Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00190 008666 14651165 na godz. na dobę w sumie
Książę ciemności  - ebook/pdf
Książę ciemności - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 313
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8474-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Francja, Anglia, początek XIX wieku

Siostry Harriman nie z własnej woli wiodły upokarzającą i nędzną egzystencję. Zostały na nią skazane przez swoją matkę, lady Caroline, która porzuciwszy ich ojca, często zmieniała kochanków i oddawała się hazardowi. Z czasem straciła niemal wszystkie pieniądze i, poważnie chora, wraz z córkami zamieszkała w podłej dzielnicy Paryża. Starsza z sióstr, Elinor, usiłowała nie dopuścić do katastrofy, a jednak do niej doszło. Pewnego dnia lady Caroline zniknęła, zabierając kwotę odłożoną na czarną godzinę.  Elinor zmartwiała, gdy ustaliła, że matka pojechała do pałacu hrabiego Francisa Rohana, organizatora niesławnych przyjęć, na które ściągali tłumnie zblazowani arystokraci. Rusza śladem matki…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Anne Stuart Książę ciemności Tłumaczył Wojciech Usakiewicz Tytuł oryginału: Ruthless Pierwsze wydanie: Mira Books, 2010 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska Korekta: Marianna Chałupczak ã 2010 by Anne Kristine Stuart Ohlrogge ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2012 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Powieść Historyczna są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25 Skład, łamanie: COMPTEXT Ò, Warszawa ISBN 978-83-238-8474-3 Rozdział pierwszy Paryż, 1768 rok Odwiedziny u adwokata nie przebiegły pomyślnie. W dodatku po wejściu do domu Elinor Harriman musiała szybko się schować, usłyszała bowiem, że jej siostra Lydia kończy rozmowę z właścicielem miesz- kania. Pan Picot nie miał cierpliwości ani do niej, ani do jej matki i tylko wobec młodszej panny Harriman zachowywał się całkiem inaczej. Wystarczyło, że w błękitnych oczach Lydii zalśniły łzy, a jej usta nie- znacznie zadrżały, a już pan Picot przepraszał bez końca i był gotów poczekać. Z subtelnej urody młodszej panny Harriman promieniowało tyle nie- winności, że nawet w tej obskurnej części miasta nikt nie ośmieliłby się spróbować niczego niestosownego. Wreszcie drzwi za nim zostały starannie zamk- nięte. Dopiero wtedy Elinor ukradkiem weszła po schodach na górę. 6 – Przecież ci powiedziałam. – Lydia zwróciła się do siostry z szelmowską miną, która w niczym nie przypominała niedawnego łagodnego uśmie- chu. – To zawsze działa. Elinor zajęła najbliższe krzesło i jęknęła, gdy dźgnęła ją zdradliwa sprężyna. Podczas ostatniej przymusowej przeprowadzki musieli zrezygnować z niemal wszystkich mebli, wyjąwszy te najbardziej toporne. Teraz w ciasnym saloniku ich mieszkania na obrzeżu jednej z najgorszych dzielnic Paryża mieściły się jedynie trzy krzesła, które trudno było nazwać funkcjonalnymi, oraz koślawy stół, służący jako biurko, miejsce do jedzenia i toaletka. Sypialnie prezentowały się nie lepiej. W pierwszej na zapada- jącym się łóżku spała, chrapiąc, ich matka, w drugiej siostry miały do dyspozycji jedynie wspólny mate- rac, rzucony na podłogę. Elinor wolała nie myśleć, w jakich warunkach odpoczywają niania Maude i stangret Jacobs, ulokowani w części służącej jednocześnie za kuchnię i pomieszczenia dla służ- by. Zresztą, niedorzecznością było trzymać stang- reta, skoro już wiele lat temu musieli się pozbyć konia i powozu. Jedynie w pierwszych dniach pobytu w Paryżu, kiedy ich matka żyła kolejną miłością, a one dwie cieszyły się nową przygodą, korzystały z powozu. Jednak Jacobs przyjechał z nimi jeszcze z Anglii i nic nie było w stanie skłonić go do odejścia, nawet brak wynagrodzenia za służbę. Kochanek szybko znużył się ich matką, a pienią- dze znikły, ale wkrótce pojawił się ktoś inny, niemal 7 równie bogaty. Ostatnie dziesięć lat było dla lady Caroline Harriman historią stopniowego upadku aż do stanu, o którym Elinor nie mogła spokojnie myśleć. Teraz matka była zbyt chora, by sprawiać nowe kłopoty, na przykład wyruszyć na poszuki- wanie butelki dżinu, klubu, gdzie mogłaby spędzić wieczór przy zielonym stoliku, lub mężczyzny, który sfinansowałby najpilniejsze potrzeby. – Ile mamy czasu? – spytała Elinor, sięgając po robótkę. Niania Maude próbowała ją nauczyć, jak po- sługiwać się drutami, ale niewiele z tego wyszło. W skarpetach i kamizelkach jej roboty pełno było zgubionych oczek, mimo to zdołała sobie wmówić, że potrafi zrobić coś użytecznego. – Pan Picot wróci za tydzień. Nie sądzę, żeby znowu udało mi się odwlec zapłatę. Lydia stanowiła doskonałość pod każdym wzglę- dem – była pełna wdzięku, przemiła, bystra i zręcz- na w robótkach ręcznych. Nauczyła się świetnie tańczyć, mimo że matka opłaciła jej tylko kilka wstępnych lekcji, ładnie malowała, śpiewała ni- czym ptak. Dobrowolnie oddawał jej się w niewolę każdy spotkany mężczyzna, od Jacobsa po bogate- go wicehrabiego de Miraboux, którego poznała w wypożyczalni książek. Przez krótki czas Elinor miała nawet nadzieję, że ich problemy zostaną dzięki temu rozwiązane, ale rodzina wicehrabiego zwietrzyła, co się święci, i młody arystokrata został wysłany na grand tour po Europie. Lady Caroline ostatnio chorowała. Pieniędzy na lekarza i medykamenty nie było, a tymczasem 8 też rzadko potrafił czerwone plamy pokrywały całe jej ciało, a umysł, który zresztą wcześniej for- mułować jasne sądy, niemal przestał funkcjonować. Ta sytuacja miała również dobre strony. Przykuta do łóżka chora nie powiększała rodzinnych długów. – Opowiedz o adwokacie, Nell – odezwała się Lydia, która jako jedyna zdrabniała imię siostry w ten sposób. – Może ojciec przekazał nam wielki majątek, aby ulżyć maman w jej ostatnich dniach? A może przynajmniej skromną pensję? – Coś nam zostawił, chociaż trudno nazwać to wielkim majątkiem – odparła Elinor. – Tytuł i włości przeszły na własność niejakiego Marcusa Harrima- na, a nam przypadła jedynie druga część spadku, bez wątpienia mniejsza. Gdyby ojciec mógł, praw- dopodobnie nic by nam nie zostawił. Nie powiedziała, że spadek został zapisany wy- łącznie na nią, jako że kwestia ojcostwa Lydii, co powszechnie wiedziano, budziła duże wątpliwości. Chociaż według brytyjskiego prawa dzieci urodzo- ne w małżeństwie uznawano za legalne potomstwo, mąż lady Caroline wykazywał niemałą inwencję w staraniach, aby uniknąć wspierania potomstwa byłej żony. – Może namówię pana Picota na następny ty- dzień zwłoki, jeśli pozwolę mu na drobną poufa- łość. Pocałunek w czterech ścianach domu z pew- nością mnie nie skompromituje. – Nie! – Elinor znowu zgubiła oczko, więc ze złością odrzuciła robótkę. – Adwokat wyraźnie powiedział, że ojciec coś nam zostawił, chociaż jest klauzula nakazująca mi wrócić do Anglii, aby wejść 9 w posiadanie tych pieniędzy. Szkoda, że nie dowie- działyśmy się o jego śmierci wcześniej, mogłyśmy przecież uruchomić tę procedurę wiele miesięcy temu. Prawdopodobnie jednak zawiadomienie o śmierci dostarczono pod nasz poprzedni adres, spod którego wyjechałyśmy w środku nocy, nie płacąc zaległych rachunków. Jestem przekonana, że kwota spadku nie będzie bardzo mała. Ojciec nie pozwoliłby córkom głodować. – Nie próbuj upiększać rzeczywistości. Powtarzał, że nie chce mieć nic wspólnego z przychówkiem tej ladacznicy, którą na swoje nieszczęście poślubił. – Urazę na pewno żywił do śmierci, przecież żona wystawiła go na pośmiewisko całego Lon- dynu. Mimo to musiał sobie przypomnieć, że spo- czywa na nim odpowiedzialność za nasze losy. – Zdawało mi się, że on raczej wypierał się ojcostwa. Czyżbym się myliła? Elinor słabo pamiętała ojca. Mgliście rysował jej się wizerunek wysokiego, bardzo niesympatycz- nego dżentelmena, którego interesowało niewiele poza jego końmi i kochankami. Uważała, że w tej sytuacji ojciec postępuje nieuczc*iwie, potępiając żonę za jej upodobanie do mężczyzn. – Jesteśmy jego córkami, to nie ulega wątpliwoś- ci – odparła. – Wzrostem nie ustępuję wielu mężczyz- nom, a ten paskudny nos na pewno mam po nim. – Masz bardzo ładny nos, Nell – zapewniła ją Lydia. – Nadaje ci charakter. Spójrz na mnie, jestem takie małe, urocze nic. – Nie raz i nie dwa wolałabym być małym, uroczym nic. 10 – Prawdę mówiąc, nie sądzę, żebyś chciała być kim innym, niż jesteś. – Rzeczywiście – przyznała Elinor. – Chcę być sobą, tylko przydałby mi się majątek. To chyba dość racjonalne życzenie, prawda? Niestety, jedynym sposobem na zdobycie pieniędzy jest poślubienie zamożnego człowieka, a w tym mój nos jest zawadą. – Dobry człowiek doceni cię razem z twoim szlachetnym nosem i resztą – stwierdziła Lydia. – Co do mnie, zamierzam poślubić kogoś niesamowicie bogatego, więc nie masz powodu do zmartwień. Możesz zawrzeć małżeństwo z miłości. – Wspaniały pomysł, moja droga. Jak jednak spotkasz bogacza, skoro mieszkamy na granicy paryskiej dzielnicy biedoty, a po następnej prze- prowadzce znajdziemy się w samym jej środku? Nie jestem pewna, czy uda nam się przetrwać. – A ja wierzę w opatrzność – oznajmiła Lydia. – Rozwiązanie pojawi się samo, kiedy będziemy go potrzebować. Lydia była żarliwą chrześcijanką, natomiast Eli- nor straciła wiarę przed wieloma laty, gdy na jej drodze znalazł się sir Christopher Spatts, towarzy- szyła więc siostrze w kościele jedynie dla zachowa- nia pozorów. – Moim zdaniem to rozwiązanie jest mocno spóźnione. Gdybyś mogła je przyspieszyć, byłabym ci zobowiązana. Usłyszała hałas w głębi mieszkania. Do pokoju wszedł Jacobs z kapeluszem w ręce i bardzo zatroskaną miną. Za nim pojawiła się niania Maude. – Odeszła – oznajmił. 11 Nie było cienia wątpliwości co do tego, o kim mowa. – Co przez to rozumiesz? – spytała Elinor, pod- rywając się z miejsca. – Umarła? – Nie – odparła niania, bardzo strapiona. – Pani matka wyszperała ostatnie pieniądze, jakie schowa- łam na jedzenie, włożyła najlepszą suknię i wyszła. – Boże wielki, jak jej się to udało? Wydawało mi się, że ona nawet nie ma siły wstać – powiedziała strwożona Elinor. – Na pewno ją znajdziemy. Prze- cież nie uszła daleko. – Prawie ją złapałem, proszę pani – poinfor- mował zawstydzony Jacobs, mnąc w wielkich, spracowanych dłoniach kapelusz. – Zauważyłem ją, gdy biegła ulicą, ale zdążyła wsiąść do powozu. – Do powozu? Jesteś pewien, że to była nasza matka? Nie miałam pojęcia, że ona jeszcze zna kogoś, kto dysponowałby powozem. – To była ona – zapewnił posępnie Jacobs. – Po- wóz też poznałem. Stał pod latarnią, więc zauważy- łem herb. – Boże wielki – jęknęła Elinor. – W co ona nas znowu pakuje? Czyj był ten powóz? – St. Philippe’a. – A niech to szlag trafi! Nie patrz tak na mnie, nianiu Maude. Wiem, że mnie wychowywałaś ina- czej, ale czasem człowiek musi zakląć, prawda? Wiesz, Jacobs, czyim przyjacielem jest St. Philippe, prawda? – Ja nie wiem – wtrąciła Lydia, a jej błękitne oczy zapłonęły ciekawością. – I nie musisz – odburknęła Elinor. 12 – Tego diabła, prawda? – spytała zasępiona niania. – Pojechała prosto do piekła. Straci resztkę pieniędzy, która nam została, i najpewniej skończy tragicznie. – Przegra w karty wszystko i przypełznie do domu chora i bezbronna – oceniła Elinor. – Panienka nie rozumie! – zdenerwowała się niania. – Ona zabrała nasze ostatnie oszczędności i do tego jeszcze brylantową broszkę. Elinor zmroziło. To był ostatni ceny przedmiot, jaki posiadali. Zresztą, brylanty były małe, więc broszka nie miała wielkiej wartości. Leżała jednak schowana na czarną godzinę nie po to, by umoż- liwić ich matce wieczór hazardowych emocji. – Trudno, poszukam jej – oznajmiła. Zignorowała głośny sprzeciw niani. Jacobs mil- czał, wiedział bowiem, że innej możliwości nie ma. Lydia wstała. – Pójdę z tobą, Nell – powiedziała. – Nic z tego. Jeśli wejdę do tej jaskini zepsucia sama, będę wiedziała, że jestem bezpieczna. Na ciebie rzucą się tam niczym wygłodniałe wilki. – Przeceniasz moją atrakcyjność. – Cicho! – odparła Elinor. – Jacobs zawiezie mnie do domu hrabiego de Giverney, zabierzemy stam- tąd matkę i jeszcze przed północą zdążymy wrócić. – Powóz skierował się poza miasto – zauważył stangret. – Sądzę, że pojechał do château hrabiego. Elinor zachowała niezmącony spokój. – Jak to daleko? – spytała. – Godzina drogi. – Wobec tego zdążymy wrócić przed świtem. 13 Skoro matki nie sposób upilnować, to po prostu przywiążemy ją do łóżka. – Ciekawe, jak zamierzasz się tam dostać – wtrą- ciła Lydia. – O ile pamiętam, nie mamy powozu ani konia, ani tym bardziej pieniędzy na wynajem. Pójdziesz pieszo? Elinor spojrzała znacząco na służącego, który bez słowa wycofał się z pokoju. – Jacobs to zorganizuje – orzekła. – Liczę, że tymczasem wysprzątasz pokój matki. Prawdopodob- nie będziemy musieli użyć tych samych sznurów, które były potrzebne, kiedy wpadała w szał. – Nie chcę, żebyś jechała sama. – Ja z nią pojadę – zaofiarowała się Maude. Reumatyzm doskwierał jej tak, że ledwie mogła chodzić, ale gdy w grę wchodziło dobro dzieci, zamieniała się w lwicę. – Nie, nianiu – odparła łagodnie Elinor. – Musisz zostać, żeby opiekować się Lydią. Maude skinęła głową; w oczach miała łzy. – Jacobs weźmie pistolet i zastrzeli pierwszego mężczyznę, który próbowałby mnie skrzywdzić – dodała Elinor. – Wejdę tam, spytam o matkę, a oni z pewnością chętnie się jej pozbędą. Naprawdę nie macie się czym martwić. Tak czy inaczej, nie należało tracić czasu. Elinor chwyciła przetartą narzutkę i chustę, również dającą trochę ciepła, po czym cmoknęła na do widzenia Lydię i nianię. Maude uściskała ją kurczowo, jakby żegnały się na zawsze, ale siostra po prostu z po- wrotem zajęła się robótką. Chwilę później była już na dworze, gdzie chłod- 14 ne powietrze nieco ją orzeźwiło. Włożyła rękawicz- ki bez palców, które składały się przede wszystkim z cer, nakryła włosy chustą i ruszyła ulicą, starając się nie zwracać uwagi na co bardziej odrażających sąsiadów. Jacobs miał czekać na nią w pobliskiej gos- podzie, gdzie trzymano również konie i powozy do wynajęcia. Okoliczności już raz zmusiły ich do ,,pożyczenia’’ powozu. Lady Caroline weszła wtedy jako nieproszony gość na bal maskowy, na szczęś- cie jednak udało się ją stamtąd zabrać, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować. Tego wieczoru takiego pomyślnego obrotu wydarzeń nie należało się spodziewać. Służącemu powiodło się lepiej, niż oczekiwała. Podjechał po nią powozikiem podróżnym, w któ- rym było miejsce akurat dla dwóch osób. Wgramoli- ła się do środka, zanim woźnica zdążył zsiąść, by jej pomóc, i ruszyli. Był zimny, bezksiężycowy wieczór. Na szczęście w powoziku znalazły się również pledy do przy- krycia kolan. Elinor ściągnęła chustę z głowy i drżąc od chłodu, otuliła nią ramiona. Jacobs poganiał konie, więc musiała mocno się trzymać, ale i tak raz po raz podskakiwała na wybojach. Nie żywiła obaw o swoje bezpieczeństwo. Była wysoka i chuda z powodu pustek w domowej spiżarni. Odcień jej włosów nie zostawał w pamięci, podobnie jak brąz oczu. No i ten nieszczęsny nos. Gdyby nawet musiała stanąć przed obliczem hra- biego, nie będzie zaprzątał sobie uwagi kimś o tak pospolitym wyglądzie. 15 Zamknęła oczy. Cały ten dzień był wielką kata- strofą. Nawet zapewne złudna nadzieja na niewielki spadek nie zmieniała faktu, że wraz z wyborem spadkobiercy ich marzenia o lepszej przyszłości legły w gruzach. Tymczasem zachowywała tę wie- dzę dla siebie. Niania i Lydia nie powinny się tym trapić. Pan Mitchum, adwokat, zaproponował, aby spot- kała się z nowym dziedzicem, który dysponuje jej spadkiem, ona jednak tak bardzo się rozzłościła, że po prostu wyszła z kancelarii. Niepotrzebnie, bo będzie musiała poznać dalekiego kuzyna. Nie nale- żało bezsensownie kierować się dumą, jeśli nada- rzała się sposobność przejęcia choćby niewielkiej kwoty. Najpierw jednak musiała odnaleźć matkę. Rozdział drugi Francis Alistair St. Claire, hrabia de Giverney, wicehrabia Rohan, obrysował długimi, bladymi palcami rzeźbione pazury, zdobiące masywne krze- sło, na którym siedział. Opierając głowę na aksamit- nym obiciu, omiótł wzrokiem rozgorączkowanych gości i pozwolił sobie na nikły uśmiech. Nawet najciemniejsze zakątki salonu były oświetlone, wi- dział więc wszystkich tak zwanych przyjaciół i zna- jomych, drżących z niecierpliwości w oczekiwaniu na swawole. Przed nimi były trzy dni i noce jakie można wymyślić. Do wszelkich rozrywek, dyspozycji mieli opium i brandy, wino oraz szkocką whisky przedniej marki. Hrabia oczekiwał, że zanim skończy się ta hulanka, alkohol zostanie wysączony do ostatniej kropli, zmysły znajdą pełne zaspokoje- nie, a goście pozbędą się ostatnich złudzeń co do istnienia zasad moralnych. Kobiety i mężczyźni czekali tylko na jedno jego 17 słowo. Hrabia jeszcze raz powiódł wzrokiem po tym grzesznym zgromadzeniu i zwrócił się do przybyłych: – Dzieci moje – zaczął francuszczyzną zrozumia- łą również dla emigrantów – na następne trzy wieczory i noce wszystkie zasady rządzące w towa- rzystwie zostają zniesione. Nasza dewiza brzmi: ,,Róbcie, co wam się podoba’’. – Róbcie, co wam się podoba – powtórzył z powagą chór zebranych, niczym nowicjusze skła- dający śluby. Łaskawie skinął dłonią, ukrytą wśród koronek mankietu. – Idźcie grzeszyć więcej – powiedział, a jego dźwięczny głos odbił się echem o ściany salonu. W odpowiedzi rozległ się okrzyk entuzjazmu. Francis Rohan rozparł się na krześle, żałując, że nie siedzi w tej chwili w swym paryskim domu nad dobrą książką, z kieliszkiem brandy w dłoni. Drę- czyła go nuda. Był już świadkiem bodaj wszystkich przejawów zepsucia, na jakie pozwala sobie czło- wiek, wielu sam doświadczył, wciąż jednak nie znalazł sposobu na pokonanie nieustannie towa- rzyszącego mu ennui. Z tłumu wyłoniła się kobieta i sunęła płynnym krokiem w jego stronę. Połowę twarzy zakrywała maseczka, obfite kształty wylewały się z sukni, której stanik był zasznurowany z przodu. Rohan chętnie pociągnąłby za tasiemki, Marianne miała bowiem piersi, które wyjątkowo mu się podobały. W dodatku znała reguły. Posadził ją sobie na kolanach i zaczął bawić się tasiemkami sukni. 18 Powoli je rozluźniał, aż w końcu uwolnił mleczne piersi. Nagle jego uwagę odwrócił jakiś hałas. Zirytowany, wyprostował się, pociągając uwodzi- cielską Mariannne za sobą. – Masz kłopot, Francis – powiedział Charles Reading. Marianne odwróciła się do niego z radosnym uśmiechem. Była w znacznie lepszym nastroju niż Rohan. – Jaki znowu kłopot? – spytał. – Nie mam ochoty sekundować nikomu w pojedynku ani tym bardziej powstrzymywać ludzi przed walką. Jeśli chcą się zabijać, ich sprawa. – Nie w tym rzecz. Ten kłopot, o którym mówię, nawet może ci się spodobać. Ta sugestia wystarczyła, by wzbudzić zaintereso- wanie Rohana. Charles Reading rzadko uznawał coś za zajmujące, a jeśli to musiał natrafić na prawdziwą rzadkość. już, – Nie pozwól mi więc czekać. Daj tu ten kłopot. – Trzyma ją teraz jeden z twoich lokajów. Willis chciał ją odesłać tam, skąd przyszła, ale zapro- testowałem, bo uważam, że ona może cię za- interesować. Kazać lokajowi, żeby ją przyprowa- dził? – Czas na mnie – powiedziała Marianne, usiłując przysłonić suknią piersi. Rohan jednak nie chciał o tym słyszeć. – Zostań – polecił i zwrócił się do Charlesa: – Inte- resująca ,,ona’’? Trudno mi w to uwierzyć. Koniecz- nie ją przyprowadź. Reading był przystojnym mężczyzną, choć szpe-
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Książę ciemności
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: