Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00314 005691 15688209 na godz. na dobę w sumie
Kłopoty z Innością - ebook/pdf
Kłopoty z Innością - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 293
Wydawca: Universitas Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-421-518-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> popularnonaukowe
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Książka ta jest próbą opisania intrygującego zjawiska Inności. Tego, co z wielu powodów – ideologicznych, metodologicznych, estetycznych – pozostaje wykluczone z oficjalnego dyskursu kulturowego. Ten dyskurs ufundowany jest na niesymetrycznych opozycjach, czego konsekwencją jest jego opresywny charakter: skryte wartościowanie, redukowanie różnicy do tożsamości, nieuchronne ekskluzje. Literatura i teoria próbują jednak radzić sobie z tymi ułomnościami dyskursu.
W pomieszczonych w niniejszej książce interpretacjach tekstów (m.in.) Gombrowicza, Białoszewskiego, Witkowskiego, Jeleńskiego, Marian Bielecki wykorzystuje kategorię Inności i jej liczne pochodne: neutrum (Barthes), queer (Butler, Kosofsky Sedgwick), abiekt i cudzoziemskość (Kristeva), kamp (Sontag), ponieważ dają one szansę na przechytrzenie opresyjnego działania kulturowego dyskursu: jego prostackiej logiki, aroganckich konieczności, zinstytucjonalizowanego nadzoru, normalizujących sankcji, psychopatycznego wykluczania.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Marian Bielecki KŁOPOTY Z INNOŚCIĄ universitas KŁOPOTY Z INNOŚCIĄ Marian Bielecki KŁOPOTY Z INNOŚCIĄ Kraków Współpraca wydawnicza Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Towarzystwa Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS © Copyright by i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 201 and Towarzystwo Autorów 2 Marian Bielecki ISBN 97883–242–1518–8 TAiWPN UNIVERSITAS Opracowanie redakcyjne Katarzyna Kościuszko-Dobosz Projekt okładki i stron tytułowych Ewa Gray www.universitas.com.pl Wstępnie o Inności Peter Sloterdijk w Krytyce cynicznego rozumu pisał: Od stulecia filozofia umiera i umrzeć nie może, ponieważ nie wy- pełniła jeszcze swojego zadania. Jej pożegnanie musi się zatem boleśnie odwlec. Tam, gdzie nie chce być jedynie administrator- ką idei, tam snuje się w gorączkowej agonii, i wówczas przychodzi jej na myśl coś, co przez całe życie powiedzieć zapomniała. U kre- su swej drogi chce być uczciwa i wyjawia swą ostatnią tajemni- cę. Przyznaje, że jej wielkie tematy były wykrętami i półprawda- mi. Bóg, Uniwersum, Teoria, Praktyka, Podmiot, Przedmiot, Ciało, Duch, Sens, Nicość – owe bezużyteczne, choć piękne uniesienia – to wszystko jest niczym. To są rzeczowniki przeznaczone dla ludzi młodych, autsajderów, kleryków, socjologów. Poetyka tego fragmentu, tak jak i całej książki, jest zapewne mocno ekstrawagancka. Niemniej jednak jest sporo racji w opi- nii Petera Sloterdijka. Faktycznie, filozofia ostatnich stu lat przy- pomina pogorzelisko albo cmentarz. Zwłaszcza w latach 60. ubiegłego wieku, kiedy ruszyła ofensywa poststrukturalistycz- na i postmodernistyczna, retoryka funeralna – kresu, śmierci, zmierzchu – słyszalna była wyraźnie i często. Obwieszczono ko- niec wszystkiego: Podmiotu, Człowieka, Autora, Literatury, Me- tafizyki, Historii, Teorii etc. Wielu humanistów było naprawdę  P. Sloterdijk, Krytyka cynicznego rozumu, przeł. i wstępem opatrz. P. Deh- nel, Wrocław 2008, s. 3. 6 Wstępnie o Inności tym przejętych i w autorach najgłośniejszych tego rodzaju pro- klamacji widziano nihilistycznych deprawatorów cynicznie za- przepaszczających okazałe i wartościowe dziedzictwo huma- nistyczne. Choć są pewnie wciąż tacy, których ta ziszczona już apokalipsa prawdziwie zatrważa, można chyba zaryzykować stwierdzenie, że konsekwencje tego zamieszania nie są wcale takie straszne. A nawet więcej: jest wielu takich, których ono najwyraźniej cieszy. Całe to zamieszanie zwane postmoderni- zmem i poststrukturalizmem nie było wyłącznie destrukcją – zakwestionowaniem i odrzuceniem nowoczesnego (moderni- stycznego) paradygmatu wiedzy. Dziś widać całkiem dobrze, że miało ono swój – by tak rzec – moment pozytywny, konstruk- tywny, obecny zresztą od samego początku, a z czasem coraz wyraźniejszy. Vincent Descombes przejrzyście opisał zachodzące we współczesnej filozofii francuskiej przejście od pokolenia „trzech H” – czyli Hegla, Husserla i Heideggera – do pokolenia trzech „mistrzów podejrzeń”, a więc Marksa, Nietzschego i Freuda, których nauki rozwijali, korzystając z inspiracji Kojève’a, mię- dzy innymi Althusser, Foucault, Derrida, Deleuze, Klossowski, Lyotard i Lacan. Hegel opowiedział epopeję Rozumu opano- wującego w poznawczej konkwiście obszary nieznane. To było wiadome od dawna, ale francuscy filozofowie wprowadzili zna- czącą korektę. Descombes pisał: Rozszerzenie rozumu pojmować można na dwa sposoby. Można, rzeczywiście, uważać, że rozum rozciąga swe imperium i zdobywa władzę w strefach dotychczas mu obcych (historia i jej przemoc, istnienie i jego przypadkowość, nieświadomość i jej podstępy). Można jednak również być przede wszystkim wrażliwym na kry- tykę istniejącego rozumu, co sugeruje owo wyrażenie „rozszerzyć rozum” [autorstwa Merleau-Ponty’ego – dop. M.B.], i dostrzegać w tym rozszerzeniu znacznie więcej niż zwyczajne powiększenie zakresu: prawdziwą metamorfozę myśli. (...) Myśl niedialektyczna będzie się trzymać przeciwieństwa tego, co racjonalne, i tego, co irracjonalne, ale myśl, która chce być dialektyczna, ma z definicji rozpocząć ruch rozumu ku temu, co jest mu z gruntu obce, ku in- nemu: problem polega więc na tym, by rozstrzygnąć, czy, w tym ruchu, to inny miałby zostać sprowadzony do tego samego, czy też – by objąć jednocześnie to, co racjonalne, i to, co irracjonalne, to samo i inne – rozum powinien przekształcić siebie, porzucić swą Wstępnie o Inności 7 początkową tożsamość, przestać być tym samym i uczynić siebie innym wraz z innym2. Tak postępował już Kojève, kładący nacisk na to, co u Hegla dramatyczne, niezwykłe, gwałtowne, irracjonalne. Tym samym dał początek niedialektycznej filozofii różnicy, przewidującej re- fleksję nad tym, co inne czy irracjonalne. Wytyczoną przez nie- go drogą podążyło potem wielu uczonych, najpierw ci, których opisał Descombes: Merleau-Ponty, Serres, Foucault, Althusser, Derrida, Deleuze, Klossowski, Lyotard. Kolejna epopeja, tym razem opowieść o oddawaniu spra- wiedliwości temu, co Inne, nie przebiega bezproblemowo. In- ność sprawia kłopoty. Niektóre z możliwych na nią reakcji opisał świetnie Michał P. Markowski w felietonie Inność i tożsamość, wyróżniając trzy najczęstsze postawy przybierane w konfronta- cji z innością, pojmowaną jako to, co obce, wytrącające z oczy- wistości, gmatwające dostępny język, komplikujące standar- dowe sposoby rozumienia, wykraczające poza jakikolwiek ho- ryzont poznawczy. Pierwsza z nich to strategia o charakterze polityczno-ideologicznym i ma ona wiele wspólnego z zupeł- ną obojętnością. Inność zostaje tu z premedytacją przesunię- ta w obszar innej, osobnej rzeczywistości, a zastany, oswojo- ny świat uznany za jedyny możliwy. Ta swojskość opiera się na założeniu doskonałej przejrzystości dostępnego dyskursu, dla którego niezrozumiała gramatyka inności stanowi zagrożenie. Dlatego dla inności nie ma tu miejsca, jest więc z konsekwencją, czasem bardzo wielką, eliminowana z pola obserwacji. Postawa druga to programowy sceptycyzm. Tu także inność stanowi za- grożenie, bo jest czymś niepoddającym się poznaniu i kontroli, jest czymś nieprzezwyciężalnie obcym. Dlatego jest osobliwie absolutyzowana jako to, co niedostępne i niewyrażalne. Trzecia postawa ma charakter epistemologicznego optymizmu, opiera się bowiem na przeświadczeniu, że inność – dzięki pracy rozu- mu – może przestać być innością, że da się ją poznać i opisać. W tej grze o najwyższą stawkę – uniwersalność i omnipotencję – rozum wykorzystuje swoją podstawową metodę poznawczą. 2 V. Descombes, To Samo i Inne. Czterdzieści pięć lat filozofii francuskiej (1933–1978), przeł. B. Banasiak i K. Matuszewski, Warszawa 1997, s. 19. 8 Wstępnie o Inności Czyni to podług reguł przedstawienia, a nieuniknionymi konse- kwencjami takiego ujęcia są: uprzedmiotowienie, kolonizacja – redukcja tego, co obce, do tego, co własne oraz ekskluzja – od- dalenie na bezpieczną odległość. Markowski podsumowuje: Okazuje się więc, że kiedy mowa jest o inności, w gruncie rze- czy nie o nią wcale chodzi, ale o naszą (jednostkową lub zbioro- wą) tożsamość, której ona nieustannie zagraża. Wyciągnąć z tego należy wniosek, że tak rozumiana tożsamość jest projektem fun- damentalistycznym, którego sens i wartość muszą założyć reduk- cję inności. Kiedy więc mówimy o inności, w gruncie rzeczy roz- mawiamy o tym, jaki model tożsamości przyjmujemy za własny. Możemy być obojętnymi lub agresywnymi ideologami, którzy nie dbają w ogóle o to, co inne, i uznają, że ich tożsamość jest sta- ła, niezmienna i zagwarantowana przez doświadczenie źródło- wej przynależności do tego, co jest. Możemy być powściągliwy- mi sceptykami, którzy również nie dbają o to, co inne, albowiem ich tożsamość jest tożsamością solipsystyczną, zamkniętą w kręgu samoograniczonego „ja”. Możemy wreszcie być epistemologicz- nymi kolonialistami, którzy warunkiem zbudowania własnej toż- samości czynią przedstawialność tego, co inne, wedle reguł wy- pracowanych przez swojskie świadomość, dyskurs, kulturę. Czy jest inne wyjście? Czy można ominąć pułapki ideologii, sceptycy- zmu i epistemologii? Powiadają niektórzy, że jedynym rozwiąza- niem, w którym inność zostaje prawdziwie uszanowana, jest etyka lub moralność. Chętnie bym się do takiego stanowiska przychylił, wiem jednak, że jest to o wiele trudniejsze, niż wynika ze wznio- słych pism uczonych mężów3. Markowski kończy swój felieton z przekornym sceptycy- zmem. Nie da się jednak wykluczyć, że w ostatnich słowach miał na myśli tych uczonych, o których wcześniej pisał – a może i samego siebie. Tak się bowiem składa, że inspirującą strategię przezwyciężającą poznawcze niedogodności konfrontacji z in- nością znaleźć można w jego książce poświęconej dekonstruk- cji, gdzie omawia polemikę pomiędzy Derridą a Levinasem (nb. kluczową dla tego rodzaju problematyki), w której ten pierw- szy zakwestionował możliwość pomyślenia Innego poza meta- 3 M.P. Markowski, Inność i tożsamość, w: Pragnienie i bałwochwalstwo. Felietony metafizyczne, Kraków 2004, s. 106–107. Wstępnie o Inności 9 fizycznym dyskursem, poza Rozumem, poza Podmiotem. Pisał Markowski: Inny jako absolutnie Inny możliwy jest do myślenia tylko poprzez To Samo (dzięki czemu traci swą absolutność, nie tracąc jednak in- ności), tak jak absolutny idiom językowy zrozumiały jest tylko po- przez system tego języka (eliminujący jego absolutność), a tekst li- teracki (w swej wyjątkowości) poprzez konwencje i reguły literac- kiego systemu4. Nie ma więc możliwości wyjścia poza obszar Tego Samego, nie jest też możliwe całkowite oddanie się Inności. Inność ist- nieje nie poza dyskursem, nie przychodzi z jakiegoś absolutne- go zewnętrza, ale lokuje się – może się lokować – w Tym Sa- mym. To Samo i to, co Inne, pozostają we wzajemnym uwikła- niu, umożliwiającym nie tylko komunikację, ale i przechytrzenie metafizycznej logiki Tego Samego. Tu otwiera się pole „różni” i „inwencji” oraz możliwość odkrywania Innego, dzięki nego- cjacji Tego Samego i tego, co Inne, tego, co ogólne, i tego, co jednostkowe. W praktyce chodzi o korzystanie z kulturowego archiwum i przekraczanie jego możliwości, jego sabotaż, sięga- nie po zinstytucjonalizowane formy i ich kontestację, zapoży- czanie skodyfikowanych metod oraz kategorii i tematyzowanie oraz problematyzowanie ich. Ta taktyka okazała się inspirująca dla wielu autorów, nie- zależnie od ich instytucjonalnej przynależności i metodolo- gicznego usposobienia. Nie ma co ukrywać tego, co wszyscy i tak wiedzą i często podkreślają. Kategoria Inności – i jej re- lacje z Tożsamością – są dziś w modzie. Co więcej: moda ta 4 M.P. Markowski, Efekt inskrypcji. Jacques Derrida i literatura, Kraków 2003, s. 174.  Zob. M. Janion, Kobiety i duch inności, Warszawa 1996; Inny/Inna/Inne. O Inności w kulturze, pod red. M. Janion, C. Snochowskiej-Gonzales i K. Szczu- ki, Warszawa 2004; Tropy tożsamości: Inny, Obcy, Trzeci, pod red. W. Kala- gi, Katowice 2004; W. Kalaga, Obowiązek Innego: Trzeci, w: Dylematy wie- lokulturowości, pod red. W. Kalagi, Kraków 2004, s. 41–65; A. Łebkowska, Poznawanie siebie i poznawanie Innego. Wobec inności literatury, w: Poloni- styka w przebudowie. Literaturoznawstwo – wiedza o języku – wiedza o kul- turze – edukacja. Zjazd Polonistów, Kraków, 22–25 września 2004, t. I, pod red. M. Czermińskiej i in., Kraków 2005, s. 238–252; I. Iwasiów, Literatura jako 10 Wstępnie o Inności już trochę trwa (jest passé?). Nie wszystkim się to zamiesza- nie podoba. Czasem więc słychać głosy, że traktowanie litera- tury jako (tylko) socjologicznego obrazu Inności powoduje, że traci ona rangę dyskursu uprzywilejowanego, który uprzednio zawdzięczała dominancie funkcji estetycznej, że w wyniku za- tarcia granic między dyskursami i dyscyplinami traci ona swoją tożsamość albo – co jeszcze gorsze – staje się dyskursem jed- nym z wielu. Dobrze to czy źle? To, oczywiście, zależy od tego, co kto lubi. Nie da się zresztą wykluczyć, że takie głosy wyni- kają po prostu z obawy o utratę profesjonalnego prestiżu zaj- mujących się takim wyróżnionym dyskursem. Można by jed- nak powiedzieć inaczej: przedstawiając obrazy Inności, litera- tura budzi zainteresowanie niewątpliwie szersze. „Zmącenie gatunków” (wedle określenia Clifforda Geertza6) jednych za- trważa, ale inni się z tego cieszą i nazywają interdyscyplinar- nością, widząc w multiplikacji perspektyw oglądu i w poszu- kiwaniu nowych sposobów pisania i filozofowania szansę dla pogrążającej się w rozmaitych kryzysach humanistyki. Zastrze- żeń jest zresztą o wiele więcej. Zwrot ku dyskursom nie-literac- kim i praktykom społecznym niektórych nie przekonuje i wyda- je się instrumentalizacją literatury. Tu jednak napotykają ripostę zwolenników tego rodzaju podejść, dla których egzorcyzmo- wanie związków literatury z rzeczywistością jest jałowym for- malizmem. Dezautonomizacja i badanie społeczno-historycz- nych uwarunkowań literatury – dodają ci drudzy – pozwala na wydobywanie etycznego, emancypacyjnego, subwersywnego czy, mówiąc oględniej, ideologicznego wymiaru literatury. Owe nowe sposoby pisania czy refleksji wydają mi się bar- dzo interesujące. Zwłaszcza wykorzystywanie opisanej przez dekonstrukcję skomplikowanej dialektyki Inności i Tożsamości może się wydawać szczególnie owocne. Jak to działa? Przede wiedza o Innych – rekonesans, w: Literatura i wiedza, pod red. W. Boleckiego i E. Dąbrowskiej, Warszawa 2006, s. 346–359; A. Fiut, Spotkania z Innym, Kra- ków 2006; K. Kłosiński, W stronę inności. Rozbiory i debaty, Katowice 2006; Lektury Inności. Antologia, pod red. M. Dąbrowskiego i R. Pruszczyńskiego, Warszawa 2007. 6 C. Geertz, O gatunkach zmąconych (Nowe konfiguracje myśli społecz- nej), przeł. Z. Łapiński, w: Postmodernizm. Antologia przekładów, pod red. R. Nycza, Kraków 1996, s. 214–235. Wstępnie o Inności  wszystkim wypada podkreślić, że nie chodzi o prosty wybór jednego członu przeciwko drugiemu. Być może jest to w ogóle niemożliwe, bo nie istnieje płaszczyzna, na której stałyby one obok siebie, na której można by je sobie obiektywnie i zupeł- nie przeciwstawić. To, co Inne, i to, co Tożsame, pozostają więc we wzajemnym uwikłaniu i – powiedzieć by można, że – wza- jemnie się nawiedzają. Otóż Tożsamość jest sobą o tyle, o ile odróżni się od tego, co Inne. W tym sensie to, co Inne – jako to, co wtórne i przygodne – okazuje się elementarnym warun- kiem tego, co miało być źródłowe i niezawisłe, czyli Tego Same- go. A nawet więcej: Inność jest niejako wpisana w każdą Tożsa- mość, dzieląc ją od środka i pozbawiając autonomii i... substan- cjalnej tożsamości. Można to powiedzieć jeszcze inaczej: Inność okazuje się zarówno warunkiem możliwości, jak i niemożliwo- ści istnienia Tożsamości. Idzie więc o odkrycie takiej ekonomii, która wychodziłaby poza narzucające się alternatywy, która wymykałaby się opo- zycyjnym rozdziałom. Prowadzi to do rzeczywistej zmiany ję- zyka filozoficznego wskutek skutecznego rozmontowywania spetryfikowanych, sztywnych kategorii filozoficznych czy teo- retycznych. Można by przywołać wiele przykładów podobnych dywersji, poprzestanę tu jednak na tych tylko konceptach, któ- re w prezentowanych dalej interpretacjach były dla mnie mniej lub bardziej bezpośrednią inspiracją. „Estetyzowanie egzy- stencji” czy „sobąpisanie” Michela Foucault7, „abiekt” i „cu- dzoziemskość” Julii Kristevej8, „neutrum” Rolanda Barthes’a9, „kamp” Susan Sontag10, „queer” Judith Butler i Eve Kosofsky 7 M. Foucault, Historia seksualności, przeł. B. Banasiak, T. Komendant i K. Matuszewski, wstępem opatrz. T. Komendant, Warszawa 2000; M. Fou- cault, Sobąpisanie, przeł. M.P. Markowski, w: Powiedziane, napisane. Szaleń- stwo i literatura, wyb. i oprac. T. Komendant, przeł. B. Banasiak i in., Warsza- wa 1999, s. 303–319. 8 J. Kristeva, Potęga obrzydzenia. Esej o wstręcie, przeł. M. Falski, Kra- ków 2007; J. Kristeva, Strangers to Ourselves, transl. by L.S. Roudiez, New York 1991. 9 R. Barthes, The Neutral. Lecture Course at the Collège de France (1977– 1978), transl. by R.E. Krauss and D. Hollier, New York 2005. 10 S. Sontag, Notatki o Kampie, przeł. W. Wartenstein, „Literatura na Świe- cie” 1979, nr 9. 12 Wstępnie o Inności Sedgwick – to różne próby wymknięcia się binarnej logice tożsamości. Mówiąc bardziej bezpośrednio: za każdym razem chodzi o to, by uchylić się arogancji esencjalistycznych pytań w rodzaju: „kto to jest?” i „co to jest?”. W tym sensie, mimo różnic, wymienione wyżej kategorie można traktować jako sy- nonimy kategorii Inności12.  J. Butler, Uwikłani w płeć. Feminizm i polityka tożsamości, przeł. K. Kra- suska, wstęp O. Tokarczuk, Warszawa 2008; J. Butler, Bodies that Matter. On the Discursive Limits of „Sex”, New York–London 1993; E. Kosofsky Sedgwick, Epistemology of the Closet, Berkeley–Los Angeles 1990. 12 Inność miewa różne oblicza: epistemologiczne, kulturowe, religijne, et- niczne, płciowe itd. Czasem w tym kontekście sytuuje się samą literaturę. Tu także zasadniczą inspirację daje Derrida, czego dobrym przykładem jest kon- cepcja Dereka Attridge’a z książki Jednostkowość literatury. Attridge synoni- micznie pisze o Inności, inwencyjności czy jednostkowości utworu literackie- go, i w takich kategoriach ujmuje jego odbiór. W ten sposób usiłuje wyjść poza alternatywę podejść: immanentnego (respektującego autonomię tekstu i sku- piającego się na analizie formalnej) i instrumentalnego (odnoszącego literatu- rę do tego, co wobec niej zewnętrzne). O tej drugiej opcji pisze tak: „Mój ar- gument polega na tym, że literatura, w odróżnieniu od innych rodzajów pi- sania (a także innych rodzajów czytania), nie rozwiązuje żadnych problemów i nie ocala żadnych dusz; mimo to, jak stanie się jasne, podkreślam, iż jest ona efektywna, nawet jeśli jej efekty nie są dostatecznie przewidywalne, aby słu- żyć politycznym lub moralnym interesom. (...) To, co mam na myśli, można by z grubsza uznać za traktowanie tekstu (albo innego kulturowego artefaktu) jako środka do istniejącego wcześniej celu: podchodzenie do obiektu z nadzie- ją albo założeniem, że może on służyć za narzędzie do rozwoju istniejącego projektu, oraz odpowiadanie nań w taki sposób, aby testować, a nawet wy- twarzać, tę użyteczność. Rzeczony projekt może być polityczny, moralny, hi- storyczny, biograficzny, psychologiczny, poznawczy lub lingwistyczny. (...) Po- tężne efekty literatury oraz wysokie poważanie, jakim cieszy się ona w różnych formacjach kulturowych, w sposób nieunikniony prowadziły także do wzywa- nia jej lub używania zawsze wtedy, gdy toczono walki o cele polityczne lub etyczne. Mimo że istnieje nieuchronna tendencja ze strony tych, których ży- cie zawodowe skupia się na literaturze, do przeceniania jej siły jako politycznej broni, bez wątpienia odegrała ona pewną rolę w znaczących i najczęściej god- nych pochwały przemianach społecznych, takich jak zniesienie niewolnictwa czy obniżenie częstotliwości stosowania kary śmierci w niektórych częściach świata. Jej złożona praca nad językiem czyni z literatury pierwszorzędne źró- dło także dla lingwistycznych i stylistycznych badań oraz edukacji, nawet jeśli jej złożoność jest czasami zbyt wielka dla nauki, w której wciąż nadzwyczajne komplikacje powoduje badanie prostych zdań” (D. Attridge, Jednostkowość literatury, przeł. P. Mościcki, Kraków 2007, s. 17–22). I jeszcze jeden obszer- ny cytat mówiący o Inności: „Inność jest tym, co w danym momencie znajduje się na zewnątrz stworzonego przez kulturę horyzontu myślenia, rozumienia, Wstępnie o Inności 13 wyobraźni, odczuwania i postrzegania. (...) Inność nie jest czymś, co przyszły twórca może po prostu uchwycić jako myśl, formalną możliwość, matematycz- ne równanie leżące na zewnątrz znanych nam struktur. Twórczy umysł może pracować tylko na materiale, który jest mu dostępny, i poza tym nie może mieć pewnej wiedzy; musi zatem działać, nie mając pewności, dokąd zmierza, ba- dając granice kulturowych pewników, korzystając z ich sprzeczności i napięć, szukając wskazówek w tym, co one wykluczają, aby utrwalić swoje istnienie, badając skutki, jakie wywołują w nich spotkania z wytworami i praktykami in- nych kultur. (...) Wyczerpująca odpowiedź na jednostkową inność innej osoby (a zatem uczynienie jej zrozumiałą) oznacza twórcze przekształcenie istnieją- cych norm, za pomocą których uznajemy osoby za pewną kategorię, i odnale- zienie w tym przekształceniu – właściwej odpowiedzi na jej jednostkowość. Co więcej, szacunek dla jednostkowości innej osoby wymaga, abyśmy za każdym razem, gdy ją spotykamy, mieli gotowość do twórczej odpowiedzi – impera- tyw ten ma źródło także w tym, że nie jest już ona tą samą osobą, co wcześniej. «Inny» w tej sytuacji nie jest więc ściśle rzecz biorąc osobą, taką jak zwykle jest ona rozumiana w etyce lub psychologii; jest on relacją – albo relacyjnością – między mną jako tym samym i tym, co w swojej niepowtarzalności jest hete- rogeniczne wobec mnie i rozbija moją tożsamość [sameness]. Jeśli uda mi się adekwatnie odpowiedzieć na inność i jednostkowość innego, odpowiadam na innego w jego relacji do mnie – zawsze w określonym czasie i przestrzeni – twórczo zmieniając siebie i być może również odrobinę świat. (...) Inne nie jest realnym, lecz raczej pewną prawdą, wartością, uczuciem, sposobem robienia pewnych rzeczy lub jakąś złożoną kombinacją, która została historycznie za- blokowana i której odsłonięcie lub odkrycie na nowo jest ważne w określonym czasie i miejscu” (ibidem, s. 37–38, 56, 65). Nie ma wątpliwości, że Attridge stawia przez odbiorcami literatury niezwykle wysokie wymagania. Łatwo by- łoby stwierdzić, że jego projekt ma w sobie rys nieco utopijny. Godzi się jed- nak zauważyć, że on sam w kilku egzemplarycznych egzegezach pomieszczo- nych w przywoływanej książce próbuje sprostać tym oczekiwaniom – i próby te są raczej sukcesem. Tak pisze Attridge, ale nie tylko on, bo zaraz przypomi- nają się niepowtarzalne lektury Derridy czy Barthes’a. Nie rozpoznaję jednak wokół siebie wielu takich interpretacji. A i sam nie miałbym odwagi tak pisać. Zob. M.P. Markowski, O zwrocie etycznym w badaniach literackich, „Pamiętnik Literacki” 2000, z. 1; A. Skrendo, Dwa typy krytyki etycznej i ich pogranicze, „Teksty Drugie” 2003, nr 2/3. INNOŚĆ Europa Gombrowicza Jak wiadomo, Gombrowiczowi zdarzało się wpisywać w teks- ty zadziwiające antycypacje swoich przyszłych biograficznych przypadków. W opowiadaniu Zdarzenia na brygu Banbury są przynajmniej dwie takie figury. Najpierw protagonista tak okreś- la swoje miejsce: „sytuacja moja na kontynencie europejskim stawała się z każdym dniem przykrzejsza i bardziej niewyraźna” (B, 112). Trochę dalej pojawia się melancholijne zawołanie: Pod modrym niebem Argentyny, gdzie zmysły poją cud dziewczy- ny. Zaśpiewajmy, bracia! Na tęsknotę śpiew najlepsze lekarstwo, a tęsknotę każdy ma! – Popłynęła pieśń cicha, zduszona, podobna do jęku. Pod modrym niebem Argentyny... (B, 144). Profecje te należą z pewnością do najbardziej efektownych. Gombrowicz, oczywiście, nie mógł przepuścić takiej okazji i po latach – zwłaszcza w Testamencie. Rozmowach z Dominique de Roux (DIV, 26, 40, 42) – to bawił się nimi, to znów zdawał  W oznaczeniach tekstów i wypowiedzi Gombrowicza stosuję następują- ce skróty: B – Bakakaj, Kraków 1986; DI – Dziennik 1953–1956, Kraków 1986; DII – Dziennik 1957–1961, Kraków 1986; DIII – Dziennik 1961–1966, Kraków 1986; DIV – Dziennik 1967–1969, Kraków 1992; PRK – Proza (Fragmenty). Re- portaże. Krytyka literacka 1933–1939, Kraków 1995; PWTI – Publicystyka. Wy- wiady. Teksty różne 1939–1963, przeł. I. Kania, Z. Chądzyńska i R. Kalicki, Kra- ków 1996; PWTII – Publicystyka. Wywiady. Teksty różne 1963–1969, przeł. I. Kania i in., Kraków 1997; WP – Wspomnienia polskie. Wędrówki po Argen- tynie, Kraków 1996. 18 INNOŚĆ się traktować je całkiem serio. Z dwóch zacytowanych prze- ze mnie fragmentów szczególnie interesuje mnie ten pierwszy. Jest on bowiem figurą bio-grafii samego autora, jej osobliwą interpretacją. Nieźle określa zarówno ówczesną sytuację egzy- stencjalną Gombrowicza, jak i jego stosunek do Europy, który już w międzywojniu był dosyć szczególny, mocno dwuznaczny, rozpięty pomiędzy przekonaniem o konieczności pogłębionych związków z Europą a przeczuciem alienacyjnego wymiaru tej sytuacji, pomiędzy świadomością, że jedynie Europa może dać ewentualność literackiego urzeczywistnienia, a przeświadcze- niem o konieczności wielorakich kompromisów z tym związa- nych. O tej osobliwej ambiwalencji będę tu opowiadał. Ta myśl – myśl o skazaniu na Europę – pojawiła się u Gom- browicza bardzo wcześnie. We Wspomnieniach polskich opo- wiadał, jak studiował wydarzenia na frontach pierwszej wojny światowej i jak towarzyszyła temu taka oto świadomość: Za tym frontem zaczynała się dla mnie Europa, Rosjanie i Niem- cy to było jakieś drugorzędne istnienie, śmieszne, barbarzyńskie, oddzielające od tamtego – od cywilizacji. Przeczuwałem, wiedzia- łem, że tam jest mój świat, moja ojczyzna, moje przeznaczenie (WP, 18). Przeznaczeniu trzeba było jednak trochę pomóc, bo na razie niewiele wskazywało na możliwość jego ziszczenia. Wybrana przez Gombrowicza droga nie miała być wcale łatwa, nie pole- gała wszak na układnej asymilacji, a na uporczywym zaznacza- niu własnej odrębności i indywidualności metodą inscenizowa- nia permanentnego konfliktu i poróżnienia. Pierwszy wyjazd do Europy nie był jeszcze właściwą bata- lią. Trochę z nudów, trochę z braku pomysłów na siebie Gom- browicz wyjechał do Paryża – ówczesnego wciąż jeszcze cen- trum świata, przynajmniej tego artystycznego. Wspominał to tak: „Pewnej nocy wybrałem się tedy w tę pielgrzymkę do serca Europy – ja, z pozoru wieśniak, nieobyty student, prowincjonal- na figura, a przecież w głębi tak bardzo z tą Europą związany” (WP, 56). W tej sytuacji pozostawała jedynie możliwość konte- stacji. Choć i ten bunt wypada cokolwiek ambiwalentnie, bo – po pierwsze – Gombrowicz wchodzi w tę wyraźną koleinę, któ- rą podążał niejeden syn ziemiański udający się w tym samym Europa Gombrowicza 19 kierunku po solidne nauki, towarzyską ogładę i obycie w inte- lektualnym albo i artystycznym środowisku. Po drugie – w ja- kiejś też mierze wpisuje się przecież w skonwencjonalizowa- ne już modernistyczne konteksty, ożywiając zwłaszcza figurę Baudelaire’owskiego flâneur’a. Gombrowicz bowiem, zamiast zwiedzać muzea i uczęszczać po nauki do Institut des Hautes Etudes Internationales, włóczył się po ulicach, zamiast próbo- wać wniknąć w artystyczną bohemę, wolał towarzystwo mło- dego Chińczyka, zamiast uczestniczyć z bardzo multikulturową młodzieżą w pożytecznych intelektualnych sporach, prowoko- wał nieprzyjemne dyskusje o ułomnościach cielesności i estety- ki francuskiej, w trakcie których napuszczał zresztą na paryżan przedstawicieli wszystkich nacji (sam stając – oczywiście! – po stronie tych pierwszych). W cytowanym paratekście wyjaśniał: Było mi nieznośne to stawanie przed kościołami z zadartą gło- wą, pielgrzymowanie do muzeów – zaszedłem kiedyś do Luwru, pogapiłem się na kilka obrazów i jeden posąg, odetchnąłem kie- dy znowu znalazłem się na ulicy, w słońcu, z dala od tej śmiertel- nej ciszy i tego odoru. (...) A zatem ta wycieczka do Luwru wcale nie była taka niewinna. Schody. Posągi. Sale. Gdy tylko przekro- czyliśmy próg przybytku, zaczęło dziać się z nami coś dziwnego, choć z każdym inaczej: on [przygodny acz zaznajomiony z Gide’em kompan Gombrowicza – dop. M.B.] stał się nabożny i stąpał na palcach, jak gdyby uskrzydlony nagłym zaostrzeniem wrażliwo- ści, podchodził do obrazów i posągów z napięciem i widać było, że przeżywa – i właśnie to mnie rozwścieczyło, gdyż podejrzewa- łem, że przeżywa dla mnie, pod moim adresem, ażeby wciągnąć mnie w swoje nabożeństwo. Wobec czego ja, im bardziej on się egzaltował, tym bardziej stawałem się flegmatyczny i niechętny. Z miną doskonale wiejską rozglądałem się po salach wypełnionych nieskończoną monotonią dzieł sztuki, wdychałem ten zapach mu- zealny przyprawiający o ból głowy, a wzrok mój krążył od obra- zu do obrazu z ową mieszaniną znudzenia i pogardy, jaką rodzi nadmiar. Za dużo tego było – tych arcydzieł – i ilość zabijała ja- kość. (...) Wyszliśmy na świat boży, cóż za rozkosz: słońce, kobiety! (WP, 58, 68–69). Ale nie da się tych wszystkich idiosynkrazji wytłumaczyć tylko resentymentem parweniusza. Dezynwoltura Gombrowi- cza to nie tylko jakieś żałosne dorabianie ideologii do próby 20 INNOŚĆ uniknięcia zakłopotania właściwego bodaj każdemu aspiranto- wi. Sporadyczne wizyty w muzeach, w trakcie których bardziej od samych arcydzieł zajmowały go reakcje odbiorców, dały bo- wiem początek temu, co dziś przez komentatorów określane bywa jako interakcyjna czy kulturowa teoria sztuki (literatury). Z koncepcji tej wynika konsekwentnie przez Gombrowicza sto- sowana strategia genealogiczna, która to metoda polega na podejrzliwej analizie kategorii metaartystycznego (kulturowe- go) dyskursu, zmierzającej do rozpoznania ich historyczno- ści, konwencjonalności, nieneutralności i – przede wszystkim – opresywności. W trakcie tej prawdziwie inicjacyjnej wyprawy wydarzyło się jednak coś jeszcze. Znużony elitarnym i snobistycznym Paryżem Gombrowicz wybrał się na południe Francji i tam odkrył... Po- łudnie. Jak to pięknie pokazał Janusz Margański – odtąd właś- nie wokół osi Południe–Północ pisarz orientował swoje egzy- stencjalne itinerarium i bardzo swoistą antropologię2. Południe będzie tu zawsze figurą wolności, niższości, cielesności, Północ natomiast domeną porządku, wyższości, rozumu. W Testamen- cie wspominał: Odkryłem południe. Och, dobrze pamiętam. Byłem w Pirenejach, gdzieś blisko morza, może w Vernet, i grywałem tam w bilard z młodymi robotnikami, którzy pewnego razu mi zaproponowali żebym z nimi pojechał na plażę, dali mi rower, i wszyscy popędzi- liśmy szosą na tych rowerach, a szosa spadała ku morzu oślepiają- ca, do tego pomarańcze, wino, i tak ta zawrotna jazda, pomarań- cze, wino, blask, żar, światło, przejrzystość, powietrze, wszystko to uczyniło się twarde jak diament... i Południe objawiło się mojej północnej naturze (DIV, 30). Wersja ze Wspomnień polskich trochę się różni: to czego nie mogły dokonać wszystkie katedry i muzea Paryża do- konała ta wstęga zawrotnej szosy godzącej w morze i zrozumia- łem naraz Południe, Francję, Włochy, Rzym i tysiąc innych rzeczy, wszystko to po raz pierwszy stało mi się drogocenne – mnie, któ- ry miałem dotąd bruneta za niższy gatunek człowieka. (...) I by- 2 J. Margański, Geografia pragnień. Opowieść o Gombrowiczu, Kraków 2005. Europa Gombrowicza 21 łem zachwycony, że ta świętość spłynęła na mnie gdym pędził na wariata w gronie młodym pijanych i rozwrzeszczanych robotni- ków, których dzikość splatała się swobodnie i żywiołowo z kultu- rą (WP, 72–73). Po wydaniu Ferdydurki, w roku 1938 Gombrowicz wyru- szył „do Europy” raz jeszcze, tym razem do Austrii i Włoch. Po- kłosiem tych ekskursji jest cykl Wspomnienia z podróży złożo- ny z trzech szkiców: Schuschnigg i ząb, Wjazd do krainy wło- skiej i Swawolnymi stopy po Rzymie. Gombrowicz wybrał się tam wyraźnie zaciekawiony historyczno-politycznym zamiesza- niem, nie była to jednak jakaś niezdrowa ciekawość czy zgo- ła niefrasobliwość, gdyż dobrze zdawał sobie sprawę z powa- gi sytuacji („reżim hitlerowski w kraju to nie żarty!” [PRK, 115] – notował w Wiedniu). Te osobliwe reportaże są – powiedział- bym – po wczesnogombrowiczowsku wysilone, ale też sporo w nich przenikliwych obserwacji i świetnej ironii. Gombrowicz usiłował tam uchwycić ducha czasu w błahych szczegółach, niepozornych zdarzeniach, drobnych anegdotach. Pierwszy z tych tekstów to zapiski z Wiednia „oczekującego” na An- schluss, dwa pozostałe przynoszą opowieść o faszystowskich Włoszech. W eseju Wjazd do krainy włoskiej czytamy: Od razu poznać można było, że Italia nie pragnie hołdować nie- zdrowym pacyfistycznym prądom zeszłego stulecia. Lecz magia faszyzmu tak jest potężna dzisiaj w polskim kraju, tak gorąca, roz- ciekawiająca, iż szukałem jeno sposobności zahaczenia tych mło- dych synów magicznego Duce i wejścia z nimi w kontakt osobisty (PRK, 120–121). Gombrowicz rzeczywiście „zahaczył” synów magiczne- go Duce, zaprzyjaźnił się bowiem z dwoma młodymi lotnika- mi. Oczywiście, nie o żadną fascynację faszyzmem tu idzie, bo Gombrowicz zaraz dokonuje przekształcenia swojej opowie- ści w osobliwy traktat o Młodości, w którym łatwo rozpoznać wiele figur homoerotycznego dyskursu rozwijanego później w Dzienniku: Cóż za świetność! Jaka uprzejmość i grzeczność! Ileż zwykłej pro- stoty i naturalności! A z tym wszystkim ileż bystrości, giętkości, szybkości i gładkości w odpowiedziach, ile beztroskiego śmiechu, 22 INNOŚĆ ile doskonałej kultury towarzyskiej, nieco łobuzerskiej, lecz w roz- wydrzeniu swoim zawsze dobrej! Urok ten miał się potęgować i pod koniec pobytu mego doszedł wprost do szału – lecz stój pió- ro! (...) Rzecz dziwna – i niech Duce wybaczy te słowa – ale nie zdradzali oni w najmniejszej nawet mierze ducha wojennego. Je- śli mogę wyznać wyglądali raczej na dwóch przyjemnych łobu- zów opiętych mundurem wojskowym, nie było w nich marsowej krzepy, ani reprezentacyjnego Drillu, ani dystansu do cywila, ani też nic z tego, co u nas zowiemy „fasonem”. Jak gdyby – studen- ci w mundurze i gdym ich zagadnął, czy pragną wojny, z wielkim ogniem zapewnili mnie o swym pacyfiźmie (PRK, 122). Po latach Gombrowicz przepisuje tę narrację we Wspomnie- niach polskich, ale zupełnie inaczej. Zaprzyjaźnionych lotników przedstawia jako fanatyków gotowych zbombardować Rzym, nie ma już Gombrowicza zaciekawionego i wędrującego bez- trosko po „wiecznym mieście”, jest Gombrowicz nonszalancki i sceptyczny, ironiczny i zbuntowany przeciw presji antyczno- ści i kanoniczności włoskiej Sztuki. Jeśli widmo faszyzmu i na- zizmu w przedwojennych tekstach było sugestywnie obecne, to raczej w przenikliwym uogólnieniu, w bystro wychwyconym szczególe czy w niepokojącej metaforze „ściemniania się”. We Wspomnieniach polskich chęć stworzenia bardziej jednoznacz- nej historycznej czy socjologicznej paraboli jest bardziej wyraź- na, a metafora „ściemniania się” zostaje jeszcze mocniej wy- eksponowana: Cóż, kiedy w tym powietrzu i na tle szlachetnego pejzażu dawa- ło się także we znaki coś mętnego a potwornego, zmora niczym ze snu. Dzienniki wrzaskliwie wychwalały oś Berlin–Rzym, za- pach szantażu i zdrady – bo dla mnie spisek Włoch z Niemcami był zdradą Europy – panoszył się na ulicy, w mowach Mussoliniego, w śpiewach faszystów, nawet w bojowych zabawach brzdąców przed willą Borghese. (...) Wracałem do Polski w ponurym nastro- ju. Ściemniało się, pociąg pędził w stronę Wiednia, a mnie się zda- wało, że uwozi mnie w ciemność, wzrok mój przestawał już roz- różniać kształty, na nieznanych obszarach pojawiały się światełka, rytmiczne, rozkołysane parcie w tę przestrzeń stawało się apoka- liptyczne. Naraz zdałem sobie sprawę, że nie ja jeden się boję. Na- około, w przedziale, na korytarzu, wszyscy się bali. Twarze były naprężone, wymieniano jakieś uwagi, coś komentowano... Co? Było widoczne, że coś się stało. Ale nie chciałem pytać. Gdy wje- Europa Gombrowicza 23 chaliśmy w przedmieścia wiedeńskie ujrzałem gromady ludzi z po- chodniami, wiwatujących. Krzyki „Heil Hitler” dochodziły do na- szych uszu. Miasto szalało. Zrozumiałem: to był Anschluss. Hitler wkraczał do Wiednia (WP, 184–187). Katastrofa wojenna i militarna klęska Polski były dla Gom- browicza czymś oczywistym i swoimi prognozami w tej mierze przerażał wszystkich, którzy chcieli go słuchać – między innymi Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. I choć uzasadniał swój wy- jazd bardzo rozmaicie, to był on jednak ucieczką z Europy czy nawet przed Europą. Nie było to jednak, bo i nie mogło być, porzucenie ostateczne. W pierwszych latach pobytu w Argen- tynie Gombrowicz o Europie mógł jednak tylko marzyć. Praw- dopodobnie te mrzonki nie były nawet zbyt częste. Pochłonięty był bowiem dramatyczną walką o przetrwanie. Ale był to zara- zem jedyny czas w jego życiu, w którym – tak to przynajmniej przedstawiał po latach – żył naprawdę intensywnie, zupełnie spontanicznie. To czas doświadczania wolności, siebie, ciała. Marzenia o Europie wróciły, ponieważ wrócić musiały. Naj- pierw, już w pierwszych, zrazu jeszcze nielicznych publikacjach, Gombrowicz wystąpił nieoczekiwanie w roli Europejczyka rezy- dującego gościnnie w Argentynie. Choć wcześniej publikował okazjonalnie rozmaite drobiazgi w prasie, to prawdziwa ofen- sywa zaczyna się w roku 1944. Wówczas w czasopismach „Cri- terio” i „La Nación” polski pisarz ogłasza eseje Katolicyzm wo- bec nowych prądów w sztuce, My i styl, Sztuka a nuda, Nasza twarz i twarz Giocondy3. Tekst pierwszy to wykład na tytułowy temat, ale wykład dość osobliwy i – jak to dziś łatwo określić – będący celną krytyką literatury modernistycznej, w dwóch jej zasadniczych odmianach: „poezji czystej”, absolutyzującej swój wymiar estetyczny, i „literatury zaangażowanej”, obliczonej na tworzenie globalnych projektów i interwencję w rzeczywistość społeczną. To także próba spojrzenia w przyszłość, nakreśle- nia rysów literatury – powiedzmy to tak – po-modernistycznej. W trzech pozostałych tekstach Gombrowicz prezentuje w doj- 3 Eseje te dokładniej analizuję w książce: Literatura i lektura. O metalite- rackich i metakrytycznych poglądach Witolda Gombrowicza, Kraków 2004, s. 180–188. 24 INNOŚĆ rzałej już postaci swoją interakcyjną teorię sztuki, zwracając uwagę na te przyczyny kryzysu literatury nowoczesnej, które wiążą się z perspektywą odbioru: nudę, abstrakcyjność, elita- ryzm, przymus uczestnictwa i właściwej reakcji. Na przełomie 1944 i 1945 na łamach czasopisma dla kobiet „Viva cien años” Gombrowicz opublikował cykl esejów pod ty- tułem Nasz dramat erotyczny4 i tym razem występował w roli nieledwie ambasadora europejskiego feminizmu na gruncie Ameryki Południowej: Europa już jakiś czas temu zrozumiała to wszystko i nikt, nawet w najbardziej zachowawczych kręgach opinii społecznej, nie pró- buje tam traktować jako błahostki tego, co moglibyśmy określić mianem normalnego, codziennego współżycia obu płci (PWTI, 117). Teksty składające się na tę serię, mimo niefrasobliwego czy w części parodystycznego tonu, są zupełnie niezwykłe. Gom- browicz daje tam przenikliwą diagnozę opresyjności patriar- chalnego obyczaju i dyskursu w Argentynie, a także wykazu- je świadomość konstruktywistycznego charakteru tożsamo- ści płciowych, przewidując nawet możliwość subwersywnych przekształceń tych form. Szóstego października 1947 roku polski pisarz jest jeszcze bardziej radykalny. Publikuje bowiem własnym sumptem fu- turystyczną z ducha jednodniówkę „Aurora” z anarchistycz- nym przesłaniem i ryzykownymi zaczepkami pod adresem establishmentu argentyńskiego (Borges, Ocampo) i europej- skiego (Sartre, Maurois, Duhamel). Pojawią się też pretensje później powtarzane pod adresem środowiska „Sur” po wielo- kroć: snobizm, elitaryzm, aspiranctwo, zapoznanie specyfiki argentyńskiej. Ale ta zlekceważona przez wszystkich ulotka to przede wszystkim ciąg dalszy kampanii antymodernistycznej. Pisał tam Gombrowicz: 4 Obszerniej piszę o tym cyklu w książce: Interpretacja i płeć. Szkice o twór- tolda Gombrowicza, op. cit., s. 181–199. czości Witolda Gombrowicza, Wałbrzych 2005, s. 49–64.  O tej ulotce więcej mówię w: Interpretacja i płeć. Szkice o twórczości Wi- Europa Gombrowicza 25 Czy zawsze Poezja, Sztuka, Literatura, Filologia, Ideologia, Euro- pa, La Ville Lumière, Erudycja i wszystkie inne majuskuły budzi- ły w tobie najwyższy szacunek? Możesz, dla odmiany, zapomnieć o majuskułach i zacząć mówić z małej litery (PWTI, 174). Wszystkie te marginalia są interesujące nie tylko dla traf- ności pomieszczonych w nich, antymodernistycznych czy anty- patriarchalnych rozpoznań, ale również z tego powodu, że sta- nowią antycypację tego wszystkiego, co pojawi się w później- szej twórczości pisarza, zwłaszcza w Dzienniku, Trans-Atlantyku i Pornografii. Poważniejsze nadzieje przywraca wydanie Ferdydurke w roku 1947. Wkrótce po tym powstanie Ślub, pisany z myślą o formacie Hamleta i Fausta. Ale Europa była obecna u Gom- browicza albo w Gombrowiczu na kilka innych jeszcze sposo- bów. Pojawiała się przede wszystkim w polemikach, zarówno przeciwko niej, jak i – jako dogodna pozycja ataku – przeciw- ko Polsce i Argentynie. O tych sprawach pisano już wielokrot- nie. Chciałbym więc zwrócić uwagę na te strategie polemiczne, które – w mojej ocenie – nie były dotąd eksponowane, a są nie- zwykle inspirujące i aktualne. Kiedy Gombrowicz pisał o Polsce i Argentynie z perspektywy „europejskiej”, zwykle była mowa o wtórności, zacofaniu intelektualnym, ignorancji filozoficznej, nieustającym aspiranctwie oraz nastawieniu na konfrontacyj- ność (DI, 14, 44). Zdarzało się, że Argentyna wypadała pod tym względem lepiej od Polski i tak było na przykład w wywiadzie udzielonym Karolowi Świeczewskiemu: Dlatego że my, niestety, mamy własną narodową sztukę, litera- turę, filozofię – tyle tylko, że one nie są dostatecznie zasadnicze i dość uniwersalne. Argentyńczyk, który nie jest zbyt obciążany balastem własnej historii, pożera, gdy chce, najważniejsze książ- ki świata. Lecz my w szkole średniej musieliśmy wpychać w siebie romantyzmy lub mesjanizmy – wobec czego zabrakło nam cza- su na zapoznanie się z człowiekiem, jego kulturą, historią, my- ślą, jego stwarzaniem się w świecie. Skazani zostaliśmy na drugo- rzędną i lokalną interpretację świata. Znamy Reja, ale nie znamy Montaigne’a. Znamy Skargę i dlatego nie znamy Pascala. Szekspira nie znamy, gdyż musimy znać dramaty Słowackiego. Nie przeczę, Francuz albo Niemiec także uczy się przede wszystkim na własnej 26 INNOŚĆ literaturze – ale pomyślcie, jaka to różnica: poznawać świat po- przez Moliera a poprzez Fredrę (PWTI, 313–314). Inna i właściwie przeciwstawna linia argumentacji pojawia się przy okazji omawiania w diariuszu Człowieka wśród skor- pionów: Miłosz jest po stronie Brzozowskiego, Miłosz chce, aby inteligencja polska dogoniła Zachód. Jest tu wyrazicielem powojennego pol- skiego zrywu w kierunku „europejskości” i „nowoczesności”. A ja, szlachcic-hreczkosiej panie święty starej daty, wyciągam rękę i po- wiadam: – Z wolna! Nie tędy droga! Po diabła wam to? Po pierw- sze, nie dogonicie, gdyż formy myślenia i jego styl powoli tylko się wykształcają. Po drugie, nie warto, bo z tym więcej zawraca- nia głowy, niż czego innego. Po trzecie, byłoby dobrze, gdybyście wzięli pod uwagę co następuje: dziś atuty są po waszej stronie; wasze powoli zaczyna być na wierzchu; to, co dotychczas było wa- szym wstydem, może być wprowadzone w Europę jako punkt wyj- ściowy zbawiennej rewizji. Dziś, moim zdaniem, polska „letniość” ma szanse i nie powinna się wstydzić (DIII, 59–61). To, oczywiście, nie przekora, ale dalszy ciąg filipik antymo- dernistycznych. Ten fragment wydaje mi się także z innych względów niezwykle istotny. Powiedziałbym nawet, że pojawia się tu kwestia, która w największej mierze zaświadcza o dzisiej- szej aktualności pisarstwa Gombrowicza. Polska i Polacy anti- dotum na kryzys Europy? Mnie samemu trudno w to uwierzyć, ale kiedy czytam Gombrowicza, takie myśli czasem przycho- dzą. Sądzę więc, że dopiero perspektywa postmodernistyczna pozwala właściwie zrozumieć ten i inne jego pomysły. Katego- ria „letniości” (PWTI, 351) – i mnożone przez Gombrowicza roz- maite jej pochodne w rodzaju: „lekkości” (DIII, 73), „pomiędzy” (DIV, 18, 22, 28), Niedojrzałości (DI, 148, 227; DIV, 41; PWTII, 265, 328, 366–367, 368–374), „myśli niezaostrzonej” (DI, 145), „istoty średnich temperatur” (DI, 140, 145; PWTI, 351), „czło- wieka rozluźnionego” (DIII, 233), „krajów drugorzędnych” (DII, 24; DIV, 44, 49) – wydają się bardzo atrakcyjne właśnie w kontekście postmodernizmu. Mam na myśli takie wątki zwią- zane z postmodernizmem i poststrukturalizmem, jak: „małe narracje” Jean-François Lyotarda, „myśl słaba” Gianniego Vat- timo, „neutrum” Rolanda Barthes’a, „queer” Judith Butler czy Europa Gombrowicza 27 „pograniczność” Abdula JanMohameda6. W tej perspektywie wiele intelektualnych i dyskursywnych posunięć Gombrowicza jawi się jako próby przekroczenia horyzontu myślenia metafi- zycznego i porzucenia fundujących ten dyskurs „mocnych” ka- tegorii: Podmiotu, Tożsamości, Narodu, Rzeczywistości. Gom- browicz nie poprzestawał bowiem na genealogicznych de- konstrukcjach metafizycznych kategorii, ale usiłował myśleć o rzeczywistości kulturowej za pomocą innych pojęć, bardziej płynnych, bardziej elastycznych. Wraz ze wzrastającą sławą pisarza i świadomością upły- wającego czasu Europa coraz częściej staje się obiektem coraz gwałtowniejszych ataków. Dobrze to widać w relacji ze Zjazdu Pen-Clubu. Gombrowicza skręca z zazdrości, czuje się upoko- rzony tym, że choć mieszka parę metrów od miejsca wydarze- nia, nie został zaproszony. Nadrabia więc miną, chełpi się zna- jomością z Wladimirem Weidlé, ale pozostaje apatia, żal, wra- żenie mijającego czasu i drobne złośliwości. W końcu jednak powrót do Europy nastąpi. Wiąże się to – jak wiadomo – z prestiżowym zaproszeniem Fundacji Forda, a więc Gombrowicz powinien być wreszcie zadowolony. Wyrusza jed- nak do Europy w nie najlepszej formie. Chciałby być usposobio- ny wojowniczo, ale choroba staje na przeszkodzie, pragnąłby, żeby coś się wydarzyło, ale nic się nie zdarza, jest tylko pust- ka i czczość, chciałby być zaczepny i kontrowersyjny, ale ska- zany jest na krzątaninę wokół swojej sławy, spotkania, wywia- dy, kolacje. I jeśli mimo wszystko w końcu jakoś się zorganizu- je i powróci do strategii permanentnego ataku, to wszystko to będzie mocno naznaczone jakimś rozczarowaniem czy roz- goryczeniem. Jest więc niemal tak jak na początku. Gombro- 6 J.-F. Lyotard, Kondycja ponowoczesna. Raport o stanie wiedzy, przeł. M. Kowalska, J. Migasiński, Warszawa 1997; G. Vattimo, Dialektyka, różnica, myśl słaba, przeł. M. Surma, A. Zawadzki, „Teksty Drugie” 2003, z. 5; R. Barthes, The Neutral. Lecture Course at the Collège de France (1977–1978), transl. by R.E. Krauss and D. Hollier, New York 2005; J. Butler, Uwikłani w płeć. Femi- nizm i polityka tożsamości, przeł. K. Krasuska, wstęp O. Tokarczuk, Warsza- wa 2008; J. Butler, Bodies that Matter. On the Discursive Limits of „Sex”, New York–London 1993; A.R. JanMohamed, Worldliness-without-World, Home- lessness-as-Home. Toward a Definition of the Specular Border Intellectual, w: Edward Said. A Critical Reader, ed. M. Sprinker, Oxford 1992, s. 96–120. 28 INNOŚĆ wicz jedzie do Europy po uznanie, ostateczną kanonizację; nie- mal, bo towarzyszy temu dojmująco bolesna świadomość, że wszystko przychodzi za późno, że jedzie także po śmierć. Tak czy inaczej, najpierw występuje przeciwko Paryżowi z pozycji Argentyny i w dość karkołomnej dziennikowej filipice będzie dowodził, że miasto to jest miastem po czterdziestce, i mno- żył złośliwości pod adresem cielesnej szpetoty paryżan. Z kolei w wywiadzie udzielonym Tadeuszowi Nowakowskiemu powie: Paryża nie widziałem od jakichś lat trzydziestu i rzeczywiście mu- szę powiedzieć, że się bardzo rozczarowałem, dlatego, że Paryż, jaki ja znałem dawniej, dawniej jeszcze sprzed wojny, to było rze- czywiście miasto elektryzujące, o niesłychanym podnieceniu, nie- słychanym rozmachu. (...) Natomiast dzisiaj mam wrażenie, że to wszystko bardzo zmarniało, życie kulturalne Paryża stało się raczej życiem drobnoburżuazyjnym, mieszczańskim i uważam, że brak tam jest osobowości na większą skalę, poza Sartre’em i Genetem (PWTII, 281). Łatwo tu Gombrowicza złapać za słowo. Po pierwsze, trud- no uwierzyć w to, że poznał przedwojenny artystyczny Paryż. Po drugie, i Sartre, i Genet byli w tej samej mierze podziwia- ni za pewne rzeczy, co i krytykowani za całą resztę. Po trzecie i najważniejsze, z tęsknoty za Francją Gombrowicz nie wyleczył się nigdy i tuż przed śmiercią, w wywiadzie udzielonym Piero- wi Sanavio wyznawał: Prawie „nie czuję” Francji... niestety! Bardzo bym chciał... Po la- tach cierpień nareszcie żyję wygodnie, mam trochę pieniędzy, mógłbym je wykorzystać, żyję w wysoko cywilizowanym kraju – to otwiera tak wiele możliwości. Ale niestety nie mogę z tego zro- bić użytku, wszystko przyszło za późno. (...) To jest wyjątkowy kraj, i gdybym na przykład mógł pojechać do Paryża, wsiąść do pociągu, zanurzyć się w życie... byłoby to bardzo interesujące. Ale już nie mogę tego uczynić (PWTII, 441). Trzeba jednak pamiętać o jednym. Paryż jest tu jak zwykle tylko pretekstem. W Dzienniku Gombrowicz przyznał wprost: „Nie tyle Paryż atakowałem w tych notatkach, ile Europę – ile Paryż, jako maksymalny wyraz estetyki europejskiej” (DIII, 191). Podobnie mówił w przedmowie do Journal Paris-Berlin: „Zgo-
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kłopoty z Innością
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: