Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00352 005939 13111964 na godz. na dobę w sumie
Zwierzozwierz. Charytatywna antologia o zwierzętach - ebook/pdf
Zwierzozwierz. Charytatywna antologia o zwierzętach - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Gmork Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-948322-4-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> antologia
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Zwierzozwierz to efekt trudu, a nierzadko i łez, polskich pisarzy grozy, przed którymi postawiono niełatwe zadanie zmierzenia się z konwencją miłych i ciepłych opowiadań, w których bohaterami są zwierzaki. Wśród ponad dwudziestu tekstów przeważają humorystyczne, lekko zwariowane historie, ale nie zabrakło też chwytających za serce i zmuszających do refleksji. Wszystko to w szczytnym celu, aby wspomóc działania organizacji pomagających zwierzętom.

W gronie zaangażowanych w projekt szesnastu uznanych pisarzy znaleźli się: Marek Zychla, Grzegorz Woźniak, Mariusz Orzeł-Wojteczek, Juliusz Wojciechowicz, Michał J. Walczak, Łukasz Radecki, Kornel Mikołajczyk, Kazimierz Kyrcz Jr, Agnieszka Kwiatkowska, Kacper Kotulak, Marek Grzywacz, Michał Górzyna, Norbert Góra, Magdalena Godlewska, Adam Froń i Krzysztof T. Dąbrowski.

 

Cały dochód ze sprzedaży antologii zostanie przeznaczony na działania statutowe Fundacji Kocie Życie, Grupy Pomocy Kotom NEKO, Stowarzyszenia Otwarte Klatki oraz Fundacji Hospicjum dla Kotów Bezdomnych.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Magda Aga Kacper FR A Adaś G M ENT Kazek Charytatywna antologia o zwierzętach Michał Kornel Marek Grzesiek Krzysiek Łukasz Norbert Julek Marek Michał Mariusz JulekMagdaMichałAgaNorbertKrzysiekAdaśMarekKacperGrzesiekKornelMariuszKazekMichałŁukaszMarek © Copyright by Wydawnictwo Gmork Świątkowska Ryba Sp. j. Przybłęda © Copyright by Krzysztof T. Dąbrowski Impreza urodzinowa, Sokolnik Maltański © Copyright by Adam Froń Kot bez butów, Niezłe jaja © Copyright by Magdalena Godlewska Neon © Copyright by Norbert Góra Mrowisko © Copyright by Michał Górzyna Śliskość © Copyright by Marek Grzywacz Władca srok © Copyright by Kacper Kotulak Na skrzydłach magii © Copyright by Agnieszka Kwiatkowska Zaćma © Copyright by Kazimierz Kyrcz Jr, Michał J. Walczak Pies rodzinny, Smutki i żale pana Kamedy © Copyright by Kornel Mikołajczyk Moje królestwo © Copyright by Łukasz Radecki Biegnij, Hubi, biegnij; Pilna potrzeba © Copyright by Juliusz Wojciechowicz Zwierzyniec © Copyright by Mariusz Orzeł-Wojteczek Szybcy i Wściekli, Ja chcem kotka!, KOT © Copyright by Grzegorz Woźniak Świniak morski, Kriodestrukcja © Copyright by Marek Zychla Wrocław 2017 Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved Korekta: DOMINIKA ŚWIĄTKOWSKA JUSTYNA MASERAK Redakcja i skład: DOMINIKA ŚWIĄTKOWSKA Ilustracje i projekt okładki: KAROLINA PAZYRSKA Fragment ksiązki Wydanie I Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób, włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy. Wydawnictwo Gmork Świątkowska Ryba Sp. j. ul. Domeyki 16 53-209 Wrocław www.gmork.pl, wydawnictwo@gmork.pl, tel: 795 626 546 (fragment) Krzysztof T. Dąbrowski Adam Froń Magdalena Godlewska Norbert Góra Michał Górzyna Marek Grzywacz Kacper Kotulak Agnieszka Kwiatkowska Kazimierz Kyrcz Jr Kornel Mikołajczyk Łukasz Radecki Michał J. Walczak Juliusz Wojciechowicz Mariusz Orzeł-Wojteczek Grzegorz Woźniak Marek Zychla Wstęp „KOT przeciągnął się i przymknął ślepia. Poprosił CZAS i CZAS się cofnął” fragment opowiadania Grzegorza Woźniaka KOT I CZAS Niestety nie jestem kotem i nie sprawię, by czas się cof- nął. Nie posiadam takiej mocy, a nawet gdybym posiada- ła – nie jestem zwierzęciem tak wspaniałym, bym miała odwagę owym czasem zarządzać. Posiadam jednak coś innego. Coś magicznego, coś różnorodnego, coś, co czasu nie cofnie, lecz go zatrzyma. Mam to teraz, gdy piszę dla Ciebie ten wstęp i jest mi niezmiernie miło, ponieważ jeśli to czytasz – mam szansę się z Tobą tym podzielić. To coś kryje się na najbliższych stronach. I znajdziesz to. Obiecuję. Znajdziesz to między delikatnością przedstawionych historii, barwnymi opisami oraz kontrastową brutal- nością świata i postaci, które spotkasz. Znajdziesz to w lekkim uniesieniu kącika ust, beztroskim śmiechu, ale i w zagubionej na policzku łzie, gdy dana opowieść Cię rozbawi lub rozczuli. Znajdziesz to na pewno, ponieważ Zwierzozwierz nie jest książką jednolitą. Jest zbiorem opowiadań. Opowiadań, 5 które swym charakterem zmieniają się tak szybko, jak kot zmienia ochotę na głaskanie go po rozmruczanym brzuchu. W jednym momencie skończysz czytać o bajkowym lesie i myszy ubranej w kubraczek, by zaraz odwiedzić Salem, w którym poznasz sowy z mroczną tajemnicą i całkiem sporym miejscem w ogródku na ewentualne ukrycie kolejnych zwłok. To magiczna książka, w której znajdziesz opowiada- nie dla roześmianej pięciolatki, jak i dla siebie, gdy w kul- minacyjnym zmęczeniu usiądziesz z lampką wina albo butelką ciężkiego rzemieślniczego piwa. A dlaczego Zwierzozwierz jest magiczny? Ponieważ jest o zwierzętach, powstałych w umysłach twórców, którzy zadziałali na rzecz prawdziwych potrzebujących zwierząt z krwi i kości. Czasem wpleciono szarego burka do historii o ludzkiej miłości, a czasem to zwierzęta stwo- rzono na wzór człowieka. Jedno jest pewne – bez zwie- rząt Zwierzozwierz by nie powstał. Nie gwarantuję Ci ostatecznie, że każde opowiadanie przypadnie Ci do gustu. Ale obiecuję Ci, że znajdziesz choć jedno swoje ulu- bione i długo go nie zapomnisz. Ja swoje znalazłam. I bardzo mnie ciekawi, które spodoba się Tobie. Chciałabym na koniec życzyć Ci miłej lektury i po- dziękować w imieniu wszystkich puchatych serduszek, których istnienie wsparłeś zakupem Zwierzozwierza. Marta Hetman autorka bloga Biszkopt z Karmelem biszkoptzkarmelem.pl 6 Naszym podstawowym obowiązkiem w stosunku do naszych młodszych braci jest niekrzywdzenie ich, jednak poprzestanie na tym to nie wszystko. Mamy ważniejszą misję - służyć im pomocą, kiedykolwiek będą jej potrzebować. Św. Franciszek z Asyżu Zwierzęta istnieją dla siebie samych. Nie stworzono ich dla ludzi, tak samo jak czarnych nie stworzono dla białych, a kobiet dla mężczyzn. Alice Walker Krzysztof T. Dąbrowski Przybłęda Pogoda była dziś wymięta jak facjata menelika. Sine brzuszyska chmur w każdej chwili gotowe były zrodzić ze swych trzewi ulewny deszcz. W życiu bym nie przy- puszczał, że w dzień tak bury jak ten, może mi się zrobić wesoło i przeszczęśliwie. A jednak. Wystarczyło po pro- stu iść przed siebie, mijając jakby nieobecnych duchem przechodniów, i zerkać na wystawy sklepów, by odnaleźć spełnienie. I oto ja, brodaty a brzuchaty ponadtrzydziestoletni me- talowiec, Hubert Płaczkowski, przystanąłem przed witry- ną sklepu z kieckami i na mej udręczonej paszczęce zago- ścił szeroki uśmiech zębiczny. Nie, nie, spokojnie, bynajmniej nie odkryłem w sobie zamiłowania do przebieranek, po prostu ujrzałem kobie- tę idealną – drobną, eteryczną blondynkę o twarzy anio- ła, który za chwilę zapłacze. Serce zaczęło mi galopować niczym bas w kawałkach Ironów i już wiedziałem, że to nie kolejny atak palpitacji, tylko coś znacznie gorszego… Fatalne zauroczenie. Czemu fatalne? Bo u mnie zawsze się to fatalnie koń- czy, ale należę do ludzi, którzy najwyraźniej nie potrafią uczyć się na błędach… Wszedłem do środka, usiłując udawać, że jestem bar- dzo zainteresowany sukienkami. O tym, jak idiotycznie 8 musiało to wyglądać, pomyślałem dopiero później — na razie usiłowałem odkryć w sobie fascynację kieckami, by lepiej udawać, że wlazłem tu niby przypadkiem. – Coś pana interesuje? Pokiwałem odmownie głową, nie mając odwagi, by się odwrócić. cu odwróciłem się. – Szkocką? – zapytała, a ja zebrałem się w sobie i w koń- – Nie, dziękuję, przed południem nie piję. Zachichotała, a ja zdałem sobie sprawę, że mogła mi proponować sukienkę w kratę dla Szkotów. Ale postano- wiłem udawać, że naprawdę zażartowałem, bo głupio by było wyjść na matołka. A co ja poradzę, że przy pięknych kobietach IQ leci mi na łeb na szyję? Fakt, że chichotała, jakoś tak mnie odrobinę ośmielił i postanowiłem iść na całość. – Wiesz – powiedziałem mocnym pewnym głosem, jakby jakieś natchnienie we mnie wstąpiło. – Wyglądasz mi na specyficzne połączenie marzycielki i takiego tro- chę zwariowanego świrka, a przy tym mam wrażenie, że jesteś bardzo zmysłową kobietą, potrafiącą odbierać wszystko intensywniej od innych. – O rany! Rozszyfrowałeś mnie. – Zrobiła mocno zdziwioną minę. – Ja taka właśnie jestem. Postanowiłem iść za ciosem i patrząc w jej błękitne oczy, dodałem: – A twoje oczy… Twoje oczy kojarzą mi się z morzem. Uwielbiam przesiadywać godzinami w morzu. Lubię się wtedy położyć na wodzie i tak się trochę pounosić. Jak się wyprostujesz jak struna i rozłożysz ręce na boki, to nie ma z tym najmniejszego problemu. To naprawdę super sprawa. Morze buja cię delikatnie na boki, słońce 9 Przybłęda przyjemnie przygrzewa, a od dołu czuć delikatny chłód. Można naprawdę nieźle odpłynąć. A Ty tak lubisz? Wyglądała na rozmarzoną, bo przez chwilę, uśmie- chając się do siebie, wpatrywała się gdzieś w dal. Potem zatrzepotała rzęsami i spojrzała na mnie jakimś takim roziskrzonym wzrokiem, że aż mi się kolana lekko ugięły. – Jezu, jak ty wspaniale opowiadasz. – Głos miała słodki jak miód i bardzo uwodzicielski. – Spotkasz się ze mną? – wypaliłem czym prędzej, by nie dopadł mnie paraliżujący stres. – Hubert. – Ewa – wyciągnęła drobną, ciepłą dłoń, w dotyku bardzo aksamitną. – Tak, z przyjemnością. I wtedy otworzyły się drzwi i do sklepu weszło stadko roztrajkotanych nastolatek. – Muszę… – I czym prędzej cofnęła rękę, a na twarz przy- wołała minę pod tytułem „profesjonalna sprzedawczyni”. Kiwnąłem głową i nie chcąc jej przeszkadzać, dyskret- nie wyszedłem. Byłem tak rozanielony, że mimo zaczynającego padać deszczu, z głową w chmurach przeszedłem ze dwa przy- stanki, nim stwierdziłem, że przecież nie ma co moknąć i podjadę tramwajem. A że akurat zbliżała się dwudziest- kaczwórka, to wsiadłem. Dwa przystanki dalej przypo- mniało mi się, że przecież nie mam jej numeru telefonu. Wysiadłem, pojechałem w drugą stronę. I najchętniej resztę drogi bym przebiegł, ale nie chciałem wparować tam taki zziajany, zasapany i ociekający potem. Już i tak było mi głupio, że ze mnie taka gapa… Tuż przy wejściu przywołałem na twarz najbardziej luzacki uśmiech, na jaki mnie było w owej chwili stać, wziąłem głęboki oddech i wszedłem do środka. 10 Krzysztof T. Dąbrowski – No cześć – rzuciłem wesołym tonem do Ewy. Zmarszczyła brwi. – My się znamy? Czyżby się rozmyśliła? Nie, no nie może być! – No, przecież… – Przestań mi koleżko ściemniać z tanimi podrywami! O kurczę, odwidziałem jej się. Ech, znowu dopadł – Yyyy… aaa… To ja już pójdę. I poszedłem, a w mej duszy rozgościł się depresyjny mnie pech! listopad. Gdy wszedłem do domu, Wikary obdarzył mnie uważ- nym spojrzeniem i mruknął: – Co, samiczka? – Ta, kobitka… – odpowiedziałem kotu. Nigdy nie wnikałem w to, czemu rozumiem te jego miauczenia, ani on w to, czemu moje „ludzenia” są dla niego zrozumiałe. Dodam tylko, że innych kotów nie ro- zumiem. W każdym razie oswoiłem się z tematem i przy- zwyczaiłem do tego. Kot wskoczył na fotel, podwinął ogon, założył jedną tylną łapę o drugą. Przednią podparł pyszczek, jakby głęboko nad czymś dumał, po czym mruknął jak rasowy psycholog: – Chcesz o tym porozmawiać? – Kiwnął łepkiem, wskazując na łóżko. Cóż, z braku kozetki może być i wyrko. Skinąłem gło- wą, że tak, i zaległem na łożu, po czym zacząłem opowia- dać, co się stało. – I co ty o tym wszystkim sądzisz? – zapytałem na ko- niec. 11 Przybłęda – Nie zrażaj się. Ona cię tak tylko testuje. Wszystkie tak mają. Poczekaj ze dwa dni i znowu do niej podbij. Następnego dnia wstałem i z bólem serca uświadomiłem so- bie, że muszę jeszcze jeden dzień odczekać, w każdym razie jeśli miałbym się zastosować do rad kocura mego kochanego. O wilku mowa, a tu kot – objawił się tuż przy mnie, tak nagle i znienacka jak to tylko on potrafi. – Dasz śmietanki? – zagaił przyjacielsko, niby od nie- chcenia wystawiając pazurki i błyskając szpikulcami zębów. Po mych plecach przebiegł dreszcz. Przedramię pra- wej ręki wciąż miałem podrapane… – Właśnie miałem jeść ruskie. – Może być z ruskimi! – Ucieszył się kot. Westchnąłem ciężko. Faszyzm! Komunizm! Kocizm! Po paru minutach postawiłem na ziemi miskę pełną polanych śmietaną pierogów. – Proszę, milordzie! Milord rzucił się na jedzenie i słychać było tylko gło- śne ciamkanie i mlaskanie. – Co się mówi? – Bujaj wory, frajerze – odmlasknął. Chamstwo mego kota czasami mnie przerażało… Z kogo on brał przykład? – A wal się, baranie jeden! – odparowałem. Przerwał jedzenie, spojrzał mi głęboko w oczy. Podją- łem wyzwanie i przetrzymałem spojrzenie, choć nie było łatwo – pierońsko rozśmieszały mnie jego białe od śmie- tany wąsy. Co za sierota… W końcu kocurro mój zadarł dumnie pyszczek i mruknął urażonym tonem: 12 Krzysztof T. Dąbrowski – Jakbyś raczył zauważyć, to jestem kotem. Ta, chyba Szkotem – pomyślałem ubawiony i poczła- pałem do łazienki. Stając przed lustrem; jak zwykle zastanawiałem się, kiedy widok samego siebie z rana na tyle mnie prze- straszy, że zejdę na przedwczesny zawał. Tak, bo Hubert Płaczkowski wygląda czasami jak siedem nieszczęść ósmym poganiane. Trzydziestoletni brzuchaty metalo- wiec o przerzedzających się długich włosach i brodzie, w której, niczym tubylcy w gęstwinie, skrywały się reszt- ki wczorajszej kolacji. Przekrwione oczy maniaka gier komputerowych, którego niedospanie podkreślone było okazałymi worami pod patrzałkami i ziemistą cerą. I cze- mu tu się dziwić, że ostatnio cały czas byłem singlem? Gdy stamtąd wyszedłem, powitało mnie wyraziste spojrzenie złocisto-zielonych ślepi Wikarego, które mó- wiło samo za siebie: jesteś skończonym kretynem. No tak, znowu łazęga jeden szuka zaczepki. – Co? – A nic – odmruknął i, leniwie wywijając ogonem, udał się w stronę legowiska. – Dałbym ci buziaka, ale masz wąsy. Nie skomentował tego. Położył się, ziewnął i przy- mknął ślepia. Był kot – nie ma kota. Zresztą nie pierwszy to raz wyprowadzał mnie z rów- nowagi, by potem ignorować – i tylko ciekawe, czy tę sztuczkę kobiety podpatrzyły u kotów, czy na odwrót. Raz na przykład ostro się czymś strułem, i może nie wnikajmy już czym, w każdym razie miałem tak zwane problemy z błędnikiem, bo rzucało mną niczym mary- narzem podczas sztormu. Kocurro, zamiast zadbać o me bezpieczeństwo i asekurować lub zaprowadzić do kanapy, 13 Przybłęda patrzył tylko, gdzie padnę i czy przypadkiem nie na niego. W pewnym momencie poczułem, że mi niedobrze. Oczywiście od razu go uprzedziłem. I wiecie, co mi ten złośnik poradził, gdy stwierdził, że znajduje się w polu rażenia? „Spróbuj połknąć!”. Taki z niego był ważniak-odważniak! Ale jak dla od- miany coś go wystraszyło, to od razu wskakiwał mi na ręce, strzelał spojrzeniem rodem ze Shreka i było „chroń mnie, broń mnie, ratuj!”. Ale taki już jego urok. A ja i tak kocham tego złośli- wego sierściucha. Następnego dnia udałem się do sklepu Ewy. Trzy razy zbierałem się do wejścia i tyleż samo rezygnowałem, czu- jąc, jak zżera mnie stres. W końcu zacisnąłem paszczękę i wmaszerowałem do środka. Ewa się uśmiechnęła. Uśmiechnęła się! Kamień spadł mi z serca i wyluzowałem, nawet udało się wstępnie umówić na spotkanie. – Super, to pojutrze zadzwonię i jeszcze dam znać gdzie. Buźka. – Cmoknąłem ją w ten aksamitny policzek, harfy w niebiosach zagrały, a mnie, diabłu wcielonemu skrzydła anielskie wyrosły i żem się wzniósł na wyżyny przeszczęśli- wości. Miałem ochotę śpiewać „Heaven! I’m in heaven!”, ale jakoś się opanowałem i w miarę normalnie wyszedłem. Za to na zewnątrz radosnym podskokom nie było końca. Jak to dobrze posłuchać czasem mądrości swego durnego kota! Kolejnego dnia radość rozpierała mnie tak wielka, że postanowiłem nie dzwonić, a wpaść do Ewci z kwiatami i umówić się osobiście. 14 Krzysztof T. Dąbrowski Wyszedłem z domu i udałem się do Garbatego Szatana, jak nazywałem swój wysłużony krążownik szos marki Volkswa- gen. A co, jako metalowiec musiałem go jakoś zacnie nazwać! Zaturkotało, zaperkotało i odpalił. Pojechałem. Pół godziny później z szarmanckim uśmiechem na facja- cie stałem przed wejściem do sklepu. Czułem się już o wiele pewniej, więc oddechy uspokajające sobie darowałem i po prostu wmaszerowałem sprężystym krokiem do środka. – Cześć! Chciałem… Ale nie dała mi dokończyć, zmarszczyła groźnie brwi – Możesz sobie chcieć co tylko chcesz, ale nie ode i mi przerwała: mnie. Odpuść sobie. Byłem w szoku. W totalnym szoku. Zabrakło mi słów. Zwisła mi ręka z kwiatami i potulnie, jak cielę prowadzo- ne na rzeź, wycofałem się i wyszedłem ze sklepu. Bawi się mną? – w głowie zakiełkowało pytanie. Ech, wszystko na to wskazywało, a ja naiwny wma- wiałem sobie, że to porządna dziewczyna. W międzyczasie diablo się rozpadało. Wsiadłem do Szatana i ruszyłem w drogę powrotną. A choć wycieracz- ki pracowały jak szalone, to i tak widoczność była mocno ograniczona. Istne oberwanie chmury. Nagle musiałem ostro dać po hamulcach, bo coś ma- łego, białego wskoczyło znienacka na drogę. Przez chwilę głęboko oddychałem, po czym, nie zwa- żając na deszcz, wysiadłem. Serce miałem w przełyku, bo bałem się przeraźliwie, że kogoś przejechałem. Ale z drugiej strony pocieszające było to, że Garbaty nie pod- skoczył, więc chyba jednak nie. Rozejrzałem się, ale nikogo nie dojrzałem. Już miałem wsiadać, bo deszcz dawał się we znaki, a i coraz chłodniej 15 Przybłęda się robiło, gdy, tknięty przeczuciem, postanowiłem paść na kolana. Zajrzałem pod samochód. Dobrze zrobiłem – chowała się tam biało-bura popi- skująca kulka. Ani chybi wystraszony psiak. Po paru minutach udało mi się go uspokoić i wydo- być spod auta. Posadziłem go z tyłu, owinąłem ciepłym kocem i, nie wiedząc, czyj on może być, postanowiłem zabrać go do domu, by później poszukać właściciela. Puściłem mu stare dobre Saxon z płyty Dogs of war i choć nie wyglądał na psa bojowego, to chyba polubił te klimaty, bo się uspokoił, słuchając z zaciekawieniem. – No, jeszcze będą z ciebie ludzie – pochwaliłem go, głaszcząc po łebku. Spojrzał na mnie nierozumiejącym wzrokiem. – Wiesz jak cię będę nazywał? Przybłęda. Pisnął cicho. – No, to skoro zaakceptowane, to jedziemy. Pojechaliśmy. Ledwiem z Przybłędą na rękach przekroczył progi mego zacnego domostwa, napotkałem wzburzone spojrzenie Wikarego. I wcale nie chodziło o to, że nie dałem mu przed wyjściem dokładki ruskich, które mu z dobroci serca oddałem, od ust sobie odejmując. – Zdrajca! – syknął, po czym się oddalił. No tak, chyba nie polubił Przybłędy. Houston, mamy problem! Podczas gdy ja suszyłem psiaka, kot siedział cały na- burmuszony i obserwował nas z ponurą miną. – No co, pomóc musiałem! Przecież nie mogłem go tak zostawić. – I to coś będzie teraz z nami mieszkać… 16 Krzysztof T. Dąbrowski – Przez jakiś czas na pewno – Cóż, trzeba było kocura uświadomić. – Po moim tropie! – miauknął wzburzony. – Chyba trupie. – No przecież miauczę! Wystarczyło ich na chwilę zostawić sam na sam, aby w pokoju rozpętało się tornado. Gdy wszedłem, wszyst- ko było porozrzucane po wszystkim, a po podłodze krą- żyła futrzana popiskująco-miaucząca kula. Rozdzieliłem ich z najwyższym trudem. Wiedziałem, że taka sytuacja długo potrwać nie może, bo w przeciwnym wypadku czeka mnie remont gene- ralny i leczenie psychiatryczne, co najmniej. Uznałem, że najszybszym sposobem na odnalezienie właściciela Przybłędy będzie wrzucenie ogłoszenia na Facebooka Usadziłem psiaka na kocyku i przykucnąłem z aparatem. W chwili gdy robiłem zdjęcie, Wikary skoczył na Przybłędę i kotłowanina rozpoczęła się na nowo. Powstrzymałem ich. Obaj byli już porządnie zasapani, ale… Nie wiedzieć czemu, miałem wrażenie, że to nie jest na serio i jeśli to tylko zabawa, to chyba im się spodobała. Dopiero zamknięcie Wikarego w łazience pomogło. Inna sprawa, że tuż po tym zapomniałem, że go tam zamknąłem, bo od razu pomknąłem wrzucić ogłoszenie na Fejsa. Bardzo był wkurzony gdy sobie o nim przypomniałem, oj, bardzo – przybyły mi trzy kolejne zadrapania na łydce. – No już, wrzuć na luz, miałem ciężki dzień. Olała mnie. Na to Wikary obejrzał się i błysnął zębami z satysfakcją. – Pokarało cię, jak widzę, za bratanie się z psami! 17 Przybłęda – Poradzisz coś? Ty się znasz na samiczkach. – Ewidentnie cię sprawdza – stwierdził z miną znawcy te- matu. – Chce sprawdzić, czy łatwo się poddajesz. Ładna jest? Westchnąłem na wspomnienie jej cudnej twarzy. – Najprzepiękniejsza w galaktyce! – No, to już wiemy. o co biega! – mruknął z satysfak- cją. – Im samiczka atrakcyjniejsza, tym więcej samców się koło niej miota. A ona w tej sytuacji ma duży wybór i zgadnij, kogo wybierze? – Nie wiem – odparłem po chwili intensywnego my- – Najwytrwalszego! – miauknął donośnie i znacząco ślenia. uniósł w górę pazur. Idąc za radą Wikarego, zadzwoniłem do Ewy. Odebrała i była przemiła, co tylko dowodziło, że ten skubany kot ma niesamowity instynkt jeśli chodzi o kobiety. – Świetnie, to jesteśmy umówieni, to jutro wpadnę po ciebie do pracy jak skończysz? – Świetnie! Pa, Hubercik! – I się rozłączyła. Siedziałem przez chwilę na brzegu łóżka. Wikary szcze- rzył się do mnie bezczelnie – wiedział, że za dobre rady nie ominie go nagroda. I miał rację. Wstałem, wyciągną- łem z lodówki śmietanę. Po chwili miał pełną miskę swe- go ukochanego przysmaku. Okazało się, że to również przysmak Przybłędy, bo psiak zaczął podjadać z miseczki kocura. Wikary widząc to wpadł w szał, skoczył na niego. Znowu kotłowali się po całej podłodze. Wziąłem z szafki talerz od zupy i nalałem do niego kolejną porcję. Już po chwili trochę poturbowani, ale uspokojeni, mlaskali w zgodnym duecie. 18 Krzysztof T. Dąbrowski Nastał ten dzień, na który czekałem z takim utęsknie- niem. Randka z Ewcią! Położyłem niemal rozładowaną komórkę na pralce. Nalałem wody do wanny i urządziłem sobie gorącą ką- piel. Wszak trzeba się porządnie zrelaksować, bo tylko zrelaksowany będę miał szanse na to, by zdziałać coś wię- cej. Wiedziałem, że to spotkanie to kluczowy moment, jak się zestresuję i zawalę sprawę, to zostanę spławiony. Kobitki takie są. *** Tymczasem Ewa siedziała w sklepie, z niecierpliwością czekając na koniec pracy. Nie mogła się doczekać, kie- dy znowu spotka tego przystojnego „drwala”. Miał taką modną brodę i tak fantastycznie opowiadał. Zauroczył ją momentalnie. Co prawda w głębi serca czuła smutek po niedawnej stracie, ale nie chciała już na dzień dobry obciążać go tym, co ją w duszy boli. Jeszcze by stwierdził, że jest marudna i więcej by go nie zobaczyła. Nagle zawibrowała jej komórka. – Halo? Przez chwilę w skupieniu słuchała, a potem na jej twa- rzy pojawił się wyraz ulgi i szczęścia. – Tak, tak, wszystko się zgadza, to ja. Już jadę! Cóż, nie pozostało jej nic innego, jak poprosić Ulę, która ma zapasowe klucze, by ją zastąpiła. Wywiesiła kartkę z informacją „Za chwilę wracam” i zadzwoniła do Uli. I tylko spotkanie z Hubercikiem trzeba będzie od- wołać… Ależ jej było teraz głupio. Jak ona mu to powie, żeby sobie nie pomyślał, że wystawiła go do wiatru? 19 Przybłęda *** Rozładowała mi się komórka, o czym nie miałem poję- cia, siedząc w wannie pełnej ciepłej wody z górą piany i relaksując się w najlepsze. Ów fakt stwierdziłem dopie- ro po wyjściu. Ruszyłem do pokoju – gdzie jak zwykle futrzaki kotłowały się po podłodze, ale już nie chciało mi się ich rozdzielać – z zamiarem znalezienia ładowarki, ale traf chciał, że się o coś potknąłem i komóra poszy- bowała wprost na ścianę. Jak się okazało, zderzenie było dla niej śmiertelne – w mgnieniu oka trafiła do krainy elektronicznych łowów. Ech, jak pech to pech – pomyślałem wzdychając cicho, ale zaraz znowu poprawił mi się humor. Bo nic go nie ze- psuje, gdy ma się w perspektywie randkę z taką anielicą! *** – Hubercik odbierz, proszę. No odbierz… – niecierpli- wiła się Ewa. Ale on nie odbierał. I co tu teraz zrobić? – zadumała się zmartwiona. Na- raz wpadła na pomysł. Chwyciła kartkę i napisała na niej informację dla Uli: „Ulcia, ważna sprawa! Przyjdzie tu do mnie taki chłopak, Hubert. Byliśmy umówieni. Nie mogę się do niego dodzwonić. Przeproś go proszę i wy- jaśnij, jaka jest sytuacja. Buziaki Kochana!”. Ewa położyła kartkę na ladzie. Gdy wychodziła, prze- ciąg zdmuchnął ją pod szafkę. *** 20 Krzysztof T. Dąbrowski Odpindrowałem się, pogroziłem Wikaremu i Przybłę- dzie palcem, nakazując, by się sprawowali (choć wie- działem dobrze, co się będzie działo, gdy tylko znajdę się poza domem) i ruszyłem do taksówki. Tak, postanowi- łem się szarpnąć i wykosztować. W końcu gdybym poje- chał Szatanem, to nie mógłbym browarka łyknąć, a jeden dla większego luzu na pewno się przyda. *** Ewa wybiegła z taksówki i pognała w stronę obskurnej klatki wytatuowanego sprejem szarego bloczyska. Nim dotarła na czwarte piętro, solidnie się zasapała. Nie mo- gąc złapać tchu, czym prędzej zadzwoniła. – Kto tam? – Rozległ się kobiecy głos. – Ja w sprawie pieska. Drzwi się otworzyły i objawiła się w nich tęga matro- na z lokówkami na głowie. Na rękach miała psiaka, ale to nie był Kulka… Oczy Ewy zaszkliły się od łez, a usta wygięły w podkówkę. – To nie ten, prawda? Ewa tylko pokiwała głową. *** Wmaszerowałem do sklepu jak po swoje. – Cześć, kobietko! – Znowu ty? – syknęła wkurzona dziewczyna. – I co ty mi tu z kobietkami wyjeżdżasz natręcie jeden! Odczep się! To jest karalne, takie nachodzenie! – Ale przecież my… – mamrotałem, nie mogąc pojąć, co jest grane. 21 Przybłęda A może ma rozdwojenie jaźni? – Nie, nie pasujemy do siebie i nie będziemy. A teraz zjeżdżaj, bo wezwę ochronę! Ewidentnie rozdwojenie jaźni! Potulnie się wycofa- łem, a serce krajało mi się z bólu. Doszczętnie załamany, noga za nogą sunąłem w stro- nę przystanku i nagle, mimo upiornego stanu duszy, coś rzuciło mi się w oczy. Na ścianie mijanej kamienicy wisiało ogłoszenie o zaginięciu psa – a wyglądał toczka w toczkę jak Przybłęda. Czym prędzej zanotowałem nu- mer. W życiu bym się nie spodziewał, że w realu prędzej znajdę właściciela, niż przez ogłoszenie na Fejsie. W domu był pieruński bajzel, ale nie miałem ani sił, ani ochoty urządzać połajanek. Pies z kotem jakby wyczu- li mój stan. Nagle się uspokoili, podkulili ogony i każdy udał się do swego legowiska. Dziś jest ten tragiczny dzień, kiedy straciłem kobietę, a zaraz stracę również psa. Łza mi się w oku zakręciła. Pospiesznie ją otarłem, bo przecież jestem twardym, har- dym metalowcem, a nie jakąś rozmazgajoną łajzą. Chwyciłem komórkę. No tak, zepsuta. Zapomniałem. Ochlapałem twarz zimną wodą i udałem się do sąsia- da, by grzecznościowo zadzwonić od niego. Wstukałem numer i odebrała jakaś młoda kobieta. – Dzień dobry. Ja znalazłem pani pieska, Przybł… Kulkę, znaczy się. Proszę podać adres, to podjedziemy. Podała. Podziękowałem i wróciłem do domu. Wsadziłem Przybłędę za poły kurtki, żeby mu było cieplej, i wyszedłem z domu. 22 Krzysztof T. Dąbrowski Trochę błądziłem, nim trafiłem pod właściwy adres, ale w końcu się udało. Byłem przed drzwiami mieszkania i robiło mi się co- raz bardziej smutno. Przybłęda, a raczej Kulka, zaczął się niecierpliwie wiercić i popiskiwać radośnie. – No tak, tak, zaraz oddam cię pani. Nic się nie martw. – Uspokajałem go, głaszcząc po łebku. Zadzwoniłem. Drzwi się otworzyły i ujrzałem Ewę. Była w totalnym szoku, ja zresztą też. Potem przejęła rozbrykanego Kul- kę i radościom przez chwilę nie było końca, aż się zasta- nawiałem, czy się nie oddalić, nie zostawić ich samych. I w tym momencie z głębi mieszkania wyszła dziewczyna wyglądająca identycznie jak Ewa. – To ty… To wy… A ja… O rany! – wymamrotałem. – Ale ja głupia byłam, ty do Ewuni… – wystękał klon mej ukochanej, rumieniąc się przy tym niemożebnie i przy- słaniając usta. – Hubercik! Wejdź! Ale się cieszę, że cię widzę! Jabaaadabaaadooo! Czy me uszęta dobrze słyszały? Cieszy się, że mnie widzi! Yes! Yes! Yes! Oczywiście wszedłem. Minęły dwa tygodnie od naszego spotkania, a ja i Ewa nie mogliśmy się sobą nacieszyć. Codziennie gdzieś się musieliśmy spotkać, zobaczyć, choćby na chwilę. Ula też mnie polubiła, choć strasznie jej było głupio, że była taka niedomyślna i spławiała adoratora siostry. I tylko Wikary coś był nie do końca zadowolony z mego szczęścia: – Ty! A może ja cię pouczę podrywać i znajdziesz so- bie lepszą? – zaproponował w końcu. – Ty? 23 Przybłęda – No! Popatrz tylko, jakie mam powodzenie u kocic! – Zadarł dumnie pyszczek. A ja bym rzekł, że „durnie”. – Ale z kobietami jest inaczej. – Wiem – mruknął posępnie. – Miałem nadzieję, że znowu będziesz singlem. – Czemu tak źle mi życzysz? – Bo ty jak się zakochasz, to zawsze potem zapominasz o regularnym wsypywaniu karmy do miski. I chodzisz jakiś taki nieobecny, że nawet podroczyć się nie można, a czasem to nawet niechcący ogon mi przydepniesz. – A ja myślałem, że to przez Kulkę, że się boisz tego, że kiedyś razem zamieszkacie. – Nie, chyba nawet troszkę go polubiłem. Ale tylko odrobinę – stwierdził dyplomatycznie. – To ja bym starał się być bardziej przytomny, a poza tym Ewa karmiłaby cię pewnie za dwóch. – No tak, ale to dopiero jakbyście zamieszkali razem, a do tego czasu… – Damy radę – Mrugnąłem okiem. – A jak się czasem zawieszę, to najwyżej drapniesz mnie pazurem. Zgoda? – O, i to jest myśl! – miauknął wesoło. – A mogę po- trenować? czo w świetle lampy. sąsiednim osiedlu. Ostre jak brzytwa pazury Wikarego zalśniły złowiesz- Krzyk Huberta Płaczkowskiego słychać było nawet na 25 Przybłęda Kazimierz Kyrcz Jr, Michał J. Walczak Zaćma Podczas pisania tej historii nie ucierpiał żaden wampir. Parafrazując klasyka z dzieciństwa, na wstępie zanucę: Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś fobie ma… Tak, tak, proszę państwa, uważam, że ci nieliczni, którzy ta- kowych nie posiadają, nigdy nie zrozumieją, czym jest prawdziwy strach. Spędzałem tamtą pamiętną letnią noc w domu rodzi- ców, bawiących akurat w odwiedzinach u wujostwa. Wy- mościłem sobie wyrko w pokoju z balkonem, kalkulując, że kiedy uchylę drzwi, będzie mi chłodno i przyjemnie. Wszak blisko czterdziestostopniowe upały zmuszają do kombinowania. Plan prosty i przynajmniej z początku wydawał się sku teczny. Zasnąłem jak osesek, bez najmniejszych pro- blemów, naturalna klima ciągnęła orzeźwieniem od po- bliskiego parku – słowem: miodzio. Cóż, oprócz chłodu przyciągnęła coś jeszcze… Moje nemezis. Nawiasem mówiąc, uwielbiam nietoperze; pracowity wampirek potrafi zjeść setki ciem w jedną noc. Niestety, pewne okazy mają jednak więcej szczęścia niż rozumu (czyli ich los składa się głównie ze szczęścia) i udaje im 26 się przedrzeć przez kohorty tych sympatycznych latają- cych myszek patrolujących okolicę. W pewnym momencie jakiś atawistyczny instynkt ka- zał mi się obudzić. Albo to moja podświadomość dała o sobie znać, albo sam Morfeusz potrząsnął mną delikat- nie, by sprawić sobie trochę rozrywki. Nie zawiodłem go. Otwarłem oczy, wlepiając wzrok w bezświatło nocy i co ujrzałem? Cień poruszający się chaotycznym ruchem okrężnym. Cień ćmy! – Ratunku, ćma! – wrzasnąłem, choć przecież nie mo- głem oczekiwać znikąd pomocy. Pomyślałem, że zakryję łeb kołdrą i zaplanuję drogę ucieczki… To oczywiste, że pozostanie w jednym po- mieszczeniu z potworem groziło absolutnie wszystkim: armagedonem, zawałem, krachem na giełdzie. Zrobiłem wymach, przykrycie szczelnie opatuliło mi głowę i resztę ciała. Ulga i iluzoryczne poczucie bezpieczeń- stwa trwały znacznie krócej, niż bym sobie tego życzył. Po- czułem, że coś smyra mnie po szyi! Takie gili-gili, którego – możecie mi wierzyć – z pewnością nie chcielibyście zaznać! Wyskoczyłem z wyra tak skutecznie, że mało o stół się nie zabiłem! Rozcierając urażone biodro, w te pędy wybiegłem z pokoju. Co dalej? Co dalej?! Do siebie, do małego pokoiku spać nie pójdę, bo po- ścieli nie mam, a ćma mi jej dobrowolnie nie wyda… Nagle mnie olśniło. Schyliłem się po plecak, który przezornie zostawiłem w przedpokoju, i zabrałem się za zwijanie w kulki mojego tygodniowego zapasu skarpe- tek. Amunicji uzbierałem sporo, pewności siebie wcale, ale cóż, trzeba walczyć o przetrwanie – albo ona, albo ja! 27 Zaćma Postanowiłem, że po uchyleniu drzwi do pokoju za- palę na sekundę światło, zlokalizuję francę i spróbuję ją zestrzelić. Nic prostszego. Niby. Kilka razy nawet ją trafiłem, ale twarda sztuka była. Rasowa znaczy się. Te z rodowodem są najgorsze, może- cie mi wierzyć. Zło w czystej, podniebnej i dookołalam- powej postaci, stworzone, żeby dręczyć takich jak ja. Wkrótce skończyły mi się skarpetki, a ja mogłem je- dynie przeklinać swoją permanentną zaćmę. I co teraz? Jak pozbyć się tej maszkary? Przypomniałem sobie, że mam jeszcze dwie piłki do tenisa! Popędziłem po nie jak po najnowszej generacji broń masowego rażenia. W tej wojnie Konwencja Ge- newska nie obowiązywała. Pierwszym super-pociskiem rozbiłem ulubiony wa- zon mamy, bo rzuciłem na oślep, przekonany, że ćma leci prosto w moją stronę z zamiarem odgryzienia mi twa- rzy… Źle jej z patrzałek ziorało. Po przerwie na oddech i otarcie z łez przyrządów ce- lowniczych, powróciłem do boju z drugą rakietą typu Ziemia–ćma. Ta wreszcie dosięgnęła celu i włochaty potwór, ko- ziołkując, spadł na podłogę. Magiczny pyłek ze skrzyde- łek zrobił jej zdjęcie na ścianie. Z dumy urosłem chyba z dziesięć centymetrów. Podbiegłem do monstrum, żeby je dobić, kiedy jednak ze zdziwieniem zobaczyłem, że przebiera odnóżami i wcale nie szykuje się do ata- ku, zmieniłem swoje mordercze zamiary. Z trudem, bo z trudem, uświadomiłem sobie, że to szaleństwo, sorki, to maleństwo też chce żyć. Nie jego wina, że przyjęło tak znienawidzoną przeze mnie formę. Muszę się go pozbyć, z pewnością. Ale nie zabijać! 28 Kazimierz Kyrcz Jr, Michał J. Walczak Wycofałem się rakiem do kuchni, gdzie drżącymi ze zdenerwowania rękoma wytrząsnąłem zapałki z pudeł- ka. Tak wyposażony poczłapałem znów do pokoju. Poradzisz sobie, poradzisz – zagrzewałem się do osta- tecznego starcia ze swoimi lękami. I rzeczywiście, poradziłem. Zapakowałem nieproszo- nego gościa do pudełka i wyrzuciłem w ciemność nocy. Odtąd, gdy wychodzę gdzieś z domu, zawsze zaopa- truję się pudełko po zapałkach… Mam tylko nadzieję, że jeśli kiedyś spotkam na swej drodze kosmitów, którzy boją się albo brzydzą ludzi, dla mnie także znajdzie się odpowiednie pudełko, a nie na przykład strzał z dezin- tegratora. 29 Zaćma Juliusz Wojciechowicz Biegnij, Hubi, biegnij Wszystkim dzieciom. Zwłaszcza tym szczelnie opancerzonym dorosłością. Różowe światło poranka pokonało wilgotną taflę szy- by, sforsowało ozdobną firankę i osiadło na twarzy po- grążonego we śnie chłopca, nadając jej bladości odrobi- nę zdrowej barwy. Rozchylone usta Huberta gorączkowo chwytały powietrze, powieki drżały od delirycznego tań- ca gałek ocznych. Puchata kołdra unosiła się rytmicz- nie, napędzana falującą klatką piersiową, przepocona poduszka dzielnie podtrzymywała niespokojną głowę. W powietrzu unosiły się drobinki kurzu wzniecane uderze- niami dłoni o prześcieradło. Tylko nogi chłopca trwały nie- ruchomo, jakby zapadły w dużo głębszy sen niż ich właściciel. Krystyna nerwowo zerkała znad okularów, tkwiąc w nie - wygodnym przykurczu na samej krawędzi fotela, w każdej chwili gotowa obudzić swojego dziesięcioletniego syna. Pamiętała jednak jego słowa, które wypłakał tydzień po wypadku: „Mamusiu, choćbym miał umrzeć, nie wolno ci mnie obudzić. Tylko we śnie jestem szczęśliwy, tylko wtedy mogę nadal biegać”. Patrzyła więc na tymczasowe, zamknięte w obję- ciach Morfeusza szczęście swej jedynej latorośli, której 30 paskudny los zgotował dożywocie na wózku inwalidz- kim. „Będzie sparaliżowany od pasa w dół. Proszę sobie nie robić nadziei na poprawę” – oznajmił lekarz zmę- czonym głosem po wielogodzinnej operacji. Diagnoza, której nikt nigdy nie chciałby usłyszeć, a na pewno nie dziesięcioletni smyk potrącony przez pijanego kierowcę na przejściu dla pieszych ani samotna matka ledwo wią- żąca koniec z końcem w leciwym, dwuizbowym domku na wyludnionych przedmieściach. – Mamusiu, ale pędziłem! – Szeroko otwarte oczy Hu- berta lśniły od emocji. – Normalnie jak Struś Pędziwiatr. – No, to teraz czas na śniadanie mistrzów. Prawdziwa owsianka dla prawdziwych sportowców. Krystyna dźwignęła się z fotela, złożyła soczystego ca- łusa na czole syna i czym prędzej oddaliła się w stronę kuchni, by nie usłyszeć litanii złorzeczeń na temat wąt- pliwych walorów smakowych zdrowych śniadań. Miała też nadzieję, że mały nie zauważył łez, które zawsze ata- kowały ją w najmniej spodziewanym i najmniej odpo- wiednim momencie. – Mamusiu, ale z cukrem proszę – dobiegało błagalnie z sypialni. – Z miodem, Hubi, z miodem! Panorama za kuchennym oknem przypominała, że listopad odmeldowuje się na dobre, a grudzień już przy- mierza się do śnieżnego blitzkriegu. Szosa błyszczała zdradliwą szadzią, okoliczne budynki ociekały mokrą szarością, a spowite mglistą poświatą strzeliste słupy elektryczne wyglądały, jakby ktoś wyciął je z postrzępio- nej blachy i przypiął do nieba. Jakże inna panowała aura, kiedy Krystyna odbiera- ła telefon od policyjnego dyspozytora. Koniec czerwca, 31 Biegnij, Hubi, biegnij ostatni szkolny dzwonek, ostatni radosny spacer jej syna na własnych, w pełni sprawnych nogach. Żar z nieba i mrożąca krew w żyłach wiadomość. A potem tygodnie spędzone w dusznej sali szpitala, godziny wyklęczane w kościele; chwile bezsilnej wściekłości i beznadziejne- go żalu. Ponoć nadzieja umiera ostatnia; przestała się tlić na początku września. Hubert nie będzie chodził. Trzeba załatwić wózek, pogodzić życie zawodowe z opieką nad małym, dać mu tyle szczęścia, ile będzie się w stanie. Dzieci mają to do siebie, że przyjmują ciosy od losu dużo dojrzalej niż dorośli. Tylko jak długo? Syk kipiącego mleka wyrwał kobietę z zadumy. Zala- ła miseczkę z płatkami i odstawiła przykrytą spodkiem. Starannie zebrała mleczny kożuch, by udekorować danie. Nigdy nie rozumiała, jak można lubić coś tak obrzydli- wego. Ale z dzieciakami nie dyskutuje się o gustach kuli- narnych, dopóki są tak łaskawe, że wcinają na śniadanie owsiankę z mlecznym kożuchem zamiast tostowego pie- czywa z Nutellą. – Mmmm, dużo miodu – zamruczał Hubert, oblizu- jąc łyżeczkę z wyrazem bezgranicznego szczęścia na twa- rzy. – Wiesz, dzisiaj dobiegłem aż do skraju lasu. – Gratuluję, ty mój sprinterze. Tylko się nie zgub w tym lesie, jak już zaczniesz w nim buszować. Życzliwy uśmiech nie schodził z twarzy Krystyny, jednak nawet teraz, po blisko trzech miesiącach od kie- dy Hubert tak intensywnie śnił o bieganiu, odczuwa- ła niepokój. Gdyby chłopak po prostu normalnie spał, budził się rano i przechodził nad tym do porządku dziennego, nie przejmowałaby się specjalnie. Ale sen Huberta przypominał atak epilepsji, był tak intensywny, że postronnych obserwatorów przyprawiał o dreszcze. 32 Juliusz Wojciechowicz Chłopiec o niczym innym nie mówił i ledwie otworzył oczy już marzył, by nadszedł wieczór i kolejna pełna przygód noc. Konsultowała się już w tej sprawie z dzie- cięcym psychologiem i szpitalnym neurologiem. Lekarze nie znaleźli jednak w całej sytuacji znacznych odchyłów od normy ani patologicznych zachowań. Mózg dzieciaka musiał sobie jakoś poradzić z traumą. – Cieszę się, że dzisiaj środa – wypalił znienacka Hu- bert, odstawiając miseczkę na nocny stolik. – Bardzo lu- bię panią od przyrody. Ona tyle wie o zwierzętach. – No, to ucz się pilnie. Jak wrócę z pracy, to pogramy w scrabble. Co ty na to? – Przecież wiesz, że nie masz szans. – Wiem, wiem. Mam nadzieję, że dasz mi fory. A teraz co? – Siusiu, kupa, zęby... – Otóż to. Wskakuj na barana, kolego! Krystyna sapnęła z wysiłku, kiedy z półprzysiadu dźwignęła się do góry. Hubert obejmował ją mocno za szyję, ona podtrzymywała jego bezwładne nogi, tak jak- by chciała zapiąć pas na biodrach. Uśmiechnęła się do siebie, gdy poczuła gorącego całusa na karku. Codzienny łazienkowy rytuał dopracowali do perfekcji. Wsłuchiwała się w przytłumione odgłosy porannej toalety syna i była dumna z jego samodzielności. Nie ma- rudził, nie narzekał; swoje wypłakał w poduszkę. Dzielnie radził sobie z podstawowymi czynnościami, pozwalając jej na w miarę bezstresowe dyżury na kasie w oddalonej o dziesięć kilometrów Biedronce. Grzecznie współpra- cował z rehabilitantem, który dwa razy w tygodniu za- szczycał ich swoją fachową wizytą, pilnie notował nauki płynące z ust dochodzących nauczycieli. Niewątpliwie tęsknił za kolegami ze szkoły, którzy raczyli odwiedzić 33 Biegnij, Hubi, biegnij go zaledwie kilka razy po wypadku. Gdyby tylko udało się załatwić dofinansowanie na wózek, chłopiec mógłby wrócić do normalnego trybu nauczania. – Mamo, już! – W samą porę. Zetrzyj z policzka pastę do zębów, bo wyglądasz jak zombie. Drodze powrotnej do sypialni towarzyszył wesoły re- chot Huberta. Uczepiony do szyi matki jak małpiszon, szczerzył zębiska i domagał się mózgu. – A co będzie na obiad? – Jak skończysz lekcje, przyjdzie sąsiadka, pani Zuzia, i odgrzeje ci pomidorową. – Tylko nie pani Zuzia. Ona zawsze przypala zupę. – To jej nie zagaduj. – A przyniesiesz mi batonika z pracy, tego karmelowego? – Przyniosę. Ale dostanie go tylko zwycięzca dzisiej- szych scrabbli. dział, że wygra. Hubert uśmiechnął się szelmowsko. Doskonale wie- – Wracaj szybko, mamo! – Jak zawsze. A teraz lecę, bo mi autobus ucieknie. Ja nie potrafię tak szybko biegać jak ty. Mama jest naprawdę fajna – pomyślał Hubert, ma- chając jej na pożegnanie. Nie mógł się już doczekać zwy- cięskiego batonika i kolejnej nocy, kiedy znów rzuci się biegiem przez pola. Był przekonany, ze tym razem zdąży dotrzeć do lasu, zanim się obudzi. *** Stał na tyłach domu, a widok jak zwykle zapierał dech w piersiach. Łany zboża lśniły w letnim słońcu, poddając 34 Juliusz Wojciechowicz się rześkiemu wiatrowi wiejącemu od wschodu. Niecier- pliwa krew pulsowała w żyłach, mięśnie ud mrowiły, nie mogąc doczekać się zwolnienia cugli. Ile to już razy pę- dził tą dróżką, wąską, utwardzoną miedzą rozdzielającą ocean dojrzewających kłosów na dwie części? Najpierw były nieśmiałe kroki, niedowierzanie, że niesprawne nogi unoszą ciężar ciała, potem lekki, lękliwy trucht, wreszcie szaleńczy cwał, kiedy Hubert zdał sobie spra- wę, że może biegać. Na początku pobudki były bolesne, przytłaczające grozą rzeczywistości. Z czasem, gdy już się pogodził z faktem niepełnosprawności na jawie, do- kładał wszelkich starań, by śnić świadomie. Sen czy nie sen – to było bez znaczenia. Realność doznań, choćby nawet tylko w krainie marzeń, zastępowała godziny przeleżane w łóżku. Teraz już wiedział, że przekroczył bramy królestwa snów. Nie chciał marnować ani chwili, więc rzucił się pędem w kierunku majaczącej w oddali linii lasu. De- lektował się szybkością i wymuszał na swoich coraz sil- niejszych kończynach maksimum wydajności. Czuł, że granica lasu musi być jakimś punktem zwrotnym, no- wym etapem jego sennych sprintów. Nie mylił się. Nie spodziewał się jednak takiego ob- rotu sprawy. Z całych sił zaciskał dłonie, powtarzając w duchu jak mantrę: tylko się teraz nie obudź! Wspinał się na niewysoką skarpę z ostrożnością god- ną słonia próbującego udowodnić, że skład porcelany jest jego naturalnym środowiskiem. Tak niewiele brakowało, by zatopić się w gąszczu karłowatych krzewów, zapachu igliwia i chłodnym cieniu olbrzymich sosen. – Dzień dobry, Hubercie. Jak miło, że w końcu do nas dotarłeś. 35 Biegnij, Hubi, biegnij Chłopiec zakołysał się niebezpiecznie i niemal zsunął ze skarpy, kiedy spomiędzy drzew wyłonił się czarny kot z białą plamką na czole i jakby nigdy nic wygłosił słowa powitania. – Ty mówisz! – zachłysnął się ze zdziwienia. – Kot, który mówi! – Wszystkie koty mówią, wszystkie zwierzęta się ko- munikują. Tylko ludzie zbyt często bywają głusi. Dopiero teraz Hubert zauważył, że potokowi słów nie towarzyszą zsynchronizowane ruchy pyszczka. Kot skwa- pliwie lizał się po łapie, co w żaden sposób nie przeszka- dzało mu w równoczesnej konwersacji. – No, tak, przecież mnie się to wszystko śni – żachnął się chłopak i nieco pewniej spojrzał na puchatego zwie- rza. – Na moment zapomniałem. – Tak przy okazji, mam na imię Lili, a ty musisz już wracać. – Czyli jesteś kotką? – Hubert zarumienił się ze wsty- du. Skąd miał wiedzieć, przecież nie zaglądał zwierzako- wi pod ogon. – Bardzo mi miło, ale naprawdę nie mam ochoty jeszcze wracać. – Bez obaw, spotkamy się jeszcze, jednak teraz pędź z powrotem. Chłopcu mocno zakręciło się w głowie. Nie było to przyjemne uczucie i natychmiast zapragnął się obudzić. – Źle się czuję – wymamrotał. – Leć, natychmiast! – Lili sprawiała wrażenie wystra- szonej. – Ten las jest miejscem tylko dla… Ale Hubert już jej nie słyszał. Zjechał niezdarnie ze skarpy na czterech literach i puścił się biegiem wzdłuż drogi. Po raz pierwszy pragnął wyrwać się ze snu. 36 Juliusz Wojciechowicz *** – Jezus Maria! Hubi, obudź się na litość boską! Krystyna polewała twarz syna wodą wprost z flakonu po kwiatkach i bezlitośnie policzkowała. Po chwili chłopiec zaczerpnął głęboko tchu i otworzył oczy. – Mamo, gadałem z kotem! – Wciąż kręciło mu się w głowie, wciąż łapał gwałtownie powietrze szeroko otwartymi ustami. Matka wyglądała na skrajnie prze- rażoną, pościel była przesiąknięta wodą, a wskazówki starego zegara ściennego wskazywały za pięć szóstą. – Mamo, co się stało? – Nic, Hubi, nic. Nie mogłam cię po prostu dobu- dzić. Zaraz przyniosę ręcznik. – Krystyna uśmiechnęła się nieśmiało i zmierzwiła drżącą dłonią czuprynę syna. Mokre włosy sterczały nastroszone jak igły jeżozwierza. – Najadłam się trochę strachu. Musisz mi koniecznie opowiedzieć, co ci się śniło. Z wytężoną uwagą słuchała relacji z nocnych woja- ży Huberta i zastanawiała się nad sensem całej sytuacji. Niepokoiły ją te dziwne ataki, które nijak nie przypomi- nały zdrowego snu, a ten dzisiejszy naprawdę zmroził jej krew w żyłach. Chłopak nie oddychał prawie pół minuty. Dotychczas nigdy się to nie zdarzyło. Będzie musiała po- nownie skonsultować sprawę z lekarzem. – Mamusiu, podrapiesz mnie w lewą kostkę? Strasz- nie swędzi. Zanim sięgnęła pod kołdrę, by podrapać swędzącą kostkę u lewej, jakby nie patrzeć, pozbawionej czucia nogi jej sparaliżowanego od pasa w dół syna, wiedziała, że telefon do lekarza wykona natychmiast. 37 Biegnij, Hubi, biegnij *** – Nie widzę specjalnych oznak, które mogłyby sugero- wać jakieś zmiany w obecnym stanie zdrowia Huberta – oznajmił szpakowaty lekarz o nalanej twarzy, nerwowo pukając w końcówkę stetoskopu wiszącego mu u szyi. – Być może mózg płata małemu figle. – Ma pan na myśli coś w rodzaju bólów fantomowych, tak jak odczuwanie obecności amputowanej kończyny? – Krystyna nerwowo pocierała podbródek, równocześnie starając się nadać swojej twarzy wyrazu całkowitego opa- nowania. – Bo wie pan, kiedy go odruchowo podrapa- łam, zamruczał z ulgą, a dopiero potem zdał sobie spra- wę, że nie powinien nic… – Nie możemy robić Hubertowi złudnych nadziei – przerwał ostro konował i sugestywnie spojrzał na wali- zeczkę kryjącą cały zestaw igieł i szpikulców, którymi przed chwilą dźgał chłopca na przeróżne, wymyślne sposoby pod kątem wrażliwości na ból. – Nie zarejestrowałem najmniej- szej reakcji nerwowej na badanie, a i mentalnie Hubert też nie reagował. Jeśli pani zależy, wypiszę skierowanie na to- mografię i rezonans magnetyczny, choć uważam… – Bardzo pana proszę. – A w kwestii jego dziwnych sennych ataków zalecam wypróbować ten zestaw. – Wyjął dwie fiolki i blaszkę z niebieskimi tabletkami. – To jedna z najbardziej popu- larnych kombinacji przy zaburzeniach snu, nerwicach lękowych oraz skojarzeniowo przy leczeniu epilepsji. Proszę zacząć od połowicznych dawek. – A jeśli nie pomogą? – Brak reakcji na leki przez kolejnych kilka dni będzie podstawą do dalszych prób diagnozy. Proszę być dobrej myśli. 38 Juliusz Wojciechowicz Krystyna postanowiła być dobrej myśli za wszelką cenę. Hubert z niepokojem obserwował medykamenty leżące na stoliku lekarza, którego mina sugerowała abso- lutny brak pewności siebie, i matkę kurczowo ściskającą łokieć doktora, gdy odprowadzała go do wyjścia. *** Przez trzy kolejne noce Hubert spał jak zabity; zapadał się w przyjemnie bezosobową otchłań tuż po przyjęciu zalecanych leków, budził się wyspany i głodny jak wilk. Żadnych drgawek, ale też żadnych snów. Conocne przebieżki stały się bolesnym i całkiem świeżym wspomnieniem, widok uśmiechniętej i od- prężonej mamy sprawiał, że decyzję o potajemnym nieprzyj- mowaniu medykamentów chłopiec odkładał z dnia na dzień. Czwartego poranka, kiedy, pałaszując owsiankę, in- tensywnie rozmyślał o tym, jak długo zdoła odmawiać sobie radosnego biegania w krainie marzeń i ile czasu da radę powstrzymać ciekawość oraz nieodparte pragnienie ponownego spotkania z magiczną kotką, wydarzyły się dwie rzeczy, które miały przewrócić ich dotychczasowe życie do góry nogami. W skrzynce na listy pojawiło się pismo z lokalnej fundacji o zakończonej sukcesem akcji zbierania pieniędzy na wózek dla Huberta, a pod skrzyn- ką siedziała puchata, przyjaźnie mrucząca statuetka. – No nie wiem, nie wiem – mamrotała pod nosem i la- mentowała Krystyna, widząc, jak czarny kot bezczelnie czmychnął między jej nogami do mieszkania, meldując się przy lodówce. – Dam ci jeść, sierściuchu jeden, ale się nie przyzwyczajaj. – Koperta, którą otworzyła jeszcze na dwo- rze, skutecznie hamowała wszelkie odruchy wrogości wobec kogokolwiek i czegokolwiek. – Wątróbka może być? 39 Biegnij, Hubi, biegnij Kot ocierał pyszczek o kant zamrażarki, najwyraźniej aprobując propozycję. Już po chwili konsumował dro- biowe podroby z zapałem godnym wygłodniałego lwa. – Mamusiu, z kim rozmawiasz? – dobiegło z sypialni. – Z takim jednym przybłędą. I to wyjątkowo bezczelnym. – Z kim? Krystyna wparowała do sypialni, taszcząc ze sobą sfa- tygowane, obrotowe krzesło na kółkach. – Chodź, sam zobaczysz. Poza tym mam wspaniałe wieści. – Przytrzymywała krzesło, gdy chłopiec się nań gramolił z wypiekami na twarzy. – Dosztaniesz wószek, chłopie – sepleniła z zadrukowaną kartką w ustach, którą w nie wepchnęła, by mieć wolne ręce. – Naprawdę? – Hubert miętolił w dłoniach opatrzone ozdobną pieczęcią pismo. – Super! – Koniec z jeżdżeniem na krześle, koniec z noszeniem – niemal wyśpiewała Krystyna. – Będziesz samodzielny, brachu. Wjechali do kuchni. – Przecież to Lili! – wykrzyknął chłopiec i zaraz ugryzł się w język. – Jaka Lili? Znasz tego kota? Futrzak wyprężył grzbiet, wysunął jedną łapę do przodu ni to w parodii ukłonu, ni gimnastycznej czyn- ności, ziewnął szeroko i oblizał pyszczek, lustrując ludzi intensywną zielenią wyciętych w kształt migdałów oczu. – A możesz sprawdzić, czy to dziewczynka czy chło- piec? – Hubert zarumienił się i spuścił wzrok. – Proszę. – Zdecydowanie dziewczynka, może trochę brud- na, może nie najmłodsza, ale na pewno dziewczynka – oznajmiła Krystyna, bezceremonialnie zaglądając zwie- rzakowi pod ogon. 40 Juliusz Wojciechowicz – Wygląda jak Lili, ta z lasu, ze snów, może zostać, prawda? – Chłopak złożył usta w błagalno-rozpaczliwą podkówkę. Zamierzał wytoczyć najcięższe działa z arse- nału, którym zwykł atakować matczyne serce, gdy bar- dzo mu na czymś zależało. – Mamusiu, bo ja od tych leków już nie mam snów, nie mogę biegać i jest mi smut- no z tego powodu. – Widział jak mama mięknie, ale nie zamierzał odpuszczać. – No, bo wiesz, teraz jak będzie wózek, to będę mógł wychodzić na spacery, będę miał z kim spać. – Szykował cios kończący. – No i kotki mało jedzą, i pani od przyrody mówiła, że są bardzo czystymi zwierzątkami, i mądrymi, i nie trzeba ich wyprowadzać, i załatwiają się do kuwety, i… – Już dobrze, już dobrze. Straszny z ciebie manipula- tor, ale jeśli się okaże, że komuś uciekła, to oddamy, ok? – Oczywiście, mamusiu. – Nie było mowy, by oddać zwierzaka komukolwiek, jednak mamę trzeba było udo- bruchać. – Słyszałaś. Lili? Zostajesz z nami. Kot natychmiast wskoczył chłopcu na kolana i razem wjechali na biurowym krześle z powrotem do sypialni. *** Tym razem siedział na wózku, słońce paliło jak zawsze, wiatr dął od wschodu jak zwykle, a łany zboża kłaniały się równie nisko jak za każdym razem wcześniej. Droga między polami wzywała do sprintu, las majaczył w oddali. Hubert rozejrzał się dookoła zdezorientowany nową sytu- acją, choć okoliczności były przecież aż nadto znajome. Sen, czy nie sen? Uszczypnął się w udo, by sprawdzić. Zero reakcji. Na jawie nie czuł nóg, ale we śnie przecież robił na nich ki- 41 Biegnij, Hubi, biegnij lometry. Ponownie się uszczypnął, tym razem w policzek i tym razem dużo mocniej. Zawył z bólu, a łzy napłynęły mu do oczu. Nic się nie trzymało kupy. Pogoda i okolicz- ności przyrody przemawiały za stałym sennym scenariu- szem, ale wózek i brak czucia w nogach przemawiały za realem. Coś tu nie do końca grało. – Cześć Hubi, w końcu możemy znowu pogadać. – Znajomy głos odezwał się z poziomu miedzy. – Trochę mnie kosztowało czasu i wysiłku, by wydostać się z lasu i dotrzeć aż tutaj. – Lili? – Tak, to ja i muszę się streszczać. Nie wolno nam ot tak opuszczać lasu. – Ale dlaczego wszystko się zmieniło? – Hubert nie- mal bełkotał z przejęcia. – Ty tu, ja na wózku? – Opowiem ci historię o pewnej kotce, która miesz- kała w malutkim gospodarstwie w towarzystwie babci zielarki. – I była czarna i miała na imię Lili! – Nie przerywaj Hubi, to ważne. Otóż dawno temu, zanim urodziłeś się ty, twoja mama, a nawet babcia, w miejscu, gdzie stoi wasz dom, stała drewniana cha- tynka. Mieszkałam tam z przemiłą staruszką, która przygarnęła mnie, gdy byłam malutka. Ludzie nazywali ją Szeptuchą i często nas odwiedzali, kiedy zdrowie im szwankowało. Moja pani robiła ziołowe mieszanki, od- prawiała modlitwy i zaklęcia, a ja wylegiwałam się u niej na kolanach. Nasze wspólne życie było proste i piękne. Wdzięczni, uzdrowieni ludzie przynosili pożywienie i opał, a moje istnienie ograniczało się do jedzenia, spania oraz gonitwy za myszami i ptactwem. Pewnego dnia, kiedy byłam już niemłoda, a moja opiekunka osiągnęła wiek 42 Juliusz Wojciechowicz prawdziwie sędziwy, spłoszony koń jednego z przybyłych pacjentów uraczył mnie solidnym kopniakiem tak nie- szczęśliwie, że straciłam władzę w tylnych łapkach. – Miałaś wypadek, zupełnie jak ja! – Dokładnie tak. I tak jak ty straciłam możliwość bie- gania, które, jak doskonale wiesz, jest podstawą kociej egzystencji, poza spaniem oczywiście. – Oczywiście – zgodził się Hubert. – I co się stało potem? – Widząc moje cierpienie, staruszka wynosiła mnie na dwór albo, gdy aura nie sprzyjała, układała w legowi- sku na parapecie okna i mrucząc swoje zaklęcia, głaskała mnie tak długo aż zasnęłam. – A gdy spałaś, znowu mogłaś biegać? – Obiecałeś nie przerywać, Hubercie! – Lili zrobiła groźną minę, co w jej wydaniu wyglądało nieco komicz- nie. – Ale masz całkowitą rację. We śnie biegałam jak szalona, skakałam po drzewach, goniłam myszy, łapałam owady. Byłam znowu szczęśliwa. Pewnego razu jednak, kiedy hasałam jak zwykle w ogrodzie, pojawiła się ona. – Twoja Szeptucha? – Tak, moja kochana opiekunka. Stała na drodze, tej samej, na której my teraz rozmawiamy i wyjaśniła mi z uśmiechem, że nie wraca do domu, że jej czas się skoń- czył, a ona wybiera się do miejsca, gdzie wszyscy dobrzy ludzie się wybierają po śmierci. – A co z tobą? – Ja miałam wybór. Moja pani pokazała mi las, do którego mogłam się udać, by już na zawsze zostać w krainie snów… – Albo obudzić się samotna i niepełnosprawna w le- gowisku na parapecie? – Tak. Nie zastanawiałam się długo. Obie trafiłyśmy do swoich szczęśliwych krain. 43 Biegnij, Hubi, biegnij – To dlatego tak źle czułem się w lesie i dlatego kazałaś mi wracać? – Właśnie dlatego. Jesteś pierwszym człowiekiem, któ- ry do nas trafił. Tak bardzo chcesz znowu biegać, że ba- lansujesz na cienkiej linii między snem a śmiercią. Pod- świadomie wolisz pożegnać się z tym światem, niż tkwić w niepełnosprawności. Ale jesteś młody, masz kochającą mamę, której serce by pękło, gdyby cię zabrakło. – Czyli ja też mogę wybrać? – Możesz więcej. Możesz wstać tu i teraz, podnieść się z tego wózka i zawalczyć. – Ale kiedy ja właśnie nie mogę. – Możesz, chłopcze, możesz. Pamiętasz? To tylko sen! Hubert dźwignął się z wózka, podparł dłońmi o porę- cze i poczuł falę gorąca zalewającą uda, łydki, stopy. – Ja naprawdę mogę! – krzyknął w przestrzeń i ze łza- mi w oczach spojrzał na kotkę. – Mogę! – A teraz biegnij, Hubi, biegnij! Chłopiec rzucił się do przodu i pędził jak szaleniec. Jak nigdy dotąd. *** Krystyna wpatrywała się w śpiącego syna z mieszanką grozy i zachwytu w oczach. Na rumianej twarzy chłopca gościł szeroki uśmiech, ręce obejmujące kota drżały, ten mruczał tak głośno, że zagłuszał nawet niezwykle hała- śliwy agregat lodówki. Trwali przytuleni do siebie, zjed- noczeni w głębokim śnie, zgrani oddechem, drżeniem mięśni. Atak czy nie, kobiecie było wszystko jedno. Była świadkiem prawdziwego cudu. Hubert delikatnie poru- szał nogami. 44 Juliusz Wojciechowicz *** Sypał pierwszy śnieg, kiedy opatulony w puchową kurt- kę chłopiec stawiał pierwsze, nieśmiałe kroki na wąskiej dróżce między zmarzniętymi polami. Chłopiec zdawał sobie sprawę, że gdy tylko dojrzałe kłosy zboża zazłocą się w letnim słońcu, poddając się ciepłym podmuchom wiatru, on będzie gotowy – gotowy, by stanąć w szranki z najszybszą i najsympatyczniejszą znaną mu biegaczką. Obejrzał się w stronę domu. Lili siedziała na parapecie okna w wymoszczonym z wełnianego koca gnieździe i bacznie go obserwowała. Mógłby się założyć o wszystkie karmelowe batoniki świata, że kotka właśnie intensywnie mruczy swoją magiczną mantrę: Biegnij, Hubi, biegnij! 45 Biegnij, Hubi, biegnij Norbert Góra Neon „(…) zwierzęta, podobnie jak ludzie, mogą się bać, nie- nawidzić, odczuwać przywiązanie, wstręt, tęsknotę za domem i nostalgię”. Hans Bauer, Zwierzęta są całkiem inne Karol Nowisz wpatrywał się w błękitne niebo rozpo- ścierające się nad Wrocławiem, poprzeszywane gdzie- niegdzie jaśniejszymi smugami, do złudzenia przypo- minającymi klucze. Nabrał powietrza głęboko do płuc i powoli wypuścił je przez usta. Było raptem kilka dni po majówce, ale pogoda, na falach delikatnego wiatru, nio- sła zapowiedź zbliżającego się, parnego lata. Oddałbym królestwo za możliwość długiego spaceru – pomyślał Nowisz i westchnął, gdy poczuł czyjś dotyk na swojej skórze. Z uśmiechem na ustach obrócił się i spo- strzegł, że jego prawego barku właśnie dotknęła długa, szara i pomarszczona trąba. – Już się zdążyłeś znudzić, co, chłopie? Ty to dopiero jesteś chętny do zabawy. Przyznaj się, twój dziadek albo babcia na pewno występowali w cyrku, no nie? – zapy- tał swojego ogromnego przyjaciela, Neona. Słoń zatrąbił i tupnął masywną łapą w ziemię. – O co ci chodzi? Ja artystów zawsze szanowałem – po- wiedział Karol z powagą i pogładził Neona po grzbiecie. 46 Zwierzę zamknęło na chwilę oczy. Wpatrując się w pod- opiecznego, Nowisz przypomniał sobie jego pierwsze chwile w zoo. To właśnie jemu przypadła opieka nad tym sympatycznym słoniem. Z rozrzewnieniem wspo- minał sytuację, kiedy Neon z rozmysłem wylał na niego połowę wiadra wody. Minął miesiąc od jego przyjazdu z Warszawy do Wrocławia. Neon przestał być zalęknio- nym zwierzęciem na obcym terytorium. Teraz jadł, pił i bawił się bez żadnych ograniczeń. – Tak się cieszę, że wreszcie doszedłeś do siebie – mruknął Karol i dotknął trąby Neona. Słoń zawinął ją, po czym wyprostował w kierunku wyjścia z pomieszczenia, gdzie obydwaj przebywali. Jego opiekun ściągnął brwi. – Coś się stało? – zapytał Nowisz i zerknął ku wyjściu. Neon w dalszym ciągu stał w bezruchu, z wyprostowaną przed siebie trąbą. – Chcesz iść? Nie no… Dopiero co wróciłeś z wybie- gu – stwierdził Karol i pokręcił głową. Zwierzę spojrza- ło na niego, zatrąbiło i, jak gdyby nigdy nic, rzuciło się w kierunku otwartych drzwi. *** Chłopiec przebiegł przez bramę wejściową do zoo. Cho- ciaż nie potrafił w żaden sposób tego zrozumieć, przy- gnała go tu podświadoma konieczność zobaczenia się z tym olbrzymim, czworonożnym zwierzęciem. Już raz przykuło jego uwagę. Teraz ta potrzeba była zdecydo- wanie silniejsza. Biegnąc zerknął przez ramię, do tyłu. Wciąż widział swoją mamę, chociaż dystans dzielący ich ciągle się zwiększał. 47
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zwierzozwierz. Charytatywna antologia o zwierzętach
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: