Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00212 004461 18632814 na godz. na dobę w sumie
Piastowskie wahadło - ebook/pdf
Piastowskie wahadło - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 509
Wydawca: Literate Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7995-367-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook (-43%), audiobook).

W roku Pańskim 1227 nieopodal Gąsawy zostaje zamordowany książę Leszek Biały, osierocając rocznego syna Bolesława. Nowy dzierżyciel Krakowa staje przed trudnym zadaniem. Musi przeżyć i obronić swoją dzielnicę przed zakusami zachłannych krewniaków. Pomagają mu w tym surowa matka, duchowni, mordercy, a przede wszystkim tajemniczy Piękny Młodzieniec, który mieni się opiekunem jego rodu. Kiedy w życiu dorastającego władcy pojawia się zimna bryła soli, wszystko zaczyna zmierzać ku lepszemu…

Piastowskie wahadło to literacka biografia Bolesława Wstydliwego, opowieść o trzynastowiecznym Krakowie, świecie bez czyśćca, gdzie cnota zderza się z rozpustą, a rycerskość z podłością.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Spis treści Księga I 4 Księga II 193 Księga III 358 Pudicus (łac.) – wstydliwy, obyczajny, powściągliwy, czysty. Skoro zaś król Bolesław chciał wyruszyć z miasta Kruszwicy celem przeprowadzenia swojego zamiaru, na szczycie kościoła św. Wita ukazał się młodzieniec nadzwyczajnej piękności, którego cudowny blask napełniał przedziwnym światłem nie tylko samo miasto, lecz także należące do niego pola. Ten to młodzieniec, zeskoczyw- szy na oczach wielce zdumionego tłumu ze szczytu kościoła i idąc na czele, prowadził wojsko prostą drogą w stronę Nakła, aż przy- bywszy pod miasto Nakło, rzucił na miasto z rozmachem złoty oszczep, który trzymał w ręce, i znikł. Kronika Wielkopolska, rozdz. 25, tłum. K. Abgarowicz KSIĘGA I w której umiera pan Wawelu i rodzi się xiądz Krakowa. Listopad i grudzień roku Pańskiego 1227 Główkę swoją zadarło to maleńkie dziecię i spojrzało na mnie, bo jestem Pięknym Młodzieńcem. Uśmiechnąłem się do niego, a ono pomachało rączkami i nóżkami, radując się całym sobą. Moja opieka przyda mu się teraz, bo w ten deszczowy listopa- dowy poranek ojca jego mordują. I już stało się sierotą, w tej właśnie chwili, gdy wypowiedziałem słowo „śmierć”. Mrugnąłem i przeniosłem się w miejsce mordu, pod Gąsawę, gdzie w rowie leżało nagie ciało xiędza Lestka o jasnych jak słoma włosach. Ulewa obmywała jego zakrwawione członki, choć ledwo chwilę temu leżał bezpieczny w balii z gorącą wodą, a nierządnica z plemienia Lilith masowała jego wstyd. Nie zorientował się mój pan nieszczęsny, że na jego życie dybie Świętopełek, łaską Lestka uczyniony wielkorządcą Po- morza. Podły ten wąż przysięgę wierności złamał i zamiast swego księcia miłować, znienawidził go i zakradł się o brzasku wraz z wojskiem na zjazd w Gąsawie, gdzie władca Małej Pol- ski z duxem śląskim Henrykiem i innymi możnymi panami radzili nad losem ziem lechickich i takoż się bawili. Po jednej z kłótni i popijaw Lestek bladolicy udał się do łaźni, by dojść do zdrowia w towarzystwie kurwiczek, a kiedy przysnął w ich objęciach, przez opary zakradli się do niego zbójcy, mylnie ry- cerzami zwani. Pierwszy z mordarzy poślizgnął się na mokrych kamieniach i tylko dlatego jego cios ledwo drasnął Piasta w ra- mię, za to rozchlastał szyję wtulonej w niego dziewki. Lestek zerwał się, zrzucił z siebie trupa, pochwycił oręż i jął dzielnie stawać, ale wrogów przybywało, a na pomoc ruszyła mu jeno garstka wiernych rycerzy. Lestek nie poddał się jednak, tylko śmiało ruszył do przodu, nie wstydząc się nagości, i przedarł się przez oprawców. Wybiegł z łaźni, dopadł koni i w towarzystwie pięciu zbrojnych pognał traktem ku wsi Marcinkowo. Princeps wbijał pięty w końskie boki tak mocno, jakby miał na sobie rycerskie ostrogi, ale nie ujechał daleko, bowiem słudzy węża Świętopełka urządzili na niego obławę. Dopadli jego dru- żynę, okrążyli ją zgoła setką ludzi i zaczęli bić. Miecze ukąsiły końskie grzbiety, topory uderzyły w tarcze, włócznie ugodziły kolczugi. Rumak księcia stanął dęba i podkutymi kopytami ude- rzył w szyszak pieszego zbója, miażdżąc żelazo i wbijając nosal w jego szkaradną gębę. Inny zbrojny ugodził ogiera w brzuch, a lechicki Bucefał zarżał, wierzgnął i padł, przygniatając Lestka do ziemi. Princeps ledwo się wygramolił spod zwierzęcego ciel- ska, a już cep bojowy zamłócił o jego nienawykłe do pokło- nów plecy. Oprawca w kolczym kapturze kopnął Piasta w bok, obrócił go twarzą do nieba, pokazał mu swą gębę naznaczoną krostami po ospie i wraził w jego podbrzusze zimny, ociekający wodą miecz, który winien być znakiem rycerskiej prawości. Trzech krakowskich rycerzy padło w obronie księcia, ale dwóch innych, widząc beznadziejną sytuację swojego pana, pierzchło w stronę lasu. Nie ścigano ich, wszak dorwano już tego, o którego toczyła się zwada. Po chwili odjechali również oprawcy, uzyskawszy, co chcieli. I zostałem sam, ja, Piękny Młodzieniec opłakujący swojego podopiecznego, który charczał i dygotał w błocie pośród pogię- tych hełmów, ułamanych drzewców, strzaskanych tarcz i koń- skich oraz ludzkich zwłok. Mój pan, sponiewierany i zhańbiony. A taki był pewny siebie, taki dumny, że inni książęta mu się kłaniają i go słuchają, bo przecież włada dzielnicą senioralną i ledwo krok dzieli go od zjednoczenia ziem polskich, tymczasem okazał się ślepcem, którego pycha doprowadziła do upadku. To- warzyszyłem mu do ostatniego tchnienia i śledziłem jego myśli biegnące ku synkowi, którego nie tylko osierocił, ale i naraził na śmierć, gdyż teraz wilki zaczęły szczerzyć zęby ku niemu. I z tym żalem do samego siebie skonał princeps Poloniae, a nad smutną jego dolą użaliło się niebo strugami deszczu, tak jak niegdyś płaczące niewiasty litowały się nad skatowanym ciałem Pana Krysta. Zamknąłem oczy, a gdy je otworzyłem, znów byłem na pię- trze palatium w surowo urządzonej izbie i siedziałem na belce u powały nad kołyską mojego nowego gospodzina. Bolesława, syna Lestka. Dziecię zacisnęło piąstki, wygięło usteczka i oczy łzami zrosiło, gdyż z mego pięknego lica wyczytało, jaki był koniec żywota księcia krakowskiego Lestka. I zaczęło chlipać i kwilić głosem powołanym do rządzenia, a teraz zmuszonym do śpiewania pieśni żałobnych. Przybiegła piastunka i przyłożyła obfitą pierś do jego usteczek, ale ono odwróciło główkę, uderzyło cyce rączkami i wzgardziło nimi, albowiem żałości takiej nie leczyło się mlekiem. Niewiasta polała sutek miodem pitnym, by ten ukoił smutek i sprowadził sen, ale malec nie dał się nabrać na ten podstęp. Uniosła więc rąbek dziecięcej sukni i powąchała bruzdę, ale jej nos nie znalazł w lnianej pieluszce żadnej przykrości, za to maluch, rozdrażniony poniewieraniem, jął zawodzić jeszcze głośniej, zdradzając heraklesową siłę drzemiącą w kruchych piersiach. Córa Ewy wzięła dziecię na ręce, przytuliła je i ukołysała, okazując namiastkę matczynej miłości, choć miłości udawanej, albowiem jej myśli bie- gły ku własnemu synkowi, którego zostawiła w zimnej chałupie pod opieką starszej dziatwy. Zastanawiała się, czy on też płacze, a ja szepnąłem, że tak właśnie jest, bowiem wszystkim niemowlę- tom w grodzie Kraka nakazałem opłakiwać śmierć ich ukochanego xiędza Lestka. Na nic zdały się kojące śpiewy, na nic pokrzykiwania, na nic gruby palec w dziecięcej buzi. Nie pomogły podskoki, głupie miny, gęganie i kwakanie. W sercu piastunki zakiełkowała złość, która zakwitła i wydała owoc w postaci straszliwego krzyku i jeszcze gorszej intencji. Gruba baba przytuliła mocno Pia- sta, wcisnęła jego rozwydrzone usteczka w rozpasane cielsko i na jedną, króciutką chwilę stłumiła płacz, a ja poczułem w pier- siach ból mego gospodzina, który nie mógł zaczerpnąć oddechu. Ukazałem jej swe piękne oblicze promieniujące słusznym gnie- wem, co sprowadziło na nią opamiętanie. Odstawiła dziecko od sadła, a ono nabrało powietrza i zakwiliło jeszcze donioślej, jakby chciało ukarać wyrodną opiekunkę. Kobieta uznała swą winę, przyjęła napomnienie i sama popadła w rozpacz. Łza za- kręciła jej się w oku, a wstyd ścisnął gardło. Próbowała wyprzeć z głowy pamięć o swych niegodziwych myślach, lecz moje obli- cze przypominało o jej hańbie. Hałas postawił na nogi wszystkich w palatium. Do izby we- szła księżna Grzymisława odziana w prostą błękitną suknię. Dumna spadkobierczyni synów Ruryka, w której żyłach płynęła krew okrutnych pogańców z Północy, stąpała boso po kamiennej posadzce. U szyi zwisał jej ciężki złoty krzyż, a w rękach trzy- mała swój psałterz, gdyż ledwo wstała od porannych modlitw. Na widok dziecka bujanego na rękach pokręciła głową i wska- zała palcem na kołyskę. Skarcona piastunka położyła dziecię do sosnowej skrzynki przyozdobionej u wezgłowia prostym krzyżykiem nadającym jej wygląd małej trumienki, jednak nawet delikatny dotyk bobrzych i gronostajowych futerek oraz ciepło czerwonego kocyka nie przyniosły Bolusiowi ukojenia. Rodzica zbliżyła dłoń do czer- wonej od płaczu twarzyczki i lodowatym kciukiem nakreśliła znak krzyża na dziecięcym czole. I ta pieszczota na nic się zdała, zatem Grzymisława przysiadła na zydlu, otworzyła książeczkę i zaśpiewała Venite exsultemus, starając się przekrzyczeć księ- cia. Ale choć ta piękna pieśń mówiła o chwale Boga Ojca, to maleńki xiądz nie znalazł w niej pocieszenia. Nie pomógł rów- nież Pater noster, jakby to zdolne dziecię już znało lingua latina i na wzmiankę o tacie w tym większą wpadało rozpacz. Do- piero gdy rodzica przywołała z pamięci słowa planktu na śmierć pierwszego Bolesława zwanego Sławnym i wyśpiewała je smut- nym głosem, berbeć zaczął się wyciszać i w końcu zamilkł, gdy w zimnej izbie rozległy się słowa stosowne do okazji: Wy, matrony, swe korony rzućcie niepotrzebne! W kąt schowajcie stroje cenne, złociste y srebrne W suknie strójcie się włosienne, żałosne y zgrzebne!1 1 Fragment Pieśni o śmierci Bolesława autorstwa tak zwanego Galla Anonima w tłumaCzeniu Józefa Birkenmajera z drobnymi zmianami językowymi. Gall Anonim, Kronika polska, Wrocław 2003, s. 38. Matka pokiwała głową, zadowolona z siebie, choć to raczej mnie winna dziękować za wyciszenie syna, bowiem ukaza- łem mu swe promieniujące oblicze, uśmiechnąłem się do niego i wyszeptałem, że żałość spełniła już swoje zadanie: obwieściła śmierć Lestka Piasta i od teraz to inni zajmą się lamentami. Oddech dziecka zwolnił, łzy osuszył wiatr dostający się przez szpary w okiennicach, a piąstki się rozluźniły. Mały dux włożył rączkę do buzi i zasnął. Mrugnąłem i przeniosłem się na dach kościoła Świętego Mi- chała wzniesionego w obrębie wawelskiego grodu. Lubię dachy świętych przybytków. Niegdyś zdarzało mi się przesiadywać na zikkuratach, bożnicach i meczetach, a szczególnie wygodnie stróżowało mi się na Akropolu, Panteonie i oczywiście na wie- życzkach świątyni Salomona. W Lechii miałem do wyboru ko- legiaty, bazyliki, kaplice i rotundy w liczbie wcale nie małej. Na samym wzgórzu wawelskim odpowiadało mi siedem dachów, a łącznie z najbliższą okolicą grodu było tutaj dwadzieścia osiem przybytków Pana Krysta. Przykucnąłem na kalenicy, skąd miałem widok na cały gród otoczony ziemno-drewnianym wałem i na Otok, to jest obwa- rowane podgrodzie, gdzie zamieszkiwali włodycy, duchowni i kupcy. Dalej leżały osady wolnych kmieci i wsie służebników, a między sadybami wiły się Wisła, Rudawa i Prądnik zasilane dziesiątkami potoków i strumieni. Nurty rzek napędzały roz- liczne koła młyńskie, a jeziorka i połączone kanałami stawy tworzyły raj dla rybaków i wędkarzy. Niemal u stóp Wawelu znajdowała się wyspa, a na niej wieś Bawół z łąkami do wypasu bydła, garbarniami, rzeźniami i jatkami. Wrony przesiadywały na Bagnach Żabiego Kruka, gdzie gniły szczątki draco, a pieczę nad tym, aby przeklęty ten całożerca nie powstał z martwych, sprawowali Michał i Jerzy, którym wzniesiono kościoły na wa- welskim wzgórzu. Aż po horyzont rozciągały się żyzne pola, teraz przykryte lekką warstwą śniegu, oraz lasy i strzeliste góry, gdyż zaprawdę był to kraj rozległy i bogaty. Dostrzegłem rycerza na spienionym koniu, który gnał wi- ślańskim gościńcem. Potrącił zagrodnika niosącego chrust, roz- gonił stado kaczek i dopadł do południowej bramy. Strażnicy rozstąpili się przed nim, a ten popędził dalej, pod górkę, aż do samego palatium, gdzie zsiadł z konia. Znałem już wieści, które przywiózł, a teraz, po trzech dniach od napadu żałości małego Bolesława, poznali je wszyscy. Książę Lestek został zamordo- wany. Dobre mam ucho, więc nie musiałem opuszczać kalenicy, by usłyszeć poruszenie przechodzące w pomruk gniewu i płacz. Wkrótce lament zaczął się rozchodzić po całym Krakowie, ni- czym zaraza, i nie zatrzymały go wały ani śnieżyce, gdyż rychło dotarł do okolicznych grodów i wsi. Cztery razy opuściłem i uniosłem me piękne powieki i cztery dni minęły. Zobaczyłem zbliżający się do stolicy Małej Polski pochód, a w jego centrum otwarty wóz ciągnięty przez cztery przystrojone czarnym suknem konie, na którym leżało ciało princepsa Lestka. Z grodu wyszła druga procesja złożona z rze- szy duchownych, możnych i rycerzy w błyszczących pancerzach, prowadzona przez bosą Grzymisławę w zgrzebnej sukni. Du- cissa nie roniła łez, raczej złościła się na pana męża, że zostawił ją na pastwę wrogów, choć wcale nie samą, gdyż nawet teraz miała ze sobą dziecię, przyszłego pana tych ziem, które trzy- mała za rączkę. Mój gospodzin szedł pewnie jak na wiek ledwo przekraczający roczek, a w przeciwieństwie do matki nie nosił żałobnych szat ani sukni dziecięcej, tylko strój iście królewski, na który składały się buciki z cielęcej skóry, spodenki z wełny, lniana tunika wyszywana złotą nicią i purpurowy płaszczyk z gronostajowym kołnierzem. Cały ten przepych miał dobitnie pokazać poddanym, że dla Bolusia skończyło się dzieciństwo, a pod jego rządami dla dzielnicy nadejdą nowe, lepsze czasy. Mały książę, cierpiący z powodu ojcowskiej lekkomyślności, potknął się trzy razy, ale dzięki mocnemu uściskowi matczynej ręki ani razu nie upadł. Także on nie płakał, gdyż ja, Piękny Młodzieniec, szedłem obok niego i zapewniałem uśmiechem, że wszystko będzie dobrze. Oba pochody spotykały się na gościńcu, pięćset kroków od umocnień grodu, w tym samym miejscu, gdzie wiele lat temu, przy zaślubinach książęcej pary, odbyło się inne ceremonialne powitanie, tyle że wtedy to Lestek wychodził po Grzymisławę, no i był lekko pijany, a nie martwy. Księżna dotarła do wozu wyścielonego złotogłowiem, barwnymi suknami i marami, na których spoczywał okryty całunem xiądz. Uchyliła tkaninę, sięgnęła po dłoń małżonka, z trudem uniosła ją do ust i pocałowała. Po tej pieszczocie na powrót zakryła ciało i posadziła Bolesława na wozie, słusznie się lękając, że ten mały książę mógłby jednak nie dojść o własnych siłach do grodu i marudzeniem zburzyć mir o swojej przedwczesnej dojrzałości. Wdowa stanęła obok wozu i na jej rozkaz połączone grupy ruszyły ku grodowi. Rozpoczęły się egzekwie. Kondukt żałobny poprowadziła książęca drużyna, czyli dwudziestu konnych pancernych, którzy groty włóczni trzymali wysoko, a głowy nisko, albowiem zawie- dli w godzinie próby i nie ochronili księcia. Dalej ciągnęli wo- jacy w czerni, a za nimi chorążowie wymachujący umieszonymi na włóczniach proporcami. Wśród znaków podległych księciu ziem i signa militaria przybyłych na pogrzeb rycerzy znalazły się gołębie, gryfy, pawie i orły piastowskie ze zdartym dziobem i skrzydłami zaciśniętymi w pięści, lwy stojące na dwóch łapach, półksiężyce z krzyżykiem, dach katedry i wizerunek Świętego Wojciecha, a na jednym z proporców widniała prawica Opatrz- ności przypominająca dłoń Pięknego Młodzieńca. Za swymi włodykami na białym rumaku jechał dux Lestek Kazimierzowic, choć oszukańczy, bo wcielał się w niego Kle- mens z Ruszczy, przystrojony jak princeps Poloniae w książęcą kolczugę, tunikę i hełm stożkowy z wachlarzem pawich piór. Po śladach kopyt pozostawionych w lekko zaśnieżonym błocie szli mężowie ze świecami, mnisi, zakonnice i kanonicy we wro- nich barwach, którzy śpiewali pieśni żałobne i łzami obmywali trakt dla wozu pogrzebowego. Spoczywali na nim dwaj moi panowie, poprzedni i obecny, oraz Ja, Piękny Młodzieniec, ku- cający za malcem i głaskający go po główce, ażeby go zapewnić o swoim nad nim czuwaniu. Gdy koło wozu najechało na ka- mień, cała nasza trójca podskoczyła, wzbudzając lęk, ale też, ku memu oburzeniu, nieśmiałe uśmiechy na gębach niektórych włodyków, rzemieślników, kmieci i służebników, co to tworzyli stale rosnącą ciżbę snującą się za pojazdem. Procesja dotarła do bramy Otoku i ruszyła do podgrodzia, gdzie czekał kolejny legion żałobników. Na widok ciała ukocha- nego xiędza niewiasty zapłakały i zaczęły lamentować z taką mocą, że rwały sobie włosy z głowy i rozdrapywały twarze, mężowie zaś padli na kolana i jęli rozdziewać szaty, a rozpacz jednych i dru- gich stała się jeszcze okazalsza, gdy z szeregu dworzan wystąpiło dwóch mężczyzn z misami wypełnionymi monetami i cisnęło denarami pod nogi najgorliwszych żałobników. Trasa pochodu wiodła od kościoła do kościoła, a wóz zatrzymywał się przy każ- dym z nich. Wdowa wraz z innymi wiernymi modliła się u wrót świątyni, zaś po skończeniu pacierzy dworzanie ściągali z wozu po- grzebowego drogocenne sukna i składali je na ręce duchownych. Tłum dotarł w końcu do bramy wawelskiego grodu, przez którą przepuszczono już tylko niewielką część żałobników. Nie- boszczyk został ściągnięty z wozu i dalej poniesiono go marach. I ja więc opuściłem gniazdko uwite w złotogłowiach i ruszyłem pieszo obok księżnej wdowy, trzymając mego Bolusia za rączkę, a nasze uszy zalała nowa fala śpiewów i lamentów dobywających się z gardeł książęcych ciurów, dworzan i stróżów. Cała nasza trójca weszła do palatium z garstką duchownych i rycerzy nio- sących swego poległego pana. Złożyli oni mary z ciałem xiędza Lestka na środku sali głównej, gdzie jeszcze niedawno zasiadał na tronie i przyjmował gości. Nastał pusty wieczór, a po nim pusta noc. Reszta żałobnych katuszy została memu gospodzinowi oszczę- dzona. Boluś został odprawiony na górę, do izby tuż nad salą główną. Po jego policzku spłynęła łza, gdyż służba wyniosła ko- łyskę, a wniosła twarde łoże. Z matczynego rozkazu skończyły się dla niego wygody dzieciństwa. Wychodzący ciura zdmuch- nął świecę i zamknął drzwi. Zostaliśmy sami. Malec położył się do łóżka, nakrył niedźwiedzią skórą i skulił się, drżąc z zimna i smutku. Pogłaskałem go po główce i by pomóc mu zasnąć, po- cząłem opowiadać, co działo się pod nami. Pan ojciec leżał na wznak na wyścielonych drogimi suknami marach. Nie przykrywał go już całun, toteż wszyscy mogli oglą- dać jego blade wargi, zapadnięte policzki, długie, rozścielone na poduszce jasne włosy i zamknięte aż do Sądu Ostatecznego oczy. Dux do snu wiecznego odziany został w wyszywaną zło- tem tunikę i podszyty adamaszkiem płaszcz z grubego sukna karmazynowego. U stóp położono mu rycerskie ostrogi, przy głowie książęcy diadem, a w złożone na piersi dłonie włożono rękojeść obnażonego miecza, którego sztych sięgał niemal ko- lan. Wokół mar ustawiono dwanaście wysokich świec łojowych, a ich blask odbijał się od surowych, kamiennych ścian palatium. Dym z palonych kadzideł wzmagał panujący w pomieszcze- niu półmrok, ale zabijał też fetor kilkudniowych zwłok. Mimo grudniowej nocy i pierwszego śniegu za oknami w sali nie było wcale zimno, bowiem pod posadzką, w umyślnie zbudowanym pomieszczeniu grzewczym, rozpalono piece, które przez ka- naliki i szpary w kamieniach rozprowadzały gorące powietrze w komnacie głównej. „Gdy kota nie ma, myszy harcują” – tak się niegdyś mówiło albo mówić będzie, a w tym wypadku należałoby rzec: „Gdy książę umrze, poddani spiskują”. W Wielkiej Sali panował ża- łobny nastrój, głosy modlitw nie cichły nawet na chwilę, mimo to słyszałem szepty i widziałem gesty, które nie miały nic wspól- nego z pobożnością. Przelotne uśmiechy, fałszywe ukłony i po- rozumiewawcze muśnięcia dłoni. Poznałem wstrętne knowania żałobników, ich udawaną życzliwość wobec mojego gospodzina. Pozornie pragnęli roztoczyć opiekę nad maleńkim Panem Kra- kowa, cały czas jednak zerkali na puste książęce krzesło stojące przy wschodniej ścianie komnaty. Na razie kości w swej dłoni trzymała Grzymisława. Niewia- sta przywdziała strój skromny, ale tytuł wielki, słudzy zwali ją bowiem ductrix Cracoviae et Sandomiriae albo ducissa Poloniae, to jest księżną całej Polski. Władczyni nawet na krok nie odstępo- wała mar, przypominając obecnym, jak ważną funkcję pełniła u boku swego umiłowanego Lestka, a przy swych bokach miała uczonego biskupa Iwo Odrowąża, przewodniczącego w mo- dłach, oraz wojewodę Marka z rodu Gryfitów. Jakżeby obaj chcieli być ojcami dla mojego gospodzina i pomóc matce w jego wychowaniu. Sprawiedliwy byłby to triumwirat i z pewnością lepiej by się skończył niż ten z udziałem Juliusza Cezara, mego dawnego podopiecznego. Inni szeptali jednak: „Nie godzi się, aby obcy sprawowali pie- czę nad tym dzieciątkiem, skoro tak wielką ma rodzinę”. Albo: „Piastowie dbają o swoich”, a mówiąc to, nawet nie okazywali wstydu, choć przecie jeden z nich leżał właśnie ubity i niepo- mszczony. Najdosadniejsze żądania wysuwał Konrad, książę ziemi ma- zowieckiej i brat zmarłego Lestka, choć nie czynił tego osobi- ście, tylko przez swego syna Kazimierza. Szesnastoletni Kaziu niedawno został pasowany, więc teraz pysznił się ostrogami, rycerskim pasem, błyszczącą kolczugą oraz haftowaną tuniką i z właściwą swemu wiekowi głupotą mienił się równym wszyst- kim piastowskim władcom. Jeszcze przed egzekwiami ogłosił, że jego wielki ojciec wypełni narzucony mu przez tradycję obo- wiązek i weźmie w opiekę tak bratową, jak i bratanka, sam zaś Kaziu z najwyższą przyjemnością nauczy maleńkiego kuzyna rycerskiego rzemiosła. Podczas czuwania przy marach próbo- wał płakać po męsku, to znaczy rzewnie, ale przy zachowaniu zaciętego wyrazu twarzy i wyprostowanej sylwetki, żeby wyglą- dać na duxa litościwego, lecz dumnego. Nikt nie dał się nabrać na tę pozę. Wybiegam myślami w przód i widzę go na uczcie pogrzebowej, jak krzyczy, że on i jego ojciec pomszczą śmierć Lestka i ubiją zdradzieckiego Świętopełka, samozwańczego księcia Pomorza. Mówi jednak o tym tak głośno i tak często, że nikt nie wierzy w jego słowa, a gdy w końcu wpada pod stół napity winem, uznaje się te obietnice za pijackie przechwałki. Ponownie ojcem chciałby też zostać Henryk ze Śląska zwany Brodatym, który przydomek zawdzięczał okazałemu zarostowi noszonemu wbrew przyjętej modzie na gładkie lica. I ten dux swoich dobrych chęci nie przybył głosić osobiście, bowiem ra- niony został pod przeklętą Gąsawą, a uszedł żywy tylko dzięki dzielnemu Peregrynowi, który własnym ciałem osłonił swego pana przed mieczami wrogów. Stary lis wysłał w swoim zastęp- stwie syna Henryka, pobożnego księcia o wielu cnotach, który do małopolskich wielmożów zalecał się dyskretnie, a głównie to się modlił, samą swoją obecnością przypominając zebranym, że Wrocław leży niedaleko Krakowa, i jeszcze głośno śpiewał, gorliwie powtarzając słowa psalmów intonowanych przez bi- skupa Iwo i księżnę wdowę, jakby zapowiadał, że gdy nadejdzie pora, Henrykowie przemówią jednym głosem z krakowskimi dostojnikami i duchownymi. Obaj ci panowie musieli się jednak liczyć z ojcowskimi dąże- niami Władysława o nogach cienkich jak cisowe laski, włada- jącego Wielką Polską. Czego stary, bezdzietny Piast własnym lędźwiami dokonać nie potrafił, chciał uzyskać układami, i to czynionymi ze znacznej odległości. Od obecności na pogrzebie wymówił się waśnią ze swoim bratankiem Odonicem, który od lat nastawał na jego życie i z nim wojował. Na Wawelu przyjęto takie wytłumaczenie ze zrozumieniem, albowiem i tutaj znano łotrostwa Władysława Odonica, tego wściekłego psa podejrze- wanego o udział albo i zorganizowanie obławy na xiędza Lestka, co potwierdzał Władysław Laskonogi. Na uroczystościach po- grzebowych praw pana Wielkopolski strzegł więc biskup Paweł z Poznania. I w Gąsowie zastępował on księcia, a przed laty świadkował przy układzie między Władysławem i Lestkiem, na mocy którego w wypadku śmierci jednego z sygnatariuszy jego ziemię przejmie ten drugi. Obaj książęta nie mieli wtedy sy- nów, więc takie zabezpieczenie dzielnic wydawało się roztropne. W palatium, czuwając przy zwłokach, duchowny przypominał o tym porozumieniu, jednak dyskretnie. Przechadzał się po sali i z każdym żałobnikiem, nawet tym najmniejszym, modlił się i pocieszał go słowami, że Pan Kryst nie zapomni o krakow- skich duszach i ześle im anioła, by strzegł ich grodu. Nie musiał zdradzać imienia tego zbawcy, bowiem wszyscy wiedzieli, komu biskup dochowuje wierności. I wszyscy śpiewali, modlili się i knuli w półmroku, za nic mając smród bijący od ciała i słabą poświatę brzasku. Wróci- łem do mojego gospodzina, gdyż jeszcze sporo czasu miało mi- nąć, nim krakowscy panowie wybiorą Bolusiowi nowego ojca. Przysiadłem na belce przy suficie i spojrzałem na wiercącego się w łóżku malca. Byłem tym, który czuwa i nigdy nie zaśnie. Grudzień roku Pańskiego 1230 marzec roku Pańskiego 1231 Raba leniwie płynęła między wzgórzami, niosąc nurtem cienkie kry i gałęzie połamane we wczorajszej wichurze. Ciepły wiatr spod gór roztopił pierwsze śniegi i drogi znów pokryły się błotem. Powietrze było rześkie i przyjemne, zupełnie jakby powróciła jesień. Świętek nadepnął na starego kasztana ukrytego pod płaszczy- kiem wyschniętych liści. Syknął z bólu i zamiast kroku wykonał nieporadny skok na jednej nodze. – Sam lepiej uważaj – ostrzegł brata, który szedł obok niego, a teraz śmiał się do rozpuku. Wyszli spomiędzy drzew i ruszyli koleiną odciśniętą na ścieżce przez wozy. Ciepłe błoto stanowiło miłą odmianę od kamieni i jesiennych pozostałości ukrytych pod liśćmi. Świętek niósł dwa zaostrzone kije, które nazywał włóczniami. Miał już dziewięć lat, co w jego oczach czyniło go niemal dorosłym myśliwym, a właściwie rybakiem, jako że szli polować na ryby. Jego pię- cioletni brat Falik dźwigał na plecach wiklinowy kosz, niemal równie wysoki jak sam chłopiec. Zwykle o poranku nad rzeką roiło się od mieszkańców wioski, którzy przychodzili po wodę, przyganiali krowy do wodopoju, a ostatnio głównie łowili łososie. Kilka tygodni temu zaczęło się tarło, mające według zapewnień starych kmieci potrwać jeszcze do początku przyszłego roku, ale też niebawem mógł nadejść siarczysty mróz i skuć rzekę lodem, przeto niewiele pozostawało czasu, by nałowić ryb i uwędzić je na zimę. Mimo to nad rzekę przyszła ledwo garstka chłopów. Wszystkiemu winna była nie- dziela i plebanus Piotr, który nawoływał z mównicy, że w tym świętym dniu nie lza działać, jeno nawiedzać świątynię. Jeszcze nie tak dawno nikt w okolicy do żadnego kościoła nie chodził, lecz trzy lata temu z Krakowa przyjechał duchowny Piotr i po- wołując się na biskupa oraz xiędza Wawelu, zajął przy pomocy stróżów najlepszą ziemię nieopodal wioski i rozpoczął budowę drewnianego kościółka. A potem zażądał, by ludzie łożyli na jego utrzymanie. Tak oto Myslenicze stały się w dolinie Raby ostoją prawdziwej wiary. Nie żeby wcześniej tutejsi chłopi nie byli krze- ścijanami – nie to co te pogańce z Kurosęk, nadal oddające cześć demonom Welesa. Okoliczna ludność od lat wierzyła w Pana Krysta, dziatwy kąpała w świętej wodzie, a raz do roku wysłu- chiwała mszy odprawianej w kapliczce pod lasem przez mnicha wysłanego z Krakowa. Taka pobożność wszystkim odpowiadała, ale cóż mogli zrobić, skoro pleban przy wsparciu stróżów księcia uparł się, by wiarę okazywać przynajmniej raz w tygodniu, a nie tylko od święta? Pogodzono się z nowymi zwyczajami, tak jak i z tym, że odtąd część podymnego oddawano nie urzędnikom duxa, tylko duchownemu. Znaleźli się oczywiście i tacy, którzy za nic mieli sobie napominania Piotra, ale ich liczba malała, gdyż duchowny zaczął uważnie przyglądać się wiernym i na głos wymieniać nieobecnych. Nikt nie lubił być wytykany palcami, więc większość uznała, że jeden dzień odpoczynku w tygodniu nie jest wcale zły. Świętek wiedział, że przyjdzie mu zapłacić za grzech. Znał się dobrze z kijem Piotra, gdyż z polecenia matki uczył się u duchownego czytać i pisać w lingua latina. Szło mu dobrze i w zasadzie jako jeden z nielicznych rozumiał, co święty mąż czyta podczas nabożeństw. Jego nieobecność na pewno pozosta- nie zauważona, albowiem w zamian za naukę usługiwał nie tylko w chałupie Piotra, ale też podczas mszy. Smaczna ryba i dobra przygoda warte były jednak obitego tyłka. Falik zatrzymał się w miejscu, gdzie zwykle łowili ryby, ale Świętek nakazał iść dalej, bowiem usadowił się tu już jeden ob- wieś, któremu woleli nie wchodzić w drogę, a poza tym starszy brat przeczuwał, że większe sztuki przyczaiły się w górze rzeki. Tam unikać należało stróżów z brony, sprawujących pieczę nad długim pasem zasieków przecinających ukosem całą rzeczną dolinę. Umocnienia strzegły traktu handlowego wzdłuż Raby, a według samych zbrojnych stanowiły również rzeczywistą gra- nicę całego księstwa, które co prawda rozciągało się dalej na po- łudnie, ale poza kilkoma sadybami w dolinie rzeki tamtejszą dzicz zamieszkiwali jedynie leśni ludzie, utopce i rusałki. Stróże też lubili ryby i mieli prawo zabierać każdemu kmieciowi część połowu, więc nieprzepadający za dzieleniem się Świętek wybrał miejsce tuż przed zakolem rzeki, przy wierzbach, których gałęzie wystawały daleko za brzeg i osłaniały przed oczami wścibskich. Odłożyli tobołki, zrzucili kapoty, ściągnęli gacie i w samych koszulach oraz założonych na głowy kapturach weszli do rzeki. Lodowata woda starszemu z braci sięgała do ud, a młodszemu do pasa. Nikt nie wytrzymałby w niej długo, przeto należało się śpieszyć. Falik zanurzył kosz, ustawiwszy go otworem na nurt, a Świętek stanął bokiem dwa kroki przed bratem, zagradzając ry- bom dostęp do środka rzeki. Wbił jedną włócznię w dno, drugą mocno ścisnął w rękach, wziął zamach i znieruchomiał. Czekali. Pierwsza ryba okazała się dla nich za duża, więc nawet nie próbowali jej pochwycić. Druga była niemal o połowę mniejsza, czyli dla nich w sam raz. Świętek poczekał, aż łosoś znajdzie się przy jego nodze, i pchnął zaostrzonym kijem. Włócznia musnęła łuski i wbiła się w dno, a spłoszony łosoś pognał przed siebie, gdzie czekała na niego wiklinowa pułapka. Wpłynął do środka, ale nim Falik zdążył zawinąć wielkim koszem, zwinne stwo- rzenie pierzchło, uderzając chłopca ogonem i go przewracając. Świętek pomógł wstać dławiącemu się wodą bratu i wychowaw- czo trzepnął go prawicą po głowie. – Rozszerz se kulasy, ugnij je y stój pewnie. Nie marnuj mo- jego trudu! Falik kiwnął głową i zrobił, co mu nakazano. Kolejna ryba była jeszcze mniejsza, choć wciąż dosyć słusz- nych rozmiarów. Tym razem Świętek trafił zaostrzonym kijem prosto w grzbiet i omal nie stracił broni, gdy rzeczny potwór szarpnął się do przodu. – Teraz, szybko! Szamocząca się ryba wpłynęła do nadstawionego kosza. Świę- tek, trzymając jedną ręką włócznię, chwycił za wiklinowe ucho i pomógł bratu podnieść pułapkę, a potem wytaszczyć ją na brzeg. Bestia, która wypełniała prawie cały kosz, miotała się, walcząc o życie, i zdołała nawet ugryźć dłoń młodszego z braci, ale niezbyt głęboko, więc chłopiec ani nie pisnął. Przechylili kosz, wyrzuca- jąc łososia na kamienie, a Falik podniósł głaz i się zamachnął, by zmiażdżyć męczącemu się stworzeniu głowę. Powstrzymał go brat. – Zostaw. Niech se dygocze. Inaczej nie ugotujemy zupy z głów. Falik posłuchał, jak zawsze, i razem patrzyli na wielkiego rzecznego drapieżnika, który wyłupiał oczy, ruszał skrzelami i otwierał pyszczek, jakby chciał na nich krzyczeć. Gdy w końcu przestał się ruszać, Świętek odszukał w tobołku nóż rano podwę- dzony matce, kucnął przy łososiu i rozciął mu brzuch. Szybko go wypatroszył, nie zważając na krew tryskającą mu na prze- dramiona, a gdy skończył, odszukał we wnętrznościach pęcherz i cisnął nim w brata. Pocisk trafił wprost w twarz Falika i spadł na kamienie. Buzia malucha przybrała gniewny wyraz, który za- raz ustąpił miejsca czystej dziecięcej radości. Chłopiec podniósł pęcherz i wycelował w Świętka. Przez jakiś czas obrzucali się rybimi płetwami i wnętrzno- ściami, piszcząc i się śmiejąc, aż w końcu im się znudziło i zzia- jani usiedli na kamieniach. – Rozpalmy ognisko – oznajmił Świętek, spoglądając na swoje zsiniałe z zimna stopy. Gdy ogień zapłonął, starszy brat wyciął dwa kawałki łososia i ułożył je na płaskim kamieniu tuż przy płomieniach. Obaj byli głodni, bo wyszli z domu bez śniadania, więc gdy ryba trochę się podgrzała, zjedli ją ze smakiem, grzejąc nogi przy żarze. – Złapiemy kolejną? – zapytał Świętek, gdy już sobie pojedli, a stopy zaczęły ich swędzieć od gorąca. Falik przytaknął. Tym razem też im się poszczęściło. Pojmali duży okaz, a że wię- cej niż dwóch ryb i tak by nie unieśli, ogrzali się ponownie przy ognisku, ubrali, dźwignęli wspólnie kosz i ruszyli do domu. Zboczyli ze ścieżki i weszli w las, aby sprawdzić zastawione rano siatki na wiewiórki. Złapały się dwie rude kity. Ukręcili stworzonkom łebki i wrzucili je do worka. Zawsze to jakaś od- miana od ryb, którymi się zajadali od miesiąca. Skórki i ogony sprzedadzą ludziom podłowczego, który co prawda zawsze ich napominał, że tylko on, jako urzędnik duxa, ma prawo polować w okolicznych lasach, ale uczciwie płacił miodem za dostarczany mu towar. Po południu dotarli do osady. Myslenicze leżały u stóp góry, której północne i wschodnie zbocza zostały wykarczowane za cza- sów pradziada Myślimira, a zachodni kraniec wzniesienia łączył się z gęstym borem ciągnącym się aż do samych Węgier. Miej- scowi z dawien dawna nazywali to wzniesienie Dębową Górą, ale w ostatnich latach nazwa została przechrzczona na Górę Plebana, ponieważ duchowny przejął część pól oraz łąk na jego wschod- nim zboczu. Minęła już pora mszy, więc drewniany kościółek świecił pust- kami. W pobliżu nie kręcił się też pleban, który o tej porze zwykł spacerować między drzewami i śpiewać głośno psalmy, przypominając próżniakom o niedopełnieniu obowiązku conie- dzielnego nawiedzenia świątyni. W ogóle na biegnącym przez środek wioski trakcie panował zadziwiający spokój. Świętek przyśpieszył, widząc, że ludzie gromadzili się wokół jednego z domów. Ich domu. Falik chciał się wyrwać do przodu, jednak starszy brat chwycił go za ramię. On też najchętniej pobiegłby do chałupy, ale nie mogli sobie pozwolić na porzucenie kosza ze zdobyczą. I tak już dwa psy szły za nimi i wywieszały jęzory, wyczuwając rybi tłuszcz. Przy domu ciżba rozstąpiła się przed braćmi, jakby nie- śli w koszu morowe powietrze. Zastali otwarte drzwi. Zeszli po schodkach wydrążonych w pniu sosny i znaleźli się wewnątrz ciasnej półziemianki, obecnie wypełnionej dziesięciorgiem lu- dzi. Położyli kosz w kącie izby i zaczęli się przepychać między chłopami. Ci przepuszczali ich bez słowa, więc w końcu dotarli do przylegającej do ściany ławy, na której zwykli spać we trójkę, a na której teraz leżała tylko ich matka. Nie ruszała się. Padli przed nią na kolana. Świętek pogładził dłonią matczyny policzek, chcąc ją obudzić, a Falik od razu spróbował, na co się zdadzą dziecięce łzy. Ciało rodzicy pozostało zimne i sine. – Wstawaj, matulu – szepnął Świętek, dokonując rozpaczliwej próby wskrzeszenia. Matka już wcześniej została stosownie ułożona. Spoczywała na wznak z zamkniętymi oczyma, wygładzoną suknią, w drew- niakach i z małą łojową świeczką wetkniętą w złożone dłonie. Łkanie brata i własny żal, który ściskał gardło i przynosił otę- pienie, utrudniały Świętkowi zrozumienie słów, które krążyły po izbie w postaci plotek, wyjaśnień i podejrzeń, w końcu jednak zdania zaczęły układać się w obraz wyjaśniający przebieg wyda- rzeń. Kobietę około południa znaleźli wracający z mszy sąsiedzi. Leżała przed domem z igłą, nitką i podartą dziecięcą koszulą w dłoniach, a tuż obok jej nogi znajdował się drewniany ko- nik. To o niego miała się poślizgnąć i rozbić sobie głowę. Na jej skroni widać było strup zakrzepłej krwi. – Pan Kryst łaskaw jest wobec owiec, które posłusznie kroczą u jego boku. Świętek dopiero teraz dojrzał stojącego nieopodal matki ple- bana Piotra. Wysoki mężczyzna o czarnych włosach i grubych, zrośniętych ze sobą brwiach przyglądał się mu z surową miną i wskazywał go palcem. – Tych zaś, którzy odrzucają Boże towarzystwo, gdyż wolą nurzać się w rozrywce, skazuje na żywot pełen łez! Patrzcie, jaka dola spotkała tych młodych grzeszników. Pogwałcili dzień Pański, y to w adventusie, kiedy trza się gotować na nadejście bo- żego gospodzina! Kara surowa, lecz sprawiedliwa, wszak y matki w kościele od dwóch niedziel nie widziałem! Wszyscy wiemy, że to synowie swym zachowaniem ciągle pracy jej przydawali. To na nich więc spada odpowiedzialność za jej niedawne grzechy y śmierć! Chłopak poczuł na sobie spojrzenia sąsiadów i choć na twa- rzach niektórych znalazł więcej współczucia niż potępienia, to wszyscy wydali mu się obcy. Chciał zapłakać, jak wypadało, paść plebanowi do stóp i błagać go o odpuszczenie grzechów, ale widać zło opętało go na dobre, gdyż poczuł rosnącą złość, która wypaliła mu łzy, wyprostowała plecy i zesłała butę. Nie poj- mował, dlaczego pleban smaga go takimi okrutnymi słowami. Spojrzał hardo na duchownego. – Ryba była przeznaczona na stół pana plebana – skłamał. Za kolejny grzech został ukarany siarczystym policzkiem. – Matkę opłakuj, bękarcie diabła! Tylko łzami zdołasz wy- jednać u Boga jej zbawienie. „Czyżby duchowny miał rację?” Matka była zdrowa i nigdy nie chorowała, a ludzie mówili, że tak po prostu potknęła się o drewnianą zabawkę i od razu umarła. Może się mylili i to serce jej pękło z żalu albo jakiej choroby? Konik należał jednak do Świętka i to on nie schował go do skrzyni, on też rozdarł koszulę i dał matce do zacerowania i w końcu to on wyciągnął brata na ryby i odciągnął go od nabożeństwa w kościele. On. Wszystkiemu winien był on. Mimo to wciąż nie potrafił zrozu- mieć bezmiaru Bożego okrucieństwa, nie pojmował, czemu Pan tak srogo karze go za występki. Spuścił głowę. Jego brat nadal płakał, ale chyba jeszcze nie zdawał sobie sprawy, jak zmieni się ich życie. Zostali sami na świecie. Dziadek zmarł w zeszłym roku, a ojca nie znali. Fa- lik jeszcze nawet nie wiedział, co znaczy słowo bękart, którym czasem ich przezywano. Kolejne dni były udręką. Pochowali matkę na nowym cmentarzu obok kościoła. Urzą- dzono skromny pogrzeb pozbawiony tryzny, albowiem pleban nie godził się, by śmierci towarzyszyły zabawy w maskach, pijań- stwo i zawody zapaśnicze. Zresztą w całych egzekwiach uczest- niczyła tylko garstka sąsiadów, a w kondukcie pogrzebowym więcej szło wyjących psów niż żałobników. Potem stracili dom. Zjawił się u nich Hycko, najbogatszy kmieć wioski, a zarazem jej sołtys, i oznajmił, że chałupa nigdy nie nale- żała do nich, jedynie użyczano ją ich dziadkowi w zamian za jego pracę na roli. Hycko i tak okazał łaskawość, że nie upomniał się o swoją własność w zeszłym roku, gdy ich dziadek umarł i zostawił córkę samą. Bracia mogliby co prawda uzyskać prawo do domu i do ziemi, ale wiązałoby się to z przejęciem wszystkich obowiązków dorosłego zagrodnika. „Wróćcie, gdy dorośniecie, a może oddam wam chałupę” – powiedział im na odchodnym. Latem mogliby spróbować przeżyć w lesie. Świętek umiał już tro- chę budować, więc chyba udałoby mu się postawić szałas, tyle tylko, że tuż po pogrzebie spadły śniegi i odcięły całą dolinę od świata, nawet zwierzęta musiały zejść z jesiennych pastwisk. Z pomocą przyszedł braciom pleban Piotr, który zaprosił ich do siebie, a oni się zgodzili, nie mając wyboru, choć obiecali sobie potajemnie, że to tylko czasowe rozwiązanie, a wiosną uciekną na południe, w kie- runku Węgier. Surowo karano samowolkę osadniczą, ale od czasu do czasu któryś z chłopów udawał się za bronę, gdzie można było znaleźć dobrą ziemię, i to pozbawioną ciężarów prawa książęcego. Mieszkali z duchownym w jednej chałupie, tuż przy cmen- tarzu, i nie żyło im się źle. Jedli dwa razy dziennie, nie marzli bardziej niż inni i spali blisko matki. Świętkowi często się śniła, a w snach tych zawsze miała surową minę, jakby oskarżała syna o swoją śmierć. W zamian za gościnę ciężko pracowali. No- sili drewno na opał, pilnowali paleniska, przygotowywali do- starczane przez chłopów jadło, odśnieżali wejście do kościoła, sprzątali świątynię i prali. Nigdy nie mieli czasu na łowienie ryb, bowiem w każdej wolnej chwili pleban gonił ich do nauki, zresztą smak łososia i tak im obrzydł. Uczyli się pisać i czytać z modlitewnika duchownego. Piór mieli pod dostatkiem, ale brakowało im atramentu i pergaminu, więc ich przyborami stały się kij oraz śnieżny puch. Świętek jako pojętny uczeń szybko zasłużył sobie na miano litteratus. Nawet surowy Piotr z za- dowoleniem patrzył na jego postępy i mówił, że w przyszłości może z niego być dobry clericus. Chłopak nic nie odpowiadał na te przepowiednie, choć obiecał sobie, że nigdy w życiu nie zostanie duchownym. Diabeł, który przywiódł go do grzechu i ściągnął na jego matkę nieszczęście, podpowiadał mu raczej, by został człowiekiem miecza, bluźniercą i pogańcem. Istniało prawdopodobieństwo, że w drodze ku zatraceniu potowarzyszy mu Falik, bowiem maluch zupełnie nie nadawał się do pióra. W ogóle od śmierci matki odzywał się niewiele i tylko do swo- jego brata, a podczas nauki jeno gapił się w księgę i nie powtarzał pokazywanych mu liter nawet mimo otrzymywanych razów. Kije przynajmniej oduczyły go płaczu. Zdarzało mu się co prawda łkać po nocach, kiedy wydawało mu się, że nikt nie patrzy, ale w dzień nie okazywał smutku, nawet podczas ciężkiego lania. Polubił też płomienie. Spał tak blisko pieca, że było to wręcz niebezpieczne, ale gdy ktoś chciał go odsunąć od ulubionego miejsca, to gryzł, kopał, po czym wracał jeszcze bliżej żarzących się węgli. Niekiedy wyciągał ręce tuż nad płomienie, tak że te lizały mu dłonie. Świętek zapytał raz braciszka, dlaczego robi sobie krzywdę, a on pokazał mu zaczerwienienia i bąble, z któ- rych sączyła się biała maź, po czym odparł: „Dzięki temu tam w środku boli trochę mniej”. Świętek więcej nie pytał. Trwali tak, skostniali od zimna i zmęczeni mrozami, czasem w ogóle nie wychodząc z pozbawionej okien chałupy i drze- miąc wtuleni w siebie jak górskie misie. Wybawieniem od nauki, towarzystwa plebana i nieustannego rozpamiętywania śmierci matki była wiosna. Nastała niespodziewanie, poprzedzona dwu- dniową zamiecią śnieżną, a gdy już objawiła się światu, to nie znikła jak rozkapryszona pannica, jeno została, biorąc przyrodę we władanie. Raba wezbrała od pękającego lodu i topniejących śniegów, które spływały potokami z okolicznych gór. Na drogi i ścieżki powróciło błoto, a las zaczął pachnieć świeżym igli- wiem. I pewnego marcowego dnia odwiedził ich Pan Rycerz. Dzień był tedy pogodny, tak że można było ściągnąć kaptur oraz ciężki płaszcz wełniany i chodzić w samej koszuli. Świę- tek i Falik rąbali drewno, co w zasadzie oznaczało, że ciężkim toporem robił ten pierwszy, podczas gdy malec zbierał pocięte drewienka i układał je w stos pod ścianą chałupy. Rycerz nadje- chał od zachodu, zapewne traktem górskim biegnącym po zbo- czach Ukleiny. Obok jego czarnego jak smoła konia kroczył młodzieniec niosący włócznię na ramieniu, a za nimi jechał wóz powożony przez starszego mężczyznę. Na pace jechało trzech mężczyzn o wyglądzie drabów. Rycerz przejechał przez bramę w płocie okalającym całą posiadłość plebana, minął cmentarzyk i wstrzymał konia tuż przed Świętkiem, który stał z siekierą zwróconą żeleźcem ku ziemi. Chrapy wierzchowca buchnęły gorącą parą wprost na twarz chłopaka, ale choć Świętek czuł prawdziwy strach, to się nie cofnął. Słyszał wprawdzie opowieści o Belzebubie w pięknym ciele rycerza, co to odwiedzał wioski na swoim czarnym koniu i zabierał dzieci do czeluści piekiel- nych, lecz jako starszy brat zamierzał bronić Falika. – Nie lękaj się. Nie uczynię ci krzywdy. Demon odezwał się miłym głosem, lecz to nie osłabiło podejrz- liwości chłopca. W Księgach Bożych jasno przecie stało, że Sza- tan posunie się do każdego podstępu, byle tylko zwieść grzesznika. – Kto się boi?! – krzyknął i mocniej ścisnął trzonek siekiery, by nie wypadła mu ze spoconych i lekko drżących dłoni. – Właśnie widzę, jacy z was harcownicy – odparł rycerz, próbując zachować powagę. Świętek zerknął w bok. Mały Falik wcale nie chował się za jego plecami, ale stał tuż obok niego, trzymając w rękach ogromne polano niczym jaką maczugę. – Będziemy się bronić, diable! – ostrzegł starszy z braci. – Diable? – Rycerz zaśmiał się, ale bardziej serdecznie niż zło- śliwie. – Nawet nieprzyjaciel w polu łagodniej mnie przezywa. Pleban Piotr w domu? – Nie znamy nikogo takiego. – A ciebie, chłopcze, jak zwą? – Ja jestem Wilk, a mój brat to Niedźwiedź – powiedział, przypomniawszy sobie ostrzeżenia matki, by nie zdradzać ob- cym swego imienia. – Starczy tego. Zawołajcie plebana albo posłuchacie psiej skóry. – Rycerz wskazał na bat przytwierdzony do siodła, nie pozostawiając wątpliwości, z czego został skręcony. Władczość, jaka biła z rycerza, dała chłopakowi do myślenia. Przybysz nie stosował diabelskich metod, nie mamił pokusami i wciąż nie użył siły, tylko groził i rozkazywał jak prawdziwy możny pan. Strach nieco zelżał w podrostku i pozwolił mu ujrzeć wojaka w nieco innym świetle. Rycerz nie wyglądał wcale strasznie, ale dostojnie! Nosił długi, rozcięty z przodu kaftan z wszytymi weń rzędami żelaznych pierścieni. W podobny sposób wykonano długie rękawy i kapuzę, teraz układającą się w zmyślny garbik na karku. Mąż siedział wyprostowany w masywnym drewnianym siodle o dwóch jabłkach, to jest kulach, po jednej z przodu i z tyłu. Stopy tkwiły w szerokich strzemionach, a pięty zdobiły ostrogi zakoń- czone ostrym szpikulcem. Szyku przydawał czerwony czaprak. Uwagę chłopca najmocniej przykuł miecz umocowany przy pasie rycerza. Świętek nigdy wcześniej nie widział takiej broni. Miej- scowi stróże nosili włócznie, topory i sztylety, ale żaden z nich nie mógł sobie pozwolić na zakup miecza. Podobno taki oręż posiadał sołtys, ale trzymał go w skrzyni jak największy skarb. Brzeszczot, który był własnością tajemniczego rycerza, miał okrągłą głowicę, owiniętą drutem rękojeść, prosty jelec i głownię, zapewne stalową, ale nie była to rzecz pewna, bowiem ostrze tkwiło w pochwie. – Zostaw ich! Głos dobiegł zza półziemianki, a po chwili ukazał się jego wła- ściciel, to jest pleban Piotr. Duchowny szedł od strony lasu, gdzie lubił się przechadzać przedpołudniami. W jednej ręce niósł modli- tewnik, a w drugiej sękaty kij. Rąbek jego sięgającej kostek czarnej sukni oblepiony był skorupą błota. – Zostawić? Przecie sam posłałeś do mnie gońca jeszcze przed Nowym Rokiem. – Nie po to, byś się tu zjawiał. Wystarczyło przysłać przez umyślnego trochę denarów, bym miał ich z czego utrzymać. Z tego, co dostaję od kmieci, ledwo mi starcza na świece do kościoła. – Bez nich będzie ci więc lżej. Zabieram ich ze sobą. To chyba o tę dwójkę się rozchodzi? – Rycerz machnął dłonią w kierunku braci. Pleban zajął pozycję między jeźdźcem a chłopcami. – Zostaw. Starszego wyuczę na swojego zastępcę, z młod- szego uczynię zacnego kmiecia. Niczego im nie braknie, jeśli tylko uchylisz nam trzosa. Podobno cię stać. Podobno umiesz się wkupić w łaski każdego władcy Krakowa. – Stać mnie y na to, by wykupić całą tę wioskę, a ciebie stąd pogonić jak bezpańskiego psa. Zejdź mi z drogi albo mój wierz- chowiec wdepcze cię w błoto. Duchowny nie cofnął się o krok, za to zasłonił się psałterzem i kijem niczym tarczą i włócznią. – Służę jeno xiędzu Nieba y tylko przed jego gniewem zgi- nam kark. Musisz wiedzieć, że przez ostatnie trzy lata żyłem z matką tych chłopców jak z własną żoną. Rycerz powoli zdjął skórzane rękawice, ułożył je przed sobą na siodle, po czym przeczesał bujnego, równo przystrzyżonego wąsa o barwie słomy i podrapał się po łysinie. – Doszły mnie takowe pogłoski, jednak te zuchy mają więcej niż trzy lata, więc nie masz do nich praw. Jeszcze nim się tu osie- dliłeś, słałem ich matce monety, by miała z czego chować synów, a jej ojciec nie wydał ją za byle zagrodnika. Nic ci nie zawdzięczają. – Ino to, że byłem dla nich jako ojciec y dbałem, by wyrośli na ludzi. Przybysz zacisnął łapę na przedniej kuli siodła. Koń jakby wyczuł gniew pana, bo zarżał, potrząsnął łbem i niespokojnie przestąpił z nogi na nogę. Wojownik poklepał go po szyi. – Dostaniesz sto denarów za swój trud. – Nie potrzebuję jałmużny. – To czego chcesz, plebanie? Chłopcy jadą ze mną, to nie podlega dyskusji! – Skoro tak się upierasz, to ich sobie weź. A choć nie dbam o własne bogactwo, to nie mogę być ślepy na ubóstwo Kościoła, który jest naszą matką. Ledwośmy jesienią skończyli budować świątynię y już zabrakło nam monet na zakup ołtarza, ław y mszal- nego uposażenia. Swoją posługę muszę pełnić przy zwykłym pniaku, a krew Pana Krysta okazywać w drewnianym kubku! Świętek gorączkowo myślał. Kim jest ten człowiek? Na licho nie wyglądał, a przemawiał tak rzeczowo, jakby był przyjacielem ich zmarłej matki albo… Nawet po cichu nie śmiał tego powiedzieć. Co prawda rodzicielka rzekła mu kiedyś, że spłodził ich możny pan z Krakowa, ale była wtedy napita piwem, więc Świętek jej nie uwierzył. Może jednak rycerz przynajmniej znał ich rodzica? Ale dlaczego pleban twierdził, że ich matka była mu żoną? Zaczął się nad tym zastanawiać. Gdy matka mówiła mu, że zostawia go samego z bratem na noc, bo idzie odmawiać kompletę ze świętym Piotrem, to niekoniecznie chodziło jej o modlitwę w samotności. Wspólne wieczerze w domu duchownego też pewnie nie wyni- kały z litości męża Kościoła wobec samotnej matki. A gdy ludzie wytykali Świętka palcami i przezywali Piotrowicem, to bynaj- mniej nie kpili z tego, że podrostek jest uczniem i pomocnikiem duchownego. Nie był głupi. Już wcześniej coś podejrzewał, tylko jakoś nie mieściło mu się w głowie, że rodzica mogła zlec z takim okrutnikiem. W ostatnich tygodniach przed jej śmiercią coś mu- siało się zmienić między tą dwójką, gdyż pleban już ich tak często nie odwiedzał, a matka stroniła od kościoła. – Dobrawka leży na tym cmentarzu? – zapytał rycerz. – Przy wschodniej ścianie. Przybysz przełożył nogę przez siodło, zsiadł z konia, przeka- zał uzdę młodzieńcowi z włócznią i ruszył ku mogiłom. Na ziemi wyglądał niemal równie okazale jak w siodle, co zawdzięczał słusznej posturze i brzuchowi, a gdy kroczył w swoim ciężkim kaftanie i w butach z ostrogami, zgromadzona w kałużach woda lekko drżała. Wojak odszukał właściwy grób, po czym uklęknął i spuścił głowę. Tkwił w tej pozycji przez dwa pacierze, a Święt- kowi wydało się, że dostrzegł łzę w jego oku. Potem mężczy- zna wstał, wrócił do swojego rumaka i z powrotem go dosiadł, korzystając z pomocy giermka, który przytrzymał mu strzemię. W końcu zawyrokował: – Zostanę waszym darczyńcą przez wzgląd na moją Dobrawkę. Przyślę mojego skarbnika, który uzgodni wydatki. Chłopcy, za- bierajcie swoje rzeczy. – Czy… Czy jesteś naszym ojcem, panie? – W końcu na od- wagę zebrał się starszy z braci. – Może kiedyś będziecie się do mnie mogli tak zwracać. Na razie jestem panem Klemensem herbu Gryf z rodowymi włościami w Ruszczy, a wy jesteście moimi stajennymi. Wiecie, jak obchodzić się z końmi? – Nie, panie. – Wszystko wyjaśni wam Jędrek. Ładujcie się na wóz, bo jesz- cze dziś chcę zajechać na Wawel. Rok Pański 1228 – rok Pański 1231 Patrzyłem, jak rośnie to maleńkie dziecię. Rodzic mego umiłowanego księcia ubity został pod Gąsową i leżał w kamiennym sarkofagu w katedrze na Wawelu, ale Bolek miał już nowego ojca, brzydkiego i lubieżnego duxa Włady- sława o nogach cienkich i powykrzywianych jak leszczynowe laski. Władysław nie okazał się jednak dobrym tatką, albowiem synka swego nie leczył z melancholii, nie uczył go rycerskiego rzemiosła i nie pokazywał mu, jak łapać świerszcze na Bagnach Żabiego Kruka, co gorsza, z domu go wygnał, w łaskawości swej zezwalając, by w odległej przyszłości doń powrócił. A o wszyst- kim tym zdecydowano w Cieni. Ja też tam byłem, w trzecie nony majowe roku Pańskiego 1228, na plenum colloquium, to jest wiecu walnym pod gołą chmurką. Siedziałem w koronie dębu nad powieszoną na pniu kapliczką świętego Józefa, który niegdyś tak jak i ja był opieku- nem gospodzina, tyle że Bożego, i obaj czuwaliśmy, co możni uradzą na temat Bolusia. Na wiec w Cieni nieopodal Kalisza, przy granicy między Wielką i Małą Polską, zjechali pan woje- woda krakowski Marek Gryfita, palatyn Pakosław Awdaniec z Sandomira, Mściwój kasztelan Wiślicy i wielu jeszcze innych możnych z ziemi krakowskiej, a wszystkim im przewodził mą- dry radą biskup Iwo Odrowąż przemawiający w imieniu Kościoła i księżnej Grzymisławy, która została wraz synem na Wawelu i tam modliła się o pomyślność dla swojej dzielnicy. Pod jej nie- obecność za najważniejszego uczestnika zjazdu uznał się xiądz Wielkopolski Władysław, przez wrogów przezywany laskono- gim rozpustnikiem, który takoż przyprowadził swoich radców, dworzan i wojów, a spośród nich największym sprytem odzna- czał się biskup Paweł z Poznania. Już kilka dni wcześniej rozbito pod wioską wytworne na- mioty, tworząc jakby oddzielną miejscowość. Ileż tam wina wypito, dziewek wygrzmocono i kłótni stoczono, tego nawet ja nie zliczę, ale to właśnie w tym obozie, przy rozmaitych rozpu- stach, toczono właściwe układy. Och, jakże kupczyć potrafiły te wyrosłe na smoczym truchle krakusy, jakby gadzie złoto, wciąż spoczywające pod wawelskim wzgórzem, na wiek wieków na- pełniło ich serca chciwością. Co uradzono pokątnie, wnet ogłoszono na głównych obra- dach. Odbyły się one na niewielkim kopcu, na którego szczycie stał drewniany stolec i rósł wiekowy dąb z zawieszoną na pniu kapliczką świętego Józka, najsłynniejszego spośród wstydliwych. Na tym krześle siedział dux Władysław, a pod nim, na sto- kach kopca i dalej, na kwiecistej łące, stali możni zgodnie ze swoim starszeństwem. Przez cały dzień spierano się i godzono, aż w końcu Władziu zobowiązał się zachować krakusów w ich prawach, i to nie tylko rycerzy oraz kupców, ale i rzemieślników oraz zwykłych najemców. Nadto zapewnił, że nowych obcią- żeń i danin nakładać nie będzie, a gdyby przyszło mu na myśli nowe prawo układać, zasięgnie rady u biskupów i głów najważ- niejszych rodów, w razie zaś wojennego zagrożenia przybędzie wraz ze swymi rycerzami bronić Krakowa. Wszyscy zgodnie orzekli, że przyrzeczenia te są iusta et honesta, czyli słuszne i sprawiedliwe. Mądry Iwo Odrowąż zadbał również, by Wła- dysław ulżył w powinnościach Kościołowi i uwolnił biskupie posiadłości od nadmiernej opieki książęcego prawa. W zamian za to wszystko xiądz otrzymał zgodę na usynowienie Bolesława Lestkowica i tym oto sposobem stary władca stał się opiekunem mego gospodzina oraz całej krakowskiej dzielnicy i ogłosił się princepsem Lechii. Raz jeszcze dwie Polski stały się jedną, i to na długie lata, albowiem Boluś został spadkobiercą starego księ- cia i kiedyś miał odziedziczyć ziemie obu swoich ojców. Na razie został jednak dzierżycielem ziemi sandomirskiej i tam miał zo- stać zesłany wraz z matką, której odebrano tytuł pani Wawelu, a obwołano ducissą Sandomira. Układy zagryziono mięsiwem, zapito winem i przypieczęto- wano pijackimi uściskami, ale radosny nastrój nie potrwał długo. Ledwo Władysław zawitał do Krakowa i pogłaskał po jasnej czuprynce nowego syna, a już musiał wyjeżdżać zająć się spra- wami Wielkiej Polski, gdyż przeklęty Odonic uciekł z więzienia i wszczął nową wojnę przeciwko swemu stryjowi. Nadto Konrad dux Mazowsza nie przestał śnić o Wawelu i za nic mając usta- lenia w Cieni, zebrał armię i ruszył na południe. Grzymisława lękała się tyranii Konrada i słała listy do Wła- dysława, by wywiązał się z umów i przysłał swoich rycerzy na ra- tunek, lecz stary książę nie potrafił nawet nad swoją dzielnicą zapanować, więc doradził tylko, aby o pomoc zwrócić się do brodatego Henryka. Książę Śląska wyleczył już rany spod Gą- sawy i gotów był przekuć porażki w zwycięstwa na placu boju. Wraz ze swym synem Henrykiem zrobili zaciąg śląskich rycerzy i nadto najęli niemieckiego żołnierza, by o lechickie sprawy wal- czył. Wielka ich siła przybyła do Małopolski i przez całe lato da- wała dzielny opór grabieżcom i gwałtownikom z Mazowsza. Nie było to jednak po rycersku tak się wadzić i gonić po lasach, tedy Henrykowie umówili się z Konradem na walną bitwę pod Skałą. Siedziałem na palisadzie wzniesionego wśród skał grodu i spo- glądałem na bitwę. Starli się rycerze konni i spieszeni, wielkie pany z prostymi chłopami. Miecz przeciw tarczy, topór przeciw włóczni. Lśniące kolczugi pokrywały się błotem, a szłomy gubiły z czubów pawie pióra. Konie stawały dęba i rżały, zbrojni wyma- chiwali w żelazo przystrojonymi rękoma i krzyczeli, a nad całym tym zgiełkiem unosiły się zawołania bitewne i imiona książąt, którzy chcieli zostać opiekunami mojego gospodzina. Tego dnia wielu znakomitych rycerzy poległo, a gdy nastał zmierzch, roz- gromiony Konrad czmychnął z resztką hufca, co nie przyszło mu łatwo, albowiem na pastwę wrogów musiał zostawić ciało swego młodego syna Przemysła, ubitego przez zwykłego ciurę. Chwała zwycięstwa przypadła brodatemu Henrykowi i le- ciwy, ale wciąż silny w boju Piast został kolejnym opiekunem mojego Bolka. Ojcem go jednak nie obwołano, gdyż Władysław nie pozwolił sobie odebrać syna oraz jego włości, więc Ślązak objął we władanie Kraków jako wielkorządca Laskonogiego, a nie udzielny dux. Wieści o bitwie dotarły do Grzymisławy już nazajutrz. Pa- miętam dobrze, jak się radowała, spacerując po ogrodach Wa- welu, i z jaką życzliwością witała obu Henryków w palatium, gdy ci opromienieni tryumfem zajechali do grodu Kraka. My- ślała sobie, że stary Heniu, który nosił tonsurę i krótką brodę niczym mnich, okaże jej łaskę i pozwoli zostać w Krakowie, choćby w skromnym domostwie w Okole, ale blisko mogiły męża i dziedzictwa syna. Książę Śląska nie był gwałtownikiem i we wszystkim słuchał się rad swojej żony, pobożnej Jadwigi, ale w tej sprawie okazał się stanowczy i przypomniał wdowie, że jest ducissą Sandomira i ma wobec swojej dzielnicy obowiązki, wszak poddani bez monarchy są niczym owce bez pasterza. Mu- siała zatem potomkini ruskich kniaziów wypełnić postanowienia z Cieni i ruszyć na wygnanie. Widziałem, jak się pakują. Nie brali kobierców, zdobionych kufrów, rzeźb, pozłacanych krzyży, stołów ani krzeseł, bowiem księżna dawała do zrozumienia, że to wszystko i tak należy do niej i do jej syna, a przecież gospodarz nie zabiera ze sobą mebli, gdy inny swój dom wyrusza odwiedzić. Ze wszelkich miar sta- rała się wszystkich przekonać, że wawelską twierdzę opuszcza tymczasowo i na własne życzenie. Suknie i klejnoty szczodrze darowywała kościołom i klasztorom, nie zapomniała też o upo- minkach dla żon wpływowych krakowskich rycerzy, głosząc wszem i wobec, że jedyną pociechą po śmierci męża jest dla niej Pan Kryst, ten zaś Oblubieniec lubi niewiasty przyobleczone w zgrzebne suknie. W jej sercu rzeczywiście Bóg zamieszkiwał, ale ja potrafiłem dojrzeć jeszcze jedną przyczynę jej zachowa- nia. Ducissa pragnęła dobrze zapaść w pamięci wpływowych krakowskich osobistości, tak by te nie zapomniały o jej sprawie. Zabrane dobra zmieściły się na jednym wozie, a z wyroku Opatrzności był to ten sam pojazd, którym nie tak dawno w kon- dukcie pogrzebowym wieziono książęce ciało. Poznałem go, tak jak i Bolek, który podczas egzekwii podrapał jedną z desek. Grzymisława jechała na koźle, obok woźnicy, ja siedziałem z Bolkiem na pace, a naszą straż stanowił skromny poczet ryce- rzy z rodu Awdańców. Mój gospodzin przed miesiącem skończył ledwo dwa latka i wcale nie rozumiał, dlaczego matka pozbawiła go najpierw kołyski, a teraz całego domu. Mało się odzywał w owym czasie, rozmawiał jeno ze mną, więc ludzie brali go za ociężałego i głupiego. Piastowie jednak tak mieli, że późno uczyli się mówić, za to gdy już posiedli tę sztukę, to wysławiali się głośno i stanowczo, a cały kraj drżał z powodu ich kłótni i sporów. Niemal trzysta lat temu mój niegdysiejszy podopieczny Mieszko przez siedem pierwszych lat życia był niewidomy, aż ja, Piękny Młodzieniec, położyłem dłoń na bielmie jego oczu i ka- załem mu widzieć. Teraz musnąłem świetlistymi palcami us- teczka mego Bolusia. – Mama, siku! Grzymisława odwróciła się na koźle i uśmiechnęła, bo te słowa utwierdziły ją w wierze, że jej Bolek będzie mówił i bę- dzie żądał, a gdy zmężnieje, to wszyscy ulegną jego pragnie- niom. Nakazała się zatrzymać i przeszła na tył wozu, by swoje maleństwo przytulić i wyściskać, ale w ostatniej chwili cofnęła wyciągnięte ramiona, bo przecież czułości przystawały prostej chłopce, a nie księżnej pani. Wróciła do swej codziennej oziębło- ści i postanowiła już nigdy nie okazywać słabości, tłumacząc sobie, że jeśli Bolek ma odzyskać swoje dziedzictwo, to musi być dla niego surowa, albowiem żaden mężczyzna nie obdarzy go ojcowską szorstkością, która garbuje skórę rycerza. Chwy- ciła chłopca za rękę, pomogła mu zejść na ziemię, postawiła go pod drzewem, spuściła mu gacie i nakazała ulżyć pęcherzowi. Bolek czuł się niepewnie, bo wcześniej jego kuśkę podtrzymy- wała mu mamka, ta jednak została w Krakowie, a tutaj nikt nie wykazywał chęci pomocy. Nie umiał jednak okiełzać sztyw- niejącego siusiaka, zatem ten wystrzelił, a poz

Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Pobierz darmowy fragment (epub)

Gdzie kupić całą publikację:

Piastowskie wahadło
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: