Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00035 005030 14859559 na godz. na dobę w sumie
Kompania braci. Od Normandii do Orlego Gniazda Hitlera - ebook/pdf
Kompania braci. Od Normandii do Orlego Gniazda Hitlera - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 345
Wydawca: Magnum Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-89656-77-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże >> literatura faktu
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Opowieść o żołnierzach sławnej amerykańskiej kompanii piechoty spadochronowej od chwili sformowania w lecie 1942 roku i szkolenia w Stanach Zjednoczonych poprzez lądowanie w Normandii w D-Day aż do zajęcia Orlego Gniazda Hitlera w maju 1945 roku. To właśnie w tej kompanii służył żołnierz, którego losy stały się kanwą scenariusza filmu Szeregowiec Ryan Stevena Spielberga. Na podstawie książki Steven Spielberg i Tom Hanks wyprodukowali dziesięcioodcinkowy serial Kompania braci dla telewizji HBO.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

PRZEK£AD Leszek Erenfeicht W A R S Z A W A Tytuł oryginału BAND OF BROTHERS E COMPANY, 506TH REGIMENT, 101ST AIRBORNE FROM NORMANDY TO HITLER’S EAGLE’S NEST Przekład Leszek Erenfeicht Konsultacja wojskowa kpt. mgr inż. Adam Tłustochowicz Projekt okładki Dariusz Litwiniec Korekta Jolanta Rososińska Copyright © 1992, 2001 by Stephen E. Ambrose All rights reserved Copyright © 2001, 2010 for the Polish edition by Wydawnictwo MAGNUM Ltd. Copyright © 2001 for the Polish translation by Wydawnictwo MAGNUM Ltd. Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, zapisywana czy przekazywana w sposób mechaniczny, elektroniczny, fotograficzny lub w jakiejkolwiek innej formie bez uprzedniej zgody właściciela praw. Wydawnictwo MAGNUM sp. z o.o. 02-536 Warszawa, ul. Narbutta 25a tel./fax 22 848-55-05, tel. 22 646-00-85 e-mail: magnum@it.com.pl Księgarnia internetowa MAGNUM www.wydawnictwo-magnum.com.pl ISBN 978-83-89656-77-3 Wszystkim żołnierzom piechoty spadochronowej Armii Stanów Zjednoczonych w latach 1941–1945, dla których Fioletowe Serce było nie odznaczeniem, lecz oznaką specjalności. Spis treści Przedmowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 13 1. Chcieliśmy dostać te cholerne skrzydła . . . . . . . . . . . . 15 Camp Toccoa lipiec – grudzień 1942 2. Powstań, zaczepić liny! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 31 Benning, Mackall, Bragg, Shanks grudzień 1942 – wrzesień 1943 3. Obowiązki latrynowego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 45 Aldbourne wrzesień 1943 – marzec 1944 4. Pilnuj się Adolfie! Idziemy po ciebie! . . . . . . . . . . . . . . 60 Slapton Sands, Uppottery 1 kwietnia – 5 czerwca 1944 5. Za mną!. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 76 Normandia 6 czerwca 1944 6. Naprzód! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 95 Carentan 7 czerwca – 12 lipca 1944 7. Lizanie ran i odwołane zadania . . . . . . . . . . . . . . . . 115 Aldbourne 13 lipca – 16 września 1944 8. „Droga do piekła” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 130 Holandia 17 września – 1 października 1944 8 Kompania braci 9. „Wyspa”. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 149 Holandia 2 października – 25 listopada 1944 10. Odpoczynek i uzupełnienie strat . . . . . . . . . . . . . . . . 175 Mourmelon-le-Grand 26 listopada – 18 grudnia 1944 11. Okrążyli nas, dupki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 189 Bastogne 19–31 grudnia 1944 12. Punkt krytyczny . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 205 Bastogne 1–13 stycznia 1945 13. Atak . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 225 Noville 14–17 stycznia 1945 14. Patrol . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 236 Haguenau 18 stycznia – 23 lutego 1945 15. Najlepsze, co nas mogło spotkać . . . . . . . . . . . . . . . . 253 Mourmelon-le-Grand 25 lutego – 2 kwietnia 1945 16. Poznawanie wroga. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 264 Niemcy 2–30 kwietnia 1945 17. Szampan Adolfa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 282 Berchtesgaden 1–8 maja 1945 18. Spełnienie żołnierskich snów . . . . . . . . . . . . . . . . . . 293 Austria 8 maja – 31 lipca 1945 19. Powojenne losy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 312 1945–1991 Podziękowania i źródła . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 329 Indeks nazwisk . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 333 Od chwili tej do końca świata, ...w pamięci ludzkiej będziem żyć: my, wybrańców garść, ...kompania braci Henryk V William Szekspir 12 Punkt krytyczny Bastogne 1–13 stycznia 1945 W czasie oblężenia kompania E broniła się, biernie znosząc ciosy wroga. Naj- większą wadą prowadzenia obrony w lesie jest to, że wysokie drzewa pozwalają artylerii skutecznie razić broniących się odłamkami pocisków rozrywających się wysoko wśród pni i konarów. Miała ona jednak i swoje zalety. Około Nowego Roku pola wokół stanowisk obronnych kompanii pokrywała sięgająca miejsca- mi trzydziestu centymetrów warstwa zmrożonego śniegu. Nawet najkrótsza droga do pokonania w lesie stawiała przed żołnierzami piechoty wysokie wy- magania. Nacierając, trzeba było brodzić w śniegu, bez ustanku schylając się pod gałęziami, żeby nie strącić z nich śniegu i nie zdradzić w ten sposób swojej pozycji. Widoczność na poziomie ziemi była ograniczona do zaledwie kilku metrów. Nacierający ledwie widział swoich sąsiadów z lewej i prawej, a okop czy gniazdo karabinu maszynowego widział dopiero, kiedy niemal do nich wpadał. W lesie nie było dróg, domów ani innych punktów orientacyjnych, atakujący mogli swoją pozycję określać przez radio tylko w przybliżeniu. Na- cierające drużyny musiały iść na azymut, aż na kogoś wpadły – na swoich lub wroga, tego żołnierze nigdy nie mogli być pewni. Amunicję donosiło się do okopów ręcznie, jak zawsze, ale w lesie amunicyjni mieli tylko ogólne pojęcie, gdzie szukać tych, dla których ją nieśli. Nacieranie przez otaczające lasy pola też nie było łatwe. Istniała tylko jed- na droga, z Noville przez Foy do Bastogne, pokryta zmrożonym śniegiem leżącym na warstwie lodu. Przy tym droga ta była pod ostrzałem osiemdzie- siątekósemek, i w dodatku zaminowana. Jednak atakujący nie mieli wyboru – pola wokół drogi, jedyna alternatywna trasa natarcia, były całkowicie odkry- te i stanowiły jedną wielką strzelnicę. Dobrze utrzymany las, który stał się od dwóch tygodni domem kompanii E, nosił nazwę Bois Jacques. Ciągnął się na dwa kilometry w prawo (na wschód) 206 Kompania braci od stanowisk kompanii E do linii kolejowej, która go przecinała, i za nią. Roz- ciągające się przed nim (czyli od północy) pola opadały lekko ku wsi Foy. Niemcy zajmowali północno-wschodnią część Bois Jacques, wcinającą się kli- nem w linię obronną obsadzoną przez 101 DPD. To były ich najdalej wysunię- te stanowiska, zaledwie o trzy kilometry od Bastogne. Zanim 101 DPD mogła przejść do jakiejkolwiek liczącej się ofensywy, trzeba było wypchnąć Niem- ców z ich części Bois Jacques i zająć Foy. Następnym celem ataku byłby wtedy płaskowyż koło Noville. Nowy Rok upłynął spokojnie, ale wieczorem dywizja wyznaczyła 2 batalion 506 pps do ataku na Bois Jacques. W nocy kilka niemieckich samolotów zrzuciło bomby na stanowiska kompanii E. Plutonowy Toye został ranny odłamkiem w nadgarstek. To była już trzecia jego rana – przedtem został ranny w Nor- mandii i w Holandii. Mógł chodzić, więc sanitariusz po opatrzeniu wysłał go do punktu opatrunkowego w Bastogne. Przed odejściem Toye poszedł odwie- dzić Malarkeya. Ten pokręcił głową i stwierdził z zazdrością: – Ty to masz, kurde, zawsze farta! Batalion przesunął się przed świtem na podstawy wyjściowe do ataku, wzdłuż linii kolejowej na prawym skraju obrony. Jego stanowiska zajął 1 bata- lion, trzymany dotąd po ciężkich walkach w pierwszych dniach bitwy ardeń- skiej w odwodzie pułku. Pododdziały drugiego batalionu ustawiły się w tyralierę wzdłuż drogi z Foy do Bizory, oczekując na rozkaz do ataku. (To było to samo miejsce, z którego 1 pluton wyruszał na swoje rozpoznanie walką 22 grudnia). Na ich prawym skrzydle do ataku szykował się batalion z 501 pps. Winters wydał komendę „Naprzód!” i batalion ruszył przed siebie. Poru- szanie się w gęstym lesie wyczerpuje siły nawet spacerowiczów w lecie, a co dopiero grubo opatulonych i ciężko obładowanych karabinami, granatami, moździerzami, karabinami maszynowymi, amunicją, racjami żywnościowymi i całą resztą ekwipunku nacierających żołnierzy. Przedzieranie się przez śnieg i las powodowało obfite pocenie się. Póki się poruszali, nie stanowiło to pro- blemu. Wystarczył jednak krótki postój i człowiek w przemoczonym ubraniu przemarzał do kości. Natychmiast po tym, jak weszli do lasu, ustał wszelki kontakt pomiędzy plutonami, drużynami, a nawet pomiędzy poszczególnymi żołnierzami. Śnieg i drzewa pochłaniały wszelkie dźwięki, zniknął nawet brzęk ekwipunku, który dawał ludziom dowód na to, że nie byli sami, że koledzy szli nadal razem z nimi. Poczucie izolacji łączyło się z napięciem, zwiększając je jeszcze przy pełnym obawy wyczekiwaniu na nieunikniony kontakt z wrogiem. W pewnej chwili kompania E została ostrzelana od czoła przez niemieckie karabiny maszynowe. Chwilę później nad głowami żołnierzy zaświstały pociski Punkt krytyczny 207 amerykańskiej artylerii wspierającej natarcie. Zaraz potem odezwała się tak- że artyleria niemiecka. Nie prowadziła jednak ognia do baterii amerykańskich – jej pociski rozrywały się wśród nacierających spadochroniarzy i drzew nad ich głowami. Nagle ogień z obu stron urwał się równie raptownie, jak się zaczął. Plutonowy Christenson ocenił, że „gęstość lasu sprawiała szkopom takie same problemy, jak nam. Mieli widoczność równie ograniczoną jak my. Gdy- by wiedzieli, że mają przed sobą olbrzymią tyralierę z dwóch batalionów, ich artyleria i karabiny maszynowe strzelałyby dłużej i intensywniej”. Natarcie ruszyło naprzód. Znowu odezwały się karabiny maszynowe, kiedy szperacze natknęli się na czujki niemieckich stanowisk obronnych. Zaczęła także strzelać amerykańska artyleria, wysyłając salwę za salwą. Niemiecki ogień ponownie narastał. Wzdłuż całej linii słychać było okrzyki „Dostałem!” i wezwania o pomoc do sanitariuszy. A mimo to natarcie nadal posuwało się naprzód. Zewsząd słychać było strzały z karabinów i wybuchy granatów ręcz- nych gęsto rzucanych przez obie strony. Po przejściu około dziewięciuset metrów nacierający doszli do przecinki. Większość pododdziałów zatrzymała się na jej skraju, ale niektórzy żołnierze przechodzili na drugą stronę, by upewnić się, czy za nią nie kryją się Niemcy. Christenson wraz z kilkoma żołnierzami 1 plutonu stali na środku przecinki, kiedy przed ich oczami ukazał się niespodziewany widok: drogą nadjechał ga- lopujący na koniu niemiecki żołnierz. Spostrzegł ich w tej samej chwili, w której oni zobaczyli jego, osadził konia i zawrócił, próbując uciec. Kapral Hoobler podrzucił do ramienia karabin i oddał trzy szybkie strzały, po czym uśmiechając się i podskakując na środku drogi, zawołał: „Dostał! Dostał!”. Christenson patrząc na ten taniec zwycięs- twa miał nadzieję, że jeźdźcowi jednak udało się uciec. Z lewej strony przecinki doszedł ich głos szeregowego Ralpha Trapazano: – Hej, Chris, mam tu szkopa! Christenson odszedł pięć metrów w lewo i zagłębił się w las z gotowym do strzału odbezpieczonym karabinem w rękach. Dotarł do Niemca z prawej strony. „Stał tam krzepki osiłek w panterce Waffen-SS, z pistoletem maszyno- wym trzymanym w lewej ręce za magazynek. Druga ręka zwisała wzdłuż ciała, ale lufa broni skierowana była na Trapa, starczyło sięgnąć do spustu. Trap leżał przed Niemcem, z karabinem wycelowanym w jego pierś. Widać było, że tamten trzeźwo ocenia sytuację, ale na jego twarzy próżno by szukać przera- żenia. Stał tam i czekał na szansę”. Christenson wycelował w Niemca i w szkolnej niemczyźnie kazał mu rzucić broń. Esesman powoli spojrzał na niego i przekonał się, że to nie przelewki. Widząc wycelowany w siebie karabin i palec ściągający luz na spuście, upuścił swój pistolet maszynowy, podnosząc ręce do góry. „Następnym razem, jak 208 Kompania braci spotkasz takiego aroganckiego sukinsyna, to go kropnij i nie zawracaj mi dupy – rzuciłem na odchodnym do Trapa”. Jak na razie kompania E miała szczęście. Nacierający na prawo od nich 501 pułk został zaatakowany ze skrzydła w czasie, gdy sam atakował niemieckie pozycje. 26 pułk grenadierów pancernych SS ze składu elitarnej 12 DPanc SS Hitler- jugend uderzył na nich piechotą ze wsparciem czołgów i artylerii, zadając po- ważne straty. Na lewym skrzydle czołgi i piechota z 9 DPanc SS Hohenstaufen zaatakowały 502 pps. A w pasie natarcia kompanii E cisza i spokój. Zapadał zmrok. Wzdłuż linii podano rozkaz do okopywania się. Od czasu do czasu leciała w ich kierunku seria z karabinu maszynowego, to znów kilka pocisków artyleryjskich – akurat tyle, żeby skłonić żołnierzy do przykrycia na wszelki wypadek swoich okopów ściętymi z drzew gałęziami. Trzeba było w tym celu wyjść z okopu i wystawić się na ogień. Kiedy odzywały się karabiny ma- szynowe lub nadlatywał pocisk moździerzowy, śmiałkowie rzucali się biegiem do najbliższego okopu. Póki schronienie nie było gotowe, adrenalina krążyła we krwi i ludzie byli zdolni do największych wysiłków. Kiedy tylko ich okop był ukończony, walili się bezwładnie na dno, wyczerpani całym dniem wysiłku i nerwowego napięcia, w przepoconych ubraniach. Teraz dopiero zaczynali czuć, jak zimno jest wokół. Marzli, potem kostnieli, aż w końcu zaczynały nimi trząść dreszcze nie do opanowania. Christenson wspomina: „I właśnie wtedy, w chwili, kiedy byłeś pewien, że twoje ciało nie jest już w stanie znieść tego dłużej, przekonywałeś się, jak bardzo byłeś w błędzie”. Hoobler wciąż był w doskonałym nastroju, w który wprowadziło go ustrze- lenie Niemca. Łaził od jednego okopu do drugiego z rękami wbitymi w kiesze- nie i gadał bez końca z każdym, komu chciało się jeszcze prowadzić rozmowy. W prawej kieszeni kurtki miał znalezione na pobojowisku Parabellum. W pewnej chwili rozległ się strzał. To Parabellum, którym w czasie rozmowy bawił się w kieszeni, przypadkowo wypaliło. Pocisk przeszedł przez udo, uszkadzając tętnicę. Hoobler miotał się w bólu, krzycząc o pomoc. Szeregowy Holland, sa- nitariusz 1 plutonu, próbował zabandażować ranę, ale krwotok był za silny. Krótko po przeniesieniu na kompanijny punkt opatrunkowy kapral Hoobler zmarł. Mroźna noc zdawała się nie mieć końca. Świt zbliżał się bardzo powoli. Pano- wała cisza, nikt nie strzelał. Sierżant Martin podszedł do stanowisk 1 plutonu. Słynący z opanowania i spokoju w najgorszych chwilach, tym razem opryskli- wie kazał wszystkim podoficerom zameldować się u dowódcy plutonu za dzie- sięć minut. Punkt krytyczny 209 Plutonowi Rader, Randleman, Muck i Christenson, kaprale Robert Marsh i Thomas McCreary zebrali się na stanowisku dowodzenia, pełni najgorszych przeczuć. Martin zasugerował, żeby usiedli. Na stanowisku byli obecni także porucznicy Stirling Horner, Peacock i Foley. Pierwszy zabrał głos Horner: – Wasz dowódca plutonu, porucznik Peacock, dostał w nagrodę trzydzie- stodniowy urlop i wyjeżdża dzisiaj do Stanów. Dalej wyjaśnił, że człowiek od kontaktów z prasą w dowództwie dywizji wy- myślił, żeby jeden oficer z każdego pułku biorącego udział w bohaterskiej obronie Bastogne pojechał do kraju, aby wziąć udział w turze promocyjnej obligacji pożyczki wojennej i innych przedsięwzięciach propagandowych. Pułkownik Sink zdecydował, żeby z ich pułku wylosować tego szczęśliwca. Wygrał kapitan Nixon, drugi był właśnie porucznik Peacock. Nixon orzekł, że już kiedyś widział Stany Zjednoczone i w związku z tym się tam nie wybiera, więc padło na porucznika Peacocka. Wszyscy w tym momencie spojrzeli na Peacocka, który zmieszał się i zaczął mamrotać pod nosem: – Dostałem ten urlop, bez wątpienia, dzięki waszym bohaterskim czynom w Holandii i tutaj, więc, tego, no jedyne, co mi przychodzi do głowy, to że chcę wam za to podziękować i w ogóle... Kapral McCreary zerwał się na równe nogi, podbiegł do Peacocka i ścis- kając mu wylewnie dłoń, odparł: – Panie poruczniku, jakże się cieszę, jakie to szczęście, że pan nareszcie wraca do domu! Chłopaki, to najlepsza wiadomość, jaką dostałem od czasu opuszczenia Mourmelon! Peacock nie zrozumiał oczywistej dla wszystkich poza nim ironii McCre- ary’ego i aż się spłonił z wdzięczności. Zaczął mówić, jak bardzo jest zaszczy- cony tym, że tacy bohaterowie tak go lubią i że pochwała z ust jego ludzi jest najwyższym zaszczytem, na jaki mógł kiedykolwiek liczyć. Podoficerowie popatrzyli na siebie, wymieniając znaczące uśmiechy. Ich radość z wyjazdu Peacocka nie miała nic wspólnego z sympatią dla poruczni- ka. Wreszcie pozbywali się nieznośnego ciężaru, który spoczywał na ich bar- kach od czasu Holandii, przez całą kampanię na „wyspie” i tu w Ardenach. Odczucia wszystkich Christenson wyraził, wspominając dowódcę plutonu na- stępującymi słowami: „Nikt nie starał się dobrze wypaść bardziej od Peacocka, ale on się po prostu nie nadawał do tej roboty”. Peacock obwieścił, że dowodzenie plutonem przejmuje porucznik Foley. Po czym pozdrawiając wszystkich i życząc im szczęścia, wyszedł i tyle go wi- dzieli. 210 Kompania braci * * * Mniej więcej wtedy, kiedy wyjechał Peacock, ojciec John Maloney przywiózł jeepem z punktu opatrunkowego w Bastogne Joego Toye’a. Wysadził go przy drodze i stamtąd Toye ruszył naprzód, na przełaj przez pole. Zauważył go Winters i wskazując na jego zwisającą na temblaku rękę, powiedział, że nie musi przecież wracać na front. Toye odparł, że chce być razem z chłopakami i poszedł dalej. Tego dnia, 3 stycznia, po południu Winters wycofał z frontu 2 i 3 pluton oraz przydzielony im jako wsparcie zespół z bazookami z 10 DPanc. Pozosta- wił tam 1 pluton, który tymczasowo przeszedł pod rozkazy kompanii D. Jak wszystkie kompanie 101 DPD miała teraz połowę stanu etatowego, więc po- trzebowała pomocy, żeby utrzymać powierzony jej odcinek frontu. 2 i 3 plu- ton ruszył piechotą z powrotem na stanowiska na skraju lasu z widokiem na Foy, w których spędził poprzednie dwa tygodnie. Około 15.30 prowadzący pododdziały doszedł do wniosku, że aby zdążyć obsadzić okopy przed zmrokiem, muszą przejść skrótem przez odkryte pole. Reszta poszła w jego ślady. Niemcy zauważyli ich przemarsz, ale nie reagowali. Wchodząc do lasu, natychmiast zauważyli, że niemiecka artyleria wstrze- lała się w ich stare pozycje. Okopy były zasypane gałęziami z drzew i przeora- ne świeżymi lejami, większymi i głębszymi niż dotąd, wskazującymi na użycie artylerii kalibru co najmniej 150 mm. Nikt nie musiał wydawać rozkazu – ło- patki od razu poszły w ruch, każdy zajmował się umocnieniem swego okopu. Sierżant Lipton złapał za siekierę i podbiegł do kępy młodych drzew, odda- lonej o prawie pięćdziesiąt metrów od jego okopu. Rąbiąc je, usłyszał z oddali odgłosy odpaleń niemieckich dział. Było za daleko, żeby biec z powrotem do swojego okopu, ale w pobliżu zobaczył niewielki dół, jakby ktoś zaczął kopać okop i potem się rozmyślił. Był tak płytki, że leżąc w nim, Lipton miał głowę od nosa wzwyż nad ziemią. Dzięki temu zauważył rozbłyski pierwszych poci- sków eksplodujących wśród konarów drzew. Huk był przerażający i ogłuszający. Ziemia drżała i podskakiwała pod nim, jakby to było trzęsienie ziemi. Żołnierze z obsługi bazook nie mieli swoich okopów. Dwaj zginęli już od pierwszej salwy, wielu innych odniosło rany. Kanonada zaskoczyła Toye’a na brzegu lasu. Natychmiast zaczął wydawać swoim ludziom rozkazy, żeby się kryli. „Zawsze mi mówili, że jeśli się słyszy pocisk, to znaczy, że wszystko będzie OK, że nic ci on nie zrobi. I tak było. Tego pocisku, który mnie trafił, rzeczywiście nie słyszałem”, wspominał po la- tach. Wybuchł tuż nad nim, w konarach sosny. Odłamki o mało nie oderwały mu prawej nogi, poszarpały brzuch, klatkę piersiową i oba ramiona. (Usunię- cie odłamków z klatki piersiowej wymagało dwóch operacji. W końcu zdołano je wyciągnąć, ale dopiero wtedy, kiedy spróbowano je wyjąć przez plecy). Punkt krytyczny 211 Tak samo nagle jak się zaczął, ostrzał ucichł. To był w zgodnej ocenie żołnie- rzy najgorszy ostrzał artyleryjski, jaki kompania przeszła w czasie wojny. Z ca- łego lasu dochodziły wezwania o pomoc medyczną. Lipton zostawił siekierę i pobiegł do swego okopu po karabin, spodziewając się rychłego ataku niemiec- kiej piechoty. Z sąsiedniego okopu doszły go czyjeś krzyki. Wybuch któregoś z pocisków ściął czterdziestocentymetrowy pień drzewa, który zwalił się na sąsiedni okop. Lipton próbował je odciągnąć, ale nie zdołał. W końcu nadesz- ła pomoc. Im także nie udało się zepchnąć pnia, ale wykopali łopatkami pod- kop z boku i szeregowy Shep Howell, zdrów, cały i uśmiechnięty, wyczołgał się spod pnia. Toye wzywał pomocy. Chciał, żeby go ktoś zaciągnął do okopu. Pierwszy dotarł do niego Guarnere. W tej chwili ponownie rozpoczął się ostrzał. Niemcy dobrze wyliczyli. Tak jak przewidywali, po ustaniu ostrzału ludzie powychodzili z okopów, żeby ra- tować rannych i pociski zaskoczyły ich na zewnątrz. Jeden z nich rozerwał się nad głową Guarnere’a. Odłamki poszarpały mu prawą nogę. I znów po kilku minutach ostrzał ustał. Lipton wylazł ze swej jamy, kiedy usłyszał głos porucznika Dike’a. „Do dziś słyszę ten jego głęboki, silny głos. Stał jakieś dwadzieścia pięć met- rów ode mnie, bez hełmu i broni. – Sierżancie Lipton! Proszę jakoś opanować to, co się tutaj dzieje, a ja pój- dę po pomoc. Zawinął się na pięcie i poszedł w diabły. Nikt go od tej pory nie widział”. Lipton zaczął zbierać tych, których oszczędziły odłamki. „Niektórzy byli roz- trzęsieni do granic załamania nerwowego, inni znowu zadziwiająco spokojni”. Część wysłał do zajęcia się rannymi, pozostałych skierował do obrony na wypadek niemieckiego natarcia, które, jak był przekonany, za chwilę się na nich zwali. A potem poszedł sprawdzić, co się stało z Toye’em i Guarnere’em. Znalazł ich pod drzewem. Spojrzał w dół na Guarnere’a, który podniósł na niego wzrok. – Lip, tym razem dostali starego Guarnere’a – powiedzia³. Po chwili dołączył do nich Malarkey. Wspomina, że zarówno Toye, jak Guarnere byli zupełnie przytomni i całkiem spokojni. Żadnego skręcania się z bólu, krzyków. Joe odezwał się: – Daj fajkę, Malark. Przypaliłem i podałem mu lucky strike’a. W czasie naszej rozmowy po latach Malarkey umilkł. Kiedy po chwili zacząłem go przynaglać, żeby kontynuował opowieść, Malarkey stwierdził: – Nie chcę o tym mówić. 212 Kompania braci Po kolejnej chwili milczenia jednak podjął dalej opowiadanie: „Joe zaciągnął się, spojrzał na mnie i zapytał: – Jezu, Malark, co człowiek musi w życiu przeskrobać, żeby zdechnąć w ta- kim zasranym miejscu jak to? Noszowi zabrali najpierw Guarnere’a. Kiedy dźwignęli nosze z nim i ode- szli parę kroków, Bill uniósł się na łokciu i zawołał do Toye’a: – A widzisz, mówiłem, że wrócę do Stanów przed tobą!” 2 plutonem dowodził porucznik Buck Compton. Żył ze swymi podwładny- mi bardzo blisko, część oficerów uważała nawet, że za blisko. Malarkey wspominał: „Compton był moim bliskim przyjacielem. Nie lubił symboli statusu oficera w Armii. Z nami, szeregowymi i podoficerami, utrzymywał znacznie bliższe kontakty niż z resztą oficerów”. Szczególnie bliskie kontakty łączyły go z Guarnere’em i Toye’em. Kiedy wyszedł ze swojego okopu po drugiej nawale, ujrzał wokół straszny obraz. Pierwszymi rannymi, na których się natknął, byli jego najbliżsi przyja- ciele, Guarnere i Toye, z niemal powyrywanymi nogami, leżący w szybko bar- wiącym się na czerwono śniegu. Compton popatrzył na nich, po czym ruszył biegiem przed siebie, wzywając sanitariuszy i w ogóle jakąkolwiek pomoc. Kiedy po jakimś czasie doszedł do siebie w batalionowym punkcie medycznym, okazało się, że ma zaawanso- wany przypadek „stopy okopowej”. Został ewakuowany. Porucznik Compton zdobył Srebrną Gwiazdę za walkę 6 czerwca 1944 roku w Brécourt. Był ranny w Normandii i ponownie w Holandii. Zniósł męż- nie wszystkie walki między 17 grudnia a 3 stycznia. Załamał go dopiero widok zdziesiątkowanego plutonu, którym dowodził, i swoich obu najlepszych przy- jaciół niemal rozerwanych na strzępy. Peacock wyjechał, Dike uciekł, Compton został ewakuowany, jeden z podpo- ruczników z uzupełnień zgłosił się do szpitala z poważnym przypadkiem „stopy okopowej” (na którą chorowali w tym czasie już niemal wszyscy w kompanii), inny trafił tam z raną postrzałową dłoni, podejrzany o samookaleczenie w celu uniknięcia walki – dowódca batalionu miał powody martwić się o to, że jego podwładni znaleźli się na skraju załamania nerwowego. Winters tak opisał swój stan w rozmowie ze mną: „W Bastogne osiągnąłem to stadium, w którym żołnierz jest pewien, że dostanie. Oberwę, prędzej czy później, ale na pewno. Po- zostawało tylko mieć nadzieję, że nie będzie ze mną bardzo źle. Mimo to nigdy, nawet przez chwilę, nie bałem się, że się załamię. Nie, miałem tylko prze- świadczenie o nieuchronności tego, że zostanę ranny. Tak więc byłem pewny, że nie wyjdę cało, ale żeby się załamać – co to, to nie. [Na chwilę zamilkł, po czym dodał:] Ale to było nie do wytrzymania na dłuższą metę. Widziałeś Punkt krytyczny 213 wszędzie wokół poranionych i zabitych ludzi, wciąż, bez przerwy, codziennie, każdego dnia. To się ciągnęło bez końca i nie miałeś pojęcia, ile jeszcze bę- dzie trwało. Czy nie będzie końca tej rzezi? Czy ja wreszcie kiedyś wrócę do domu?” Dalej mówił, że to nic dziwnego, że pozbawieni snu i odpowiedniego wy- żywienia oficerowie, na których dodatkowo spoczywało brzemię odpowie- dzialności za swoich podwładnych, szafowania ich życiem, przy jednoczesnej niemożności zapewnienia im godziwych warunków, stres podejmowania de- cyzji, załamywali się w takich warunkach. Polityką Armii Stanów Zjednoczonych było utrzymywanie kompanii strze- leckich na froncie przez długie okresy – w przypadku dywizji piechoty właściwie bez końca – i uzupełnianie ich strat. Rezultatem owej błędnej polityki było to, że żołnierz szedł do walki nie z kolegami, z którymi się szkolił i przepłynął ocean, ale z zupełnie obcymi sobie ludźmi. Dla weteranów zaś oznaczała ona nędzne życie na froncie właściwie bez końca, chyba że śmierć lub ciężka rana wyzwolą go z tej niedoli. Wojna to świat, w którym wszystko staje na głowie. Ludzie, których nie znasz, a nawet w życiu nie widziałeś, flaki sobie wypruwają, byle cię zabić lub okaleczyć. Jeśli im się uda, nie czeka ich za to kara, ale przeciwnie – chwalą ich, dają ordery i noszą na rękach. Cały dzień siedzisz w dziurze w ziemi, unikając światła, żyjesz i robisz swoje głównie nocami. Dobre zdrowie to przekleństwo, bo przedłuża twoje cierpienie. Martwica stóp, zapalenie płuc, ciężka, nie do opanowania biegunka czy złamana noga są boskimi darami o bezcennej war- tości – na wagę życia. Człowiek może w tym szaleństwie wytrwać tylko jakiś określony czas. Pro- blemem jest ustalenie tego czasu dla każdego indywidualnie. Niektórzy zała- mują się niemal z miejsca. Psychiatrzy armii meldowali po Normandii, że dziesięć do dwudziestu procent żołnierzy piechoty przeżyło jakąś formę zała- mania nerwowego w ciągu pierwszego tygodnia i albo zdezerterowało, albo trzeba ich było ewakuować (wielu z nich potem wróciło na front). Inni nie przeżywają widocznego gwałtownego załamania, ale ich skuteczność jako żołnierzy spada. Przeżycia spotykające żołnierza na froncie powodują znacznie silniejsze przeżycia emocjonalne niż nawet najbardziej intensywne przeżycia znane cywilowi. Żołnierz frontowy doświadcza przerażenia, paniki, gniewu, żalu, zagubienia, poczucia bezsiły, nieprzydatności na skalę nieznaną zwyk- łemu człowiekowi i te uczucia wyciskają z niego energię i odporność psychi- czną jak wodę ze ściśniętej gąbki. Wojskowi psychiatrzy przygotowali oficjalny raport na ten temat, zatytuło- wany Combat Exhaustion (Wyczerpanie walką), w którym czytamy: 214 Kompania braci Nie zdarza się coś takiego, jak „przyzwyczajenie do warunków frontowych”. Każda chwila spędzona na froncie stwarza wielkie obciążenie psychiczne o takiej intensywności, że po ja- kimś czasie, wprost proporcjonalnym do intensywności przeżyć i długości okresu wystawie- nia na nie, dochodzi do załamania nerwowego [...] Konieczność ewakuowania z linii frontu ludzi z zaburzeniami psychicznymi jest równie nieunikniona, jak tych z cielesnymi ranami od odłamków i pocisków [...] Większość ludzi nie nadaje się do walki po spędzeniu na fron- cie stu czterdziestu do stu osiemdziesięciu dni. Panuje zgoda co do tego, że żołnierz osiąga szczyt swoich możliwości w ciągu pierwszych dziewięćdziesięciu dni, po czym jego efektyw- ność spada w sposób ciągły, aż do punktu krytycznego, po osiągnięciu którego staje się bez- użyteczny jako żołnierz1. Trzeciego stycznia 1945 roku kompania E miała za sobą dwadzieścia trzy dni na froncie w Normandii, siedemdziesiąt osiem w Holandii i piętnaście w Belgii, w sumie sto piętnaście dni walki. Statystycznie kompania zaczynała się więc zbliżać do krawędzi załamania, które mogło nadejść w każdej chwili. Niemiecka piechota nie zaatakowała ani tej nocy, ani potem rano. Sanitariu- sze zajęli się rannymi. Ciała zabitych pozostały tam, gdzie dopadła ich śmierć – leżały kilka dni, zamarznięte na kość. Wrócił porucznik Dike. Sytuacja za- częła się normalizować. Piątego stycznia kompania E została przeniesiona do odwodów pułko- wych na południe od Foy. Tam dwóch ludzi, pełniący obowiązki dowódcy batalionu i sierżant-szef kompanii, zajęło się równolegle tym samym proble- mem – kadrą oficerską kompanii. Winters wspomina: „Patrzyłem na młodszych oficerów mojej starej kom- panii i nie mogłem opanować zgrzytania zębami. Poruczników mieliśmy po prostu do kitu. Nie miałem do nich zaufania. Tylko co, do jasnej cholery, mogłem na to poradzić?” Wiedział, że będzie miał szczęście, jeśli w ogóle zdoła uzupełnić stan kadry do pełnego etatu, ale nie miał żadnego wpływu na poziom nowych. To będą ludzie prosto z kraju, po pośpiesznym przeszkoleniu, które jak sam wiedział ze swego doświadczenia w żaden sposób nie przygotowywało ich na to, co tu zastaną. Mieli prosto z marszu objąć stanowiska dowódcze na froncie i z miej- sca wejść do walki, o której nie mieli pojęcia. O dowódcy kompanii miał zda- nie równie złe, co o jego podwładnych: „Dike trafił do nas jako faworyt kogoś wysoko postawionego w dowództwie dywizji. Mieliśmy związane ręce”. Winters nie widział perspektyw szybkiego rozwiązania tego nabrzmiałego problemu. Tymczasem zaś przypomniał sobie starą wojskową maksymę, w myśl której podoficerowie stanowili kręgosłup każdej armii. 1 Cytat za Johnem Keeganem, The Face of Battle, New York, 1976, s. 335–336. Punkt krytyczny 215 Zanim wezwał ich na odprawę, zgłosił się do niego sierżant-szef kompanii, Lipton, i poprosił o chwilę rozmowy na osobności. Winters wyznaczył mu spot- kanie w lesie koło stanowiska dowodzenia batalionu, wieczorem. Kiedy się spotkali, Lipton zwierzył się z obaw o stan kadry oficerskiej kompanii i jego wpływ na skuteczność bojową, przedstawiając diagnozę nie- mal słowo w słowo zgodną z przemyśleniami samego Wintersa. Opisał sposób dowodzenia – czy raczej unikania dowodzenia – Dike’a, ze wszystkimi obciąża- jącymi go szczegółami, a swoje opowiadanie zakończył słowami: „Porucznik Dike będzie kosztował kompanię wielu zabitych, panie kapitanie”. Winters wysłuchał cierpliwie wszystkiego, zadał kilka pytań, ale nie po- dzielił się z nim własnymi przemyśleniami na ten temat. Niedługo potem dostali uzupełnienia. John Martin mówił: „Nie mogłem uwierzyć. Nie mogłem uwierzyć w to, że po prostu dadzą nam uzupełnienia i wypchną z powrotem na front po tym wszystkim. Miałem nadzieję, że... Jezu, nie wiem, że nas gdzieś stąd zabiorą, dadzą odpocząć, przebrać się i choć raz wysuszyć, czy coś takiego. Ale nie, macie uzupełnienia i »No, chłopaki, idzie- my«. I to nie bronić linii frontu, tylko do ataku!” Miał rację. Ich las tworzył podkowę wokół wsi Foy. W ataku 3 stycznia Amerykanie opanowali prawe ramię litery U, teraz przyszedł czas na opano- wanie reszty. Dziewiątego stycznia kompania uczestniczyła w operacji oczyszczania lasu na zachód od Foy z niedobitków niemieckiej obrony. Pokonując z rzadka napo- tykany słaby opór, kompania osiągnęła wyznaczoną rubież i okopała się na noc. W pewnej chwili wśród konarów wybuchł jeden, po nim drugi i następne pociski artyleryjskie. Na stanowiska kompanii spadała jedna nawała ogniowa za drugą. Kapral George Luz został zaskoczony ostrzałem na otwartej przestrzeni i ruszył sprintem do swojego okopu. Muck i szeregowy Alex Penkala zapraszali go do siebie, ale Luz postanowił dobiec do swojej wnęki. Mimo latających wszędzie odłamków, gałęzi i całych drzew, podmuchów eksplozji, udało mu się tam dotrzeć i zanurkował do swojego okopu. Lipton dzielił okop z plutonowym Bobem Mannem, radiooperatorem z dowództwa kompanii. W pewnej chwili jeden z niemieckich pocisków ude- rzył tuż koło ich okopu i nie wybuchł, obrzucając obu podoficerów ziemią i śniegiem. Lipton podniósł ostrożnie głowę i popatrzył na dziurę w ziemi, w której zniknął pocisk. Mann zapalił papierosa. Lipton, który nigdy nie palił, poprosił o papierosa i tego wieczora zapalił swojego pierwszego w życiu lucky strike’a. Czyż mogła być lepsza okazja?2 2 Lucky Strike (ang.) – dosłownie „szczęśliwy traf” [przyp. tłum.]. 216 Kompania braci Kiedy ostrzał ustał, Luz wylazł ze swej dziury i poszedł sprawdzić, co słychać u Mucka i Penkali, którzy zapraszali go do siebie, kiedy biegł, żeby ukryć się przed odłamkami. Okazało się, że jeden z pocisków uderzył prosto w ich okop. Luz wyciągnął łopatkę i zaczął rozpaczliwie kopać. Jedyne, co znalazł, to resztki śpiwora i ludzkie szczątki. 101 DPD panowała teraz nad całym lasem otaczającym Foy, od wschodu, za- chodu i południa. Tyle tylko, że to nie Foy było celem ich natarcia, ale Noville i płaskowyż za nim. Generał Taylor chciał 9 stycznia zaatakować bezpośrednio Noville, ale potrzebował do tego wsparcia czołgów i artylerii, a te można było ściągnąć tylko drogą, która wiodła przez Foy. Wieś już czterokrotnie wcześ- niej przechodziła z rąk do rąk. Zadanie zdobycia Foy powierzono 2 batalionowi 506 pps. Batalion wyco- fano z linii frontu na zachód od Foy i przesunięto na południe. Do poprowa- dzenia ataku Winters wybrał kompanię E. Plan operacji był prosty. Natarcie miało iść przez odsłonięte, pokryte kopnym śniegiem puste pole szerokości dwustu metrów w kierunku wsi, w której z każdego okna mógł strzelać kara- bin maszynowy, chroniony przed ich ogniem ścianami z cegieł i kamieni. Nie było miejsca na żadne subtelności taktyczne, żadne manewry, nic z tych rze- czy. Trzeba było jak najszybciej przebyć to przeklęte pole, i podejść na tyle bli- sko do okien, żeby przez nie wrzucić granaty i uciszyć obronę. Kluczowym zagadnieniem była szybkość, z jaką zdołają pokonać pole. Jeśli ludzie dadzą z siebie wszystko, ruszą szybko, a ogień własnych karabinów maszynowych i moździerzy będzie odpowiednio celny i mocny, to wszystko powinno się udać. Jeśli gdziekolwiek się zatrzymają, będzie ich to drogo kosz- towało. Dywizja nakazała, by atak rozpocząć o 9.00. Wintersowi się to nie podo- bało. Argumentował, że lepiej będzie uderzyć o świcie, żeby ograniczyć czas wystawienia się na ogień obrońców, ale został przegłosowany. Obserwował, jak jego dawna kompania rusza do ataku. U boku Wintersa stał dowódca plutonu z kompanii D, porucznik Ronald C. Speirs. Speirs był oficerem z dość dwuznaczną reputacją. Szczupły, dość wysoki, ciem- nowłosy, krzepki, o bardzo męskiej urodzie, wyglądał jak dowódca i zachowy- wał się jak przystoi dowódcy. Jeden z kolegów z kompanii D opisał go jako „twardego, agresywnego, odważnego i pomysłowego dowódcę plutonu pie- choty”. Przez kolegów nazywany był „Sparky” (Iskra), żołnierze woleli prze- zwisko „Bloody” (Krwawy). W batalionie był już w Normandii, gdzie dorobił się Srebrnej Gwiazdy za dowodzenie atakiem na bagnety. Punkt krytyczny 217 Tyle dokumenty. Prócz tego krążyły jeszcze opowieści o poruczniku Speir- sie. Nie sposób było znaleźć nikogo, kto by „to” widział na własne oczy, ale każ- dy słyszał o „tym” z dobrego źródła. Jedni w owe opowieści wierzyli święcie, inni tylko w części, ale nie było żołnierza w kompanii E, który by znał Speirsa i zupełnie nie dawał im wiary. Jedna z tych historyjek mówiła o zdarzeniu z czasów kampanii w Normandii, kiedy to Speirs – jak wszyscy dowódcy plutonów – miał kłopoty z pijaństwem podwładnych. Któregoś dnia wydał rozkaz. Dość już się nachlaliście, koniec z tym. Od dziś żadnego wina, koniaku, cydru, nic. Żołnierze wysłuchali i roze- szli się, uśmiechając się pod nosem, jak zawsze, kiedy przełożony mówi coś bez sensu. Następnego dnia natknął się na pijanego podoficera. Wydał mu jakiś rozkaz, tamten coś odszczeknął, a wtedy Speirs całkiem na zimno i tak, jak się sięga po gazetę na widok brzęczącej muchy, sięgnął do kabury po pistolet. Wy- jął go, podniósł i strzelił tamtemu między oczy. Od tamtej chwili, jakimś prze- dziwnym zrządzeniem losu, kłopoty z pijaństwem w plutonie ustały z miejsca, jak nożem uciął. Po Normandii opowiadano o Speirsie jeszcze jedną, bardziej mroczną hi- storię. Któregoś dnia szedł samotnie drogą i napotkał grupę dziesięciu jeńców. Pod strażą kopali oni jakiś dół obok drogi. Speirs stanął, wyciągnął paczkę pa- pierosów i zaczął częstować jeńców. Byli tak wdzięczni, że zeskoczył do ich dołu i dał im całą paczkę papierosów. Wyciągnął zapalniczkę i każdemu przy- palił. Potem wyszedł z powrotem na górę i stamtąd przyglądał się, jak palą i rozmawiają. Po chwili, bez ostrzeżenia i żadnego powodu, ściągnął z ramienia Thomp- sona, z którym się nigdy nie rozstawał, i zaczął do nich strzelać. Omiatał lufą wnętrze dołu, aż wreszcie wszyscy jeńcy leżeli na dnie rowu. Wartownik, który ich pilnował, patrzył na niego przerażony. A Speirs zarzucił na ramię Thomp- sona, odwrócił się i bez słowa odszedł. Tom Gibson, który mi to opowiadał (ale słyszałem tę historię z kilku źró- deł w niemal identycznej wersji, choć wszyscy zarzekali się, że tego nie widzie- li), skomentował: „Święcie wierzę w to, że frontowy żołnierz ma pełne prawo osądzać drugiego frontowego żołnierza. Tylko żołnierz frontowej kompanii piechoty może wiedzieć, jak trudno w tych warunkach zachować zdrowie psychiczne, zrobić swoje i zachować jakieś resztki honoru. Trzeba się na- uczyć wybaczać innym i sobie pewne rzeczy, których się dopuszcza w tych warunkach”. Gibson powiedział mi, że wielokrotnie po wojnie opowiadał tę historię, omijając nazwiska, jako przykład tego, do czego człowieka może doprowadzić wojna. „Jak wszyscy wiemy, są takie wojenne opowieści, które zaczynają żyć własnym życiem. Rosną w oczach, nabierają szczegółów. Ale jedno jest pewne 218 Kompania braci – niezależnie od tego, iloma wymysłami potem obrastają, musi być w nich ziarno prawdy, żeby w ogóle ktoś je po raz pierwszy opowiedział”. Winters nie zaprzątał sobie głowy Speirsem i jego reputacją. Obserwował atak kompanii E. Speirs i inni oficerowie z kompanii, które nie uczestniczyły w tym boju, patrzyli razem z nim. Winters ustawił dwa karabiny maszynowe kompanii sztabowej, by wspierały ogniem natarcie, strzelając ponad otwar- tym polem rozciągającym się na szerokość dwustu metrów pomiędzy skrajem zajmowanego przez nich lasu, a skrajem wsi3. Pokryte śniegiem pola były zupełnie płaskie i odsłonięte, jeśli nie liczyć kilku stogów siana i pojedynczych drzew. Porucznik Foley, dowodzący 1 plutonem, tak opisywał sytuację: „Wiedzie- liśmy, że Foy nie było sprawdzane poprzedniego dnia ani żaden patrol nie rozpoznawał go w nocy. W poprzednich dniach obserwowaliśmy wjeżdżające i wyjeżdżające z niego ciężarówki i czołgi. Widzieliśmy już niejeden atak na Foy i kontratak stamtąd. Widzieliśmy, jak kompania F, kiedy próbowała bronić tego miejsca, została zdziesiątkowana tak, że teraz dowodził nią podporucz- nik. Nie mieliśmy pojęcia, co jest przed nami”. Kompania ruszyła naprzód, ramię przy ramieniu. Karabiny maszynowe otworzyły ogień wspierający natarcie. Z wioski padło tylko kilka pojedyn- czych strzałów. Pomimo to, wspomina Winters, „to była ciężka przeprawa dla brnących tyralierą przez śnieg ludzi. Ale linia trzymała się równo i natarcie miało niezłe tempo”. Atakujący na lewym skrzydle 1 pluton dotarł do skupiska obór i innych za- budowań gospodarskich na obrzeżu wsi. Foley kazał sprawdzić szopy. Kiedy pluton (liczący wówczas zaledwie dwudziestu dwóch ludzi) wziął się za prze- trząsanie obórek, zauważono wskakujących do jednej z nich trzech Niemców. Foley kazał ją otoczyć, podszedł do drzwi, kopnął w nie i w najlepszej niem- czyźnie, na jaką go było stać, zawołał gromkim głosem: „Wyłazić! Ręce do góry!”. Żadnej reakcji. Wyciągnął granat obronny, zatknięty łyżką w oczko szelek, wyjął zawlecz- kę i wrzucił granat do środka. Po wybuchu Niemcy wygramolili się na zew- nątrz, zszokowani i pokrwawieni. Jeden okazał się porucznikiem, pozostali dwaj sierżantami. Foley zaczął ich wypytywać o miejsce przebywania ich żołnie- rzy. Jeden z sierżantów sięgnął za pazuchę płaszcza, drugi też, porucznik zawołał: „Nein, Du Dummkopf!”, ale było już za późno. 3 W 1991 roku staliśmy w tym samym miejscu na świeżo zoranym polu z Wintersem, Lipto- nem i Malarkeyem. Winters wskazał na stopy mojej żony, Moiry, i obwieścił: „O, tu stał je- den z tych karabinów maszynowych”. Moira spojrzała pod nogi i podała mu podniesioną z ziemi zaśniedziałą łuskę naboju karabinowego kalibru 7,62 mm. Punkt krytyczny 219 Jeden z żołnierzy Foleya pociągnął za spust swojego Thompsona i długą serią zastrzelił wszystkich trzech. Po latach Foley tak podsumował to zdarze- nie: „No to jeńców już nie mieliśmy, ale za to chłopcy znaleźli u tamtych dwóch ukryte pod płaszczami pistolety”. Pluton biegiem ruszył za resztą kompanii. Dike tymczasem spojrzał w lewo i nie widział 1 plutonu. Jego pozostałe dwa plutony nacierały sprawnie. Strzelano do nich, ale nie odnosili strat. Dike prze- straszył się jednak luki na lewym skrzydle i popełnił wielki błąd z gatunku tych, za które płaci się życiem swoich żołnierzy. Przekazał 2 i 3 plutonowi ręcz- nymi sygnałami, żeby zaprzestały dalszego natarcia i dołączyły do sekcji do- wodzenia za wielkim stogiem siana. Winters pilnie obserwował natarcie z brzegu lasu: „Nagle tyraliera stanęła, jakieś siedemdziesiąt pięć metrów od skraju wsi. Wszyscy przypadli do ziemi za tymi cholernymi stogami i diabli wiedzą, po co tam siedzieli. Nie mogłem wywołać Dike’a przez radio, żeby się dowiedzieć, co jest grane. Kompania siedząca na tyłku w śniegu zamieniła się w jedną wielką tarczę strzelniczą”. Zaczął się niepokoić o to, jak długo zdoła jeszcze przyciskać do ziemi nie- miecką obronę ogniem swoich karabinów maszynowych. 1 pluton dołączył do reszty kompanii skulonej za stogami. Foley poszedł do Dike’a po rozkazy. Ten nie miał pojęcia, co dalej robić. Foley nalegał, żeby podjął jakąś decyzję, w czym silnie popierali go Lipton i pozostali sierżanci. Wreszcie Dike przedstawił plan dalszego natarcia. Zakładał on, że 1 plu- ton Foleya okrąży wioskę z lewej, zajdzie Niemców od tyłu i zaatakuje. W tym czasie reszta kompanii, wciąż siedząc za stogami, będzie mu udzielać wsparcia ogniowego ze swoich moździerzy i karabinów maszynowych. Aby to wsparcie było silniejsze, Foley miał mu zostawić swoje kaemy i moździerz. Rozkaz jest rozkazem i wkrótce osiemnastu spadochroniarzy z plutonu Foleya, bez żadnej broni wsparcia, wyruszyło, brnąć w kopnym śniegu, by oskrzydlić obronę Foy. Porucznik Foley i sierżant Martin mieli tylko kilka minut na to, by wytyczyć trasę, którą pluton powinien wyjść na podstawę wyjściową do ataku. Wybrali w tym celu jedyną ścieżkę, przy której co mniej więcej dziesięć metrów rosło drzewo. Do ścieżki trzeba było jednak przebyć kilkanaście metrów całkiem odkrytym terenem. Ruszyli biegiem do ścieżki, jeden za drugim. Po chwili otworzyli do nich ogień snajperzy. Wzdłuż linii popłynęło wezwanie o sanitariuszy do rannych. Pluton zaczął odpowiadać ogniem, ale bez widocznego efektu. Foley dotarł do najbliższego rannego. „To był Smith, Kalifornijczyk. Jęczał i krzyczał, kiedy 220 Kompania braci koło niego klęknąłem i rozerwałem pakiet opatrunku osobistego, żeby mu opatrzyć ranę. Zanim znalazłem ranę, zaczął mi się spowiadać. Wyobraźcie sobie! Miał do wyznania straszny grzech – razem z dwoma kolegami znaleźli rację żywnościową z czekoladą i papierosami, i ją zabrali. No, po prostu zgroza! Powiedziałem mu, że nie umiera i niech się nie wygłupia. Rozciąłem spodnie, posypałem ranę proszkiem i zabandażowałem. Nawet bardzo nie krwawił”. Martin posłał szeregowego Franka Perconte za następne drzewo, żeby stamtąd ostrzelał budynki. „Frank pobiegł tam i próbował się schować za drzewem, które było może o palec szersze niż jego głowa. Na głowę ukrycia starczyło, ale ta jego wielka dupa wystawała na obie strony. No i za chwilę w nią oberwał”. (Kiedy Lipton natknął się później na Franka Perconte, on wciąż leżał za tym drzewem w wielkiej plamie czerwonego śniegu, ale w pełni przytomny i trzymał się dobrze. – Perconte, bardzo źle z tobą? Jak rana? Frank szeroko się uśmiechnął i z zachwytem powiedział: – Lip, to piękna rana. To po prostu wspaniała rana!). Martin wysłał z kolei za drzewa szeregowego Harolda Webba. Foley na- – Ostrzeliwuje nas snajper, ale nie wiemy skąd. Straciłem pięciu ludzi. Wi- wiązał łączność radiową: dzicie go? Odbiór. Ktoś z dowództwa kompanii odpowiedział, że ogień jest prowadzony praw- dopodobnie z pierwszego stogu po prawej stronie Foleya. Odpowiedź przyszła natychmiast: – Rozwalcie sukinsyna! Jednocześnie cały pluton zaczął strzelać we wskazany stóg. Zdaniem Liptona porucznik Dike zupełnie nie mógł się pozbierać. Zastygł w bezruchu za stogami i nie miał żadnego planu ani nawet pomysłu, co robić dalej. Winters widział to równie wyraźnie. „Wszyscy siedzieli skuleni za tymi sto- gami, bez żadnego widocznego powodu”. Miał dość niemożności wywołania kompanii przez radio. Bez przerwy krzyczał do mikrofonu: „Ruszcie się! Na- przód!”. Żadnej odpowiedzi, żadnej reakcji. Kompania cały czas niepotrzeb- nie traciła ludzi. Brakowało dowódcy, kogoś, kto by ich pchnął do ostatniego skoku przez resztę otwartego terenu, między zabudowania, gdzie walka prze- stałaby być już tak jednostronna. Ale kompania nie miała nikogo takiego. Winters złapał za karabin i ruszył biegiem przez pole, kierując się do swo- jej dawnej kompanii, teraz na skutek nieudolności jego następcy czekającej nie wiadomo na co, i 1 plutonu przygwożdżonego ogniem snajperów. Miał Punkt krytyczny 221 zamiar przejąć dowództwo i poprowadzić ludzi do ataku. W połowie drogi ochłonął nieco. Jezu, nie może tego zrobić! Przecież ma dowodzić całym cho- lernym batalionem, a nie jedną z jego kompanii, choćby i swoją własną. To już nie była robota dla niego. Zawrócił i popędził z powrotem. „Kiedy tak wra- całem, omal nie wpadłem na Speirsa. Oto właściwy człowiek na właściwym miejscu, pomyślałem. – Speirs! Przejmij tę kompanię, odsuń od dowodzenia Dike’a i poprowadź ludzi do ataku. Speirs z miejsca ruszył biegiem, a Winters zajął się swoją robotą. Porucznik Foley opowiada, z jakim skutkiem: „Winters nakazał karabinom maszyno- wym przykryć ogniem nasz [1 plutonu] ruch do tej przeklętej ścieżki z drzewa- mi, a moździerzystom kazał się zająć tymi stogami, z których do nas strzelano. Poleciało na nie po kilka „ogórków”, siano się zapaliło i obu ciężko rannych snajperów mieliśmy z głowy”. Na prawym skrzydle dowództwo pułku pchnęło do walki kompanię I (w skła- dzie dwudziestu pięciu ludzi). Sukces lub porażka w tej potyczce zależały jed- nak od kompanii E. Był to dla niej ostateczny sprawdzian. Zanim do niego doszło, kompania osiągnęła dno swego upadku. Ani jej oficerowie, ani więk- szość żołnierzy nie dorastała do poziomu, jaki reprezentowała kompania E w chwili zrzutu w Normandii. W 1945 roku w kompanii nie było już ani jedne- go z oficerów, którzy nią dowodzili w D-Day. Także ponad połowa szerego- wych nie widziała Normandii. Trzon kompanii stanowili jej podoficerowie. W przeważającej większości byli to weterani z Toccoa i tylko dzięki nim kom- pania przetrwała pod komendą Dike’a, odkąd objął ją w Holandii. Podoficerowie byli ludźmi żyjącymi w stanie ciągłego pogotowia i ostrego napięcia. Żyli, walczyli i starali się zdusić w sobie odczucia, które ich nie opuszczały ani na minutę. John Keegan pisze, że te odczucia to: Produkty siedzącego głęboko w każdym człowieku strachu: strachu przed ranami, strachu przed śmiercią, strachu przed wystawianiem na niebezpieczeństwo tych, za których jest się odpowiedzialnym. Wiele też mają do powiedzenia najbrutalniejsze porywy ludzkiej pasji: nienawiść, wściekłość i żądza mordu4. Wśród tej burzy uczuć nikt nie miał kontroli nad myślami kłębiącymi się w ich głowach. Widzieli już oficerów, którzy porzucali swoje pododdziały, za- szywali się gdzieś na zapleczu, tchórzyli, czy też po prostu siadali bez ruchu i bez słowa (jak porucznik Dike w tym właśnie momencie kryzysu). Może nie wolno im było porzucać swoich żołnierzy, ale na pewno wolno im było nie do- wodzić. Nikt ich do tego nie mógł zmusić. 4 John Keegan, op. cit., s. 16. 222 Kompania braci Oni też nie mogli zmusić Dike’a do działania. Podoficerowie kompanii E byli ludźmi z Toccoa, wszystkim, co w kompanii pozostało z tych upalnych dni lata 1942 roku i wysiłków kapitana Sobela. Utrzymali kompanię w kupie przez cały czarny okres nieudolnych dowódców na górze i ciężkich strat na dole. A teraz nadszedł czas próby. W 1942 roku pytano, czy uda się sformować i wyszkolić armię obywatelską na tyle, by była w stanie stawić czoło Niemcom w długiej kampanii w północno-zachodniej Europie. Nie tylko Hitler udzielił na to pytanie odpowiedzi przeczącej. Liczącej się odpowiedzi udzielono jed- nak znacznie później, na zaśnieżonych polach Belgii w styczniu 1945 roku. Dla kompanii E nadszedł czas najważniejszej próby. Podoficerowie dobrze przygotowali ją do tej próby. Rdzeń kompanii, we- terani z Toccoa, byli gotowi dowodzić i być dowodzonymi. Porucznik Speirs, zziajany i zgoniony, potrzebował wypowiedzieć tylko dwa słowa do Dike’a: „Przejmuję dowództwo”. Sierżant Lipton i inni przedstawili mu sytuację. Łapiąc na powrót oddech, wydał rozkazy: 2 pluton tędy, 3 pluton tamtędy, moździerze przenieść ogień na skraj wioski, kaemy długimi seriami ognia, całość naprzód! I ruszył bie- giem przed siebie, nie oglądając się, nie tłumacząc nic, ufając, że ludzie pójdą za nim. I poszli. Speirs pisał w liście z 1991 roku: Pamiętam te szerokie, płaskie, odsłonięte pola wokół Foy. Każdy ruch ściągał ogień. Zapa- miętałem, że niemiecka osiemdziesiątkaósemka strzelała do mnie, kiedy biegłem z lasu do stogów przejąć kompanię. Takie zainteresowanie ze strony wroga naprawdę zrobiło na mnie wrażenie. Stojąc w tamtym miejscu z Wintersem i Malarkeyem, Lipton wspominał bieg Speirsa. Pamiętał też, że kiedy dotarli wreszcie do skraju zabudowań, Speirs zapytał go o stanowisko dowodzenia kompanii I. „I tak biegał, cały czas wzdłuż i w poprzek niemieckich linii, z lasu do nas, od nas do kompanii I, tam dogadał się z jej dowódcą, ustalając współdziałanie i znowu biegiem do nas. Rany boskie, ten facet był po prostu niesamowity!” Kiedy pozostałe plutony pod dowództwem Speirsa zdołały wreszcie ruszyć naprzód, 1 pluton Foleya zaczął do nich wracać. Sierżant Martin, popędzając swoich żołnierzy, zauważył, szeregowego Webba nadal klęczącego za drze- wem z uniesionym do ramienia karabinem, ale ani nie strzelającego, ani nie biegnącego razem z resztą. – Dalej, Webb, na co czekasz, gamoniu! Biegiem! Żadnej reakcji. Punkt krytyczny 223 „Cholera, dalej do nas strzelali, więc podbiegłem do tego drzewa zakosa- mi. Drzewo, za dużo powiedziane. Drzewko, grubości mniej więcej dłoni. W końcu jakoś tam dobrnąłem i ponieważ nie dawało się schować za nim obok Webba, musiałem wylądować mu niemal na głowie. Przy okazji prze- wrócił się i wtedy zobaczyłem, że nie żył. Dostał prosto między oczy”. Kompania wdarła się do Foy. Żołnierze otworzyli na wszystkie strony ogień z najróżnorodniejszej broni, jaką spotyka się w kompanii piechoty: z karabi- nów, karabinków, pistoletów maszynowych Thompsona, bazooki, erkaemów, lekkich karabinów maszynowych, moździerzy, rzucano granaty ręczne i wy- strzeliwano granaty nasadkowe. Mieli też wsparcie artylerii, więc wokół roz- pętało się piekło gwiżdżących pocisków, wybuchających granatów, pocisków artyleryjskich, rakiet z bazooki, serii z broni maszynowej, odpalanych moź- dzierzy, sypiącego się szkła, tynku, ziemi, ceglanego pyłu, dachówek, kamieni i drewnianych belek. Mimo to opór Niemców był nadal silny. Snajperzy zaczęli znowu zbierać swoje ponure żniwo. Zwłaszcza jeden z nich był bardzo dokuczliwy i trafił dwóch żołnierzy, trzymając w szachu ważne skrzyżowanie uliczek. Jakiś czas potem pojawił się tam Shifty Powers, człowiek, który wiele czasu za młodu spędził polując na wiewiórki wśród gór Wirginii. Jak ostry miał wzrok i jak wy- czulony na najmniejsze nawet anomalie, mieliśmy się okazję przekonać, kiedy wypatrzył niemiecką baterię osiemdziesiątekósemek, zamaskowaną jednym, jedynym „drzewem, którego tu wczoraj nie było”. Tym razem też dłuższą chwi- lę wpatrywał się w okolicę, po czym zawołał: „Widzę go!” i strzelił. Lipton wspomina: „I już nie byliśmy przygwożdżeni niczyim ogniem na tej krzyżów- ce. Mogliśmy nacierać dalej”. Obrona była silna – 6 kompania 10 pułku grenadierów pancernych z 9 Dy- wizji Pancernej – ale jej zadaniem była tylko obrona tyłów wycofujących się do Noville wojsk niemieckich. Mimo to walczyli zaciekle, z uporem, bardzo umiejętnie utrzymując otwartą drogę odwrotu i nie ulegając do końca panice. Speirs i jego ludzie nacierali jednak nieprzerwanie, aż w końcu zagrozili prze- cięciem drogi za niemieckimi stanowiskami i wreszcie trzy Tygrysy, wszystko, co pozostało z kompanii czołgów, wycofały się wraz z nie więcej niż plutonem piechoty. W Foy poddało się około stu Niemców, w przeważającej większości rannych. Kompania E zwycięsko wyszła ze swej próby. Zdobyła Foy. Lipton i Popeye Wynn poszli szukać miejsca, z którego ostrzeliwał ich snajper uciszony przez Powersa. Po dłuższej chwili znaleźli wreszcie snajpera, z dziurą po kuli w środku czoła. Wynn skomentował: – Wiesz, co ci powiem, Lip? Nie opłaca się strzelać do Powersa, kiedy Shifty ma pod ręką karabin... 224 Kompania braci * * * Było wczesne popołudnie. Ekipa zdjęciowa przyjechała z kamerą kręcić film o zwycięstwie. Na skraju lasu Winters zauważył dwóch fotoreporterów, któ- rzy robili zdjęcia sanitariuszom znoszącym rannych z 1 plutonu. „Kiedy pode- szli na dwadzieścia pięć metrów do skraju lasu, już daleko od jakiegokolwiek niebezpieczeństwa, jeden z fotografów odłożył swój aparat i pobiegł pomagać noszowym. Złapał za te nosze tak, że po chwili cały się upaprał krwią, która obficie opryskała mu rękaw i przód świeżutkiej, czyściutkiej pikowanej kurtki zimowej. Potem, zatrzymując noszowego, odwrócił się do tego drugiego foto- grafa i zaczął odgrywać rolę ciężko zmęczonego, wlokąc się z tymi noszami ostatnich parę metrów do lasu. Ten drugi kręcił się wszędzie wokół, pstrykając mu zdjęcie za zdjęciem. Kiedy opuścił aparat, żeby zmienić film, ten pierwszy stracił całe zainteresowanie pomaganiem sanitariuszom i po prostu zostawił nosze na śniegu, wracając po swój aparat”. Wieczorem pułkownik Sink zebrał w dowództwie wszystkich, którzy ode- grali znaczącą rolę w ataku na Foy. Odprawę zaczął, kierując do Wintersa pytanie: – Co masz zamiar zrobić z kompanią E? – Zdjąć Dike’a i zastąpić go Speirsem, panie pułkowniku. Sink zatwierdził tę decyzję i na tym odprawa się skończyła. Porucznik Fo- ley też zgadzał się z decyzją Wintersa: „Cieszyliśmy się, że Dike wyleciał, nie tylko dlatego, że zawiódł dzisiaj, gdy w skórę dostał 1 pluton. Już wtedy, kiedy 2 pluton ucierpiał od tych rozrywających się wśród drzew pocisków, Norman Dekownik dobitnie dowiódł, że nie nadaje się na dowódcę”. Speirs szybko udowodnił, że ma to wszystko, czego brakowało Dike’owi, a nawet jeszcze więcej. Udowodnił to już w pierwszej godzinie swego dowo- dzenia, przejmując kompanię E w czasie ataku na Foy. 17 Szampan Adolfa Berchtesgaden 1–8 maja 1945 W pierwszych dwóch dniach maja kompania wyruszyła z Monachium na połu- dnie, z wolna przebijając się przez masy idących w przeciwnym kierunku żołnie- rzy niemieckich. W pełni uzbrojonych Niemców z reguły było znacznie więcej niż Amerykanów. Winters wspomina: Patrzyliśmy na siebie nawzajem z wielką ciekawością. Jestem pewien, że w obu armiach w tych dniach dominowała jedna wspólna myśl: Odwalcie się ode mnie! Chcę tylko, żeby się to wreszcie skończyło i żebym mógł wrócić cało do domu. Trzeciego maja pułkownik Sink nakazał żołnierzom przygotować się do dalszej drogi. O 9.30 następnego dnia mieli wyruszyć do Berchtesgaden. Berchtesgaden stało się magnesem ściągającym żołnierzy wszystkich armii walczących w południowych Niemczech, Austrii i północnych Włoszech. Ba- warskie miasteczko leżące na południe od Salzburga było Walhallą nazistow- skich bogów. Hitler miał tam na szczycie góry 1834 metry nad poziomem morza samotnię zwaną Adlerhorst, Orlim Gniazdem, wznoszącą się ponad jego kwa- terą w Obersalzbergu. Wielkim kosztem i wysiłkiem doprowadzono drogę, którą samochody mogły dojechać i zaparkować zaledwie sto kilkadziesiąt me- trów od samego domu. Z parkingu goście dochodzili wykutym w skale koryta- rzem do sztolni, w której kursowała winda dowożąca ich do samej willi. Ściany tej windy wykładane były mosiężnymi panelami. To właśnie do Berchtesgaden Hitler przywoził kolejnych przywódców Euro- py pod koniec lat trzydziestych, by tu ich poniżać i zmuszać do ustępstw. Berghof i Orle Gniazdo poznali: premier Francji Daladier, kanclerz Austrii Schusch- nigg, prezydent Czechosłowacji Hacha, brytyjski premier Chamberlain i nie- chętnie patrzący na zabór Austrii włoski dyktator Mussolini. Wtedy wszyscy się bali Hitlera. Teraz był martwy i strach się rozwiał, co jeszcze zwiększyło Szampan Adolfa 283 zainteresowanie pokręconą osobowością i ulubioną kwaterą Führera, być może kryjącą klucz do poznania jego charakteru. Prócz Hitlera do Berchtesgaden ciągnęli inni bonzowie nazizmu, by być blisko wodza i nie dać się zepchnąć w niełaskę przez intrygi jego otoczenia. Swoje domy pobudowali w pobliżu: Him- mler, Göring, Goebbels, Bormann. Pilnujące ich oddziały SS miały tu wspaniałe osiedle mieszkaniowe. Do Berchtesgaden ściągano większość łupów zdobytych w całej grabionej przez hitlerowców Europie. To miejsce nafaszerowane było złotem i waluta- mi tuzina krajów, zabytkami i dziełami sztuki (sama tylko przewieziona tu z Karinhall kolekcja Göringa zawierała pięć płócien Rembrandta, obrazy van Gogha, Renoira i wielu innych mistrzów), drogimi alkoholami i wspaniałymi samochodami. Tak więc Berchtesgaden było dla nich podwójnym magnesem: mistycznym ośrodkiem władzy maniaka, który chciał podbić świat, i najlepszym miejscem do szabrowania w całej Europie. Wszyscy chcieli się tu pożywić – nacierający wraz ze 101 Dywizją Powietrznodesantową Francuzi, Brytyjczycy prący z Włoch, niemieccy przywódcy chcący zabezpieczyć swoje skarby, i niemal każdy Ame- rykanin, który postawił nogę na kontynencie europejskim. Pierwsi linię mety tego wyścigu mieli przekroczyć żołnierze kompanii E 2 batalionu 506 pułku piechoty spadochronowej ze 101 Dywizji Powietrzno- desantowej. Czwartego maja konwój dywizji ruszył autostradą z Monachium do Salzburga, poprzedzany przez pojazdy 2 batalionu. Amerykanie minęli Rosenheim i je- zioro Chiem See. W Siegsdorfie skręcili w prawo na szosę wiodącą bezpo- średnio do Berchtesgaden. Około czternastu kilometrów dalej natrafili na tyłowe oddziały francuskiej 2 Dywizji Pancernej generała Jacques’a Philippe’a Leclerca, tej samej, która pierwsza weszła wraz z Amerykanami do Paryża. 2 Dywizja Pancerna miała w tym czasie osłaniać natarcie 101 DPD na jej prawym skrzydle, ale Amerykanie nie mogli z nią nawiązać przez cały po- przedni tydzień żadnego kontaktu. Francuzi byli gdzieś jednego dnia, następ- nego już zupełnie gdzie indziej. Amerykanie sądzili, że dywizja zajmuje się głównie łupieniem Niemiec i dlatego nie ma czasu na współdziałanie z innymi wojskami. W tym przypuszczeniu utwierdzał ich podejrzanie intensywny ruch ciężarówek podążających do Francji, obładowanych tak, że aż pękały osie. Wyglądało więc na to, że dywizja Leclerca tym razem ostrzyła sobie zęby na Berchtesgaden odległe o zaledwie godzinę jazdy na południe. Na drodze sta- nął jednak Francuzom wysadzony most nad głębokim wąwozem. Ich cię- żarówki zajęte były ważniejszymi zadaniami niż przewożeniem składanych 284 Kompania braci mostów Baileya, toteż musieli się zatrzymać – tym bardziej że z południowego brzegu ostrzeliwała ich grupka fanatyków z SS. Kompania E, a wkrótce reszta batalionu, wymieszała się z Francuzami, ob- serwując bezsensowne fajerwerki – z tej odległości ani karabiny maszynowe, ani moździerze esesmanów nie były w stanie wyrządzić im większej krzywdy. Wszyscy czekali na saperów 101 DPD, żeby odbudowali choć prowizorycznie przeprawę. Winters poprosił Sinka, by mu pozwolił pchnąć jeden pluton dnem wąwozu i oskrzydlić esesmanów, zmuszając ich do wycofania i zaprze- stania ostrzału. Sink odmówił. – Nie, Winters. Nie chcę, żeby komukolwiek coś się stało. To wydawało się rozsądne. Nie było sensu ryzykować życiem żołnierzy w ostatnich dniach wojny. Z drugiej jednak strony Berchtesgaden znajdowało się w zasięgu ręki, po przeciwnej stronie wąwozu. Po chwili Sink zmienił zdanie: – Winters, weź cały swój batalion, cofnijcie się na autostradę i sprawdźcie, czy uda się wam jakoś ich ominąć. Spróbuj dostać się do Berchtesgaden, za- nim Francuzi też na to wpadną. A gdyby się udało, Winters miał zają
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kompania braci. Od Normandii do Orlego Gniazda Hitlera
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: