Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00317 012282 20291544 na godz. na dobę w sumie
Joy - ebook/epub
Joy - ebook/epub
Autor: Liczba stron: 247
Wydawca: Inanna Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7995-273-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Love BitesLove HurtsLove Kills

Joy jest przeciętną dziewczyną. Ma zwyczajną pracę, kilku w miarę normalnych znajomych i nie wyróżnia się niczym poza tym, że mieszka z mężczyzną idealnym, który zawsze spełnia jej marzenia. Prawdopodobnie dlatego, że jest wymyślony… No, może nie do końca. Oryginał istnieje. To wokalista znanego zespołu Sundance, otoczony tłumem fanek, zarabiający miliony i odnoszący sukcesy playboy.

W życiu jednak różnie bywa. Być może ta dwójka zetknie się w świecie jak najbardziej rzeczywistym.

Joy, będąc w trudnej sytuacji życiowej, zatrudnia się u managera Sundance. Prawdziwe kłopoty zaczną się, gdy spotyka swojego idealnego faceta i pozna go bliżej. Dowie się wiele nie tylko o swoich uczuciach ale też o prawach rządzących rynkiem muzycznym i o panujących w nim stosunkach międzyludzkich. Wkrótce Joy, jej znajomi i wszyscy członkowie zespołu Sundance przekonają się, co się stanie, gdy spełnią się czyjeś marzenia.

To nie jest prosta romantyczna opowieść o namiętnej miłości nieśmiałej dziewczyny i gwiazdy rocka. To nie jest kolejna odsłona bajki o kopciuszku. Ta opowieść może zaskoczyć.

 

Zabawna, lekka, zaskakująca i wciągająca aż do przesady! „Joy” to książka o miłości, problemach, a także zbiegach okoliczności, które głównej bohaterce zdarzają się wyjątkowo często. Jeśli połączymy to wszystko z lekkim piórem Hermii Stone oraz z goszczącymi niemal na każdej stronie przystojnymi muzykami, otrzymamy książkę, która pozwoli choć na chwilę przenieść się do magicznego świata sław! Tylko czy rzeczywiście jest on tak idealny, jak nam się wydaje? Polecam!
Alicja Wlazło

Lekka i zabawna opowieść o dziewczynie takiej jak ja i Ty, o szalonym zespole muzycznym i o bohaterach, którym daleko do tuzinkowych. „Joy” to new adult, które na pewno zaspokoi oczekiwania fanów gatunku. To książka, którą po prostu trzeba przeczytać. Gorąco polecam!
Małgorzata Falkowska

„Joy” to książka z takich, po jakie od razu chce się sięgnąć. Bawi do łez, pokazuje, że życie to nie tylko nasze zwykłe cztery ściany, a przy okazji wlewa trochę ciepła do zmarzniętych serc. Zdecydowanie polecam i już teraz czekam na kolejne powieści autorki!
Daria Skiba

Myślicie, że romans z rockmanem to typowy oklepany temat? Widocznie jeszcze nie poznaliście „Joy”! Hermia Stone namieszała mi w głowie i w sercu, stworzyła historię, w której nic nie jest oczywiste, a marzenia mają niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Justyna Leśniewicz – Książko, miłości moja

Wiesz, jak to jest, gdy spełniają się marzenia?! Właśnie to spotyka Joy. Poznaje ona swój ideał – gwiazdę rocka. Uczucia to niełatwa sprawa, a serce nie sługa… Jesteś gotowa wejść w niesamowicie zakręconą i zaskakującą historię?! Poznaj „Joy”!
Agnieszka Rybska – Blonderka.pl

Czy jako nastolatka kochałaś się w młodym artyście? Wyobrażałaś sobie życie z muzykiem? Jeżeli tak, to koniecznie sięgnij po „Joy” i dowiedz się, jak wygląda codzienność kobiety, której marzenia się ziściły. Joy udowadnia, że czasami miłość przychodzi niespodziewanie i wywraca nasze życie do góry nogami.
Anna Buczkowska – Zaczytana Aniaa

Hermia Stone zabiera czytelników w ekscytującą podróż do świata gwiazd rocka. Jest zabawnie, romantycznie i zaskakująco! Tytułowa Joy kilkukrotnie stanie przed trudnymi wyborami. Którą drogę wybierze? Przeczytajcie i przekonajcie się sami. Serdecznie polecam!
Hanna Smarzewska – Nie oceniam po okładkach

Co się dzieje, gdy wreszcie wychodzisz ze swojej strefy komfortu i przez przypadek dostajesz szansę na spełnienie najskrytszych marzeń? Czy rzeczywistość może okazać się równie satysfakcjonująca i idealna, jak twoje wyobrażenia? „Joy” to historia, przy której można się zarówno pośmiać, jak i wzruszyć. Hermia Stone stworzyła ciekawą, nieco zwariowaną, optymistyczną i niosącą ważne przesłanie powieść z miłością, tajemnicami i kulisami życia pośród gwiazd rocka w tle. Polecam!
Katarzyna Ewa Górka @katherine_the_bookworm


Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:


Dla wszystkich Małych Kobietek – ponieważ zasługu- jecie na własną gwiazdę. Czy to będzie gwiazdka z nieba, gwiazda rocka, czy gwiazda przy Hollywood Boulevard, wybór zawsze należy do Was. 2 ROZDZIAŁ 1 Schizophrenic Conversations John. Był światłem jej życia. Może nie od zawsze, ale od wielu lat trwał przy niej. Człowiek, któremu nigdy nie trzeba było nic powtarzać dwa razy. Zawsze pojawiał się dokładnie wtedy, gdy był potrzebny, i znikał, kiedy nie chciała widzieć nikogo – nawet jego. Zdawał się tak samo prawdziwy, jak koleżanki z pracy, ciemność powoli zapadająca za oknem czy lodówka, w której nigdy nie było nic słodkiego właśnie wtedy, kiedy miała na to ochotę. Mogłaby zaryzykować stwierdzenie, że był dla niej naj- ważniejszy na całym świecie, ponieważ tworzył wokół siebie pole, w którym mogła ukryć się przed całym światem wła- śnie. Niezależnie od sytuacji zawsze zjawiał się we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Nawet we właściwych miej- scach i czasach, jeśli mogła to tak ująć. Dla niego zawsze była doskonała. Niezwykła. Jedyna i na zawsze. – Udawaj, że jestem wspaniała – prosiła, kiedy wracała po ciężkim dniu i wtulała się w wytarty kąt kanapy. A on 3 przysiadał na odwróconym tyłem do przodu krześle, opierał brodę o wysokie oparcie i mruczał, wpatrując się w nią błę- kitnymi oczami: – Czemu mam udawać? Przecież taka jesteś. A ja od- dałbym ci wszystko, co najcenniejsze, gdyby nie to, że dla mnie nie ma nic droższego od ciebie. Wiesz o tym, Joy. Wierzyła mu. Pozwalał jej istnieć z dnia na dzień i wstawać każdego kolejnego poranka z myślą, że tym razem świat prze- kona się, jaka jest świetna i błyskotliwa. Wszyscy stwierdzą, że powinno się jej płacić przynajmniej dwa razy więcej, awan- sować ją i zaprosić na przyjęcie tak obrzydliwie ekskluzywne, że naprawdę nie miałaby co na siebie założyć. Jednocześnie ona pozwalała istnieć jemu. Dlatego też codziennie dziękowała niebiosom, że nigdy, przenigdy nie spotkała go w rzeczywistości. I miała szczerą nadzieję, żeby nie powiedzieć pewność, że do tego nie doj- dzie. Gdyby kiedyś na niego wpadła poza własną głową, naj- prawdopodobniej pękłoby jej serce. *** Była więc bliska zawału, kiedy dowiedziała się, że John rzeczywiście przyjeżdża do pobliskiego miasta. Koleżanka z pracy prawie ją zabiła, gdy oznajmiła, że są jeszcze wolne bilety na koncert, i spytała, czy nie chciałaby się wybrać. Może uda im się przepchnąć bliżej sceny. Wyobrażasz sobie… – …być tak blisko? To w ogóle cud, że przyjeżdżają na to zadupie! No nie mów, że jesteś zajęta, twoje zabójczo pry- 4 watne imprezy składają się z ciebie i pilota od telewizora, wszyscy o tym wiedzą! Kilka głów w biurze odwróciło się w ich kierunku. Joy westchnęła. Wredne babsko mogło nie dodawać, że od telewizora. To mógł być pilot NASA. Pilot odrzutowca. Do diabła, nawet pilot wycieczek! – Nawet jeśli nie wiedzieli, to teraz już wiedzą – zauwa- żyła, opadając na krzesło i próbując ukryć się za sztuczną roślinką. Fikusem czy czymś podobnym. – To kupuję bilety – powiedziała jej koleżanka, Bella, wciąż pochylając się nad biurkiem. Joy jęknęła w myślach: „Nie chcę. Nie chcę, nie chcę, nie, nie, nie, nie, nie mogę go zobaczyć…”. – Jasne – odparła na głos, wiedząc, że opór byłby da- remny. Jeśli Bella coś sobie ubzdurała, wszelkie kłótnie były z góry skazane na porażkę. – Do jakiegoś tylnego rzędu. I nie spodziewaj się, że nagle zamienię się w kobietę wampa i będę rzucać stanik na scenę. – Nie chcesz powiększyć ich kolekcji damskiej bielizny? – Nie. Nie. W tym wypadku wszystkie jej wcielenia zgadzały się w stu procentach. Resztę dnia w pracy spędziła tak bezproduktywnie, jak tylko się dało, nie narażając się na zwolnienie. Wykonała kilka telefonów, ale nawet na torturach nie byłaby w stanie powiedzieć, czego dotyczyły. Chyba nawet coś zamó- wiła, więc przynajmniej jeśli chodzi o tę rozmowę, to prędzej czy później okaże się, czy były to ulotki, czy fioletowe szklane 5 ślimaki. Raczej to pierwsze, nie wiedziała, gdzie miałaby złożyć zamówienie na mięczaki. Szczególnie szklane. Na krześle naprzeciwko usiadł John, więc przynajmniej go- dzinę spędziła, prowadząc bezdźwięczny dialog z samą sobą. – Nic dobrego z tego nie wyniknie – oświadczyła mu, kiedy kilka osób przeszło obok krzesła, na którym siedział. Ktoś nawet je przesunął. To, że inni go nie widzieli, było pociesza- jące, dopóki nie myślało się o tym w kategorii zwidów, wizji, omamów wzrokowych i słuchowych oraz mówienia do głosów we własnej głowie. Nawet jeśli odpowiadały. – Dlaczego? – spytał, wzruszając ramionami, niespecjalnie przejęty człowiekiem, który właśnie postanowił na nim usiąść. Wstał i oparł się o ściankę boksu. – Wiesz, to niezbyt miłe z twojej strony, że nie chcesz zobaczyć, czym zajmuję się zawodowo. To był kolejny problem z głosami. Dyskutowały i miały własne zdanie, co również dalekie było od normalności. – Wiesz, nikt cię nie prosił, żebyś tu przychodził. W mojej pracy, w odróżnieniu od twojej, nie dzieje się nic ciekawego – burknęła, już czując, do czego zmierzał. – Ze swojej pracy przynajmniej wracasz codziennie wie- czorem do domu. Nawet jeśli tylko ja tam na ciebie czekam – odparował John. Nie miał najlepszego humoru, zupełnie jak ona. Ciekawe dlaczego. – No dobra, dobra, pojadę. Ale na tym skończymy ten temat. – W porządku – zgodził się, po czym zniknął. – Hej, żyjesz? – Ktoś poklepał ją w plecy. – Idziesz na lunch czy zostajesz tutaj? Układanie pasjansa może poczekać, chyba że robisz to na czas. 6 Cholera. – Idę. – Wstała, wyłączając monitor. Naprawdę powinna wyznaczyć Johnowi jakąś granicę, kiedyś wpadnie przez niego pod samochód i nawet nie będzie mogła pociągnąć go do odpowiedzialności za to, że ją rozpraszał. – Słyszałem, że jedziecie na koncert. – Mike, posiadacz największych uszu w biurze, udowodnił, że nie służą mu je- dynie do tkwienia przy twarzy. Jednocześnie nie był złym gościem, bo swoją wiedzą nie dzielił się z groźnymi wąsami i ich właścicielem, siedzącym piętro wyżej. Z szefem z piekła rodem. Dyrektorem Samo Zło. Pracownicy Venae niejednokrotnie wznosili modły do bożka biurowców, że nie trafili na to samo piętro, co ich straszliwy szef. Zawsze zdążyli się zorientować, kiedy świa- tełko windy przeskakiwało z czwórki na trójkę, gdy Zły Czarnoksiężnik Oz przychodził sprawdzić, co robią jego podwładni. Trudno było stwierdzić, czemu przyjęło się to ostatnie przezwisko, może dlatego, że zawsze wybierali się do niego w kilka osób, z różnymi sprawami. Jakoś nie mogli przezwyciężyć się, by iść w pojedynkę, więc wyprawy w stylu „chciałbym dostać serce, odwagę i rozum” – co w tej rzeczywistości znaczyło „chciałbym dostać wolne popołu- dnie, zepsuło się ksero, skończyły się spinacze” – spowodo- wały, że ich szef stał się Ozem. Sam Oz wcale nie był aż tak zły, po prostu wymagał nie- możliwego, ale w tym departamencie zajmowało to około *** 7 dwóch tygodni. Przynajmniej wtedy, kiedy światełko windy wędrowało podejrzanie częściej niż zwykle. W innym wy- padku pracownicy potrafili zagospodarować swój czas, na przykład na budowanie łańcuchów ze spinaczy. Może dlatego tak często musieli zamawiać nową partię. Nie znaczyło to wcale, że byli nierobami. Wykonywali swoje zadania, ale żeby nie zwariować w małych, zabija- jących jakąkolwiek indywidualność boksach, musieli roz- wijać wyobraźnię. Może właśnie dlatego Jake, główny księgowy (i jedyna osoba, która tak naprawdę wiedziała, co należy do jej obo- wiązków), właśnie wbijał pięćdziesiąty czwarty poziom w grze, w której na pewno było więcej krasnoludów niż na losowo wybranej ulicy kilka pięter niżej. Z jednej strony Joy była przekonana, że na dole na pewno nie ma żadnych krasnoludów, a już na pewno nie tych z topo- rami. Z drugiej, jeśli „na dole” oznaczało tunele pod miastem, to kto wie. Poza tym Joy nie wychodziła za często z domu, nie dałaby sobie więc ręki uciąć, że mali brodacze nie kręcili się po innej dzielnicy, nie mówiąc już o potencjalnych tune- lach, prawda? Tak, Joy przed zamknięciem w boksie własnego umysłu ratowała wyobraźnia, choć czasami miała problem z postawieniem wyraźnej granicy między prawdą a fikcją. Cóż, nikt nie jest doskonały. Tony i Gina (rysownik i korektorka) mieli romans, więc byli zajęci zawsze i wszędzie. Sam romans rozwinął się podczas jednej z tych nocy, kiedy musieli nadgonić jakiś projekt i jakoś tak im zostało. 8 Mike (informatyk) pod biurkiem składał kolczugę z ja- kichś samochodowych kółek, więc jeśli ktoś mógł coś wie- dzieć o krasnoludach w mieście, to prawdopodobnie on. Chociaż jego zajęcie wiązało się chyba raczej z rycerstwem, bieganiem za sobą z mieczami i okładaniem się po dębo- wych tarczach. Nie żeby Joy cokolwiek o tym wiedziała. Uważała, że nie jest jej to potrzebne do szczęścia. Bella (reprezentantka firmy) zwykle była poza biurem, a wolny czas spędzała na jeżdżeniu z koncertu na koncert i za- dawaniu się z muzykami, o ile udało jej się dostać na zaplecze albo do hotelu. Zgodnie z wykonywanym zawodem była bardzo reprezentacyjna, więc zwykle nie miała z tym pro- blemu. Jeśli chodzi o Joy, zajmowała się zbieraniem informacji i przekazywaniem ich dalej. Na przykład redagowała no- tatki o tym, że nic nie mają, w coś, co wyglądało mniej więcej tak: „Czekamy na dodatkowe kosztorysy od firmy X, przekroje z branży Y, informacje z urzędu Z, poza tym zwijamy się jak w ukropie, całujemy”. Czasami chodziła na piwo z ludźmi z pracy. Jednak zazwyczaj wracała do domu i wędrowała po własnej głowie. Tam, gdzie był John. Nie było w biurze nikogo, kogo należałoby unikać albo po prostu się nie lubiło, bo był palantem. Za to też dzię- kowali bożkowi biurowców, kiedy przychodzili codziennie rano do pracy, wiedząc, że spędzą tam czas aż do zmroku. – Jedziemy, jedziemy – przytaknęła Joy, tępo wpatrując się w kanapkę. – Znając życie, Bells jakimś cudem znowu załapie się na kolację z gitarzystą, a może raczej na śniadanie, a ja 9 skończę w środku nocy na stacji, czekając na pociąg powrotny. Zresztą zaraz po koncercie będę się zwijać, muszę być następ- nego dnia u rodziców na obiedzie. Nie ma przebacz, o ile nie będę martwa, muszę się w niedzielę odmeldować. Podniosła głowę, czując na sobie wzrok swoich współ- pracowników, wyrażający nie tyle zdziwienie, ile współ- czucie. No tak, czego można się spodziewać po kimś, kto spędza piątkowy wieczór z pilotem od telewizora. – Zdumiewa mnie, jakim cudem tak dobrze dogadujecie się z Bells. Jesteście jak ogień i woda – zawyrokowała Gina, jasno dając do zrozumienia, kto w tym tandemie jest ogniem. – Ja jestem tą osobą, która zagaduje policjantów, kiedy Bells wyrzuca alkohol przez drugie okno w samochodzie – rzuciła Joy. – Na jaki koncert? – Tony skończył pisać jakiegoś dłu- gaśnego SMS-a i podniósł głowę. – Sundance – zaraportowała Bella, odchylając się do tyłu i pozwalając, by cały świat mógł dojrzeć jej opięty w żakiet kształtny biust. – Coś mi się obiło o uszy, ale za cholerę nie jestem ich w stanie powiązać z konkretnym gatunkiem – mruknął Tony. – Głównie rock – powiedziała Bella. – To nie ta półka co Purple, Zeppelini czy chociażby Procol Harum, ale są na rynku kilkanaście lat i trzymają poziom – dodała Joy. – I to już w przyszły weekend? Nie wiedziałem, że grają tu, na końcu cywilizowanego świata. – Nie grają aż tutaj, musimy dojechać – wytłumaczyła Bella. – Dlatego Joy zaczęła marudzić o nocowaniu na dworcu i obiedzie. 10 Tony popatrzył na obie. – Zaraz, o jakim obiedzie? Wybuch śmiechu zakończył rozmowę, szczególnie że ktoś zerknął na zegarek i zorientował się, że właściwie powinni teleportować się do biura po drugiej stronie ulicy, żeby nie spóźnić się na codzienny nalot Oza, który sprawdzał, czy jego pracownicy nie uciekli od niego z krzykiem. *** Kolejny tydzień w pracy, morderczo monotonny i nieobfi- tujący w żadne nadzwyczajne wydarzenia, pozwolił Joy ode- tchnąć. Wszystko było w porządku i w normie. Śniadanie, krótka przebieżka, praca, telefony do wykonania, wspólny lunch, jakiś niezorientowany znajomy zapraszający ją do pubu i niewiedzący jeszcze, że odpowiedź zawsze będzie nega- tywna. Nie, wolała obejrzeć kolejny odcinek jakiegoś serialu kryminalnego i pozwolić myślom błądzić po alternatywnym świecie, gdzie była sławna, piękna i bogata. Największym wydarzeniem była wyprzedaż w pobliskim butiku, w którym Joy pozwoliła sobie na zakup błękitnych ko- zaków – nie żeby były jej potrzebne. Nie sądziła nawet, że je założy więcej niż raz, po prostu były ładne, a ona w końcu nie wydawała pieniędzy na alkohol, narkotyki czy na co tam jeszcze się je wydaje. W związku z tym mogła sobie raz na jakiś czas pozwolić na odrobinę przyjemności i luksusu. W czwartek Bella dostała list z biletami. W piątek zaczął się koszmar, kiedy przyszła do Joy i poinformowała ją, że owa Joy nie ma w szafie nic, ale to kompletnie nic, w czym mo- 11 głaby się udać na koncert. To nie było koszmarem, ale potem Bella z okrzykiem wojowniczego barbarzyńcy poinformo- wała ją, że dobrze o tym wiedziała i przyniosła coś specjalnie dla niej. I, jak rany, tylko nie zemdlej, teraz takie dekolty są bardzo modne! Joy była bez szans, musiała się zgodzić założyć tę po- tworną rzecz, która podobno była sukienką, a która była też wyraźnym potwierdzeniem teorii, że im coś ma mniej materiału, tym więcej kosztuje. *** Kiedy nadeszła sobota, ze zgrozą założyła sukienkę. Po chwili chwyciła sweterek zapinany pod szyję, podkoszulkę i wyciągnięte spodnie, w który to zestaw miała zamiar prze- brać się zaraz po zakończeniu koncertu. Na wierzch plecaka wrzuciła czapkę z daszkiem i wyszła z domu. *** W grę wchodziły dwa pociągi powrotne. Jeden niedługo po północy, drugi kilka minut po piątej rano. Na ten po pół- nocy zdąży, jak będzie jej sprzyjała fortuna. Dla Bells sy- tuacja przedstawiała się inaczej. W najgorszym wypadku będzie to piąta rano, ale przy odrobinie szczęścia złapie ten odjeżdżający późnym popołudniem. W przedziale siedziały z kilkoma innymi osobami, które, jak się okazało, również zmierzały na występ. Rozgorzała zacięta dyskusja na temat tego, kto w zespole ma najlepszy głos, i która piosenka jest najbardziej udana. Kiedy jakiś czas 12 później pojawił się konduktor, wszedł w sam środek im- prezy. Zaczął pytać o bilety, więc wszyscy powyciągali bilety na koncert. Okazało się, że jeden z chłopaków w przedziale miał akurat urodziny, bileter został poczęstowany jednym małym, potem drugim i ostatecznie dojechał z nimi aż do stacji końcowej, kompletnie skołowany przez podstępną al- koholową brygadę. W niezmienionym składzie dotarli pod znajdujący się ka- wałek od stacji klub. Gdyby Joy miała wybrać trzy słowa okre- ślające to, co tam zastali, byłyby to: kolejka, tłum, dramat. – O mój Boże, ile ludzi! Wyobrażasz sobie, jak fantastycznie będzie, kiedy wszyscy zaczną robić falę? Albo śpiewać z ze- społem? Mam nadzieję, że na koniec będą rzucali pałeczkami, muszę jedną zdobyć! Muszę mieć chociaż połowę, nawet gdybym sama miała ją przegryźć! – Bella podskakiwała z za- pamiętaniem, przeciskając się powoli w stronę goryla sprawdza- jącego wejściówki. Joy trzymała się jej paska, tym razem z ulgą odkrywając, że przebojowość Bells i jej upór w dostawaniu tego, czego zapragnie, sprawdzały się aż za dobrze. W każdym innym przypadku stałyby pod klubem przynajmniej godzinę. Jednak jakimś cudem znalazły się nagle przed samą bramką, zapewniły, że nie mają przy sobie nic dziwnego, nielegalnego, niebezpiecznego, niemoralnego… (Bells: „Kotku, ja cała jestem niemoralna, musiałbyś mnie za- rekwirować”). …i już były w środku. – Toaleta, piwo, a potem pod scenę – padł rozkaz, po czym zagłębiły się w kolorowe wnętrze klubu. 13 Pomieszczenie było olbrzymie. Kilkupiętrowe, z arty- stycznie kutymi poręczami schodów i krzeseł, kilkoma barami, szatniami i podłogą, która migotała milionem świateł. Przy bliższej obserwacji pod grubym hartowanym szkłem widać było żarówki. Wszędzie kłębili się ludzie w różnym wieku: od dobrze ukrytej pod makijażem zaawansowanej nie- pełnoletności po tych, na których w domu mogły czekać już dzieci. Może nawet w wieku tych, które się tu kręciły. Gdzieś w głębi znajdowała się sala koncertowa. – Zaplecze – dodała spokojnie Bella. – Oświetleniowcy. Support. Główne danie. „Główne danie”. Joy odruchowo przewróciła oczami. Boże, z kim ona przyjechała? – Nie, Bells, umawiałyśmy się… – zaczęła słabo. – Ej no, nie zaciągnę cię przecież na siłę, ale nie powiesz mi, że ja też mam prowadzić smutne, beznadziejne życie. Joy westchnęła, obciągając sukienkę, która jak na jej gust pokazywała zdecydowanie za dużo. – Nie jest smutne i beznadziejne, Bellissimo. Jest moje. – Och… – Jej koleżanka zacukała się i zrobiła lekko czer- wona na twarzy. Ze wszystkich znajomych z ostatnich dzie- sięciu lat właściwie tylko Joy wiedziała, jak Bella ma naprawdę na imię, i przysięgała używać tej wiedzy tylko w ostateczności. – Więc pójdziemy teraz na koncert, przeciśniemy się tak blisko, jak się da – zaproponowała Joy, biorąc od koleżanki piwo. Nagle poczuła się jak w domu. – Potem wykonamy plan, ty w sobie tylko znany i magiczny sposób owiniesz sobie wokół palca tego słodkiego gitarzystę, a ja wrócę do 14 domu. Przy odrobinie szczęścia przed świtem. A po drodze będziemy się świetnie bawić. I zapomnijmy o tym, co mó- wiłam przedtem, dobrze? – Tak. Upiły jeszcze trochę piwa i skierowały się w stronę sali, z której dobiegał coraz większy gwar. *** Nie dostały się pod samą scenę, co jedna z nich przyjęła z wyraźną ulgą. Jednak kiedy kilkanaście minut później dźwiękowcy skończyli sprawdzać sprzęt, światła przygasły do subtelnego fioletu i razem z dymem na scenie pojawił się zespół mający rozgrzać publikę przed, jak to określiła Bella, „daniem głównym”, Joy poczuła, że znalazła się we właściwym miejscu. Zanim się spostrzegła, wpadła w sam środek podskakującej grupy ludzi i wywrzaskiwała refren razem z całym tłumem. – Dalej, pokażcie nam, że chcecie usłyszeć chłopaków z Sundance! Pokażcie im, że tego chcecie! – wydzierał się wokalista początkującego zespołu Killed My Guitar with Vanilla God. Przed nimi była jeszcze długa droga, ale mieli dwie rzeczy, które pozwalały przypuszczać, że kiedyś się przebiją: dużo zapału i durną nazwę, która właśnie przez to, że była durna, zapadała w pamięć. – Sun-dance, Sun-dance! – Tłum zaczął skandować, pchając się w pobliże sceny. Nagle zrobiło się niepokojąco ciasno. – Suuu… – Tak! Właśnie tak! 15 Basista uderzył w struny i przysunął się do mikrofonu. – To teraz zagramy wam naszą ostatnią… no, przed- ostatnią piosenkę i ustąpimy miejsca tym, dla których tu przyszliście! Tym razem będzie lżejsza… Raz, dwa, raz, dwa, trzy… Lżejsza piosenka różniła się od poprzedniego łomotu tym, że wokaliście od czasu do czasu udawało się przekrzy- czeć perkusję. Cała grupa dawała z siebie wszystko i może dlatego jako ostatnia zauważyła nagłe wtargnięcie na scenę. Na sali zapadła pełna zaskoczenia cisza, kiedy między in- strumentami zaczął lawirować wokalista Sundance. – Przepraszam… tak, ja tylko na chwilę, przepra… Nie przeszkadzajcie sobie… – dało się usłyszeć, kiedy dojrzał jakiś wolny, podłączony mikrofon. – Eee… tak, cześć. Dobra pio- senka, refren wpada w ucho – rzucił, kiedy wokalista umilkł zaskoczony, a perkusista z tyłu zamarł z rękami w górze. Jedna z pałeczek wypadła mu z dłoni. – Ja tylko na moment, słowo. Potem sobie pójdę. – Nieeee! – zawył tłum. Joy z trudem łapała oddech. O Boże… – Tak, słuchajcie, zginął nam perkusista. To znaczy za- ginął – poprawił się natychmiast sławetny John Ricchi. – Jest gdzieś w tym budynku, a panią, która jest odpowie- dzialna za to zamieszanie, prosimy o oddanie go w stanie zdatnym do użytku w przeciągu, powiedzmy, dziesięciu minut. Dziękuję. Skłonił się i szybko, jakby zmieszany, zszedł ze sceny, żegnany wybuchem śmiechu i oklaskami. 16 – Omójbożeomójboże, widziałaś go? To był on! Wygląda niesamowicie, jest taaaki zniewalający! – Bells potrząsała Joy za ramię, korzystając z chwili zamieszania, kiedy zespół Killed My Guitar with Vanilla God nie wrócił jeszcze do przerwanej piosenki. To była prawda. Był boski. Joy poczuła się tak, jakby po latach posiadania wytartej kopii jakiegoś szalenie znanego i cenionego obrazu nagle stanęła przed strzeżonym przez ochroniarzy ory- ginałem. W sumie ochroniarze na tym obrazku nawet się zga- dzali. – Oj, jest – udało jej się wykrztusić. Spokojnie, co cię nie zabije, to cię wzmocni. To nie jest ten sam człowiek. To tylko pierwowzór. Złapała się na tym, co właśnie pomyślała. Do diabła, jakie tylko! – Już się nie mogę doczekać! – zapiszczała Bella, pod- skakując w rytm muzyki. – To będzie koncert mojego życia! Tak, jeśli o to chodziło, wszystkie wcielenia Joy zgadzały się w stu procentach. *** – Dziękujemy! Byliście wspaniali! Jesteście najlepszą publicznością na świecie! – Killed My Guitar kłaniali się i powoli schodzili ze sceny. Prawie jednocześnie między instrumentami pojawili się ludzie od nagłośnienia, popra- wiając wszystko to, co wychwycili jako niewspółgrające, za głośne albo za ciche. Tłum na sali był po prostu jednym wielkim oczekiwaniem na zespół wieczoru. Joy popełniała 17 właśnie we własnej głowie widowiskowe samobójstwo, do- chodząc do wniosku, że już nigdy nie zaśnie, a ten koncert plus jej nieco wybujała wyobraźnia będą tym, co wpędzi ją do rzeczywistego grobu. Już widziała te nagłówki w gaze- tach. „Podczas ostatniego koncertu Sundance zmarła osoba z publiczności. Lekarz wezwany na miejsce zdarzenia po- wiedział nam: «Nie mogłem nic zrobić. Trudno to nawet nazwać zawałem, jej serce po prostu się zatrzymało. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Z relacji świadków wynika, że do tego tragicznego wydarzenia doszło w mo- mencie, gdy zespół pojawił się na scenie»”. – Już są… – Joy usłyszała przy uchu rozgorączkowany jęk Belli. – Wygląda na to, że odzyskali perkusistę. Trochę się potargał… Joy podniosła głowę i otworzyła usta. Gitarzysta, Pa- trick, dostrajał instrument, reszta zajmowała swoje miejsca na niewielkiej scenie. Gdzieś blisko, a jednocześnie daleko tłum klaskał i gwizdał. Zamknęła oczy. Spokojnie, po prostu udawaj, że to wszystko dzieje się tylko w twojej głowie. Przechodziłaś przez to setki razy. No już. Raz, dwa… – O, rzeczywiście – odezwała się ze śmiertelnym spo- kojem. – Jakie mają wąskie spodnie, myślisz, że da się je ściągnąć normalnie, czy muszą je rozcinać po każdym wy- stępie? – To była chwilowo jedyna rzecz, jaka przyszła jej do głowy. – To naprawdę ty? – Bella zachichotała. – Nie wiedziałam, że twój umysł w ogóle wytwarza myśli z tego obszaru. 18 – Hej, witajcie. – John podszedł do mikrofonu. – Je- steśmy tutaj po raz pierwszy, ale musimy wam to powie- dzieć: już nam się podoba. – Szczególnie temu tam, schowanemu za bębnami. – Patrick schylił się w stronę mikrofonu i błysnął zębami. Większość kobiet na sali zaczęła piszczeć. – Ale nie przyszliście po to, żeby patrzeć, jak sobie doga- dujemy, więc nie przedłużamy. – John powstrzymał przyja- ciela, zanim tamten się rozkręcił. Kiedy pałeczki uderzyły w perkusję, Joy dodała: – Wiesz, nawet ja jestem w stanie dostrzec przystojnego mężczyznę, szczególnie kiedy świeci na niego kilkadzie- siąt żarówek… Obie westchnęły, myśląc o dwóch zupełnie różnych oso- bach. wiek. Potem było zdecydowanie za głośno, by mówić cokol- *** Pół godziny później, po skończeniu jakiejś solówki, Pa- trick nagle odłożył gitarę, napił się wody i schylił do mi- krofonu. – To jest ten moment, w którym gitarzysta przemawia… – Hej! – Lider oburzył się za przerwanie mu piosenki w połowie. – Oni chyba jeszcze nie są na tyle pijani, by to wytrzymać. Musieli chwilę poczekać, aż po tym komentarzu publicz- ność ucichnie na tyle, by było ich słychać. W tle perkusista, 19 wczuwając się w swoją rolę, zaczął niepokojąco bębnić, jak przed ważnym ogłoszeniem. – Na pewno jeszcze o tym nie wiecie, bo nasz drogi Johnny nie afiszuje się ze swoim życiem osobistym – zaczął znowu Pa- trick. – Przepraszam, można mu wyłączyć mikrofon? I tak nie korzysta z niego w odpowiedni sposób. – Ale rozwiódł się kilka dni temu – dokończył szybko Patrick. – To właściwie jego pierwszy raz, kiedy gra jako singiel. Wiecie, co z tym zrobić, nie? John przejechał dłonią po twarzy i odczekał kilka minut, aż widownia przestanie wyć. Naprawdę współczuł teraz ochroniarzom stojącym między zespołem a całą resztą osza- lałej nagle publiki. Psychologia tłumu, w którym połowę stanowią rozwrzeszczane baby. Co za koszmar. – Wiecie… – zaczął, kiedy wymyślił sensowną ripostę. – On się teraz mści za to, że zabrałem z lodówki ostatnią puszkę. Patty jest całkiem ładny i umie przebierać palcami po strunach, i to niestety jego jedyne zalety. Ukrywaliśmy to z resztą chłopaków, ale za każdym razem, kiedy próbowano mu zamontować mózg, organizm odrzucał przeszczep… Patrzyli na siebie przez chwilę. Patrick napił się jeszcze wody, chwycił gitarę, po czym rzucił do mikrofonu: – No to teraz jesteśmy kwita. Jeśli ktoś miał nadzieję, że wła- śnie patrzy na rozpad zespołu, to przepraszamy, ale kochamy się nad życie i będziemy ze sobą grać aż do śmierci ostat- niego pieprzonego członka. – Uderzył w struny i zaczął przy- grywkę. – To tak tematycznie, co powiecie na Midnight Killer? 20 *** Grali ponad dwie godziny, jeśli wliczyć w to przerwę na „wia- domości z kraju i ze świata” i dwie piosenki zagrane na bis. Zostaliby zlinczowani, gdyby nie wrócili, a zresztą naprawdę dobrze się bawili. No i zarobili dzisiaj całkiem niezłe pieniądze. Choć nie takie, jakie zarobiliby na stadionie. Ale w klubach było coś magicznego, lubili pojawić się w jakimś od czasu do czasu. To dobrze im robiło na głowy, przypominało czasy, kiedy zaczynali w garażu rodziców. Nie zawsze byli zabójczo sławni i bogaci. Chcieli jeszcze trochę pozostać niesamowicie przystoj- nymi i skromnymi chłopakami, mimo że od pierwszej płyty, kiedy nagle cały świat zdecydował, że ich kocha, minęło już kilkanaście lat. W końcu jednak ukryli się w niewielkim pokoju na tyłach, z ręcznikami na ramionach. Nawet tam było słychać podniecone rozmowy ludzi tło- czących się nadal w klubie. – Nie wracam z wami – zapowiedział Jim, oglądając od- ciski na dłoniach. – Znalazłem laskę, która wie, czego chce, i na start nie wymyśla problemów. Przeciwieństwo mojej żony, jaram się samym tym faktem. – Mógłbyś chociaż wziąć szybki prysznic. – Patrick pró- bował opanować szopę na głowie. – Racja – zgodził się perkusista. – Wezmę z nią. – No, no. Będzie wniebowzięta. – A ty, Johnny? Wywołany podniósł powoli głowę z oparcia starej, poprze- cieranej kanapy, na której przed nimi siedziała pewnie z setka zespołów. Obrzucił kumpli zmęczonym spojrzeniem. 21 – Ja? Prawdopodobnie przez długi jęzor mojego ukocha- nego gitarzysty będę się ukrywał do końca życia. Dzięki, dupku. – To ostatnie zdanie skierowane było już bezpo- średnio do zainteresowanego. – Naprawdę jestem twoim ukochanym gitarzystą? – Pa- trick udał, że ociera łzy. – Jestem taki wzruszony… – Jesteś jego jedynym gitarzystą – mruknął basista, cho- wając sprzęt. – Chyba że uznajemy moje wiosło za gitarę, niektórzy tego nie robią. Nie wiem jak wy, ja w każdym razie zbieram się do hotelu. John również wstał i zwrócił się do jednego z dwóch ochroniarzy siedzących przy drzwiach: – Tom, zostań z Pattym, przypilnuj, by nie rozebrali go na części pierwsze. W każdym razie niech zostawią twarz i palce, reszta nie jest nam specjalnie potrzebna. Owen, zbieraj się – dodał, patrząc na drugiego z miśków pilnują- cych bezpieczeństwa zespołu. – Wychodzimy. Złapał kurtkę i razem z basistą wymknęli się przez nie- wielkie drzwi prosto na dwór. – Bez paniki, zajmę się fanami! – zawołał za nimi Pa- trick, łasy na komplementy. W końcu był ładny i utalento- wany, tak? Dlaczego nie miałby z tego korzystać? Na zewnątrz, całkiem niedaleko, jacyś ludzie wychodzili z klubu. Na szczęście wyjście dla muzyków było za rogiem. Czasami ewakuowali się od razu do autobusu należącego do zespołu, tym razem jednak przylecieli samolotem i ich najbliższa meta przesunęła się do hotelu, do którego wła- śnie zmierzali. 22 – Może taksówką? – zaproponował lekko spanikowany John. – Teraz, jak już jesteśmy na dworze? Przebieraj nogami, przebieraj – odpowiedział Ben, naciągając Johnowi kaptur głębiej na oczy. – Zanim coś przyjedzie, na bank nas znajdą. Druga połowa zespołu zamierzała bawić się przynajmniej do świtu, za co mentor Sundance łamane przez strażnik łamane przez agent prawdopodobnie ich zabije. Jak postanowili, tak zrobili. Perkusista namierzył dziew- czynę sprzed koncertu i ulotnili się dosyć szybko, natomiast Patrick radośnie i z zaskoczenia wpadł w tłum fanów. Kiedy ludzie, którzy zaczęli już wychodzić, zobaczyli, że ze sceny zeskakuje dosyć ważny członek ich ulubionego zespołu, hurmem rzucili się w jego stronę. Bells i Joy zostały pocią- gnięte przez morze ludzi pod scenę, z dobywającym się ze środka jękiem: „Nieeee… mój pociąąąąą…”. – To mnie nie dotyczy, on mnie nie obchodzi – sapała pod nosem Joy, przepychając się w stronę drzwi wyjścio- wych. Czuła się trochę bezpieczniej, wiedząc, że tłum nie pcha jej w stronę Johna, ale z drugiej strony, mógł się jeszcze gdzieś tutaj kręcić. Wolała nie wpaść na niego przypad- kiem, gdyby jednak miał zamiar się pojawić. Wreszcie udało jej się wydostać z tłumu. Gdzieś za ple- cami słyszała damskie ćwierkanie na wiele głosów i wibru- jący męski śmiech. Odetchnęła i już spokojnie ruszyła do wyjścia. Zerk- nęła na zegarek i zbladła gwałtownie. Była pewna, że kon- *** 23 cert skończy się na tyle wcześnie, że bez problemu zdąży na pociąg, gdzie zgubiła całą piekielną godzinę?! Zaklęła, wypadła z klubu, mijając zdziwionego ochroniarza, i bie- giem ruszyła w stronę stacji. *** Mniej więcej w tym samym czasie John stał za wielką sztuczną palmą w holu hotelu i udawał, że go tam nie ma. Od wyjścia dzieliło go jeszcze kilkanaście metrów i czuł się jak, nie przymierzając, bohater Mission: Impossible. I to już w momencie, kiedy miał przy sobie supertajne, ukra- dzione dokumenty i próbował się wydostać ze strzeżonej fortecy wroga. Wszystko przez to, że byli śledzeni. Idioci, myśleli, że uda im się uciec, a przecież wystarczyło, że dostrzegła ich jedna osoba, kiedy przechadzali się po mieście, rozkoszując się chłodem nocy. Potem ten ktoś zadzwonił do kolegi, obok którego stała jakaś grupa, tamci skrzyknęli następnych i kilkadziesiąt osób wylądowało pod tym samym hotelem co Sundance, prawdo- podobnie z misją zaściskania ich na śmierć. Z pomocą obsługi udało im się wejść bocznym wejściem, ale najgorsze było to, że sporo ich fanów dostało się do środka. Teoretycznie nie powinno ich nawet być w budynku, ale spryciarze wynajęli chyba wszystkie pozostałe pokoje i pętali się tam jako goście. Na dodatek Benjamin pojechał na górę pierwszy, bo Johna coś zatrzymało przy recepcji. Chyba tylko dlatego go nie za- uważyli, że stał na samym środku, ale tyłem. Najciemniej pod latarnią, no nie? 24 Cały ten rozentuzjazmowany tabun pognał na górę i teraz pewnie czaił się gdzieś pod sypialnią Johna. Co za dramat. John ukrył się w korytarzu prowadzącym do toalet i ostrzegł przez telefon swojego basistę. Ben w ostatniej chwili zdążył się ukryć w pokoju i zapewnił, że będzie udawał, iż go tam nie ma, i nikomu pod żadnym pozorem nie otworzy drzwi. Jeden z nich był już bezpieczny, ale pozostawała nadal kwestia tego, co ma ze sobą zrobić Johnny. Poddał się swoim najbardziej prymitywnym instynktom. Odświeżył się w toaletach na dole, wrócił do holu i posta- nowił uciec. Był już w połowie drogi, kiedy drzwi windy się otworzyły i grupa fanów z koncertu postanowiła poczekać na dole na drugą połowę zespołu. Koniec historii. Właśnie w ten sposób wylądował za palmą. Musiał poczekać kilkanaście minut, by w jednym momencie wszyscy przestali się patrzeć w stronę wyjścia. Szybkim mar- szem, nie zwracając na siebie uwagi, wypadł na dwór. Wiedział, że go nie zauważyli, bo nikt się za nim nie rzucił, co za ulga. Gdyby kilkanaście lat temu ktoś go uświadomił, co się łączy z byciem gwiazdą, dwa razy by się zastanowił przed pisaniem tych hitów. Odetchnął kilka razy chłodnym powietrzem, po czym dotarło do niego, że po koncercie i całej tej zabawie w cho- wanego jest po prostu głodny. Podniósł wzrok. Niedaleko hotelu znajdował się długi oświetlony budynek, prawdo- podobnie stacja autobusowa albo kolejowa. Jest szansa, że mają tam coś do jedzenia i o tej porze nie będzie tam prawie nikogo. 25 Z o wiele lepszym humorem raźnym krokiem ruszył przed siebie. Wyciągnął telefon i wybrał numer Benjamina. – U ciebie wszystko w porządku? To dobrze. Hej, słuchaj, ulatniam się na jakiś czas, pewnie do świtu albo na trochę dłużej. Nie, oczywiście, że nie poinformowałem o tym na- szego agenta, Page by mnie zabił, gdyby się dowiedział, że jego bezcenna kura znosząca złote jajka włóczy się po obcym mie- ście w środku nocy. – Przerwał na chwilę, po czym skrzywił się. – Tak jakby nie mógł prześladować perkusisty, prawda? No, jeśli masz jakieś skłonności samobójcze, to sam do niego zadzwoń. W słuchawce dało się słyszeć przekleństwa, po czym popłynął głośny potok słów: – Ja jestem paranoikiem, zamierzasz mnie naprawdę zo- stawić samego w tym pokoju? Nie znoszę ludzi, ale w tym wypadku przydałoby mi się towarzystwo, poza tym was trzech nawet trochę lubię. No, toleruję. Oni są za drzwiami, a ja jestem zwierzęciem studyjnym, w ogóle się nie nadaję na koncerty! – Przecież jesteś świetny na koncertach! – przerwał mu John, drapiąc się po głowie. – Wiesz, chętnie bym do ciebie dołączył, ale niestety skończyła mi się pajęczyna w nad- garstkach, a to jedyny sposób, jaki znam, żeby dostać się po zewnętrznej ścianie budynku na dwudzieste piętro. Nawet na osiemnaste. Latać też nie potrafię, choć nie przestaję pró- bować. – Co, nie jesteś Supermanem? – Ben dał się na chwilę wciągnąć w grę. – Byłem tego pewien! 26 rzec. John zaczął wchodzić po schodach prowadzących na dwo- – Po prostu udawaj, że jest tak, jak kilkanaście lat temu. Pamiętasz Jessikę, jak wprowadziła się do domu obok ciebie? Potrafiliśmy leżeć godzinami w twoim pokoju w oknie, przy zgaszonych światłach, udając, że nas tam nie ma. Otwórz sobie barek, włącz cicho telewizor i jakoś to przetrzymaj. Poza tym chłopaki… znaczy Patrick powinien niedługo wrócić. Przerwał i przez chwilę kiwał głową. – Tak, wiem, to akurat gówniane pocieszenie. Ale może skupi na sobie uwagę? Ja? Nie wiem, poszukam czegoś do jedzenia, kupię sobie gazetę i będę się za nią ukrywał. My- ślisz, że powinienem wyciąć dwie dziurki na oczy? Dobra – zaśmiał się. – Zastanowię się. I proszę, nie dzwoń do Page’a. I tak niedługo się zorientuje, że mnie nigdzie nie ma… Kiedy Joy wpadła na dworzec, do odjazdu pociągu zo- stało dokładnie siedem minut. Jak się okazało, była to bardzo ważna informacja. Stanęła na chwilę zdyszana, rozglądając się po długim, pustym budynku. Wyglądało na to, że kasy są akurat na samym końcu, za to niedaleko wyjścia na peron. No cóż, przynajmniej tyle. Zarzuciła plecak na ramię i szybkim krokiem ruszyła w tamtym kierunku. *** *** 27 Żeby być dokładnym, siedem minut przed odjazdem po- ciągu Joy starający się nie zwracać na siebie specjalnej uwagi wokalista John Ricchi kupował kebab w jedynej otwartej budce. Na szczęście wyglądało na to, że sprzedawca nie dość, że nie interesuje się tym, co dzieje się w jego mie- ście, to jeszcze nie pasjonuje się muzyką, a istniało również pewne prawdopodobieństwo, że jego filozofia życiowa spro- wadzała się do tego, by dokładnie wszystko mieć w dupie. Nie zabierając reszty, mężczyzna wyznający w tym mo- mencie filozofię pozostawania incognito ruszył w kierunku powieszonej przy kasach listy przyjazdów i odjazdów. Nie widział takiej od lat, ale przypomniało mu się, że kiedyś stawali z chłopakami pod podobnymi, nawet autobuso- wymi, i wyobrażali sobie, jak by to było, gdyby wsiedli do pierwszego lepszego pojazdu jadącego do nieokreślonego Wielkiego Miasta, wysiedli w zupełnie nieznanym miejscu i nie mieli nic innego do roboty, tylko zrobienie nieziem- skiej kariery. Później rzeczywiście to zrobili. W sumie trudno stwier- dzić, jakim cudem taki numer im wyszedł. Teraz też zda- rzało się, że wysiadali w zupełnie nieznanym sobie mieście. I nadal starali się tak samo, jak pierwszego dnia. Kiedy zadzwonił jego telefon, przełykał właśnie pierwszy kęs. Mało brakowało, by zadławił się na śmierć, gdy na wyświetlaczu zobaczył nazwisko swojego agenta. Odebrał lekko zestresowany. – Cześć, James – powiedział. – Słuchaj, zanim postano- wisz mnie zamordować… 28 Krzyk jego agenta słychać było przynajmniej na pół dworca. Może właśnie dlatego John nie zwrócił uwagi na kobietę, która z wyraźną determinacją na twarzy biegła w jego stronę. Joy dojrzała go wcześniej i założyła, że kierował się do kas. Jeśli zajmie jej miejsce, to chyba go zabije. Wtedy zorientowała się, że to John. Przyjęła to z cał- kowitym spokojem. No, przynajmniej wrócił, pojawiał się już w dziwniejszych miejscach, w pracy, na ławce w parku, u niej w kuchni. To było coś, z czym sobie radziła. Nie kon- trolowała do końca swojej wyobraźni, ale jej nie przerażała. Więc kiedy zadzwonił telefon Johna, szturchnęła go tylko w ramię i zdyszana rzuciła: – Rany, John, przesuń się, nie widzisz, że mi się śpieszy? – Po czym nachyliła się w stronę okienka, gdzie jakaś pa- nienka z nie mniejszym zapałem niż agent Ricchiego dys- kutowała przez telefon. – Hej! – Joy zapukała w szybę dzielącą ją od upragnio- nego biletu. Wyciągnęła portfel, położyła go na półeczce, po czym podniosła wzrok. Została zignorowana. – Halo! Za co ci tu płacą? Bilet na dwunastą dwanaście! Zerknęła na zegarek. – Kobieto, pociąg mi ucieknie! Kasjerka odłożyła telefon i zmierzyła ją złym spojrzeniem. – I tak już za późno – poinformowała z wyraźną satys- fakcją w głosie. – System. On przestaje działać pięć minut przed odjazdem. *** 29 – No chyba sobie… To twoja wina, kretynko, że jest za późno! – zdenerwowała się Joy. Nie chciała spędzić całej nocy na peronie. – Zresztą co to za pomysł z tym systemem, chcę jeden głupi bilet na pociąg, który stoi na stacji! Poczuła na sobie wzrok Johna. Do diabła, raz mógłby się przydać, w takich momentach żałowała, że nie jest praw- dziwy. A także przy malowaniu mieszkania, wnoszeniu ciężkich rzeczy na górę i kłóceniu się z mechanikiem sa- mochodowym. Westchnęła, kiedy dziewczyna za szybą po- wtórzyła, że nic nie może dla niej zrobić, i spytała, czy chce bilet na kolejny pociąg w tę samą stronę. – Obejdzie się – mruknęła Joy, odchodząc od szyby, i ru- szyła w stronę torowiska. – Najwyżej przejadę się bez biletu, kto go będzie sprawdzał o pierwszej w nocy… Kiedy wahadłowe drzwi na peron zamknęły się za nią, John, którego agent wreszcie stracił głos i dzięki temu obaj mogli się przez chwilę skupić, popatrzył na pozostawiony portfel. Tym razem to z jego piersi wyrwało się westchnienie. – Co, przykro ci, tak? Zaraz wracasz do hotelu? – ode- zwał się James Page. – Nie, prawdę mówiąc, nie po to ukrywałem się za sztuczną rośliną, by teraz samobójczo tam wracać. Słuchaj, muszę coś oddać jednej dziewczynie. Pogadamy później. Wyłączył telefon, chwycił portfel i ruszył za jego wła- ścicielką. *** 30 Kiedy wypadł na peron, dziewczyna z plecakiem właśnie patrzyła na zamykane drzwi pociągu stojącego trzy perony dalej. Nie miałaby szansy zdążyć przejściem podziemnym, chyba że zamiast tego zdecydowałaby się skakać wierzchem po torach, z całym tym wysokim napięciem. A wyglądała na kogoś, kto właśnie bierze porządny rozpęd. – Hej! – krzyknął. Zignorowała go. Znowu. Nie miał wyboru, rzucił się w jej stronę i złapał ją za nadgarstek, kiedy ruszyła biegiem w stronę pociągu. Zderzenie z rzeczywistością zabolało, kiedy Joy potknęła się o nogi kogoś, o kogo nie powinna się potykać. I kto nie powinien mieć wpływu na koordynację ruchową jej ciała. A przede wszystkim… – Chcesz zginąć, idiotko?! – warknął, masując kolano. Pociągnęła go za sobą, tak jakby w ogóle go tu nie było. Nikt, ale to naprawdę nikt przez ostatnie dziesięć lat nie traktował go jak powietrze. Z jakiegoś powodu bolało to jego dumę o wiele bardziej niż uderzenie o podłogę. Joy opuściła wzrok na swoje przedramię, nadal trzymane w mocnym uścisku. Potem podniosła głowę. Gdyby miała teraz postawić jakąś hipotezę, to stwier- dziłaby, że rzeczywistość od fikcji różniła się dwiema rze- czami. Po pierwsze, nawet najlepsza wizja nie była nama- calna, nigdy, niezależnie od tego, po ilu piwach Joy była. Po drugie… *** 31 w płuca. Błękitne oczy wpatrywały się w nią z wyraźną irytacją. Na dodatek czuła jego oddech. I zapach. To było to po drugie. O Boże. Zaczęła szybciej oddychać, przerażona łapiąc powietrze On ją trzyma. Za rękę. To znaczy, że jest tu naprawdę. Nagłówki. „Śmierć na dworcu. Lekarz wezwany na miejsce zdarzenia powiedział nam: «Nie mogłem nic zrobić. Trudno to nawet nazwać zawałem, jej serce po prostu się zatrzymało»”. – Hej, wszystko w porządku? Poruszyła dłonią. – Nie… Ruszający pociąg wyrwał ją z szoku. Spojrzała na odjeż- dżające wagony. – Jasna cholera – rozwinęła myśl, uwalniając rękę z uścisku. Wrażenie, że się dusi, powoli ustępowało. Było nieźle, dopóki patrzyła w inną stronę. – Ty to mówisz? – Mężczyzna podniósł się z klęczek i otrzepał spodnie. – Masz, to twój portfel, następnym razem, jak będziesz chciała popełnić samobójstwo na torach, weź ze sobą dokumenty, żeby mogli cię zidentyfikować. – Nie miałam zamiaru popełniać samobójstwa, tylko po- jechać do domu. – Wstała, ostrożnie omijając wyciągniętą w jej kierunku dłoń. – Na następny pociąg muszę czekać do rana. Życie jest do bani. – No jasne, to rzeczywiście problem. – John opuścił ręce. – Po prostu można się załamać. Ja na przykład pobiegłem za terrorystką samobójczynią z dobrej woli, żeby oddać jej coś, 32 co zgubiła. Ta nie dość, że mi nie podziękowała, to jeszcze przeciągnęła mnie po dworcu. Po drodze zgubiłem śniadanie. No, kolację. A tak w ogóle to najbardziej i tak z tego wszyst- kiego denerwuje mnie fakt, że wiesz, kim jestem, bo zwró- ciłaś się do mnie po imieniu przy kasach i potraktowałaś jak morowe powietrze. Nigdy w życiu nikt, kto mnie rozpoznał, nie powiedział mi głosem dyktatora: „Przesuń się, stoisz mi na drodze”. No, może poza moim agentem. A jeszcze przedtem uciekałem przed oszalałym tłumem w hotelu. I jeszcze jednym wcześniej. Ale nie, nie przeszkadzaj sobie… I czemu niby się śmiejesz? Taki jestem zabawny? – wyrzucił z siebie. Joy ze spuszczonym wzrokiem wzięła od niego portfel. Zasłoniła usta dłonią i zaczęła się trząść, chichocząc dalej. – Dziękuję za uratowanie życia – zaczęła niewyraźnie, śmiejąc się bezgłośnie. – I za oddanie portfela. – To takie śmieszne? – Wcale… Wcale nie chciałam powiedzieć, że stoisz mi na drodze, ale… Na chwilę musiała przerwać, żeby złapać oddech. – Ale wiesz, John… Opuścił głowę. Całe życie z wariatami. Najwyraźniej niektórzy powinni mieć na wariactwo papiery. – Właściwie całe zdanie powinno brzmieć: „Przed chwilą byłam na twoim koncercie, a teraz przesuń się, bo stoisz mi na drodze”. Patrzył na nią przez sekundę, a potem wybuchnął śmie- chem. – Żartujesz sobie, tak? 33 Sięgnęła do kieszeni i podała mu przedarty bilet. – Jak rany. – Podparł się pod boki. – No to w takim razie jesteś pierwszą dziewczyną w moim życiu muzyka, która powiedziała mi, żebym spadał, jeszcze zanim zacząłem się do niej przystawiać. – Bez przesady. – Joy popatrzyła mu w twarz. – No wiesz, rzuciłeś się na mnie. – Za tobą – poprawił. – Musiałabyś wyglądać jak młoda Liv Tyler, żebym się na ciebie rzucił. Poza tym to działa w drugą stronę: kobiety zwykle rzucają się na mnie. Poczuła, że jej oddech znowu robi się płytszy, kiedy świado- mość przedstawiła fakty w odpowiedniej kolejności. Jest środek nocy, a ty stoisz sam na sam z Johnem Ricchim. Na dodatek wygląda na to, że ze sobą rozmawiacie. – Hej – odezwał się, widząc, że nagle umilkła. – Prze- praszam, nie chciałem cię obrazić. – Nie obraziłeś mnie. – Spuściła głowę z nadzieją, że nie była czerwona na twarzy. – Wiem, że trochę mi brakuje do Liv Tyler. Po prostu nie każdego dnia doprowadzam do tego, by gwiazda rocka biegała za mną po dworcach. Nie za bardzo wiem, jak się zachować. – O której masz następny pociąg? – spytał, przestępując z nogi na nogę. W jego tylnej kieszeni wibrował telefon, ale John chyba nie miał Jamesowi nic nowego do powiedzenia. – Piąta coś. – To było mało skomplikowane pytanie, mogła na nie odpowiedzieć. – Pięć godzin – zastanowił się. I tak miał zamiar tu zostać, a nie miał gazety, przy lekturze której mógłby zabić czas. 34 Może zabijać go w inny. – Słuchaj, może w takim razie krótka instrukcja, co się robi w takich sytuacjach. Poprawił włosy, po czym wyciągnął dłoń w stronę lekko zawstydzonej dziewczyny. To zachowanie przynajmniej mógł zrozumieć, już się z nim spotykał. – Jestem John – powiedział. – A ty? Otworzyła usta, patrząc na niego zszokowana. Żartuje sobie, prawda? w hotelu i w ogóle? – Nie powinieneś teraz być ze swoim zespołem? Z fanami Jęknął. Słyszał Jamesa, nawet nie odbierając telefonu. – Kobieto, jeszcze raz. Jestem niesamowicie sławną i przy- stojną gwiazdą rocka. Mam na imię John. Ricchi. A ty? – Joy – wydusiła, witając się z nim. Miał ciepłą dłoń o mocnym uścisku. A może to ona osłabła. – Joy Fox. Czy mogę ci postawić coś do jedzenia, jako że zgubiłeś swój ostatni posiłek, kiedy biegłeś z bohaterską misją oddania mi portfela? Nie wierzyła, że to powiedziała. – Jasne – zgodził się, nie puszczając jej ręki, a wręcz ciągnąc ją za sobą. – I podwójny majonez. Ty stawiasz, tak? 35 Joy Copyright © Hermia Stone Copyright © Wydawnictwo Inanna Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak Copyright © for the cover photo by Svetikd/iStock Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2019 r. druk ISBN 978-83-7995-271-7 epub ISBN 978-83-7995-272-4 mobi ISBN 978-83-7995-273-1 Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski Redakcja: Iga Wiśniewska Korekta: Małgorzata Tarnowska Adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski Projekt okładki: Aleksandra Bartczak Skład i typografia: www.proAutor.pl Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w ja- kikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczy- tywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. MORGANA Katarzyna Wolszczak ul. Kormoranów 126/31 85-432 Bydgoszcz sekretariat@inanna.pl www.inanna.pl Książka najtaniej dostępna w księgarniach www.MadBooks.pl www.eBook.MadBooks.pl Siła jej piękna Antologia Autorki: Agnieszka Opolska Agnieszka Sudomir Agnieszka Zakrzewska Alicja Wlazło Anna Karnicka Daria Skiba Maria Zdybska Małgorzata Fałkowska WYJĄTKOWE HISTORIE DLA WSZYSTKICH WYJĄTKOWYCH KOBIET Osiem utalentowanych polskich autorek i jedno niełatwe zadanie. Odnalezienie siły i piękna, które tkwią w każdej z nas. Opowiadania wchodzące w skład antologii są tak różnorodne jak kobiety, które je napisały. Autorki opowiadają o zwycięstwie w zmaganiach z przeciwnościami losu i osobistymi dramatami. Czy twoja historia jest podobna? Czy teraz uwierzysz w siebie? Czy dotrzesz do ukrytej w tobie siły? Każda z nas jest inna, piękna na swój wyjątkowy sposób! OD KOBIET DLA KOBIET ODNAJDŹMY W SOBIE SIŁĘ I PIĘKNO! Faza REM Agnieszka Sudomir Łódź, niegdyś Ziemia Obiecana, dzisiaj miasto pogrążone we nostalgii. W bloku na Bałutach zamordowano stu- dentkę. Na Julianowie przed swoim domem ginie bogaty lekarz. Morderca pozostawia na miejscach zbrodni fragmenty recept. Kiedy zostaje odnaleziona trzecia ofiara, media po- dejmują temat „Aptekarza” i w mieście wy- bucha panika. Komisarz Igor Blattner musi rozwikłać za- gadkę pierwszego od wielu lat seryjnego mordercy w Łodzi. Atakowany przez media, naciskany przez przełożonych, borykający się z problemami w życiu osobistym i kryzysem wieku średniego policjant staje przed największym wyzwaniem w swojej dotychczasowej karierze. Blattner kieruje się w pracy jedną prostą zasadą. Występek nie zasługuje na wybaczenie, a wyłącznie na sprawiedliwą karę. Czy jednak to credo pomoże czy utrudni mu złapanie mordercy? Znakomicie nakreślone miasto jako tło i Igor Blattner – komisarz z krwi i kości, który musi się zmierzyć nie tylko z Aptekarzem, ale i własnymi demonami. Książka wciąga od pierwszej strony i nie pozwala usnąć aż do ostatniej.- Michał Chmielewski, autor Złe i Indygo PIERWSZY TOM SERII MIASTO OBIECANE Światła w jeziorze Gosia Lisińska Gdy po dwóch latach kompletnej uczuciowej suszy, dopadnie cię klęska urodzaju, możesz mieć problem z wyborem. Karolina jest zabawną i błyskotliwą dziew- czyną, od roku zakochaną bez wzajemności w koledze z pracy. I oto któregoś dnia spotyka go nad jeziorem, a wszystko się zmienia. Że jed- nak świat bywa złośliwy, na drodze Karoliny staje nie tylko Kuba, ale i pewien nieprawdo- podobnie seksowny Włoch… Przezabawne perypetie miłosne i rodzinne głównej bohaterki są tematem pierwszej obyczajowej powieści Gosi Lisińskiej z serii Miłość w Tychach. „Światła w jeziorze” to idealne połączenie doskonałego humoru oraz seksownego romansu. Będzie gorąco, zmysłowo i zabawnie. Historia Karoliny pochłonie Was w mgnieniu oka i nie pozwoli odłożyć książki, dopóki nie poznacie zakończe- nia. To życiowa, ale posypana odrobiną magii powieść, która umili długie zimowe wieczory. - Meg Adams, blogerka Niegrzeczne Dziewczyny Recenzują Mrok Alicja Wlazło Nadchodzi mrok i nikt się przed nim nie ukryje! Laureen miała wszystko, czego tylko mogła zapragnąć: kochającą rodzinę, wymarzoną pracę i wspaniałą przyszłość. Miała, do chwili kiedy w jej życiu pojawił się tajemniczy Sigarr. W mgnieniu oka otaczający ją perfekcyjnie uporządkowany świat wypełnił chaos. Potępieni i Zaprzysiężeni toczą od tysiąc- leci brutalną wojnę. Laureen ma w niej do ode- grania kluczową rolę, ale musi stanąć do walki o wszystko co kocha. Czy znajdzie w sobie dość odwagi? Przypadkowe zdarzenie pozbawia Laureen wszystkiego co kocha. Kiedy życie przestaje mieć już dla niej jakąkolwiek wartość, staje przed wyborem między śmiercią, a poświęceniem, na które nie jest gotowa. Alicja Wlazło zaprasza nas do fascynującego świata, w którym piekło i niebo to mrzonka, a toczący między sobą nieustanny bój Zaprzysiężeni i Potępieni dzielą te same, ponure tajemnice. Polubiłam tę powieść za wciągającą fabułę i dynamiczną akcję, a pokochałam za poruszającą podróż w mrok ludzkiej rozpaczy, lęków i pragnień, które powoli zmieniają spokojną Laureen w bestię. - Maria Zdybska, autorka Wyspy Mgieł PIERWSZY TOM SERII ZAPRZYSIĘŻENI Idź i czekaj mrozów Marta Krajewska W świecie, gdzie puszczą włada leszy, w je- ziorze żyją topielce, a nocami wśród chat prze- mykają zmory i strzygonie, młodziutka Venda musi stanąć na straży bezpieczeństwa miesz- kańców Wilczej Doliny. Przyjdzie jej mierzyć się nie tylko z bogami czy stworzeniami nocy, ale znacznie groźniejszymi przeciwnikami: sa- motnością, strachem i zwątpieniem. Na oczach Vendy wypełnia się staro- żytne proroctwo. Do Wilczej Doliny powraca DaWern – ostatni z Wilkarów. Zemsta Pana Lasów za rzeź jego dzieci wydaje się nieunik- niona. Czy zakazana miłość stanie na drodze przeznaczeniu, czy też pozwoli wypełnić przerażającą przepowiednię? Jak potoczą się losy zakochanego w zie- larce syna karczmarza, pięknej minstrelki Stalki, towarzyszącego jej wojow- nika i innych mieszkańców wioski, z których każdy skrywa swoje tajemnice? Stare opowieści krążą między nami, a my żyjemy między nimi. Podążałem znajomymi tropami, gubiłem się w nich i dawałem oplatać pełnej grozy magii, w którą schwytała mnie autorka. - Paweł Majka, autor Pokoju światów i Wojen Przestrzenii, dwukrotny zdobywca Literackiej Nagrody im. Żuławskiego PIERWSZY TOM OPOWIEŚCI Z WILCZEJ DOLINY NOMINOWANY DO NAGRODY ZAJDLA Pryncypium Melissa Darwood Jak masz na imię? – słyszymy setki razy w życiu. Imię towarzyszy nam od narodzin aż po kres naszych dni. Czy jednak mamy świadomość, że imię może nas definiować, wpływać na to, jacy jesteśmy? Czy kierują nami impulsy ciała (Lokum), odruchy psychiki (Ipsum), czy też może tajemnicze, odwieczne Nomen – imię? Zoltan jest potężnym członkiem staro- żytnej tajnej organizacji, stojącej na straży praw Pryncypium i strzegącej wiedzy o Nominach. Aniela zaś młodą, lecz doświadczoną przez los dziewczyną, starającą się za- pewnić swoim najbliższym byt i uratować rodzinne gospodarstwo. Dzieli ich wszystko: status społeczny, osobowość i wyznawane wartości. Łączy mająca tysiące lat wspólna historia. Jej najnowsza odsłona pełna jest silnych uczuć, niefortunnych decyzji i katastrofalnych pomyłek. Co wydarzy się, kiedy połączą ich uczucia, ale rozdzielą zasady, według których żyją? Czy Aniela będzie potrafiła przyjąć trudny dar Zoltana? To coś, z czym nie spotkaliśmy się w żadnej innej powieści. To szalony mix fantasy i romansu, zawierający pikantne sceny erotyczne. - Martha Oakiss, Secret-Books.blogspot.com Noc kota, dzień sowy: Marta Kładź-Kocot Zamek Cieni W Castelburgu, bogatym portowym mie- ście, władzę przejmuje makiaweliczny Książę, a wygnani arystokraci zakładają Bractwo i z pomocą niejakiego Dionisiusa Grandi- niego próbują obalić tyrana. W Emain Aval- lach, siedzibie magów, niepozorny bibliotekarz zostaje skazany na śmierć, a para kochanków wygnana. W odległym… Zatrzymajmy się przy parze kochanków. Opowieści o wielkiej miłości mają zawsze wyjątkową moc. Wiedzą o tym Prządki, więc kiedy na ich oczach rodzi się taka opowieść, uważnie ją obserwują. Siądźmy więc cicho i patrzmy, jak splotą historię Mitrii i Jardala, dwojga czarodziejów, którzy pokochali się, łamiąc tym samym prastare prawo. Udajmy się z nimi w podróż w poszukiwaniu siebie samych i siebie nawzajem. Wytężcie słuch! Nocą usłyszycie stąpanie miękkich kocich łap, a w dzień prawie bezszelestne bicie sowich skrzydeł. Najpierw pomyślałam, że to historia o miłości, a pomysł na główny wątek jest cza- rujący i niebanalny. Potem doszłam do wniosku, że to jednak będzie opowieść o magii i politycznej intrydze. Następnie wpadło mi do głowy, że wszystkie drogi prowadzą do pewnego miasta i będzie to historia jego przemian. Jeszcze później dotarło do mnie, że i miasto, i bohaterowie dążą do wolności. Ta powieść ma wiele poziomów, wiele znaczeń i wciąż się zmienia, wciąga i fascynuje. Z każdą odwrócona stroną zapa- dałam się w nią bardziej, ciekawa, czym jeszcze mnie zaskoczy. - Marta Krajewska, trzykrotnie nominowana do nagrody im. J.A. Zajdla autorka Idź i czekaj mrozów, Zaszyj oczy wilkom i Noc miedzy Tam i Tu
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Joy
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: