Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00316 006382 13427549 na godz. na dobę w sumie
#YOLO - ebook/pdf
#YOLO - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 272
Wydawca: Wydawnictwo OVO Język publikacji: polski
ISBN: 9788394609481 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook (-20%), audiobook).
Dziewczyna, która chce zmienić się w kota. Chłopak uzależniony od dopalaczy i seriali. Wiecznie pijana imprezowiczka szukająca miłości. I sarkastyczny narrator, któremu wydaje się, że wie wszystko. Młodych ludzi łączą nieudane próby odcięcia się od nocnego życia i samotność. #YOLO to powieść obyczajowa, którą czyta się jak thriller. Dokument naszych czasów, pełen celnych obserwacji, napisany współczesnym, żywym językiem.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

z serialu „Mad Men”. Pierwsza myśl – Pomada, bo nie znałem nikogo, kto kochałby ten serial bardziej niż on. Ale z drugiej strony Pomada bardzo rzadko używał Fa- cebooka, na wiadomości potrafił nie odpowiadać przez kilka dni. Ten trop warto było jednak sprawdzić. Wpisałem ksywkę Zu Uo do wyszukiwarki. Pierw- szą propozycją było forum o dopalaczach. Spodziewałem się, że z całą akcją mają coś wspólnego dopały. Forum kojarzyłem, choć nigdy nie wczytywałem się w wynu- rzenia triperów, jak sami siebie nazywali. Uczestnicy dyskusji przeważnie wymieniali się poglądami na temat testowanych odczynników. Zu Uo napisało niewiele. Każdy post był w tematach głównych, z samymi prak- tycznymi informacjami: sposób dawkowania, polece- nie sklepu wysyłkowego, opis doświadczeń i tak dalej. Krótkie, pospiesznie pisane posty, czasami z rzuconymi lakonicznie pytaniami. Rodzaj gramatyczny nie wska- zywał na płeć. Zarejestrowałem się i kliknąłem w profil. Nic. Zero informacji. Wróciłem na fejsa. Ryzykując, że odkryję się przed Zu Uo, przynajmniej dopóki nie zmienię ustawień pry- watności, kliknąłem „potwierdź znajomość”. Odświeży- łem stronę, lecz Zu Uo pozostało tak samo tajemnicze, jak przed chwilą, kiedy jeszcze nie byliśmy znajomymi. Na ścianie zobaczyłem tylko jeden, pochodzący sprzed tygodnia wpis: „Znikąd już nie ma ratunku, znikąd już nie ma pomocy”. 104 4-BMC Zjechałem na pobocze, aby odczytać esa z niezna- nego numeru: „Zapamiętasz te noce, jak zapamiętałeś inne, będą dla ciebie zawsze najpiękniejszymi historia- mi. Musisz w nich uczestniczyć, nie opieraj się. Z wy- razami szacunku, Twoje Zu Uo”. Oddzwaniałem kilka- krotnie, ale bez skutku. Abonent ma wyłączony aparat, abonent jest poza zasięgiem sieci lub abonent to twój pierdolony prześladowca, więc nie odbierze, młotku ty jeden. Wkurzyłem się, bo rozumiem zaczepki na fejsie, to przecież normalne, że zakompleksieni ludzie szuka- jący kontaktu z obcymi posuwają się do tego typu szo- pek, Internet miał bowiem wieloletni romans z ludzką głupotą, samotnością i poczuciem anonimowości, ale esemes? Cała tajemnica nabierała innego wymiaru, bo zawsze dbałem o to, żeby swój numer telefonu poda- wać wyłącznie odpowiednim osobom. Jechałem wolniej niż zwykle. Byłem niewyspany, moją miłość do prędkości ograniczała również gęsta mgła. Wszystko wydawało się pulsować spokojnym, po- marańczowym światłem ulicznych lamp. Wracałem ze spotkania z Ulą. Pośmialiśmy się, zje- dliśmy po kawałku pizzy, a potem odwiozłem ją grzecz- nie do domu. Zapominałem o poprzednim związku, ale uzależniałem się od nowego zapachu. Zaczynałem 105 tęsknić za perfumami Ulki. Trzeba to kontrolować. Wiedziałem, że jeśli się zaangażuję, będzie po mnie. Żadnych więcej miłości, regularności i rozpalonych po- liczków. Esemes od Zu Uo zaniepokoił mnie, ale jedno- cześnie też zaciekawił. Kto mógł interesować się mną tak bardzo? Może to ona? Może to moja eks męczy mnie tak przeokrutnie? Może wciąż kocha? Tak, jasne. Chciałbym. Ale to bzdury. Eks miała mnie w dupie, a i ja coraz rzadziej o niej myślałem. Pogrążony w myślach, słuchałem Johnny’ego Ca- sha, którego ona uwielbiała, i szukałem miejsca na parkingu pod domem. Nagle drogę zajechał mi jakiś samochód. Nie rozpoznałem od razu modelu, mam pro- blemy z rozróżnieniem ich w nocy, zazdroszczę face- tom, dla których to pestka. Kiedy ktoś z niego wysiadł, spodziewałem się najgorszego, jakiegoś psychola, może Zu Uo zmaterializowanego i przekraczającego w końcu granicę cyberświata, może kogoś jeszcze gorszego. Nie- wiele się pomyliłem – reflektory oświetlały roześmianą twarz Czila. – Jedziesz z nami, stary? – zapytał. Już coś przy- ćpał. Oczy miał zaszklone szaleństwem, znałem to spojrzenie. – Gdzie? Zacierał rączki. – Na dziwki, a gdzie, kurwa, o tej porze, jak nie 106 zamoczyć? – wskazał w stronę swojego auta. – Mamy Pomadę, no wiesz, to on stawia, ponoć przytulił kilka groszy z portfela starego. Mamy też trochę proszku, bardziej zajebiście już być nie może. Pomada wpadał czasami w depresje, które moż- na było leczyć tylko i wyłącznie melonami albo oglą- danymi sezon po sezonie serialami. Dziesięć epizodów „Dziewczyn”, lufka załadowana trawą i małe kumanko na mieście leczyło go ze wszystkiego. Gdy brakowało porządnej biby, cierpiał katusze. Widocznie dziś chło- pak musiał się zabawić i wyrzucić w błoto kilka złotych, które mógł wydać na coś pożyteczniejszego. Wiedzia- łem, że rano będzie czuł się jak ściera. – Oszalałeś? Dziwki to nie twoje klimaty, zio- meczku – zdziwiłem się. Okazało się, że dziewczyna Czila cierpi na jakieś kobiece problemy, które uniemożliwiają jej uprawianie seksu. – Ululałem Milenę, śpi w domu u swoich starych. Pomada prosił, zabawmy się, jeszcze tylko raz. Poje- dziemy dzisiaj wcześniej, nawrotka będzie o ludzkiej porze… – paplał Czil, podniecony. Wiedział, że nie chleję, a w samochodzie mieli zgrzewkę piwa, trochę białego procha i flaszkę, którą należało rozpracować. Brakowało im tylko szofera, który przez całą noc pozo- stanie trzeźwy. – Co będę miał z tej zarwanej nocy? – musiałem 107 spytać. – Kupimy na podróż dobre żarcie, weźmiemy ci kilka Mountain Dew. No dawaj, będą jaja, lubisz takie historyjki. – A jeśli nie chcę już ich lubić? – To nie wiesz, czego chcesz, stary, totalnie nie wiesz. No kurwa! Będzie bardzo ładnie, zobaczysz, jest hajs, jest czas, jesteśmy my. Zróbmy eksperyment. Załóżmy, że nadszedł wie- czór, na który już rozpisałeś scenariusz – leniwe leżenie na kanapie, obok kanapy zielona herbata, dwie książki: beletrystyka i reportaż, za który zabierasz się od dawna. Za oknem pogoda średniawa, niby nie pada, ale zaczy- na wiać, liście spadają z drzew, jesienna chujnia, ale do przeżycia, można gdzieś śmignąć. W portfelu resztki wypłaty lub kieszonkowego, starczyłoby na kilka sho- tów, kebab, taksówkę i ściepę na dobre palenie. Sie- dzenie w domu przy lekturce jest twoim wyborem. Gdy już się wyluzujesz, może zaczniesz kończyć projekt, obiecujesz sobie to codziennie, ale coś nie pyka. Pisa- nie muzyki, tworzenie bitów, kończenie opowiadania, montowanie filmu, rysowanie, nauka nowego języka. Coś z tej serii. I wtedy dzwonią oni. Przyjaciele, koledzy, kole- żanki. Wzywają, rysują cudowny obrazek spontanicznej imprezy, w której ty nie bierzesz udziału, cholerny nu- dziarzu. Mają być wszyscy, których znasz i lubisz, i już 108 ściska cię na myśl, że gdy spotkacie się następnego dnia, połowa rozmów będzie dotyczyła wspominków z  melanżu, w którym nie wziąłeś udziału. Na chwilę wypadasz z obiegu. Niby nic strasznego, świat się nie zawali, ale wolałbyś wiedzieć, co i jak. Na dodatek ko- lega cię informuje, że na imprezie pojawi się twoja była. Co robić? Wypadałoby wparować na bibę, udając, że nic nie wiedziałeś, i postarać się zepsuć eks humor. To się zazwyczaj nigdy nie udaje, więc wracasz na chatę smut- ny, ale chuj tam, przynajmniej nie żałujesz, że przesie- działeś wieczór w domu. Nie dałem się więc namawiać długo. Bo przypo- mniałem sobie, jakie przygody przeżywałem z nimi podczas naelektryzowanych nocy śmierdzących piwem i rozsypanymi w samochodzie frytkami, kiedy powie- trze drżało od niebezpieczeństwa, a krew zasychała na brodzie. Nigdy nie wiedziałem, jak to jest – czy moje podenerwowanie sprawiało, że te noce zawsze kończyły się chryją, czy może moje ciało przeczuwało kłopoty? Prekognicja czy samospełniająca się przepowiednia? Wieczór zwiastował piękną noc. Wiosna powoli się rozkręcała, coraz trudniej będzie w piątek wysie- dzieć w  chacie. Zatankowaliśmy samochód do pełna, jako kierowca nie dorzucałem się do składki. Pomada wziął dla mnie hot-doga, cappuccino z puszki, babecz- kę czekoladową i butelkę pepsi. Chłopaki wciągnęli po wężu z  dwudziestozłotowej zwijki. Tym razem chyba 109 faktycznie kokaina. Dyskutowaliśmy o wszystkim – bzykaniu, Rosji, sporcie, Facebooku, masturbacji w związkach, w których kobiety racjonują nam seks oraz oczywiście o narkotykach. Zatrzymałem się przed przy- stankiem autobusowym, żeby się wysikać. Kiedy odda- wałem mocz na ścianę przystanku, Czil stał obok. – Nigdy nie myślałem, że razem pojedziemy na kurwy, nawet nie wiesz, jakie to dla mnie groteskowe, że ty, że ja – przemawiał z wyraźną dumą. Ciągle widziałem go jako szczyla w fullcapie, choć teraz, po kilku wspólnie zarwanych nockach, był moim naprawdę dobrym kolegą. Czas zdecydowanie za szyb- ko pędzi. Chłopcy, którzy jeszcze niedawno całymi dniami biegali za piłką i wymieniali się grami na kon- solę, mają po dwadzieścia kilka lat, próbują studiować i dorastać. Ale potem spuszczają się w rozjechane i su- che szparki hipsterek, zawalają studia i zaczynają pracę na słuchawce w call center. Czil raczej nie był z tych, którzy łatwo zgadzają się na takie życie. Tworzył na komputerze elektroniczną muzykę, nie wrzucił jednak jeszcze na swój kanał YouTube skończonego materiału. – Może kiedyś o tym wszystkim napiszę – powie- działem. – Napiszesz o mnie? – Czil się rozpromienił. – Mam mnóstwo historyjek do opowiedzenia, a nawet pomysł na kryminał! Byłaby to tajemnica nie do, kurwa, rozkminienia! Kryminał taki współczesny! Kryminał 110 w  chuj! Sam kiedyś pisałem, ale nie wiedziałem, jak zakończyć. – Nie wątpię. Mam pytanie, stary… Znasz kogoś o ksywce Zu Uo? – Brzmi jak imię łotra z kreskówki na Cartoon Ne- twork, przeciwnika Atomówek – zaśmiał się. – Ostatnio ktoś wypisuje do mnie niestworzone rzeczy, strasznie dziwna sprawa, robi to z za dużym jak na anonima zaangażowaniem. Dzisiaj okazało się, że zna mój numer telefonu, dostałem esemesa, w którym zasugerował, że szykuje się sztos noc. – Ale to właśnie anonimy są najbardziej zaangażo- wane! Dopiero wczoraj podłączyli ci Internet? Popisze trochę i przestanie, znudzi się dziecko. A może to cicha wielbicielka? – Nie czuję w tym flirtu, a jeśli, to bardzo dziwny. – Więc masz odpowiedź – roześmiał się Czil. – Ka- rolina! – No nie wiem – westchnąłem. Zadzwonił telefon Czila. Byłem pewny, że to jego panna, bo Czil skrzywił się, zanim odebrał. – No? Ale że co? Że teraz? Przecież ci mówiłem – w jednej ręce trzymał smartfona, a drugą potrząsnął swój sprzęt po sikaniu. – Jestem z chłopakami na bi- lardzie, nie chce mi się z teraz z tobą gadać. Później oddzwonię. Kocham cię. Schował telefon do kieszeni. 111 – Kurwa, ona mi nigdy nie wierzy! – Jak ma ci wierzyć, skoro ją okłamałeś? Mordo. Posłuchaj siebie. – He, he, w sumie racja. W Markach byliśmy przed północą. Chłopaki mie- li w głowach kilka zasłyszanych tu i ówdzie adresów. Czil nie chciał jechać do agencji, w której był ostatnio. Postanowiłem więc za nich, że znajdziemy taksówka- rza, zapłacimy mu za kurs i pojedziemy za nim. Każdy szanujący się taksówkarz musi znać przynajmniej jeden dobry adres. Zrobiliśmy jeszcze małe zakupy: chipsy, piwo i magazyn „Men’s Health”. Czil rzucił się na maskotki po 9,99 za sztukę. Dobra strategia. W burdelach, szcze- gólnie gdy brakuje pracownic, trudno wyłowić coś god- nego uwagi, dlatego warto na wejściu wręczyć prezent najładniejszej kobiecie. Zaklepana, bez odbijania. Dla Pomady zostaną te gorsze. Kiedy jechaliśmy za taksówką, Pomada przestał zgrywać bogatego gospodarza i szturchnął mnie w rękę: – Czaj, czy nie wali w chuja. Coś mi się wydaje, że będzie nas woził do usranej i robił na kasę. Znasz trochę obrzeża Warszawy, nie? Trochę znałem. Ale nie miałem bladego pojęcia, dokąd jedziemy. – Jest w porządku, to najkrótsza droga – uspoko- iłem Pomadę. 112 Dojechaliśmy do jakiegoś budynku. Obskurne miejsce, brama otwierana domofonem, obok kontenery na śmieci pełne butelek, smród szczyn. I pomarańczo- we światełko z napisem „Klub Nocny”. Czil zrobił zdję- cie oblepionym serduszkami oknom i chciał je opubli- kować na Instagramie, ale przypomniał sobie, że śledzi go Milena. Otworzył nam wysoki, dobrze zbudowany chłopak o przyjemnym obliczu. Odniosłem wrażenie, że skądś znam to czujne spojrzenie. – Musicie czekać, dziewczyny zwolnią się za go- dzinę. Właśnie weszli klienci, a dzisiaj pracują tylko trzy. Usiedliśmy na kanapie w małym saloniku. Oświe- tlenie w pomieszczeniu było oczywiście czerwone jak szata Jezusa, jak krew, jak spółkowanie, jak ostrzeże- nie „stop”. Obowiązkowo kanał telewizyjny z cyckami, kiczowate naklejane literki na wielkim lustrze, głoszą- ce: sex, sex, sex. To lustro było niepotrzebne. Odbicia przypominały nam, co tak naprawdę robimy. Apatyczna barmanka z tlenionymi włosami paliła papierosa. Na kanapie naprzeciwko siedziało trzech ża- łośnie wyglądających gości. Jeden w kombinezonie ro- botnika uwalanym wapnem, drugi – łysiejący dwudzie- stoparolatek – w kraciastej koszuli włożonej w sprane jeansy. Pomyślałem, że przelecieć takiego można naj- wyżej z litości. Trzeci, nieco starszy, w okularach, ubra- ny był w elegancki płaszcz. Zapewne odpowiednik 113 naszego Pomady, bo wyglądał, jakby stawiał. Zastana- wiałem się, czy my dla tych gości również wyglądamy jak czekające na orgazm zwierzęta? Czy też bije od nas na odległość samotnością, emocjonalną płycizną i za- schniętą na spodniach spermą? Koło facetów zakręciły się dwie dziewczyny w szlafrokach. Wyglądały średnio, jedna z nich, ta wy- raźniej najebana, miała niezłe piersi, lecz okropne, pa- jęcze nogi. Druga była pulchna, z przyjemną twarzą. Zakładałem, że krew obu wypełniała amfetamina i żo- łądkowa de luxe. – Co robimy, mordy? – Czil powoli wysuwał się na prowadzenie w reżyserowaniu wieczoru. Między kolanami trzymał miśka. Niebrzydki fa- cet, miał fajną laskę, prawie modelkę, lecz w tej pozie wyglądał co najmniej żałośnie. – Nie wiem, ja mogę zamówić sok i mam wyjeba- ne. Czekajcie, jak chcecie, a potem robimy nawrotkę do domu – odpowiedziałem. – Niech nas taksiarz zawiezie w inne miejsce – 114 zdecydował Pomada. Pojechaliśmy na Żoliborz, do burdelu w okolicach metra Marymont. Jakieś sto dwadzieścia metrów kwa- dratowych, stare budownictwo, samotna wyspa na tle bloków z lat dziewięćdziesiątych. Wystrój wnętrza cie- kawszy niż poprzednio, a bar lepiej zaopatrzony, ale tu też brakowało dziewczyn. Do dyspozycji tylko brzydka Ukrainka ubrana w skórzaną spódnicę. Alfons, pykający fajkę, przystojny trzydziestokilkuletni Turek, wytłuma- czył płynną polszczyzną: – Widzicie, kurwa, chłopaki, że dzisiaj straszna po- sucha. Taka sobota, nic nie wyduszę, naprawdę. Poza tym mam grupkę gości, którzy wcześniej zarezerwowali miejsce. Czil wytłumaczył, że chodzi tylko o dwie dziew- czynki, ale Turek rozłożył ręce. – Przykro mi, chłopaki. Trzeci burdel mieścił się poza miastem, w Pia- secznie. Tym razem trafiliśmy do stuprocentowej meliny, śmierdzącej szczochami, stęchlizną i smażo- nym żarciem. Przy stole, kartach, kiełbasie i butelce siwuchy jeden otyły babsztyl był obściskiwany przez dwóch wieśniaków ubranych w drelichowe spodnie. Burdelowa prosiła nas, żebyśmy zostali, bo zaraz po- winny przyjechać cztery dziewczynki, które pracują na imprezie w mieście, ale podziękowaliśmy. I wróciliśmy do pierwszej agencji, bo przynajmniej ochroniarz robił dobre wrażenie, a dziewczyny powinny już być wolne. Szczerze mówiąc, miałem dość tej cholernej przygody, marzyłem o spokoju, chciałem wysłać esemesa do kole- żanki, a potem zmyć z siebie smród nocnej Warszawy i pogrążyć się we śnie, w którym wszystko będzie czy- ste i niewinne. Ochroniarz powiedział, że dwóch typków ciągle 115 siedzi w pokojach, choć zapłacili tylko za godzinkę. Zaj- rzeliśmy do środka. Przy ladzie wisiał nawalony koleś, ten najżałośniejszy z paczki. Zagadywał do wyraźnie zniechęconej barmanki i liczył pieniądze, całe sto pięć- dziesiąt złotych na numerek. Mało kumaty, bo kilka- krotnie mu powtarzała, że od jakiegoś czasu nie pracuje na materacach. Chciało mi się rzygać, gdy to widziałem i w duchu liczyłem, że ochroniarz wkrótce spuści mu lanie. Osunęliśmy się na kanapę. Naprzeciwko nas sie- dział wąsaty facet z rękami mechanika samochodowe- go, spocony, zdenerwowany. Pomyślałem, że powinien jak najszybciej spierdalać do żony i dzieci. Kiedy dziewczyny były już wolne, Czil wykonał swój zaklepankowy myk z maskotką. Wybrał tę lepszą, z ładnymi piersiami. Pomada poszedł z grubą. Widać, że wisiało mu, z kim przeżyje orgazm. Poszli na górę, a ja zostałem w lobby z panem mechanikiem. Nie próbo- wałem wdawać się w rozmowę, zamówiłem pepsi i za- cząłem przerzucać kanały w telewizorze. Ochroniarz szepnął coś barmance. Zawołała mnie do siebie, więc usiadłem przy ladzie. Chyba zmieniła zdanie, zapropo- nowała numerek. Grzecznie odpowiedziałem, że nie je- stem tutaj w tej sprawie, co koledzy. Chwilę porozma- wialiśmy. Podobały mi się jej dojrzałe kształty. Rzymski nosek i monstrualne piersi też były niczego sobie. – Nigdy nie spałeś z kobietą z agencji? Wiesz, jak często to słyszę? 116 – Nigdy, ale nie zależy mi na tym, żeby ktoś w to wierzył. Zastanowił ją mój ton. Chyba uwierzyła. – I jak się czujesz, odwiedzając to miejsce? Onieśmieliła mnie jej bezpośredniość. Ona na- prawdę chciała rozmawiać o moich odczuciach, my- ślach, prawdziwa kurwa ze smykałką reportażystki, byłem dla niej tak samo orientalny, jak ona dla mnie. Co nieco opowiedziałem. O byłej dziewczynie, o pra- cy, o pomysłach Czila. Przez chwilę miałem wrażenie, że babka chce mnie przelecieć, ale nie dla kasy. Choć może tylko mi się wydawało, bo czułem się w tym cho- lernym miejscu samotny jak nigdy. Co chwilę nerwo- wo zaglądałem do komórki. Pustka. Zdenerwowanie. Wstyd. Zu Uo powinno mnie skarcić, opierdolić, zmie- szać z błotem. Zachciało mi się do kibelka, zapytałem, gdzie można się załatwić. Powiedziała, że ten na parterze jest zapchany, wzięła mnie za rękę i zaprowadziła na piętro. Zrobiła to z taką gracją, jakby prowadziła mnie do łoza obsypanego płatkami róż. Kiedy wyszedłem z łazien- ki, usłyszałem sztuczne kobiece jęki. To musiała być ta od Czila. W otwartym na oścież pokoju przy scho- dach zobaczyłem aniołka. Śliczna dziewczyna, najwyżej dwudziestoletnia. Spała smacznie z uśmiechem wyma- lowanym na twarzy, a jej kręcone blond włosy unosiły się i opadały z każdym oddechem. Wyobraziłem ją so- 117 bie na sali wykładowej lub w szkolnej ławce i poczułem się parszywie. Co ja tutaj robię? Przymknąłem drzwi i zbiegłem na dół. Usiadłem na kanapie i zacząłem się modlić, a raczej recytować błagania do kapitana Spocka, żeby materializował mnie już do domu. Poprosiłem też, żeby ta dziewczynka sobie w życiu poradziła. Żeby tyl- ko sobie poradziła. Niech ktoś ją uratuje, niech ktoś ją stąd zabierze. Chłopaki skończyli. Nie powiedziałem im, że wi- działem anioła, bo jeszcze któryś z nich postanowiłby kiedyś tutaj wrócić i zbezcześcić to piękno. Wracaliśmy w milczeniu. Czil siedział obok mnie, a Pomada drze- mał na tylnym siedzeniu z piwem w ręce. – Masz wyrzuty sumienia? – zapytałem Czila. Wy- dawało mi się, że wiem, co się dzieje w jego głowie. Przytaknął. – Już nigdy więcej. Milena, gdyby się dowiedziała, podałaby mnie do sądu… I dobrze by zrobiła. Jestem kurwą. To jest zło, ziomuś, to jest wielkie zło. – Pomyśl o tym następnym razem. I przypomnij sobie gęby tamtych żałosnych ludzików, którzy byli w agencji przed nami. – A co z nimi nie tak? – Nieważne – odpowiedziałem. Nie chciałem mu tłumaczyć, że uważam się za lepszego, bo nigdy nie po- suwałem i nie miałem zamiaru posuwać dziwki. I bez tego czuł się parszywie. 118 – Zatrzymaj się przy stacji paliw, wezmę kabanosa – poprosił. – Spoko. Czekałem w środku. Odwróciłem się do Pomady i zabrałem z siedzenia paczkę fajek. Nawet nie drgnął. Nie paliłem od kilku miesięcy, ale miałem ochotę za- kopcić. Czil wrócił z dwiema butelkami soku poma- rańczowego i kolejną maskotką. W oczach miał łzy. Zatrzasnął drzwi, posadził białego miśka na kolanach i powiedział: – To dla Mileny. Ma dzisiaj urodziny, prawie bym, kurwa, zapomniał. J5-MEO-NIPT Zastanawiałem się wtedy, jaka jest zależność po- między moim wcześniejszym trybem życia a snami, bo coś musiało być normalnie na rzeczy, skoro tyle tych omamów na mnie spadało. Od kiedy przestałem wcią- gać, sny stały się bardziej plastyczne, wyraźniejsze, po- zbawione łatwego do zapomnienia oniryzmu, tak jak w czasach dziecięcych. Podobno gdy bierzesz i nie sy- piasz przez, dajmy na to, dwie doby, twój organizm jest tak zmęczony, że gdy w końcu padniesz do łóżka, mózg od razu wpada w najgłębszą fazę rojeń. Jesteś wykoń- czony i przez kilka lub kilkanaście godzin główka wręcz 119
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

#YOLO
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: