Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00475 008963 15040764 na godz. na dobę w sumie
Dobra partia - ebook/pdf
Dobra partia - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 153
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8223-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Włoski chirurg, Alessandro Lombardi, przenosi się do Australii. Wkrótce po przyjeździe prosi pielęgniarkę Nathalie Davies, by czasowo zaopiekowała się jego synkiem cierpiącym po stracie matki. Nathalie wkracza do domu Alessandra i stwierdza, że brakuje w nim ciepła. Te wnętrza są tak samo zimne i bezduszne jak ich właściciel. Próbuje tchnąć w ten dom życie, ubarwić jego ściany kolorami. Mały Juliano uważa swą nianię za czarodziejkę, jest nią zachwycony. Alessandro jednak cały czas ma zastrzeżenia do jej pracy...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Włoski chirurg, Alessandro Lombardi, przenosi się do Australii. Wkrótce po przyje(cid:274)dzie prosi pielęgniarkę Nathalie Davies, by czasowo zaopiekowała się jego synkiem cierpiącym po stracie matki. Nathalie wkracza do domu Alessandra i stwierdza, (cid:276)e brakuje w nim ciepła. Te wnętrza są tak samo zimne i bezduszne jak ich wła(cid:264)ciciel. Próbuje tchnąć w ten dom (cid:276)ycie, ubarwić jego (cid:264)ciany kolorami. Mały Juliano uwa(cid:276)a swą nianię za czarodziejkę, jest nią zachwycony. Alessandro jednak cały czas ma zastrze(cid:276)enia do jej pracy... W tym miesiącu polecamy: (cid:263)wiatowe ¯ycie Miranda Lee l u b i a z n a n e g o b i z n e s m e n a t a l u p o d r a m a t y c z n y c h p r z y j a c i ó ł t e r a z D o p i e r o i ę z n i ą s t a k n a p r a w d ę z a r ó w n o i n n y o b r a z t a n a w i a M e g a n p o s . . l u z j ą . a c o i t y m m i e s i ą c u p o l e c a m y : r o m a n s ? T A V 5 M Y T W Ł Z 9 9 , 8 A N E C 0 6 2 5 2 3 S K E D N I 1 1 / 6 0 6 R N 488 Amy Andrews Dobra partia Amy Andrews Dobra partia Tłumaczył Andrzej Szydłowski Tytuł oryginału: Alessandro and the Cherry Nanny Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2010 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka Korekta: Urszula Gołębiewska ã 2010 by Amy Andrews ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Medical są zastrzez˙one. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8223-7 MEDICAL – 488 ROZDZIAŁ PIERWSZY Nat Davies natychmiast dostrzegła pochyloną głów- kę i burzę ciemnych kręconych włosów. Chłopiec miał opuszczone ramiona i smutny wyraz twarzy. Wydawał się bardzo samotny wśród gromady bawiących się wo- kół niego krzykliwych dzieci, a jego postawa natych- miast wzbudziła w niej uczucia macierzyńskie. Był jedynym nieruchomym elementem w sali, w któ- rej panował oz˙ywiony ruch. I sprawiał wraz˙enie dziec- ka zamkniętego we własnym świecie. – Kim jest ten nowy chłopiec? – spytała swoją kole- z˙ankę Trudy, trącając ją lekko łokciem. Trudy przestała kroić owoce i podąz˙yła za jej wzro- kiem. – To Julian – odparła. – Przyprowadzono go do nas dopiero wczoraj. Ma cztery lata. Jego ojciec to bardzo przystojny Włoch, ale mówi świetnie po angielsku. Przeniósł się tu z Londynu. Jest wdowcem. Chyba od niedawna, bo wcale się nie uśmiecha. Nat, przyzwyczajona do gadulstwa Trudy, kiwnęła głową. – Biedactwo – mruknęła współczującym tonem. – Nic dziwnego, z˙e wydaje się tak przygnębiony. Utrata matki w takim wieku musi być cięz˙kim przez˙yciem. 6 AMY ANDREWS Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Jej ojciec odszedł, kiedy miała cztery lata, a ona nadal za nim tęskniła. – Jest milczący i zamknięty w sobie – dodała Trudy. Nat poczuła bolesny skurcz serca. Zawsze miała zrozumienie dla samotników. Wiedziała, co przez˙ywa człowiek, którego idealny świat wali się nagle w gru- zy, choć wokół nadal biegnie zwyczajne z˙ycie. Jak bardzo jest odizolowany od otoczenia. – Zobaczymy, czy uda nam się coś na to poradzić – mruknęła pod nosem. Ruszyła w stronę chłopca, zatrzymując się obok półki bibliotecznej, by wziąć z niej ,,Przygody małego kangura’’. Wiedziała z doświadczenia, z˙e ta ksiąz˙ka niemal zawsze jest w stanie poprawić humor dziecka, choćby tylko na jakiś czas. – Juliano – powiedziała łagodnym tonem, gdy zna- lazła się obok niego. Chłopiec podniósł wzrok znad wizerunku z˙aby, którą bez większego przekonania malował na zielono. Na jej widok uchylił lekko usta i szeroko otworzył oczy. Jego reakcja nieco ją zaskoczyła, ale nie okazała zdziwienia. Pomyślała tylko, z˙e widocznie nie jest przyzwyczajony do brzmienia włoskiej wersji swego imienia. Patrzył na nią z mieszaniną zdumienia i dezorien- tacji, jakby zastanawiając się, czy powinien ją czule objąć, czy tez˙ wybuchnąć płaczem. – Ciao, Juliano – powiedziała z uśmiechem. – Co- me sta? Nauczyła się włoskiego w szkole, a po jej ukoń- DOBRA PARTIA 7 czeniu spędziła rok w Mediolanie w ramach programu wymiany studentów. Teraz, kiedy miała trzydzieści trzy lata, nie pamiętała juz˙ niektórych słów, ale nadal władała tym językiem dość płynnie. Na twarzy chłopca pojawił się niepewny uśmiech, a ona odczuła wielką ulgę. – Posso sedermi? – spytała, a Julian kiwnął głową i przesunął się, z˙eby mogła usiąść obok niego. – Ciao, Juliano. Mam na imię Nat. Chłopiec przestał się uśmiechać. – Papa chce, z˙ebym się nazywał Julian – oznajmił cichym głosem. Jego powaz˙ny ton wydał się jej tak rozczulający, z˙e miała ochotę go objąć. Wiedziała, z˙e czteroletni chło- piec nie powinien być tak zamknięty w sobie. Gdyby nie przebywali w z˙łobku szpitala St. Auburn’s, prze- znaczonego dla dzieci personelu medycznego, zasta- nawiałaby się, czy ojciec Juliana nie jest zawodowym z˙ołnierzem. Wymagającym i bezdusznym oficerem. – A więc niech będzie Julian – rzekła z uśmiechem, wyciągając rękę na powitanie. Chłopiec mocno ją uścisnął, a ona ponownie po- czuła pokusę chwycenia go w ramiona. Zdławiła w sobie niepochlebną opinię na temat jego ojca. Czyz˙by nie widział, z˙e jego syn jest nieszczęśliwy i tak zestresowany, iz˙ moz˙e stać się pierwszym w dzie- jach czterolatkiem cierpiącym na wrzody z˙ołądka? Przypomniała sobie, z˙e ten męz˙czyzna stracił nie- dawno z˙onę i zapewne jest pogrąz˙ony w rozpaczy. Ale przeciez˙ jego syn tez˙ cierpi z powodu śmierci matki. To, z˙e ma tylko cztery lata, nie oznacza, z˙e nie od- czuwa bólu. 8 AMY ANDREWS – Czy chcesz, z˙ebym ci poczytała? To jest ksiąz˙ka o małym kangurze, i występuje w niej mnóstwo austra- lijskich zwierzątek. – Lubię zwierzęta – rzekł Julian, kiwając głową. – A czy masz w domu psa albo chomika? – Miałem kota, która nazywał się Pinokio – odparł chłopiec ze smutkiem – ale musieliśmy go zostawić w Londynie. Tatuś obiecał mi innego, ale... ale był bardzo zajęty. – Ja mam kotkę, która nazywa się Flo – powiedzia- ła Nat, starając się opanować irytację, jaką budziło w niej postępowanie ojca Juliana. – Nazwałam ją tak na cześć Florence Nightingale. Ona uwielbia ryby i tak za nie dziękuje. Zamruczała głośno, imitując głos swej pięciolet- niej ulubienicy, a rozbawiony Julian zachichotał. Jego śmiech tak ją zachwycił, z˙e naśladowała kotkę jeszcze przez dłuz˙szą chwilę, wywołując taką samą reakcję. Potem otworzyła ksiąz˙kę i zaczęła mu czytać. Przez pewien czas byli zatopieni we własnym świe- cie i nie słyszeli głosów bawiących się wokół nich dzieci. Kiedy skończyła, chłopiec chwycił ją za rękę i poprosił, by zaczęła od początku. – Widzę, z˙e zyskałaś przyjaciela – powiedziała chwilę później Trudy, stawiając przed nimi na stole tacę z pokrojonymi owocami. Potem poprosiła wszyst- kie dzieci, z˙eby umyły ręce przed podwieczorkiem. Julian poszedł w ślad za innymi do łazienki, ale obejrzał się po drodze kilka razy, jakby sprawdzając, czy jego nowa opiekunka jest nadal na miejscu. – Mam nadzieję, Trudy – odparła Nat. I pomyślała w duchu, z˙e Julian naprawdę potrzebuje przyjaciela. DOBRA PARTIA 9 Godzinę później w sali zapanowała cisza. Dzieci odbywały popołudniową drzemkę. Nat przechadzała się między rzędami polowych łóz˙ek, obserwując swych podopiecznych, poprawiając ich pościel i pod- nosząc od czasu do czasu z podłogi porzucone lalki, misie i klocki. Zatrzymała się obok śpiącego Juliana. Miał oliw- kową cerę, kształtne usta i gęste ciemne włosy, okala- jące czoło i policzki. W odróz˙nieniu od innych dzieci nie przyciskał do piersi z˙adnej zabawki. We śnie wy- dawał się równie beztroski i pogodny jak kaz˙dy cztero- letni chłopiec. Ale ona wiedziała, z˙e dźwiga na bar- kach cięz˙ar samotności, która musi być dla niego stra- szliwym wyzwaniem. Postanowiła porozmawiać przy najbliz˙szej okazji z jego ojcem. Poradzić mu, by pozwolił chłopcu przy- nosić z domu do z˙łobka jakąś ulubioną zabawkę. Być moz˙e skierować go nawet do szpitalnego psycho- loga. Uznała, z˙e ktoś musi coś zrobić dla tego smut- nego dziecka i doszła do wniosku, z˙e moz˙e to być właśnie ona. Nadszedł wczesny wieczór. Nat siedziała obok Ju- liana na wypełnionym ziarnami grochu worku, czyta- jąc mu po raz trzeci tę samą ksiąz˙kę. W sali znów panowała cisza, bo większość rodziców zakończyła pracę i zabrała dzieci do domu. Nieliczni pozostali podopieczni z˙łobka zjedli juz˙ wieczorny posiłek i ba- wili się spokojnie w kącie. Nat kilkakrotnie próbowała namówić Juliana, by się do nich przyłączył, ale jej wysiłki nie przyniosły rezultatu. Chłopiec nie odstępował jej ani na chwilę. 10 AMY ANDREWS Wiedziała, z˙e powinna postępować wobec niego bar- dziej stanowczo, ale bała się, z˙e jeśli odmówi mu swego towarzystwa, poczuje się odrzucony i jeszcze bardziej samotny. Chłopiec zdawał się tęsknić za bliskością jakiejś ukochanej osoby, a ona dobrze znała to uczucie. Przewracając strony ksiąz˙ki, zauwaz˙yła, z˙e Julian ssie palec lewej ręki, a drugą delikatnie przesuwa po jej jasnych włosach. Doszła do wniosku, z˙e jej obec- ność działa na niego kojąco i poczuła do niego jeszcze większą sympatię. Doktor Alessandro Lombardi wszedł do z˙łobka energicznym krokiem, choć był piekielnie zmęczony, wręcz wyczerpany cięz˙arem przez˙yć, kilkumiesięcz- nym brakiem snu, przeprowadzką na drugą stronę kuli ziemskiej i napięciem związanym z nową posadą. Ma- rzył o tym z˙eby pojechać do domu, wejść do łóz˙ka i spać przez co najmniej rok. Ale nie było to moz˙liwe. Zatrzymał się gwałtownie w drzwiach, bo dotarł do jego uszu śmiech Juliana. Nie słyszał tego dźwięku juz˙ od kilku miesięcy i niemal zapomniał, jak on brzmi, a teraz, mimo zmęczenia, poczuł się tak, jakby wypił łyk jakiegoś energetycznego napoju. Powiódł wzrokiem po sali i szeroko otworzył oczy. Jego syn siedział obok jakiejś blondynki, która miała równie niebieskie oczy jak Camilla. Chłopczyk ssał palec i głaskał tę kobietę po włosach, tak samo jak niegdyś swoją matkę. Alessandro stłumił cisnący mu się na usta uśmiech, zmarszczył brwi i energicznym krokiem podszedł do synka. DOBRA PARTIA 11 – Julian! Słysząc jego donośny głos, Nat podniosła wzrok, a chłopczyk wyjął palec z ust i przestał gładzić jej włosy tak pospiesznie, jakby nagle zaczęły go parzyć. Domyśliła się natychmiast, z˙e stojący przed nią męz˙czyzna jest ojcem Juliana. Byli do siebie bliźnia- czo podobni. Mieli takie same oczy, w których od- bijała się pełna skupienia powaga, oraz identyczne usta. Ale podczas gdy z Juliana emanowała dziecięca dobroć, w wyglądzie jego ojca nie było nic chłopię- cego. Miał czarne włosy, w których błyszczały siwe pasma, wydatną szczękę, ciemne oczy. Wydał się Nat tak męski, z˙e jej serce natychmiast zaczęło bić nieco szybciej. Wiedziała, z˙e ten przystojny nieznajomy przyśni się jej juz˙ najbliz˙szej nocy. Była przyzwyczajona do męskich spojrzeń. Pod- czas swego rocznego pobytu w Mediolanie, jako o- siemnastoletnia blondynka o niezłej figurze i jasnej cerze, często zwracała na siebie uwagę młodych Wło- chów. Ale ten Włoch patrzył na nią zupełnie inaczej. Przyglądał się jej tak badawczo, jakby podejrzewał, z˙e jest czarownicą. I zdecydowanie nie miał w sobie nic z chłopca. – Dobry wieczór, Julian – powiedział, nie odrywa- jąc wzroku od kobiety, która w niepojęty sposób wy- dała mu się dziwnie znajoma. Zarówno kolorem wło- sów i oczu, jak figurą, a nawet sposobem poruszania się, do złudzenia przypominała Camillę. Mimo woli dostrzegł zarys jej piersi widoczny w roz- cięciu opiętej bluzki i odwrócił wzrok, przenosząc go na 12 AMY ANDREWS jej twarz. Stwierdził ze zdumieniem, z˙e ta kobieta ma takie same oczy, usta i kości policzkowe jak jego nie- z˙yjąca z˙ona. Doszedł do wniosku, z˙e chyba ma halucynacje bę- dące skutkiem przemęczenia, i wyciągnął rękę do syna. – Chodź do mnie, Julian. Chłopczyk natychmiast spełnił jego polecenie, a Nat poczuła, z˙e worek z ziarnami grochu, na którym siedzieli, gwałtownie się pod nią zapada. Z tej per- spektywy ojciec Juliana wydał się jej jeszcze bardziej przystojny i bardziej męski. Choć wiedziała, z˙e naru- sza zasady profesjonalizmu, nie mogła od niego ode- rwać wzroku. Chyba nigdy dotąd z˙aden nowo poznany męz˙czyz- na nie wydał mi się tak atrakcyjny, pomyślała z nie- pokojem, rejestrując w wizualnym archiwum swej pa- mięci jego szerokie ramiona, długie nogi i szczupłą sylwetkę. Poniewaz˙ jednak nadal miała wraz˙enie, z˙e obiekt jej zachwytu patrzy na nią jak na okaz szkodliwego owada, postanowiła zachować się jak profesjonalistka. Z trudem wstała z niskiego worka i uśmiechnęła się zachęcająco do Juliana. Zauwaz˙yła, z˙e stojący obok ojca chłopiec nadal wydaje się samotny. Z˙aden z nich nie wyciągnął ręki na powitanie i nie okazał cienia radości. Nie wymienili nawet czułych spojrzeń. Było jasne, z˙e Julian nie boi się ojca, ale tez˙ nie oczekuje od niego z˙adnych objawów czułości czy na- wet sympatii. Nat uniosła wzrok i wyciągnęła rękę. – Dzień dobry. Jestem Nat Davies. Alessandro zamrugał nerwowo oczami. Widząc po- DOBRA PARTIA 13 dobieństwo nieznajomej do Camilli, spodziewał się, z˙e będzie ona mówiła taką samą nieskazitelną klasyczną angielszczyzną jak ona. Kiedy usłyszał jej australijski akcent, lekko się odpręz˙ył. Rozumiał powody, dla których Julian poczuł do niej taką sympatię. Była nie tylko podobna do jego matki, ale w dodatku miała taką samą fryzurę, taki sam zarys twarzy, taki sam dołek w podbródku. Ale teraz zdał sobie sprawę, z˙e to podobieństwo dotyczy tylko wyglądu zewnętrznego. Z tej kobiety emanowała taka otwartość, serdeczność i dobroć, jaką nigdy nie mogła się poszczycić jego zmarła z˙ona. Miała identyczną fryzurę, ale jej włosy nie były tak pedantycznie ułoz˙one, jak włosy Camilli. Sterczały w róz˙nych kierunkach spod ściskającej je opaski i nie kojarzyły się z nienaganną elegancją, lecz raczej z peł- ną fantazji beztroską. Camilla za z˙adne skarby nie wyszłaby z domu bez perfekcyjnego makijaz˙u. A ta kobieta... wygląda nie jak dama, lecz jak dziewczyna z sąsiedztwa. Nie miała w sobie nic z wytwornej angielskiej arystokratki. Camilla zawsze lubiła perfumy o intensywnym za- pachu, który unosił się w powietrzu przez długi czas po jej wyjściu z pokoju. Nat Davies pachniała jak ogród pełen kwiatów. Co najwaz˙niejsze, w jej spojrzeniu nie było nic sztucznego. Wydało mu się ono tak naturalne i bezpo- średnie, z˙e poczuł się przy niej bardziej swobodnie niz˙ kiedykolwiek w towarzystwie Camilli. Chwycił podaną mu dłoń i lekko ją uścisnął. – Alessandro Lombardi. Dotyk jego ręki przyprawił Nat o dreszcz podniece- 14 AMY ANDREWS nia. Głos Alessandra był głęboki i bogaty w podteksty jak dobre stare czerwone wino, a lekki cudzoziemski akcent podkreślał jeszcze bardziej egzotyczne brzmie- nie jego nazwiska. Ale jego twarz pozostała nieporu- szona, co dowodziło wyraźnie, z˙e nie jest on człowie- kiem poddającym się emocjom. Nic dziwnego, z˙e Julian tak rzadko się uśmiecha, pomyślała, zerkając na chłopca, który stał obok ojca, nie odrywając wzroku od podłogi. Przebywanie pod jednym dachem z tak odpychająco obojętnym czło- wiekiem musi być cięz˙kim kawałkiem chleba. – Julian, czy chciałbyś wziąć tę ksiąz˙kę do domu? – spytała łagodnym tonem. – Moz˙esz ją wypoz˙yczyć z naszej biblioteki, z˙eby papa poczytał ci dziś wieczo- rem przed zaśnięciem. Chłopiec spojrzał pytająco na ojca, ale w jego wzro- ku nie było wiele nadziei. – Si – mruknął Alessandro, kiwając głową. Chłopiec nie okazał nawet cienia radości. Mimo wyraz˙onej przez ojca zgody nadal miał powaz˙ny wy- raz twarzy. Czyz˙by zakładał, z˙e ojciec nie znajdzie czasu na czytanie? – spytała się w myślach. Pan Lom- bardi istotnie nie wygląda na faceta, który czule ukła- dałby swego synka do snu. – Znajdź Trudy i poproś ją, z˙eby wypełniła z tobą kartę biblioteczną – powiedziała, podając mu ksiąz˙kę. Julian niepewnym krokiem ruszył w kierunku swej opiekunki, przyciskając do piersi ,,Przygody małego kangura’’ tak mocno, jakby był to jego największy skarb. Nat ponownie spojrzała na jego ojca i stwierdziła, z˙e wpatruje się on w nią równie badawczo jak przedtem. DOBRA PARTIA 15 – Senor Lombardi, mam wraz˙enie... – Proszę do mnie mówić panie Lombardi – prze- rwał jej bezceremonialnie, wyraźnie zdziwiony jej znajomością jego ojczystego języka. – Albo panie doktorze. Julian nie mówi dobrze po włosku. Jego matka... – Urwał, zaskoczony tym, z˙e wzmianka o Ca- milli nadal wywołuje ból w jego piersi. – Jego matka była Angielką i wychowywała go według swoich zasad. Ostatnie zdanie zaskoczyło Nat i to z kilku powo- dów. Po pierwsze, Julian znał język włoski znacznie lepiej, niz˙ wydawało się jego ojcu. Przekonała się o tym juz˙ podczas ich pierwszej rozmowy. Po drugie, nie mogła pojąć powodów, dla których jakakolwiek matka chciałaby pozbawić swego syna okazji do nau- czenia się obcego języka, zwłaszcza, jeśli był to język jego ojca. Ale najbardziej zdumiał ją sposób, w jaki doktor Lombardi mówił o swej zmarłej z˙onie. Wyczuła w je- go głosie coś w rodzaju bolesnej niepewności, będącej zapewne skutkiem nadal odczuwanego bólu. Doszła do wniosku, z˙e moz˙e właśnie ten ból skłania go do uszanowania jej woli dotyczącej sposobu wychowy- wania syna. Z˙e być moz˙e ten nieszczęśliwy człowiek rozpaczliwie usiłuje zachować relikty przeszłości, któ- ra bezpowrotnie minęła. Teraz dopiero dostrzegła ciemne plamy i zmarszcz- ki wokół jego oczu. Wydawał się tak zmęczony, jakby od dłuz˙szego czasu cierpiał na niedobór snu. Czyz˙ miała prawo go osądzać? – Doktorze Lombardi, chciałam zapytać, czy Julian ma jakąś ukochaną zabawkę, którą mógłby zabierać ze 16 AMY ANDREWS sobą do z˙łobka, z˙eby poczuć się mniej samotnie w no- wym otoczeniu? Alessandro spojrzał na nią z uwagą. Zabawka... oczywiście. Przypomniał sobie, z˙e jego syn miał kiedyś jakiegoś starego pluszowego królika, którego wszędzie za sobą taszczył. Ale nie wiedział, co się z nim stało. – Byłem ostatnio bardzo zajęty. Nasze rzeczy przy- jechały z Anglii dopiero przed kilkoma dniami i nie zdąz˙yliśmy ich jeszcze rozpakować. Nadal mieszkamy na stosie skrzyń. Nat miała wraz˙enie, z˙e się przesłyszała. Czy ten męz˙czyzna usiłuje jej powiedzieć, z˙e jest zbyt zaję- ty, by zadbać o psychiczny komfort dziecka, którego świat rozpadł się gruzy? – Wiem, z˙e to nie moja sprawa, ale dowiedziałam się, z˙e jest pan od niedawna wdowcem, więc... Alessandro dostrzegł jej wahanie i miał ochotę za- z˙ądać od niej, z˙eby dała mu święty spokój. Nie po- trzebował jej współczucia ani dobrych rad. Ale zdobył się tylko na lakoniczne potwierdzenie. – Si. Wydawał jej się teraz jeszcze bardziej niedostęp- ny niz˙ przed chwilą, ale mimo to miała ochotę czule objąć zarówno jego, jak i Juliana. Ojca i syna. Wie- działa, z˙e wiele przeszli i zdawała sobie sprawę, z˙e nadal cierpią, a ich smutek budził w niej odruch głębo- kiego współczucia. – Zastanawiałam się, czy Julian przechodził po śmierci matki jakiś rodzaj psychoterapii. On się wyda- je... bardzo odizolowany od otoczenia. W naszym szpitalu mamy znakomitego psychologa dziecięcego. Moglibyśmy zaaranz˙ować wizytę...
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dobra partia
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: