Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00276 004762 14871273 na godz. na dobę w sumie
Starorzecza - ebook/pdf
Starorzecza - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 602
Wydawca: Iskry Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-244-0274-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> nowele
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Porywająco napisany tom wspomnień znakomitego etnografa, historyka kultury, pisarza, tłumacza literatury słowackiej i czeskiej, jest swego rodzaju portretem pokolenia Polaków żyjących w Polsce powojennej lecz tradycją rodzinną i cywilizacyjną osadzonych w czasach przed II wojną światową. Dzieje krewnych, wśród których było wielu polityków, wojskowych, właścicieli ziemskich oraz licznych przyjaciół i znajomych obrazują losy odchodzącej w przeszłość klasy ziemian i starania ich dzieci i wnuków by ułożyć sobie życie w nowych realiach politycznych Polski powojennej. Bogactwo opisów, dystans do siebie samego jako bohatera przytaczanych zdarzeń, odnajdowanie humorystycznych stron życia w ciężkich czasach, serdeczna sympatia dla niepozbawionych wad i dziwactw opisywanych postaci sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 4 Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki Korekta: Dobrosława Paƒkowska Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2010 Copyright © by Antoni Kroh, Warszawa 2010 Autorzy zdj´ç i ilustracji Stanisław Gliwa (rys.) s. 115 Ryszard Halba s. 301, Maria Teresa Maszczak s. 144 (dwa zdj´cia), Jarosław Mierzwa s. 11, 30, 93, 95, 143 (dół), 347, 352, 450, 493 (lewe), 564, 568, Zofia Nasierowska s. 417, Krzysztof Ołtak s. 86, 87, 90, Antoni Zalewski s. 241, 571, 572, 573, 574 (góra i dół), 575. Pozostałe zdj´cia pochodzà z archiwum autora. Wydawnictwo doło˝yło wszelkich staraƒ, by skontaktowaç si´ z twórcami zamieszczonych w ksià˝ce zdj´ç. W kilku przypadkach okazało si´ to niemo˝liwe, dlatego twórców, z którymi nie zostały podpisane umowy, prosimy o pilny kontakt z sekretariatem wydawnictwa. ISBN 978-83-244-0127-7 Wydawnictwo ISKRY ul. Smolna 11, 00-375 Warszawa tel. /faks (22) 827-94-15 iskry@iskry.com.pl www.iskry.com.pl Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 5 Fraszki to wszytko, cokolwiek myÊlemy, Fraszki to wszytko, cokolwiek czyniemy; Nie masz na Êwiecie ˝adnej pewnej rzeczy, Pró˝no tu człowiek ma co mieç na pieczy. ZacnoÊç, uroda, moc, pieniàdze, sława, Wszystko to minie jako polna trawa; NaÊmiawszy si´ nam i naszym porzàdkom, Wemknà nas w mieszek, jako czynià łàtkom*. (J. Kochanowski, O ˝ywocie ludzkim) *** Na wszelki wypadek objaÊniam, co poeta miał na myÊli: Kochanowski przyrównał ludzki ˝ywot do teatrzyku kukiełkowego. Gdy publicznoÊç obserwujàca nasze wysiłki uÊmieje si´ ju˝ do syta, zostaniemy wetkni´- ci w worek jak laleczki po skoƒczonym widowisku. Czytelników, którzy nie potrzebujà ww. objaÊnienia, najmocniej prze- praszam za fatyg´. Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 7 Krok defiladowy na gruntach podmokłych PANIE TRUMAN, SPUÂå TA BANIA  SON ET LUMIÈRE W GRUZACH  PANI DYREKTORKA  PRZEDWOJENNI  TKN¢ŁO CI¢?  MEBLE PA¡STWA ANDERSÓW  PIOSENKI DZIECI¡STWA  MIŁOÂå DO PONIEMIECKIEJ KURTKI  CZOŁEM, LISIE, TWOJE ZDROWIE!  IMIENINY POWÑZEK  O RANY, ALE JAJA!  KOSTKI KULTU JEDNOSTKI  ZARASTANIE KICZEM  ROZWÓD, ÂLUB I KWARANTANNA W CHLEWIKU  W ZŁÑ GODZIN¢ B´dzie wojna. Skoro była druga, wybuchnie i trzecia. O trzeciej woj- nie Êwiatowej krà˝yły ciepłe wierszyki, dowcipy. „Jedna bomba ato- mowa i wrócimy znów do Lwowa. Potem druga bomba silna i wrócimy znów do Wilna. Panie Truman, spuÊç ta bania, bo ju˝ nie do wytrzy- mania”. Rozmowa goÊcia z kelnerem: – Prosz´ schabowy i piwo. – B´dzie dopiero po trzeciej. – Przecie˝ jest dwadzieÊcia po trzeciej. – Tak, ale po trzeciej wojnie Êwiatowej. – DoroÊli wybuchali dziwnym Êmiechem. Niedawno ujawniono, ˝e trzecià wojn´ Êwiatowà szykowano cał- kiem serio. Polska centralna miała byç celem zmasowanego nalotu atomowego, Wisła linià obrony, dlatego jej nie regulowano i nie prze- rzucano nad nià mostów. Pozostała ostatnià wielkà dzikà rzekà Eu- ropy, z wyjàtkowymi rozlewiskami, przykosami, starorzeczami i wysepkami, które wyłaniajà si´ i znikajà. Z podobnych przyczyn strategiczno-politycznych zachowały si´ równie˝ starorzecza Bugu oraz rzeki Moravy, oddzielajàcej Czechosłowacj´ od Austrii. B´dzie wojna. KtoÊ przynosił do domu wiadomoÊç z najpewniej- szego êródła, ˝e tym razem ju˝ chyba na pewno. DoroÊli niespecjal- nie si´ przejmowali, byli otrzaskani – ale na wszelki wypadek Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 8 8 ANTONI KROH  STARORZECZA uruchamiali stosownà procedur´. Nale˝ało zrobiç zapasy. Kupowa- no twarde pszenne suchary z charakterystycznymi dziurkami, Êwie- ce, zapałki, cukier, sól, màk´, kasz´, mydło, Êrodki opatrunkowe, naft´ (wyciàgano z piwnicy lampy naftowe i czyszczono), denatu- rat i co tam jeszcze. Dla babci i dla mnie zapas leków przeciwastma- tycznych. Po tygodniu, dziesi´ciu dniach emocje mijały. OczywiÊcie trwajàca wówczas w najlepsze walka o pokój nie mia- ła z tym absolutnie nic wspólnego. Trzecia wojna Êwiatowa była prawdopodobna, brana pod uwag´, walka o pokój całkowicie pusta, jeÊli nie liczyç dowcipów. Opowiadano, jak na wieÊ przyjechał agita- tor i grzmiał: Towarzysze! My zrobimy takà walk´ o pokój, ˝e ka- mieƒ na kamieniu nie zostanie! Pewnà wiejskà knajp´, czyli gospod´ ludowà, przyozdobiono fryzem z gołàbków pokoju. Miejscowi mówi- li, ˝e to białe myszki, którym wyrosły skrzydełka. A trzydzieÊci lat póêniej usłyszałem: Co to jest wrona? Gołàbek pokoju AD 1981! Mło- dy człowiek, który mi to opowiedział, zadumał si´ na chwil´ i spytał: – Aco to był właÊciwie ten gołàbek pokoju? W niektórych domach suszono chleb i pakowano w specjalne płó- cienne woreczki. U nas nie, ale na przykład babcia Joli i Rysia czy- niła to z wielkà wprawà. – Na jak długo starczy i czy was uratuje? – spytałem. – Pomo˝e przebiedowaç ogólne bezhołowie, które pewnie potrwa jakiÊ czas, bo jak˝e inaczej. A w ogóle nie wolno si´ podda- waç. Nigdy, przenigdy, w ˝adnej sytuacji. Dwie myszki wpadły do garnka ze Êmietanà. Jedna uznała swojà sytuacj´ za beznadziej- nà, nie walczyła o ˝ycie, od razu uton´ła. Druga tak uparcie przebie- rała łapkami, a˝ ubiła grudk´ masła. Weszła na nià, odbiła si´ i wyskoczyła na swobod´. Zapami´taj to sobie. A b´dzie, co b´dzie. My, m´˝czyêni, odznaczamy si´ ˝elaznà logikà oraz wyciàgamy praktyczne wnioski. Zapytałem mam´, czy warto słaç łó˝ko, myç si´ i odrabiaç lekcje, skoro i tak b´dzie wojna. Potraktowała serio mo- jà wàtpliwoÊç i wyjaÊniła najpowa˝niej, ˝e nale˝y braç pod uwag´ wszystkie ewentualnoÊci. Równie˝ takà, ˝e wojny nie b´dzie. Bardzo dobrze si´ składa, gdy rozumny młody człowiek ma sposobnoÊç wy- Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 9 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 9 miany poglàdów z kimÊ myÊlàcym podobnie, tylko jeszcze rozum- niejszym i szanujàcym partnera. Dziewczynki mieszkajàce na Pradze nosiły w´giel ze składu opa- łowego po drugiej stronie ulicy. KtóregoÊ razu matka kupiła dwa no- we wiadra. Gdy szły z tymi wiadrami, natkn´ły si´ na sàsiada. Zagadnàł ˝yczliwie, czy idà po cukier (było to w czasie wojny kore- aƒskiej), a gdy zaprzeczyły, uÊmiechnàł si´: mnie nie zwiedziecie. Wojenne wykupywanie towarów pozostawiło Êlad w literaturze. Zofia Bystrzycka w satyrycznym utworze Pami´tnik przewidujàcej (1952)* nakreÊliła rodzinny dramat: jakaÊ idiotka uległa podszep- tom sàsiadki i kupiła wór kaszy, z wielkim zaanga˝owaniem karmi- ła nià swoich najbli˝szych, a˝ mà˝ zaczàł wieczorami miewaç pilne obowiàzki słu˝bowe i w koƒcu si´ wyprowadził, dzieci te˝ poucieka- ły; pani domu, choç przewidujàca i pełna najlepszej woli, jakoÊ nie pokojarzyła tych faktów i kupiła drugi wór kaszy. Konstanty Ilde- Ania, AntoÊ i Zosia Kroh na tle choinki obwieszonej gołàbkami pokoju. Zabawa noworoczna, 1952. *** Antologia satyry polskiej 1944–1955 pod red. Antoniego Marianowicza, PIW, Warsza- wa 1955. Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 10 10 ANTONI KROH  STARORZECZA fons Gałczyƒski w jednym ze swych ostatnich utworów tak˝e przed- stawił humorystyczny obraz apokalipsy: – Tratata tata, tratata tata! Panie, panowie, ju˝ koniec Êwiata. Na dêwi´k puzonu, czyli tej surmy, zaraz na sklepy rzucà si´ hurmy. Zgnieceni w tłumie wołajà: – Mamo! A w sklepach znika pieprz i cynamon; kolejki stojà jak stàd do Zgierza; baby uuu! wyjà, pisk si´ rozszerza; baby skupujà kołdry, szparagi, pinezki, nawet wypchane ptaki (…). A Lis si´ cieszy, ˝e taki zam´t, łapk´ podnosi: – Okay i Amen. (K.I. Gałczyƒski, Chryzostoma Bulwiecia podró˝ do Ciemnogrodu) W dzieciƒstwie kilka razy prze˝ywałem wojenne strachy doro- słych. Zlały mi si´ w jedno. Nie wiem, skàd si´ brały, nie umiem ich powiàzaç z jakimÊ szczególnym wydarzeniem. MyÊl´, ˝e niekiedy uruchamiały si´ samoistnie. Strach i niepewnoÊç tkwiły pod skórà, rosły, a˝ w pewnym momencie przekraczały punkt krytyczny. Podob- nie czasem ni z tego, ni z owego zapala si´ siano w stodole. A gdy na- ród odreagował, psychoza cichła jak szczekanie psa i wszystko pozornie si´ uspokajało. Do nast´pnego razu. MyÊmy te˝ prze˝ywali wojenne emocje. Zabawa w wojn´ wyglà- dała tak: na asfalcie ulicy Swarzewskiej kawałkiem cegły rysowało si´ koło. W miar´ koliste, ˝eby nie było kłótni. To był Êwiat. Dzieli- ło si´ je na tyle cz´Êci, ilu grajàcych. To były paƒstwa. Ka˝dy wy- krzykiwał: Polska! Francja! Ameryka! Szwecja! – i ju˝ wszystko jasne. Kto wylosował pierwszy, wołał: wywołuj´ wojn´, wojn´, woj- Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 11 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 11 n´… Ameryce! Ciskał patyk, wszyscy rzucali si´ w pogoƒ, a kto do- biegł pierwszy, zabierał agresorowi kawałek terytorium. Naturalnà rzeczy kolejà najstarszy i najsilniejszy gracz był Polskà. Nieraz wi´c si´ zdarzało, ˝e Polska zajmowała wi´kszy obszar ni˝ Rosja i Ame- ryka razem wzi´te. Na polach bielaƒskich stał porzucony czołg. WymontowaliÊmy z niego ło˝yska. Hulajnogi tamtych lat kleciło si´ z trzech ło˝ysk (dwa z tyłu, jedno z przodu), dwóch desek oraz starej podeszwy od tenisówki, pełniàcej rol´ przegubu mi´dzy deskà poziomà, na któ- rej si´ stało, i pionowà, pełniàcà funkcj´ kierownicy, z przybitym na koƒcu uchwytem. Miały t´ dodatkowà zalet´, ˝e straszliwie szur- gotały po asfalcie. Wystarczyło kilka minut jazdy tam i z powrotem, aby jakiÊ nerwowy pan wystawiał głow´ przez lufcik i wrzeszczał na całà ulic´, ˝e wszyscy pochodzimy z nieprawego ło˝a i ˝ebyÊmy natychmiast wynieÊli si´ gdzie indziej, bo jak nie, to nam powyrywa. Cudowne uczucie. Ale najfajniej czuliÊmy si´ w gruzach. (DziÊ cz´Êciej mówi si´ „ruiny”). Kamienice, przekrojone bombami od dachów po partery, odsłoniły fragmenty przedpowstaniowych mieszkaƒ. Cegły wystajà- ce z rozłupanych Êcian tworzyły schodki, a jeÊli si´ niewiele wa˝yło, miało drobne dzieci´ce stopy, dusz´ zdobywcy i ani krzty rozumu, mo˝na było si´ wdrapaç choçby i na trzecie pi´tro. To naprawd´ nie było trudne. W pomieszczeniu, które ongiÊ było kuchnià, mo˝e ła- zienkà, ale teraz przybrało kształt loggii z rozległà panoramà, stała Znalazłem w gruzach, to były moje zabawki. Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 12 12 ANTONI KROH  STARORZECZA na trójnogu blaszana balia do prania bielizny. Chłopaki naznosili do niej amunicji, wsz´dzie pełno jej si´ walało, zaleli kilkoma kani- strami benzyny skàdÊ podprowadzonej, wsadzili koniec sznura od bielizny, a drugi koniec, ten na dole, podpalili. Wieczorowà porà, dla wi´kszego wra˝enia. I rzeczywiÊcie, było na co popatrzeç i czego posłuchaç, a potem wspominaç przez wiele dni. Kulki gwizdały, stru- gi płonàcej benzyny tryskajàce z wysokoÊci tworzyły efektowne esy- -floresy. Nazajutrz milicjant chodził od domu do domu, po raz pierwszy w ˝yciu byłem przesłuchiwany. Nikogo nie wydałem, bo nie miałem o niczym poj´cia. JeÊli nie liczyç mglistych, choç bardzo praw- dopodobnych podejrzeƒ. Sprawców nie wykryto, bo byłbym wiedział. Chłopaki ze Swarzewskiej to była elitarna, zamkni´ta organizacja, a gdy w takim hermetycznym Êrodowisku zawià˝e si´ konspiracj´ w konspiracji, system podwójnego zabezpieczenia, ryzyko wpadki jest minimalne. Pokolenie mamy i pokolenie dziadka wypraktykowa- ło t´ starà prawd´. Samo widowisko batalistyczne, son et lumi¯re naszego pokolenia, niestety mnie omin´ło, znam je tylko z opowieÊci naocznych Êwiad- ków, a zwłaszcza zmasowanych wyzwisk pod adresem młodzie˝y, w szkole i na ulicy. Jakby starsi byli màdrzejsi. W roku pi´çdziesiàtym szóstym miałem trzynaÊcie lat, nie bawi- łem si´ ju˝ w chowanego, ale zapami´tałem wyliczank´: Lenin zjadł lina, wysrał Stalina. Stalin zjadł druta, wysrał Bieruta. Bierut zjadł schaba, wysrał Ochaba. Ochab zjadł bułk´, wysrał Gomułk´. Pałka, zapałka, dwa kije, kto si´ nie schowa, ten kryje. Szukaaaam! Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 13 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 13 Jesienià w Budapeszcie lała si´ krew, w Warszawie wrzało, czoł- gi radzieckie szły od Legionowa na ˚eraƒ, robotnicy szykowali si´ do obrony, wojna wisiała na włosku. Sowieci zawrócili na północ; nietrudno było wywnioskowaç, ˝e przejdà Wisł´ w Modlinie, a jutro, najdalej pojutrze wychynà z Puszczy Kampinoskiej i b´dziemy ich mieli u nas na Bielanach. Pani Zofia Ringmanowa, dyrektorka, drob- na siwa staruszka, roztrz´siona, zwołała całà szkoł´ na apel i błaga- ła, zaklinała łamiàcym si´ głosem, ˝eby nie daç si´ w nic wplàtaç, w niczym nie uczestniczyç. Nie prowokowaç, nie krzyczeç, nie robiç obraêliwych gestów, nie rzucaç kamieniami. Najlepiej siedzieç w do- mu. Ten młody, biedny Wania w czołgu niczemu nie winien, te˝ si´ boi, wie o naszych polskich sprawach tyle, co mu powiedzieli, mo˝e nie zdzier˝yç, a wtedy dojdzie do rzeczy nieodwracalnych. KtoÊ mruknàł, mo˝e nawet to byłem ja, ˝e pani dyrektorka coÊ za bardzo strachliwa, nie wypada si´ tak Ruskich baç. Wychowaw- czyni dosłyszała i zaraz po apelu, gdy wróciliÊmy do klasy, wygłosi- ła mow´. O tym, ˝e pani przeło˝ona (u˝ywała tej formy, bo te˝ była przedwojenna) w czasie wojny prowadziła tajne nauczanie, po stro- nie aryjskiej i w getcie. W razie wpadki Êmierç na miejscu, jakby kto pytał. W getcie wykładała przedmioty Êcisłe, uczestniczyła w egzaminach maturalnych w konspiracyjnym liceum. Przemycała ˝ydowskie dzieci na aryjskà stron´, robiła tysiàc innych rzeczy. W tych najtrudniejszych latach znana była z zimnej krwi i szaleƒ- czej odwagi. Teraz rzeczywiÊcie si´ boi, ale nie o siebie, tylko o was. Wie, co to wojna, bo prze˝yła trzy. ˚adnej z nich za piecem nie prze- siedziała. W latach stalinowskich te˝ zachowała twarz. Wspominał jà Ja- cek Kuroƒ: „(…) od razu na pierwszej lekcji religii wstałem i zaczàłem po- lemizowaç z ksi´dzem. (…) Zapytałem, czy mog´ wyjÊç, bo jestem niewierzàcy, on na to, ˝e oczywiÊcie. Wyszło ze mnà jeszcze dwóch kolegów, poszliÊmy graç w siatkówk´. Wkrótce w naszej klasie zro- biło si´ pi´tnastu ateistów, dobre dwie dru˝yny. (…) Ksiàdz poskar- Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 14 14 ANTONI KROH  STARORZECZA ˝ył si´ dyrektorce, a była to Zofia Ringmanowa, staruszka, jeszcze ze szkoły Sempołowskiej, wybitna działaczka strajku szkolnego w 1905–7, wspaniała baba. Kiedy nast´pny raz wybiegliÊmy tłumem z religii, powiedziała: – Panowie wolnomyÊlàcy, ˝adnej siatkówki, uczymy si´ fizyki. I zacz´ła odpytywaç, stawiajàc ka˝demu po trzy dwójki. (…) gdy- by ktokolwiek z nas doniósł na Ringmanowà, ˝e obcina z fizyki mło- dzie˝, która wychodzi z religii, to natychmiast przestałaby byç dyrektorkà. (…) nigdy, ani przez chwil´ nie próbowała przedstawiç si´ jako zwolenniczka nowego ładu. Stawiała dwójki, ale przy całej swojej surowoÊci była bardzo sprawiedliwa. ZłoÊliwa i jednoczeÊnie niesłychanie ˝yczliwa. Była dla nas starà reakcjonistkà, ale wiedzie- liÊmy, ˝e nie karierowiczem. Dyrektorkà była od zawsze, baliÊmy si´ jej, ale i lubiliÊmy jà”*. A wi´c dzi´ki temu, ˝e Kuroƒ i jego koledzy nie podporzàdkowa- li si´ ideologii, którà wtedy wyznawali i pragn´li wprowadziç w ˝y- cie, par´ lat póêniej zdà˝yłem jeszcze pochodziç do liceum pod dyrekcjà pani Ringmanowej. Podczas WyÊcigu Pokoju, gdy na Stadionie Dziesi´ciolecia kolarz radziecki w chuligaƒski sposób odebrał pewne zwyci´stwo Polakowi, stadion gwizdał, tak˝e podczas dekoracji i odgrywania hymnu ZSRR. Cała Warszawa o tym mówi- ła. Pani dyrektorka te˝, na apelu. – Mamy sàsiadów takich czy innych, ale tym bardziej powinniÊmy si´ godnie zachowywaç. Nic nas od tego nie zwalnia, bo przecie˝ je- steÊmy Polakami. Gdyby na widok tego łajdactwa publicznoÊç wsta- ła i w milczeniu skierowała si´ do wyjÊcia, miałoby to bez porównania silniejszà wymow´. A tak, było, jak było: jeden łobuz na bie˝ni i sie- demdziesiàt tysi´cy łobuzów na trybunach. Szkoda, przepadła Êwiet- na okazja. Cały Êwiat by o tym mówił, dopiero mieliby si´ z pyszna. W moich czasach licealnych, to znaczy w drugiej połowie lat pi´ç- dziesiàtych, jeszcze pracowali przedwojenni profesorowie. Trudno *** J. Kuroƒ, Wiara i wina. Do i od komunizmu, Niezale˝na Oficyna Wydawnicza, Warsza- wa 1990. Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 15 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 15 definiowalne, ale wyraziste zjawisko. Mi´dzy nimi a generacjà na- st´pców ziała przepaÊç, rów tektoniczny. (Jak wszystkie uogólnie- nia, równie˝ i to odnosi si´ do zbiorowoÊci, nie jednostek). Ró˝nica była zasadnicza – pedagodzy starej daty budzili respekt bez podno- szenia głosu, wyzwisk czy okazywania uczniom lekcewa˝enia. Oni byli kulturalni. Godni szacunku, jak to si´ mówiło. Nie tylko nieÊli oÊwiaty kaganiec, ale nawet, a˝ trudno dzisiaj w to uwierzyç, akcep- towali nasze istnienie, a niekiedy okazywali nam sympati´. Czego nie dało si´ powiedzieç o ich młodszych kolegach. Panowało wtedy powszechne przekonanie, ˝e pracowaç do szkoły idà ci, którym gdzie indziej si´ nie powiodło. Sami o tym mówili. Uczniom. Tak jest, pa- mi´tam. Ubolewali, ˝e sà marnie opłacani i dlatego my, uczniowie, ich nie szanujemy. Istotnie, szanowaliÊmy ich nieszczególnie, lecz mo˝e nie z tego powodu. A w ogóle byliÊmy obrzydliwi. Taki na przy- kład Kroh: t´pak, głàb, osioł, leƒ, tuman i jak pani T., polonistka, na niego patrzy, to zbiera jej si´ na wymioty. Rzecz działa si´ w sza- cownych murach renomowanego warszawskiego liceum, czwartego i ostatniego w mojej karierze. Pani profesorko, z wzajemnoÊcià. Od mojej matury min´ło prawie pi´çdziesiàt lat, prze˝yłem niejed- no, ale takiego traktowania, jak w liceum, póêniej nie zaznałem. Trudno si´ od tego uwolniç. W naszej ówczesnej mowie słowo „przedwojenny” oznaczało „so- lidny, w dobrym gatunku, godzien zaufania”. Przedwojenny garni- tur, przedwojenny szewc. „Dadzà mi nagan´ za nieobecnoÊç na zebraniu czy nie dadzà, mi to wisi jak kilo kitu u sufitu na przed- wojennej agrafce” – zanotowała mama spontanicznà wypowiedê ko- le˝anki w biurze, lata 50. „Masło przedwojenne” (sklepik w Łodzi na Piotrkowskiej, lata 40. Osoba, która to zapisała, była zdumiona, ˝e tylu ludzi na widok tej wywieszki uÊmiecha si´ ze zrozumieniem). „Od kiedy tylko zaczàłem swe Êwiadome ˝ycie, zdarzyło si´ tu i ów- dzie słyszeç okreÊlenie «przedwojenny pan». Mawiano tak z podzi- wem o ludziach, którzy wyroÊli z mi´dzywojennej Polski i potrafili w ˝yciu zachowaç formy i zasady, które im wtedy zaszczepiono. Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 16 16 ANTONI KROH  STARORZECZA «Przedwojenny pan» to był w ka˝dym calu d˝entelmen, nieprzekra- czajàcy pewnych granic w trudnych sytuacjach, trzymajàcy w ry- zach słowa i emocje”. („Kulisy” I 1993). „On jeden mo˝e to wiedzieç, ma przecie˝ przedwojennà matur´!” (zasłyszane, Wrocław 1968). „JakoÊ si´ trzymam, przecie˝ chodz´ na solidnych, przedwojennych cz´Êciach” (wyznanie staruszka, zasłyszane, Łódê 1972). „Odszedł rzemieÊlnik starej daty, skrojony z dobrego, przedwojennego mate- riału. ˚yczliwy dla klientów, niedzisiejszy, bo siedzàcy w warsztacie długo po oficjalnych godzinach otwarcia, dotrzymujàcy słowa i ter- minów”. („Dziennik Polski” IX 1997)*. Gdy poło˝yli mnie w szpitalu, pan z sàsiedniego łó˝ka, starszy człowiek, był właÊnie po skomplikowanej operacji. Ordynator pod- czas codziennego obchodu oglàdał go i powtarzał: – Zrasta si´, Êwietnie si´ zrasta! ˚adnych powikłaƒ! Zuch z pa- na! Przedwojenna, solidna robota, od razu widaç! Niektórzy starsi wyznawali poglàd, ˝e doÊwiadczenia wojenne wyniosły ich na szczyty eksperiencji. Sà tacy màdrzy i doÊwiadcze- ni ˝yciowo, ˝e ju˝ bardziej si´ nie da. Wiele razy słyszałem: ech, ci młodzi, niczego nie zaznali, có˝ oni rozumiejà, co tam oni wiedzà. Po czym westchnienie i charakterystyczny ruch r´kà. Próbowałem oponowaç, ˝e skoro urodziłem si´ w roku czterdziestym drugim i ˝y- j´, to i ja prze˝yłem wojn´. A co ty prze˝yłeÊ, dzieciuchu, co ty pa- mi´tasz. Dałem wi´c spokój i przyjàłem porzàdkujàce zało˝enie, ˝e ka˝dy dorosły to wariat, tylko nasilenie i objawy fiksum-dyrdum by- wajà rozmaite. A było co podziwiaç. Druh harcmistrz M. stale miał przy sobie dwa chlebaki. W jednym apteczk´, w drugim ˝elaznà racj´ ˝ywno- Êciowà. Przechwalał si´, ˝e dwa razy dał si´ zaskoczyç, ale trzeci raz ju˝ go nie podejdà. Pani profesor doktor K. za ˝adne skarby nie zostawiła płaszcza w szatni, nawet w restauracji czy w teatrze; re- agowała złoÊcià, gdy ktoÊ zwracał jej uwag´. Bo przecie˝ gdyby przy- *** B. Magierowa, A. Kroh, Prywatny leksykon współczesnej polszczyzny (w przygotowaniu). Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 17 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 17 szło co do czego, mogłaby go straciç; płaszcz z przedwojennej biel- skiej wełny, dziÊ nie do zdobycia. Inna pani K., ongiÊ królowa ele- gancji, muza poetów, bywalczyni Ziemiaƒskiej i Adrii, paradowała po Warszawie w nieprawdopodobnych łachach. Tłumaczyła, w cza- sie wojny ubranie szybciej si´ niszczy, wi´c rozsàdek podpowiada, by sprawunki odło˝yç na spokojniejsze czasy. Mruknàłem, ˝e prze- cie˝… i natychmiast tego po˝ałowałem. Pan Ch. równie˝ był ci´˝ko chory na wojennà abnegacj´. Brał prace zlecone, Êl´czał nad nimi po nocach, tyrał jak wół, oddawał w terminie, ale ju˝ nie starczało mu energii, by jechaç na drugi koniec Warszawy po wypłat´ (nie by- ło wtedy prywatnych kont bankowych ani przelewania honorariów). Bo prosz´ paƒstwa czasy sà takie, ˝e nie ma co zaprzàtaç sobie gło- wy pieni´dzmi, przecie˝ i tak w jednej chwili wszystko diabli wez- mà. Wolał si´ zadłu˝aç i nie zwracaç, to według niego było bli˝sze prawom natury. Wkrótce przestano mu po˝yczaç, co przejmowało go bolesnym zdziwieniem. Ostentacyjnie marudził, ˝e znowu nie ma innego wyjÊcia, jak fatygowaç si´ do kasy po pieniàdze, jaka˝ to stra- ta czasu. Pani W. mieszkała po wojnie w małym parterowym domku; cz´sto wstawała w nocy i po ciemku, zachowujàc si´ jak najciszej, tkwiła za firankà, bo wcià˝ jej si´ wydawało, ˝e ktoÊ chodzi pod oknami. Jej kilkuletnia wnuczka te˝ swoje przeszła, spała czuj- nym płytkim snem dzikiego zwierzàtka – i kiedy babcia stawała przy oknie, nieruchomo le˝ała w ciemnoÊciach z otwartymi oczami, przera˝ona, ˝e to po nià ktoÊ idzie. Pani M. pod koniec ˝ycia jeszcze raz musiała si´ przeprowadzaç. Jej córka, opró˝niajàc piwnic´, tra- fiła na stare drewniane saneczki. Chciała je podarowaç dzieciom z sàsiedztwa. – Nie, zostaw! – Dlaczego? – Jak to dlaczego? A na co wsadzimy rzeczy, gdy nas b´dà wysiedlaç i wrzasnà: собирайтесь с вещами!*. Pan G., jowialny starszy pan, miał zadowolonà min´ i zawsze jakiÊ ˝art na podor´dziu, dopóki nie usłyszał w publicznym miejscu j´zyka niemieckiego. Wtedy zaczynał tupaç, wymachiwaç *** Szykujcie si´ w drog´ z rzeczami! Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 18 18 ANTONI KROH  STARORZECZA laskà i wrzeszczeç, a znał sporo niemieckich przekleƒstw. Plotko- wano o nim, ˝e omija Âwi´tokrzyskà, ˝eby nie patrzeç na witryn´ OÊrodka Kultury i Informacji Niemieckiej Republiki Demokratycz- nej. Pan S., człek sympatyczny, inteligentny, dystyngowany, kierow- nik działu w du˝ej instytucji, przeszedł przez OÊwi´cim. Oszacował, nie wiem, jak do tego doszedł, koszt utrzymania statystycznego ka- cetowca, przeliczył to na złote polskie koƒca lat pi´çdziesiàtych, po- mno˝ył przez pi´ç i wynik uznał za współczynnik absolutnego komfortu. Wypominał podwładnym, ˝e nie doÊç, ˝e si´ pławià w do- statku, to jeszcze zachciewa im si´ jakichÊ podwy˝ek, to przecie˝ niemoralne. Gdy odchodził na emerytur´, uradowany personel zło˝ył si´ na po˝egnalnà wystawnà bibk´. Pani G. po wojnie uło˝yła sobie ˝ycie, ale przeszłoÊç nie dawała si´ wymazaç; gdy jej syn dorastał i zaczàł oglàdaç si´ za dziewczynami, wygłosiła mu pogadank´ uÊwiadamiajàcà, ˝e kobieta cz´sto podkreÊla urod´ fryzurà albo strojem. Dlatego wybrank´ serca trzeba wyobraziç sobie w pasiaku, z ogolonà głowà; dopiero wtedy mo˝na oceniç, czy jest ładna, bo nie- którym taki obozowy wyglàd dodawał urody, inne szpecił. Pan J., w miar´ jak zapadał w staroÊç, coraz cz´Êciej opowiadał o swojej od- wadze; grywał Chopina w prywatnych mieszkaniach, co groziło naj- surowszymi konsekwencjami. Tak si´ zło˝yło, ˝e zwierzał si´ z tego pani, która słu˝yła w wywiadzie AK i sporo przeszła; ona tak˝e si´ starzała, wspomnienia nieustraszonego pianisty były dla niej coraz trudniejsze do zniesienia. Niepotrzebnie si´ irytowała; mogła prze- cie˝ wziàç pod uwag´, ˝e pan J. wirtuozem był nieszczególnym; owe koncerty pozostały najszcz´Êliwszymi chwilami jego ˝ycia, w nor- malnych czasach nie zebrałby tylu wzruszonych słuchaczy. Pani A. wakacje pi´çdziesiàtego piàtego roku sp´dzała w Buko- winie, spacerowaliÊmy, bawiła jà moja góralska gwara, podarowała mi ksià˝k´ Biała foka. Co wieczór przy kolacji na werandzie opowia- dała babuni o Ravensbrück, ale o samym obozie niewiele; przewa˝- nie mówiła, jak po wojnie Szwedzki Czerwony Krzy˝ zaprosił byłe wi´êniarki na rekonwalescencj´. Trudno jej było znieÊç ten natych- Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 19 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 19 miastowy przeskok z hitlerowskiej katorgi w senne szwedzkie mia- steczko, mi´dzy gospodynie domowe, pełne najlepszej woli, troskli- we, serdeczne, wyrozumiałe. Po jakimÊ czasie delikatnie poprosiły, ˝eby im wygłosiç seri´ pogadanek o warunkach ˝ycia w obozie kon- centracyjnym. Słuchały, kiwały głowami, bardzo chciały zrozumieç, miały coraz smutniejsze oczy, a˝ w koƒcu któraÊ zapytała o zawar- toÊç obozowej biblioteki i czy przy łó˝kach były nocne lampki. Opo- wieÊç o bibliotece i nocnych lampkach słyszałem kilka razy. Pani A. po powrocie do Polski skoƒczyła studia, podj´ła prac´, wyszła za mà˝, urodziła dwoje dzieci. Ale o tym nie mówiła. Tylko o tych zasłu- chanych kobietach. Za ka˝dym razem koƒczyła konkluzjà, ˝e bez- denna głupota owych Szwedek była całkowicie zrozumiała. One były normalne, my nie. Bo przecie˝ tamtych prze˝yç nie da si´ ogarnàç zwyczajnym rozumem. Pani D., z pochodzenia wilniuczce, na wrocławskiej ulicy nagle zastàpił drog´ m´˝czyzna w sowieckim mundurze i o coÊ zapytał po rosyjsku. Nie wiedziała, jak i kiedy znalazła si´ w bramie. Tkwi- ła tam do zmroku, bo miała pełno w majtkach i kr´powała si´ wyjÊç. Zosia, urodzona w czterdziestym szóstym, pisze, ˝e jako kilkulet- nie dziecko była przekonana, ˝e nigdy w ˝yciu nie b´dzie mieç przy- jaciół, no bo kto b´dzie chciał si´ z nià zaprzyjaêniç – przecie˝ urodziła si´ po wojnie, wi´c jest gorsza. „OczywiÊcie doÊç szybko wy- rosłam z tego i nie zostawiło to u mnie ˝adnych urazów, a teraz si´ tylko uÊmiecham, gdy sobie o tym pomyÊl´”. Raz po raz ktoÊ ze starszych opowiadał, ˝e w odpowiednim mo- mencie coÊ go tkn´ło i tylko dzi´ki temu ˝yje. Potem na ogół ktoÊ in- ny dodawał, ˝e jego te˝ tkn´ło i równie˝ ˝yje wyłàcznie z tego nie- poj´tego powodu. „Szedłem Nowym Âwiatem, coÊ mnie tkn´ło, skr´- ciłem w Wareckà, a wieczorem dowiedziałem si´, ˝e gdybym tego nie uczynił, wlazłbym prosto na łapank´ w Alejach”. Albo: „Byłam łàczniczkà, nosiłam bibuł´, broƒ, ju˝ mi to nawet troch´ spowsze- dniało, nie zastanawiałam si´, ˝e mogà mnie zwinàç, ale tamtego dnia coÊ mnie tkn´ło, wyszłam na miasto czysta jak łza, no i ze trzy Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 20 20 ANTONI KROH  STARORZECZA razy ˝andarmi zaglàdali mi do torby”. Nast´powała pointa adreso- wana do młodych: pami´tajcie dzieci, ˝e jeÊli coÊ was tknie, nale˝y posłuchaç przeczucia, nie ignorowaç, nie wzruszaç ramionami. Ludzie, których coÊ tkn´ło i ch´tnie o tym opowiadali, byli zjawi- skiem na tyle cz´stym, ˝e my, warszawskie dzieci pierwszych lat po- wojennych, przej´liÊmy ten wyraz, nadajàc mu nowy sens. – Tkn´ło ci´? – znaczyło w naszej mowie to, co dzisiaj: odbiło ci? Przez wiele lat byłem przekonany, ˝e wszystkie owe tkni´cia to zabobon, nic ni- gdy nikogo nie tkn´ło, a jeÊli w odpowiedniej chwili skr´cimy w Wa- reckà albo na przykład nie wsiàdziemy do auta i dzi´ki temu unikniemy katastrofy, jest to czysty przypadek; równie dobrze mo- gliÊmy daç si´ złapaç, w ogólnym rozrachunku wychodzi na jedno, przecie˝ zawsze tak jest, ˝e ktoÊ skr´ca w Wareckà, a ktoÊ inny za- suwa prosto ku swemu przeznaczeniu. Otó˝ razu pewnego mnie tak- ˝e tkn´ło. Nagle, na polecenie Anioła Stró˝a, zmarłych przodków albo nie wiem czyje, jakby mi ktoÊ nacisnàł pstryczek w mózgu, po- stàpiłem nieracjonalnie, bez sensu, co niebawem okazało si´ wyj- Êciem najlepszym z mo˝liwych. Gdyby mnie było nie tkn´ło, wpadłbym w paskudnà sytuacj´. Nie wiem, czy i jak udałoby mi si´ z niej wyplàtaç. Strach wspominaç. Tkn´ło ci´? Zapewne ju˝ w staro˝ytnej Grecji młodzie˝ miała swój j´zyk Êrodowiskowy, irytujàcy dorosłych, zwiastujàcy niechyb- ny upadek kultury. U nas na Bielanach w latach pi´çdziesiàtych modne było pozdrowienie: czołem, stary trupie. Znaczyło: witaj przy- jacielu, miło mi ci´ widzieç. Nie wiem, czy mod´ na starego trupa mo˝na zaliczyç do wojennych reminiscencji. Chyba tak. ˚yła dłu˝ej ni˝ inne, poniewa˝ bardziej działała dorosłym na nerwy. Wielokrot- nie mi wytykano, ˝e nie wiem, co mówi´, skoro prawdziwego trupa na oczy nie widziałem. Dziwna pretensja. Widziałem, nie widzia- łem, co z tego? Nazywanie ludzi facetami uchodziło, równa babka mogła byç, forsi´ga zamiast pieni´dzy była do przyj´cia, natomiast stare trupy wywoływały nerwowe reakcje. Babciu, zostawiam na wierzchu zeszyt od geografii, za godzin´ przyjdzie trup, obieca- Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 21 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 21 łem mu po˝yczyç. Powiedziawszy to, nale˝ało natychmiast rzuciç si´ do drzwi, aby nie słyszeç, co babcia ma w tej sprawie do powiedze- nia. Otó˝ gwara młodzie˝owa odgrywa znacznà rol´ w utrzymaniu ciàgłoÊci kultury. Tam, gdzie Polacy sà w mniejszoÊci, na przykład w Londynie czy we Lwowie, głównà przyczynà wynarodowienia jest brak miejscowej polskiej gwary młodzie˝owej. Dzieci przechodzà na rosyjski, na angielski, bo j´zyk Sienkiewicza czy Orzeszkowej nie oddaje ich Êwiata. Wojna mieszała ludziom w głowach na tysiàce sposobów. Pani ge- nerałowa Andersowa wspominała z uÊmiechem, ˝e jeszcze długo po wojnie mà˝ nie zgadzał si´ na kupno porzàdnych mebli do ich lon- dyƒskiego mieszkania, po co, przecie˝ niebawem b´dziemy znów si´ przeprowadzaç, tym razem na dobre, do Warszawy… Nie dowiemy si´ nigdy, ile w tym było kalkulacji politycznej, a ile bezwiednego przedłu˝ania najintensywniejszych lat w ˝yciu generała, gdy obywał si´ prawie bez mebli. Pan profesor S. powiedział kiedyÊ mimochodem na wykładzie, wprawiajàc mnie w zdumienie, ˝e okupacj´ w Warsza- wie wspomina z rozrzewnieniem, to najlepsze lata jego ˝ycia. – Nie w tym rzecz, ˝e byłem wtedy młody, choç oczywiÊcie i to nie jest bez znaczenia. Ale mam na myÊli co innego. Atmosfer´. Tramwaj, ulica, sklep – czuło si´ solidarnoÊç, ˝yczliwoÊç. Było jasne, kto nasz, a kto wróg, któr´dy biegnie linia podziału. Zwyci´˝ymy, choç nie wiadomo kiedy, ale to w koƒcu nie takie wa˝ne. Człowiek cieszył si´ i był dum- ny, ˝e Pan Bóg stworzył go Polakiem. Nie macie paƒstwo poj´cia – nieznajomi na ulicy uÊmiechali si´ do siebie. Powstaƒców warszawskich, których dane mi było poznaç, dzieli- łem na dwie kategorie: tych, którzy po wojnie ˝yli zwyczajnie, oraz tych, którzy równie˝ ˝yli zwyczajnie, ale czas im si´ zatrzymał, nic oprócz powstania si´ dla nich naprawd´ nie liczyło. Mówiono, ˝e raz na za- wsze stanàł im zegarek. W ciàgu owych szeÊçdziesi´ciu trzech dni zu- ˝yli cały zapas ˝yciowej energii, nie zostało nic na póêniej, no i tak padło, ˝e powstanie to była ich jedyna wartoÊç, potem ju˝ jechali na ja- łowym biegu. Na ogół bli˝sze i dalsze otoczenie miało ich serdecznie Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 22 22 ANTONI KROH  STARORZECZA dosyç. W knajpie Flis na Ho˝ej, gdzie serwowano tylko jednà potraw´, flaki, było zawsze pełno, głównie m´˝czyzn. Przed bufetem długa ko- lejka, jadło si´ na stojàco, trudno było o miejsce. Ciasno. I chyba z po- wodu owej ciasnoty i przewagi m´˝czyzn kr´cił si´ tam dziwny osobnik, ciut szmatławy, strasznie namolny. Niby przychodził na fla- ki, ale raczej po to, by mieç słuchaczy swoich powstaƒczych wspo- mnieƒ. MyÊlałem, ˝e fantazjuje. KiedyÊ troch´ na odczepnego spyta- łem go o pseudonim i przynale˝noÊç. Sprawdziłem i dowiedziałem si´, ˝e to bohater, legenda Starówki, a wszystko, co mówił, było prawdà. – Serwus – uÊmiecha si´ Tadek – jak si´ masz? – Marnie – odpo- wiadam – nie mam forsy, głód mi grozi. Tadkowi twarz si´ zmienia. – Ty durny, nie gadaj, jak nie rozumisz, co gadasz. Głód mu grozi! Ty wiesz, co to głód? Id´ we Lwowie ulicà, za Sowietów to było, miałem wtedy z pi´tnaÊcie, mo˝e szesnaÊcie lat, i goÊç mnie zaczepia, ˝e- bym pomógł meble staszczyç z pomieszkania na trzecim pi´trze. Ta dobrze. Fest dygowałem ze dwie godziny. Zafasowałem za to półli- trowà flaszk´ oleju, takiego do sma˝enia. Zasuwam dumny jak jaki rycerz spod Grunwaldu, ciesz´ si´, ˝e dam mamie, zobaczy, jaki ze mnie m´˝czyzna, głowa rodziny, alem nie zdzier˝ył, odkorkowałem flaszk´, przytknàłem do ust. Tylko kapk´, tylko łyczek. Joj, jakie do- bre. Patrz´, a ona pró˝na. Wstyd mi si´ strasznie zrobiło, mamie si´ nie przyznałem, ten olej przeÊladował mnie wiele lat. Głód. Ty fra- jerze. Głód to b´dzie wtedy, gdy idàc do domu z bochenkiem chleba, b´dziesz go chował, ˝eby ktoÊ na ulicy nie zobaczył i ci´ nie stuknàł, ˝eby go chapnàç, pacanie jeden. Do babci przyszła na pogaduszki sàsiadka, pani C., bezetka. Roz- mawiały po francusku i niemiecku, ˝eby AntoÊ nie zrozumiał i gdzieÊ czegoÊ nie wypaplał, chocia˝ takie słowa, jak Stalin, Bierut, Rokos- sowski, Sowieci, komuniÊci brzmiały dla dziecka zrozumiale, a resz- t´ mo˝na było sobie bez trudu doÊpiewaç. Ale gdy pani C. zacz´ła wspominaç wrzesieƒ trzydziestego dziewiàtego, odruchowo prze- szła na polski. Widocznie uznała, ˝e tego w innym j´zyku opowie- dzieç si´ nie da. Mieszkała w Warszawie, niedaleko ˝eƒskiego Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 23 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 23 klasztoru, gdzie naturalnà rzeczy kolejà zorganizowano szpital po- lowy. Pani C. poszła do przeoryszy zaofiarowaç pomoc – była doÊwiad- czonà sanitariuszkà jeszcze z dwudziestego roku. – Doskonale – ucieszyła si´ ksieni – a w której sali chce pani pracowaç, oficerskiej czy ˝ołnierskiej? – Tam, gdzie b´d´ potrzebna, gdzie matka przeło˝o- na rozka˝e – odpowiedziała pani C. z lekkim zdziwieniem. – Dopraw- dy? – zdumiała si´ mniszka – to Êwietnie. Prosz´ wybaczyç to pytanie. Eleganckie damy, których tu pełno, chcà si´ troszczyç tyl- ko o oficerów. Skutek taki, ˝e oficerowie majà po kilka opiekunek, a ˝ołnierzom nie ma kto zmieniaç opatrunków. Babcia opowiedziała t´ histori´ mamie, mama panu K. Rozpro- mienił si´. – Wiesz, we wrzeÊniu byłem ranny w nog´, le˝ałem w Chełmie, to była sala szkolna. Przyszła panienka ze dworu, spyta- ła, który z panów jest najwy˝szy rangà, wr´czyła mu elegancki pa- kuneczek, w Êrodku rurki z kremem. Zapytał, czy ma takie rurki dla wszystkich. – No, nie, tylko dla pana chorà˝ego. – Cisnàł podarun- kiem, krem spływał po Êcianie, ranni ˝ołnierze wybuchn´li Êmie- chem, panienka zrobiła obra˝onà min´ i poszła. Mama i pan K. zastanawiali si´, czy to przypadkiem nie była ciocia Jadzia. Uzgod- nili, ˝e trudno powiedzieç. Drugà wojn´ Êwiatowà oglàdałem jak cienie w pieczarze, cudze wspomnienia, reminiscencje, powidoki. Ale bardzo intensywnie. Pierwszà wojn´ i wojn´ dwudziestego roku cieplej, milej, bo w opo- wiadaniach i piosenkach. Pełniły rol´ kołysanek, dobranocek, poja- wiały si´ na przemian z Kaczkà Dziwaczkà i Słoniem Tràbalskim. Bajk´ o Jasiu i Małgosi zatrzymała domowa cenzura, skoro czarow- nica zamierzała dzieci upiec i zjeÊç. Wierszyk Dziad i baba o tym, ˝e Êmierç weszła kominem do chatki, w której zabarykadowała si´ pa- ra staruszków, równie˝ był nieodpowiedni, zwłaszcza ze wzgl´du na ekspresyjne ilustracje. PieÊni legionowe nadawały si´ jak ulał. A je˝eli zgin´ od szabli, nie zabiorà duszy mej diabli. Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 24 24 ANTONI KROH  STARORZECZA Nie zabiorà duszy do piekła, bo by im po drodze uciekła. Odilidilidi, odilidiradi, nie taka to straszna jest ze Êmiercià gra. Odilidilidi, odilidiradi, nie taka to straszna ze Êmiercià gra. A je˝eli zgin´ w południe, zagra mi muzyka przecudnie. Zagra mi muzyka tak mile, ˝e stan´ posłuchaç na chwil´. Odilidilidi, odilidiradi… A je˝eli zgin´ od kuli, nie mówcie nic tylko matuli. Powiedzcie jej prosz´, ˝e ˝yj´, i kaw´ codziennie se pij´. Odilidilidi, odilidiradi… Latem trzydziestego dziewiàtego Polskie Radio nadawało to co kilka godzin, ˝eby ludziom dodaç otuchy, oswoiç zbli˝ajàcà si´ woj- n´. Rodzice właÊnie kupili odbiornik. Min´ło par´ miesi´cy; radio trzeba było owinàç kocem i o szarej godzinie wynieÊç w pole rozcià- gni´te mi´dzy Sadybà a Wilanowem, zatłuc młotkiem i przysypaç piaskiem. Zdecydowali, ˝e nie b´dà nara˝aç ˝ycia swojego i małej Anusi, a odniesienie cennego odbiornika Niemcom nie wchodziło w rachub´. Bioràc w r´k´ dawny ˝ołnierski Êpiewnik, uÊmiecham si´ co chwi- l´: sami starzy znajomi, wiàzanka kołysanek mojego dzieciƒstwa. Ksiàdz mi zakazował, ˝ebym nie całował w rozdziałek, a ja sobie musz´ uradowaç dusz´ w poniedziałek. Aktorek we wtorek, pod brod´ we Êrod´, czwartek nie pami´tam, dziewczàtek choç w piàtek, Dorot´ w sobot´, w koÊciele w niedzie- Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 25 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 25 l´, w Popielec bom strzelec. Jedzie, jedzie na Kasztance siwy strzel- ca strój. Ułani, ułani, malowane dzieci. Siedział sobie Êwi´ty Pieter, o rety. Hej panienki posłuchajcie, raz dwa trzy, i gazetki poczytajcie, raz dwa trzy. Sà tam wesołe nowinki, wesołe nowinki, b´dzie pobór na dziewczynki, raz dwa trzy. Z najpi´kniejszych warszawianek, raz dwa trzy, utworzymy pułk ułanek, raz dwa trzy, a która nie ma ochoty, nie ma ochoty, to jà damy do piechoty, raz dwa trzy. Stare, brzydkie i garbate, raz dwa trzy, posadzimy na armat´, raz dwa trzy, krawcowe b´dà w rezerwie, b´dà w rezerwie, gdy si´ komuÊ guzik zerwie, raz dwa trzy. Wygadana porucznikiem, raz dwa trzy, wykształcona pułkownikiem, raz dwa trzy, gdy b´dzie chłopców kochała, chłopców kochała, dojdzie stopnia generała, raz dwa trzy. Gdy si´ o tym ksiàdz dowiedział, raz dwa trzy, na plebanii nie wysiedział, raz dwa trzy. MyÊlał w nocy i nad ranem, w nocy i nad ranem, jakby zostaç kapelanem w wojsku tym. T´ piosenk´ lubiłem szczególnie, Êpiewałem z uczuciem i wyrazi- stà, dzieci´cà mimikà, doroÊli klaskali, babcia si´ gorszyła, było wspa- niale. KiedyÊ dziadek nucił sobie przy goleniu, a widzàc, ˝e kr´c´ si´ po kuchni, zastosował, pewnie z niech´cià, autocenzur´: Pan porucznik nic nie winien, hm, hm, hm, hm, bo powinien. Ale panna, panna winna, hm, hm, hm, hm, nie powinna. Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 26 26 ANTONI KROH  STARORZECZA Zachodziłem w głow´, co powinien pan porucznik, a czego pan- na nie powinna, lecz nie udało mi si´ nic wydedukowaç. Gdy kogut piał swe kukuryku, pies szczekał mu na vis-∫-vis, wtedy nagle w bojowym swym szyku pułk ułanów zawitał do wsi. A matka mówiła do córki, o nie ciesz si´ córuÊ, o nie, pójdziemy dziÊ spaç do komórki, bo ułani to bestie sà złe (na melodi´ carskiego marsza jegrów fiƒskich, zresztà). Miała matka trzech synów, dwóch màdrych siedzi w domu, a trzeci, ˝e był głupi, poszedł do legionów. (Szybko si´ zraził panujàcà tam głupotà, wi´c zrezygnował). I wraca syn do matki, idzie se poprzez pole, na piersi mu si´ błyszczà trzy złote mendole*. A jeden mendol za to, ˝e Moskali omijał, a drugi mendol za to, ˝e wszy t´go bijał. A trzeci, najwa˝niejszy, na wstà˝ce zawieszony, kupił se go w Krakowie za cztery korony. Dobrze, dobrze matulu u ciebie tu w chałupie, a ja te trzy mendole powiesz´ na czole. Czasem sobie podÊpiewuj´ i od razu mi l˝ej. Nie tylko piosenki nadajàce si´ na rocznicowà akademi´, ale i te z w´˝szego kr´gu wta- jemniczenia. Na cmentarzu wicher Êwista, kury ju˝ przestały piaç, tylko jeden legionista Êciàgnàł portki, zaczàł sraç. *** Połàczenie medali z mendami. Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 27 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 27 Wtem otwiera si´ mogiła i wychodzi koÊciotrup, czemuÊ, czemuÊ legionisto, czemuÊ nasrał na mój grób? Mam ci´ w dupie, koÊciotrupie… Dalej nie umiem. Zosia, młodsza ode mnie o cztery lata, pisze z Anglii, ˝e te˝ ma wielki sentyment do legionowych piosenek, ale gdyby miała wybie- raç, to Rozkwitały p´ki białych ró˝. „Âpiewam sobie od czasu do cza- su, ale tylko wtedy, gdy jestem sama, bo strasznie fałszuj´ i nie wiem, czy mi si´ po takim Êpiewaniu robi lepiej, czy gorzej”. Wiele jest ksià˝ek o działaniach wojennych, mniej o wojnie jako formie kultury i sposobie myÊlenia, szczególnym rodzaju wi´zi spo- łecznych, gospodarczych, rodzinnych, o t´sknocie za wojnà, potrze- bie wojny i w ogóle wojnie tkwiàcej w ludziach, o wojennych ideałach, obyczajach, erotyce, etykiecie, patosie i kiczu wojennym, wojnie b´dà- cej niepowtarzalnà okazjà do załatwiania spraw osobistych. Mo˝e jakiÊ młody wilczek, który właÊnie skoƒczył studia i roz- glàda si´ po˝àdliwie, na czym by tu sobie z´by połamaç, wgryzie si´ w temat wojny jako organicznej cz´Êci naszej cywilizacji? Wysnuje odkrywcze, czyli banalne wnioski, rodacy zmieszajà go z błotem, za- słynie. Byç mo˝e w którymÊ momencie b´dzie musiał wrzuciç do jed- nego worka potwornoÊci wojny i folklor Studium Wojskowego Uniwersytetu Warszawskiego. – Obywatelu majorze, fama głosi, ˝e pisze pan prac´ doktorskà. – Tak, a na jaki temat? – Krok defilado- wy na gruntach podmokłych. – Powiedzcie Famie, ˝e jest idiotà. * * * Ojciec po wojnie pracował na Mazurach, montował i demontował sta- lowe konstrukcje. Za którymÊ razem przyjechał do Warszawy w skó- rzanej poniemieckiej kurtce z wielkà iloÊcià kieszeni, Êwietnej do Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 28 28 ANTONI KROH  STARORZECZA pracy w terenie. Zostawił jà w domu, bo był lipiec, upały, a wkrótce miał powróciç. Dziesi´ç lat po jego Êmierci odkryłem t´ kurtk´ w sza- fie i zakochałem si´ od pierwszego wejrzenia. Dokładnie czegoÊ ta- kiego było mi potrzeba, abym uwierzył, ˝e wyglàdam jak chłopiec z lasu nazajutrz po demobilizacji. Kurtka znoszona, tu i tam przetar- cia, plamy. Od Êciółki, gliny w ziemiance, mo˝e od krwi. Dobitnie da- wała do zrozumienia, ˝e moje ˝ycie toczy si´ gdzie indziej, a w szkole znalazłem si´ absolutnym przypadkiem, zaraz stàd pójd´ i nigdy nie wróc´. Byłem wtedy zafascynowany opowieÊciami o Leopoldzie Li- sie-Kuli, który jako szesnastolatek został zast´pcà komendanta okr´gu Zwiàzku Strzeleckiego w Rzeszowie, dwa lata póêniej podpo- rucznikiem Pierwszej Brygady Legionów Polskich, okrył si´ chwałà pod Łowczówkiem i Krzywopłotami, a w tak zwanych wolnych chwi- lach kuł do matury, bo do Legionów uciekł ze szkolnej ławy. Zi- mà 1915 roku dostał kilkudniowy urlop i wprost z frontu, w polowym mundurze, stanàł przed gronem pedagogicznym szacownego cesar- sko-królewskiego gimnazjum w Wadowicach. Grono zdało egzamin, bowiem uchwaliło jednogłoÊnie, ˝e abiturient wystarczajàco dowiódł swej dojrzałoÊci, i wr´czyło mu Êwiadectwo maturalne (celujàcy, ce- lujàcy, celujàcy…) bez dodatkowych indagacji. Niesłychana histo- ria. I jeszcze druga. Gdy w 1932 roku w Rzeszowie odsłaniano pomnik Lisa-Kuli, zjechali si´ jego dawni towarzysze broni. Popili sobie, rzecz zrozumiała. KtóryÊ przerwał pompatyczne przemówienie, Êpiewajàc Lisowi sznapsbarytonem legionowà piosenk´, mo˝e niezbyt stosow- nà („Ju˝ murarze grób murujà, tarara, niech mnie w dup´ pocałujà. Ksiàdz kapelan trzyma mow´, tarara, a ja jemu sram na głow´. Liga Kobiet wije wieƒce, tarara…”), inny głoÊno si´ zwierzał, có˝ to za uczucie byç z pomnikiem na ty, gnieêdziç si´ z nim w ziemiance i bie- gaç do latryny pod ogniem Moskali; jeszcze inny pozdrowił rzeêb´ uniesionym kieliszkiem i okrzykiem: Czołem Lisie, twoje zdrowie! Nikt nie wa˝ył si´ ich upomnieç, pułkowników i generałów. Nie wiem, czy stryj Tadeusz Lechnicki uczestniczył w tym Êwi´- cie, ale bardzo prawdopodobne, bo w czasie wielkiej wojny był bez- Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 29 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 29 Tadeusz Lechnicki, artylerzysta, około 1915. poÊrednim podkomendnym pomnika i prze˝ył z nim niejedno, no i lu- bił takie okazje. Był nieprzeÊcignionym wodzirejem, Êwietnie taƒ- czył mazura, a gdy taƒczono we dworze, wyprowadzał korowód oknem i wprowadzał drzwiami. Ile˝ było przy tym pisku, ile radoÊci! Panie Êpiewały: „Est-ce-que tu connais colonela postaç? Ah, com- me je voudrais jego ˝onà zostaç!”*. Nawet kronika filmowa Polskiej Agencji Telegraficznej, jedna z ostatnich przed wojnà, uwieczniła tradycyjnà pogoƒ za lisem, w kilkadziesiàt koni, pod jego komendà. Za czasów władzy ludowej posàg Lisa Kuli znikł, pozostał tylko skwerek i powietrze, zaÊ par´ kroków dalej wzniesiono monument, z racji swej niebanalnej rzeêbiarskiej formy natychmiast ochrzczony Cipà Kruczkowej (˝ona rzeszowskiego pierwszego sekretarza), czyli Pomnik Czynu Rewolucyjnego, nowoczesny w formie i słuszny w tre- Êci; jeden z wielu, które jak Polska długa i szeroka stawiano w PRL. *** Czy znasz pułkownika…? Och, jak˝e chciałabym… Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 30 30 ANTONI KROH  STARORZECZA Ale có˝ – ciemny lud, miast si´ dowartoÊciowaç, szydził bezlitoÊnie z monumentów swej chwały, nadajàc im miana, na ten przykład: Szu- bienica (Olsztyn), Maczuga (Siedlce), pomnik Jimiego Hendrixa (Dàbrowa Górnicza), Bolka i Lolka (Chełm), Nieznanych Sprawców (Warszawa), Hydraulików (Sosnowiec) i wiele innych*; regionalne okreÊlenia pomników ˝ołnierzy radzieckich uprzejmie pomijam. Gdy Polska Rzeczpospolita Ludowa przemin´ła, generała Âwierczewskie- go zdobiàcego plac w Koszalinie przerobiono na Andersa, zaÊ rze- szowskiego Lisa zrekonstruowano i ponownie odsłoni´to. Tym razem nikt nie zmàcił wzniosłej atmosfery, ˝aden z towarzyszy bohatera ju˝ nie ˝ył. Kurtka nadawała si´ idealnie na parady harcerskie. Tradycja no- szenia cz´Êci niemieckich mundurów wywodziła si´ jeszcze z po- wstania. W pierwszych dniach sierpnia padł wojskowy magazyn na Woli; zdobyczne bluzy, czapki, buty, hełmy miały wielkie powodze- nie, a hitlerowska panterka stała si´ symbolicznym powstaƒczym mundurem. W pi´çdziesiàtym szóstym, po reaktywowaniu Zwiàz- ku Harcerstwa Polskiego, okazało si´, ˝e jeszcze troch´ tych pante- rek w Warszawie pozostało. Naturalnym prawem sukcesji przej´ła Powstaniec wyrzucił, mama podniosła i schowała. *** B. Magierowa, A. Kroh, Prywatny leksykon… Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 31 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 31 Czarna Ósemka na biwaku. je młodzie˝, wyró˝niały si´ na pierwszym zlocie choràgwianym, budzàc podziw i zazdroÊç. W pi´çdziesiàtym siódmym ktoÊ wymy- Êlił, ˝eby grupa harcerzy przebranych za powstaƒców na pochodzie pierwszomajowym przed trybunà odegrała scenk´: strzelanina, pad- nij, tyraliera, rzuty granatem (oczywiÊcie bez granatów), jezdnia pochlapana czerwonà plakatówkà, zbieranie na nosze rannych i po- ległych. Po paru dniach w „˚yciu Warszawy” ukazał si´ tekst pod ty- tułem Zabawa w trupki. W naszym hufcu zawrzało. Mówiono, ˝e artykuł jest plugawy, ale nie b´dziemy reagowaç, bo „˚ycie” na pew- no nie zamieÊci. Mo˝e sam pomysł inscenizacji nie był zbyt màdry i troch´ za przeproszeniem kiczowaty, wi´c nic si´ nie stało, ˝e go oÊmieszono. Ale dla wszystkich przecie˝ było jasne, ˝e sedno spra- wy tkwi gdzie indziej. Toczyła si´ ostra walka o ideowe oblicze har- cerstwa. Czyli o nas. Chodziło o to, by jak najszybciej pozbyç si´ starych instruktorów, a nam, młodym, obrzydziç akowskà tradycj´. Ka˝dy pretekst był dobry. Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 32 32 ANTONI KROH  STARORZECZA Kilka lat w tamtej atmosferze wyposa˝yło mnie na reszt´ ˝ycia. Co prawda kr´c´ dzisiaj głowà ze zdumienia, wspominajàc, jak w koƒ- cu lat pi´çdziesiàtych my, nastolatki, ÊpiewaliÊmy przy ognisku, ˝e ka˝dy chłopaczek chce byç ranny i nie b´dziemy strzelaç do ksi´˝y- ca, bo szkoda kul marnowaç. Ja te piosenki lubi´ do dzisiaj, dobrze mi z nimi było. To dzi´ki harcerstwu udało mi si´ przebrnàç paskudne przedmaturalne lata. Rzecz jasna, ˝e skoro chodziłem do szkoły w ÂródmieÊciu, do harcerstwa nale˝ałem na Mokotowie. Przy na- szym liceum co prawda działała historyczna czarna ósemka, ojciec przed wojnà do niej nale˝ał, zachowały si´ fotografie – ale tam, za chiƒskiego boga… No i do˝yłem mody na tak zwanà turystyk´ temporalnà – festyny archeologiczne, turnieje rycerskie, inscenizacje walk powstaƒczych. Na jednej, ˝e tak powiem, płaszczyênie emocjonalnej. W rocznic´ stanu wojennego chodzili po Warszawie rozeÊmiani chłopcy, prze- brani za zomowców. ˚e niby przybli˝a im to histori´, teraz ju˝ wie- dzà, jak to naprawd´ było. * * * Zaledwie kilka razy w ˝yciu czułem si´ dobrze w wi´kszej ludzkiej gromadzie. Pierwszy raz w paêdzierniku pi´çdziesiàtego szóstego roku, w hali na Koszykach, gdy stanàłem przed stoiskiem warzyw- niczym. Przekupki nie było, tylko w pryzmie marchwi tkwił kawałek tektury z napisem PROSZ¢ NIE RUSZAå, JESTEM NA WIECU. Ludzie przechodzili, uÊmiechali si´. Bardzo ˝ałowałem, ˝e nie mam aparatu fotograficznego. Nie sposób te˝ zapomnieç atmosfery pierwszej papieskiej piel- grzymki w czerwcu siedemdziesiàtego dziewiàtego. Ale nigdy nie byłem tak szcz´Êliwy w tłumie, jak pod koniec lat pi´çdziesiàtych i na poczàtku szeÊçdziesiàtych, w kolejne rocznice wybuchu powstania, na Cmentarzu Wojskowym na Powàzkach. Lu- dzie uÊmiechali si´, padali sobie w ramiona. Wymieniali informacje: kto gdzie pochowany, kto ile siedział, kiedy wyszedł, kto zaginàł bez Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 33 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 33 wieÊci, zwiał za granic´, kogo złamali, kto si´ zeÊwinił. Wielu przy- szło odszukaç swoje młodzieƒcze sympatie. Modlili si´ nad grobami, troch´ do Pana Boga, troch´ do poległych. Kwiaty, znicze. Czuło si´, ˝e ˝ywi i zmarli tworzà bratni kràg (harcerze wiedzà, co to znaczy). Rozmawiano na głos, bez obaw, u˝ywano pseudonimów. Starsze pa- nie i starsi panowie o wyrazistych twarzach, kto wie, o czym mowa, ten wie, a kto nie wie, nic na to nie poradz´, w zawadiacko przekrzy- wionych beretach, przepasali swoje codzienne okryjbidy wojskowy- mi rzemieniami, a na r´kawach mieli biało-czerwone opaski, niektóre oryginalne, inne Êwie˝o uszyte, z kotwicà, literami W.P. i napisami: Kiliƒski, Baszta, Parasol, Wigry, ˚ywiciel. (Niedawno na placu Inwalidów zobaczyłem restauracj´ „˚ywiciel”. Zrobiło mi si´ bardzo przykro). Przedwojenni instruktorzy harcerscy, ludzie z racji swych charakterów i ˝yciorysów niebogaci, kombinowali mundury jak mogli, niektórzy wło˝yli zachodnie battledressy z pół- kolistà naszywkà POLAND (takie naszywki mo˝na było kupiç na Nowym Âwiecie, zastanawiałem si´, czy naszyç sobie na bluzie, ale po namyÊle zrezygnowałem), instruktorskà sukiennà lilijkà, krzy˝em z podkładkà w tym samym kolorze, huculskà krajkà i sznu- rem, którego kolor niekoniecznie mówił o aktualnie pełnionej funk- cji. Bo chocia˝ wszyscy czuli si´ w pełni harcerzami, to nie wszyscy byli do koƒca przekonani, ˝e Zwiàzek Harcerstwa Polskiego napraw- d´ od˝ył, wi´c traktujàc rzecz formalnie, członkami ZHP nie byli i prawa do munduru nie mieli. CoÊ jak stary Maciaszczyk z Chlapko- wic, który w rocznic´ wyzwolenia zjawił si´ w Urz´dzie Gminy z re- klamacjà, ˝e wszyscy si´ cieszà, a on jakoÊ nie mo˝e, bo nie czuje si´ tak całkiem wyzwolóny. (Opowiadał o tym w radiu sołtys Kier- dziołek, czyli Jerzy Ofierski, cała Polska powtarzała). KtoÊ starszy odzywa si´ półgłosem: zobacz, ta pani to Natalia. „O Natalio, o Natalio, bez pami´ci ci´ uwielbia nasz batalion”. A tam, spójrz bardziej w lewo, druh Jerzy Dargiel. „Kiedy drogà szła piecho- ta, to z uÊmiechem swym Dorota…” A tu, bli˝ej, druh Markowski, autor melodii do Marszu Mokotowa. Siostra Tadeusza Zawadzkiego, Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 34 34 ANTONI KROH  STARORZECZA ZoÊki z Kamieni na szaniec, Koza. Ten w eleganckim mundurze to Jerzy Fiutowski, nasz komendant choràgwi. Stracił r´k´ w powsta- niu. (KiedyÊ na korytarzu Głównej Kwatery usłyszałem rozmow´ dwóch instruktorek. – Nie przejmujcie si´, towarzyszko. Nie b´dzie nam ten akowiec bez r´ki mówił, co mamy robiç). Tamten to Kazi- mierz Leski, Bradl, obok niego ˝ona, widzisz? Współtwórca akow- skiego wywiadu, jeêdził do Francji w mundurze hitlerowskiego generała, Niemiaszki obwoziły go po nadmorskich fortach Norman- dii, udzielały wszelkich informacji. Co si´ nie udało Niemcom, uda- ło si´ ubekom, siedział w potwornych warunkach, torturowali go, ale ubekom si´ te˝ nie udało, bo gdy tylko go wypuÊcili, otworzył przewód doktorski. Widzisz tamtà kruchà staruszk´ w płaszczu na- rzuconym na ramiona? To mama Janka Bytnara, Rudego. Nie, nie ta. Ta, to mama Antka Rozpylacza… Druh Aleksander Kamiƒski… A tam, a tam, o, o… Mogłem si´ przekonaç na własne oczy, ˝e ci lu- dzie z czwartego wymiaru sà najzwyczajniejsi w Êwiecie, mijam ta- kich codziennie w sklepie czy w tramwaju. Patrzałem, chłonàłem i tak ju˝ zostało. Moje prywatne Muzeum Powstania Warszawskie- go. Niepotrzebne mi audio, wideo, sztuczny właz do sztucznego ka- nału ani inne efekty specjalne, zaÊ na agresywne posypywanie tamtych spraw cukrem pudrem z okazji kolejnych rocznic albo i bez okazji czy wykorzystywanie ich w doraênej grze politycznej usiłuj´ nie reagowaç, choç czasem trudno. Oto pełni´ wart´ honorowà w harcerskiej rogatywce, poniemiec- kiej kurtce, wojskowy pas, finka, biało-czerwona opaska. Za mnà rz´- dy betonowych krzy˝y. Jedni mówià, ˝e to polegli w pierwszej wojnie Êwiatowej, inni, ˝e w roku dwudziestym. Trudno powiedzieç, na krzy- ˝ach nie ma tabliczek z nazwiskami i datami Êmierci. Podobno pozry- wali je zetempowcy, wi´c chyba chodzi o tych drugich, bo co by zetempowcom szkodziła pierwsza wojna? Po reaktywowaniu ZHP po- zytywnie zweryfikowano wielu działaczy Organizacji Harcerskiej Pol- ski Ludowej z lat stalinowskich. Nie jest wi´c wykluczone – myÊl´ – ˝e ci sami, którzy kilka lat temu zrywali tabliczki albo nawet wymyÊ- Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 35 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 35 lili całà akcj´ i nià kierowali, dzisiaj rozprowadzajà warty. W gł´bi, za łanem krzy˝y, kwatera powstaƒców styczniowych, nieco dalej w bok drewniana wiejska kapliczka sprowadzona przed wojnà z Wi- leƒszczyzny; najpierw byłem przekonany ˝e podhalaƒska, ale pani z tamtych stron sprostowała pomyłk´. Naprzeciw masywny grobowiec Juliana Marchlewskiego. Latem 1920 roku kwaterował na probostwie w Wyszkowie, razem z Dzier˝yƒskim i paroma innymi czekał a˝ Ar- mia Radziecka zdob´dzie Warszaw´, by proklamowaç Polskà Republi- k´ Rad i poprosiç o przyłàczenie do Sowietów. Ale gówno im z tego wyszło, musieli uciekaç, porzucajàc nawet cukier; par´ dni póêniej słodził nim herbat´ Stefan ˚eromski, autor lektur szkolnych i zaka- zanego utworu, w którym to wyraziÊcie opisał. Czytałem, znalazł si´ ktoÊ, kto mi podsunàł. Prochy Marchlewskiego przeniesiono do War- szawy po wojnie. W mojej czytance szkolnej był o tym wiersz, nie pa- mi´tam autora, mog´ jedynie zacytowaç pierwsze linijki: Nie na darmo, nie na darmo była walka i praca… Generał Lucjan ˚eligowski, który wygrał bitw´ pod Radzymi- nem, niweczàc plany Marchlewskiego, Dzier˝yƒskiego i towarzyszy, le˝y par´ kroków stàd, w Alei Zasłu˝onych. Dalej sarkofag Bolesława Bieruta, za nim rzàd kwater. Podczas okupacji cały cmentarz był Nur für Deutsche; wyspa grobów niemiec- kich znajdowała si´ na zachód od bramy głównej. Polacy mieli wst´p na cmentarz tylko za przepustkami (wydawano je najbli˝szym krew- nym pochowanych) i jedynie w okreÊlonych godzinach, bocznà furtkà, gdy akurat nie było hitlerowskiego pogrzebu. Po wojnie groby niemiec- kie zlikwidowano, a przez pi´ç lat okupacji sporo ich si´ uskładało; szczàtki wywieziono nie wiadomo dokàd, co podobno oburzyło dzia- łacza młodzie˝owego z NRD, członka oficjalnej delegacji partyjno- -rzàdowej, kiedy korzystajàc z pobytu w Warszawie, chciał odwiedziç grób tatusia. Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 36 36 ANTONI KROH  STARORZECZA Za moich czasów kwatery „ZoÊki”, „Parasola”, „Miotły” i sàsied- nie miały proste ˝ołnierskie brzozowe krzy˝e, pi´kne i nietrwałe. Czasem ktoÊ wieszał na nich chusty, przyczepiał tarcze szkolne i herby miast z harcerskich mundurków. Dolinka Katyƒska, zwana te˝ Dołkiem Katyƒskim, to był zwykły trawnik, troch´ nieckowaty, g´sto obstawiony zniczami. Morze zniczy, jeden ogromny składkowy płomieƒ. Gromadzili si´ tam ludzie, zapalali kolejne znicze i milcze- li, albo chórem odmawiali modlitwy. Skàd wiedziałem, ˝e ten nie- istniejàcy pomnik upami´tnia ofiary zbrodni katyƒskiej, nie sklec´. Od kiedy tak nazywano to miejsce, nie wiem. Dla mnie od zawsze, bo w roku pi´çdziesiàtym siódmym na pewno. Dramatyczne dzieje sta- wiania i usuwania krzy˝a w tym miejscu znam słabo, nie mieszka- łem ju˝ wtedy w Warszawie. Inny pomnik, który w moich harcerskich czasach był, choç go nie było, wszyscy o nim wiedzieli, choç był ÊciÊle tajny, składano tu kwia- ty i modlono si´, choç pełnił funkcj´ Êmietnika – to kwatera Ł, zwa- na Łàczkà, w południowo-wschodnim rogu cmentarza. Jedno z wielu miejsc w Warszawie, gdzie zakopywano (bo przecie˝ nie grzebano, nie chowano) zwłoki ludzi zam´czonych na Mokotowie, w Informa- cji Wojskowej, na 11 Listopada, w piwnicach kontrwywiadu na Krzy- wickiego, na Cyryla i Metodego. „Na miejscu tym, nie przypadkiem urzàdzono kompostowni´, potem zwyczajny Êmietnik, a wreszcie w 1964 roku (…) zagospodarowano przestrzennie, wytyczono nowe kwatery, alejki i w ten sposób wi´zienna Łàczka znacznie ju˝ okro- jona stała si´ cz´Êcià dzisiejszej kwatery Ł”*. Na planie cmentarza, wydanym w 1971 roku pod patronatem Rady Ochrony Pomników Walki i M´czeƒstwa, Łàczk´ oznaczono jako kwater´ wolnà. Wmu- rowanie aktu erekcyjnego pomnika nastàpiło jesienià 1990 roku, uczynił to premier Tadeusz Mazowiecki. Chwała ówczesnej władzy, ˝e w takiej lawinie problemów, jaka si´ wtedy na nià zwaliła, za jed- nà z pilnych kwestii uznała odkłamanie najwa˝niejszych faktów hi- storycznych i pokłon tym, którym nie było dane doczekaç. *** T. Swat, Niewinnie straceni w Warszawie 1945–1956, Warszawa 1991. Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 37 KROK DEFILADOWY NA GRUNTACH PODMOKŁYCH 37 Co nie znaczy, ˝e uczyniono wszystko, co było do zrobienia. Na Cmentarzu Wojskowym wcià˝ brak pomnika ofiar przewrotu majo- wego w 1926 roku. Jak wiadomo, wówczas jedni stan´li za Marszał- kiem, inni za Prezydentem, a byli tacy, którzy uciekli przed wyborem w samobójstwo. Poległo wówczas 330–380 ˝ołnierzy i cywilów, ran- nych 582, a mo˝e nawet około tysiàca, opracowania ró˝nie podajà. Pomnik powinien byç jeden, dla uczczenia wszystkich ofiar, tragi- zmu ich wyboru i wiernoÊci a˝ do koƒca. Nie wzniesiono go wkrótce po przewrocie. Pewnie czekano, a˝ nastroje opadnà. Mo˝na to zro- zumieç, choç z trudem. Gwałtowna dyskusja wokół skutków przewrotu majowego rozgo- rzała po dziesi´ciu latach; detonatorem był wiersz Konstantego Il- defonsa Gałczyƒskiego: (…) Chce pan naprawiç bł´dy systemu? (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie) Był tu ju˝ taki dziesi´ç lat temu. (skumbrie w tomacie pstràg) Tak˝e szlachetny. Strzelał. Nie wyszło. (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie) Krew si´ polała, a potem wyschło. (skumbrie w tomacie pstràg) (…) Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie! (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie) ChcieliÊcie Polski, no to jà macie! (skumbrie w tomacie pstràg) (K.I. Gałczyƒski, Skumbrie w tomacie) Wkrótce wybuchła wojna, potem nastała PRL. Ale przecie ju˝ od lat dwudziestu mamy Rzeczpospolità Polskà. Stan´ły pomniki, zawisły tablice pamiàtkowe i tabliczki z nowymi albo przywrócony- mi nazwami ulic, ukazały si´ ksià˝ki upami´tniajàce Legiony, Orl´- Kroho01-3.qxp:Layout 1 6/6/10 1:55 PM Page 38 38 ANTONI KROH  STARORZECZA ta Lwowskie, wojn´ dwudziestego roku, wywózki, Katyƒ, rzezie na Wołyniu, powojenne konspiracje, zbrodnie stalinowskie. Wznie- siono pomniki m´˝om stanu z lat dwudziestych, niektórzy nawet mówià o pomnikomanii, choç to chyba naturalna reakcja na wolnoÊç po tak długim poÊcie. Nie ma jedynie pomnika ofiar przewrotu ma- jowego. O ile mi wiadomo, nikt si´ nie upomniał. Mo˝na domniemy- waç, dlaczego: oddajàc czeÊç tamtym ludziom, trzeba by uznaç, ˝e przynale˝noÊç do jednych lub drugich nie czyni jeszcze z człowieka patrioty (albo sprzedawczyka). No, a inicjatorzy takiego monumen- tu niczego w sensie politycznym nie zyskajà, natomiast mogà obe- rwaç. Z ró˝nych stron, najmniej spodziewanych. Ârodowisko byłych ˝ołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zacho- dzie przez wiele lat czyniło starania o wyznaczenie kwatery i posta- wienie kolumbarium dla swych poległych i zmarłych towarzyszy broni. W latach siedemdziesiàtych uzyskano zgod´ Zarzàdu Miasta Stołecznego Warszawy, ale sprzeciwił si´, tak jest, Główny Zarzàd Polityczny Wojska Polskiego, powołujàc si´ na ni mniej, ni wi´cej tyl- ko rozporzàdzenie Prezydenta RP z 1933 roku (w myÊl owego rozpo- rzàdzenia na polskim cmentarzu wojennym mogà le˝eç wyłàcznie ˝ołnierze polegli na polskiej ziemi). Sà pytania? Zresztà w 1964 ro- ku cmentarzowi zmieniono nazw´ i administratora (odtàd a˝ do lat dziewi´çdziesiàtych oficjalnie był nie wojskowy, lecz komunalny, oczywiÊcie warszawiacy dalej mówili po swojemu), wi´c GZP teore- tycznie nie powinien mieç tu nic do powiedzenia. Dopiero w 1987 roku uzyskano miejsce i zgod´ na urzàdzenie kwa- tery, a nawet współprac´; wojsko oddelegowało do pomocy jednostk´ budowlanà. 19 marca 1992 roku uroczyÊcie wmurowano pierwsze urny w kolumbarium*. I to mógłby byç koniec owej haniebnej histo- rii. Choç nie jest. Jako ˝e paƒstwo nie kwapiło si´ do partycypowa- *** Za: Do wolnej Polski nam powróciç daj. 1939–1945 Powàzki – dawny cmentarz wojskowy, Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, opr. Tadeusz K
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Starorzecza
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: