Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00318 006989 14666222 na godz. na dobę w sumie
Maleńki skarb  - ebook/pdf
Maleńki skarb - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 153
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8270-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-50%), audiobook).

Doktor Ben Richardson po raz kolejny zmienia pracę. Tym razem jednak źródłem jego niepokoju nie jest pierwszy dzień w nowym szpitalu, lecz zauroczenie ładną pielęgniarką będącą w zaawansowanej ciąży. Ben, który stracił niedawno żonę, nie marzy o założeniu nowego ogniska domowego. Tymczasem Celeste zdobywa jego serce i przywraca mu radość życia, a nawet budzi cień nadziei na szczęśliwą przyszłość. Stawia mu jednak twarde warunki…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Carol Marinelli Maleńki skarb Tłumaczył Andrzej Szydłowski Tytuł oryginału: One Tiny Miracle... Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2009 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka Korekta: Urszula Gołębiewska ã 2009 by Carol Marinelli ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Medical są zastrzez˙one. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8270-1 MEDICAL – 492 ROZDZIAŁ PIERWSZY Nowy dzień. Nowy początek. Jeszcze jeden nowy początek. Idąc z pochyloną głową po plaz˙y, Ben Richardson był zbyt głęboko zatopiony w myślach, by dostrzec piękne róz˙owe niebo rozpościerające się nad gładką wodą zatoki Port Phillip. Został przyjęty na stanowis- ko ordynatora oddziału ratownictwa medycznego szpi- tala Bay View i miał za dwie godziny rozpocząć pracę, ale spacerując po plaz˙y, wcale nie odczuwał nerwowe- go podniecenia. Bądź co bądź przez˙ył juz˙ wiele no- wych początków. Miała to być jego czwarta posada od śmierci Jen- nifer, od której upłynęły juz˙... tak, niemal cztery lata. Rocznica zbliz˙ała się szybkimi krokami, a myśl o tym przejmowała go przeraz˙eniem. Choć robił, co mógł, by o niej zapomnieć, nie potrafił wygnać jej ze swoich myśli. Gdyby został w ekskluzywnej dzielnicy Mel- bourne, gdyby jego z˙ycie nie uległo tak dramatycznym zmianom, ubiegałby się teraz pewnie o stanowisko konsultanta. Ale taka ewentualność nie wchodziła w ra- chubę – musiał opuścić miasto, z którym łączyło się tak wiele utrwalonych w jego pamięci wspomnień. Po sześciu miesiącach daremnych wysiłków zdał sobie sprawę, z˙e nie moz˙e pozostać w szpitalu, w któ- 6 CAROL MARINELLI rym pracował kiedyś razem z z˙oną, z˙e jego z˙ycie nigdy juz˙ nie będzie wyglądało tak samo jak przedtem. Prze- prowadził się więc do Sydney i początkowo miał wra- z˙enie, z˙e podjął słuszną decyzję. Ale po osiemnastu miesiącach poczucie wyobcowania zaczęło go dręczyć na nowo, więc przeniósł się do innego szpitala w tym samym mieście. Szybko odkrył jednak, z˙e jest to ta sama melodia, a zmianie uległy tylko słowa. Szpital był wspaniały, a koledzy fantastyczni... Ale bez Jen wszystko wydawało się bezsensowne. Wrócił więc do Melbourne, ale tym razem zamiesz- kał na przedmieściu. Był zadowolony, z˙e jest bliz˙ej swej rodziny i przyjaciół, ale... Zmiana miejsca pracy nie budziła w nim z˙adnych obaw. Wręcz przeciwnie, czuł, z˙e postąpił słusznie, podejmując nowe wyzwanie, i nie mógł się doczekać pierwszego dnia na oddziale. Zamieszkał blisko plaz˙y i postanowił co rano odbywać intensywny spacer albo uprawiać jogging. Tymczasem juz˙ trzeciego dnia po przeprowadzce wyłączył budzik i spał niemal do południa, uznając, z˙e nie ma po co wstawać z łóz˙ka. Przyspieszył kroku, a potem zaczął biec, zmuszając swe muskularne ciało do zwiększonego wysiłku. Nie- bawem znalazł się w pobliz˙u domu, który budził jego zainteresowanie juz˙ od dwóch tygodni. Kiedy zrezygnował z posady w Sydney, musiał przepracować w tamtejszym szpitalu jeszcze trzy mie- siące. Wymagały tego przepisy dotyczące tak zwanego okresu wymówienia. Podczas jednego z weekendów wybrał się do Melbourne, by znaleźć jakieś mieszkanie połoz˙one jak najbliz˙ej nowego miejsca zatrudnienia. MALEŃKI SKARB 7 Poprzedził tę wizytę poszukiwaniami w internecie i telefonicznymi rozmowami z kilkoma pośrednikami z branz˙y nieruchomości. Jeden z nich pokazał mu elegancką garsonierę znajdującą się w nowym apar- tamentowcu, stojącym niemal na samej plaz˙y. Była ona przestronna, wygodna, a co najwaz˙niejsze posia- dała nowoczesne wyposaz˙enie. Chciał od razu załat- wić wszystkie formalności, ale gdy pośrednik zaczął przygotowywać umowę kupna-sprzedaz˙y, Ben wy- szedł na duz˙y balkon, z którego rozciągał się przepięk- ny widok na całą zatokę, i ujrzał sąsiedni dom. Był to stary budynek połoz˙ony nieco bliz˙ej morza. Z jego ogrodu, który przypominał nieco zdziczałą oazę zieleni, moz˙na było wyjść prosto na plaz˙ę. Ben nie mógł od niego oderwać wzroku. Dostrzegł w gęstwinie krzewów zarys trampoliny i domyślił się, z˙e jest tam basen, ale jego uwagę przyciągnęła stojąca pod jedną ze ścian budynku łódź, którą mył właśnie strumienia- mi wody z gumowego węz˙a jakiś mniej więcej czter- dziestoletni męz˙czyzna. W tym momencie na balkon wyszedł pośrednik, niosąc plik dokumentów. Właściciel sąsiedniej posesji dostrzegł go i pomachał mu na powitanie ręką. – Zaraz do ciebie przyjdę, Doug! – zawołał agent i zaczął rozkładać na balkonowym stole swoje papiery. – Czy moz˙na go kupić? – zapytał Ben. – Słucham? – Chodzi mi o ten sąsiedni dom. Czy on jest wy- stawiony na sprzedaz˙? – Jeszcze nie – odparł pośrednik wymijająco. – Proszę usiąść, doktorze Richardson, z˙ebyśmy mogli ponownie omówić wszystkie szczegóły. 8 CAROL MARINELLI – Ale czy spodziewa się pan, z˙e będzie moz˙na go kupić? – uparcie dociekał Ben. – Być moz˙e. Ale on nie spełnia warunków, jakie pan wymienił podczas naszej wstępnej rozmowy. Wy- maga gruntownego remontu, kuchnia nie była przera- biana, odkąd go zbudowano, a ogród przypomina dz˙unglę... – Zauwaz˙ył, z˙e Ben słucha go niezbyt uwaz˙- nie i nagle poczuł lęk, z˙e transakcja wymyka mu się z rąk. – Natomiast ten apartament znajduje się pod stałą opieką administracji budynku, która natychmiast usuwa wszystkie ewentualne usterki, a lokatorzy mogą korzystać z basenu i kortów tenisowych. Był przekonany, z˙e ten potęz˙nie zbudowany i naj- wyraźniej samotny lekarz uzna brak trosk związanych z utrzymaniem mieszkania za jego największy atut. No i się pomylił. Ben zdał sobie właśnie sprawę, z˙e marzy o tym, by wypełnić nieliczne godziny, których nie spędza w szpitalu, jakimś poz˙ytecznym zajęciem. Ten dom i ogród wymagają wielkiego nakładu pra- cy, pomyślał z zachwytem. A poza tym jest tam łódź... Wolę spędzić czas na renowacji pięknego starego bu- dynku lub z˙eglować po zatoce, niz˙ siedzieć w nowo- czesnym apartamencie albo pływać w tę i z powrotem od jednego końca basenu do drugiego. Po raz pierwszy od dawna poczuł zainteresowanie czymś, co nie dotyczyło jego kariery zawodowej i ujrzał rysujące się przed nim fascynujące wyzwanie. Więc zamiast podpisać umowę i wprowadzić się do wytwor- nego apartamentu, oddał meble do przechowalni i wy- najął tani umeblowany pawilon na drugim końcu tej samej ulicy. Postanowił zaczekać na moment, w którym wymarzony dom zostanie wystawiony na sprzedaz˙. MALEŃKI SKARB 9 Miałem szczęście, myślał tego ranka, biegnąc po plaz˙y. W ciągu krótkiego czasu, jaki upłynął od mo- jego przyjazdu do Melbourne, rynek nieruchomości gwałtownie się załamał, a ceny wytwornych aparta- mentów spadły na łeb na szyję. Więc jeśli nawet nie zdołam kupić tego domu... Przerwał tok swych rozwaz˙ań, bo dostrzegł wiszą- cą na płocie tablicę z napisem: NA SPRZEDAZ˙. AUKCJA ODBĘDZIE SIĘ... Uśmiechnął się z zadowoleniem, bo termin aukcji nie był zbyt odległy. A juz˙ podczas najbliz˙szego week- endu dom miał być ,,otwarty dla potencjalnych nabyw- ców’’. Zawrócił i pobiegł z powrotem po plaz˙y, tym razem dostrzegając piękno nieba i drobnych fal, na których kołysało się kilka mew. A potem zauwaz˙ył jakąś kobietę, która stała po kolana w wodzie, robiąc głębokie skłony w prawo i w lewo. Wyglądała tak, jakby witała budzący się dzień, a on mimo woli znów lekko się uśmiechnął, myśląc z uzna- niem o odwadze, z jaką wykonywała swe ćwiczenia na oczach obcych ludzi. Sam bardzo dbał o formę fizycz- ną, ale nie miał przekonania do modnych wschodnich metod, które wydawały mu się egzotyczne. Jego wysiłki ograniczały się do wielokilometro- wych marszów po szpitalnych korytarzach i pływania w basenie. Kobieta wykonała półobrót i nagle zgięła się wpół, jakby tracąc równowagę, a on dostrzegł jej wydatny brzuch i natychmiast rozpoznał objawy zawansowanej ciąz˙y. Przyspieszył kroku i ruszył w jej stronę, trochę się obawiając, z˙e jego reakcja jest przesadna. Ale kobieta, która szła teraz w kierunku brzegu, nadal była 10 CAROL MARINELLI pochylona pod nienaturalnym kątem, a kiedy dotarła do plaz˙y, przykucnęła i zaczęła nerwowo chwytać powietrze. – Co się stało? – zapytał, podchodząc bliz˙ej. – Nic – mruknęła przez zaciśnięte zęby, unosząc na niego wzrok. Miała duz˙e bursztynowe oczy, a w u- szach ogromne srebrne kolczyki. – To wszystko przez tę przeklętą jogę! – Czy ma pani skurcze? – zapytał, a potem uznał, z˙e powinien się przedstawić, zanim zacznie ją badać. – Jestem lekarzem, mam na imię Ben... – A ja jestem Celeste. – Odetchnęła głęboko i wy- prostowała się. – I nie mam z˙adnych skurczów. To tylko ból mięśni. – Czy jest pani tego pewna? – Oczywiście! – Wyprostowała się i zaczęła maso- wać bolące miejsce. – Te głupie nowoczesne metody gimnastyki! Według mojego połoz˙nika te ćwiczenia zrelaksują mnie i dziecko, ale ja myślę, z˙e prędzej nas zabiją! Jej słowa przypomniały mu o własnym nieszczęś- ciu, o którym tak bardzo chciał zapomnieć. Choć pora- nek był piękny, a widok zachwycający, poczuł nagły przypływ napięcia. – Chciałem się tylko upewnić, z˙e nic pani nie jest – mruknął chłodnym tonem, zamierzając odejść. Ale w tym momencie dziewczyna chwyciła się po- nownie za brzuch i głęboko wciągnęła powietrze. – To nie jest zwykły ból mięśni – oznajmił stanow- czym tonem. – Chyba ma pan rację. – Skrzywiła się z bólu, a on tym razem dotknął jej brzucha, poczuł nieznaczne MALEŃKI SKARB 11 stwardnienie w rejonie macicy i stwierdził z zadowo- leniem, z˙e jest to tylko przelotny skurcz. – Po prostu moje dziecko przygotowuje się do wielkiego debiutu. Naprawdę nic mi nie jest. – Czy jest pani tego pewna? – Absolutnie. – Gdyby bóle stały się silniejsze, albo bardziej re- gularne... – ...natychmiast zgłoszę się do lekarza – dokoń- czyła z uśmiechem, który wydał mu się urzekający. Teraz, kiedy stała twarzą do słońca, zauwaz˙ył, z˙e jest mocno opalona i ma mnóstwo piegów. – Tak czy owak bardzo panu dziękuję. – Nie ma za co. Odwróciła się i ruszyła w tym samym kierunku, w którym zmierzał. Idąc za nią, obserwował ją przez chwilę uwaz˙nie, by się upewnić, z˙e atak bólu minął. Poniewaz˙ miała na sobie tylko szorty i obcisły podko- szulek, mimo woli zauwaz˙ył, z˙e jest wspaniale zbudo- wana. Ale kiedy stanęła i odwróciła głowę, jakby czu- jąc na sobie jego wzrok, poczuł się trochę niezręcznie. – Proszę nie myśleć, z˙e panią śledzę – wyjaśnił pospiesznie. – Po prostu wracam do domu. – O nic pana nie podejrzewałam – odparła, zwal- niając kroku. – A gdzie pan mieszka? – W jednym z tych pawilonów, które stoją na koń- cu ulicy. – Od kiedy? – Od ubiegłego weekendu. – W takim razie jesteśmy sąsiadami – oznajmiła z uśmiechem. – Celeste Mitchell, domek numer 3. – Ben Richardson, numer 22. 12 CAROL MARINELLI – W takim razie ma pan szczęście, bo tam jest ci- cho i spokojnie.. – Tak pani uwaz˙a? – spytał, unosząc brwi. – Ostat- nie dwie noce były okropne. Krzyki, kłótnie, głośna muzyka... – To i tak nic w porównaniu z tym, co wyprawiają moi sąsiedzi. Byli juz˙ na miejscu. Stali obok rzędu dość tandet- nych pawilonów, których wygląd nieco kontrastował z pięknym otoczeniem. Nie ulegało wątpliwości, z˙e jakiś przedsiębiorca budowlany zburzy niebawem ca- łe to osiedle, by wznieść na jego miejscu luksusowy kompleks domków lub elegancki hotel. Na razie mie- szkali tu głównie turyści poszukujący taniego noclegu w pobliz˙u plaz˙y lub nieliczni stali lokatorzy, do któ- rych najwyraźniej nalez˙ała Celeste. Jej pawilon odróz˙niał się od pozostałych, gdyz˙ przylegający do niego skrawek trawnika był starannie wystrzyz˙ony, a na maleńkiej werandzie stały donice z kwiatami. Moz˙na załoz˙yć, z˙e uwaz˙a to miejsce za swój dom. – Jeszcze raz dziękuję za troskliwość – powiedzia- ła z uśmiechem. – A gdyby chciał pan kiedykolwiek poz˙yczyć szklankę cukru... – Będę wiedział, gdzie się zgłosić. – Chciałam powiedzieć, z˙e musi pan pójść do in- nego sąsiada, bo lekarz zalecił mi niedawno rygorys- tyczną dietę. Ben zaśmiał się głośno i pomachał jej ręką na poz˙e- gnanie. Wrócił do swojego pawilonu, nastawił czajnik i rozejrzał się po ponurym wnętrzu, a potem poszedł pod prysznic. MALEŃKI SKARB 13 Miał nadzieję, z˙e jej mieszkanie wygląda ładniej niz˙ jego tymczasowe lokum. Z zewnątrz wydawało się czyste i zadbane – być moz˙e pomalował je jej mąz˙. Zapewne miała tez˙ ładniejsze meble, bo te, w które zaopatrzył go właściciel, były po prostu okropne. Ale skarz˙yła się na hałas... Wychodząc spod prysznica, usłyszał znów podnie- sione głosy swoich sąsiadów i pocieszył się myślą, z˙e termin aukcji domu nie jest zbyt odległy. Zrobił sobie kawę i wsypując do niej cukier, pono- wnie się uśmiechnął. Przyszło mu do głowy, z˙e jego nowa znajoma nie potrzebuje diety. Miała dobrą figurę, choć była ona zdeformowana przez ciąz˙ę. Przypomniał sobie jej kształtne nogi, na które zwrócił uwagę, idąc za nią po plaz˙y, i stwierdził ze zdumieniem, z˙e jej wizerunek utrwalił się w jego pamięci z fotograficzną dokładnoś- cią. Szybko więc skupił uwagę na sprawach bardziej konkretnych. Być moz˙e miała wysoki poziom glukozy... Była zapewne w siódmym miesiącu ciąz˙y... Zmusił się do przestawienia toku swych dociekań na inny tor i nie poświęcił jej ani jednej myśli przez dłuz˙szą chwilę. Kiedy jednak wyjechał z garaz˙u, czu- jąc się trochę niezręcznie w drogim samochodzie z na- pędem na cztery koła, zobaczył ją na werandzie pawi- lonu numer 3. Była zajęta podlewaniem kwiatów, ale pomachała mu przyjaźnie ręką. Odwzajemnił jej pozdrowienie, ale zrobił to dość niechętnie. Nie chciał nawiązywać bliz˙szych kontak- tów z sąsiadami, naraz˙ając się na to, z˙e będą wpadać do niego po cukier lub na pogawędkę. Nie zaczepił- 14 CAROL MARINELLI by jej na plaz˙y, gdyby nie zauwaz˙ył, z˙e odczuwa ja- kieś bóle. Zawsze zachowywał dystans między sobą a otocze- niem i chciał, by ten stan rzeczy się utrzymał. Och! Celeste pozdrowiła nowego sąsiada tylko zdaw- kowym machnięciem ręki, ale poczuła, z˙e się ru- mieni. On jest zachwycający! Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i był zbudo- wany jak zawodowy rugbista światowego formatu. Kiedy ujrzała na plaz˙y jego długie ciemne włosy, miała ochotę przesunąć po nich ręką. A jego zielone oczy... Dlaczego w jej miejscu pracy nie było tak przystojnych lekarzy? Potem przestała myśleć jak wolna dwudziestoczte- roletnia kobieta i przypomniała sobie, z˙e postanowiła nie zadawać się z męz˙czyznami co najmniej przez najbliz˙szych dziesięć lat. A w dodatku ma za kilka tygodni zostać matką. Sama nie wiedziała, jak mogła o tym zapomnieć. Rozmawiając z Benem na plaz˙y, poczuła się przez chwilę jak normalna kobieta. Oczywiście miała do tego podstawy, bo cóz˙ mogło być bardziej normalne i kobiece jak ciąz˙a. Ale tego ranka rumieniła się jak smarkula i plotła głupstwa w towarzystwie bardzo seksownego męz˙czyzny. Do tej pory zakładała, z˙e ciąz˙a hamuje wszelkie popędy, z˙e oczekująca dziecka kobieta wpada w pew- nego rodzaju hormonalną próz˙nię i nie reaguje nawet na najbardziej atrakcyjnych przedstawicieli płci prze- MALEŃKI SKARB 15 ciwnej. A minione półrocze w pełni potwierdziło słu- szność tego załoz˙enia. Teraz przyrzekła sobie, z˙e nie zmieni swej postawy az˙ do końca ciąz˙y. I zaraz potem zdała sobie sprawę z bezsensowności tego postanowienia. Silne kopnięcie dziecka uświadomiło jej, z˙e w swym obecnym stanie i tak nie moz˙e liczyć na zainteresowanie ze strony jakiegokolwiek męz˙czyzny. ROZDZIAŁ DRUGI – Co ty tu robisz, Celeste? – Meg, przełoz˙ona pie- lęgniarek prowadząca poranną odprawę pomocnicze- go personelu oddziału ratownictwa, ze zdumieniem pokręciła głową, kiedy młodsza kolez˙anka wręczyła jej zaświadczenie o zdolności do podjęcia pracy. – Nic mi nie jest, więc mogę wrócić. Byłam wczoraj po raz drugi u mojego połoz˙nika – wyjaśniła Celeste. Meg przejrzała zaświadczenie i stwierdziła, z˙e wszystko się zgadza, ale nadal miała wątpliwości. – Kiedy w zeszłym tygodniu odesłałam cię do do- mu, byłaś wyczerpana. Napędziłaś nam sporo strachu. – Po tygodniu zwolnienia odzyskałam siły – odpar- ła Celeste, a widząc, z˙e kolez˙anka nadal nie jest prze- konana, szybko dodała: – Problem polegał na tym, z˙e miałam kiepski wynik badania poziomu tolerancji na glukozę, więc jestem od dziesięciu dni na diecie, ale przez cały czas odpoczywałam, ćwiczyłam jogę i cho- dziłam na spacery po plaz˙y. Czuję się fantastycznie. Przeciez˙ niektóre kobiety pracują az˙ do czterdziestego tygodnia ciąz˙y! – Ale nie na ratownictwie – mruknęła Meg. – Więc ty z pewnością nie pójdziesz w ich ślady. Który to tydzień? – Trzydziesty, a lekarz powiedział, z˙e wszystko przebiega normalnie.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Maleńki skarb
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: