Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00291 013901 14457795 na godz. na dobę w sumie
Życiorys wiatrem pisany Wywiad rzeka z Czesławem Marchajem - ebook/pdf
Życiorys wiatrem pisany Wywiad rzeka z Czesławem Marchajem - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 237
Wydawca: Alma - Press Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7020-534-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> publicystyka >> wywiad
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Czesław Marchaj (ur. w 1918 r.) to pasjonat szybownictwa i żeglarstwa, w którym odnosił znaczne sukcesy jako zawodnik w klasie Finn, ale przede wszystkim jeden z najwybitniejszych na świecie specjalistów z dziedziny aero- i hydrodynamiki oraz teorii żeglugi. Autor około 60 publikacji naukowych i kilku książek, w tym kultowej dla żeglarzy Teorii żeglowania.
Opowiada historię swego życia, a życiorys ma niezwykle barwny, a w nim wiele momentów dramatycznych. Był sześciokrotnie aresztowany – dwa razy podczas okupacji niemieckiej. Po raz pierwszy gdy żeglował po Wiśle w 1943 roku. Potem w Polsce Ludowej pod zarzutem przygotowywania ucieczki Gomułki do Skandynawii na jachcie PRZYGODA. Siedział w celi śmierci, a przesłuchiwał go sam Różański. Później jako wykładowca Akademii Wychowania Fizycznego. W międzyczasie ścigacz radziecki zaaresztował PRZYGODĘ i całą załogę na Bałtyku na wodach koło Estonii, niedaleko wyspy Dag. Szóste i ostatnie aresztowanie miało miejsce w Moskwie, na lotnisku Szeremietiewo. Po wojnie spotkał w więzieniach interesujących ludzi, bo jak mówi te najciekawsze osobowości siedziały w tamtych czasach w więzieniach.
Czesław Marchaj, po bez mała 50 latach pobytu w Anglii i Francji, wrócił w 2012 r. na stałe do Polski.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Miałem dwie siostry – Janinę i Marię oraz brata Tadeusza (ja między siostrami). Moje rodzeństwo kilkanaście lat później. 14 Mój wuj Józef Kmita, legionista z Pierwszej Brygady, był burmistrzem w Słomnikach. wiek, pytanie jak żyć i próby odpowiedzi na to pytanie są aktual- ne do dziś, być może nawet bardziej aktualne teraz niż wówczas. Dzisiaj po latach z  czułością wspominam moich nauczycieli z gimnazjum im. Jana Śniadeckiego, którzy, i to także wspomi- nam z uśmiechem, od czasu do czasu sprawiali nam rodzicielskie lanie. Kiedy byłem w piątej klasie ojciec został służbowo przeniesio- ny z Kielc do Warszawy. A czym zajmował się ojciec? Pracował w policji, zajmował się rusznikarstwem, był odpo- wiedzialny za stan broni w  policji w  województwie kieleckim, a w Warszawie został skierowany do rozbudowy krótkofalowych stacji radiowych. Policja wyposażała się w tym okresie w nadajni- ki, które umożliwiały komunikację pomiędzy centralą warszaw- 15 ską a prowincją. Podczas okupacji ojciec, z zamiłowania ruszni- karz, działał w Armii Krajowej reperując uszkodzoną broń, dzięki temu posiadałem parabellum, a potem visa. U nas w domu za- wsze było pod ręką dużo rozmaitej broni. Ojciec dobrze strzelał, był mistrzem województwa, ja również nieźle strzelałem, nawet z karabinu maszynowego Mannlicher. Po przeprowadzce do Warszawy znalazłem się w  Gimna- zjum im. Tadeusza Rejtana, kontynuując naukę w piątej klasie. Zamieniłem kielecki gimnazjalny szynel na mundurek z tarczą z numerem 6 na ramieniu. Jestem przekonany, że takie jednolite szkolne mundurki powinny wrócić, miały dodatni wpływ na za- chowanie młodzieży. Reprezentowaliśmy wszakże nasze gimna- zjum, każdy mógł nas rozpoznać. Była w ten sposób inspirowana również duma gimnazjalna, byliśmy w pewien sposób zmuszeni do dyscypliny nosząc mundurki i gimnazjalne tarcze – niebieską do klasy 6, czerwoną w klasach 7 i 8. SZYBOWcOWA pASJA Już w gimnazjum zacząłeś marzyć o karierze pilota... Niemal od początku okresu gimnazjalnego interesowałem się lotnictwem. Marzyłem, że będę latał jako pilot wojskowego myśliw- ca, sam jeden, bez załogi. Przed wojną każdy pilot wojskowy w Pol- sce był wyszkolony w szybownictwie. Bezsilnikowe szybownictwo stanowiło bowiem esencję latania, więc i ja rutynowo przeszedłem wyszkolenie szybowcowe. Uczniowie 6–7 klasy gimnazjum mieli obowiązek uczestniczenia w tzw. przysposobieniu wojskowym pie- choty. Nasze (Rejtana) przysposobienie wojskowe podlegało 36. pułkowi Legii Akademickiej, a bezpośrednim szefem był, pozornie bardzo surowy, sierżant Przybylski. Postarałem się, aby przydzielo- no mnie do przysposobienia wojskowego lotniczego. Po szczegó- łowym sprawdzeniu mojego stanu zdrowia w Centrum Badań Le- karsko-Lotniczych (w żargonie Cebuli), otrzymałem wymarzony przydział do przysposobienia lotniczego. Moja pierwsza szkoła szybowcowa mieściła się w Bezmiecho- wej w Bieszczadach, niedaleko Leska. Uczyliśmy się sztuki lata- nia od podstaw, od samego początku bez instruktora obok. Star- towało się za pomocą naciągniętych lin gumowych, wykonując początkowo małe skoki, potem loty były coraz dłuższe i wyższe. Instruktor (na ziemi) obserwował nasze powietrzne „wyczyny”, a następnie omawiał ewentualne błędy, natychmiast po wylądo- waniu. Nawiązałem w  Bezmiechowej wiele niezapomnianych przyjaźni, szczególnie z późniejszym generałem dywizji pilotem Janem Frey-Bieleckim, również z późniejszym generałem bryga- dy pilotem legendą polskiej awiacji Tadeuszem Górą oraz z Ada- mem Zientkiem, późniejszym pilotem eksperymentalnym, zwy- cięzcą wielu zawodów szybowcowych w powojennej Polsce. By- łem czwartym w tej grupie szkolonej przez Michała Ofierskiego, 19 Późniejszego generała Tadeusza Górę poznałem w Bezmiechowej. a potem przez Adama Dziurzyńskiego. Wszyscy byliśmy z tego samego rocznika – 1918. Niestety z tej czwórki zostałem sam. Zacząłem latanie na szybowcach, gdy miałem niecałe 16 lat. Jako niepełnoletni byłem zobowiązany przedstawić odpowied- nim władzom zezwolenie rodziców. Łatwiej mi było uzyskać zgodę matki, pod warunkiem, że będę latał „nisko i powoli”. To powiedzenie kursowało wcześniej jako dowcip w lotniczym śro- dowisku. Prawdopodobnie wcześniej, przed moją matką, wyra- ziła to inna matka, w trosce o życie syna. Nie potrzeba dodawać, że ta matczyna recepta jest najpewniejszą drogą prowadzącą do katastrofy. Rozsądni piloci, w obawie przed korkociągiem, latają względnie szybko i raczej wysoko. W szybownictwie można było przed wojną, podobnie zresztą jak i dziś, zdobyć cztery kategorie umiejętności latania i stosowne do nich odznaki (mewki na niebieskim tle). Kategorię A (jedną mewkę na niebieskim tle) otrzymywało się po ukończeniu szko- lenia ze startem z lin gumowych, tzw. sznurów, w niskich lotach 20 po prostej. Kategorię B (dwie mewki na niebieskim tle) po ukoń- czeniu szkolenia ze startem z lin gumowych wraz z opanowaniem poprawnych zwrotów i zakrętów. Kategorię C (trzy mewki na nie- bieskim tle) po uzyskaniu kategorii B i po ukończeniu szkolenia ze startem z lin gumowych, wraz z opanowaniem lotów termicz- nych i zboczowych, i wreszcie kategorię D po uzyskaniu kategorii C i po ukończeniu szkolenia z wykonaniem ustalonych progra- mem wyczynów, akrobacji podstawowej, lotów bez widoczności i lotów holowanych za samolotem. Oznaczało to wówczas pełne wyszkolenie szybowcowe. Później do kategorii D dodano wyróż- nienia, np. D z brylantem za wybitne osiągnięcia. Po otrzymaniu kategorii C latałem już wyczynowo, na szybow- cach coraz lepszej klasy. Żeby zdać egzamin na kategorię D na- leżało m.in. bez przerwy latać 5 godzin, ten warunek spełniłem w Bezmiechowej. Zbliżał się wieczór, słyszałem dzwony kościelne, popatrzyłem na ziemię i dostrzegłem sznur ludzi ciągnących pod górę. Był taki zwyczaj, że gdy kończyło się latanie na czas, koledzy na starcie two- rzyli tzw. kółko. Podszedłem więc do lądowania tracąc wysokość w ślizgach, przypikowałem i lądowałem pod górę blisko startu. Zdejmuję spadochron, a tu co za niespodzianka – podchodzi do mnie sierżant Przybylski, szef mojego lądowego przysposobienia wojskowego. Ściska mnie serdecznie i zwraca się do mnie: – Mój synu, to ty? Przyjechał na wycieczkę z  uczniami do Bezmiechowej, aby mogli zobaczyć na czym polega w praktyce lotnicze przysposo- bienie wojskowe. Kiedy już zaspokoił swoją ciekawość, mówię: – Panie sierżancie, ja ciągle czuję się piechurem, bo wciąż pa- miętam definicję karabinu, której pan nas nauczył. 21 – Powtórz – powiada z uśmiechem. – Karabin jest to broń osobista strzelca, pięciostrzałowa, powta- rzalna, odtylcowa, z zaryglowaniem semetrycznym. Użyłem specjalnie słowa „semetryczny” a nie symetryczny, bo tak nas uczył sierżant Przybylski. Był zachwycony. Pożegnaliśmy się serdecznie. Nigdy go już w życiu nie spotkałem, ale żyje w mo- jej pamięci jako jeden z niezapomnianych. Latałem także na Sokolej Górze, koło Zamościa, spełniając dru- gi warunek do uzyskania kategorii D, chodziło o osiągnięcie wy- sokości minimum 1000 m ponad poziom startu. Latałem na szy- bowcu Komar, wykręciłem pod cumulusami ponad 1300 metrów i schodząc ślizgami wylądowałem na łące; czekałem na samochód, który miał mnie odholować na górę. Siedziałem w kabinie. Podzi- wiałem jak na trawie malutka myszka wspinała się po źdźble trawy i bardzo sprytnie jadła nasiona, byłem zaintrygowany sprawnością myszki i zupełnie nie zauważyłem, jak do szybowca podeszły dwie dziewczynki w harcerskich szarych mundurkach. Stały przy koń- cu skrzydła, wyszedłem do nich z kabiny, witam się, przedstawiają się i okazuje się, że jedna z nich to Jadwiga Piłsudska, córka mar- szałka, zaczynała wtedy latać. Po uzyskaniu wszystkich kategorii szybowcowych latała wyczynowo. Później w  czasie wojny, jako oferry-pilot transportowała różne rodzaje samolotów (m.in. tak- że dwusilnikowe bombowce) z fabryk na lotniska bojowe w całej Wielkiej Brytanii oraz uszkodzone samoloty do remontu (niektóre były w tak złym stanie technicznym, że dostawały pozwolenie tyl- ko na jeden lot – do składu naprawczego lub na złomowisko). Jej koleżanka przedstawiła się jako Dunda Kamińska. Zaczynały szko- lenie szybowcowe na Sokolej Górze. A szkolił je dobry szybownik, Mikulski, którego żoną była Maria Junga, dziennikarka, też pilotka szybowcowa. Bardzo ciekawa para. 22 Spotykałem również inne dziewczyny, które uczyły się latać na szybowcach, m.in. Irenę Kępównę (w Bezmiechowej), która usta- nowiła pierwszy po wojnie kobiecy rekord świata prędkości po trasie trójkąta 100 km. Leciała na szybowcu Mucha. Przyjaźnili- śmy się również po wojnie i spotkaliśmy się na bożonarodzenio- wym przyjęciu kiedy mieszkaliśmy we Francji. Gdzie latałeś po zdobyciu uprawnień? Aż do wybuchu wojny w 1939 roku latałem w Aeroklubie War- szawskim. Startowało się na holu za samolotem i po osiągnięciu wysokości rzędu 200–300 metrów ponad poziom startu odcze- piało się linę holowniczą, aby latać wykorzystując termiczne prą- dy wznoszące. Wznoszenie nie kończyło się u podstawy cumu- lusa, ale można było też je wykorzystywać (zazwyczaj silniejsze), wewnątrz chmury. Wymagało to wyższych kwalifikacji, pilotowa- nia „na ślepo” jedynie z pomocą przyrządów pomiarowych. Latanie wiązało się też, w tym pionierskim okresie, z niebez- piecznymi przygodami. Pamiętam jak w lecie 1938 roku omal nie przypłaciłem swojej pasji życiem. To był lot na szybowcu „Sro- ka” konstrukcji Antoniego Kocjana. Holował mnie Żurakowski, student kończący Wydział Lotniczy Politechniki Warszawskiej, pilotując RWD-8, dwumiejscowy samolot szkolny zbudowany w 1933 r. według planów inż. Stanisława Wigury. Wkrótce wró- cimy jeszcze do Żurakowskiego. Lecąc nad Dworcem Głównym odczułem silny flatter skrzydeł. Flatter, to drgania skrzydeł lub lotek wywołane, z  grubsza mówiąc, na skutek niedopasowania wytrzymałościowych charakterystyk skrzydła do sił aerodyna- micznych. Flatter jest niebezpieczny i  bywał (obecnie rzadziej) przyczyną katastrof lotniczych. W wyniku silnych drgań skrzydła 23 Irena Kępówna odwiedzała mnie, kiedy na stałe mieszkałem we Francji. mogą ulec zniszczeniu. Będąc nad Dworcem Głównym, na wy- sokości nie większej niż 100 metrów, oceniając, że sytuacja jest groźna, odczepiłem się od samolotu. Zmniejszyła się prędkość, flatter ustał. Ale natychmiast zdałem sobie sprawę, że jestem nad dachami Warszawy i nie dociągnę do lotniska. Na szczęście lot odbywał się po południu – dachy domów były mocno nagrzane i promieniowały, dając w efekcie niewielkie wznoszenie... i jakoś, z duszą na ramieniu, dociągnąłem do lotniska mokotowskiego. Tak się złożyło, że już po wojnie, kiedy mieszkałem w Anglii, bohater II wojny światowej, dowódca jednego z dywizjonów my- śliwskich, Janusz Żurakowski, napisał do mnie list. Chciał zasię- gnąć porady dotyczącej swego projektu – konstrukcji szybkiej ło- dzi żaglowej, która była kombinacją łodzi z szybowcem (w mojej książce Aerodynamika żagla wspominam o tym projekcie). 24 Żurakowski mieszkał na stałe w Kanadzie, był wybitnym pilo- tem oblatywaczem i bohaterem tego kraju; jako pierwszy przekro- czył szybkość dźwięku na samolocie odrzutowym australijskiej konstrukcji. Był tak szanowany, że w Kanadzie wydano srebrną 20-dolarową monetę na jego cześć. Na rewersie jest królowa bry- tyjska a na awersie Żurakowski. W projekcie Żurakowski nie wziął pod uwagę tzw. ground effect, tzn. wpływu powierzchni wody lub ziemi na siły aerodynamiczne skrzydła. Kiedy samolot podchodzi do lądowania, efekt ten zwięk- sza sprawność aerodynamiczną skrzydeł. Żurakowski wspomniał w jednym z listów, że rzeczywiście, kiedy lądował na P-11 (przed- wojenny myśliwski samolot) na lotnisku zapasowym, to go niosło i niosło i musiał podejść do lądowania jeszcze raz, bo mu zabrakło długości lotniska. W jednym z listów zapytałem czy student PW Żurakowski, który holował mój szybowiec nad Warszawą to jego rodzina. Okazało się, że to jego brat cioteczny. Rozwinęliśmy naszą korespondencję, otrzymałem w prezencie tę monetę 20-dolarową. rozpocząłeś studia... Tak, zacząłem studiować na Wydziale Lotniczym Państwowej Szkoły Technicznej, która została później połączona z  Wyższą Szkołą Budowy Maszyn i  Elektrotechniki im. H. Wawelberga i  S. Rotwanda w  Warszawie. Pamiętam przełomowy moment podczas moich studiów – egzamin z wytrzymałości materiałów. Zawaliłem ten egzamin (miało to pewien związek z  intensyw- nym lataniem w aeroklubie). Wykładowcą był Cezary Stepowski, pułkownik, pilot, znakomity ekspert w dziedzinie wytrzymało- ści materiałów. Nosiłem w klapie odznakę pilota szybowcowego. Zwraca się do mnie: 25 Zacząłem studiować na Wydziale Lotniczym Państwowej Szkoły Technicznej. – Panie Marchaj, dostrzegam u pana odznakę pilota. Jak panu nie wstyd przychodzić nieprzygotowany na egzamin? Był to egzamin okresowy, a nie końcowy. Tak mnie ta uwaga niesłychanie dotknęła, że postanowiłem – coś podobnego wię- cej się już nie powtórzy. W ciągu pół roku zostałem prymusem na Wydziale Lotniczym. W nagrodę za wyniki otrzymałem sty- pendium na wyjazd do Paryża, na Międzynarodowy Salon Lotni- czy, który odbywał się co dwa lata w Grand Palais. To był koniec roku 1938. Wyjechałem w grudniu przez Niemcy. Stypendium było nie- wielkie, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności nasza waluta stała wówczas wysoko; tak że zarówno w Niemczech, jak i we Francji nie czułem się biednym studentem. Zatrzymałem się w Berlinie na jeden dzień, ale ponieważ, mimo wszystko, nie było mnie stać na hotel, zanocowałem w rodzinnym pensjonacie, jaki w Anglii nazywa się popularnie „bed breakfast”, czyli śniadanie i łóżko. Gospodyni wręcz macierzyńska, przygotowała wygodne posłanie i dobrą kolację, więc komfortowo przespałem noc. Rano wysze- 26 dłem zobaczyć Berlin. Wyjeżdżając z Polski czułem narastającą atmosferę wojny. Tu w Berlinie zaskoczyło mnie wesołe, przed- świąteczne podniecenie, na placach grały orkiestry wojskowe. Włócząc się trafiłem na Alexander Platz, duży plac w centrum Berlina – było tam kino. Nazywało się Ufa. Wyświetlano film – „Ein Tag in Warschau”. Zainteresowałem się dlaczego w Niem- czech grają taki film, o czym jest ten „Dzień w Warszawie”. Ku- piłem bilet. Treść filmu – najkrócej opowiadając – polegała na tym, że zespół niemieckich aktorów przyjeżdża do Warszawy, by zagrać razem z polskimi aktorami którąś ze sztuk Szekspira. Mię- dzy aktorem niemieckim a Polką, a grała tę Polkę Lidia Wysocka, znana przedwojenna i powojenna aktorka, zawiązuje się romans i miłość, która kończy się ślubem. Jednym słowem typowy happy end. Zastanawiałem się: z jednej strony atmosfera bliskiej wojny, która jak się okazało miała wybuchnąć już za około pół roku, a tu w Berlinie oglądam film o przyjaźni polsko-niemieckiej, o miło- ści Niemca do Polki. Zdumiewająca sprzeczność trudna do roz- wikłania. W Paryżu powitał mnie mój wuj, który był attache handlowym w  ambasadzie polskiej – Stefan Mrożkiewicz. Zaopiekował się mną, wynajął mi wygodne pomieszczenie w tym samym pensjo- nacie, w którym sam mieszkał. Pamiętam, było to przy Avenue du Cesne, niedaleko mostu na Sekwanie wiodącego do Grand Pala- is. Pensjonat prowadziła życzliwa nam gospodyni, a obsługa była ubrana w czyste fartuszki, czyste kapturki, pięknie to wyglądało. Urok jaki teraz znikł niemal zupełnie z francuskich pensjonatów i hoteli. Tam jadałem śniadania, obiady i rzadziej kolacje. Pod- czas jednego z  obiadów miało miejsce dość nieprzyjemne (jak wydawało mi się wówczas, a  teraz z  perspektywy czasu raczej śmieszne) wydarzenie. Zwykle jadał ze mną wuj, ale w tym dniu 27 W Paryżu na moście Aleksandra. Grudzień 1938 r. spóźnił się. Kartę menu przyniosła mi wdzięczna panna, w któ- rej w moim wieku łatwo było się zakochać. Nie znałem francu- skiego, jedynie trochę łacinę i niemiecki – wpatrywanie w kartę menu niewiele mi dało, abra kadabra. Obiad składał się z kilku dań, z sześciu czy siedmiu. Na chybił trafił wybrałem pierwsze danie. Kelnerka przyniosła mi na talerzu artichoke. Nigdy w życiu w Polsce nie jadłem artichoke (teraz są oczywiście u nas znane, pod polską nazwą karczochy). Wiedziałem, że Francuzi spożywa- ją dziwne rzeczy, ślimaki, żabie udka itd. Zastanawiam się jak się do tego zabrać – przekroić na pół, na ćwiartki, widelcem, nożem? Patrzę czy ktoś przypadkiem nie zamówił tego samego, nieste- ty, byłem jedyny z aritichoke na talerzu. Nie mogłem czekać zbyt 28 długo. Przekroiłem je na pół, na ćwiartki, część liści z kolcami odpadła i  zacząłem jeść miękkie części, ale co zrobić z  resztą? I zrezygnowany zjadłem wszystko, razem z kolcami. Kiedy skoń- czyłem przyszedł mój wujek, i  w  międzyczasie panienka, żeby przyjąć zamówienie i coś do mojego wuja mówi. A on mnie pyta: – Czesław, jadłeś artichoke, ale gdzie jest reszta? – Zjadłem – powiadam i wzbudzam wesołość. Skompromitowałem się. Nauka nie poszła jednak w las. Na- uczyłem się jeść karczochy. A jakie wrażenie wywarł na tobie salon lotniczy? Wystawa zaskoczyła mnie dużym udziałem polskiej produkcji lotniczej. Państwowe Zakłady Lotnicze wystawiły wówczas całą swoją prototypową produkcję. Mieliśmy ładne stoisko, pokazano nasze myśliwce, lekkie bombowce Karaś i Łoś, samolot obserwa- cyjny Mewa. Bombowiec PZL 37 Łoś zdobył złoty medal wysta- wy. Obok było stoisko niemieckie. Niemcy wystawili tylko jeden bombowy samolot tzw. latający ołówek (fliegender Bleistift), miał niezwykle smukły kadłub. Te bombowce zauważyłem nad War- szawą kilka miesięcy później. Mój wuj zajmował się w ambasadzie sprawami handlu i prze- mysłu. Ponieważ do Paryża przyjeżdżali często wpływowi przed- stawiciele przemysłu z Polski, wuj urządzał dla nich kolacje. Pa- miętam pewnego wieczoru znaleźliśmy się w restauracji hotelo- wej, było nas czworo: mój wuj, ja i dwóch polskich przemysłow- ców. W  towarzyskiej rozmowie, zaczęliśmy wspominać szkoły, które kończyliśmy. Ku naszemu zdumieniu okazało się, że wszy- scy oprócz mojego wuja, uczęszczaliśmy do gimnazjum Śnia- deckiego w Kielcach. Świat już wówczas okazał się bardzo mały. 29 Wiele lat później, kiedy na stałe mieszkałem we Francji, gdzieś na dalekiej prowincji, na jednym z przyjęć spotkałem Polaka, który, jak łatwo się teraz domyśleć, był absolwentem gimnazjum Śnia- deckiego w Kielcach. po ukończeniu studiów zacząłeś pracować... W  Instytucie Aerodynamicznym Politechniki Warszawskiej. Zajmowałem się m.in. pomiarem aerodynamicznej sprawności prototypów samolotów bojowych w tunelach aerodynamicznych. Testowany był m.in. nowy myśliwiec „Jastrząb”. Zajmowałem się tam badaniem sprawności samolotów. Podobnie jak w wyczyno- wym żeglarstwie, np. America’s Cup, konstruktorzy na etapie pro- jektu interesują się, jakie będą osiągi prototypu. I to się badało, siły ważyło się odważnikami. Jednym z moich pierwszych zadań było zbadanie, czy można w przedniej osłonie samolotu myśliwskiego P-11 wyciąć małe okienko, przez które pilot mógłby obserwować celownik karabinu maszynowego. Osłona pilota w pewnych wa- runkach lotu, kiedy samolot gwałtownie obniża wysokość lotu, na skutek zmian wilgotności i temperatury, zasnuwała się parą i w rezultacie pilot miał ograniczone możliwości oddania celnego strzału. Niestety nie znalazłem rozwiązania problemu. Tuż przed wybuchem wojny pracowaliśmy w  instytucie na dwie zmiany i w dzień, i w nocy. Badaliśmy głównie prototypy samolotów myśliwskich. Polacy byli bardzo zaawansowani w za- kresie konstrukcji nowych typów samolotów. Mieliśmy bardzo zdolną czołówkę inżynierów: Rogalski, Wigura, Drzewiecki, Dą- browski, który projektował „Łosia”, z żeglarzy Sołtyk. Poznałem m.in. oblatywacza „Łosia”, który lubił ryzykowne akrobacje i wy- konywał je m.in. na „Łosiu”, czego nie wolno mu było robić, ale 30 takim był entuzjastą, że nie zważał na zakazy. Słynął z tego, że przelatywał pod mostem kolejowym. A  różnica między pozio- mem Wisły, a przęsłem mostu jest niewielka i trzeba było znako- micie panować nad sterami samolotu. Za te wyczyny był degra- dowany o jeden stopień – z sierżanta na kaprala, po czym znowu awansowany do stopnia sierżanta. pamiętasz swoje ostatnie wakacje przed wojną? Moje ostatnie wakacje przed wojną to było latanie w Aeroklu- bie Warszawskim i praca w Instytucie Aerodynamicznym Poli- techniki Warszawskiej. WOJNA i OKUpAcJA Jak wspominasz pierwsze dni wojny? Atmosfera była wręcz entuzjastyczna. Pamiętam dzień, kiedy pracowałem w  Instytucie Aerodynamicznym, było rano i  uli- cami Warszawy przechodziły tłumy, śpiewając „Jeszcze Polska nie zginęła”, „Marsyliankę”, „Pierwszą Brygadę”, „Hej kto Polak na bagnety” itd. Atmosfera była pełna wiary w słuszność naszej obrony i  nadziei na pomoc Zachodu. Takie były pierwsze dni wojny. Potem pamiętam, jak do szpitala im. Marszałka Piłsud- skiego, który mieścił się naprzeciw Instytutu Aerodynamicznego, zaczęły przyjeżdżać karetki z rannymi żołnierzami z frontu. Nie zmieniło to atmosfery panującej wśród mieszkańców Warszawy. Społeczeństwo było przekonane, że Zachód jest z nami, Francuzi już maszerują w głąb Niemiec, Anglicy bombardują. Wszystko okazało się nieprawdą, ale ludzie chcieli wówczas wierzyć, że nie jesteśmy sami. Nie zostałeś zmobilizowany? Nie zostałem wcielony do wojska dlatego, że Czesław Bieniek, kierownik Instytutu Aerodynamicznego mnie wyreklamował. Powiedział: – Czesław, ciebie w wojsku zastąpią inni, ale niewielu ciebie za- stąpi w instytucie. Miał jakieś przekonanie, że jestem wart takiej opieki, bo może czekają mnie jakieś naukowe osiągnięcia. Wierzył we mnie i wiel- ce mu jestem za to wdzięczny. 6 września dostaliśmy nakaz ewakuacji do Kowla. Było bez- pieczniej iść pieszo niż jechać koleją. I pamiętam, Polska wyda- ła nam się piękna, śpiewaliśmy pieśń Wincentego Pola „Piękna nasza Polska cała. Piękna, żyzna i wspaniała”. I w tej podniosłej 35 atmosferze szliśmy na wschód. Zaczęły nas uderzać obrazy nę- dzy ludzi, którzy z resztkami dobytku na wozach lub pieszo cią- gnęli, jak my, na wschód. Potem pojawili się niepochowani zabici w rowach, konie z rozdętymi brzuchami. Śmierć była na drodze. Samoloty niemieckie bombardowały idącą ludność, w bestialski sposób. Nie mogłem zrozumieć mentalności pilotów, którzy po- zwalali sobie na ostrzeliwanie cywilów, starców, kobiety i dzieci niemających nic wspólnego z wojną. Kiedy przyszliśmy do Kowla, dowiedzieliśmy się, że Rosja- nie uderzyli z  drugiej strony. Sytuacja była niepewna, nie było wiadomo czy wchodzą jako przyjaciele, aby nam pomóc, czy jako wrogowie. Poszliśmy na plac garnizonowy w Kowlu, gdzie zgromadzona była ogromna liczba oficerów i żołnierzy. Niektó- rzy przemawiali. Co robić? Czy iść na zachód, znaczy wracać do Warszawy, czy iść na wschód. Pamiętam słowa oficera w długim kawaleryjskim płaszczu, przekonywał: – Bracia, idziemy do Słowian. To są nasi przyjaciele, będziemy razem walczyli przeciw Niemcom o wolność Polski. Duża grupa podążyła na wschód za tym, który głosił tę sło- wiańską ideę. Myśmy też mieli problem czy iść na wschód, czy wracać do Warszawy, bo w Kowlu, jak się okazało, nie było żad- nych możliwości uruchomienia Instytutu Aerodynamicznego. Zdecydowaliśmy się, chyba pod moim wpływem, że jednak wra- camy do Warszawy. Miałem jakąś nieufność do Rosjan, którą wbudowała we mnie literatura Piłsudskiego i jego dzieje. W mojej rodzinie zarówno ze strony matki, jak i ojca byli le- gioniści, którzy służyli w legionach i uwielbiali Piłsudskiego, więc ja byłem w pewien sposób, można powiedzieć, także piłsudczy- kiem. Pamiętam na akademiach szkolnych, w gimnazjum, postać Piłsudskiego była eksponowana. Na jednej z  takich akademii 36 w Kielcach, deklamowałem wiersz, którego zakończenie do dziś dnia pamiętam. Tyle lat minęło – 80, a pamiętam to zakończenie: „i żeś niewolne zmazał błędy, i żeś wyśpiewał hymn uniesień, i żeś rycerzu doskonały najwyższej wieków godzien chwały-legendy”. Piłsudski umarł w maju 1935 roku, w tym roku w maju padał śnieg z deszczem. Pojechałem z ojcem żałobnym pociągiem, któ- ry wiózł trumnę z marszałkiem do Krakowa, na Wawel. Nie było łatwo załatwić sobie wejściówkę na taki pociąg, ale jak już wspo- mniałem wcześniej mój ojciec pracował w Komendzie Głównej Policji Państwowej i miał pewne wpływy. Nie wyobrażasz sobie, jak ludzie żegnali Piłsudskiego, jak wzruszająco. Trumna marszałka okryta wstęgą Virtuti Militari oświetlona reflektorami leżała na lawecie, na niej buława, szabla i maciejówka. Przy trumnie wartę honorową zaciągnęli szwole- żerowie. Pociąg przejeżdżał przez rozliczne stacje, a przy torach klęczeli ludzie. Płonęły pochodnie, palono ogniska, bito w werble i dzwony, słychać było gwizd syren fabrycznych, rzucano polne kwiaty na tory. Ogromna manifestacja umiłowania dla Piłsud- skiego. Przyszło tysiące osób bez względu na narodowość, różni- ce wyznaniowe, poglądy polityczne. A przecież nikt ich do tego nie zmuszał. To jest wyjątkowa postać w naszej historii. Piłsudski umarł jako ubogi człowiek, posiadał jedynie mały majątek w Su- lejówku, który ofiarowało mu społeczeństwo. W uroczystościach na Wawelu nie brałem już udziału. Odwie- dziliśmy rodzinę w Krakowie i szybko wróciliśmy do Warszawy. Piłsudski to była postać otoczona legendą. W tej atmosferze dojrzewałem. W jego książkach, które wuj Józef Kmita mi poży- czał uderzała mnie, chociaż nie rozumiałem wszystkiego, poetyc- ka natura wypowiedzi marszałka. Tak więc można powiedzieć, że pod wpływem Piłsudskiego wróciliśmy z kolegami do Warszawy. 37 przed wojną nie miałeś kontaktu z żeglarstwem. Wówczas z żeglarstwem nie miałem nic wspólnego, ale pod- czas wojny, w  drugiej połowie okupacji jak to się mówi „robi- łem” w inicjatywie prywatnej i byłem na tyle zamożny, że mogłem sobie kupić łódkę konstrukcji Sieradzkiego. Zacząłem żeglować po Wiśle. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, że w wojennej Warszawie było miejsce także na żeglowanie i budowanie nowych łodzi. co to była za łódka? To była Omega, chociaż znana też jako Hetka, 15-metrowa, pięknie wykończona, chyba jedna z  najpiękniejszych łodzi na Wiśle. Zaprojektował ją i  zbudował, jak wspomniałem, Juliusz Sieradzki – Rebe, znakomity konstruktor, miał swoją „stocznię” Pływało się na tzw. oleandry, spało się tam, rano jadło na wyspie śniadanie. 38 koło mostu Poniatowskiego. Od tamtej pory datuje się moja przy- jaźń z Sieradzkim, po wojnie los jeszcze wielokrotnie nas ze sobą łączył. Pływaliśmy dużo, potem na większych jednostkach, na Przygodzie, ale to dopiero po wojnie. Pierwszy raz „na żagle” na Wiśle wybrałem się chyba w roku 1942. Żeglowanie po Wiśle było dość bezpieczne, bo nie było tam Niemców, nie było łapanek. Wiele osób żeglowało, biwakowało się na wiślanych wyspach. Pływało się na tzw. oleandry, spało się tam, rano jadło na wyspie śniadanie. Pierwszy raz wybrałem się z bratem. Nie miałem wówczas zie- lonego pojęcia o żeglowaniu. Postawiliśmy żagle... A brat już kiedyś żeglował? Nie, był młodszy ode mnie o 6 lat i też nie miał żadnego po- jęcia o  żeglowaniu. Tyle, że ja byłem wyszkolony w  dziedzinie aerodynamiki, wprawdzie nie żagla, ale i w lotnictwie, i w żeglar- stwie zagadnienia dotyczące aerodynamiki są podobne. Posta- nowiliśmy płynąć w górę Wisły, żeby mieć rezerwę na powrót, z prądem, a nie pod prąd. W górę Wisły wiał dość silny forde- wind i nic dziwnego, że zaczęły się nieprzewidywane przez nas zwroty przez rufę. Irytująca, nerwowa sytuacja, bo przerzucanie grota było dla nas nieprzewidywalne, a silny wiatr powodował, że następujące potem wyostrzanie było trudne do opanowania, a przechyły tak duże, że groziła nam wywrotka. Ale jakoś prze- trwaliśmy te niekontrolowane rufy i  potem już ostro na wiatr dobiliśmy do brzegu. To była nasza pierwsza żegluga. Potem jako amator, samouk wielokrotnie pływałem po Wiśle i dosze- dłem do pewnej perfekcji. Regat wtedy w zasadzie nie urządza- no, tak więc nie można było się sprawdzić, ale sądzę, że opano- 39 Z Janą na Omedze. wałem sztukę żeglowania dość dobrze, jakkolwiek bez pomocy instruktora. Tak się później złożyło, że bez formalnego wykształcenie w że- glarstwie zostałem trenerem kadry narodowej, mistrzem i wice- mistrzem Polski w klasie Finn, wygrywałem długie regaty War- szawa–Gdańsk na Wiśle. Ale to oczywiście dopiero po wojnie. W okresie niemieckiej okupacji na Wiśle działały dwie przy- stanie, jedną prowadził Sieradzki (koło mostu Poniatowskiego, po stronie warszawskiej), a drugą po stronie praskiej Kurke, który był nieszkodliwym folksdojczem. Swoją Hetkę trzymałem u Kur- kego, a także drugą większą łódkę „25”, którą budowałem. Kurke pomagał mi przy jej wykańczaniu i traktował mnie jak głównego klienta na swojej przystani. Pewnego popołudnia wracając z ole- andrów z Janą na Omedze Zbyszka Szymańskiego (na której tylko mnie pozwalał żeglować, bo była przeżeglowana i trudna do pro- 40 wadzenia), zobaczyłem żonę Kurkego, która dawała mi rękami gwałtowne znaki. Podpłynąłem do brzegu. Jana została w łódce, a  żona Kurkego, zrozpaczona, ze łzami zaprowadziła mnie do domu. Na stole leżały nagie zwłoki jej męża, z przestrzeloną klat- ką piersiową. Nieznajomy osobnik zastrzelił go na oczach żony i  dzieci. Wstrząsające wrażenie widzieć martwego człowieka, z kilkoma niewielkimi otworami w klatce piersiowej, nie zauwa- żyłem krwi, tylko te małe dziury... Wspomniałeś, że podczas pływania po Wiśle zostałeś aresztowany. Jak to było? Dość niewiarygodna przygoda. Kiedy to było? Pod koniec lata w roku 1943. Moja przyszła żona Jana z koleżanką Basią Lilpo- pówną, przebywały na wakacjach nad Wisłą we wsi Górki. Obok ze swą żoną, Włoszką Mariddą, letniskował Zbyszek Szymański (później dyrektor Szkoły Morskiej w Szczecinie). Postanowiłem popłynąć do nich w  odwiedziny. Załadowałem łódź ciastkami, w Warszawie robiono doskonałe ciastka, nigdy później takich nie jadłem. Były produkowane z paczek otrzymywanych z Zachodu, przez panie z  tzw. dobrych domów. Załadowałem także nieco wina Riesling. W Polsce Riesling przychodził oczywiście jako za- opatrzenie dla Niemców. Pomimo wojny Polacy wynaleźli wiele sposobów „kiwania” Niemców, byli bardziej inteligentni od nich, dzięki czemu zaopa- trzenie było dość niezłe, oparte przede wszystkim na różnych „le- wych” interesach z Niemcami. Należy może dodać, że we wcze- snych latach wojny (1939–1942), panowała w  Polsce niekiedy skrajna nędza i terror, nie będę o tym mówił, bo jest to dobrze znane. Jednak w miarę przeciągania się wojny, Niemcy, z wyjąt- 41 kiem gestapo, stawali się coraz bardziej zdemoralizowani i po- datni na przekupstwo, czego sam doświadczyłem. Po tej krótkiej dygresji wróćmy do Twojego pytania. Wypłynąłem o zmierzchu, wiatr był dość silny, nie obawiałem się ciemności, bo znałem Wisłę i często pływałem w nocy sypiając w łodzi. Płynąc w górę rzeki, spotkałem kolegę, Włodzia Galina. Silnie zdenerwowany ostrzegał mnie: – Czesław, gdybyś był zmuszony do zatrzymania się gdzieś na kotwicy, to unikaj praskiej strony Wisły. Trzymaj się warszawskiej strony, bo na mnie w nocy napadła jakaś banda, o mało nie przy- płaciłem tego życiem, kompletnie mnie obrabowali, wszystko, co było cenne zabrali. Uważaj, trzymaj się warszawskiej strony! Popłynąłem dalej. W pewnym momencie wiatr klapnął, na wy- sokości wsi Zawady. Zrzuciłem żagle i stanąłem na kotwicy. Po- nieważ miałem na łodzi adapter elektryczny na płyty (podłączo- ny pod akumulator samochodowy i transformator) mogłem więc słuchać muzyki. Miałem duży wybór doskonałych płyt. Pamię- tam dobrze, że odtworzyłem wtedy piosenkę Grety Keller (miała głos podobny do głosu Marleny Dietrich). Śpiewała po angielsku „In the dark”, niskim altem... Lubiłem słuchać muzyki na wodzie. Często zbieraliśmy się z kolegami na wiślanych wyspach i tam urządzaliśmy koncerty. Posłuchałem Grety Keller i ułożyłem się do snu. Zaciągnąłem żagiel na bom, jak namiot i usnąłem. Budzą mnie strzały i gwizd kul odbijających się od wody; rykoszetujące kule wydają charakterystyczny, smutny dźwięk. Podnoszę żagiel z  bomu, i  widzę, sądząc z  ogników z  karabinowych, że z  wału wiślanego strzela w moim kierunku, ale nie wprost kilku ludzi. Ślady kul były widoczne z przodu i z tyłu łodzi. Nie mierzono wprost w kadłub. Co robić? Jest księżycowa noc. Wisła wyraźnie oświetlona, cisza zupełna i tylko świst kul uderzających w wodę. 42 Wyskoczyłem w butach gumowych tzw. kotwicach (których nie zdjąłem na noc) za burtę. Schowałem się za miecz, który był sta- lowy i chronił mnie od ewentualnych trafień. Słyszę głos: – Ty tam skurwysynu, dobijaj do brzegu, bo cię zaraz rozwalimy. Zastanawiam się, piaski, łacha są niedaleko, może tam podpły- nąć lub dojść, ale ja nie umiem pływać. Żeglowałem dlatego, że nie umiałem pływać. Niechybnie utopię się w moich kotwicach na nogach. A jak się nie utopię, to mnie odstrzelą, bo woda była oświetlona, każdy ruch był widoczny. A z wału krzyczą: – Ty sukinsynu dobijaj do brzegu, bo cię rozwalimy. Co mi pozostało? Wdrapałem się do łodzi, cały mokry i do- wiosłowałem pagajem do wału. Otoczyła mnie banda ludzi w cy- wilnych ubraniach, mówiących po polsku. Wnioskuję logicznie, że to ta banda, o której ostrzegł mnie Galin. Najwyraźniej prze- dostali się na warszawską stronę Wisły. Zaczęli mnie tłuc kolba- mi karabinów. Jeden z nich zapytał gdzie mam kenkartę (dowód osobisty wydawany przez władze niemieckie). Miałem ją w tyl- nej kieszeni spodni. Wyciągnęli kenkartę rozłożyli ją na moich plecach, ktoś świecił latarką. Potem zacumowali łódź na jakimś kołku. I zaczęliśmy iść. Biję się z myślami: jak to jest możliwe? Tak blisko Warszawy, ci ludzie bezczelnie strzelają, nie boją się Niemców. Coś mi tutaj nie gra. Dlaczego mnie bili i pytali o ken- kartę, za kogo mnie biorą? Mówią po polsku, ubrani są po cy- wilnemu. Co to za ludzie? Zbliżamy się do pierwszego budynku wsi, na drzewach rosną jabłka. Dostrzegam to, bo zaczyna świtać. Pod drzewami ustawione karabiny w kozły, tak jak się stawiało w wojsku. Na słomie, pod drzewami, leżą ludzie odpoczywając. Prowadzą mnie do jakiegoś domu i stawiają pod ścianą. Obok stał jakiś młody człowiek, odwrócony twarzą do ściany. Zapukali w szybę, pojawił się facet, dojrzałem jego zarośniętą twarz, cha- 43 rakterystyczną, utkwiła mi w pamięci. Nosił koszulę z wystającą spinką na grdyce, bez kołnierzyka. Rozkazuje: – Odwróć się do ściany. Usłyszałem cichy szczęk odbezpieczanego pistoletu, znałem się dobrze na broni. Ogarnęło mnie złe przeczucie. Co się tutaj dzie- je?! Kto to jest ten młody człowiek, który stoi obok mnie? Nagle kątem oka dostrzegam jak ten zarośnięty za nami strzela człowie- kowi obok mnie w tył głowy. On wali się na mokrą trawę. Dla- czego mokrą trawę, nie wiem. Ja byłem mokry, trawa była mokra i on leżał lekko drgając na tej trawie. Zareagowałem instynktow- nie, odwracając się do tego, który strzela. I uświadomiłem sobie makabryczny nonsens w tym wszystkim o się dzieje wokół mnie. Mam za chwilę zginąć? Chwyciłem go za rękę i nieludzkim, nie- swoim głosem, który wydobywał się gdzieś z mego wnętrza, wy- krztusiłem: – Człowieku nie strzelaj! Do dziś zadaję sobie pytanie dlaczego wówczas nie zastrzelił mnie. Czy dlatego, że chwyciłem go za rękę, w  której trzymał broń? Czy dlatego, że się odwróciłem i spojrzałem w jego oczy? Wydaje mi się, że trudniej jest strzelać prosto w twarz człowieka, łatwiej w tył głowy, w anonimową czaszkę. Egzekutor, który przed chwilą zabił stojącego obok mnie człowieka zawahał się chwilę i zapytał: – Będziesz dostarczał nam broń? Zgodziłem się bez wahania; czy ktoś w  takiej sytuacji dałby inną odpowiedź? Schował pistolet do bocznej kieszeni marynarki i wydał rozkaz, żeby mnie odprowadzić. Dwóch „partyzantów” czy „nie-partyzantów” wzięło mnie pod ręce. Obeszliśmy dom dookoła i  doszliśmy ścieżką do piwnicy, częściowo wkopanej w ziemię, z dachem pokrytym ziemią i trawą. Takie piwnice były 44 budowane przy chałupach na wsiach. Zaryglowali drzwi i siedzę w ciemności. Wylałem wodę z butów, wycisnąłem wodę z ubra- nia i rozmyślam usiłując rozwiązać niejasne ciągle dla mnie wy- darzenia, które doprowadziły mnie niemal do śmierci, a w końcu do uwięzienia w wiejskiej piwnicy. Zaczyna dnieć, patrzę przez szparę w drewnianych drzwiach i dostrzegam dom wybielony z dodatkiem ultramaryny, wzdłuż chodnika kwitną kwiaty, a koło ścian malwy, drzewa owocowe... piękny obrazek. Tak, wiejski, uroczy obrazek, ale nie mogę go podziwiać, bo go- rączkowo usiłuję zgadywać, jaki będzie mój los? Co ze mną zro- bią? Najważniejsze jednak, że jak na razie żyję. Dygocę z zimna. Jest wczesna jesień, a ja jestem przemoczony od stóp do głowy. Robi się coraz jaśniej. W pewnym momencie słyszę nadjeżdża- jący samochód. Zatrzymuje się gdzieś koło furtki. Otwierają się drzwi samochodu, słabo widzę, bo zasłania mi płot i... z przeraże- nia osłupiałem. Przez furtkę przechodzi gestapowiec, za nim dru- gi, w jasnobrązowym mundurze SA, ze swastyką na ramieniu. Idą w kierunku piwnicy, w której mnie zamknięto. Otwierają drzwi, wykręcają mi ręce do tyłu, zakładają automatyczne kajdanki... kląknięcie. Jak nieco poruszę dłońmi zaciskają się bardzo bole- śnie na kościach przegubów. Wściekły ból. Sadzają mnie między sobą w samochodzie i odjeżdżamy. Teraz wiem, w jakich rękach się znajduję i co mnie czeka. Oba- wiam się tortur w śledztwie. Zgodziłem się przecież, że będę do- starczał broń, są świadkowie. Ciągle jednak nie wiem, kim są cywile, którzy złapali mnie nad Wisłą. Czyżby byli to Polacy współpracujący z gestapo? Znacznie 45 później, kiedy wyrwałem się na wolność, dowiedziałem się, że we wsi Zawady mieszkali od wielu, wielu lat osiedleńcy niemieccy, tzw. plattdeutsche. Wrośli z czasem w polskie środowisko, dosko- nale opanowali język polski, ale jak nastała niemiecka okupacja przypomnieli sobie, że są Niemcami. Nie wchodzę dalej w szcze- góły, ale wypada dodać, że w nocy kiedy mnie aresztowali, ocze- kiwali wysłannika bandy terrorystycznej, który miał odebrać od nich okup pieniężny. Trzeba było mieć wyjątkowego pecha, żeby zacumować na Wiśle w nieodpowiednim miejscu i nieodpowied- nim czasie. Po tej dygresji wracam do naszego tematu. Jadąc samochodem do gestapo spoglądałem przez okno z nadzieją, że mnie ktoś ze znajomych przechodniów rozpozna i powiadomi rodziców. Nie- stety próżną nadzieją. Obawiałem się, że gestapo może przepro- wadzić rewizję w moim domu i znajdzie kompromitujące mnie dokumenty. Byłem kapralem podchorążym AK z  przydziałem do wywiadu i z tego tytułu posiadałem (okresowo przychodzące) dowody, meldunki, itp. Gdyby te materiały wpadły w ręce gesta- po, to już nic nie mogłoby mnie uratować od tortur i śmierci. Dojechaliśmy w końcu do Alei Szucha i gestapo. Pozostawiono mnie w dużym holu na parterze, bez dozoru. Stoję i czekam z nie- pokojem, dręczy mnie nieludzki ból spowodowany zaciśniętymi kajdankami. Mokre ubranie łagodzi nieco, jak kompres, dokucz- liwość ciała. Skądś dopływają piękne melodie z  operetki Lehara „Kraina uśmiechu”. W pewnym momencie pojawiły się wesolutkie dziew- czyny tzw. blitzmadel (obsługujące telefony i radiostacje). Pod- chodzą odważnie do mnie i jedna z nich odgarnia moje mokre włosy spadające na czoło i oczy i pyta kim jestem. Odpowiadam po niemiecku: 46 – Ich bin ein unglucklich siegler (jestem nieszczęśliwym żegla- rzem). Moje morskie żeglarskie ubranie i buty gumowe nie pozosta- wiają wątpliwości. Zauważyła, że jestem w  kajdankach. Jedna z nich przynosi klucz z bliskiego pokoju i uwalnia mnie z kajda- nek. Co za ulga. Jakże jestem tym samarytankom wdzięczny. I  znowu krótka dygresja. Kilka miesięcy wcześniej (przed moim aresztowaniem na Wiśle) żeglując z bratem wyciągnęliśmy z Wisły dwie Niemki. Było to w dzień św. Jana, kiedy to Wisła zwykle mocno przybiera. Dość silny wiatr powodował, że rzeka była burzliwa. Niemki, jak się okazało później, pracowały w ge- stapo jako tzw. blitzmadeln. Żeglowały na Olimpijce i wskutek dość silnego wiatru wywróciły łódź. Ładne dziewczyny, nie było łatwo wyrwać je z wody, bo miały śliskie ciała powleczone wiśla- nym mułem. Wziąłem ich Olimpijkę na hol i podpłynąłem do przystani SS, bo poprosiły, aby tam je wysadzić. Czy któraś z tych dwóch blitzmadeln była wśród dziewczyn, które wyzwoliły mnie z kajdanek w gestapo i rozpoznała mnie jako ich ratownika na Wiśle – bardzo możliwe. W rozmowie między sobą wydawały się bardzo ożywione. Znałem niemiecki z nauki w gimnazjum, ale nie na tyle biegle, aby zorientować się o czym one szybko, w pod- nieceniu rozmawiały. Wkrótce po tym wydarzeniu ratowniczym na Wiśle wyciągnąłem z rzeki tym razem parę niemiecką. Ster- nik, raczej niezbyt biegły w sztuce żeglowania wyłożył po dużym przechyle swoją Hetkę. Dowiedziałem się wkrótce, że nazywał się Pfefer. Był dyrektorem Arbeitsamtu w Warszawie (niemiecki urząd pracy, w którym zajmowano się m.in. organizacją wyjaz- dów na przymusowe roboty do Rzeszy). Duża figura w niemiec- kiej administracji. Jego pani rozpaczliwie krzyczała hilfe, hilfe, wzywając pomocy. Byłem niedaleko, ale z wielkim trudem udało 47 mi się, z pomocą jej towarzysza, tę raczej zażywną Niemkę prze- transportować do mojej łodzi. Podobnie jak w przypadku Olim- pijki wziąłem Hetkę pana Pfefera na hol i dopłynąłem, z niema- łym trudem, do przystani Kurkego, w której trzymał, podobnie jak ja, swoją łódź. Powiedziałem, że dopłynąłem z  niemałym trudem – otóż powodziowa woda Wisły niesie dość duże ilości mułu i piasku. Osadzają się wewnątrz łodzi podczas holowania. Sprawia to, że coraz cięższy kadłub zaczyna tonąć i holowanie sta- je się bardzo utrudnione. Podobny problem miałem w przypadku wywrotki blitzmadeln na Olimpijce. Wróćmy po tej dygresji do mojego oczekiwania na śledztwo w holu gestapo na ulicy Szucha. Zjawiskowe samarytanki w mun- durach blitzmadeln znikły. Odeszły do swoich zajęć. Rozcieram obolałe ręce, ciągle dochodzą szczęśliwe melodie Lehara. Rozmy- ślam o wydarzeniach ostatnich kilkunastu godzin – ostrzelaniu mnie na Wiśle, biciu kolbami, rozstrzelaniu nieznanego mi czło- wieka stojącego obok mnie... wydaje mi się, że śnię jakiś maka- bryczny sen. Chcę się obudzić, niestety rzeczywistość jest opor- na. Podobnie makabrycznych, nierealnych snów doświadczałem w innych, dalszych okolicznościach mojego życia. Po jakimś czasie przychodzi brutalny SS-man, chłop potężny, bierze mnie za kołnierz i  prowadzi na dół do tzw. tramwaiku. Małego pomieszczenia, w  którym siedzenia były podobne do tych w tramwaju. Dostrzegam tam dwóch więźniów. Słyszę me- lodię, pamiętam... „Dlaczego czerwone róże nie kwitną zawsze” – piękna melodia z  operetki Lehara. Wtem przychodzi dwóch SS-manów i rzucają na podłogę człowieka, zmaltretowanego, we krwi. Jedna wielka krwawa plama. Leży obok mnie, już nie ma sił usiąść, leży i jęcząc mamrocze ledwo słyszalnym głosem: – Stół, stół. 48 I nic więcej tylko: – Stół, stół. Minęło nieco czasu, przyszedł SS-man i  prowadzi mnie na górę, na trzecie piętro. Staje przed drzwiami z tabliczką, czytam: doktor praw, nie pamiętam nazwiska. SS-man otwiera drzwi i wpycha mnie do pokoju. Z jednej strony siedzi SS-man wyż- szej rangi, ma rozpiętą marynarkę i nogi na wysuniętej szufla- dzie biurka, po drugiej stronie, przy innym biurku siedzi cywil (rubaszny pyknik), tłustawy, o dobrodusznej twarzy. Na biurku prawnika SS leży moja kenkarta. Prawnik SS-man pyta: – Name. Odpowiadam: – Marchaj. On na to po polsku, nie patrząc na mnie: – Lipa. Powtarzam. – Mein Name ist Marchaj. Wyciąga nożyczki, wycina z  kenkarty moją fotografię resztę wyrzuca do kosza. Przyczepia fotografię do jakichś akt na stole. Kiedy patrzyłem jak wyrzuca moją kenkartę do kosza ogarnęło mnie niemal przerażenie, zdałem sobie sprawę, że jestem w jego władzy, pana życia i śmierci. I że z równą obojętnością może wy- rzucić mnie na śmieci, jak resztki kenkarty. Prawnik SS tym ra- zem uważnie mi się przygląda i w końcu pyta jak będę dostarczał broń? Gdzie jest ten skład broni? Zaczynam po niemiecku, ale czuję, że nie dam rady, tłumacz na to: – Mów po polsku. Opowiadam dość dokładnie co się wydarzyło ostatniej nocy. Nie przerywano mi. 49 – Niech pan sobie wyobrazi, że żeglując na Wiśle cichnie wiatr i jest pan zmuszony do przetrzymania nocy na kotwicy, że do pana strzelają, zmuszając do podejścia do brzegu, biją kolbami, jest pan cały obolały, jest pan świadkiem egzekucji nieznanego człowieka i w końcu pytają, czy będzie pan dostarczał im broń. Co by pan odpowiedział? Przyjrzał mi się po raz drugi z  przenikliwym zainteresowa- niem i przycisnął guzik na biurku. Przyszedł rosły SS-man, otwo- rzył stalową szafę i wyjął pleciony bicz. Prowadzą mnie na górę – doktor praw SS, tłumacz i ten z biczem. Piętro wyżej SS-man z biczem otwiera drzwi i wpycha mnie do środka. W pokoju wi- dzę stół, a na nim wyłożone są wszystkie biuletyny, cała niepod- ległościowa prasa, jaka wychodziła wtedy w Warszawie. SS-man pyta, które pisma są mi znane. Nagle, w krótkim błysku pamięci przypomina mi się łacińska maksyma (wspominałem wcześniej, że uczyłem się łaciny w gimnazjum humanistycznym) falsus in uno falsus in omnibus – co w tłumaczeniu, w kontekście sytuacji znaczy: kto kłamie raz, będzie kłamał zawsze. Jak złapiesz kogoś na kłamstwie, oszustwie, to możesz być niemal pewny, że będzie kłamał najprawdopodobniej do końca życia. Uświadamiam sobie: ten doktor praw, SS-man jest prokuratorem, jego zadanie – złapać cię na kłamstwie. Człowiek, który jęczał na dole był skatowany przy stole, bo najprawdopodobniej wypierał się, że te wydawnic- twa na stole są mu znane. A przesłuchujący mnie Niemiec znów pyta: – Znasz te pisma? Które znasz? Idę wzdłuż stołu i pokazuję: – To znam, to znam, to znam. Wyraźnie zaskoczony moją odpowiedzią pyta dalej: – Skąd je znasz? 50 – Każdy kto mieszka w Warszawie zna te pisma, są wszędzie, w skrzynce pocztowej, pod słomianką, nawet w tramwaju do kie- szeni wtykają. Jest niemal niemożliwe mieszkając w Warszawie nie znać tych pism. Uznał, sadzę, że mówię prawdę, bo przyznałem się. Czyli i po- przednie tłumaczenie dotyczące broni jest najprawdopodobniej wiarygodne. I nie byłem bity. Nie było powodów do bicia. Zapro- wadzili mnie z powrotem na dół. Prawnik dopisał jakieś szcze- góły do moich akt leżących na biurku, nalał szklankę wody so- dowej z syfonu, wypił. Wybrał kilka pralin z szuflady, zjadł, bek- nął i wyszedł. Zostałem z tłumaczem, z pyknikiem o pogodnej twarzy. Pytam: – Czy mógłby pan powiedzieć, co się ze mną stanie? – Pojedziesz do obozu. Proszę go: – Czy byłby pan łaskaw zadzwonić do mojej matki, która się na pewno niepokoi, sądząc że utonąłem w Wiśle. Byłby pan taki uprzejmy? Mój telefon 10 64 04. Zapisał numer. Nie wierzyłem, że zadzwoni, ale numer zapisał. Potem przyszedł SS-man i zaprowadził mnie na dół, z powrotem do tramwaiku. Czekałem. Przyszło późne popołudnie, zebrano więźniów, przyjechała buda i eskorta SS i przewieźli nas na Pa- wiak. Wieczór się zbliżał. Byłem wściekle głodny. Nie jadłem nic od czasu aresztowania na Wiśle. Nagle poczułem wielkie wyczer- panie. Marzyłem o kawałku chleba. Po ostrzyżeniu głowy na zero przydzielono mnie na oddział siódmy, w piwnicy. Wszedłem do celi a więźniowie pytają: – Panie, zna pan niemiecki? – Trochę znam, z gimnazjum. 51 Pytam: – Macie cokolwiek do jedzenia? – Jutro rano dostanie pan czarną kawę i kawałek chleba. Bo wie pan, nikt z nas nie zna niemieckiego. W celi siedzi 12 ludzi, podłoga betonowa i jakaś sieczka w wor- kach, na których się śpi. Informują mnie: – Musimy się meldować rano i wieczorem, tzn. nasz komendant celi. Jak się pomyli w meldowaniu, to SS-man bije go biczem, gdzie popadnie. – No cóż – powiadam – spróbuję. Jak brzmi ta formuła? Powtarzają treść, poprawiają jeden drugiego. W końcu ustali- liśmy treść formuły. „Achtung. Melde gehorsam Zelle funf belegt mit zwolf Haftlinger alle anwesend“. Wkułem tę formułę i zosta- łem komendantem celi. Nie jestem pewien jaki był numer celi, może 4 lub 6. Cela była ciemna, a dwa podłużne okna wychodziły tuż nad wybrukowa- nym podwórcem więzienia. Przetrenowałem z towarzyszami nie- doli stawanie w dwójkowym szeregu podczas meldunku. Rano następnego dnia, natychmiast po zgrzytnięciu klucza w zamku drzwi do celi i wejściu gestapowca w towarzystwie żołnierza ło- tewskiego, wyrąbałem głośno wyuczoną formułę. Gestapowiec nie użył bicza, a więc zarówno w formule meldunku i naszym dwójkowym ordnungu musiało być wszystko w porządku. Rozpocząłem życie na Pawiaku, przeżywając głód jakiego ni- gdy dotąd nie doświadczyłem. Ratowała nas akcja pomocy więź- niom, udzielana przez Radę Opiekuńczą, którą prowadził pro- fesor Młynarski, wybitny ekonomista, światowej sławy, którego Niemcy początkowo tolerowali, a później rozstrzelali... Dostawa- liśmy raz w tygodniu ćwiartkę razowego chleba, to nas trzymało przy życiu. 52 W międzyczasie, kiedy siedziałem na Pawiaku, ojciec dowie- dział się, że aresztowano mnie we wsi Zawady. I pojechał tam, aby dowiedzieć się, co się ze mną stało. Powiedzieli mu, że zatrzyma- li dwóch młodych ludzi – jednego zastrzelili, a drugiego zabrało gestapo. Pokazali gdzie zakopali rozstrzelanego... Dali ojcu łopatę i z płytkiego, piaszczystego grobu ojciec wykopał najpierw rękę. I pociągając za nią wydostał trupa... stwierdził, że to nie jego syn. Moja rodzina dowiedziała się w końcu, że żyję i jestem uwięziony na Pawiaku. Długo siedziałeś na pawiaku? Coś około trzech miesięcy, w okresie kiedy kończyło się do- palanie domów getta. Potem przenieśli mnie z  siódmego od- działu (gdzie jeszcze były znośne warunki) na oddział piąty, na piętro. Tam cierpiałem nie do opisania z powodu plagi pluskiew. Na dole był beton, pluskiew było niewiele. A na piątym oddziale była podłoga drewniana i niezliczone roje pluskiew gnieździły się w szparach mocno zdartej podłogi. Okna celi pozbawione wielu szyb nie dawały ochrony przed zimnym wiatrem. To, co ratowa- ło mnie mentalnie na Pawiaku to cudowne, muzyczne, kolorowe sny. Przeważnie mam sny czarno-białe, a tam śniły mi się opery, jakieś place w Grecji, rozmawiałem z pomnikami znanych filo- zofów. A wszystko to było kolorowe, piękne i czyste. Kiedy zbli- żałem się aleją do pomników nagle marmurowe postaci ożywa- ły, witałem się z nimi. Najwidoczniej organizm bronił się przed tą makabryczną egzystencją, której nieustannie towarzyszył lęk przed wyciągnięciem z celi na rozstrzelanie. Siedziałem bowiem na Pawiaku w okresie masowych rozstrzeliwań na ulicach War- szawy. Czekaliśmy późnym wieczorem, czy nie otworzą się drzwi 53 i nie wyczytają naszego nazwiska, a to znaczyło, że za kilkanaście godzin kończy się życie. Zachorowałem, miałem wysoką gorączkę i  litościwy doktor Loth, Polak, też więzień, ale pełnił obowiązki lekarza, zakwali- fikował mnie do szpitalika. Poznałem tam dwóch umierających ludzi – na gruźlicę. Jeden stary Niemiec opozycjonista, a drugi Francuz, który uciekł z Niemiec z przymusowych robót i usiło- wał znaleźć schronienie w Polsce. Byłem trzeci w malutkiej celi, ale z łóżkiem. Podciągnąłem się nieco na zdrowiu. Pewnej nocy zabrali mnie z celi na podwórze więzienne, gdzie stało kilka se- tek więźniów. Za stołem siedzieli Niemcy i dzielili więźniów na im tylko znane kategorie. Dostawaliśmy kolorowe kartki wyrwa- ne z bloczka (zachowałem tę kartkę). Zadawałem sobie pytanie, do której grupy mnie zaliczyli, czy do tych, których rozstrzelają. Moją grupę (chyba nazwali ją E) zabrali na dół do cel na oddział siódmy, a może ósmy, nie pamiętam. Czekaliśmy w niepewności prawie całą noc. W końcu nas wyprowadzili i załadowali na samo- chody. Ruszyliśmy. SS-mani z lekkimi karabinami maszynowymi Schmeiser z tyłu, eskorta specjalna. Nie wiemy, czy jedziemy do getta na rozstrzelanie, czy gdzie indziej... Pewną pociechą było to, że nam nie kneblowali ust, bo więźniom, których rozstrzeliwali publicznie pod ścianami domów w Warszawie, kneblowali usta gipsem, żeby nie krzyczeli (taka panowała opinia na Pawiaku). Skoro nas nie zakneblowali, jest więc nadzieja... Jedziemy, stara- my się nasłuchiwać i na podstawie dźwięków, odgłosów wywnio- skować gdzie jesteśmy, wszędzie cisza. I w pewnym momencie słyszę dźwięk... charakterystyczny... kląskanie, klekot... Już wiem, to dorożkarski koń na moście... Jesteśmy na moście Poniatow- skiego... a więc nie wiozą nas na rozstrzelanie w getcie. Zawieźli nas na ulicę Skaryszewską. 54 tam był obóz przejściowy. Tak, między dwoma dworcami, Wileńskim i Wschodnim, była szkoła, Miejskie Gimnazjum nr IV i w tej szkole rozdzielali ludzi na przymusowe roboty do Rzeszy lub do obozu. To był punkt eta- powy niemieckiego Urzędu Pracy tzw. Arbeitsamtu. Transporty odchodziły albo z Wileńskiego, albo ze Wschodniego. Rano się zorientowałem, że jestem na Skaryszewskiej. Tak zwany celowy dał mi kawałek ołówka i świstek papieru. Napisałem: „Jestem na Skaryszewskiej, Czesław” i wyrzuciłem tę wiadomość przez okno. Tam stały kobiety, które sprzedawały warzywa, jajka. Moja rodzi- na została powiadomiona. Gestapo było nieprzekupne, ale Skary- szewska była pilnowana przez żandarmów, a ci byli przekupni. Ze Skaryszewskiej można było za pieniądze wyjść. Rodzina szuka- ła możliwości wydostania mnie. Mój przyjaciel Witold Gerutto, lekkoatleta, wieloboista, późniejszy olimpijczyk znalazł dojście do odpowiednich władz. Celowi na Skaryszewskiej, którzy byli pośrednikami między nami a władzami, ostrzegli mnie, aby nie schodzić na parter. Dawali tam kawę z kawałkiem chleba. Trzeba wytrzymać o głodzie, bo jak zejdzie się na dół, to natychmiast rozdzielają do transportów. – Musisz tu siedzieć, na górze, aż cię wykupią. I siedziałem, drzemiąc pod ścianą, aby zachować siły. W nocy ktoś trącił mnie w ramię. – Pan Marchaj? Mówię: – Tak. – Niech pan idzie ze mną. I prowadzi mnie po schodach. Dostrzegam uzbrojonych żan- darmów, odwracają oczy, nie widzą. Prowadzi mnie do wysokiego muru zakończonego drutem kolczastym, tam też stoją żandarmi, 55 ale odwracają się. Dwóch osiłków rozhuśtało mnie i przerzuciło przez mur i druty. Po drugiej stronie mój ojciec z dozorcą domu złapali mnie. Uniknąłem przymusowych robót albo obozu, o któ- rym wspominał tłumacz na Szucha. Okazało się, że na Pawiaku zaraziłem się gruźlicą. Lekarz, który mieszkał przy ulicy Widok leczył mnie ziołami, ale to już inna sprawa. A wróciłeś na Wisłę, do żeglowania? Podczas okupacji już nie. To nie było takie proste. Bałem się, że ktoś mnie wykapuje, bo przecież z Pawiaka się nie wychodziło na wolność. Musiałem wyjechać z Warszawy. Zostałem operato- rem walca drogowego w polskiej firmie, która budowała drogi na wschodzie, potem tę firmę przejęła austriacka firma Radeboile. Awansowałem z czasem na... kierowcę dyrektora firmy. Zorien- tował się, że nie jestem prostym robotnikiem, że coś tam w gło- wie mam... Firma miała siedzibę w Rzeszowie, budowała drogi na front wschodni. Kiedyś odwiozłem dyrektora do Rzeszowa i wra- całem do swojej bazy, blisko frontu. Dookoła były wspaniałe lasy, pełno jagód, wyszedłem z  samochodu, zerwałem kilka krzacz- ków i jadąc jadłem jagody. W pewnym momencie przednie koło mi strzeliło, ściągnęło mnie na pryzmę kamieni, samochód się odwrócił i ja wylądowałem na plecach w rowie. Samochód się za- palił. Wykopałem okno i jakoś się wygrzebałem. Strażnik na wie- ży sąsiedniego lotniska widział wypadek i zawiózł mnie do bazy. Wolałem uniknąć przesłuchania, komplikacji, uciekłem z powro- tem do Warszawy. Ukrywałem się przez pewien czas w Otwocku, potem poprzez kontakty z AK otrzymałem dokument, że pracuję w  tzw. Lufthilfsdienst, w  pomocniczej służbie przeciwlotniczej. Silny dokument chroniący od aresztowań w łapankach ulicznych. 56 Wspominałeś, że należałeś do AK i miałeś przydział do wywiadu... Najpierw należałem do Związku Walki Zbrojnej. Tuż po za- kończeniu kampanii wrześniowej, jak zaczęła się okupacja nie- miecka, przyszedł do mnie kolega Henio Apanasowicz Katłu bej, Tatar z pochodzenia i zaproponował, abym podobnie jak on przystąpił do organizacji Związek Walki Zbrojnej. Przystąpiłem do ZWZ, złożyłem przysięgę. Później nieco Związek Walki Zbrojnej przeobraził się w Armię Krajową. I zno- wu była przysięga. Kiedyś przyszedł do nas starszy pan, oficer Wojska Polskiego. Było to podczas niedużego zebrania, które zorganizował Apanasowicz i  zaproponował mi i  jeszcze kilku kolegom, wstąpienie do podziemnej podchorążówki. To był chy- ba początek 1941 roku. Zaczęły się wykłady, potem ćwiczenia z bronią, które polegały na rozbieraniu i składaniu rozmaitych typów broni. Szkolenia trwało chyba nie dłużej niż 3 kwartały. Byliśmy niekiedy pilnowani przez Szare Szeregi. Młodziaki stały na rogach, kiedy były ćwiczenia z bronią. W razie czego mieli nas ostrzec... gwizdaniem. Szczęśliwie nigdy się nic nie zdarzyło, co by wzbudziło niepokój. Skończyliśmy podchorążówkę, otrzyma- łem stopień kaprala podchorążego Armii Krajowej i przydział do wywiadu. Nic specjalnego. Po prostu miałem za zadanie badać, jacy i ilu Niemców, folksdojczów, rajchdojczów mieszka w moim rejonie tzn. na Saskiej Kępie. Odbierałem meldunki w  każdy czwartek od kolegów, którzy zbierali te dane w  rejonie Saskiej Kępy. Obok na Grochowie działał kolega, Bronek Pietrzak. Mie- liśmy wspólne zadanie – szczególnie uważać na rozkład stano- wisk artyleryjskich na terenie lotniska na Gocławku. Tam znaj- dowała się duża formacja artylerii przeciwlotniczej i pokrewnych jednostek wojskowych. Musieliśmy cały czas śledzić ile tego jest 57 i jak są rozstawieni. Później niektóre ze stacjonujących tam dział przeciwlotniczych zostały przeniesione na wieże mostu Ponia- towskiego. Nudna, żmudna robota. W całej mojej „karierze” wy- wiadu w Armii Krajowej nie wydarzyło się nic dramatycznego. Moje aresztowanie na Wiśle i uwięzienie na Pawiaku nie miało wszak żadnego związku z działalnością w AK. Niestety Bronek biorąc udział w akcji odbijania więźniów z Pawiaka zginął. Stra- ciłem przyjaciela. Musiałem się finansowo zaopiekować jego żoną z dwojgiem dzieci (o czym powiem później). Chociaż nie wydarzyło się nic dramatycznego w mojej „karie- rze” żołnierza AK, nie znaczy, że na ulicach okupowanej War- szawy nie przeżywałem zdarzeń dramatycznych. Gdy szedłem pewnego dnia ulicą Francuską do domu przy ulicy Aldony, za- trzymali mnie SS-mani i  jeszcze jakiegoś starszego mężczyznę oraz tramwajarza. Starszego jegomościa postawili pod ścianą, dy- gotał z przerażenia. Tramwajarzowi i mnie rozkazali przynieść ze wskazanego miejsca drabinę, przystawić do balkonu na I piętrze domu i podtrzymywać tę drabinę. Przyjechała większa grupa SS- -manów i gestapo, otoczyli cały budynek ostrzeliwując okno przy tej drabinie, którą postawiliśmy, wybili szyby. Na drabinę wszedł młody SS-man i wrzucił granat do środka mieszkania. Posypa- ło się szkło i drewno z ram okiennych. Okazało się, że była to likwidacja drukarni Armii Krajowej. Mieściła się na rogu ulicy Francuskiej i Lipskiej. Ktoś ostrzeliwał się z tego okna z pistoletu. Szczęśliwie dla nas nie trafił żadnego Niemca, bo wszyscy w trój- kę bylibyśmy wzięci jako zakładnicy i zapewne rozstrzelani. W  pewnym momencie od strony ronda nadjeżdża dorożka. Ma zakrytą budę. SS-man każe się zatrzymać, krzyczy halt, ale koń jest rozpędzony, ulica biegnie w dół i dorożkarzowi trudno wyhamować. Koń hamuje ślizgając się kopytami po asfalcie, ale 58 dorożka ciągle jedzie. SS-man wystrzelił z karabinu maszynowe- go serię po budzie. Z jednej strony osunęła się zakrwawiona ko- bieta w welonie, a z drugiej ubrany na czarno mężczyzna. Później dowiedziałem się, że jechali na ślub do prawosławnej kaplicy na ulicy Paryskiej. Widok przerażający. Tymczasem trwa dalej pacyfikacja drukarni. SS-mani podpa- lają mieszkanie za pomocą miotacza ognia. Na balkon wybiega człowiek z
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Życiorys wiatrem pisany Wywiad rzeka z Czesławem Marchajem
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: