Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00276 004574 14685383 na godz. na dobę w sumie
Zniszczenie - ebook/pdf
Zniszczenie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 208
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-31-4 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Mirek Badaj to 27-letni pisarz, który po głośnym debiucie Polowanie na dziewice bezskutecznie próbuje zacząć swoją kolejną powieść. Wydawca czeka na tekst, a tymczasem bohater pogrąża się w morzu alkoholu i kobiet, które mają obsesję na punkcie swego idola. Jedank Mirek żadnej z nich nie potrafi pokochać, tak jak nie potrafi wyzwolić się z sideł alkoholu. Bohater próbuje wziąć się w garść i zapanować nad swoim życiem, ale nic z tego nie wychodzi. W dodatku w Domu Pomocy Społecznej umiera jego ojciec, którego nie widział od lat.

Zniszczenie to smutna i jednocześnie zabawna historia o tym, jak nie być pisarzem. O spełnionych marzeniach, które niszczy seks, dawkowany w nadmiernych ilościach i alkohol. To opowieść o przeszłości, od której nie można uciec i której kiedyś trzeba będzie stawić czoła. Ta książka jest jak butelka whisky - trzeba ją wypić samotnie, żeby zrozumieć jak trudne do pokonania przeszkody stawia przed nami życie.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Zniszczenie Dariusz Papież Jirafa Roja Warszawa 2011 © Copyright by Dariusz Papież, 2011 © Copyright by Jirafa Roja, 2011 Spis treści Redakcja: Korekta: Łamanie: Zdjęcie na okładce: Monika Maria Pajtasz vel Isla Hanna Kukwa Hanna Kukwa Tatsu tatsu@tatsu.pl ISBN 978-83-62948-31-4 www.jirafaroja.pl Wydanie I Warszawa 2011 I Niewinne przekleństwa 7 II Festiwal opowiadania 22 III Za sąsiednimi drzwiami 40 IV Miasto kobiet 56 V Wywiad 89 VI Pogodny człowiek 96 VII Marsz żałobny 112 VIII Sześć stóp pod ziemią 136 IX Przedsionek nieba 153 X Ucieczka 169 I NIEWINNE PRZEKLEŃSTWA Pamiętam, że wszedłem do klubu. Było tam pewnie z pół ty- siąca kobiet. A ile drinków i wody w toalecie! Miałem ochotę spłukać pijane twarze w muszli klozetowej i przyglądać się, jak rzygają. Gdybym mógł podejść do ładnej kobiety, to chwyciłbym i poużywał. I bez tego jestem przystojnym, pijanym i przecięt- nym chamem. Czasami zmierzę wzrokiem, powącham, czule zagadam i postawię drinka. Gdy niewiele się dzieje, robimy ha- łas i rozchodzimy się przed świtem. Jak jestem trochę milszy, to dostaję trochę ciała. Czasami któraś zwilży mi usta i pozwo- li zamoczyć. Bywa, że zauroczy mnie jej spojrzenie lub piersi albo udaję, że jestem pod wrażeniem jej inteligencji. Niektóre komplementy padają z moich ust kilkakrotnie. Całość sprowa- dza się do tego, że jej ciasna wagina puszczalsko mnie przele- ci. Dobra zabawa i ostry seks, to mój środek nasenny. Zgrzytają mi zęby po każdej niezapitej wódce i przed każdym orgazmem. Po jednym zdarza mi się rzygać, a w trakcie drugiego tryskać. Zwyczajnie lubię rozbudzać w sobie emocje. Prosta wola egzy- stencji: bawić się bez oporu i nie opierać chętnym, atrakcyjnym kobietom. Zwyczajne myślenie miłośnika nocnych pogoni za przyjemnością. Po prostu jestem szczerym konsumentem. Po- żeram wszystko, co stanie mi na drodze. Można by to nazwać edukacją na poziomie seksualnych i alkoholowych niuansów. Je- stem wiecznym stażystą pozbawionym obowiązków. Sam sobie 7 wytyczam zadania. Skrupulatnie popełniam błędy. Najprościej w świecie nie jestem wymagającym uczniem. Dobre teksty na- wijam bez alkoholu. Oczywiście każda wódka daje mi trochę swobody. A kobiety? Daję im więcej przyjemności niż oczekują. Kiedy kobieta dochodzi przy mnie siedem razy, a ja tylko trzy, czuję satysfakcję podwójnie spełnionego zadania. Czasami zda- rza się ziemia obiecana. Innym razem to tylko odskocznia od codziennej zmiany skarpetek. Lubię porywać się do głupich po- mysłów, a to zdarza się jakiś mały fetysz. Na przykład ostatnio próbowałem sprawdzić, czy wszystkie pod tą warstwą ciasne- go seksapilu mają wygolone krocza. Bywają dni, kiedy czuję się tutaj jak w zoo. Różne zwierzęta i różni zwiedzający. Niekiedy jest romantycznie, zakołysze mnie jakaś farbowana brunetka, przyklei do tyłka i poprzytula. Pojawia się mnóstwo ruchów dło- ni i intymnej tonacji. Na końcu wychodzi, że okazyjnie mam do wyboru w samochodzie lub w żeńskiej toalecie. Później już nie ma takich problemów. Nad ranem okazuje się, że poszło całkiem sprawnie. Otwieram oczy i na wprost wi- dzę wygoloną okolicę bikini. Unoszę głowę, by w całej okazałości ujrzeć przed oczami nagą blond studentkę. Spoglądam na ze- garek. Jest 7:20. Rozglądam się. Okazuje się, że jestem w aka- demiku. Dochodzę do wniosku, że lepiej będzie nie budzić tej słodkiej, uroczej, o imieniu na J lub M, nieznajomej. Po cichu zakładam granatowe bokserki, wciągam spodnie i wymiętoloną koszulę. Podchodzę do okna. Okazuje się, że jestem na parte- rze, więc otwieram okno i wyślizguję się niczym przestraszo- ny pacjent po nieudanej wazektomii. Powoli zaczynam sobie przypominać cały ten bajzel, którego doświadczyłem minionej nocy. Uznaję, że wszystko poszło świetnie i najważniejsze, że obyło się bez nadwerężonych organów. Dobiega mnie pisk studentek przyglądających się mojej ucieczce. — Dzień dobry drogie panie. Czyż to nie piękny dzień na miłość? 8 Słońce grzeje. Dopinam koszulę. Zahaczam o kiosk. Ku- puję fajki i szukam taksówki. Żadnych taksówek. Nic nie je- dzie. Niedziela, a ulica zakryta grobowym smutkiem. Więc siad na przystanek obok uroczej staruszki z twarzą zmarszcz- kami chlaśniętą niczym morda mopsa. Papieros w usta i cze- kam. Siódemką do celu. Dwadzieścia minut, podczas któ- rych dołączają się jeszcze dwie staruszki i starszy pan z la- ską — rzecz jasna drewnianą. Podjeżdża autobus, a w nim same kobiety. Na oko między pięćdziesiątym a dziewięćdzie- siątym rokiem życia. Co to? Emeryt na niedzielę? Podejrze- wam, że do kościoła św. Mikołaja na coniedzielną mszę. To trafiłem w dziesiątkę. Ściśnięty pomiędzy stadem jesiennych chrześcijan. Zgnieżdżeni niczym kotlety, jedziemy do żywota wiecznego. Amen. Czuję wibrację w okolicy krocza. Spoglądam, czy to przy- padkiem któraś ze starszych pań nie próbuje uroczo mnie za- łaskotać i pośród ścisku sięgam po telefon. Dzwoni Heniu, mój wydawca. Pięknie. — Mam wypełnić formularz zgłoszeniowy do Nagrody No- bla, czy będziesz do mnie dzwonił każdego dnia? — Jak praca nad powieścią? Mamy termin. Umówiliśmy się na koniec lata. We wrześniu miała pójść do druku. — Mamy czerwiec. — Gdzie jesteś? — Na drodze do świętości. Jadę z grupką przemiłych kobiet odnaleźć wieczne ukojenie. Drogie Panie — schyliłem głowę w stronę staruszek. — Znowu piłeś i rzucałeś haki na panienki? — Nie mogę ciągle siedzieć i pisać, trzeba korzystać z ży- cia. Mam dwadzieścia siedem lat. Jestem starym człowiekiem. Panie wybaczą. — Jesteś jak mała dziwka. Nie wiesz, kiedy przestać. Co z twoją karierą? Co z naszym terminem? — Jeszcze czas, tak. Mam mały kryzys. 9 — Masz kryzys w każdej minucie między piątkiem a niedzie- lą. To alkohol i panienki zawróciły ci w głowie, nie kryzys. — Bądźmy w kontakcie. — O dziewiętnastej czytasz początek nowej powieści na Fes­ tiwalu Opowiadania. Dzisiaj. Nie jutro. Nie w 2012. Tylko dzi- siaj. W Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. — Cholera. — Masz coś? Cokolwiek? — Zaraz naskrobię coś na kolanie. — Żebym nie musiał cię zbierać po barach. — Już siadam i piszę. Dla rozwiania niejasności. Nazywam się Mirek Badaj. Je- stem pisarzem. Tak jakby. Przynajmniej tak się mówi na to, co robię. Pisanie. Dwa lata temu pewne renomowane wydawnic- two z Krakowa wydało powieść, którą okrzyknięto najbardziej niepoprawnym i najbardziej niesmacznym debiutem ostatnie- go ćwierćwiecza. Powieść „Polowanie na dziewice”, mimo że jej największym walorem jest gorzki humor ekscentrycznego seksoholika, oburza niemal każdego. Przyznali jej nawet spe- cjalną kategorię wiekową. I całe to oburzenie sprawiło, że powieść rozeszła się błyska- wicznie, doczekała się dwóch wznowień i każde kolejne wydanie jest pożerane przez czytelników. Niestety, tak się złożyło, że to wła- śnie moje nazwisko widnieje na okładce tejże książki. Z pewnych względów moje życie stało się — dość brutalnie ujmując — prze- klęte. Mimowolnie wydano na mnie wyrok popularności. Mimo że nie udzielam wywiadów, unikam prasy, radia i biegających za plecami kamer, to przed jednym nie udaje mi się uciec — przed kobietami. Są wszędzie. A że „Polowanie na dziewice”, jak to okre- śliła pewna brunetka sprzed tygodnia, to: erotyczna biblia, która wprowadza kobietę pod najdzikszy wodospad, trudno jest mi się uchronić przed zmasowanym atakiem kobiecego pożądania. O miłości pisano już wiele. Od Casanovy przez orgazm u szczy- tów Kilimandżaro. Ja tylko kontynuuję tradycję powielaną od 10 wieków. Miłość jest źródłem rozkoszy i nic na to nie poradzę. Po prostu pisanie o niej, to czysta przyjemność. Oczywiście do cza- su, kiedy to miłość nie pożre ciebie. A mnie pożarła już niejed- nokrotnie. Mimo wszystko w miłości jest coś niezwykłego, coś jednocze- śnie nieprawdopodobnego i spektakularnie pięknego. Pomimo tych wszystkich bezczelnych rzeczy, które zdarzają się po dro- dze, miłość jest niesamowita. W ustach takiego skurwiela jak ja, można te słowa odebrać jako zwyczajne świństwo. Przecież prawdziwa miłość to poważna spawa i należy traktować ją z na- leżytym szacunkiem. O takich rzeczach najlepiej rozmawiać z poważną osobą. Taką jak Bóg. Więc kiedy autobus w składzie starszych pań, dżentelmenów w kapeluszach i mnie zatrzymał się przy kościele Świętego Krzyża, doznałem małego olśnienia. Gdy wszyscy wysiedli i elektryczne drzwi autobusu zamknęły się, poczułem się odrobinę samotny. — Proszę zaczekać — powiedziałem do kierowcy. — Moż- na? — wskazałem na drzwi. Kierowca nacisnął przycisk, a ja stanąłem u wrót kościoła. Kościół Świętego Krzyża mieścił się na końcu Placu Metziga. Obok świątynii znajdowała się jadłodajnia Caritasu dla ubogich i bezdomnych. Plac na co dzień przepełniony był menelami, wiel- bicielami marihuany i strażą miejską. Był to spacerniak dla znu- dzonych życiem. Na środku jednej połowy placu ogromny dąb o jakże przemiłym imieniu „Bolek”. Na środku drugiej połowy fontanna, w której zanurzają swoje mordy przyjezdni. W powie- trzu chmara srających gołębi. Od kościoła z lewej muzeum z ko- piami portretów rodu Leszczyńskich. Obok szkółka dla młodych muzyków. Naprzeciwko liceum. Można przyjść, zobaczyć, upew- nić się i poczuć miejski smród ptaków, drzew i spalin w jednym. Tu najłatwiej to odczuć. Mijam menela, kilka staruszek i wcho- dzę do kościoła. Barokowy urok i duża przestrzeń przyprawia- ją o zawrót głowy. Gdybym urodził się w siedemnastym wieku, pewnie codziennie stałbym przed kościołem i żebrał w nadziei, 11 że przy okazji wielkiego święta uda mi się uzbierać na jakąś ta- nią ulicznicę. W murach kościoła dopadł mnie spokój. A może to zwyczajne wyczerpanie? Minęło parę ładnych lat, odkąd ostatni raz byłem w podobnym miejscu. Czyżby moim pragnieniem by- ło rozliczyć się z Twórcą? Chwili własnego olśnienia nie byłem w stanie pojąć. Może zwyczajnie poczułem głód wiary w cokol- wiek? Bóg doskonale znał moje grzechy. Pewnie znajdowałem się na Jego czarnej liście, odkąd wymówiłem pierwsze przekleń- stwo. Wolałbym nie widzieć siebie z Jego perspektywy. Moje pisanie było przeklęte nie tylko przez pożądliwe kobie- ty, kochające się kochać, ale także przez żądnych krwi kryty- ków zarzucających mi, że w moich tekstach jest więcej seksu niż prozy, przez feministki palące każdą stronę, w której znaj- duje się chociaż jeden epitet wykraczający poza drobny poca- łunek i przede wszystkim przez kościół. Więc znajdowałem się na terytorium, które zniesmaczone jest takimi twórcami jak ja. Może to zwyczajnie przelotna znajomość z Bogiem? Słusz- nie byłoby zejść z tego porno­zaułku i chociaż przez moment znaleźć się na dobrej drodze. Kto wie, może nawet odnaleźć natchnienie? Moja następna powieść będzie bez seksu. Zero. Może tro- chę namiętności. A może tylko odrobina erotyzmu. Odrobina erotyzmu nie zaszkodzi. To będzie erotyzm ekumeniczny. Bo- że, zmiłuj się nad mą duszą. Starsze panie przyglądały mi się z uwagą. Najwidoczniej ominął je hałas, jaki wywołała publikacja mojego debiutu. Być może zbulwersowałem niejedną ich córkę lub wnuczkę. Na kaca — pieśń z ust starszych pań, kolorowe witraże i głos księdza nawołujący do wstrzemięźliwości. W całej tej chrześci- jańskiej aurze czułem się fatalnie. Niczym grzech w korytarzu prowadzącym do nieba. Wizyta w kościele przypomniała mi moje dzieciństwo. Od niemowlęcia byłem bardzo markotnym dzieckiem. W zerówce ryczałem w każdym kącie. W drugiej klasie podstawówki cią- 12 gle broiłem, przez co usadzono mnie z dziewczyną, która po każdym moim wybryku ciągnęła mnie za uszy. W piątej kla- sie nosiłem aparat na górnej szczęce i strasznie sepleniłem. Do pierwszej gimnazjum niewiele się odzywałem. Co niedzie- la ganiałem do kościoła i niechętnie odrabiałem prace domo- we. Byłem osmarkanym i energicznym dzieckiem. Wszystkie oglądane bajki o rycerzach, wiedźmach, złych duchach i nie- zniszczalnych bohaterach sprawiały, że ganiałem po podwórku z patykiem zamiast miecza i skakałem z górki, próbując wzbić się w powietrze. Każda nowo nabyta przeze mnie umiejętność superbohatera prędzej czy później kończyła się urazem. Prze- rwy w ratowaniu świata zaczynały się wizytą w szpitalu. Do- świadczyłem kilku złamań, zwichnięć, stłuczeń, siniaków, za- drapań i oparzeń. Zdarzyło się limo pod okiem przy okazji bójki i gwóźdź w kolanie podczas konstruktorskich eksperymentów. Lecz mimo wszystkich krótkotrwałych fascynacji tępieniem bandytów, budownictwem i podróżami w kosmos, tylko jedno budziło we mnie niezmierzoną i nieugaszoną ciekawość. Kobie- ty. O tak. Już jako dziesięciolatek chodziłem za nimi do domu i krzyczałem ich imię pod oknem. Na ich punkcie serce wyska- kiwało mi z klatki, a oczy wyłupiaście kręciły się w oczodołach. Zawsze interesowało mnie, dlaczego te urocze, uśmiechnięte stworzenia nie mają siusiaka. A na szkolnych potańcówkach po kilku minutach wspólnego kołysania próbowałem zdefiniować wszystkie pojęcia związane z „chodzeniem” i „całowaniem”. A po chodzeniu i całowaniu były już tylko inne przyjemności. I tak zostało do dzisiaj. Po godzinnej mszy mogłem pozwolić sobie na małe odtrucie kwasem z soku pomarańczowego, który wyrwałem z półki po- bliskiego sklepu. Nawet nie zwróciłem uwagi na ciało brunet- ki, która niczym złośliwa samica geparda wkradła się przede mnie w kolejkę. Nie patrzyłem na jej tyłek, który przez ponad dwie minuty bujał się na wysokości moich jaj. Pozwoliłem so- bie tylko ukradkiem spojrzeć w jej oczy. Były zielone i dzikie. 13 To musiały być oczy żony i matki. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogły to być oczy spragnionej seksu stażystki w skle- pie z zabawkami dla dorosłych. Stałem obok tej ciemnowło- sej kobiety i wstrzemięźliwie przywołałem się do roli zwykłego klienta sklepu samoobsługowego. Bliskość z Bogiem dała mi po mordzie. Czułem na sumie- niu znamię niejednego grzechu. Minęło dwadzieścia siedem lat od mojego chrztu, a ja wciąż zapełniam moje pudełko ciele- snych przewinień. Mimo wszystko nie uważam, że seks z jed- ną kobietą jednocześnie jest grzechem. Seks z dwiema można uznać za przewinienie, bo w końcu uczucia do jednej zawsze będą większe, przynajmniej ze względu na jej seksualne atry- buty. A stosunek z kilkoma jednocześnie, to już chyba grzech śmiertelny, w dodatku szalenie wyczerpujący. No to pewnie trafię do piekła. Może skażą mnie na wieczną orgię. Wtedy to dopiero byłoby gorąco. Spływa ze mnie wczorajszy seks i alkohol. Uzupełniam bra- ki odrobiną świętości. Mimo wszystko czuję się jak ścierwo. Ma ktoś jakieś żelki? Muszę czymś zabić ten kwaśny posmak w pysku. Jako dzieciak mieszkałem na wsi i ze szkoły wracałem przez las. A w tym pierdolonym mieście nie ma nawet jednego drzewa. Można się tu udusić. Zaraz puszczę pawia przechodząc przez pasy. Nawet Henry Miller miał więcej godności; po każdej orgii wracał taksówką. A ja wlokę się po mieście jak niemyty od dziewięćdziesiątego dziewiątego menel. Cholera. Z nieogoloną gębą i sokiem kartonowym w ręce idę przez miasto i łykam heteroseksualne powietrze. Miasto Leszno się nazywa. Na mapie znaleźć je można między stadionem Lecha Poznań a Wrocławiem. Takie sobie to miasto. Podob- ne do innych, mniejszych. Niewiele w nim niezwykłej archi- tektury. Ulice z tej samej receptury asfaltu. Korzenie drzew w tych samych latach zapuszczane. Budynki z tych samych cegieł. Rude kobiety przefarbowane na tę samą czerń. Męż- czyźni z równie ściętymi grzywkami i psy robiące to, co zwy- 14 kle, tam, gdzie niewskazane, by jak zawsze przyklejało się do podeszwy. — Ładna pogoda, nieprawdaż? — mówi do mnie uśmiech- nięta, podkulona staruszka z balkonikiem. Oboje stoimy na pa- sach. A ja modlę się, żeby wreszcie zapaliło się zielone. W odpowiedzi uśmiecham się najbardziej nieszczerze, jak tylko mogę. — Rano było cieplej — kontynuuje staruszka. Nie wytrzymuję. Chciałbym, ale naprawdę mnie bierze. — Jest z trzydzieści stopni w cieniu. Bóg wie, ile ma pani jeszcze swetrów pod tym płaszczem. Jest tak gorąco, że gdy- byśmy byli na riwierze francuskiej, to chodziłbym z jajami na wierzchu, a pani mówi, że rano było cieplej. Cieplej już się nie da! Chyba że przyszła pani prosto z piekła. — Menelstwo! Niewychowane! Niewyparzone! Pijaństwo! — zaczęła mi się wydzierać do pasa. — Trafiła kosa na kamień. Nerwicy pani dostanie pod tym płaszczem. Widzi pani? zielone? Zet igrek zielone! Ja idę. A pa- ni niech się smaży pod tym płaszczem. — Niewychowana wulgarna młodzież! Pijany w środku dnia na ulicy! — darła się za plecami. Nawet dupska pod wpływem zielonego nie ruszyła. Zielone zgasło. Zapaliło się czerwone. A ta jak stała, tak dalej stoi i drze papę. Musi się wykrzyczeć. Żal staruszki. Zaraz mi głowę rozsadzi. Ześlijcie deszcz z nieba, żeby szło czym oddychać. Upał i kac. To dwa pierwsze miejsca na liście zawałów serca. Już nic dzisiaj nie wydymam. Na pewno nie w takim słońcu. Chyba że gdzieś w chłodnej piwnicy. *** Wchodząc do mojego mieszkania można było poczuć smród, zaobserwować chaos i zalegający brud. Nic w moim mieszkaniu nie przypomina, by żył w nim ktoś chociaż trochę przyzwoity. 15 Normalność była tu obca. Porządek nieobecny. Wilgoć malo- wała obrazy na ścianach. Kobieca bielizna pełzała po podło- dze, a szklane pozostałości po alkoholu zwyczajnie tłukły się pod nogami. Z łychą kawy w firmowym kubku jakiejś nieznanej firmy zasiadłem przy biurku. Klawiaturę laptopa pokrywała solidna warstwa kurzu, co było dowodem mojej długotrwałej twórczej abstynencji. Podniosłem z podłogi kobiece majtki pozostawio- ne przez specjalistkę od public creation, która po stosunku nie zakładała bielizny i przetarłem nimi kurz, po czym niemal na- tychmiast zabrałem się do pisania. Brednie, bzdury, śmiecie. Kilka zdań o miłości. Wyrwane z kontekstu. Brak fabuły. O cudach i marazmie. Cycki, penisy i gierki. Bzdurne epitety. Chłam, kiczowatość i pieprzenie. Ka- leczenie języka. Kopulacja z własnym nieposkładaniem. Jak tu nie oszaleć? We własnej marności się nie porzygać? Skleić kil- ka zdań? Pozamiatać te niezdarne? Wyszlifować te zgrabne? Przeistoczyć w fabułę? I dławić się, że pięknie? Pisanie to męczarnia. Szyderstwo z wyboru. Śmiech na za- wołanie. Wystarczy uwierzyć, że się umie, że się chce i że się z tego wygrzeją jakieś korzyści. Nieustannie jakieś dylematy. Potrzebny pomysł. Bez pomysłu każde pisanie jest tylko dłubaniem w kamieniu. Bez pomysłu tekst nie trzyma się kupy, jest rozlazły, niespójny, suchy, podraż- niony i nieprzyjemny. Do tego zgrabnie dobrane tematy, porów- nania, zaskakujące, trzymane w napięciu odskocznie. A zwroty akcji? Sposób na nudę? Zabajerować sprawnym i niezwykłym językiem czy uroczą sytuacją? A bezpardonowość, otwartość, odrobina komizmu i bezczelności? Kiedy poważnie, a kiedy z umiarem? Dla napaleńców rozbierane scenki. Trzeba wziąć pod uwagę kto przeczyta. Nastolatka przeżywająca pierwsze fa- scynacje chłopcami, czy może jej ojciec, romansujący z o dzie- sięć lat młodszą prawniczką, wciskającą swoje aplikacje między niego a jego żonę. Wszystko musi mieć A i musi mieć Z, czyli 16 zdrowy początek i chorobliwie dobre zakończenie. Tekst musi być zaraźliwy, musi przyciągać, zachwycać i wprowadzać czy- telnika w przyjemny stan. Zdarzają się teksty, które odurzają. Ale wtedy są albo zbyt bezczelne, albo zbyt przećpane. Bliżej mi do odurzania bezczelnością. A gdy tekst zacznie przeistaczać się w powieść, wtedy nie wystarczą luźne trzewia, poskręcane jelita, czy zapadła wątroba, wtedy tekst musi posiadać duszę. Bez duszy nie ma powieści, nie ma autora i nie ma opłaconych rachunków. Pisanie bez duszy to nie tworzenie, tylko zwykłe przeziębienie wyplute na kawałek papieru. Do tego kawa i twarde tosty, światło lampy w oczy i zimna podłoga pod bosymi stopami. Słońce przeskakuje z jednej kra- wędzi okna do drugiej, chowa się za budynkami i przelatuje drugą połowę globusa. A ty głaszczesz klawiaturę przez cały ten czas i wzdychasz kurzem z powietrza. Kichasz, pierdzisz i ból głowy znosisz. Byle coś stworzyć i chłam wydawcy prze- słać. On pocieszenie z kontraktu przeleje na konto. A ty opła- cisz mieszkanie. Jak dobrze pójdzie, to kupisz samochód. Minie kilka miesięcy nim znów coś stworzysz. I tak już do końca będziesz przeżuwał swój marny żywot, niezdarnie i bez fabuły. W twórczym amoku trzy godziny na papier przelałem, aż zasnąłem. Obudziłem się o czternastej, w pozycji embrionalnej, z laptopem na torsie. Chwilowo przełamałem kryzys. Kiedy nie myślę o seksie, potrafię skupić się na pisaniu. No sex = creative wraiting. Byłoby pięknie i bez zadrapań. Niestety, kilka minut po przebudzeniu usłyszałem pukanie. Podszedłem do drzwi. Spojrzałem w oko judasza, żeby zo- baczyć, kto jest po drugiej stronie. Za drzwiami stała piękna brunetka. Nigdy wcześniej jej nie widziałem. Kto to jest? Co ona tutaj robi, za moimi drzwiami? Pewnie nasłał ją Heniu. Tylko mój wydawca mógłby wpaść na pomysł, żeby przysłać mi po- rządną brunetkę, która mogłaby mi przysporzyć trochę weny twórczej. To na pewno robota Henia. Otwieram drzwi. 17 — Powiedz Henowi, że mam wystarczająco dużo twórcze- go potencjału i poradzę sobie bez jego pomocy. Przekaż mu, że skończyłem z tym co piękne, uwodzicielskie, urocze i doskonale wyrzeźbione. Nawet gdyby miało być nieskalane i dziewicze. Brunetka spojrzała na mnie niezrozumiale. Ze zdziwieniem otworzyła usta. Wyglądała naprawdę uroczo. — Nie przysłał cię Heniu? — próbowałem zrozumieć jej wypisane na twarzy zdziwienie. — Nie. Jestem Marta. Nowa sąsiadka z naprzeciwka. Wpro- wadziłam się wczoraj wieczorem. Chciałam tylko spytać, czy masz odrobinę cukru do kawy i przy okazji poznać swojego są- siada. — Ale gafa. Zaczekaj minutę. A w zasadzie wejdź. Po co masz stać w drzwiach. Nie zwracaj uwagi na bałagan. Na co dzień mieszka tu ktoś inny. Ktoś podobny do mnie, lecz niezu- pełnie ja. Zostawiłem uchylone drzwi i udałem się do kuchni po cukier. W tym czasie Marta zrobiła dwa kroki i zmierzyła wzrokiem mo- je gniazdo, które nie wyróżniało się niczym normalnym. Nad- miar porozrzucanych butelek po wyskokowych trunkach, sporo ciuchów obojga płci, które zdecydowanie nie spełzały do pralki i sterta porozrzucanego papieru, będącego przeterminowanym owocem twórczych wymiocin sprzed kilku tygodni. Po raz pierwszy od czterech godzin mój umysł zgrzeszył. W myślach oceniłem ciało sąsiadki przymiotnikiem HOT Prze- sypywałem cukier do szklanego pojemnika i dotarło do mnie, że nie potrafię się wystarczająco ukryć. Kobiece ciało zawsze mnie dopada. Nawet w najmniej oczekiwanych sytuacjach. Kil- ka godzin uniesienia nad klawiaturą, z dala od chaosu, i nagle okazuje się, że za sąsiednimi drzwiami mieści się kolejna prze- szkoda na drodze do twórczego pisania. — Proszę. Oto biały proszek, który osłodzi każdą filiżankę. — Bardzo dziękuję. Zwrócę pojemnik. — Nie trzeba. Mam mnóstwo szklanych akcesoriów. 18 — Będzie pretekst, żeby ponownie porozmawiać. — W takim razie ok. Zapraszam na kawę. Może jutro po południu? Będę miał wystarczający powód, żeby trochę tu po- sprzątać. — Ok. — Może o piętnastej? — Dobra, to do piętnastej. — Miło było poznać. — Mnie również. — Do zobaczenia. Poszła. Cholera. Shit. Co ja wyprawiam? Miałem pisać! Pisać! Te- raz mogę się w duchu przeklinać. To jest silniejsze ode mnie. I zawsze idzie tak łatwo. Dlaczego z pisaniem nie jest tak samo? Dlaczego teraz? Od rana nie mogę skleić nawet kilku sensow- nych zdań. Nawet pół dnia nie minie, żebym nie uchronił się przed kobietami. Dlaczego to przytrafia się właśnie mnie? Dla- czego one ciągle muszą mnie nachodzić? Na dodatek tak blisko. Przecież to kilka metrów. Kilka kroków ode mnie mieszka sza- lenie piękna brunetka o rozpuszczonych długich włosach, zielo- nych oczach, wąskich pośladkach, jędrnych piersiach, długich nogach i opalonych policzkach. I, do cholery, czemu zwróciłem na to wszystko uwagę? Miałem się opamiętać. O_PA_MIĘ_TAJ SIĘ. SPOKOJNIE. Usiądziesz i zaczniesz pisać. Wszystko będzie w porządku. Siadam. Chwytam laptopa. Otwieram dokument tekstowy. Czytam ostatnie zdanie: Przemoczona od deszczu ulica odbijała złote światło pano- szącego się poranka. Przemoczona… ulica… poranka. Fuck. FUCK. F_U_C_K!!!! No nie dam rady! Mija godzina. Od notorycznego myślenia i w następstwie bez- owocnego sklejania zdań boli mnie głowa. Tak trudno być pisa- rzem i obsesyjnym hetero, że na samą myśl o robieniu jednego 19 sey pod sam Mont Everest. Jestem cholernym artystą. Gdzie- kolwiek bym nie jechał, mogę słuchać tego, na co tylko mam ochotę. A Tom Waits mnie inspiruje. Ten nieogolony wariat ma duszę i takich typów świat właśnie potrzebuje. Rozpierdalam się nad starym bluesowcem. Może w poprzednim życiu byłem puzonem albo pianinem? Na pewno miałem jakiś twórczy or- gan. Potrzeba mi porządnego podniecenia, żebym zadziałał jak twardy maszynopis i stworzył coś grubego. i drugiego robi mi się niedobrze. To zbyt wiele. Tworzyć i kochać. W ciągu nocy dochodzić cztery razy, a za dnia przy otwartym laptopie męczyć się nad kilkoma zdaniami. Istny obłęd. Może powinienem zapisać się na jakąś terapię dla seksoholików? Powiedz to sobie otwarcie w twarz: jesteś S_E_K_S_O_H_O- _L_I_K_I_E_M. Podchodzę do lustra. TAK, JESTEM, JESTEM SEKSOHO- LIKIEM. Nie pomogło. Moje mieszkanie to chlew. Powinienem tu kiedyś posprzątać. Bycie optymistą ujawnia pewne skłonności, którym trudno się oprzeć. Od małego bawię się, zaspokajam popędy i wiodę cu- downy egzyst. Z własnego optymistycznego obrzydzenia mógłbym namalować sobie piękny portret. Kiepski ze mnie moralista. Dostawca przyniósł pizzę. Przypominała ciepłe wymioci- ny. Najadłem się, jak Wojciech Mann przed kolejną „Szansą na Sukces”. Ostatni kęs zakończyłem przyzwoitym beknięciem. Za- wlokłem swoje nagie ciało pod prysznic. Głaskałem skórę żelem w nadziei, że się przetrze. Zgoliłem brodę i stałem się młodszy. Rozmasowałem na twarzy NIVEA for MEN i poczułem męskość. Wyszczotkowałem zęby do krwi, po czym, ponuro je szczerząc, zaśmiałem się bezdźwięcznie. Moje ciało było gotowe do bli- skości ciała kobiecego. Ubrałem beżową koszulę z napisem: No problem. Czułem się jak samotny pies, którego spuszczono ze smyczy, umyto i wypuszczono na wolność. Opuściłem swoje śmierdzące mieszkanie. Włożyłem swój czysty tyłek do czarnego opla corsy, rocznik 94 i ruszyłem na Wrocław. Nie znoszę publicznych wystąpień, ale czasami trzeba pokazać światu swoją mordę, żeby ten mógł oceniać i krytyko- wać. Do Wrocławia jest sto kilometrów. W takim upale każdy kilometr trzeba liczyć potrójnie. Mam cztery godziny. Wrzuci- łem pod głośnik starego dobrego Toma Weitsa. Żadna dziew- czyna, która jechała ze mną w tym gruchocie, nie rozumiała Toma Weitsa. Przecież to najlepszy klasyk z jajami od New Jer- 20
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zniszczenie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: