Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00709 006184 12435986 na godz. na dobę w sumie
Złowrogi sześcian - ebook/pdf
Złowrogi sześcian - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 216
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-23-9 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Złowrogi sześcian to pierwsza część fantastycznej powieści Tryptyk Świata Mgły autorstwa 15-letniej Basi Kaczyńskiej.

Młoda pisarka snuje mroczną i zabawną jednocześnie opowieść o poszukiwaniu jednego z trzech starożytnych artefaktów, które ze względu na magiczne właściwości – obdarowanie właściciela wszechwiedzą lub nieograniczoną władzą – są pożądane przez ród złowrogi Nyktalusów. Bohaterami tej części tryptyku są Leśny Dziad Veritas i pochodzący z północy Żarnowiec. To oni eskortują pierwszy z artefaktów, zwany TYM.

 

Basia Kaczyńska miała 10 lat,kiedy ukazała się jej debiutancja minipowieść Planeta koni z autorskimi ilustracjami. Po czterech latach czytelnicy dostali jej kolejną książkę, Siostrę dzienną. Jako piętnastolatka napisała Tryptyk Świata Mgły, kórego pierwsza część to Złowrogi sześcian. Od lektury tej gęstej od osobliwych perypetii, równie mrocznej, co inteligentnie ironicznej, niezmiernie dojrzałej prozy Basi Kaczyńskiej, nie sposób się oderwać. Podobnie jak od Władcy pierścieni Tolkiena, Opowieści z Narnii Lewisa czy cyklu powieści Pratchetta.
Janusz R. Kowalczyk, „Rzeczpospolita”

Niezwykle dojrzała proza, zważywszy, że jej autorka ma zaledwie 15 lat. Podobnie jak Eragon Christophera Paoliniego, powieść Basi Kaczyńskiej przenosi nas w fantastyczny świat przygód. Ta książka jest niczym gra role playing, czytelnik czuje, że przebieg akcji jest w rękach stworzonych przez młodą pisarkę bohaterów. Do końca jednak nie mamy pewności, jak potoczą się losy wyprawy, i czym tak naprawdę jest tytułowy sześcian.
Łukasz Gołębiewski, „Magazyn Literacki KSIĄŻKI”

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Złowrogi sześcian Barbara Kaczyńska Warszawa 2009 © Copyright by Barbara Kaczyńska, 2009 © Copyright by Biblioteka Analiz Sp. z o.o., 2009 Redakcja: Korekta: Projekt okładki: Zdjęcie na okładce: Zdjęcie autorki: Łamanie: Łukasz Gołębiewski Sylwia Mroczek-Zawadzka Grzegorz Zychowicz | Tatsu Mateusz Pawlik | www.brenio.pl Radek Pasterski | Fotorzepa Tatsu tatsu@tatsu.pl ISBN 978-83-62948-23-9 Wydanie I Warszawa 2009 Gdzie i kiedy rozgrywa się ta historia W    łaściwie nie wiadomo dokładnie, czemu nasz świat nazwa- no Światem Mgły. Nikt nie jest pewien, ale uczeni twier- dzą, iż na początku była tylko Wielka Mgła, z której wyłoniły się lądy, morza, planety, gwiazdy i wszystko inne. A oni zazwyczaj mają rację, co nie znaczy wcale, że zwykle się nie mylą. Księga ta niesłusznie może nazywa się „Tryptykiem Świa- ta Mgły”, gdyż traktuje tylko o Wielkim Lądzie Półokrągłym. Ale wydarzenia tu opisane mogły wpłynąć na cały Świat, stąd decyzja, by ostatecznie pozostawić taki właśnie tytuł. Kilka słów odnośnie naszego Lądu. Nie jest on w żadnym razie jedynym, na południu i wschodzie mamy zatrzęsienie różnorakich wysp, większych i mniejszych, możliwe też, że na zachodzie również, ale nie zostało to jeszcze zbadane. Wielki Ląd Półokrągły otoczony jest podobno czterema mo- rzami, jeśli wierzyć kodeksom trytońskim. Nikt tego osobi- ście nie sprawdzał. Od południa mamy Morze Zielone, naj- lepiej poznane ze wszystkich. Od zachodu Morze Popiołów, szare, ogromne i burzliwe. Na wschodzie rozciąga się Ocean Małż, gdzie przeprowadziły się z Morza Zielonego wszystkie trytony, kiedy uznały, że nie odpowiada im ciągły ruch stat- ków handlowych. A na północy — podobno — znajduje się Morze Toksyczne, wiecznie skute trującym lodem. Nikt do niego nie dotarł, nawet dzielni ludzie z Rornalandu, a jeśli dotarł, to morze rzeczywiście jest toksyczne, skoro nie wró- cił. Nie wiadomo, czy ta osławiona woda naprawdę oblewa 5 Ląd od północy, możliwe, że nie, możliwe, że ziemia ciągnie się w nieskończoność. Właśnie na najdalszej północy, która zaczyna się gdzieś w połowie poznanych obszarów Lądu, rozciąga się Rorna- land, Ziemia Niczyja, gdzie tylko brodaci Rornalandczycy godzą się mieszkać i, co najśmieszniejsze, całkiem nieźle im się żyje. Rornaland to niezmierzona tundra, płaska, łysa i niegościnna, gdzie latem wiatr sypie pyłem, a zimą sypkim śniegiem. To ojczyzna przedziwnych zwierząt podobnych do jeleni, a które tamtejsi ludzie zwą „renifere”. Nad samym Morzem Toksycznym mają natomiast mieszkać ogromne ja- skrawożółte niedźwiedzie, od jedzenia ryb z trującej wody świecą one w ciemności, a ich oddech zabija. Rornaland nie ma statusu państwa, administracja jest bardzo słaba, jeśli nie liczyć fragmentu należącego do Zlandii. Rornalandczycy żyją w luźno rozrzuconych wioskach, które po jakimś czasie porzucają i przenoszą się dalej, w miejsce bardziej obfitują- ce w zwierzynę. Zajmijmy się teraz zachodnią częścią Lądu. Na południe od Rornalandu leży Cesarstwo Sylstyńskie. Jego początki się- gają roku 600, kiedy to nieznaczące przedtem wiele bagienne państewko Sylstyn zaatakowało sąsiedni, położony na wschód od niego, Gulchyn, kraj bardzo wysoko rozwinięty i pokojowo nastawiony (co nigdy nie wychodzi nikomu na dobre). Gul- chyńczycy doszli do wniosku, że nie będzie im się żyło źle pod panowaniem sylstyńskim i nie walczyli. Ich król dobro- wolnie abdykował na rzecz Wielkiego Wodza Sylstynu, który po tym zwycięstwie, jeśli wolno tak to nazwać, przybrał tytuł Cesarza. Bo trzeba wiedzieć, że zdobywszy Gulchyn, Sylstyn urósł w siłę i stał się cesarstwem. Zyskał bogate w zwierzynę lasy i glebę doskonałą pod uprawy, a Gulchyńczycy i Sylstyń- czycy szybko zaczęli zawierać mieszane małżeństwa. Potem Cesarstwo podbiło kolejno Południową Pustynię, krainę jałową i suchą, lecz doskonale nadająca się do hodowli 6 wielbłądów i sąsiadującą z bogatą Nadmorenią, Ziemie Wul- kaniczne (głównie domenę salamandrowców, które miały głęboko gdzieś, jak się nazywa ich król i jakiej jest narodowo- ści, skoro i tak nie były ludźmi) i Góry Wylfickie, za którymi leży Rornaland. Rozprawa z Wylfitami trwała najdłużej, bo aż dwadzieścia lat, i zakończyła się dopiero w 670 roku. Wy- lfici, ten niski i butny lud, nie mogli znieść myśli, że mie- liby być komuś poddani. Jeszcze przez dłuższy czas po tym urządzali bunty i rewolucje, krwawo tłumione przez wojska sylstyńsko-gulchyńskie. W ten sposób Sylstyn otoczył się ze wszystkich stron pro- wincjami, zyskał dostęp do dwóch mórz — do Zielonego przez Południową Pustynię i Góry Graniczne i do Popiołów przez Ziemie Wulkaniczne. Stał się potęgą. Za południowymi Górami Granicznymi, kończącymi Pu- stynię, leży niewielkie księstwo Nadmorenii, które wkrótce zapewne stanie się kolejną prowincją Sylstynu. A na połu- dniowy wschód od Cesarstwa znajduje się kraj Nauretanii, gorący, w większości pustynny, gdzie domy i pałace są boga- to zdobione, w portach stoją statki kupieckie, a ludzie mają ciemną skórę i noszą fantazyjne ozdoby. Taki jest stan zachodniej części Lądu Półokrągłego, przy- najmniej na dziś. A ponieważ Sylstyn nie nakładał dużych podatków na nikogo i pozwalał przeważnie na praktykowanie tradycji i zwyczajów, buntów nie było. Aż do czasu, gdy Syl- styńczycy postanowili podporządkować sobie jak najbardziej niepodległy lud Wylfitów. Na północny wschód od Cesarstwa i Nauretanii leży Zlan- dia. W 713 roku, czyli w czasach, w których dzieje się pierw- sza część tryptyku, Zlandia obejmowała dość niewielki teren, ale już dwa lata później odebrała spory kawałek ziemi Złotni i zagarnęła dość dużą część Rornalandu, gdzie zaczęli osie- dlać się osadnicy. Po tym władca Zlandii przybrał imię ce- sarza, idąc za przykładem Sylstynu. 7 Zlandia jest teraz dużym krajem, w większości stepowym, raczej słabo zaludnionym, jeśli nie liczyć południowego frag- mentu, który należał wcześniej do Złotni. To duże połacie te- renu, porosłe niską trawą i krzewami ugrzynu. Złotnia rozciąga się od Cesarstwa Sylstyńskiego aż do Oceanu Małż. Mimo swojego rozmiaru, jest jedynie księ- stwem i nieustannie ma kłopoty związane z granicami. Tak jak w Zlandii, przeważają w niej trawiaste równiny, chociaż na zachodzie i południu rosną lasy, obecnie karczowane, by uzyskać ziemię pod uprawę. Na południe od Złotni znajdują się Puszcze, rozległe i nie- przebyte lasy, o których mówi się, że pełne są magicznych stworzeń, które umknęły z lasów gulchyńskich po podboju Sylstyńczyków. Natomiast na północ od księstwa mamy Lasy Północne, równie tajemnicze jak Puszcze. Rzecz dzieje się w okresie sześćdziesięciu lat, między ro- kiem 713 a 773. Część pierwsza w roku 713. Lata liczone są od rozpadu Królestwa Lądu Półokrągłego. Rozdział I Nieczęsto w ostatnich czasach używaną leśną drogą gulchyń- ską szedł dość beztroskim krokiem przedziwny wędrowiec. Wzrostem nie przewyższał ośmioletniego dziecka i na tyle wy- glądał na twarzy. Miał stosunkowo długie, lecz cienkie włosy koloru jasnobrązowego i niezwykle duże, trójkątne uszy, usiane jasnofioletowymi żyłkami i nieustannie się poruszające. Oczy przybysza były szeroko otwarte i żywo rozglądające się wokoło, a na ustach gościł krzywy uśmieszek. Czasem tylko wydobywało się z nich gwizdnięcie czy kilka wersów piosenki, zaraz cichną- cej lub urywającej się nagle. Jednak najdziwniejszy zdawał się strój i ekwipunek podróżnika. Składał się on z wąskich spodni i noszonej na dość wysłużonej koszuli kolczugi, sięgającej po- łowy łydek i spiętej w talii szerokim skórzanym pasem. Mimo tego obciążenia, wędrowiec szedł szybkim i lekkim krokiem, co jakiś czas podskakując niemal tanecznie, a kolczuga brzęczała, wtórując jego pogwizdywaniom. Wielkouchy nieznajomy miał też zarzuconą na ramię sakwę, teraz prawie pustą, a w jednej ręce trzymał… topór o drzewcu wyższym dwukrotnie od nie- go samego, z wyglądu bardzo ciężki i ostry. A wędrowiec uży- wał go raz jako laski, raz jako tyczki do skoku, raz wreszcie ja- ko zwykłej zabawki do zajęcia rąk. Podrzucał topór, kręcił nim młyńce, przekładał z ręki do ręki, i robiąc to wszystko, ani razu nie zatrzymał się, ani nie zawahał. Takiego stworzenia nie widziano w Lesie Zamkowym już od dawna. Od tak dawna, że nikt nie mógł mieć pojęcia, kim 9 jest. Istota o uszach nietoperza i postaci dziecka, nie robiąca sobie nic a nic z ciężaru zbroi i broni, idąca samotnie drogą z północy — widok taki stanowił rzadkość już wtedy. Wędrowiec zatoczył toporem szeroki łuk, mijając o centy- metry pień drzewa i zaśpiewał przyciszonym głosem: Przez ten ciemny las Szedłem sobie raz. Zgubiłem ja towarzyszy Moja szkapa z trudu dyszy… Urwał. — Nie, to jednak nie dość dobre — powiedział do siebie i przeskoczył nad kałużą. — Nie szedłem nigdy przez ten las, towarzyszy zostawiłem w domu, konia nie mam rów- nież. Smutna prawda! — lecz przecząc swoim słowom, roze- śmiał się głośno i zatrzymał się. — A kłamstw opowiadać się nie godzi. Może więc tak: Przez ten ciemny las Idę pierwszy raz. Chcę gdzieś dojść po trudach wielu, Nasłuchując ptasich trelów. Całkiem dobre, jak na wymyślane na poczekaniu — stwierdził, ruszając znowu. — Gdyby tylko ten las był nieco ciemniejszy. I gdybym rzeczywiście chciał usłyszeć ptasie trele. Bo mówiąc szczerze, słyszę je stale i skrzeczenia tych skrzydlatych stworów mam po dziurki w nosie, lub, inaczej mówiąc, powyżej uszu, a jak się ma takie uszy, to raczej to coś znaczy — ciągnął w myślach, podrzucając i łapiąc swój topór, nawet na niego nie patrząc. — W tej chwili o ileż mil- szy byłby głos jakiegoś nieokrzesanego, nieumytego i nieogo- lonego strażnika miejskiego, który zwiastowałby rychły ko- niec mej podróży… 10 — Stać! — przerwał mu szorstki, nieprzywykły do sprze- ciwu głos. — Czyżbym w końcu doszedł? — zawołał podróżny, zatrzy- mując się i opierając na drzewcu topora. Na drogę wyszło dwóch nieokrzesanych, nieumytych i nieogolonych mężczyzn w zapoco- nych i zużytych mundurach. Jeden z facetów kończył coś jeść. — Jesteśmy strażnikami miasta Podzamcze i mamy obo- wiązek sprawdzać nadchodzących — wyrecytował strażnik, który nie jadł i przemówił wcześniej. Jego towarzysz pokiwał gorliwie głową. — Kim jesteś, panie? — zapytał służbowym tonem pierw- szy. Przez cały ten czas patrzył w powietrze nad głową przyby- sza. Dopiero po ostatnich słowach spojrzał w dół, nieco zmie- szany, i szczęka opadła mu ze zdumienia. — Kim jestem? — powtórzył dziwak. — Czy wszystkim zadajecie takie samo pytanie? A co by było, gdybym ja nie był, tak jak Pani, Która Nie Jest? Poczułbym się urażony. Wracając do pytania, mógłbym rzec, że Janosikiem, skoro mam takie coś w rodzaju ciupagi. — Janosik? Ten wyjęty spod prawa drań? — zdenerwo- wał się strażnik. Drugi zrobił przerażoną minę. — Powiedziałem, że mógłbym tak się przedstawić, lecz nie rzekłem, że jestem Janosikiem. Myślę, że nie uwierzyli- byście, gdybym wam rzekł, że jestem Liszko? — Liszko? — mężczyzna był wyraźnie skonsternowany. — No, Liszko. Małe Licho, czyli Liszko — wyjaśniło stwo- rzenie. — Ale… Ale Licho ma jedno oko i… — zaczął dukać dru- gi strażnik. — Toteż mówię, że nie uwierzylibyście. I słusznie — po- wiedział radośnie wędrowiec. Pierwszy strażnik chyba stra- cił cierpliwość. — To kim ty w końcu jesteś? — spytał surowo. — Prze- stań bredzić o niczym i odpowiedz! 11 Podróżny westchnął. — A mogłem jeszcze powiedzieć, że jestem człowiekiem mutantem. Ale dobrze, nerwusie, jestem Leśnym Dziadem. Strażnicy osłupieli. — Leśny Dziad? — wyjąkał drugi. Miał wielką plamę z sosu na mundurze i krzywo zapięte guziki. — Nie gadaj, stworku. Za mały jesteś na jakiegokolwiek dziada — oświadczył stanowczo pierwszy. — Powiedziałem, kim jestem, nie chcecie, nie wierzcie. Przepuśćcie mnie teraz. — Ale prawdę masz rzec. — No więc — powiedział przeciągle domniemany Leśny Dziad — może jeszcze nie urosłem! — zakończył wesoło. — To mogę przejść? — Zaraz, zaraz! A gdzie ci tak spieszno? — pałeczkę prze- jął drugi strażnik. — Do miasta, nie? Tam prowadzi droga, tego miejsca strzeżecie — choć mogli wybrać bystrzejszych na wasze miejsce. Po co się pytacie? Dajcie mi iść, w drodze jestem od stu lat, mówiąc w przenośni, i jedzenie mi się skończy- ło. A ta plama na twym uniformie przypomina mi o kolej- nym opuszczonym posiłku. Nawiasem mówiąc, radziłbym ją sprać. Jak wilki was tu najdą, będą miały przyprawę jak znalazł. Chyba że to taki kamuflaż, nowa wersja moro, nie znam się… — Och. Ale… — Po co ci te uszy? — wrzasnął zirytowany pierwszy strażnik. — Żeby cię lepiej słyszeć. Dlatego nie musisz tak krzy- czeć. — No a… A ten topór? — Topór? Jaki znowu topór? Ach, TEN — przybysz prze- łożył topór z ręki do ręki i uśmiechnął się niewinnym, a jed- nocześnie dość zębatym uśmiechem. — Pewnie nie uwierzy- 12 cie, ale do pomocy drwalom i ogrodnikom, do cięcia pni. I do zbierania kapusty. — Nie! — Ależ tak. — On znowu się z nas nabija — zaprotestował strażnik z plamą. — Wcale nie. Mówię zawsze prawdę, niecałą prawdę i tyl- ko prawdę. Topór jest do cięcia takich głuchych jak pnie głą- bów. Takich głąbów, na których całkiem mocno siedzą kapu- ściane głowy i pniaków, które zagradzają mi przejście. — On nas obraża — odkrył drugi strażnik. — I nam grozi — dodał pierwszy, zaciskając pięści. Leśny Dziad zakręcił od niechcenia młyńca toporem. — Dajcie mi przejść — powiedział z westchnieniem. — Lepiej zużylibyście ten czas, piorąc mundury. — Nikt nie może bez pozwolenia wnosić broni do Pod- zamcza — powiedzieli chórem strażnicy. — Ależ to narzędzie, nie broń — wędrowiec uśmiechnął się szeroko i pomaszerował raźno dalej, wymachując toporem. Strażnicy nawet go nie zatrzymywali. Ostatnio czasy były tak niebezpieczne, że byle wieśniak jadący z warzywami na targ pod kozłem trzymał maczugę. A przez to w miastach robiło się jeszcze bardziej niebezpiecznie… — Mówiłem dowódcy, że na tę drogę winien przydzie- lić więcej jak dwóch funkcjonariuszy — burknął markotnie pierwszy strażnik. Drugi nie odpowiedział, zajęty zeskroby- waniem sosu z kurtki. — Coraz dziwniejsze towarzystwo schodzi się do Podzam- cza — zrzędził dalej pierwszy. — I my mamy wszystkiego upil- nować. Typowe. No, trzeba zapisać tego hardego stwora w na- szej księdze odwiedzin — westchnął i usiadł pod krzakami. Tymczasem Leśny Dziad zbliżał się do murów miasta. Rozdział II Żarnowiec siedział w kącie izby w karczmie, wyciągnął przed siebie nogi. W płaszczu z kapturem było mu gorąco i dusz- no, ale go nie zdjął. Łypał tylko na weselących się ludzi i nielu- dzi. Najwięcej było Gulchyńczyków i Sylstyńczyków. Siedzieli w dużych grupach i żłopali piwo, co chwila wybuchając gło- śnym śmiechem. Mniej było Wylfitów, zbijających się w niewiel- kie gromadki i patrzących czasem nerwowo, a czasem niechęt- nie na ludzi z Sylstynu. Przy stoliku pod ścianą siedział tajem- niczy gość z Południowej Pustyni, paląc długą fajkę i z niskiej szklaneczki popijając szmaragdowozielony płyn. Przy samym kominku, grzejąc ręce, stał brodaty mężczyzna w powłóczy- stych szatach, prawdopodobnie czarodziej. W najdalszych ką- tach sali zdarzyło się kilku salamandrowców, dwóch czy trzech elfów i zajadle kłócące się z nimi krasnoludki z dalekich Puszcz. Panował gwar i radość — jednak niepełna. Przy drzwiach stał strażnik i bacznie obserwował wszystkich i wszystko. Do Żarnowca podeszła córka karczmarza, wycierając rę- ce w kraciasty fartuch tym samym ruchem, jakim robił to jej ojciec. — Życzysz sobie czegoś, wędrowcze? — spytała z nadzie- ją. Żarnowiec siedział tak już od godziny i jeszcze niczego nie zamówił. — Nie, dziękuję — odrzekł najniższym i najbardziej ta- jemniczym głosem, na jaki go było stać. Dziewczyna spojrzała na niego niechętnie i odeszła. 14 Zaczęło mu się trochę nudzić. Pożałował, że odmówił mło- dej karczmarce. O ileż weselej byłoby teraz siedzieć wśród tych Sylstyńczyków i pić z nimi najlepsze piwo w mieście… No, chyba żartujesz, przywołał się do porządku. Złamałbyś trzecią zasadę kodeksu Tajemniczych Gości z Północy. Jak dotąd, nie złamał ani jednego przepisu. Poszedł do herbarza, który dorobił mu drzewo genealogiczne korzeniami sięgające Wielkiego Króla Urgala. Kupił płaszcz z kapturem w ciemnych kolorach, wygrzebał z jakiegoś grobu zardzewia- ły, połamany miecz, nie golił się i nie mył włosów, próbował zaprzyjaźnić się z elfami, dużo podróżował, milczał i trzy- mał się w cieniu. Miał nadzieję wkrótce spotkać jakieś niskie stworzonko o wielkich stopach i włosach gęstych jak zarośla. Najlepiej zainteresowane złotą biżuterią. Uniósł wzrok i prawie krzyknął z radości. Oto do karczmy wszedł właśnie niewielki człowieczek! Zaraz jednak Żarno- wiec posmutniał. Owszem, człowieczek był niski, ale włosy miał cienkie i proste, o wiele też za jasne. Nosił buty. Był za chudy. Miał za duże uszy. Trzymał ogromniasty topór. I nie zdawał się posiadać nawet maleńkiego złotego wisiorka lub kolczyka. Żarnowiec zawiedziony spuścił głowę i przyjrzał się swoim mocno schodzonym kozakom, kupionym po okazyjnej cenie od jakiegoś chobołda. — Można się przysiąść? Dziękuję bardzo — usłyszał we- soły głos tuż obok siebie. Spojrzał w górę i zobaczył owego nowo przybyłego karzełka, który oparł swój topór o ścianę i wskoczył na krzesło przy stoliku Żarnowca. — Ja, nie sądzę… — zaczął początkujący Tajemniczy Gość z Północy, ale karzełek mu przerwał. — Nie gorąco ci? Na twoim miejscu zdjąłbym ten kap- tur, no i włosy się strasznie przetłuszczają, chyba że masz straszliwie zmasakrowaną twarz, blizny albo liszaje, cho- ciaż z drugiej strony, takie liszaje muszą chyba oddychać, nie? W każdym razie, to taka moja rada. Od duszenia skóry 15 pod kapturem można dostać straszliwej opryszczki, taka jest smutna prawda. — Nie mogę zdejmować kaptura w karczmie — szepnął zdesperowanym tonem Żarnowiec, czując, jak jego kariera się rozpada. Cóż począć, chyba powie naczelnikowi, że za- pomniał założył okularów i pomylił niziołka z jakimś innym stworkiem podobnego wzrostu. — Ach tak, więc jednak liszaje — karzełek pokiwał głową z mądrą miną. W tej chwili przy stoliku stanęła po raz kolej- ny córka karczmarza. — Zamawiacie coś, wędrowcy? — spytała. — Tak, tak, jasne. Kompletną kolację, koniecznie, i coś dla tego zakapturzonego brzydala, żeby nie czuł się samotny — powiedział karzełek, zanim Żarnowiec zdążył odmówić. Dziewczyna uśmiechnęła się i poszła na zaplecze. — Co ty wyrabiasz? I kim właściwie jesteś? — zdener- wował się Żarnowiec. — Siedzisz tu ponury i trwonisz czas, więc chcę cię trochę rozerwać. I siebie przy okazji też. Rozrywanie jest niezwykle ciekawym procesem. Należy wziąć delikwenta obcęgami za jedną nogę, kluczem francuskim za drugą i trach. Oczywiście to akurat było kłamstwo — dodał nieznajomy raczej smutno. — Muszę się niestety zaraz przyznawać, i wtedy wszystkie żarty tracą puentę. — Ale kim jesteś? — Wszyscy zadajecie to samo pytanie — karzełek zmarsz- czył brwi. — Jestem Leśnym Dziadem, a nazywam się Veri- tas. No, w końcu jakiś porządny posiłek — ucieszył się, gdy córka karczmarza postawiła przed nim talerz ze straszliwie gęstą zupą, którą prawdopodobnie większość gości karczmy odrzuciłaby ze wstrętem. — Tak więc, mój drogi — ciągnął Veritas z pełnymi ustami — już znasz moje imię, a wyjawi- łem ci je o wiele chętniej niż tym pacanom strażnikom — zachichotał na samo wspomnienie. 16 — A teraz, mój Trędowaty Przyjacielu, wyjaw mi swoje imię. — Nie jestem trędowaty — zaprotestował. — A na imię mam Żarnowiec. — Żarnowcu, a może Żarnowcze? Któż to wie. Skoro nie jesteś trędowaty, to zdejmij ten kaptur jak ktoś normalny, w płaszczu godzi się siedzieć przy ognisku pasterskim. I co się tak gapisz? Nie dam ci zupy. Wystarczy chyba, że ci po- stawiłem piwo. — Nie chcę twojej zupy — obraził się Żarnowiec. — W ży- ciu bym jej nie tknął. — W życiu? — zaciekawił się Veritas, odsuwając pusty talerz i zabierając się do nędznego kawałka mięsa z chlebem. — Nawet w życiu po życiu, albo w życiu w ukryciu, albo w ży- ciu spędzonym na samym tylko myciu… Zresztą, teraz nie jesteś w życiu, tylko w karczmie. — Jesteś denerwujący — zgrzytnął zębami Żarnowiec. — Owszem — potwierdził z entuzjazmem Veritas. — Ćwi- czyłem to długie lata. Jak się jest Leśnym Dziadem, trzeba umieć mijać się z prawdą, a do tego potrzeba umiejętności. I znajomości takich wyrażeń jak „teoretycznie”, „ogółem rzecz biorąc”, „zapewne uznacie to za kłamstwo” i tak dalej. Nato- miast przekręcania słów na drugą stronę uczyłem się u Pani, Która Nie Jest. To bardzo przydatne, gdy nie potrafi się skła- mać — połknął ostatni kęs chleba i popił łykiem piwa. Skrzywił się i otrząsnął. — Nigdy się nie przyzwyczaję. Ale to chyba taki wasz narodowy napój, co? Trudno. Skoro nic innego nie ma. Milczysz, trędowaty Żarnowcu. No już, nie po to ci stawiałem to piwo, które tak tu umiłowaliście, żebyś siedział z ponurą miną — a właściwie nie widzę twojej miny, ale przypuszczam, że jest ponura. Wypij to, bo muszę z tobą porozmawiać, a nie chcę, żeby ci przypadkiem zaschło w gardle. Dowódca mnie zabije, pomyślał Żarnowiec, ale posłu- chał Veritasa. 17 — O czym to chcesz ze mną porozmawiać? — spytał po chwili, odstawiając kufel na stół. — Czy masz jakieś zlecenia, bo bardzo chętnie przyłą- czyłbym się do jakiejś wyprawy. Muszę się trochę pokręcić po świecie, nim się zestarzeję i będę zmuszony pilnować swojego lasu. Najlepiej zlecenie niebezpieczne. — A skąd ty w ogóle wiesz, że kiedykolwiek mam jakieś zlecenia? — Raz. Siedzisz tu sam. Dwa. Siedzisz w kapturze i ga- pisz się w przestrzeń. Trzy. Masz wielki miecz i drugi, po- łamany, który nie wiem po co ci jest, ale nieważne. Cztery. Z kieszeni wystaje ci książeczka z wielkim, jaskrawym na- pisem „Rachunki, przychody, dochody i rozchody, ostatnie zlecenia”. To wszystko wskazuje na to, że jesteś jednym z Po- nurych Kretynów z Północy. — Masz bardzo dobry wzrok — wymamrotał Żarno- wiec. — A żebyś wiedział. Więc jak, masz zlecenia, czy nie? — Na razie nie. Ale prawdopodobnie przed końcem wie- czoru sytuacja się rozwinie. Ostatnio wszelkich zleceń za- trzęsienie. — Bardzo dobrze. Chociaż niedobrze dla infrastruktury cesarstwa, oczywiście. — Ale wcale nie powiedziałem, że pozwolę ci… — Tak, tak, chcesz pozować na wolnego strzelca, prawda, żadnych wspólników. Ale musisz przyznać, że już cię trochę nudzą te samotne wędrówki. Skąd on o tym wie, zirytował się Żarnowiec. — Dobrze więc. Wygrałeś — powiedział ponuro i popra- wił kaptur. — Ja zawsze wygrywam — Veritas wyszczerzył zęby w uśmiechu. Rozdział III P owoli nad miastem Podzamcze zapadała noc. Zapalały się latarnie, ale tylko przy głównych alejach. W wąskich uliczkach panowała coraz czarniejsza ciemność. Karczmy zapełniały się do granic możliwości. Na podwórza wycho- dziły koty. W końcu bramy miejskie zamknęły się z trza- skiem. Ostatni wędrowcy zdyszani wbiegli chwilę przed- tem do środka i teraz opierali się o mury, jakby nie chcąc, by ich zauważono. Tymczasem w sypialni w znanej już nam karczmie paliła się tylko jedna świeca, oświetlając ciasne wnętrze, które Żar- nowiec dzielił z towarzyszem. Siedział zgarbiony na niskim stołku i opierał głowę na dłoniach. — Melancholia? — spytał Veritas, polerując swój imponu- jący topór. — Martwisz się pewnie, że nie dostaniesz zleceń. A ja ci mówię, że gdybyś tak nie krył tej buźki pod kapturem, to byś nie miał żadnych zmartwień. Bo wcale nie jesteś taki brzydki, jak się spodziewałem, więc wziąłbyś sobie jakąś tam żonę, jak to ludzie mają w zwyczaju, i… — Zamknij się — burknął Żarnowiec. — Mogę poślubić tylko elfkę, i dopiero jak skończę siedemdziesiąt lat. — A to czemu? — zdziwił się Veritas. — To trochę późna- wo, prawda? Ja bym tak nie zwlekał na twoim miejscu. Żarnowiec nie odpowiedział. Leśny Dziad, pogwizdując, schował szmatkę do polerowania i odstawił topór pod ścianę. Wstał, przeciągnął się i zanucił: 19 Lepiej późno niż wcale Lepiej wcześnie niż późno Więc nie zwlekaj, idź dalej… — Mam szczerą nadzieję, że naprawdę ktoś tu przyjdzie ze zleceniem, bo jeszcze jeden taki wieczór z nostalgicznie spo- glądającym brodatym brunetem i się zniechęcę — oświadczył. Nie otrzymawszy odpowiedzi, wzruszył ramionami i podszedł do bagaży Żarnowca. Składały się one z dwóch sakw i kilku- nastu mieszków powiązanych sznurkami. Zaczął od pierwszej sakwy. Znalazł w niej między innymi długą, czarną pelerynę z kapturem. Zarzucił ją na ramiona i stwierdził: — No tak, trochę na mnie za duża, ale całkiem nieźle. Wiesz, nie spodziewałem się znaleźć u ciebie ciuchów na zmia- nę, Żarnowcu. Żarnowiec jakby się ocknął i z wściekłą miną rzucił się na Leśnego Dziada, chcąc zerwać mu z ramion pelerynę. Ten jednak uskoczył, pobrzękując kolczugą i chichocząc. Nacią- gnął na głowę kaptur i zahuczał: — Łuuu, jestem dusza potępiona! Tak naprawdę to nie, oczywiście — dodał niechętnie. — Nie wezmę cię na żadną wyprawę! — wrzasnął roz- gniewany Żarnowiec. Veritas spojrzał na niego urażonym wzrokiem zranionego zwierzątka i ściągnął pelerynę. Zrzucił ją powolnym ruchem na ziemię, po czym nagle dopadł sakwy po raz drugi i skoczył wysoko, uczepiając się sufitu. — Nie grzeb w moich rzeczach! — ryknął Żarnowiec, próbując dosięgnąć przeciwnika. Veritas wczepił się jednak mocno jedną ręką w krokwie powały, a drugą wyciągał ko- lejne rzeczy z worka. — Przepis na kremówki! — wykrzykiwał. — Majtasy na zmianę! Nici do czyszczenia zębów! Krople uspokajające! — Chyba będę musiał ich często używać — powiedział Żarnowiec przez zęby. 20 — Ooo. A to co? „Wielki nieśmiertelny kodeks Tajem- niczych Gości z Północy”. Punkt pierwszy: konieczne jest królewskie bądź też, w najgorszym razie, szlacheckie pocho- dzenie. Punkt drugi: nie zdejmuj kaptura w karczmach. Co za bzdury! — zawołał Veritas z niesmakiem i zeskoczył na podłogę, gdzie dyszący żądzą zemsty Żarnowiec wyrwał mu z rąk sakwę. — Musimy coś ustalić — warknął. — Ja tu rządzę. Ty je- steś na doczepkę. Ja mówię. Ty słuchasz. Zrozumiano? — Ty mówisz, ja słucham. Taaak, dość proste. Ale teraz jest dokładnie na odwrót. Ja mówię, ty słuchasz. — Nie o to mi chodzi. Ja rozkazuję, ty robisz, co ci każę. Inaczej zginiemy obaj, jak tylko wyjdziemy za miasto. — Dobra, dobra. Ty rozkazujesz, ja robię, co mi każesz. Ale z ciebie nudziarz. A to nawet niezłe — zamilkł na chwi- lę, po czym zaczął rapować: Ty rozkazujesz, ja robię, co mi każesz Grzechu swojego chyba nigdy nie zmażesz Tyle kremówek żeś dostał w darze Teraz one wszystkie fajczą się w żarze… — Chyba ktoś idzie — uszy żartownisia poruszyły się. Rzeczywiście, zaraz rozległo się stukanie do drzwi. Żar- nowiec w popłochu wepchnął zapasową pelerynę do torby, a sam zarzucił na głowę kaptur i usiadł na swoim stołku. Ve- ritas otworzył buzię, jakby chciał coś powiedzieć, ale Żarno- wiec spojrzał na niego groźnie. Wobec tego Leśny Dziad za- mknął usta i chwycił swój topór. — Tylko niczego nie popsuj — syknął Żarnowiec, po czym powiedział głośniej: — Proszę! Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła dwójka wędrow- ców, kobieta i mężczyzna. — Czy ty jesteś Strażnikiem Północy, Żarnowcem? — 21 spytała kobieta. Wszystkie „r” wymawiała bardzo twardo, miała jasną skórę i ciemnorude włosy. — Owszem — powiedział chrapliwie i, we własnym mnie- maniu, tajemniczo. — Czego sobie życzycie, szlachetni przy- bysze? — Mamy zlecenie — burknął mężczyzna, mający jeszcze bardziej niechlujny zarost i jeszcze brudniejsze włosy niż Żar- nowiec, który spojrzał na niego z pewną dozą zazdrości. — Ja jestem Chruśniak, a to jest Scholastyka. To bardzo ważna, bardzo pilna i bardzo… tajna sprawa — przy ostatnich sło- wach zniżył głos do szeptu i rozejrzał się niespokojnie. Do- strzegł Veritasa, ściskającego topór tak mocno, że pobielały mu kostki. — Kto to? Twój syn, panie? — Syn? — oburzył się Żarnowiec. — W żadnym razie, panie, to nie mój syn! Przecież to nawet nie człowiek, nie wi- dzisz, panie? To mój… wspólnik. — Wspólnik. Ach tak — powiedział Chruśniak. — Moż- na mu zaufać, prawda? — Oczywiście — odparł Żarnowiec niezbyt pewnie. Veri- tas cały czas milczał, a minę miał bardzo nieszczęśliwą. Scholastyka wyjęła mapę i rozłożyła ją na niewielkim sto- liczku. — Zdążamy tu, na południe Sylstynu — mówiła bardzo szybko przyciszonym głosem. — To jest nasza wioska. Nie- siemy coś bardzo cennego i obawiamy się szpiegów. Chcemy eskorty. I żadnych pytań. Plus dyskrecja. To wszystko ma zo- stać między nami. — Więc o to chodzi. Rozumiem — szepnął Żarnowiec. Kusiło go, by spytać, co to za cenny przedmiot, ale powstrzy- mał się, wiedząc, że wówczas w najlepszym razie straciłby zlecenie, w najgorszym życie. — Nie martw się, pani. Straż- nicy nie wygadują się byle komu. — Cena, mam nadzieję, niezbyt wygórowana — mruknął Chruśniak. — Płaci się z góry? 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Złowrogi sześcian
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: