Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00516 012305 16439099 na godz. na dobę w sumie
Autoportret - ebook/pdf
Autoportret - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 21
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4267-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook (-10%), audiobook).

Spowita mroczną aurą i pełna zagadek historia kobiety zafascynowanej historią własnej rodziny. Jak wiele będzie ją kosztowało odkrycie rodowej tajemnicy?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

listków kolorowych zdjęć Składając wieniec na świeżym grobie babci Teodory, uświadomiłam sobie, jak niewiele wiedziałam o jej życiu. Ile cennych wspomnień na zawsze odeszło razem z nią. Niedługo później zaczęłam interesować się genealogią. Poszukiwanie korzeni rodzinnych pochłonęło mnie bez reszty. Spędzałam długie godziny na spisywaniu opowieści, przeglądaniu dokumentów na plebaniach i w archiwach oraz wprowadzaniu wszystkiego do programu komputerowego. Jacek, mój mąż, żartował, że to oznaka starzenia. Z udawanym oburzeniem odpowiadałam, że przecież dopiero co przekroczyłam trzydziestkę, a czuję się najwyżej na dwadzieścia. Szczerze mówiąc, nie byłam pewna dlaczego ten temat aż tak mnie zainteresował i nie miało to dla mnie większego znaczenia. Najważniejsze, że sprawiało mi to radość i przynosiło efekty. Dzięki moim wysiłkom wirtualne drzewo szczyciło się bogactwem gałęzi przodków, gałązek współczesnych, i powykręcanych konarów co pikantniejszych opowieści. W tym bogactwie zabrakło jednak danych o jednej osobie, a pomijając je, byłabym jak malarz, który porzuca dzieło, gdy brakuje jedynie kilku finalnych pociągnięć pędzla. Tę spędzającą mi sen z powiek lukę stanowił Henryk Szary. Pierwszy mąż babci Halinki to w rodzinie temat tabu, a niepisana, za to ściśle przestrzegana, zasada głosiła, że nie wypada o nim wspominać, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. W tych nielicznych przypadkach wypowiadano się zdawkowo i z wyraźną niechęcią. Pewnie dlatego żywiłam irracjonalne i nie do końca uświadomione przekonanie, że szukanie informacji dotyczących Henryka oznacza afront wobec rodziny i jej wysiłków by wymazać krewnego z pamięci. Zainteresowanie byłym mężem z pewnością sprawiłoby dużą przykrość babci Halinie, a trzeba tu wspomnieć, że jest to osoba wyjątkowo delikatna i wątła, wzbudzająca uczucia opiekuńcze oraz współczucie. Porusza się bezszelestnie, a jednocześnie bez gracji, z wysiłkiem, jakby ktoś pociągał jej członki za niewidzialne sznurki. Skórę ma cieniutką, prześwitującą, ciało chude i eteryczne. Bardzo rzadko zabiera głos, a kiedy już mówi to cicho i monotonnie, nie zdradzając emocji. Oczy, przypominające zgaszone węgle, zwykle sięgają gdzieś w dal, poza to, co mają tuż przed sobą. Kiedy przebywa się z nią w jednym pomieszczeniu, można niemal zapomnieć o jej obecności. Mój mały siostrzeniec, Franciszek, nazywa ją babcią-duchem. Nadszedł czas, by skonfrontować się z rodzinną niechęcią i dowiedzieć się więcej o owianym złą sławą Henryku. Długo zastanawiałam się czy zapytać o niego babcię Halinę. W końcu podjęłam decyzję, wprowadziłam starszą panią w dobry nastrój, rozmawiają z nią o gotowaniu, które stanowiło jej największą i chyba jedyną pasję oraz temat, przy którym jej oczy na ułamek sekundy jarzyły się ogniem życia. Później, najdelikatniej jak potrafiłam zagadnęłam o byłego męża. Rezultat był piorunujący. Cała jej postać jakby się skurczyła i schowała w cieniu wspomnień przeszłości. Twarz spochmurniała, a z jej oczu wyczytałam złość i lęk. Patrzyła na mnie przeszywająco, jak nigdy dotąd. - Nigdy nie wspominaj tego imienia! Nigdy. I nie interesuj się tym człowiekiem, bo nic dobrego nam z tego nie przyjdzie. To samo zło, szatan w ludzkim przebraniu - babcia uniosła pomarszczony, drżący palec i pogroziła mi. - Dobrze ci radzę, porzuć ten temat. Żeby ten podlec i tobie nie zaszkodził. - Mnie? Przecież on już dawno… - Nie masz pojęcia o czym mówisz, Agnieszko. Niech Bóg cię przed nim strzeże. Obiecaj, że nie będziesz się nim interesowała! Milczałam przez chwilę, oszołomiona. W głosie babci Haliny, zwykle pozbawionym jakichkolwiek uczuć, usłyszałam siłę i determinację. Przestrzegała mnie nie tylko ze względu na swoje nieprzyjemne wspomnienia, ale także z troski i miłości. Jeśli zbyt długo omija się jakiś niewygodny temat, urasta on do przerażających rozmiarów. Strach żywi się pozornym zapomnieniem, ciszą i milczeniem. Poza tym babcia miała już swoje lata. - Dobrze, obiecuję - skłamałam. I tak zakończyła się próba dowiedzenia się czegoś o Henryku od byłej żony. Spróbowałam więc delikatnie wypytać innych członków rodziny, którzy niechętnie opowiedzieli mi coś niecoś, bardziej o relacji babci z Henrykiem, niż o nim samym. Halina, z domu Kalińska, zakochała się w dwudziestosześcioletnim malarzu, kiedy przypadkowo spotkała go na pewnym przyjęciu kulturalno-towarzyskim. Miała wtedy szesnaście lat i zupełnie straciła głowę dla przystojnego i czarującego artysty, u progu wielkiej kariery, którą jednogłośnie wróżyli mu koledzy po fachu i znawcy sztuki. O tej miłości od pierwszego wejrzenia mówi się w rodzinie raczej jak o uroku czy mrocznej klątwie, którą Henryk rzucił na Halinę, niż jak o zwyczajnym zakochaniu wrażliwej nastolatki. Śliczna, symaptyczna i trochę nieśmiała dziewczyna również zrobiła na młodzieńcu duże wrażenie i niedługo potem, za zgodą obu rodzin, odbył się ślub. Początkowo wszystko układało się jak najlepiej. Henryk odnosił sukcesy, a Halina urodziła mu dwóch zdrowych synów. Kłopoty zaczęły się, kiedy mąż, pomimo ogólnego uznania i podziwu, jakim darzono jego obrazy, wpadł w artystyczny kryzys. Podjął intensywne poszukiwania duchowe, bo to we własnej duszy doszukiwał się powodu niedoskonałości prac, i zaczął spotykać się z jakimiś szemranymi typami, którzy poradzili mu podróż po świecie w poszukiwaniu inspiracji. W ten sposób Henryk wyjechał na dwa długie lata, a nikt do końca nie wie co w tym czasie robił. Przywiózł pamiątki, które wydawały się pochodzić z najdalszych zakątków świata - Afryki, Ameryki i Azji. Maski, rzeźby, jakieś zapiski i przedmioty, których zastosowania Halina mogła się tylko domyślać. Wrócił zupełnie odmieniony. Przestał interesować się sprawami rodzinnymi, za to bez reszty pochłonęło go malarstwo. Co najbardziej zagadkowe, jego sztuka przestała się sprzedawać, choć on wydawał się z niej dużo bardziej zadowolony. Rodzina wpadła w kłopoty finansowe, a jakby tego było mało, pojawiły się też problemy ze zdrowiem. Starszy syn, dwunastolatek, stracił radość życia, zmarniał, schudł, a lekarze nie mieli pojęcia co mu jest. Po kilku miesiącach wyniszczającej choroby zmarł. Natomiast młodszy o dwa lata Wojtek, zaczął zachowywać się dziwnie, to tego stopnia, że Halina, z ogromnym bólem serca i wyrzutami sumienia, nie będąc w stanie sama pomóc dziecku, oddała go pod opiekę do przytułku dla obłąkanych. Pięć miesięcy po śmierci starszego syna, wyprowadziła się z domu, zażądała rozwodu, co w tamtych czasach stanowiło ogromny skandal obyczajowy, zwłaszcza, że nie mogła mu zarzucić że bije, pije czy zdradza. Odmówiła jakichkolwiek kontaktów z mężem, który jak się wydaje był zbyt pochłonięty malowaniem, by starać się o jej powrót. Rodzina twierdzi, że lata spędzone z Henrykiem zamieniły piękną, tryskającą radością życia dziewczynę w styraną, smutną kobietę, która wyglądała na dziesięć lat starszą, niż w rzeczywistości była. Kilka lat później Halina wyszła ponownie za mąż, za starszego od siebie, statecznego i nieco nudnego księgowego z majątkiem i płacą pozwalającymi na utrzymanie na odpowiednim, dla pani z dobrego domu, poziomie. Urodziła mu syna Piotra, mojego ojca. Od tamtej pory żyła jak przykładna gospodyni, spokojnie spędzając dni na pracach domowych i spotkaniach towarzyskich, stroniąc od jakiejkolwiek ekstrawagancji, co bardzo odpowiadało jej drugiemu, nieżyjącemu już mężowi, a mojemu dziadkowi. Uzyskane informacje rozpaliły moją wyobraźnię. Ponieważ Henryk był znanym i szanowanym artystą, udało mi się znaleźć dane na jego temat w literaturze oraz w internecie. Opisywano go jako osobę wrażliwą, a jednocześnie stanowczą i niezależną. Zawsze miał swoje zdanie na każdy temat i potrafił go bronić. Ekscentryczny, uprzejmy i uroczy - nic dziwnego, że babcia się w nim zakochała. Odnalezione fotografie przedstawiały młodzieńca przystojnego, o ostrych, męskich rysach. Zafascynowały mnie zwłaszcza jego oczy, pełne życia, przenikliwe i tajemnicze, tak różne od zgaszonych oczu babci Haliny. Źródła wspominały o jego podróży, a także przemianie, jaką przeszedł. Niewiele było wiadomo o tym, co działo się z nim po powrocie. Prace Henryka zadziwiały różnorodnością i urzekały pięknem. Eksperymentował z tematyką i stylami, nie pozwalając ograniczyć się jednemu nurtowi. Tylko jedna publikacja ukazywała jego obrazy z okresu po przemianie . Wszystkie podobne do siebie, zaskakujące realizmem i surowością. Z jakiegoś powodu przestały się sprzedawać i szczerze mówiąc mnie też dużo bardziej podobały się te wcześniejsze. Późniejsze emanowały jakimś mrokiem, pokazywały świat z bezwzględną przenikliwością, jakby pod każdym ruchem pędzla kryła się prawda, której wolałoby się nie znać. Udało mi się także porozmawiać z pracownikami galerii, które kiedyś wystawiały jego obrazy. Powtórzyli to, co już wiedziałam, słowami wyszukanymi i skomplikowanymi, raz po raz rzucając specjalistyczne określenia, nie zawsze dla mnie zrozumiałe. Jedno stało się jasne - życie Henryka Szarego zmieniło się całkowicie podczas jego duchowej podróży po świecie. Byłam ciekawa, co w tej wyprawie sprawiło, że w radosnym i zdolnym artyście, dokonała się tak mroczna i zgubna przemiana. To właśnie w jednej z galerii uzyskałam informacje na temat prawdopodobnego ostatniego miejsca zamieszkania Henryka. Wydało mi się oczywiste, że muszę je odwiedzić. Zaplanowałam wyjazd na weekend i powiedziałam o nim jedynie mężowi, bo nie chciałam by moja rodzina wiedziała, że nadal szukam danych o znienawidzonym krewnym. Z ekscytacją myślałam o podróży, wiążąc z nią nadzieje na rozwikłanie zagadki, a jednocześnie ogarniał mnie nieokreślony, bezzasadny strach. Intuicja głosem babci Haliny przestrzegała i groziła palcem. Mój błąd polegał na tym, że głosu tego nie posłuchałam. Teraz siedziałam za kółkiem podskakującego na wybojach, starszawego już Fiata, zmierzając w kierunku Borowa, niewielkiej wsi w okolicach Bydgoszczy, gdzie podobno w ostatnich latach życia przebywał malarz. Byłam zmęczona długą podróżą, marzyłam o ciepłej kolacji i wygodnej kanapie. Ponieważ gps podpowiadał, że jestem już niedaleko celu, zdecydowałam przemęczyć się jeszcze trochę i nie zatrzymywać na trasie. Pół godziny później znak drogowy poinformował mnie, że przekroczyłam granicę wsi Borowa. Jechałam wolno starając się omijać co większe ubytki w nawierzchni i oglądając miejscowość zza szyb auta. Była to niczym nie wyróżniająca się polska wieś, otoczona polami uprawnymi, łąkami i lasami. Jednorodzinne domki z ogródkami przytulały się do drogi. Niektóre świetnie utrzymane, wyremontowane, z nowoczesnymi samochodami na podjazdach, inne czasy świetności miały już dawno za sobą, o ile takimi mogły się kiedykolwiek cieszyć. Centrum wyznaczał nieduży rynek, obowiązkowo z kościołem i kilkoma sklepami monopolowymi, przed którymi stali mężczyźni, każdy z puszką piwa w ręku i bez emocji gapili się na obcy samochód. Kiedy przejeżdża się przez ludzie zawsze przyglądają się charakterystycznym, trochę nieobecnym wzrokiem, jakby myśleli o czymś zupełnie innym. Przystają przy płotach, przerywają swoje zajęcia, a rozmowy na chwilę milkną. Przyjezdny czuje się jakby każdy jego krok, gest i słowo było rejestrowane i oceniane z nonszalancką obojętnością. Znalazłam informację, że w Borowie znajduje się niewielki ośrodek wypoczynkowy, pozostałość po czasach PRLu. Obecnie mało kto ją odwiedzał, ale kiedyś organizowano tam kolonie i wyjazdy pracownicze. Minęłam rynek i skierowałam się w taką wieś, stronę hoteliku. Po kilku minutach moim oczom ukazał się nudny, betonowy budynek, którego niezgrabna bryła kontrastowała z malowniczym otoczeniem. Zaparkowałam, wysiadłam z samochodu i przeciągnęłam się, bo plecy bolały mnie od długiego siedzenia. Urzekły mnie spokój i cisza, którymi tak rzadko mogłam cieszyć się jako mieszkanka miasta. Na recepcji stała sympatyczna pulchna kobieta. Zameldowałam się, wypełniłam jakieś papiery i obładowana walizkami poszłam do jednoosobowego pokoju. Wszechobecny zapach zupy mlecznej, starej wykładziny i chemikaliów przypominał mi wakacje spędzane na koloniach. Odpoczęłam chwilę, bezmyślnie gapiąc się w ekran telewizora, wzięłam prysznic i poszłam na kolację. Sala jadalna była duża i opuszczona, stoliki przykryte ceratą w kratę, na każdym blacie sól, pieprz i serwetki. Usiadłam, nieco zakłopotana, czując się trochę nie na miejscu, w tej pustej i dość ponurej jadalni. Po jakimś czasie pojawiła się recepcjonistka, na której barkach, jak się okazało, spoczywały również obowiązki kelnerki. Wybrałam z menu zupę ogórkową, na drugie tradycyjnego schabowego i kompot, a przy okazji poznałam imię pulchnej kobiety - nazywała się Irmina. - Bardzo ładnie - pochwaliłam. - Dziękuję - rozpromieniła się. Po dziesięciu czy piętnastu minutach przyniosła zupę i zagadnęła, wyraźnie spragniona kontaktu z drugim człowiekiem, co zrozumiałe w obliczu pustek jakimi ział pensjonat. Wymieniłyśmy uprzejme uwagi, ja pochwaliłam piękne położenie ośrodka, a ona opowiedziała mi o swojej pracy i w ogóle o Borowie. Przy drugim daniu zapytała co mnie sprowadza do wsi. - Tworzę drzewo genealogiczne swojej rodziny - wyjaśniłam. - Podobno jeden z moich przodków mieszkał tutaj. - Taaak? A kto? - W jej oczach pojawiło się szczere zainteresowanie. Będzie miała o czym plotkować z koleżankami. - Henryk Szary, słyszała pani? To mój przyrodni dziadek. się ode mnie, jakbym wyznała, że cierpię na zakaźną chorobę. - Oj, proszę pani - pokręciła głową. - Czemu się pani nim interesuje? - Z czystej ludzkiej ciekawości. I żeby rodzinne drzewo genealogiczne było kompletne - rzetelność nie pozwala mi zostawić jego miejsca pustego. Nic o nim nie wiem, a rodzina jakoś nie chce opowiadać. - No to ma pani rozsądną rodzinę, bo ten cały Henryk, - wymówiła imię jak przekleństwo - to Na dźwięk tego nazwiska, po twarzy Irminy przebiegł cień, a uśmiech znikł. Odsunęła Zrobiłam wielkie oczy, nieprzygotowana na podobne rewelacje. był zły człowiek. Nieszczęścia na wieś sprowadzał, nikt tu o nim dobrego słowa nie powie. Pani się lepiej od niego trzyma z daleka, bo nic pożytecznego z tych pani genealogii nie wyniknie. Ja pani dobrze radzę. - Jakie nieszczęścia? - zaciekawiłam się. - Choroby, śmierć - machnęła ręką jakby chciała odpędzić od siebie wspomnienia. - Kto się z nim zadawał, a nie daj Boże pozwolił mu się sportretować, miał nieszczęście jak w banku. Gniew boży na nas sprowadził i chociaż to grzech, powiem pani, że cieszę się, że już leży w grobie - dodała konfidencjonalnym szeptem. - Śmierć? Zabił kogoś? - No, nie tak żeby on sam, ale jakaś taka diabelska siła w nim tkwiła i sama jego bliskość sprawiała, że ludzie tracili rozum, chorowali, życie sobie odbierali. - Sama bliskość? Nie rozumiem… Był na coś chory? Zarażał inne osoby? - Tu nie ma co rozumieć, proszę pani. Po prostu niech się pani od tej sprawy trzyma z daleka, tak będzie najlepiej dla wszystkich, dla pani też. - No ale proszę powiedzieć coś więcej. Bo to bardzo ciekawe. - Ciekawe! - oburzyła się. - Też mi coś! Pani miastowa, nie wie o czym mówi. Pewnie pomyśli, że to zabobony głupich ludzi, ale ja pani dobrą radę dałam. Z daleka się trzymać! - Nie, no ja wcale nie uważam, że… - zaczęłam, choć Irmina dość dobrze opisała moje odczucia. - Ja już muszę iść, bo praca czeka - przerwała mi niezgrabne tłumaczenia. - Życzę smacznego. Odeszła szybkim krokiem, w oczywisty sposób wzburzona, pozostawiając mnie z resztkami drugiego dania i chaosem myśli. Przynajmniej miałam pewność, że Henryk rzeczywiście mieszkał w Borowie. W samotności dokończyłam obiad i udałam się do pokoju, gdzie spędziłam wieczór w towarzystwie książki i puszki piwa, rozmyślając o rewelacjach, jakimi raczyła mnie Irmina. Najwyraźniej, Henryk zniechęcił do siebie nie tylko moją rodzinę, ale i mieszkańców Borowa. Poranek wstał piękny i słoneczny. Po niezbędnej toalecie udałam się do sali jadalnej, gdzie milcząca i zdystansowana Irmina podała mi jajecznicę, wędliny i świeże pieczywo. Udało mi się dowiedzieć od niej, gdzie mieszka ksiądz, do którego chciałam jak najszybciej się udać. Postanowiłam pójść na piechotę. Spakowałam plecak, wyjęłam z bagażnika dyskretnie zakamuflowaną butelkę wina, którą miałam zamiar wręczyć duchownemu w ramach podziękowania za spodziewaną pomoc i ruszyłam w stronę kościoła. Spacer dobrze
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Autoportret
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: