Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00046 003942 14815587 na godz. na dobę w sumie
Legendy warszawskie - ebook/pdf
Legendy warszawskie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 92
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-28-4 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Legendy warszawskie to zbiór najbardziej znanych legend dotyczących Warszawy (m.in. Złota kaczka, Bazyliszek, Syrena) zebranych i opracowanych przez Artura Oppmana.

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Artur Oppman  (Or­Ot) Legendy warszawskie 1 Tekst opracowany w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl) za:  Legendy warszawskie, Oppman, Artur (1867­1931), Poznań ; Warszawa [etc.] : Księg.  św. Wojciecha 1925. Partnerem projektu Wolne Lektury  jest Prokom Software SA.  Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Bibliotekę Narodową z egzemplarza  pochodzącego ze zbiorów BN. Projekt okładki: Joanna Rajkowska Wydanie 1  Warszawa 2007 ISBN: 978­83­ 62948­28­4 2 Wstęp  Noc srebrna śniegiem, wiatr mroźny dmucha,  Na skrzypcach zimy gra zawierucha,  Kłębami śniegu w okna uderza,  To coś zaszepce, jakby z pacierza,  To się rozjęczy nutą żałosną,  Jakby tęskniła za cudną wiosną,  To znów na chwilę płacz swój uciszy  I gwiazd milionem błyśnie w tej ciszy.  Jakże to miło w wieczór zimowy  W cieple zacisznej siedzieć alkowy;  W piecu się ogień dopala właśnie,  W ciemnej czeluści mignie, to zgaśnie,  Sypie iskierki czerwone, złote,  W sercach nieznaną budzi tęsknotę  Za czemś minionem, za czemś dalekiem, Za dawnym światem, za dawnym wiekiem.  Zimową nocą w alkowie starej  Umarłych czasów snują się mary,  3 W wielkim fotelu, sprzed stu lat może,  Wsłuchał się dziaduś w zamieć na dworze;  Jakby ustami jakiegoś ducha  Głos mu wichury gada do ucha,  O tym, co było, co się prześniło,  Co już — od kiedy! — śpi pod mogiłą…  I nagle dziatwa przypadnie z wrzawą:  — Powiedz nam, dziadziu, bajkę ciekawą!  — Jak szedł Twardowski do piekieł bramy?  — O, nie, dziadziusiu! Znamy to, znamy!  — Więc o Madeju, co zbrodnie knował?  — Ach, wiemy: Madej odpokutował!  — To o Kopciuszku w zgrzebnej odzieży?  — Na pamięć umiem, niech dziadziuś wierzy!  — No, to już nie wiem, co rzec w tej sprawie!  — Powiedz nam, dziadziu o… o Warszawie!  Pochylił dziaduś głowę zmęczoną,  Ale mu w oczach iskry zapłoną,  Strudzone serce mocniej kołata.  Bo swej młodości przypomniał lata:  Jak to w ulicach starej Warszawy  Gonił za widmem rycerskiej sławy,  4 Jak każda cegła, każdy głaz w murze  Wskrzeszały przeszłość w złocie, w purpurze.  Na szarej Wiśle, na mętnej fali  Piosnka syreny ulata w dali,  W zapadłych w ziemię lochach zwaliska  Zły bazyliszek ślepiami błyska,  Męczeńska Praga krwią się zalała,  W królewskim zamku łka Dama Biała…  A nad główkami dzieciaków grona  Cudowny Chrystus wznosi ramiona…  Dali mu malcy myśl do gawędy:  Starej Warszawy stare legendy… 5 Syrena  I  —   A   widzieliście  ją,   tę   syrenę   niby,   kumie  Szymonie?  — Widzieć nie widziałem, kumie Mateuszu, bo  drzewa   przesłaniały  źródełko,   a   bliżej   podejść  bałem się jakości, alem słyszał, jak śpiewa.  — Alboż to syreny śpiewają ?  —   Jakże   to?   Nie   wiecie   o   tym,   kumie  Mateuszu? śpiewają! I jak jeszcze! Głos to ci się  tak rozchodził po Bugaju, po Wiśle, hen, aż za  rzekę,   jakoby   właśnie   dzwonek   srebrzysty  dzwonił. Słuchałbyś dniem i nocą.  — No, i co dalej? Co dalej?  — Ano, nic dalej. Słuchałem, słuchałem, lubość  mi   się   jakowaś   rozpływała   po   kościach,   aż   w  6 końcu śpiewanie ucichło: widać syrena schowała  się   na   nocleg   w   źródełku,   bo   już   i   słońce  zachodziło, a ja powlokłem się do chaty, alem całą  noc spać nie mógł, inom o tej syrenie rozmyślał.  —   Ciekawość!   Warto   by   ją   wypatrzeć,  zobaczyć.  — Ale jak? Toć, jeśli nas ujrzy, — umknie i  skryje się w wodzie. A zresztą, może to i grzech  przyglądać   się   takowej   stworze   niechrzczonej  i  kuszącego jej śpiewania słuchać.  — Grzech nie grzech, — niewiada! Najlepiej  zapytać o to ojca Barnaby, pustelnika. To człek  mądry i pobożny; on powie i nauczy, co czynić  nam należy.  —   Rzetelnie   mówicie,   kumie   Mateuszu,  chodźmy do pustelnika Barnaby.  — Ano, to i chodźmy! Ryby przez ten czas z  Wisły nie uciekną, a my się od duchownej osoby  przeróżności dowiemy.  7 Tak rozmawiali z sobą dwaj rybacy z nad Wisły  w owych zamierzchłych czasach, gdy na miejscu  dzisiejszej   Warszawy,   a   właściwie   jej   Powiśla,  leżała niewielka rybacka osada, otoczona gęstymi  lasami, w których roiło się od grubego zwierza:  łosi, turów, wilków i niedźwiedzi.   II  — Więc powiadacie, że śpiewała?  — A juści! śpiewała; gadałem przecie.  — Hm! I często se tak podśpiewuje?  — A co dnia! Jak tylko słoneczko Boże ma się  ku   zachodowi   i   czerwienią  a   złotem   pomaluje  Wisełkę,   wraz   ci   się   na   Bugaju   jej   piosenka  rozlega.  — I długo też nuci?  — Do zachodu. Jak się ino ciemno zrobi na  świecie, już jej nie słychać.  8 — To nocami nigdy ze źródła nie wychodzi?  — Czy wychodzi, czy nie wychodzi, tego ja nie  wiem, ale przepomniałem powiedzieć, że w pełnię  miesiąca też śpiewa. Nieraz mnie ze snu budzi  blask księżycowy, co do chałupy zagląda: siadam  se na posłaniu, aż ci tu odgłos jakowyś dolata z  daleka; jakby skowronek, jakby dzwonek, jakby  skrzypeczki lipowe: to ona.  — O to mi chodziło właśnie. Więc trzeba tak  zrobić…   Tu ojciec Barnaba zadumał się na długą chwilę,  a obaj rybacy czekali w skupieniu, aż namyśli się,  co poradzić.  Ojciec Barnaba był to starzec wysoki, chudy,  siwobrody,   łysy   jak   kolano,   odziany   w   długą  samodziałową opończę. Na pomarszczonym jego  obliczu rysowały się powaga i dobroć. Wszyscy  trzej siedzieli przed budką pustelnika, na ławie,  uczynionej z dwóch pieńków, na których położono  z   gruba   obciosaną   deskę.   Było   to   lipcowe  9 popołudnie   i   cudnie   było   w   boru,   pachnącym  żywicą   i   kwiatami.   Ptaki   śpiewały   radośnie,  pszczoły wesoło brzęczały, a zielony dzięcioł w  czerwonym   kapturku   stukał   dziobkiem,   jak  młotkiem, w korę rozłożystego dębu i wydłubywał  robaki.  A   ojciec  Barnaba  namyślał  się,   namyślał,   aż  rzecze:  — Więc trzeba tak zrobić: w pełnię miesiąca  wybierzemy się we trzech do źródełka; na odzienia  nasze naczepić należy gałęzi świeżo zerwanych,  najlepiej lipowych, kwiatem okrytych, żeby syrena  człowieka   nie   poczuła,   bo   się   nie   pokaże;  zaczaimy się przy samem źródle, a gdy wynijdzie i  śpiewać zacznie, wtedy zarzucimy na nią sznur,  spleciony z cienkich witek wierzbowych, święconą  wodą skropiony, ile, że takiego żaden się czar nie  ima; zwiążemy i miłościwemu księciu na Czersku  zawieziemy w darze. Niech ją na zamku trzyma i  niech mu wyśpiewuje.  10 Ale uszy woskiem musimy sobie zatkać, żeby jej  narzekań i lamentów nie słyszeć, bo inaczej serce  w nas tak zemdleje, że nie będziemy mieli mocy  wziąć jej w niewolę. Srodze jest żałościwe syrenie  śpiewanie.  — Tak jest, jak mówicie, ojcze Barnabo; wiem  ci ja o tym, bom te piosenki słyszał. Żaden miód,  by najprzedniejszy, tak człowieka nie upoi, jako on  głos syreni. Więc tedy do pełni miesięcznej?  — Tak jest, do pełni.  I rozeszli się w swoje strony. Rybacy nad Wisłę  do   zarzuconych   sieci,   a   ojciec   Barnaba   na  modlitwę.   III  Tam, gdzie dziś nad samem prawie wybrzeżem  Wisły,   poniżej   starożytnych   kamienic   Starego  Miasta,   rozciąga   się   ulica,  Bugaj   zwana,   przed  wielu, wielu laty szumiał las zielony, odwieczny.  11
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Legendy warszawskie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: