Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
01564 012165 16910815 na godz. na dobę w sumie
Zycie na niby - ebook/pdf
Zycie na niby - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 387
Wydawca: UNIVERSITAS Język publikacji: polski
ISBN: 97883-242-1410-5 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Życie na niby to książka o polskiej glorii i mizerii; książka nasycona mądrym patriotyzmem polskim - pełnym tragiczności, ironii i drwiny. Wyka, ten Polak mądry, był zarazem Polakiem konsekwentnie duszonym przez swój czas; (…) przez knebel cenzury, przez 'dotkliwe jak ból zęba przeświadczenie', że zmagać sie musi z przeszłością, 'jarzmem nadanym, a nie wybranym'. (...) Można też powiedzieć inaczej - Kazimierz Wyka próbował dyktat komunistyczny uczłowieczyć i spolszczyć. Tak rozumiem jego credo ideowe, obecne także w Życiu na niby

- Adam Michnik

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

K A Z I M I E R Z W Y K A życie na niby universitas życie na niby K A Z I M I E R Z W Y K A życie na niby Kraków © Copyright by Marta Wyka, Małgorzata Wyka and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2010 ISBN 97883-242-1410-5 TAiWPN UNIVERSITAS Opracowanie redakcyjne Wanda Lohman Projekt okładki i stron tytułowych Sepielak www.universitas.com.pl PAMIĘTNIK PO KLĘSCE Rzecz niniejsza, pisana zimą 1939–1940, miała stanowić rodzaj pamiętnika myślowego po klęsce. Później przerwana i już nie kon- tynuowana w całkiem innej atmosferze, kiedy sprawa zrazu tylko polska okazała się ogólną. Pierwszym przeto po niej szkicem był „Pesymizm a odbudowa człowieka” (XII, 1940 – I, 1941). 15.9.44 Powróciliśmy do porzuconych domów. Wywiodły nas stopy ude­ rzone przerażeniem i klęską, wróciliśmy po innych śladach. Ziemię naszą nieprzeliczonymi wstęgami opasał szatan. Na wzruszających i naiwnych feretronach, w ołtarzach wiejskich kościółków przedsta­ wiają go jako żmija potwornego, odzianego w łuski, w skręty pancer­ ne. Na średniowiecznych malowidłach, w obrazach Sądów Ostatecz­ nych czy kuszeń św. Antoniego, jest on dziwotworem, rogatym w pły­ ty, rozgałęzionym jak polip o mackach skamieniałych w twardzizny. Gdziekolwiek po jego przejściu przemierzyłeś w dni września nasz kraj, wszędzie w długich smugach znaczyły się ślady czołgowych gą­ sienic, skrętów pancernych. Jakby wymierzał tą splątaną pajęczyną sobie tylko wiadomą mapę. Szatan zbrojny w żelazo położył swoją liczną pieczęć na twarzy ojczyzny naszej. Po jego śladach jeszcze nie ostygłych powróciliśmy do domów naszych. *  Pamiętnik po klęsce Stała się jesień do rozmyślań szczególnie sposobna. Odcięci od świata, wyrzuceni z prac swoich, jesteśmy skazani, by wstąpić w sie­ bie, wejść w wstydliwe zakamarki, pomijane w zgiełku normalnego i swobodnego życia. Fakt górujący w naszych rozmyślaniach i pyta­ niach jest jeden. Gdyby nie przygniatał z taką przemocą, rzec by moż­ na, że jest wprost banalny, tak powszechnie istnieje w świadomości zbiorowej. A któż z nas wie już teraz odpowiedź? Jednak przed tym pytaniem się nie obronisz. Jednak trzeba żmudnie i samotnie co­ fać się po trwających w pamięci niciach aż do miejsca, gdzie postaw dziejącej się w naszych oczach historii jest brutalnie przecięty, i teraz – zadanie najtrudniejsze – tam gdzie snuło się pasmo pozornie moc­ ne i obliczone na ciężkie próby, pasmo polskiego pokoju, szukać nici zetlałych i łudzących wytrzymałością. Pytanie jest jedno. Ja k s i ę t o m o g ł o s t a ć? Jak się mogło stać, że w przeciągu kilkunastu dni rozpadło się państwo niepośled­ nie, obfite w obszar i mieszkańców. Jak do próby, która – nie umie­ my jeszcze odpowiedzieć, nie mamy możności porównań, ale nie jesteśmy chyba pyszni w przecenianiu przeżyć własnych – do próby, która nie miała równych w historii naszego narodu, można go było poprowadzić w sposób tak zbrodniczo lekkomyślny? Jak w duszy zbiorowej, której wielu odmawiano cnót, lecz nigdy odwagi, mogło się objawić tyle słabości, wprost trwogi? Jak można było trwać bez­ karnie, bez rozpoznania rzeczywistości, w takim samookłamywaniu i samouwielbieniu? Darmo pytania mnożyć. Nie wyczerpiesz ich. Wtóruje im rozwle­ kły jęk wiatru, za zroszoną szybą przebiegają cienie gałęzi. Za dnia młode wiśnie potrząsają grzywami płomiennych listeczków, żarli­ wych jak języczki, co w dzień zesłania Ducha zapłonęły nad głowa­ mi apostołów. Przemawiają na wietrze drżącym ruchem, dobywają słowa ostatniego, nim spadną na czarną, tęczującą od wilgoci ziemię. W głębinach niebios ścina się już śnieg i nocami próbuje wytrzyma­ łości swojej, pierzcha o świcie, przychwycisz go tylko na wysokich polach pod lasami, w kącie za drewutnią. Chłopi wydobywają zabrudzone i zmięte karteczki, na których proboszcz czy sołtys potwierdzają, że Madyda Sebastian lub Dudka Wojciech spłonął z całym dobytkiem w nocy z czwartego na piątego września. W tej okolicy wszystko się odbyło tej jednej nocy. Pojawia­ ją się w miasteczku twarze od dawna nie widziane. Zadomowili się Pamiętnik po klęsce  gdzieś na Śląsku czy w Poznańskiem i w tę jesień jedynym przytuł­ kiem okazuje się chałupa rodzinna. Nikt nie zna nazwisk żołnierzy, złożonych na cmentarzu miejscowym. W tej klęsce ziemi oddani zo­ stali sami nieznani żołnierze, wszędzie, gdzie ich groby, niewiadomi i bezimienni. * Żelazny i błyskawiczny pochód niemiecki zdawał się jakoś znajo­ my. Kiedy w noce ucieczki płonęły nieznane wsi, kiedy dniem i nocą, i znów nocą i dniem, w kurzu nie opadającym jak powłoka mgieł, w chrzęście i niskim, drażniącym huczeniu, sunął głównymi szlaka­ mi najeźdźca, przytłumione wyobrażenia, poczęte z pamięci czasów i zniszczeń dawnych, powstawały w duszy. Tak samo musiało wyglą­ dać najście Krzyżaków, z takim wilczym pośpiechem przez puszcze średniowieczne przerzynać się musiały, byle naprzód, byle najdalej, zagony Tatarów. I ta sama przed nimi biegła wieść grozy, obezwład­ niająca wolę i decyzję, tym samym złym skrzydłem wybiegała przed krok najeźdźcy. Pancerz i biały krzyż na czołgach były krzyżackie, po­ śpiech i niepokój łupieżców był tatarski. Było to starcie płowowłose­ go Słowianina, zbrojnego w maczugę, procę i oszczep ledwo okuty, z rycerzem w hartowanej zbroi. Karabin szedł na czołg, maczuga na miecz obosieczny. Ta różnica krzyżacka zwyciężała teraz jak przed wiekami. I stąd ta klęska i wojna do żadnej niepodobna jest tak pol­ ska i chciałoby się powiedzieć – zgodna z tradycją naszych klęsk. Wy­ starczy sięgnąć w przeszłość, by mniej obco czuć się w jej obliczu. Odsłoniły się w tych tygodniach września również prawdy inne, z tą samą oczywistością, prześlepianą w latach pokoju, wpisane w tę ziemię i jej dzieje. Z kart geografii zbiegły mądrze uładzone zdania o kraju przejściowym, otwartym, o procencie granicy niebezpiecznej, o oporze, który zdolny jest na tej ziemi stawić tylko człowiek, gdy nie postawi go przyroda. Natura tej ziemi płaskiej i bezbronnej usunęła z niej wszystko, co mogłoby przerwać, bodaj opóźnić, pochód żelaz­ nych kohort. Ludzie niewiele jej przydali obronności i oto obnażyła się przed nami jej okrutna w swej bezbronności i łagodności istota.  Pamiętnik po klęsce Uczyniła ta ziemia wszystko, by kara dopełniła się pospiesznie i bezwzględnie. Do końca życia nie zapomnimy tych niesamowicie trwałych pogód września, rozpiętych nad płaszczyznami Polski ró­ żańcem upalnych dni i nocy zatłoczonych od gwiazd, różańcem tak niezmiennym, że stracona bywała rachuba dni i wydawać się mo­ gło, że to sam czas przystanął w locie, zastygł w pysznej obojętności przyrody, obojętnej na dopełniające się w jej tle losy ludzkie. Ziemia nasza była jedną wielką mapą rozwijaną pędem bombowców. Jak nieme i przerażone zwierciadło przyjmowała w siebie cienie przela­ tujących eskadr i nie myliła je z obłokami. Drogami wlokły się kłębo­ wiska kurzawy, nie ściekające ku ziemi, podniecane nowym milionem stóp. O przedrannej godzinie wstawały mgły i majakiem rozcieńczały martwiejący w ostatniej kwadrze księżyc. Milczące i znużone rzesze w tych godzinach zdawały się pochodzić wprost z zapomnianych grobów powstańczych, na taką samą klęskę i beznadziejność pod­ niesione nocnym oddechem ziemi. Polskie, ponure zmartwychwsta­ nie wszystkich mar, na krótką chwilę niepodległości zapomnianych. Bagna nadrzeczne spękane i pobrużdżone w skorupiaste wieloboki nie wciągały stóp. Wisła przestawała toczyć wody i zapóźnione dy­ wizje przechodziły ją w bród. Z wyschniętych studzien wiadra czer­ pały brudny szlam. Kto jej nie znał, temu odsłoniła się Polska nędz­ na i zesmutniała w ubóstwie, w prowincjonalnej i zapadłej wiejskiej biedzie, rzadko ozdobiona pamiątką wspanialszych czasów, kraj, którego świetność mieści się w przeszłości dalekiej, a którego przy­ szłość jest niewiadoma, czekająca dopiero pracy dawnej, niegdyś w ten kraj już włożonej, a zmazanej niewolą i obojętnością ludzką. Kiedy na drodze odludnej, za płotkiem z nie obrobionych gałęzi, na brzeżku bajora pełnego wymierających żab przysiadłeś patrząc na senne i rdzawe płachty pól, na wieś poza czasem zdającą się trwać, nie było nawet buntu, jedynie gorycz i bezsilność. Niech się dopełni rytm nocy i dni klęski, nieomylny jak zegar, któremu nie wolno spo­ cząć, póki nie dokona się godzina kary. * W sierpniu, kiedy nieuchronność wojny stała się już pewnikiem, a tylko jej termin był niewiadomy, wiodłem rozmowę, że nadcho­ Pamiętnik po klęsce  dząca wojna będzie dla Polski pierwszą od czasów bodaj Batorego wojną prawdziwą, obmyśloną i przygotowaną. Wojną godną pań­ stwa i narodu, który pragnie być podmiotem historii i jej świado­ mym współtwórcą. Od czasów Batorego, ponieważ był to ostatni król, który umiał przekonać naród, że w grze historycznej wojna jest stawką, jaką naród dojrzały winien się świadomie posługiwać i ja­ kiej mu nie wolno pomijać w rejestrze sytuacji i niebezpieczeństw, na które naród winien być przygotowany. Wojny bowiem XVII stulecia były jedynie wojowaniem, wywołanym nie myślą i przewidywaniem narodu, lecz zaciętością i rozmaitością przeciwników. Były zawsze tylko – bohaterskim najczęściej, tego my potomni nie zaprzeczymy – o d g r y z a n i e m s i ę. A później przez całe stulecia tylko impro­ wizacje, szaleństwa na nieludzką miarę, garstki bohaterskie, próby wkupienia się w historię Somosierrami, Rokitnami, potyczką legio­ nową. Zdawać się mogło, że próba nadchodząca nie będzie już taką improwizacją, wchodzeniem w historię przez dymnik. Była w tym przekonaniu duma i była niecierpliwa gotowość. Oczekiwaliśmy tej wojny bez lęku, nie dlatego, by zwycięstwo było pewne, lecz dlatego, żeśmy sądzili, że potrafimy nareszcie wejść do historii drogą bitą i trudną, hartownością w chwili najcięższej. Otar­ łem się kiedyś o pacyfizm. Wśród ludzi mojego pokolenia nierzadka to przygoda duchowa, usprawiedliwiona nadziejami, jakie pod ko­ niec pierwszego dziesięciolecia międzywojennego mógł budzić pa­ cyfizm, wyglądający wówczas na coś więcej od inteligenckiego wmó­ wienia i naiwności, że próba przebyta przez jedną generację zdoła następne uchronić od jej powtarzania. Jak gdyby powtarzanie takie nie było wszczepione w naturę człowieka. Krótka przygoda nie pozo­ stawiła śladów i ustąpiła przed przekonaniem, którego nie wytrzebi żadna klęska i żadne okrucieństwo wojny, że miarą zdrowia narodu i obnażeniem wszystkich cnót pokojowych i niedostrzegalnych wad jest dopiero wojna. Historia jest sprawiedliwa przez swoją surowość i bezwzględność, nie znosi wybiegów, odsłania wykręty i nie czas ża­ łować, że tak jest, czas jedynie posiadać prawdę i złudom nie dać się omamić. Dumna radość była w oczekiwaniu, że do tej surowej sprawiedliwości dziejów stajemy dorośli, w pewności niemal, że ro­ zumiemy jej prawa. Nie znaczy to, bym sądził, że w spotkaniu nawet częściowym z Niemcami zdołamy wyjść zwycięsko. Spokojnie, trzeźwo przyj­ 10 Pamiętnik po klęsce mowało się perspektywę przegranej po kilku miesiącach, mimo że wszystko czyniono w prasie, opinii, by taką odpowiedź ostateczną przysłonić, jakoś zaćmić, zablagować, byśmy w ogóle nie domyśleli kwestii do końca i nie odpowiadali przed własnym sumieniem, czy możliwe jest zwycięstwo. Ale trwała równie spokojnie pewność, że przegrana przyjdzie po walce wydobywającej z narodu i ziemi ich wszystkie możliwości, po walce świadczącej, że naród i jego kierow­ nictwo wydobyli w czas pokoju wszystko, co do tej próby wydobyć należało. Za zwycięstwo wróg winien był zapłacić cenę tak krwawą, że do wojny z Zachodem stawać miał wyczerpany i chwiejny. Mieli­ śmy prawo żądać i spodziewać się takiej ceny krwi, albowiem wie­ dzieliśmy, że tutaj idzie spór o samą egzystencję biologiczną naro­ du polskiego. Na Zachodzie stawka była dużo mniejsza i dalsza od tej zaciętej pierwotności. W tym oczekiwaniu była duma słabszego wprawdzie, lecz świadomego swojej słuszności i pewnego, że na czas pożaru nie omieszkał niczego zaniedbać, by zwęgloną chatę pod­ nieść rychło z gruzów i wiedzieć, że nie przez jego lekkomyślność i nieopatrzność spłonął cały dobytek. Stało się inaczej. Nie zapomnisz godziny, kiedy nagle dojrzewają­ ca w tobie prawda rozjarzyła się bolesną oczywistością. Od Wisły umilkły działa niemieckie. Przestały naszczekiwać karabiny ma­ szynowe. Cofał się oddział piechoty, znużony, byle jak kroczący. Nie było nic patetycznego, nic niezwykłego w tej ciszy po kilku dniach artyleryjskiego grzmotu i w tych oliwkowo­rdzawych postaciach. Ale kiedy oddział już dawno stopił się z sosnowym zagajnikiem i cisza trwała dalej, nagle poczęły zawzięcie ujadać psy. Za płotem leśni­ czówki ktoś opędzał się od ich wrzasku. Wyszedłem. Dwóch żołnie­ rzy zapóźnionych szło bez karabinów, bez pasów, boso. Pytali o tam­ ten oddział, co już przeciągnął. Spieszyli się z jedzeniem, nie śmieli wejść do leśniczówki. Od psów, tam za płotem, opędzali się gałęzią. Wstydu i goryczy spotkania nie odtworzysz już w sobie. Nie wielkie myśli, nie wieści ponure i bohaterskie, nie zniszczenie materialne, tylko tych dwóch bosych obrońców mocarstwowej Rzeczypospolitej, ale wiernych, bez broni i bez rozkazu kroczącego przy nich. Chcieliśmy być daleko od romantycznych improwizacji, od łata­ nia braków nadziejami na cuda, od porywań się z motyką na słoń­ ce, od pocieszania się na boku, po klęsce, swoimi małymi racjami, małymi słusznościami i pociechami. Była w nas rzeczowość i wia­ Pamiętnik po klęsce 11 ra, że zadania wojenne mogą być traktowane bez sztucznych osłon sentymentalnych, a chorobą jest brak poczucia miary i poczucia rze­ czywistości, chorobą, za którą wszystko, co wymierne i niesłusznie w rachubach pominięte, mści się okrutnie. A tymczasem zamiast dojrzałości i przygotowania – odwieczna polska łatanina, improwi­ zacja, bałagan. Zamiast rozpoznania przeciwnika, przymierzenia go do sił naszych – straszliwa fanfaronada, blaga, kołtuńskie, niegodne ludzi dojrzałych otępienie, zablagowanie się po ostatni nerw. Ofice­ rowie ze swoimi oddziałami stojący na granicach otrzymywali na od­ prawach mapy przygranicznych odcinków niemieckich wraz z ob­ jaśnieniem, którędy zależnie od oporu przeciwnika pójdzie własne uderzenie. A później w odwrocie zrywało się ze szkół mapy Polski, by mniej więcej się zorientować, gdzie się znalazło w rozsypce. Za­ miast drogi historii, znów jedna więcej próba wkupienia się w dzieje przez bohaterstwa zupełnie niesamowite, wprost nadludzkie, ale bo­ haterstwa, które nie powinny mieć miejsca w ogóle, gdyby rządziło nami przewidywanie i przygotowanie. Obrona Warszawy. W bohaterstwie tej obrony było jednak coś niedorzecznego, śmiem napisać – niepotrzebnego. Wraz z podzi­ wem powstawał protest. Łaskawe, pochwalne słowa cudzoziemskie, słowa, jakie się przesyła stojącym na straconych placówkach, trwa­ jącym z rozpaczą, która i tak zostanie przełamana, słowa, telegra­ my burmistrzów, podziwy ściekające z głośników drażniły, zamiast pobudzać. Znów podziwiają nas za jakąś Somosierrę, znów naszym udziałem pobłażliwa pochwała użyczana lekkomyślnym i upartym, znów ostatni i beznadziejny poryw ma odkupić nieudolność i błędy całości. Myśleliśmy, że jesteśmy zdolni do wysiłku równomiernego, że nie musimy szaleństwem i rozpaczą wyrównywać szalę. I tych uczuć niech w sobie nikt nie zakłamuje w tygodnie rozmyślań, niech rany wywołane tym zawodem nie pokrywają się plasterkami pozor­ nych pocieszeń. Nie wiemy, jak się wojna potoczy dalej. Lecz pewni jesteśmy jednego. Historia tylko raz daje swoje nauki, nie powtarza przestróg, nie zwykła powracać do głuchych na jej ostrzeżenia. Przez długą niewolę udzieliła nam nauki. Dała czas niepodległości, by ta nauka obrodziła, by stały się z niej skutki obowiązujące odtąd nasz naród, i na cóż to wszystko? Czy przystanie jeszcze nad nami po tej próbie, czy zechce drobne nasze racje wciągnąć na przeciwwagę po­ twornych błędów? 12 Pamiętnik po klęsce * Tej jesieni modlono się w Polsce. Modlono się żarliwie, kościo­ ły nasycone były uniesieniem i nadzieją. Niezliczone usta wzywają sprawiedliwości i wierzą w sprawiedliwość. Przepowiednie obiegają kraj cały, powtarzane tak, by zastąpiły udręczenie i ból rzeczywisty, by wzbudziły pewność, że boskie instancje nie pozwolą trwać krzyw­ dzie i hańbie rozpostartej na gruzach naszej ojczyzny. To przelatuje przepowiednia św. Andrzeja Boboli o stu dniach niewoli, tak rozpo­ wszechniona, że władze niemieckie miały się nią zainteresować i wy­ wiadywać, gdzie jest zapisana. To znów na obrazach Matki Boskiej pojawiają się na dłoniach cyfry, nie dające się zmyć: rzymska dwu­ nastka, co naturalnie oznacza grudzień, krwawy opłatek wyzwolenia i walki. Nawet audycje radiowe, mało kto ich przecież słucha, słucha­ ją przeważnie ludzie prości, mają posmak mistyczny: pełne są zapo­ wiedzi, terminów, krwawego opłatka, czerwonej Wielkanocy. Siła na­ dziei ludzkiej, wiara samej tylko nadziei w obraz przez nią stwarzany, jest niesamowita. Nadzieja chwyta się tych terminów, niepomna, że historia nie ma zwyczaju dokonywać zwrotów i decyzji na dniach już same przez się ważnych i uświęconych, ale sama dopiero dni swoje wybiera i uświęca ważnością, i podnosi ku wyżynie trwałej pamięci. W tych modlitwach, nadziejach, przepowiedniach jest jakaś wzniosła nieużyteczność, pomyłka jest, przed którą nigdy nie cofną się ludzie dotknięci nieszczęściem. Bóg istnieje, ale Bóg nie interwe­ niuje w historii bezpośrednio, jak pragnęliby tego ludzie. Wiara w Opatrzność, która nadaje historii bieg i cel, a w odpowiedniej chwi­ li nagle kieruje tym biegiem, jest patetycznym złudzeniem. Historia jest wyłącznie tworem ludzi i składa się z przypadków i sił, z uderzeń nieprzewidzianych i nagłych zatok spokoju, tam gdzie jeszcze wczo­ raj huczał wir. Planu bezpośredniego, realizującego się na oczach ludzi przeżywających dany czas, absolutnie nie znajdziesz albo też, ściślej patrząc, plan taki jest dotwarzany, dorzucany do chaotycznej rzeczywistości przez głowy lub narody, którym się powiodło. Powia­ da się wówczas o zadaniu, misji, posłannictwie. Na pewno dzien­ nikarze litewscy witający powrót Wilna szumnie pletli o Opatrz­ ności, wyrównującej krzywdę, i na pewno chwalili sprawiedliwość, wynagradzającą cierpliwych. Tak samo na pewno słowaccy półinte­ Pamiętnik po klęsce 13 ligenci wychwalali przezorność i mądrość swoich przywódców i po­ dobną opiekę Opatrzności, za sprawą opasłego proboszcza i Adolfa w sobie jedynego czuwającej nad Jaworzyną i Głodówką. Nie znaczy to, ażeby Boga w historii zupełnie nie było. Jego udział wygląda inaczej, pozostawia działalności ludzkiej więcej pola i swo­ body, ale zarazem więcej trudu i odpowiedzialności. Bóg jest stwórcą praw, przymiotów i talentów. Znaczy to, że Bóg nadał rzeczywistości prawa egzystujące bez względu na to, jak ludzie umieją je odczytać i jak umieją za nimi podążyć. Zarówno w historii, jak w każdej sfe­ rze rzeczywistości. Bóg dał ludziom i narodom talenty i przymioty, a rzeczywistości, nadając wszystkim narodom potencjalną możliwość rozwijania tych samych spierających się ze sobą przymiotów, nadał przez ten sam fakt takie prawa, że ten w niej wygrywa i zwycięża w zapasach historii, kto nie zaniedbał przymiotów i talentów. Kto je rozwinął do granic najwyższych, kto nie uląkł się konsekwencji. Opo­ wieść o zakopanych i zmarnowanych talentach jest przede wszyst­ kim przypowieścią historyczną i tłumaczy wzloty i upadki narodów. W jaki sposób łączy się to i zazębia, że Bóg daje przymioty i właś­ ciwości, i Bóg poprzez prawa historii karze za ich niewyzyskanie? Oto odwaga, pracowitość, sztuka poprzestawania na małym, prze­ zorność, są to nakazy i przymioty zaszczepione w dusze zbiorowe i szczególnie owocne w zastosowaniu historycznym. Nie tylko one – podaję przykłady jedynie. Można ich nie krzewić i można je pomi­ jać, można trwać w lenistwie i można się okłamywać. Bóg nie prze­ szkadza. Bogu wystarczy nieomylność, że za pominięcie talentów zemści się rzeczywistość, której Bóg zaszczepił prawa, czyli wymaga­ nia tych przymiotów. Historia oddana jest samodzielności ludzkiej, albowiem panuje w niej niezmienność praw ponad epokami, ponad pokoleniami gruntująca się w każdym czasie. Nie ostaje się i nie wy­ grywa, kto do ostateczności, do krwawego wysilenia nie wyzyskuje przymiotów zbiorowych wlanych w dusze. Wygrywa zawsze silniejszy, odważniejszy, bardziej wytrwały, bar­ dziej przemyślny w doborze środków zwycięstwa, lepiej w czas po­ koju umiejący utwierdzić cnoty, których zażąda walka. Tylko w tym sensie historia jest sprawiedliwa, ale ta sprawiedliwość nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością moralną. Cnoty historyczne są da­ lekie od wartości etycznych, cnotą historyczną jest bezwzględność, podstęp, chytrość, wyzyskanie siły nad słabszym; są cnoty historycz­ 14 Pamiętnik po klęsce ne, które pokrywają się z wartościami moralnymi, jak poświęcenie, ofiarność, równie ważne w obydwu zakresach, ale zasadniczo mamy tutaj dwie całkowicie odrębne dziedziny ocen i skuteczności. I dla­ tego jest sentymentalnym złudzeniem marzyć w historii o sprawied­ liwości czysto moralnej, marzyć o Opatrzności, nagradzającej samą słuszność, nie popartą siłą historyczną. Istnieje człowiek moralny i istnieje człowiek historyczny. Czło­ wiek moralny egzystujący w nas umie odróżnić, na czym polega zło i dobro, ma świadomość nakładającą granice zła; potyka się, zawo­ dzi, kłamie sobie, lecz zasadniczo wie. Człowiekiem historycznym rządzi jedynie skuteczność i celowość bez względu na wartościowa­ nie moralne środków wprowadzonych dla osiągnięcia celu. Historia jest amoralna, albowiem jest absolutnie pragmatyczna i zna tylko prawdy przemijalne, zbudowane na sile, narzucającej dogodną jej interpretację. Oddana całkowicie działalności ludzkiej, i to takiej jej formie, w której padają wszelkie ograniczenia moralne, oddana sa­ modzielności ludzkiej, tym samym powierzona jest bezwzględności i złu. Imperializm, rozrost bezwzględny, nie jest jakimś specjalnym i czasami jedynie pojawiającym się zjawiskiem historycznym, lecz tworzy samo jądro procesu dziejowego – zawsze to samo. Jedynie różnica siły, która może poprzeć ten imperializm najmniejszego na­ wet narodku, sprawia, że wydaje się on czymś innym, niż jest w isto­ cie: żądzą wyższości, słuszności i panowania za każdą cenę. Zakres może być i bywa węższy, istota zjawiska jest niezmienna. I dlatego modlitwa o interwencję Boga w historii jest złudna. Więc powiesz, że nie ma nic oprócz ślepej gry sił, że człowiek moralny jest w dziejach anachronizmem, że nic nie powstało ze słuszności moral­ nej, z czystości uzasadnień i idei? „Na tej ziemi nigdzie ideałów nie ma, są tylko one w sercu naszym, jako przeczucia, i w niebie jako rze­ czywistość, ludzkie zaś życie oddane analizie potu i krwi” (Krasiń­ ski). W to wierzę i to widzę. Istnieje wszakże pewne subtelne przej­ ście pomiędzy siłą a słusznością, które czyni, że proces historyczny ukrytą swoją stroną jednak dotyka wymagań człowieka moralnego. Między siłą a słusznością jest jednak tajemny związek moralny, który sfałszowany przez siłę, zakryty przez nią przed oczyma tych, którzy dają swoją krew i ofiarę, jednak wyziera w końcu, jak złamana i źle złożona kość. Pamiętnik po klęsce 15 Siła zwyciężająca nigdy nie wystarczy sobie sama. Zawsze przy­ biera się w pozory moralne. Słuszność i siła przyciągają się wza­ jemnie, chociaż są kruszcami przeciwnego pochodzenia. Słuszność wypala człowiek moralny, siłę kuje człowiek historyczny. Siła i słusz­ ność stają na dwóch biegunach przeciwnych, a jednak ku sobie dążą. Jak siła szuka maski słuszności, tak słuszność pragnie się wesprzeć o kościec siły. Słuszność historyczna jest hołdem przez siłę oddawa­ nym prawdzie. A słuszność, która by w ogóle nie umiała odwołać się do siły, nie jest żadną słusznością. W przestrzeni historycznej nie ma miejsca, gdzie by siła i słuszność, zrównoważone w swoim wzajem­ nym udziale, złożyć się mogły na prawdę zupełną i obowiązującą wszystkich uczestników procesu historycznego. Walczący prawdą i walczący tylko siłą schodzą się w jednym przekonaniu, że walczą w imię obrażonej słuszności. I dlatego historia jest tragiczna, dlatego nie istnieje w niej ani postęp, ani oczyszczenie, ponieważ każdy jej akt najdrobniejszy dokonuje się jako zwarcie tragiczne dwóch lub więcej słuszności. A jednak, jak w tragedii, któraś słuszność paść musi. Gdy zapada kurtyna zdarzeń, nie mogą wszystkie mieć racji. W tym przyciąganiu słuszności przez siłę jest wszakże pewna proporcja prawdy, którą jeszcze można nagiąć do bezwzględnej służ­ by człowiekowi historycznemu. Tę proporcję prawdy czujemy mocno wszyscy, uchwyceni w bieg zdarzeń. Dla niej jedynie mogą być słusz­ ne modlitwy i wiara człowieka moralnego. Wierzę głęboko, że tę pro­ porcję prawdy, którą może jeszcze siła wziąć na swoją służbę, Niem­ cy przekroczyli wobec nas przede wszystkim w przygotowaniu psy­ chologicznym tej wojny. Haniebnie ją przekraczają w każdym dniu okupacji – obelgą wobec naszego narodu, głupotą swoich uprawnień historycznych, bestialstwem myślowym planu, jaki realizuje się w oczach naszych, mając z tych ziem uczynić białą kolonię. Nie czynią tego Niemcy pierwszy raz i nie tylko wobec nas tę za­ leżność przekraczają. Mierząc według sprawiedliwości, należnej na­ wet wrogowi, wczuwając się w psychikę tego narodu ofiarnego, na­ wet dzisiaj nie jestem w stanie napisać inaczej, jak narodu wielkiego, trudno się dziwić, że nie rozumieją powodów swojej klęski poprzed­ niej. W postępowaniach własnych nie potrafią dojrzeć winy i nie są­ dzę, by działała w tym jedynie ślepota moralna. Przyczyny wydają się bardziej skomplikowane­nie widzą winy, albowiem ze stanowi­ ska człowieka historycznego uczynili wszystko, co naród jest zdolny 1 Pamiętnik po klęsce uczynić i ofiarować, a jednak przegrali. Teraz postawili na szalę ofia­ rę i wyrzeczenie jeszcze większe, i jakaż tragiczna ironia, że za więk­ szą ofiarę swoją płacić muszą przed samymi sobą, nie wiedząc tego, jeśli o przeciętną masę narodu chodzi, większą niepomiernie ceną kłamstwa, dorabianej sztucznie słuszności. Wymyślają okrążenie, cios w plecy, zawsze jakiś powód zewnętrzny, mechaniczny, wyzuty z ich odpowiedzialności własnej. Cóż wymyślą, jeżeli ta próba ich zawiedzie, gdzież wynajdą winowajcę? Tylko tym wątłym strumyczkiem spływa w dzieje prawda moral­ na, tą szparą wcieka, która się rozwiera pomiędzy siłą spragnioną prawa moralnego a prawem samym. Tę jedyną widzę możliwość klę­ ski Niemiec, lecz skąd dzisiaj wiedzieć, czy zdołają się w tę szczelinę wcisnąć takie wypadki historyczne już tej wojny, że ją rozsadzą, że samemu narodowi niemieckiemu ukażą, jak jego prawda rzekoma okrążonych, pokrajanych i pokrzywdzonych nie przystawała zu­ pełnie do jego siły. Jak wszystko było złudzeniem siły rozpętanej, dobierającej sobie słuszności z dnia na dzień, wedle okoliczności. Baranie przyjęcie przez Niemców nagłej zgody z Rosją nie budzi wie­ le nadziei, by łatwo do tego rozsadzenia dojść mogło. Boże, czemuż się dziwić, że ci, którzy mogą, którym jest dana prosta wiara, modlą się i proszą Opatrzności. Gdzie wylądujemy, kto przewidzi drogę po wodach jeszcze nie istniejących. Każda wojna stwarza dopiero swój ocean i jakżeż się dziwić, że rybacy szukają brzegów i wierzą, że czu­ wa ten, który brzegi zna. * W naturze ludzkiej w przedziwny sposób kojarzą się i nie wyklu­ czają dwie, zdawałoby się najbardziej sprzeczne, właściwości: czło­ wiek jest plastyczny i człowiek jest niezmienny. Człowiek posiada zdumiewającą siłę nagięcia się i przystosowania i człowiek w oko­ licznościach, które powinny przeorać go do głębi, okazuje się taki sam, niezmienny w podstawach i znamionach swojego charakteru. Dziwność psychologiczna wojny na tym polega, że te dwie dążności wypływają na samą powierzchnię człowieka i stają się widoczne jak nigdy w czasie pokoju. Pamiętnik po klęsce 1 Oto człowiek przywykły do określonego poziomu życia i zajęć, zdawałoby się utrwalony w swoich nawyknieniach, w pozycji spo­ łecznej i kulturalnej, człowiek, z którym w czasie pokoju tak te wy­ magania i obyczaje się zrosły, że zdają się tworzyć jego drugą naturę, ten człowiek zostaje nagle i brutalnie wyważony ze swej powłoki, rzucony w inną rzeczywistość, nie jego, nie tę, nad którą jedynie pa­ nować umiał. Musi radzić sobie postawiony w obliczu najpierwszych i najbardziej pierwotnych potrzeb: w obliczu głodu, trwogi, troski o całość swego ciała, śmierci. Wojna jest niemowlęctwem ludzi doj­ rzałych, ich powtórną nagością, oddaniem się na pastwę przypadku i grozy. To przeżycie w wojnach poprzednich zapisywało się jedynie w duszy żołnierza frontowego. Na tyłach, w miastach i okolicach, do których nie dotarła wojna, można było przebyć niejedną kampanię, a o tym przeżyciu nie nabrać wyobrażenia. Nigdy zaś chyba ten roz­ dźwięk nie był większy jak w wojnie poprzedniej – ponure poświę­ cenie okopów i spokój tyłów. Tutaj wreszcie tryska źródło niechęci i zażenowanego milczenia, jakim żołnierz frontowy zawsze, tamtej wojny szczególnie, darzył frazes patriotyczny, napotykany u ludzi całkiem nieświadomych, jak wygląda rzeczywistość tego frazesu. Ucieczka całych milionów, paniczny ruch, jakiego żadna siła ludzka nie zdołałaby powstrzymać, straszliwy udział lotnictwa, któ­ rego moc poznało każde nieledwie osiedle polskie, sprawił, że to przeżycie plastyczności stało się własnością powszechną. Wszyscy zeszliśmy do elementów naszego bytowania, z wszystkich w kilku dniach zdarte zostały naloty pokoju. Ujrzeliśmy, że człowiek jest jak piłka gumowa, z której los może wszystką prężność wycisnąć, a ona wytrzyma, powróci kiedyś do stanu pierwotnego, byle jej nie naciąć śmiertelnie. Poznaliśmy tę najgorszą chyba broń wojny współczesnej: władzę przypadku. Równość wobec kosy, przypadkowe, kapryśne naznacza­ nie wybranych, pole otwarte dla wyobraźni i lęku, pole tak szerokie, że iluż to zabłądziło w jego przestrzeniach, popadając w szaleństwo, uciekając w samobójstwo. Poznali wszyscy tę bezbronność wobec przypadku, przetrwali prawie wszyscy. Nie miejmy w złej pamięci tych, co mocy przypadku nie zdołali przełamać w sobie i sami ode­ szli w śmierć, sami, nie czekając na jej wybór, siebie wybrali. Przeżycie, za które dawniej trzeba było płacić czynnym udziałem w rzeczach wojny, stało się własnością ogólną. Znikł przedział na 1 Pamiętnik po klęsce front poznający rzeczywistą naturę ludzką i resztę, opchaną, obżartą do obrzydliwości frazesem, hucznym słowem, dziennikarskim boha­ terstwem. Jak gdyby Pan rzeczywistości, Sędzia prawdy i realizmu, takiej właśnie nauki pragnął udzielić narodowi, który jak żaden inny napchany był frazesem i nie znał wymiarów prawdy. Ale człowiek jest niezmienny. I pora próby, obnażającej nasze du­ sze z pozorów i osłon codzienności, ukazuje właściwe treści dusz. To przeżycie drugie, to świadectwo zasadniczej niezmienności człowie­ ka, chociaż cała jego egzystencja została przygięta i nadłamana, jest czymś bardziej przerażającym aniżeli plastyczność ludzka. Rdzenie dusz ludzkich nie dają się skruszyć żadną przemocą. Obnaża się tchó­ rzostwo i obnaża się wzniosłość. Obnaża się bohaterstwo i jadowitym zaciekiem wypływa małość. Ujawnia się zdolność pomocy i zwierzęcy egoizm. Wszystko, co przeciwne w naturze ludzkiej, najdalsze sobie i niewidzialne w spokojnym bytowaniu, wystrzela jak korzenie, które by się nagle stały konarami i miały dawać owoc. Gdy to widowisko pamiętać, w jego całej lichocie i rzadkiej czystości, zbiera lęk przed niepoprawnością człowieka. Zdaje się istnieć jakaś uprzednio dana, nim człowiek w ogóle stał się zdolny siebie poznać, determinacja jego natury i okazuje się zarazem, że najcięższe doświadczenie, jakie zdolny jest przyrządzić człowiek zbiorowy, nic nie znaczy w zetknię­ ciu z jego fundamentem psychicznym. Kto go zakładał? Powiesz, że podświadomość, że nieznane następstwo dziedziczenia, nic te sło­ wa nie znaczą, przesuwają jedynie tajemnicę z miejsca na miejsce. Natura ludzka jest jak woda, która przechodząc przez sito zdaje się tracić właściwą sobie konsystencję, rozproszona w krople, lecz ledwo przeszkodę minie, staje się natychmiast sobą. Ta stałość w pozornej plastyczności mówi, że daremne są nadzieje, by najcięższe doświad­ czenie zbiorowe mogło wiele przesunąć w wewnętrznych proporcjach człowieka. Jest w tym smutek i inna, jeszcze głębsza, bezużyteczność moralna historii. Kiedy zaczną piać, że wyszliśmy oczyszczeni i po­ prawieni, kłamstwo. Kiedy z koturnu jękną, że przeorane dusze da­ dzą inny plon, kłamstwo. Kiedy powołają się głosem patetycznym, że byli uczestnikami, kłamstwo. Widzieli tylko, nic więcej. * Pamiętnik po klęsce 1 U początku tej wojny znajduje się po stronie polskiej dziwna, dzisiaj zupełnie niepojęta sprzeczność. Z jednej strony przygotowa­ no propagandowo naród, że wojna dzisiejsza w niczym nie będzie podobna do wojen poprzednich, że nie należy się spodziewać za­ chowania obyczajów dyplomatycznych, wypowiedzenia wojny, sza­ nowania ludności cywilnej, ograniczenia środków bojowych. Ileż to potworności i psychozy strachu wywołano opowiadaniami o wojnie gazowej, jej powszechności, która miała zagrozić każdej spiżarni i każdemu workowi mąki. Z drugiej strony rząd zachowywał się tak, jak gdyby to całe przygotowanie było jedynie baśnią, a przeciwnik miał zachować wszelkie reguły gry, nie przeszkadzać mobilizacji, przyzwoicie zapowiedzieć, o której godzinie i gdzie ma zamiar zacząć strzelać. Mobilizacja została zarządzona w chwili całkiem ostatniej, jakby przeciwnik raczył czekać, aż się odbędzie w spokoju, i jakby nie było innych sposobów tajemnego powołania żołnierzy pod broń. Ta sprzeczność musi być położona po naszej stronie jako jedna z najpierwszych przyczyn klęski. Pamiętam tego chłopa spod Tar­ nobrzega, który na widok przeciągających pierwszych oddziałów niemieckich tłumaczył mi rozgoryczony: wszystko przez to, panie, że ich Hitler już od wiosny trzymał w koszarach, a nasz rząd żałował pieniędzy, ażeby parę tygodni wcześniej zabrać chłopów do wojska. Upraszczał, lecz tak samo odczuwał tę niepodobną do wyjaśnienia sprzeczność. Nie jestem w stanie przypuścić, że działała tutaj jedynie sama lekkomyślność i zadufany optymizm, że wystarczy w swoim radio i w swojej prasie wygrać przed swoim słuchaczem przez siebie inscenizowaną wojnę słowną, zowiąc ją szumnie wojną nerwów, by tym samym wygrać wojnę prawdziwą. Bo gdyby tak było, byłaby to zbrodnia, a tej nawet najgłupszemu rządowi nie wolno insynuować. Więc cóż? Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć. Musiały działać jakieś nie­ dostępne nam dotąd powody. Być może, że nie chciano radykalnymi posunięciami ze strony Polski drażnić złego, nie chciano mu dawać do ręki pozornych argumentów zagrożenia i niebezpieczeństwa, na które on przecież czyhał. Chyba tylko to jedno – nie drażnić. Zresztą, wiemy to dzisiaj, w którykolwiek tydzień wcześniej zostałaby zarzą­ dzona mobilizacja w Polsce, odpowiedź niemiecka byłaby natych­ miast taka sama, jak ta, co nastąpiła pierwszego września. Ta odpo­ wiedź już od miesięcy czekała nad naszą granicą. 20 Pamiętnik po klęsce Lecz w tej sprzeczności mieściła się jednak ukryta tęsknota, aże­ by przewidywane niebezpieczeństwa jednak nie okazały się prawdą. Mówiono o zagrożeniu totalnym, o walce o samo istnienie narodu, ale właściwie, w zdolności przeżycia i przejęcia się tymi zapowie­ dziami, były to jedynie zwroty retoryczne. Jedni poeci wierzyli w swoje ponure groźby. Politycy nasi i ministrowie, owszem, opowiada­ li o gotowości, przecinali wstęgi, przyjmowali czeki, odbierali kara­ biny maszynowe, ale w tym miejscu nie lękam się insynuacji i gotów ją jestem udowodnić, nie wierzyli sami w złe duchy wywołane przez siebie. Optymizm szedł z góry i na górze był nieunikniony, wywołany sytuacją społeczną polskiej góry w ciągu dwudziestolecia. Na myśli mam tę część inteligencji polskiej, która na stopniu najniższym za­ czyna się od starostów, naczelników wydziałów, kierowników dzia­ łów w fabrykach i przedsiębiorstwach, wyższych oficerów, prezyden­ tów miast. Słowem, wyższa biurokracja, rozgałęziona obficie, rozroś­ nięta we wszelkich dziedzinach życia polskiego na skutek etatyzmu i interwencji państwowej. Nie mam naturalnie na oku roztrząsań ekonomiczno­socjalnych, do tych nie posiadam żadnej kompeten­ cji, chciałbym jedynie odtworzyć utajone pobudki psychologiczne, władające tą warstwą, pobudki, które ją naznaczyły tak karygodną lekkomyślnością i niechęcią widzenia przykrej rzeczywistości. Nie było w społeczeństwie naszym warstwy, która by miała ży­ cie tak wygodne i jak na polską biedę tak dostatnie. W nadmiernym dostatku, zupełnie nieproporcjonalnym do przeciętnej życia w kra­ ju, widzieć należy pierwszą przyczynę lekkomyślności tej warstwy. A dbano o siebie dobrze! Zmiany uposażeń – wiedzieliśmy to dobrze, nie zdając sobie sprawy ze skutków psychologicznych – zmierzały do tego, by jak najhojniej uposażyć tę właśnie warstwę, by przez od­ powiednie dodatki funkcyjne, przez fundusze dyspozycyjne, przez ciche kumulowanie posad, zarobki wywindować do poziomów, jak na polskie stosunki i mierne bogactwo ogółu, bardzo wygórowa­ nych, stających na granicy luksusu. A dyrektor kopalni, uderzony pytaniem w swoją pensję, zawsze miał pod ręką odpowiedź, że tych nędznych kilkanaście tysięcy, jakie on pobiera, podzielone między załogę kopalni bardzo niewiele zaważy na budżecie poszczególnego górnika, a skojarzone w jednym ręku jakież wydaje piękne wyniki Pamiętnik po klęsce 21 wnętrz nowoczesnych, dzielnic willowych, kapitału wywiezionego. Tym jednym rzeczywiście dorównywaliśmy tzw. Europie: zachcian­ kami hedonistycznymi górnej garści, przybranymi w maskę potrzeby. Ci ludzie wbrew wszystkiemu, co wokół Polski się działo, musieli być optymistami. Ci ludzie byli zdeterminowani własnym położe­ niem socjalnym, a trzeba wyjątkowej siły woli i rozumu, by wyłamać się spod sugestii będących udziałem całej warstwy. Tym ludziom było w Polsce dobrze, bardzo dobrze, i własny dobrobyt przesłonił im rzeczywistość polską i otaczającą Polskę. I ci ludzie najhaniebniej tchórzyli i najszybciej uciekali, albowiem w tchórzostwie i ucieczce biegł przed nimi miraż przepełnionego żłobu i ukryta nadzieja, że ten żłób kiedyś powróci, byle uciec daleko od niebezpieczeństwa. Do­ statek ich obezwładnił przede wszystkim dlatego, ponieważ skojarzył się z zupełną nieodpowiedzialnością tej warstwy. Stłumione zostały i zahukane instancje społeczne, a nie było w Polsce żadnej instancji państwowej, przed którą ludzie niedorośli do swoich stanowisk mu­ sieliby odpowiadać. Kto się okazał tępakiem i jołopem na jednym miejscu, przenoszono go na miejsce równorzędne, jak gdyby nowe siedzenie biurowe mogło go natchnąć niespodziewanymi talentami. Starosta skompromitowany w jednym powiecie rehabilitował się na skórze podwładnych o dwa powiaty dalej. Opowiada się, że demokracja uczy kultu niekompetencji. Polskie doświadczenie okazuje, że kult niekompetencji może się narodzić w całkiem odmiennych warunkach. Błędne koło. Na niczym nie trze­ ba się było znać porządnie, by obejmować miejsca kierownicze, by dawać dyrektywy. Rzeczywistość jest powolna i nie od razu się mści. I zamiast kary za kult niekompetencji przychodził dostatek, wygod­ nictwo, swoboda obyczajów, zmienianie żon za wzrostem rang. Cóż dziwnego, że optymizm uderzał do głowy wraz z poczuciem wielkoś­ ci – własna kariera najlepiej działa na idee i sądy o rzeczywistości. Skoro rekrutacja warstwy kierowniczej została ograniczona tylko do tzw. obozu legionowego, skoro wybicie się państwowe było spo­ jone z tą przynależnością, powstają dwie możliwości: albo ten obóz składał się z notorycznych geniuszów, a w plutonach legionowych przewidziane były już i przygotowane wszystkie funkcje wielkiego państwa, albo po prostu nie święci garnki lepią i jakoś to będzie. Dwie bardzo polskie zasady. No i nie święci zlepili polski garnek, bardzo nie święci, aż rozleciał się od pierwszego uderzenia. 22 Pamiętnik po klęsce * Na niewiele miesięcy przed wojną ukazała się Sztafeta Melchio­ ra Wańkowicza. Miała być rekapitulacją, historią, ukazaniem tego, cośmy dokonali przez lat dwadzieścia. Otwierasz ją teraz i czytasz – jak księgę proroctw. Od pierwszej strony, od tych fachowo­pro­ centowych tablic zniszczenia, od zdjęć miast leżących w gruzach, od popalonych dworców, od mostów zapadłych do dna rzek, od komi­ nów otulonych kłakiem strzechy, mających się zwać mieszkaniem polskiego chłopa, startujemy na nowo. Od tego samego dna nędzy, egoizmu, rozbicia społeczeństwa na atomy rozpoczyna się trasa, jaką uważaliśmy za przebytą. To jest los ojczyzny twojej i zadanie lat two­ ich. Od fundamentów wznosić na nowo, co parę lat przerzucać karty tej księgi i sprawdzać, czy się nie opóźnia sztafeta twojej generacji. Musi być szybsza. Gdy znów po latach dwudziestu nastanie chwila spoczynku i spojrzenia za siebie, macie być dalej, dalej o całą niedo­ puszczalność przeżytej klęski. Zwątpić czy zwolnić biegu nie wolno. Od powstańców Kościuszki i legionistów Dąbrowskiego każda nowa fala rówieśników polskich rozpoczynała ten bieg, żadna nie ujrza­ ła celu, więc cóż, że fala ostatnia, minąwszy metę, rozpierzchła się, osłabła, uznała lekkomyślnie, że bieg przebyty na zawsze? Czymżeż jeden nieudany pomiot narodu wobec jego wiekuistości? Jest piękny obrazek Orzeszkowej o młodzieńcach greckich, co „z rąk do rąk” – to jego tytuł – w noc letnią rzucają zapaloną pochodnię, aż ta nie uchwycona niezgrabną dłonią upada na ziemię. „Taka była o szarych godzinach letnich ulubiona gra młodzieży greckiej, taka też odbywa się w szarych mrokach świata nieustannie, wszędzie, do­ koła nas i w oddali, tylko, otoczeni przez nią, widzieć jej nie możemy i, udział w niej biorąc, nie myślimy o tym, co czynimy”. Pochodnię, co na chwilę upadnie z lekkomyślnych rąk, zapalamy od pożarów tej wojny, od zgliszcz Warszawy i wiążemy koło trwania narodu. * Pamiętnik po klęsce 23 Zamknięte wrześniową klęską dwudziestolecie nie posiadało żadnej reprezentacyjnej warstwy społecznej, z której ideałów i po­ trzeb można by wyprowadzić cechy tych lat. Nie było ani chłopskie, ani mieszczańskie, ani robotnicze, ani szlacheckie. Ten charakter przejścia, pauzy pomiędzy wojnami, najmocniej staje się widoczny, kiedy od tej strony o nim pomyśleć. Naturalnie w sporach politycz­ nych nazywano go rozmaicie, gwoli pognębienia przeciwnika, i z tej przyczyny najczęściej przypadała mu nazwa mieszczańskie. Ale polskie mieszczaństwo jako klasa nadająca ton to coś równie hy­ brydycznego i nieokreślonego jak cały ten okres. Tylko przy wielkiej samowoli poznawczo­politycznej można mówić o nim jako o tworze reprezentatywnym. Nie było szlacheckie, nie pozwolono, by stało się chłopskie, w kraju rolniczym i biednym nie mogło być robotnicze. Jedyną warstwą reprezentacyjną, posiadającą, szczególnie od maja 1926 roku, jakąś ciągłość, wydaje się teraz biurokracja. Nie tyl­ ko jej śmietanka, lecz biurokracja jako kasta – od woźnych i gońców po ministrów i premierów. Pęczniejąca władza obozu tak dalekiego od określonej rekrutacji społecznej, jak obóz legionowy, dokonywa­ ła się jedynie przez rozrost i podporządkowanie biurokracji. Biuro­ kracja była jedyną dziedziną życia polskiego opanowaną całkowicie przez system pomajowy. Wobec rozrostu ingerencji państwa, wobec powszechnego oglądania się na rządzących (niech rząd na to da pie­ niądze, niech rząd o to się martwi – tak na każdym kroku), to oparcie wystarczyło na czas pokoju. Biurokracja zaś skoro raz dostrzegła, że jest podporą główną, kazała sobie zapłacić, och, nie za drogo, nie kosztem tych, którzy się nią posługiwali. Była potulna, nie czyniła trudności. Zapłacić sobie kazała samodzielnością swoją i niezależ­ nością od społeczeństwa, a ponieważ było to na rękę tak jej kierow­ nikom, jak jej samej, zapłata przyszła bez oporów. Niewiele zażądała na oko: pozwólcie mi rządzić samej, ponad opinią, ja potrafię. Prosi­ my bardzo, właśnie tego nam potrzeba. Ramienia władzy, które by­ łoby samodzielne, a nie szukało tej samodzielności na skórze naszej, tylko na grzbiecie społeczeństwa. Ale biurokracja właśnie do samodzielności nie ma prawa dą­ żyć. Jest przecież tylko r e g u l a t o r e m, wypadkową działań spo­ łecznych, stanowi funkcję społeczną, ale nie organ samodzielny. Jej samoistność jest równie trudna do pomyślenia co samodzielność hamulca pozbawionego kół. Biurokracja pragnęła jednakże jeszcze 24 Pamiętnik po klęsce więcej. Dzięki temu, że system rządowy opierał się o nią jedynie, sta­ ła się zazdrosną o swoją wyłączność i zgoła kastową. Sprzyjały temu fatalne nawyczki psychologiczne, istniejące w naszym charakterze zbiorowym. Cień władzy padający na głowę Polaka od razu ją za­ wraca. We władzy imponuje mu nie to, że jest ona sztuką kierowania, lepszego rozrządzania warunkami życia, ale to, że kierujący zawsze ma prawo siedzieć wyżej. Niemcy tak samo ulegają, może nawet mocniej jeszcze, urokowi władania, lecz w zjawisku władzy co innego ich pociąga: przez władzę przeciętny Niemiec wyżywa swój instynkt panowania, rządzenia, woli kruszącej przeszkody. W niemieckiej mi­ styce władzy jest coś automatycznego, zamieniającego jednostkę w sprawne narzędzie woli, rozkazu. W tym sensie ta mistyka wyklucza osobowość, podczas kiedy polskie odurzenie władzą polega przede wszystkim na potwierdzeniu własnej ważności. Jest coś egotycznego i zakochanego w sobie w naszym biurokratyzmie. I dlatego zapewne prostą drogą dociera się w nim do bezdusznej formalistyki, stającej się u nas jak gdyby systemem magicznych znaków, utwierdzających ważność osoby, której udzielono prawa posługiwania się tymi zna­ kami. Dystans, okienko, biurko, godzina przyjęć, podanie, dziennik podawczy. Mistyka, rytuał władzy, rozkosz numeru bieżącego. Te wszystkie wypominki są dzisiaj dosyć łatwe, wystarczy je za­ znaczyć, nie warto się nad nimi rozwodzić. Z tej samodzielności biu­ rokratycznej wyniknęły skutki, które dopiero wojna odsłoniła w ca­ łym rozmiarze. Pewność siebie warstwy biurokratycznej, optymizm sprawnie płynących papierków uśpiły naszą czujność. W obliczu tej pewności i urzędowej precyzji wydało się prawie wszystkim, że funkcje publiczne i państwowe biegną u nas tokiem starych, zasob­ nych, doskonale zagospodarowanych państw. Polska międzywojen­ na upodobniła się do rozklekotanego samochodu, w którym jednak siedzenie dla szofera wysłane jest safianem, a kierownicę zdobią in­ krustacje. Bo w takich starych państwach istotnie wystarczy, że oby­ watel dobrze spełnia, co do niego należy, w warsztacie, w handlu, w szkole, wystarczy, że się uiści ze swoimi usługami pieniężnymi, za­ żądanymi przez państwo, a już do spraw publicznych nie musi on zaglądać codziennie, nie musi się kłopotać, że w każdej chwili mogą przed nim stanąć żądania usług ponadnormalnych, graniczących z bohaterstwem czy kompletnym wyrzeczeniem majątkowym. Spo­ kojny, regularny i pewny siebie bieg życia biurokratycznego jest tam Pamiętnik po klęsce 25 wskazówką, której sprawdzać nie potrzeba. Więc i nam się wydało, że i u nas wszystko jest w porządku dobrze funkcjonującego organi­ zmu, skoro puls urzędowy nie wykazuje przyspieszeń. Że na swoim poziomie jest armia, że dopisze broń, że nie brakuje lotnictwa, że są zapasy żywności, że są przewidzenia na wypadek niepowodzeń, że nie zawiodą koleje, ponieważ będą należycie bronione, że zabezpie­ czone są dzieła sztuki – słowem, że na mróz nie wyjdziemy boso. Wyszliśmy boso i głodno. Świat papierowej fikcji przesłonił rze­ czywistość. Nasza biurokracja okazała się jak student medycyny, który by z atlasu anatomicznego chciał się nauczyć swej sztuki i dzi­ wił się, że z naciętego mięśnia u żywego człowieka tryska krew, bo w atlasie przecież nie tryskała. Przegraliśmy głównie przez brak lotni­ ctwa. Ba, ale do wojny lotniczej biurokracja wspaniale nas przygo­ towała. Przepisy o obronie przeciwlotniczej, o wzajemnym stosunku organów kierowniczych, o obronie na stopniu województwa, staro­ stwa, domu czynszowego były fantastycznie precyzyjne. Za strzałka­ mi podlegania i podrzędności władza bez przerw i pięknie spływała od samego inspektora OPL państwa do gońca pomiędzy dozorcami. Cóż, kiedy przepis nie strzela, precyzja biurokratyczna nie jest zaporą balonową, a goniec nie ma szybkości samolotu myśliwskiego – ob­ myślaczom się wydało, że za magią skrupulatności biurokratycznej wszystko się przemieni wedle wymagań magii. Ta gra biurokracji mogła się udawać przez to, że nie mogą wszy­ scy wtrącać się do wszystkiego i wszyscy znać się na wszystkim. Zasada kompetencji, podział pracy publicznej, wiara, że mój sąsiad kręci swoje kółko z równą sumiennością i starannością co ja swoje, są nieodzownym składnikiem życia publicznego. Któż zaś nie był u nas świadomy fatalnej przywary zbiorowego wścibstwa, partackiej wszechwiedzy, złośliwego wtrącania się i mącenia horyzontów przed ludźmi kompetentnymi. Wiedziało się doskonale, że u nas wszyscy bajecznie wiedzą, jak by postąpili na cudzym miejscu, ale na swoim każdy partoli. Mało jest społeczeństw o takiej jak nasza pewności siebie – in partibus ignorantium. Więc człowiek chciał ufać i spo­ dziewał się, że zazdrość kompetencyjna i wyłączność biurokracji jest może wymierzona w tę wadę i ma ją wykorzenić. Z całego tego kompleksu w dniach wojny wyniknęło coś bardzo tradycyjnego, w najgorszym sensie tego nazwania. U zarania woj­ ny posiedliśmy ten sam co w powstaniach łamiący dualizm: ongiś 2 Pamiętnik po klęsce szlachta i chłop, dzisiaj biurokracja hermetyczna i naród rządzony. Obywatel na to ciężkie przejście został najfatalniej przygotowany. Jego rynsztunek państwowo­psychologiczny został przysposobiony na wyrost, na miarę innych organizmów. Odtrącany od wpływu, w końcu uznał, że niepotrzebna już jest troska na przyszłość, myślenie publiczne, ofiarność spontaniczna. W chwili próby miały wystar­ czyć angielskie maniery radców ministerialnych. Tymczasem w po­ łożeniu Polski bardzo chwalebną rzeczą jest wprawdzie olimpijski spokój biurokracji i kiedyś może się on przydać, lecz sprawą stokroć ważniejszą jest urobienie takiej psychologii państwowej, by każde­ mu było wiadome, że w tym miejscu Europy i wśród takich sąsiadów wszystkie dawne cnoty opinii publicznej i wspólnego czuwania nad dobrem państwa są na teraz i na długo zapewne nieskończenie po­ trzebniejsze. Spontaniczność obywatelska, odpychana i zbywana rozmyślnym niezwracaniem uwagi, przemieniła się rychło w zobojętnienie. Był to ostatni, najgorszy bodaj wynik automatyzmu biurokratycznego. Psychologicznie ten mechanizm jest całkiem prosty: skoro panowie biurokraci tak wszystko wiedzą, skoro są nieomylni i w żadnej sytu­ acji nie potrzebują pomocy, dobrze, niech zawsze i wszędzie sami so­ bie radzą, niech wszędzie będą mądrzy. Czekajmy i patrzmy. I kiedy przed jednym najeźdźcą uciekały władze polskie, przed drugim kry­ ły się w popłochu, wstyd przyznać, ale nie było u nikogo współczucia i wyrozumienia. Wśród nas, inteligentów, a cóż mówić o innych war­ stwach narodu! Powstawała jakaś złośliwa radość, że nareszcie do wszechwiedzących i dufnych dociera inna rzeczywistość od świata papierków. Ta złośliwość przesłaniała zrozumienie, że przez upadek tych małych ludzi rozpękają się wiązadła Rzeczypospolitej. Trzeba dopiero tych miesięcy niemieckiej brutalności i obojętności na na­ sze żywotne interesy, by zatęsknić za własną władzą. Lecz gdyby po wojnie nic się nie miało zmienić? A jeśli naprawdę małość polska od samego szatana jest silniejsza? * Pamiętnik po klęsce 2 Krew polskiej hołoty popłynie obficie. Tyle się nagromadza pod­ łości, zdrady, denuncjacji, tchórzostwa, volksdeutscherów, którym tłumaczyć trzeba zwrócone do nich po niemiecku odezwy. Krwią się tylko zmażą te niskie łotrostwa. Byliśmy dotąd za łagodni wobec sie­ bie samych i własne robactwo będzie musiało być rozdeptane. Od rachunku z Niemcami ten rachunek jest ważniejszy. * Zdanie Orzeszkowej z książki o Patriotyzmie i kosmopolityzmie: „Do rzędu najważniejszych przyczyn, sprowadzających antypatrio­ tyzm, zaliczyć też wypada: oddalenie członków społeczeństwa od pełnienia funkcji i zadań publicznych, czyli pozostawienie w uśpie­ niu tych stron istoty ludzkiej i w zaniedbaniu tych stron ludzkiego życia, mocą których najdzielniej rozwija się pierwiastek współczucia i najwspanialszą, a zarazem najtrwalszą przyobleka postać pojęcie obowiązku”. Rozsiedli się na swych szczeblach urzędniczych, jak ptaszki nie­ frasobliwe, ten niżej, tamten wyżej, i przećwierkali całą polską rze­ czywistość z wyżyn swoich szczebli. * Prosty żołnierz niemiecki, czy jest nim niezgrabny i poczciwy Ba­ warczyk, czy jak gdyby z lwowska zaciągający Austriak, czy rzeczo­ wo i regulaminowo pyszny Prusak, każdy zapytany, po co przyszedł do Polski, odpowiada, że nieść porządek, ład, czystość, kulturę. Ich powołanie jest za drugich rządzić. Zawsze ta sama krzyżacka kom­ pensacja za tatarski, nieoględny niepokój, zawsze ta sama kultura niesiona na końcu krzyżackiego miecza podboju. Pismaki zaś napi­ szą, że jest to ponowne zdobycie niemieckiego Wschodu, który z ra­ sowego i historycznego prawa będąc niemieckim, został nieoględnie utracony przez skłócone Niemcy renesansowe. Zjednoczone szczepy niemieckie sięgają po swoje dziedzictwo. 2 Pamiętnik po klęsce Znamy ten język. Tak się tę mowę tłumaczy na polskie: „Serce łomotało w piersiach zdobywcy, gdy wspominał i ogarniał we władzę ziemie widziane, powiaty przebyte, wody i ich źródliska, poniki, potoki, strumienie, rzeki, stawy i błota, wzgórza i rozdoły, puszcze i polany, dąbrowy i poręby, pola i ugory, łąki i pastwiska, bezdroża, przesmyki, przesieki, ścieżki i drogi. Serce łomotało w piersiach gospodarza, gdy mierzył i liczył, od­ krywał i przewidywał bogactwa jawne, wpadające w oczy nawet głupca, i skarby skryte przed oczyma niedołężnych lub ciemnych – budulec surowy w lasach, żelazo i miedź, złoto i srebro, zbiorowi­ ska soli twardej i rozpuszczonej w wodzie, drogie kamienie i drogie futra zwierząt wałęsających się w lasach, cenne ptactwo, i wyborne ryby, zapełniające stawy, jeziora, rzeki i strumienie. Serce biło w piersiach budownika, gdy widział w olśnieniu ma­ rzeń statki pławackie na wodach, ławy na potokach, mosty na rze­ kach i z brzegów jezior na wyspy, tamy i jazy plecione do połowu ryb z morza, w górę rzeki na tarło ciągnących – drogi i płoty, budy i szopy, chaty i wsie, brogi i gumna, targowiska, podgrodzia, miasta, grody, zamki, kościoły i wielkie katedry, twierdze niezdobyte i porty jeszcze nie widziane u wybrzeży. Mógł oto wyciągnąć rękę i zabrać! Ogarnąć to wszystko!” To nie jest o dniu dzisiejszym. To Herman Balk marzy słowami Żeromskiego. Siedem wieków niewiele znaczy. * Im więcej jest historii jeszcze żywotnej, jeszcze dostarczającej na­ rodom namiętnych haseł uczuciowych, wiążących te narody w nie­ rozkruszalne całości, tym trudniejsze są podboje. Narodom europej­ skim coraz więcej przybywa historii i te narody mimo to nie wchodzą w stan otępienia formalistyczno­historycznego, znamiennego dla or­ ganizmów przeżartych zastarzałą i gnijącą historycznością, ale wciąż patrząc w swoją przeszłość, widzą w niej zarazem swój cel. Są rozbi­ te, ale w jednym wspólne: każdy pragnie być sobą i każdy ma jakąś swoją misję, powołanie, każdemu się marzy, że tylko on pewne zada­ Pamiętnik po klęsce 2 nia umie. Czy zdołają się porozumieć i zrozumieją, że ich przeszłości dadzą się pogodzić w jednym zadaniu, to rzecz niewiadoma. Dość, że na razie chcą być sobą i długa historia je naucza, że odbieranie ziemi sąsiadom nie ma wielkiego sensu i drożej na tym ciasnym kon­ tynencie kosztuje, niż się na tym zyska. Tymczasem tragicznym zadaniem Niemiec jest to, że muszą na tym kontynencie najpierw podbijać, nim zdołają sięgnąć w konty­ nenty nie nasycone w tym stopniu historią i pretensjami uczuciowy­ mi, muszą podbijać, by do skoku zdobyć szersze miejsce lub przy­ najmniej do targu większy zastaw. Chcąc zdobywać, muszą sobie wytwarzać preteksty uczuciowe i etyczne. Takie preteksty w Euro­ pie przepełnionej historią zawsze bywają historyczne, oparte na ja­ kichś tam prawach, które niegdyś były rzeczywistością. Niestety, dla Niemiec niestety, dla nas na szczęście, w ciasnocie zazębiają się i przeszkadzają sobie wzajemnie preteksty rozmaitych narodów, dery­ wacje przeróżnych zagrodowych imperializmów, i Niemcy wszystkie słuszności naciągający na swoją stronę muszą popełniać kłamstwa. Tutaj zawsze ktoś kłamie, zabierając ziemie drugiemu, ale oni muszą kłamać najwięcej, albowiem apetyty posiadają najbardziej zachłan­ ne. Ich pretekst ostatni, prawo zdobywcze Niemiec do wszelkich te­ renów podległych niegdyś osiedlaniu Niemców lub dzisiaj miesz­ czących cząstkę ludności pochodzenia niemieckiego, gdy to prawo ma się stać zasadą ładu zwycięskich Niemiec, wchodzi w konflikt z największą sumą słuszności i pretekstów historycznych, a przez to kłamać dzisiaj muszą najpotężniej. Dlatego posiadają cały aparat do wytwarzania słuszności doraźnej, zależnej od biegu wypadków – zo­ wie się propagandą. W Europie jest za wiele rozmaitej, sprzecznej przeszłości naro­ dów, by nagle zapanowała nad nimi prawda jednego narodu. Wszy­ scy muszą mieć po trochu rację. A ponadto siły narodów, którymi mogłyby narzucać sobie swoje preteksty, tak się obecnie układają, że żaden naród europejski nie jest w stanie naprawdę zapanować nad drugimi i nikomu się ta rola nie marzy. I ponieważ żaden nie może, wszyscy głoszą to jako prawo moralne. Jedni Niemcy nie mogą się przyłączyć do tego koncertu. Obawiają się okrążenia, ale psychicznie okrążeni są zawsze. Przyjaźń rosyjska jest najzabawniejszą z taktycz­ nych i oportunistycznych niemożliwości. Obydwaj partnerzy chcie­ liby tego samego, zapanować nad Europą w sposób antyeuropejski, 30 Pamiętnik po klęsce jednowładczy. Ich cele właściwie się wyłączają, a zgoda jest zgodą rabusiów, z których każdy na własną rękę pragnąłby się dostać do pancernego skarbca, i każdy siebie uważa za jego prawnego właś­ ciciela. Mury jednak okazują się nadspodziewanie silne i panowie, którzy zaczęli osobno operować, nagle zapłonęli żądzą wypożycze­ nia sobie narzędzi, wspólnego ostrzenia łomów. Ale gdyby się któryś dobrał do skarbca, pierwszą czynnością będzie spuszczenie łomu na czaszkę towarzysza wyprawy. * Pijaną gromadą wtargnęli do proboszcza, zabrali klucze od koś­ cioła, a później długo, z godzinę niemal, bili w dzwony z radości. Na żadną uroczystość te dzwony tak długo nie huczały, jak na tę, obwieszczoną przez Adolfa w sobie jedynego: Polska nie istnieje, czuwają nad tym jej najmocniejsi sąsiedzi, że nie powstanie nigdy w kształcie tego dwudziestolecia. Ma być potulna, dostanie za grzecz­ ność ochłap. Z czegóż się cieszą, czym tak straszliwie groziła im ta Polska? Marszem na Berlin, podbojem, zapanowaniem nad Europą, konkurencją w wielkiej polityce światowej, jak Żydzi? Czemu radość bucha z tych poczciwych żołnierzy? Nie rozumiem, nie wiem. Tyle tępej brutalności przemienionej w jęk dzwonów, jak na pogrzeb naj­ bardziej uroczysty, jak na kondukt nie mający kresu. Dzwonnicy pi­ jani z radości. Połkniętą żabę polską jeszcze trawi ich germańska żmija. Jeszcze widać, jak żaba przeciska się pod skórą gada, a żmija wdzięczy się do żab­sąsiadek dotąd nie tkniętych. W tej mowie dzisiejszej, jest po­ czątek października, dotyka je kolejno jadowitym gruczołem i pyta: prawda, że miód, prawda, że nic wam nie grozi, prawda, że się nie lękacie? A żaby dookolne posłusznie rechoczą – miód, miód. * Pamiętnik po klęsce 31 Leniwe tchórz
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zycie na niby
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: