Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00419 004859 14473161 na godz. na dobę w sumie
Zupa z gwoździa - ebook/pdf
Zupa z gwoździa - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 300
Wydawca: Agencja Edytorska EZOP Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-89133-93-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Tę wnikliwą, dowcipną i mądrą książkę powinna przeczytać każda normalna kobieta, która chce zrozumieć przeciętnego współczesnego mężczyznę i każdy współczesny mężczyzna ,który i tak nigdy nie zrozumie, w jaki sposób się w to wszystko wpakowujemy. I oczywiście wszyscy pozostali (bez względu na płeć),których codziennie rozczarowuje brak efektownego i natychmiastowego końca świata. Gorąco polecam Maciej Wojtyszko

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Zupa z gwoź- dzia Copyright © by Anna Onichimowska / Copyright © by Agencja Edytorska „Ezop” / Zdjęcie autorki na okładce: Tymoteusz Lekler Copyright © by Agencja Autorska Autograf / Redakcja: Elżbieta Cichy Opracowanie graficzne i projekt okładki: Anna Niemierko / Skład i łamanie: Mariola Cichy / Wydawca: Agencja Edytorska „Ezop” 01-829 Warszawa, Al. Zjednoczenia 1/226 / tel. (22) 834 17 56 e-mail: 2ezop@wp.pl / www.ezop.com.pl Warszawa 2013 ISBN 978-83-89133-93-9 Anna Onichimowska Zupa z gwoź- dzia Agencja Edytorska Ezop Rzeczy nie są takie, jakimi wydają się być. Nie są też inne. / Budda / 7 Nie, nie wierzyłem w koniec świata. A jednak dokładnie 21.12.2012 r. mój świat rozsypał się na kawałki. I już nigdy potem nie miało być tak samo. Dostałem list od czytelnika z pytaniem o mój osobisty sto- sunek do końca świata. Będzie, czy nie będzie, Panie Re- daktorze? – dopytywał Andrzej z Rudy Śląskiej. Bo jeśli tak, muszę się pospieszyć ze spłatą kredytu…Uczciwość Andrzeja zaimponowała mi, a przekonanie o mojej wszech - wiedzy wbiło w dumę. Odpisałem mu szczerze, żeby się nie spieszył, czym naraziłem się automatycznie bankowi BHZ, którego czytelnik był dłużnikiem. Zakładając, że kto- kolwiek z tego banku czytuje nasze pismo, a zwłaszcza Listy do redakcji. Od lat zajmowałem się tym właśnie działem. Doradzałem w konfliktach rodzinnych, rozstrzy- gałem obyczajowe wątpliwości, wysłuchiwałem zwierzeń. Czasami pisywałem sam do siebie. Bywałem zakochaną bez wzajemności siedemnastolatką, schorowanym eme- rytem i samotną kobietą w ciąży. Żona zarzuca mi, że już nie wiem, kim naprawdę jestem. Podobno przestała na- dążać za moim sposobem myślenia i to ją niepokoi. „Śpiąc, wyglądasz czasem na kogoś zupełnie innego” – po - wiedziała niedawno, a kiedy spróbowałem się dowie- dzieć, na kogo konkretnie, zdenerwowała się, nie mogąc znaleźć odpowiedzi. „Jakbyś śnił sny należące nie do ciebie” – sprecyzowała dzień później. „Patrząc na twoją twarz, czuję, że śpię z kimś, kogo nie znam”. Poradziłem jej, żeby lepiej nie przypat- rywała mi się tak uważnie, skoro ją to wytrąca z równo- wagi. Podsunąłem nawet łagodne środki nasenne, ale tylko potrząsnęła głową, że nie chce. Problem między nami polega na tym, że przez te 25 lat bycia razem ona często werbalizuje, czego nie chce, a rzadko, czego chce. Czuję, że nie podoba jej się to, co robię, mnie też nie bardzo, ale nie mam lepszego pomysłu. Chętnie pracowałbym w innej gazecie, nie jestem jednak wziętym dziennikarzem, moja ciekawość świata jest wy- biórcza i fragmentaryczna i miewam kłopot z wgłębia- niem się w problem. Tu żona ma rację – jestem po - wierzchowny, ponieważ wkurza mnie dzielenie włosa na czworo. Właściwie to mam szczęście, że mimo licznych redukcji i zmian jeszcze mnie nie wylali. To pewnie przez te listy, które ludzie potrzebują do kogoś pisać. O tym, że coraz częściej po mojej poczcie wiatr hula, wiem tylko ja. No i żona. Nigdy nie przyznałem się nikomu z redakcji, że pisuję sam do siebie. Kilkakrotnie istnienie gazety wisiało na włosku. Ratowa- liśmy się zdjęciami golasów i preparowanymi skandalami, problematyczną popularność zdobyły przedruki mojego kulinarnego bloga Zupa z gwoździa oraz kolumna promu- jąca grubasów Bez diety i wysiłku. Słowem – dryfujemy po powierzchni, od czasu do czasu zahaczając o kry i rafy, ale od czegóż szalupy ratunkowe? 9 Koniec świata był fantastycznym newsem, na którym że- rowała większość mniej lub bardziej poważnych perio- dyków i portali. Obok wypowiedzi naukowców, wróżek i jasnowidzów, mnóstwo miejsca zajęły apokaliptyczne wynalazki oraz rady, co robić, żeby się nie dać. Najlepiej są przygotowani Amerykanie i Rosjanie. W Tom- sku na półkach sklepowych pojawił się „apokaliptyczny zestaw”, który idzie jak świeże bułeczki. Na zestaw składa się: opakowanie kaszy gryczanej, puszki mięsne lub konserwy rybne (do wyboru), zupka błyskawiczna z makaronem, świeczki, zapałki, kawałek sznurka, notes, długopis, jod, aspiryna, scyzoryk, mydło i wódka. Na Ukrainie zestaw zmodyfikowano – w wersji dla pań za- miast gorzałki zawiera butelkę szampana, dla panów – dodatkowo prezerwatywy. Po przeanalizowaniu wszyst- kich wyżej wymienionych produktów, doszedłem do wniosku, że jestem całkiem nieźle przygotowany. Przypo- mniałem sobie, że kaszy gryczanej mam nawet dwa opa- kowania i jedno mogę zużyć bez uszczerbku dla żelaznego zapasu dziś wieczór. Myślę, że gdybym zaczynał od nowa, zostałbym bajkopi- sarzem albo kucharzem. Właściwie jestem po trosze jed- nym i drugim. Kilkanaście lat temu wydałem dwie książki – O krasnalu, który niczego się nie bał oraz Myszka pi- ratem. Nie doczekały się żadnych recenzji i większość nakładu sam wykupiłem, ale bez reklamy i szumu medial- nego, było to do przewidzenia. Próbowałem iść za cio- sem, jednak wydawca nie zareagował na moje kolejne próby zaistnienia na rynku. Czytywałem swoje dzieła córce, kiedy była w odpowiednim wieku, słuchała bez sprzeciwu i mówiła, że fajne. Podobały się też dzieciom sąsiadki, w ogóle nikt mi nie powiedział słowa krytyki, nawet żona. Jedyne, co jej przeszkadzało i przeszkadza do dziś, to paki książek zawalające piwnicę. Kiedyś je roz- dam, ale wciąż mam problem, żeby się z nimi rozstać. Gotować uwielbiałem od zawsze i całe szczęście, że żona nigdy nie próbowała konkurować ze mną w kuchni, bo tego bym nie zniósł. O ile nie znam wielu bajkopisarzy ce- lebrytów, o tyle kucharzy mogę wymienić około dziesię- ciu, z pamięci i to natychmiast. Ostatnio zawód ten niesamowicie wprost zyskał na prestiżu. Nie miałbym nic przeciwko byciu celebrytą, tak mi się przynajmniej wy- daje. Żona mogłaby wreszcie zakładać swoje koktajlowe sukienki, które namiętnie kupuje na wyprzedażach i może byłaby mniej sfrustrowana. W telewizji programy kuli- narne biją rekordy oglądalności, a ich autorzy prześcigają się w pomysłach, dokąd tu nie pojechać, a wszystko pod pretekstem kolekcjonowania smaków. Nie jestem fanem podróży i przyrządzam potrawy z tego, co mam pod ręką, nie narażałbym więc podatników na opłacanie swoich fa- naberii. Być może prawdziwi kucharze miewają zawsze pod ręką mąkę kasztanową, ser z jaka, czosnek nie- dźwiedzi i olej z pinii, ale przysięgam, że się bez tego oby- wam, a i tak efekty bywają spektakularne. Swoimi doświadczeniami dzielę się, o czym już wspom- niałem, na blogu Zupa z gwoździa. Prostota proponowanych 11 przepisów ściąga na mnie gromy rozmaitych szyderców i prześmiewców, jednak moim zdaniem w tym morzu kon- kurencji dobrze się czymś wyróżniać. Oprócz kilku po- chlebnych opinii, doczekałem się znacznej ilości zjadliwych komentarzy, w których wymyślano mi od pry- mitywów, kmiotków i słoików, chociaż co jak co, ale po- trafiłbym, gdyby mi na tym zależało, udokumentować swoje szlacheckie pochodzenie do szóstego pokolenia wstecz. Wystarczy powiedzieć, że moja cioteczna pra- babka miała zamek w Transylwanii. Może nawet mógłbym go odzyskać, jeżeli bardzo bym się uparł. Nie rozmawia- łem o tym nigdy z żoną w obawie, że zbytnio opanuje jej wyobraźnię. Czasami myślę, że moja żona jest chciwa. Tyle rzeczy chciałaby mieć. I to, i tamto. A niczego się nie pozbywa. Ma mnóstwo ubrań w rozmaitych rozmiarach, torebek, zdjęć, świnek-skarbonek, opróżnionych najwyżej w poło- wie flakonów z perfumami, szkoda miejsca i czasu, żeby to wyliczać. Tak czy owak, w zamku nareszcie miałaby dosyć miejsca na wszystko i jeszcze parę kilometrów do zapełnienia w przyszłości. No ale przyszłości już nie ma. Miesiąc i tyle. Za mało, żeby odzyskać zamek, za mało na większość rzeczy, na które miałoby się ochotę. Podobno kobiety namiętnie kupują, kiedy są w dołku. Nie mogę nazwać żony zakupoholiczką, jednak nic nie potrafi jej tak poprawić nastroju jak nowe buty. Nie mam tego za złe, chociaż mój sposób jest znacznie tańszy. Rzucę tylko okiem na pewną małpę z Borneo i już mi lepiej. To niebywały, rozbuchany i przesadzony w swoim rysunku żart Stwórcy, zwany nie bez powodu nosaczem. Od kiedy go zobaczyłem, po prostu mi odbiło. Myślę o nim regularnie i częściej niżby wypadało oglądam jego zdjęcia w necie, szczególnie w momentach spadku nastroju. Moja żona twierdzi, że przechodzę andropauzę i stąd u mnie te wahania – od euforii po depresję. Euforycznymi nazywa stany, kiedy udaje mi się coś wyjątkowo dobrego ugotować albo przejechać miasto, unikając korków. De- presyjnymi wszystkie pozostałe. Zakładając, że ma rację, chęć oglądania nosacza jest bardziej niż uzasadniona. Każdy ma własne sposoby odreagowywania stresu. Cie- kawe, że nie bardzo już pamiętam, jak sobie z tym radzi- łem kiedyś. Może wówczas wkroczyłem w andropauzę i wcześniej żadnych antydepresantów nie potrzebowałem. Jednak moim zdaniem, żona nie powinna mieć mi tej drobnej sła- bości za złe. Nie upijam się, nie jestem hazardzistą ani dziwkarzem, nie czepiam się byle czego, myję się dwa razy dziennie. Czasem zerknę sobie na nosacza i tyle. Staram się zresztą robić to dyskretnie i bez ostentacji, ponieważ kiedy po raz kolejny żona przyłapała mnie z nim nos w nos stwierdziła, że powinienem się leczyć. I że jes- tem perwersyjny. No, tu mi zabiła ćwieka. Bo może i jes- tem, ale na pewno nie ma to nic wspólnego z tą małpą. Jak powszechnie wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach, a szczegół u nosacza taki że ho, ho. Stąd, jak sądzę, su- gestia perwersji. 13 Nie to, że wierzę w rychły koniec świata, ale tyle się o tym mówi i pisze, że nie sposób w ogóle nie brać tego pod uwagę. W leśnym domku mamy bardzo głęboką piwnicę. Kiedyś teść próbował hodować w niej pieczarki i lał bez opamię- tania wodę, więc jest dość wilgotna, trudno, na schron w sam raz. Tylko jak to niby miałoby w praktyce wyglądać? W dniu zero bierzemy urlop – my plus córka z zięciem i ich jamnikiem – jedziemy sobie do tego domu z „apokalip- tycznym zestawem” rzecz jasna, zamykamy się w piw- nicy i czekamy, co będzie? Próbowałem o tym rozmawiać z żoną, nie potraktowała mnie poważnie. Zwróciła mi cierpko uwagę, że urwał się wieszak w łazience i może tym bym się wreszcie zajął, zamiast końca świata. Ostentacyjnie zabrałem się za przygotowywanie kolacji. Kotlety z kaszy gryczanej (ugotowana kasza, jajka, ce- bula, pieczarki lub jakiś ser, przyprawy, może być natka albo szczypiorek). Zamieściłem przepis na blogu, po- dobno był niedokładny i jednym się kotlety rozłaziły, inni nie wiedzieli, w czym je obtoczyć, a jeszcze inni marudzili, że nie zrobią, bo sam opis im nie smakuje. Ich sprawa. Ja lubię, żona też, a w tym konkretnie momencie chodziło mi o zajęcie się czymkolwiek, co usprawiedliwiałoby nie- chęć do montowania wieszaka. Prawda jest bolesna: jakiś czas temu pożyczyłem komuś wiertarkę i nie mam pojęcia komu. Wypytywałem w pracy, nikt się nie przyznał. Podejrzewam szwagra, on też się wypiera. Gdybym powiedział żonie, o co chodzi, zrobiłoby się piekło. W sposób naturalny wiertarka należała rów- nież w połowie do niej, a jak już wspominałem, ona bardzo nie lubi niczego wypuszczać z rąk. Wolę więc ucho dzić za lenia i abnegata, któremu kompletnie nie przeszka- dza, że ręcznik wisi sobie na haczyku. Do kotletów z kaszy podałem surówkę z kiszonej kapusty – samo zdrowie. Jedliśmy w milczeniu. Myślałem trochę o kombinacjach różnych kasz, trochę o liście, który do- stałem od żonatego geja z rozdrapami moralnymi i bar- dzo mało o nosaczu. Nie mam pojęcia, o czym myślała żona. Kiedy podniosłem się, aby wstawić wodę na her- batę, zaproponowała scrabble. To jedna z moich ulubio- nych gier, jednak dzisiaj czułem się jeszcze bardziej aspołeczny niż zazwyczaj. – Wolałbym nie. – Pokręciłem głową. Zaraz potem prze- straszyłem się, że powróci temat wieszaka, więc spiesz- nie zredagowałem swoją wypowiedź od nowa: – Mam sporo pracy, lecz jeśli bardzo chcesz… Jak z czymś nawalę, to nie ze swojej winy, mówiły moje oczy. – Chcę – przyznała, patrząc w okno. – Miałam okropny dzień. Pewnie remanent, reklamacje albo upierdliwy klient. Pralka, lodówka i te inne rzeczy na elektryczność ze sznurkiem. Najciekawsze opowieści dotyczyły zwykle klientów, ale na wszelki wypadek wybrałem scrabble. Gra posuwała się wolno – mieliśmy na zmianę same sa- mogłoski albo spółgłoski, krzyżówka zrobiła się zwarta 15 jak stado stłoczonych w kącie baranów, sam czułem się jednym z nich, próbując ułożyć słowo za pomocą liter HŹŁŁUUÓ. W rezultacie wygrała żona, niewielką przewagą dziewięciu punktów. Zbierając kostki do woreczka, powiedziała nagle: – Ostatniej nocy mamrotałeś „serafin”. Kilkakrotnie. – Serafin? – zdziwiłem się. – Jesteś pewna? Może szaf- ran? To bardziej prawdopodobne. – Jestem pewna. Nie pamiętasz, co ci się śniło? Wzruszyłem ramionami. – W życiu nie myślałem o serafinach. – To anioły ogniste. Najważniejsze w hierarchii. Wyraźnie kołatały się jej wciąż po głowie jakieś strzępy wiedzy. Kiedyś chciała zostać zakonnicą. Potem wróżką. W rezultacie skończyła psychologię i sprzedaje sprzęt AGD. – No i co z tymi aniołami? – Ziewnąłem. Roześmiała się. – Właśnie dokładnie o to pytam ciebie. Może mają jakiś związek z końcem świata? – Pewnie tak – przyznałem. – Obwieszczają, jak sądzę. Jestem pewien, że się przesłyszała i że śniłem jednak o szafranie. Jako zdeklarowany ateista nie wierzę, żeby nawet w snach pojawiały mi się istoty z zaświatów. Chyba, że byłem wówczas kimś innym. Cokolwiek miałoby to znaczyć. Wątróbki na gnieździe / Dwudziesty pierwszy dzień przed końcem świata / Moja żona mówi, że się spóźnimy. Stoimy w korku, a ona wciąż próbuje rozmawiać przez komórkę, która nie działa. Nie wiadomo, dlaczego nie działa, jeszcze przed chwilą było okej. Mówię, żeby wyjęła baterię i kartę SIM, córka dodaje, żeby wyłączyła i włączyła. – Już to wszystko zrobiłam – rzuca żona. Widzę, że jest wściekła, chociaż udaje, że nie jest. Nawet się uśmiecha i nawet jej z tym ładnie, z tą mieszaniną wściekłości i uśmiechu. Mogę to dokładnie obserwować, bo wciąż stoimy. – Trzeba było pojechać inaczej – mówi. – Niby jak? – pytam. Więc mi tłumaczy, a ja jej odpowiadam, że tam jest za- wsze jeszcze gorzej. – Nie wiem, czy można gorzej albo lepiej stać – słyszę z tyłu. Jedziemy do teatru. To nasz prezent dla córki na rocznicę ślubu. Premierowy spektakl, a potem kolacja. Umówi- liśmy się z zięciem przy kasach. Wciąż mamy szansę wejść na salę przed ostatnim dzwonkiem. Zięć pewnie już czeka. Jest zawsze przesadnie punktualny, to znaczy 17 przychodzi sporo wcześniej i potem krąży pod domem, żeby nacisnąć dzwonek dokładnie o czasie. Obserwowa- łem to kiedyś przez okno. Jak tak chodzi i co chwila pat- rzy na zegarek. Może stomatolodzy tak mają, nie wiem. Jest jedynym, którego znam osobiście. Nie korzystam z jego usług, aby nie przenosił na mnie ewentualnych domo- wych frustracji i żalów. Nie zawołałem go wówczas, za- chęcając do wcześniejszych odwiedzin z delikatności, a nie z sadyzmu. Bo mogłoby mu się zrobić głupio. Mnie by się na pewno zrobiło. – Zielone!!! – słyszę, więc ruszam posłusznie, aby za pół minuty znowu się zatrzymać. Wszyscy uciekają z naszego pasa. Pewnie coś się rozkraczyło albo znów łatają dziurę w jezdni. Jeden diabeł. – Robisz nam na złość, czy jak? – W głosie żony brzmi histeria. – Nie rozumiem – mówię zgodnie z prawdą. – Bujasz gdzieś w obłokach, zamiast się postarać. O czym myślisz, no powiedz. Nie powiem, za nic na świecie, dla naszego wspólnego dobra. Córka odbiera komórkę. – Jesteśmy dopiero w połowie drogi…– kłamie, nie wiem po co. – Nic na to nie poradzę – podnosi głos. – Jak zwykle, tak… Trzeba było… Jak chcesz… To ty się wście- kasz... Udaje mi się zmienić pas. Jedziemy ze dwieście metrów, chcę wrzucić trójkę, gdy znów wszystko staje. – Za skrzyżowaniem będzie już z górki. – Staram się brzmieć optymistycznie. Do przedstawienia mamy wciąż dziesięć minut. – Wiktor kupił sobie od kogoś bilet – komunikuje córka. Wiktor to jej mąż, którego nie wiedzieć czemu często na- zywam Franciszkiem. – Po co mu dwa? – próbuję być dowcipny. – Może dobrze, żeby chociaż on obejrzał całe przedsta- wienie. Opowie nam, co było na początku. – To Szekspir – przypominam. – Jedź!!! – krzyczą obie. Przejeżdżam skrzyżowanie na czerwonym, łapiąc kątem oka błysk kamery, to będzie bardzo kosztowny prezent, myślę, kombinując jednocześnie, jak najsprytniej pod - jechać pod teatr, żeby dało się zaparkować. Ale przecież i tak one wiedzą lepiej, więc proszę o radę. – Ty jesteś kierowcą – odcina się żona, a córka dodaje, że już i tak wszystko jedno. – Nie rozumiem, co nam szkodziło ruszyć kwadrans wcześniej – pogrąża mnie któraś z nich, bo to naturalnie ja się grzebałem. – Zrobiłem to celowo – przyznaję, ponieważ i tak, co po- wiem, zostanie użyte przeciwko mnie. – Makbet rozkręca się dopiero w trzeciej scenie „Tak ponurego dnia i tak pięknego, Jak żyję, nigdy jeszcze nie widziałem” – rzucam cytatem, efektownie wpasowując się w miejsce między fordem a czymś tam, mocno zabłoconym.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zupa z gwoździa
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: