Jak twoja matka? – Dziękuję. – Sophie coś wietrzyła. O tej porze roku handel nieruchomościami zwykle się oz˙y- wiał, agenci mieli prawdziwe urwanie głowy. Mar- ge nie przyjechała na farmę pytać o zdrowie Grace. Musiała mieć waz˙ny powód. – Co cię sprowadza? – Nie spodoba ci się to, co usłyszysz – oznaj- miła Marge krótko i opadła na sąsiedni fotel. Sophie jęknęła. – Znowu Marty? Co wyczyniała tym razem? – Nic, o ile wiem. Tym razem to ja chyba dałam plamę. Wynajęłam chatę Whittenów. Sophie odwróciła się gwałtownie, zmruz˙yła oczy w promieniach porannego słońca. Juz˙ wie- działa, co było nie tak, co ją zaniepokoiło przed chwilą. Ktoś zamieszkał w starej chacie. Okien- nice stały otworem, drzwi tez˙, ale nikt nie kręcił się wokół domu, na podjeździe nie było samochodu. – Cholera. – Nie moja wina. Od lat pies z kulawą nogą nie 23 interesował się tym miejscem, az˙ tu zadzwonili do mnie z kancelarii, która zajmuje się spuścizną Whittenów, powiedzieli, z˙e zgodzili się na wyna- jem i z˙e nowy najemca prawdopodobnie będzie chciał kupić chatę. Nie mogłam przebić ceny w twoim imieniu, nie bez uprzednich konsultacji, no a ten facet juz˙ przyjechał, więc sama rozu- miesz... – Wiesz, z˙e w tej chwili nie mam pieniędzy, nie mogę kupić chaty – mruknęła Sophie. Trzecia mufinka wyraźnie ciąz˙yła jej w z˙ołądku. – Wszyst- ko co miałam, włoz˙yłam w remont Stonegate. – Ta transakcja to jeszcze nic pewnego. Nikt jeszcze nie wytrzymał w chacie Whittenów dłuz˙ej niz˙ kilka tygodni, ten nowy tez˙ pewnie nie zdzier- z˙y. Uzbrój się w cierpliwość. Usłyszy o morderst- wach i wpadnie w popłoch – pocieszała przyjaciół- kę Marge. – Ja się nie wystraszyłam. – Bo kobiety są silniejsze i odwaz˙niejsze od facetów. Obie to wiemy. – Marge spojrzała w stro- nę chaty. – Podejdź do sprawy filozoficznie. Z do- mu nie widać chaty, dopiero stąd, z brzegu jeziora. Poza tym powiedzieć, z˙e ten nowy jest przystojny, to za mało. Nie narzekamy nad nadmiar wolnych facetów po trzydziestce – przekonywała Marge. Sophie wytęz˙yła wzrok. Koło chaty ktoś się pokazał, widziała sylwetkę, nic ponadto, siedziały zbyt daleko. Wszystko jedno, przeciez˙ ten czło- 24 wiek to nieprzyjaciel, intruz. Chciała mieć chatę Whittenów, marzyła o niej równie gorąco, jak jeszcze niedawno o Stonegate. Chciała stworzyć na północnym brzegu jeziora sielską enklawę, w której goście mogliby odnaleźć ukojenie dla ciała i duszy. Obcy tylko będzie przeszkadzał, juz˙ teraz ją irytował. W dodatku przystojny, jak twier- dzi Marge, a ona musi myśleć o swojej siostrze. Zachmurzyła się. – Co to za jeden? – Niejaki John Smith, tak się przedstawia, dasz wiarę? Jedni mówią, z˙e to jakiś spec od kom- puterów, który chce tu załoz˙yć firmę, inni, z˙e doradca finansowy. Daję mu góra pół roku. Nikt tu dłuz˙ej nie wytrzyma, jeśli nie ma kasy. – Ja nie mam. – To co innego. – Marge beztrosko machnęła ręką. – Ty i ja z˙yjemy z turystów. Nie zginiemy. Gdyby pan Smith był stolarzem albo hydraulikiem, to co innego, chociaz˙ stolarzy w okolicy mamy akurat pod dostatkiem. W kaz˙dym razie chciałam cię uprzedzić, na wypadek gdyby wpadło ci do głowy iść na spacer w stronę chaty Whittenów. Podpisał roczną umowę najmu i zastanawia się nad kupnem domu, mówiłam ci, ale wyniesie się, zanim spadną pierwsze śniegi. Tak czy siak, nie wróz˙ę mu długiego pobytu. Jak usłyszy o morders- twach... Męz˙czyzna zniknął za węgłem chaty. 25 – Moz˙e juz˙ usłyszał... – powiedziała Sophie w zamyśleniu. – Co masz na myśli? Sophie wzruszyła ramionami. – Nie wiem. Dziwne, z˙e wynajął akurat chatę Whittenów, kiedy na południowym brzegu jest tyle domów do wynajęcia i to w znacznie lepszym stanie. Dlaczego wybrał akurat ruderę na odlu- dziu? – Pojęcia nie mam. Przyjmuję czeki i nie zadaję pytań. – Marge wstała, strzepnęła ze spodni za- błąkany liść. – Coś ci powiem, przeprowadzę małe śledztwo. Moz˙e jest dla mnie trochę za młody, ale co znaczy jakieś głupie dziesięć, dwadzieścia lat? Takie drobiazgi nigdy mnie nie zraz˙ały. Mam juz˙ serdecznie dość spania w pustym łóz˙ku. Chyba z˙e ty masz ochotę na tego faceta... – Nie – podziękowała Sophie uprzejmie. – Nawet mu się nie przyjrzałaś. – Nie jestem zainteresowana. Bez tego mam dość na głowie. Nie chcę z˙adnych komplikacji. Marty tez˙ one niepotrzebne. Przez twarz Marge przemknął ledwie zauwaz˙al- ny cień niechęci. Nie darzyła siostry przyjaciółki szczególną sympatią i nie ukrywała tego, ale nie podobały się jej równiez˙ metody wychowawcze Sophie. – Marty potrafi sama zadbać o siebie, musisz jej tylko na to pozwolić. 26 – A jakz˙e, dowodzi tego na kaz˙dym kroku. Marge powinna się teraz obruszyć, ale przemil- czała kwaśną uwagę Sophie. Wiedziała doskonale, z˙e nie musi nic mówić. – Wracam do pracy – oznajmiła energicznie. – Doktor ma do mnie zajrzeć. Strasznie go in- tryguje twój nowy sąsiad, koniecznie chciałby się czegoś o nim dowiedzieć, inaczej niz˙ ty. Sophie uśmiechnęła się pobłaz˙liwie. – Doktor jest starym plotkarzem, znasz go. Wyciągnie z człowieka kaz˙dy sekret. Marge rzuciła jeszcze ostatnie, tęskne spojrze- nie w kierunku chatki. – Piękny egzemplarz męz˙czyzny – cmoknęła ze znawstwem. – Daj znać, gdybyś potrzebowała mojej pomocy. – Owszem. Wyrzuć go stąd. – Niech Marty trzyma się od niego z daleka, a nic nie zakłóci wam spokoju. Za kilka tygodni będziesz tak pochłonięta pracą, z˙e zapomnisz o no- wym sąsiedzie, twoja siostra tez˙. – Na zmartwienia zawsze znajdę czas. – Odpuść sobie. – Słowa Marge zabrzmiały niczym rozkaz. – Tak jest, proszę pani. Moz˙e zaniosę panu Smithowi kilka mufinek. Na powitanie. Wybadam, czy naprawdę ma zamiar osiąść tu na dobre. – Jasne, zanieś mu swoje mufinki, wtedy na pewno nie będzie chciał wyjechać. Za to moje 27 talenty kulinarne wygnałyby go stąd w okamgnie- niu. – Mogłabym go otruć – myślała Sophie głośno. – Gwarantowany sposób, z˙eby się pozbyć faceta. – Z˙art bardzo nie na miejscu, w przenośni i dosłownie. – W głosie Marge zabrzmiał powaz˙ny ton. – Ludzie mają dobrą pamięć. – Tak myślisz? – Sophie spojrzała w kierunku chaty Whittenów, szukając wzrokiem intruza. Nie było go. ROZDZIAŁ DRUGI Niewiele się zmieniło przez ostatnie dwadzieś- cia lat. Takie przynajmniej było pierwsze wraz˙enie Griffina. Trochę więcej przyjezdnych w markecie, trochę mniej wolnych miejsc na parkingu. W sta- rym młynie ktoś otworzył stoisko z pamiątkami, na głównej ulicy pojawił się sklep ze szkockimi wełnami, przyciągający zamoz˙nych letników. Stonegate kupiła kobieta z Nowego Jorku; wyre- montowała dom i we wrześniu zamierzała otwo- rzyć zajazd, w samą porę na przyjęcie jesiennych turystów. Tak, niewiele się zmieniło. Jak dawniej ściągali nad jezioro ci sami zbyt dobrze urodzeni, zbyt starannie wykształceni wychowankowie uniwer- sytetu Harvarda, Yale i Princeton, jak dawniej obsługiwali ich ci sami tubylcy, cali w uśmiechach, w rzeczywistości pełni pogardy dla mospanków. Tyle tylko, z˙e jednych i drugich było teraz trochę więcej. 29 Po kiego tu wracał? Nienawidził tego miejsca, pozornie sielskiej atmosfery i wścibstwa. Przed dwudziestu laty po raz pierwszy w swoim z˙yciu włóczęgi tutaj wreszcie poczuł się jak w domu. I przekonał się, czym jest tutejsza gościnność, kiedy zapuszkowali go za zbrodnie, których nie popełnił. Nie wierzył, z˙e w ogóle mógłby je popełnić. Nie chciał mieć nic wspólnego z Colby, z ludźmi, którzy tu mieszkali, ale musiał dojść prawdy. Udało mu się zrobić najpotrzebniejsze zakupy, nie natykając się na nikogo z dawnych znajomych. Dzięki Bogu nikt go nie rozpoznał. Mógł wracać spokojnie do chaty Whittenów. Jedno na pewno się zmieniło: przed dwudziestu laty nie wyszedłby ze sklepu Audleya, dopóki nie odpowiedziałby na kilka dociekliwych pytań. Musiałby zeznać, gdzie zamieszkał, co go sprowadza do Colby, jak długo zamierza zostać i czyim jest pociotkiem. Letnicy do listy pytań dodawali jeszcze jedno: jaki uniwer- sytet ukończyłeś? Miał starannie przygotowane odpowiedzi, ale nikt nawet na niego nie spojrzał. Przez nikogo nie niepokojony wyszedł ze sklepu z blokiem sera cabot, z którego słynie Vermont, i sześciopakiem coli. Był niemal zawiedziony, z˙e nikt go nie zaczepił. Kobieta w agencji nieruchomości nie kryła zdenerwowania, kiedy wręczała mu klucz. Odniósł wraz˙enie, z˙e wolałaby nie wynajmować mu chaty. 30 Gówno go to obchodziło. Wiedział, co robi i nie zraz˙ały go takie drobne niedogodności jak brud w domu, brak wody i towarzystwo wiewiórek, które upodobały sobie komin. Chciał się tam wre- szcie znaleźć, zamknąć za sobą drzwi i znowu, jak przed laty, poczuć się bezpiecznie. Irytująca przywara, ale za nic w świecie nie potrafił się jej pozbyć. Zawsze dawała o sobie znać, ilekroć tylko próbował gdzieś osiąść na dłuz˙ej. Kiedyś moz˙e ją zwalczy, ale teraz szczelnie zamknięte drzwi i okna stanowiły bezpieczną izo- lację od świata. Tak było lepiej. Szybko się zaaklimatyzował na nowym miejs- cu. Zarośnięta, poorana koleinami droga prowa- dząca do chaty skutecznie zniechęcała ciekaws- kich, sam dom sprawiał wraz˙enie nadal niezamie- szkanego. Odwaz˙ył się otworzyć okiennice, potem okna, wpuszczając do wnętrza rześkie górskie powietrze. Wodę w końcu jednak ktoś podłączył, kanapa w bawialni była upstrzona mysimi bob- kami, ale to nic. Dało się z˙yć. Ogarnął pokój, wytarł do czysta wielki stół, ustawił na nim swój laptop, dopiero potem wniósł walizki i zakupy. Przez minione dwadzieścia lat porządek i dyscyp- lina zdąz˙yły wejść mu w krew. To mógł zapisać po stronie zysków. Włoz˙ył ser i colę do lodówki, włączył ją, po czym wyszedł na ganek. Z braku lepszego zajęcia przysiadł na balustradzie i omiótł wzrokiem za- 31 chwaszczony trawnik schodzący łagodnie ku je- zioru – ostatni widok, jaki zapamiętał z Colby. Spojrzał w stronę Stonegate. Dom i obejście sprawiały imponujące wraz˙enie. Nowa właściciel- ka musiała włoz˙yć w remont mnóstwo pieniędzy i energii. Musiał wymyślić sposób, który pozwolił- by mu dostać się tam bez wzbudzania podejrzeń. Sprawa wyglądałaby prościej, gdyby wiedział, czego szuka. Niewiele pamiętał z tamtej nocy, a upływ lat raczej nie poprawił mu pamięci. W kaz˙dym razie ówczesny wieczór i część nocy spędził w Stonegate, tego był pewien. W nieuz˙y- wanym skrzydle z wyjściem do ogrodu, w którym kiedyś mieścił się wiejski szpitalik. W dodatku nie sam, tego tez˙ był pewien. Moz˙e właśnie wtedy po raz ostatni widział Lorelei z˙ywą. A moz˙e to on ją zabił... Poderz˙nął jej gardło i zaniósł ciało nad jezioro. Jeśli tak, gdzieś powinny być jeszcze ślady krwi. Pragnął znaleźć jakikolwiek ślad tamtych wydarzeń, coś, co rozjaśniłoby mrok spowijający jego pamięć. Moz˙e kiedy wejdzie do opuszczone- go skrzydła, atmosfera tego miejsca oz˙ywi jego mocno wyblakłe wspomnienia. Pobyt w Colby nie zapowiadał się dobrze; juz˙ pierwsze godziny spędzone tutaj zdołały wytrącić go z równowagi. Jeśli nie znajdzie innego sposobu, z˙eby dostać się do zajazdu, spróbuje perswazji. W najgorszym razie będzie musiał się włamać. 32 Gdy i to nic nie da, zacznie swoje prywatne śledztwo we wsi. Odnajdzie ludzi, którzy miesz- kali tu przed dwudziestu laty. Moz˙e pamiętają jeszcze tamte morderstwa? Prędzej czy później natrafi na jakiś ślad, roz- wikła zagadkę, choć poczciwi obywatele Colby z˙yją zapewne w przekonaniu, z˙e sprawa dawno została zamknięta. Nie została. On wiedział najlepiej. Nie wyjedzie stąd, póki nie pozna prawdy. Póki duchy nie zaznają spokoju. Koniec. Dowie się, kto zabił Alice Calderwood, Lorelei Johnson i Valette King – on, czy moz˙e ktoś zupełnie inny. Wczesnym wieczorem zobaczył kobietę; szła w stronę chaty. Przez chwilę wydawało mu się, z˙e ma zwidy. Całe popołudnie wietrzył, sprzątał, wyrzucał śmieci, usuwał pajęczyny. Znalazł dwa fotele, które przetrwały lata składowania i wyniósł je na ganek. Teraz, z puszką coli w ręku, usiadł w jednym z nich, stopy oparł o balustradę. Kobieta zbliz˙ała się od strony lasu. Obserwował ją z mieszanymi uczuciami. Z jed- nej strony był absolutnie pewien, z˙e nie z˙yczy sobie, by ludzie nachodzili go bez uprzedzenia, szczególnie kobiety, a zwłaszcza takie jak ta. Była ładna, delikatna, ubrana w jakieś coś w kwiaty, giezło stanowczo za długie i za obszerne. Dodać do tego jeszcze kapelusz z duz˙ym rondem, białe 33 rękawiczki, i wyglądałaby jak dama zaproszona na garden party. Tyle z˙e zamiast kieliszka miała w ręku talerz z czymś, co juz˙ z daleka wyglądało mu na mufinki. Nikogo nie potrzebował, niczego nie chciał, ale wiedział juz˙, z˙e jej nie zbędzie wrogim mruk- nięciem. Miał swoje priorytety, a dobre jedzenie widniało na samym szczycie jego listy. Poza tym kobieta szła od strony starego zajazdu. Moz˙e nie będzie musiał wysilać mózgu, szukać sposobów dostania się do Stonegate. Moz˙e los podsunie mu rozwiązanie na talerzu. Powinien wstać na jej powitanie. Nie miał matki, która nauczyłaby go manier, wychowywał go ojciec. Rzucało nimi z miejsca na miejsce, dopóki staruszek nie dokonał z˙ywota, kiedy Grif- fin miał piętnaście lat. Od tego czasu był zdany wyłącznie na siebie, jednak łyknął co nieco ogłady, a jakz˙e. Pomimo to nie podniósł się, patrzył tylko, jak kobieta wchodzi po schodach na ganek. Nie lubił ładnych kobiet, lubił kobiety z charakte- rem, błyskotliwe, trochę cyniczne, jak jego była dziewczyna Annelise. Z˙adnego rozczulania się, westchnień, sentymentalnych bzdur. Ta tutaj wyglą- dała jak ze zdjęcia w czasopismach w rodzaju ,,Dom i ogród’’. Pachniała kwiatami, świez˙ym chlebem. Mierzył ją czujnym i mało przychylnym wzrokiem. – Jestem Sophie Davis. – Słodki, ciepły głos, melodyjny, irytująco miły. – Dopóki nie zacznie 34 się sezon, nie będzie pan miał innych sąsiadów poza nami. Proszę, mufinki na powitanie. Wziął od niej talerz i postawił na balustradzie. Powinien zdobyć się na odrobinę uprzejmości, podziękować, wykrzesać z siebie uśmiech, ale coś go powstrzymywało. Ta kobieta nalez˙ała do innego świata, uporząd- kowanego, rodzinnego; on w ogóle nie miał po- czucia przynalez˙ności. Siedział w fotelu, potęz˙ny, spocony prostak, i wpatrywał się w znacznie od niego drobniejszą, irytująco zadbaną Sophie Da- vis. Nie chciał, z˙eby sobie pomyślała, z˙e moz˙e do niego zaglądać z sąsiedzkimi wizytami, kiedy przyjdzie jej ochota. Cenił sobie swoją prywat- ność, szczególnie teraz. Nie zamierzał zwierzać się nikomu i opowiadać, kim jest i co go sprowadza do Colby. – Dziękuję – wydusił wreszcie i nie zabrzmiało to zbyt uprzejmie. Zerknął w stronę domu Nile- sów. – Dziwna pora na otwieranie zajazdu. – Cięz˙ko pracowałyśmy, z˙eby wszystko przy- gotować. Na farmie od wielu lat nikt nie mieszkał, dom był w strasznym stanie, ale udało się go doprowadzić do przyzwoitego stanu. ,,Od wielu lat nikt nie mieszkał’’. Mógł tu przyjechać znacznie wcześniej, gdyby wiedział. Ale zamiast szukać odpowiedzi, próbował zapom- nieć. 35 – Jesienią jest tu największy ruch – ciągnęła Sophie. – Większy niz˙ latem albo w sezonie narciarskim. Mamy juz˙ komplet na cały wrzesień i na dwa pierwsze tygodnie października. – Kiedy pani otwiera? – Za dwa tygodnie. Dwa tygodnie. Dwa tygodnie, z˙eby dostać się na farmę, zanim zaroi się tam od turystów. Dwa tygodnie, z˙eby się przekonać, czy stary dom skry- wa jakieś tajemnice. Przyglądała mu się jakoś dziwnie. Zrozumiałe, zapewne przywykła do tego, z˙e męz˙czyźni jej nadskakują. Podniósł się z fotela. Jeśli ma tylko dwa tygodnie, powinien korzystać z okazji. I uwa- z˙ać, z˙eby nie wzbudzić podejrzeń Sophie Davis. – Napije się pani czegoś, pani Davis? – zapytał uprzejmie, spoglądając z góry na swojego gościa. Nie lubił niskich kobiet, ale tak naprawdę wcale nie była taka niska. Tylko kobieca. Wyjątkowo irytujące. Nie miała chyba jeszcze trzydziestki, ale emanowała jakąś staroświecką elegancją, która działała mu na nerwy. Nie miał wcale ochoty na sąsiedzką pogawędkę, nie zdąz˙ył się jeszcze za- aklimatyzować, ale skoro zajazd nalez˙ał do niej, byłby ostatnim głupcem, gdyby dał jej do zro- zumienia, z˙e uwaz˙a ją za intruza. Ona tez˙ nie wyglądała na specjalnie zachwyco- ną, miał wraz˙enie, z˙e czeka tylko, by się poz˙egnać i umknąć z chaty. 36 – Po prostu Sophie. I raczej nie pani, nie jestem męz˙atką – poinformowała. – Muszę wracać do siebie. Chciałam cię tylko powitać. Kiedy juz˙ otworzymy, powinieneś przyjść któregoś dnia na obiad. Miała taką minę, jakby wolała raczej zjeść dz˙dz˙ownicę, niz˙ przyjmować go u siebie. Nie oczarował jej i wcale się temu nie dziwił. Patrzyła na niego nieco spłoszonym wzrokiem, zupełnie jak Czerwony Kapturek, który właśnie spotkał pas- kudnego, krwioz˙erczego wilka. W zasadzie nie odbiegało to zbytnio od prawdy. – Chętnie – skłamał. Miał nadzieję, z˙e do tego czasu rozwikła tajemnicę i opuści to miejsce. – Dzięki za mufinki. – A jednak ją wypraszał. Było to tak oczywiste, z˙e nie mogła nie odczytać informacji zawartej w tych trzech jakz˙e lakonicz- nych słowach. Uśmiechnęła się ciepło. – Do zobaczenia. Patrzył, jak się odwraca i schodzi z ganku. Do zobaczenia? Oby nie. Usiadł z powrotem w fotelu. Postać Sophie Davis oddalała się, coraz drobniejsza, coraz mniej wyrazista. Nie ufał jej, ale z zasady nie ufał nikomu. Kaz˙dy ma coś za skórą. Powiedziała, z˙e napracowały się, by doprowadzić dom do jakiego takiego stanu. A jeśli coś przy okazji odkryła? A moz˙e nieświadomie usunęła ślady? Cholera. Za 37
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Złowroga cisza
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: