Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00171 007175 12429492 na godz. na dobę w sumie
eleWator 12 (2/2015) - Krytyka - ebook/pdf
eleWator 12 (2/2015) - Krytyka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 216
Wydawca: Forma pracownia projektowa i wydawnictwo Anna Nowakowska Język publikacji: polski
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

'eleWator' jest pismem, w którym oprócz najnowszej prozy i poezji uznanych i debiutujących autorów, mieszkających w Polsce oraz za granicą, znaleźć można teksty literackie przetłumaczone na język polski, szkice o literaturze i jej najwybitniejszych twórcach, a także eseje, felietony i recenzje. Kwartalnik jest miejscem dyskusji, polemik i platformą ożywczej wymiany poglądów. Dzięki stałym współpracownikom z Berlina, Dublina, Kijowa, Kopenhagi, Londynu, Paryża i Nowego Jorku, 'eleWator' ma charakter globalny, a także interdyscyplinarny. Wiele uwagi poświęca bowiem najnowszym światowym działaniom artystycznym omawianym w działach filmu, muzyki, sztuk plastycznych i architektury oraz teatru. Kwartalnik, którego wydawcą jest Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy jest pismem szczególnym, bowiem punktem odniesienia do wszystkich decyzji formalnych, redakcyjnych i konceptualnych, jest dziedzictwo Autora „Prozaicznych początków”.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 kwartalnik literacko-kulturalny nr 12 (2/2o15) – kwiecień/czerwiec 2015 ISSN 2299-5692 copyright © eleWator, Szczecin 2015 redagują: Marcin Bałczewski (komiks), Andrzej Fogtt (sztuki plastyczne), Krzysztof Lichtblau (sekretarz redakcji), Paweł Nowakowski (proza), Paweł Orzeł (film, redaktor naczelny), Karol Samsel (eseje i szkice), Kamil Sipowicz (muzyka), Leszek Szaruga (krytyka literacka, zastępca redaktora naczelnego), Adam Wiedemann (poezja) stali współpracownicy: Edward Balcerzan (Poznań), Łeś Bełej (Kijów), Izabela Fietkiewicz-Paszek (Kalisz), Anna Frajlich (Nowy Jork), Krzysztof Hoffmann (Poznań), Artur Daniel Liskowacki (Szczecin), Beata Patrycja Klary (Gorzów Wielkopolski), Monika Petryczko (Szczecin), Małgorzata Południak (Dublin), Andrzej Wasilewski (Paryż), Tadeusz Zubiński (Ryga, Benicarló) redakcja techniczna: Iwona Kępisty korekta: Anna Borowicka i Anna Nowakowska obrazy na okładce: Joanna Koziej rzeźby w numerze: Jan de Weryha-Wysoczański zdjęcie na 216 stronie: Andrzej Łazowski (www.lazowski.eu) redakcja i wydawca: Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy adres do korespondencji: 71-141 Szczecin, skrytka pocztowa nr 39 siedziba: 71-246 Szczecin, ul. Eugeniusza Romera 10e www.elewator.org / pnowakowski@elewator.org www.fundacja-berezy.org / biuro@fundacja-berezy.org Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do zmiany tytułów, skracania oraz redagowania tekstów, o ile nie wypacza to sensu oryginału. druk: KAdruk, Szczecin publikacja współfinansowana ze środków Miasta Szczecin oraz Stowarzyszenia Gmin Polskich Euroregionu Pomerania dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 2 spis treści intro 4 Piotr Lemieszko, Trzy nie(u)dane wiersze miłosne, czyli o montowaniu erotycznego fantazmatu krytyka 7 10 11 17 24 26 32 36 39 40 60 61 64 67 70 74 77 84 86 95 Henryk Bereza, O kulturze czytania Ankieta „eleWatora”. Wstęp Andrzej Turczyński, Czy krytyka literacka to pałuba? Michał Larek, Przeciw krytyce! Grzegorz Strumyk, Ciekawość siebie (idzie krytyk z niewoli) Izabela Pajdała-Kusińska, „Idziesz ze mną? – Gdzie? – W dupę ciemną” Rafał Gawin, Nerwica natręctw literackich, czyli dlaczego nie nurkuję w masce. Wersja rozszerzona Anna Nasiłowska, 4-2-3-1 czyli kim być? Marta Zelwan, O krytyce i krytykach Ankieta „eleWatora”. Odpowiedzi Henryk Bereza, Pochwała czytelników Piotr Michałowski, Depozyt historii literatury Iwo Zmyślony, Krytyk nic nie może Krzysztof Maciejewski, Nie ma już linii podziału. O krytyce internetowej Emilia Walczak, Don’t mess with jelonki Michał Tabaczyński, Nowa umowa. Krytyka literacka jako instytucja literatury Adam Mańkowski, Na rozdrożu intuicyjności i zdrowego rozsąd- ku. Spojrzenie na polską krytykę muzyczną Wojciech Kudyba, Krytyk jako gospodarz Konrad Zych, Źli inteligenci patrzą na pop, czyli co nam zostało z Munro Ankieta „eleWatora”. Post factum: próba krajobrazu proza poezja 102 108 111 Rafał Skonieczny, Pinczer Krzysztof Gryko, Sęk, Rewers, Sekret, Pokrycie, Synkopa, Spot Jolanta Nawrot, Wyspa w cudzysłowie, Pogoda ducha, Wniebogłosy, Księżniczka ma kota, biegnie, Dziewczynka kupuje mleko eKlery 114 O grach (planszowych). Z Marcinem Baranem rozmawia Wiktoria Klera proza poezja z Ciężkowic 117 122 124 126 130 134 Dariusz Sypeń, Jednoręki Marcin Bałczewski, Przyjazd Aleksandra Słowik, Pisane pod kołdrą Robert Król, Falkowska Henryk Bereza, Listy do poetów: do Roberta Króla Waldemar Bawołek, Święty Benedykcie z Anianu, miej mnie w opiece z Krakowa 137 Tomasz Bohajedyn, Ćma van Gogha 12 (2/2015) ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== krytyka literacka muzyka stałe felietony 3 Ewelina Chodakowska, Częsty przypadek (Jakobe Mansztajn, Studium przypadku) Wiktoria Klera, Suma niespełnień (Marcin Sendecki, Przedmiar robót) Justyna Kasperek, W negatywie (Ewa Elżbieta Nowakowska, Nareszcie) Bogdan Nowicki, Agnostyk połykany przez samotnego wilka (Leszek Żuliński, Ostatnia przeprowadzka) Patryk Nadolny, Hologramy średnio wieczne (Łukasz Kuźniar, Everyman) Karol Samsel, Wiesława Juszczaka koncepcja poezji (Wiesław Juszczak, Poeta i mit) Monika Grącka, Gdzie jesteśmy i czy jesteśmy? (Wiktor Pielewin, Batman Apollo) Alan Sasinowski, Zazdrość bogów (John Banville, Nieskończoności) Paweł Jasnowski, Oczyszczając pole (Patrick Modiano, Perełka) Maja Staśko, Jeszcze Polka nie zginęła (Michał Tabaczyński, Legendy ludu polskiego) Mieczysław Orski, Literackie gry Agnieszki Kłos (Agnieszka Kłos, Gry w Birkenau) Emilia Walczak, Małgorzata ~ Krystyna (Małgorzata Halber, Najgorszy człowiek na świecie) Leszek Szaruga, Pro / za i przeciw. 6 (Swietłana Aleksijewicz, Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka; Wschód – Zachód. Wiersze z Ukrainy i dla Ukrainy) Damian Romaniak, Egzorcysta i tajemnica wiary (Kamil Kościelski, Cóż za wspaniały dzień na egzorcyzm… Amerykańskie kino grozy przełomu lat 60. i 70.) Paweł Orzeł, Przed wojną: Książeczka o kaźni (Leonidas Andrejew, Siedem szubienic (opowiadanie)) nadesłano Tadeusz Hnat, Jeszcze polski akordeon; później Paweł Mykietyn (Magdalena Bojanowicz Maciej Frąckiewicz, Satin; Paweł Mykietyn, Chamber Works) Kamil Sipowicz, Bexa Lala (Bexa lala, Bexa Lala i inni) „esoesy” – ADL, Pierwsze „poza mainstreamem” – Izabela Fietkiewicz-Paszek, Głos w sprawach ważnych, czyli Migotanie gwiazd i przedsionków Anny Grabowskiej „omsknięcia” – Ks. Andrzej Luter, 12, 13, 14, 15, 16, 17, 18, 19, 20 „w swoim tempie” – Krzysztof Hoffmann, O niezrozumieniu „dlaczego nie jestem malarzem” – Małgorzata Południak, Wkłucia „bez przesady” – Edward Balcerzan, Postczłowiek – to brzmi groźnie 138 140 143 144 146 148 151 153 155 157 167 169 171 174 179 186 188 191 194 198 200 202 204 206 208 VII Ogólnopolski Konkurs Poetycki „Refleksy” ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 4 Piotr Lemieszko Trzy nie(u)dane wiersze miłosne, czyli o montowaniu erotycznego fantazmatu [TO FAŁSZ] Dorosły wstydzi się swoich fantazji, ukrywa je przed innymi, łatwiej jest mu przyznać się do swoich występków, niż opowiedzieć o czym fantazjuje. Freud Lepiej tysiąc śmierci pomieścić w sobie, Niż pastwiąc się, żyć. Miła, to byłem ja, Mnie objęłaś swym litościwym spojrzeniem. John Dowland a Ten tekst jest zalążkiem próby wprowadzenia do lektury trzech, dotąd nieopubli- kowanych utworów, których osią tematyczną może być niezrealizowana lub unie- ważniona transakcja, posługując się żargonem bankowym, nie(u)dana miłość do dobrego obiektu. b Dobry obiekt jest takim elementem obrazowanego świata, do którego dostraja- nie się przynosi ulgę, czasem satysfakcję – bilans, mówiąc językiem księgowych, przyjmuje wartość dodatnią czy też, posługując się bardziej naukowym językiem ekonomii – dobry obiekt to obiekt, który obcującemu z nim dodaje wartości. Dla jednych dobrym obiektem będzie połączenie genueńskiego pesto z francuską bułką oraz dobre wino na kolację lub śniadanie z ukochaną, ukochanym, dla dru- gich może to być pesto, które przeciwdziała szkorbutowi, sycący chleb, wino, które przeciwdziała samotności. c Dobrym obiektem może być także sam człowiek. d W przypadku trzech cytowanych poniżej tekstów jest to człowiek, kobieta lub męż- czyzna, zajmujący do cna imaginację, dzierżący władzę nad fantazmatem autora. e Teksty są w mojej ocenie przekładem fizjologicznego pożądania na język erotyczny, próbą wtłoczenia w ramy językowe stosunkowo czytelne dla osób trzecich, i znowu transformacją oralności w to, co widoczne dla oczu, alfabetyczne znaki na kartce papieru. Czy da się więc zobaczyć, chęć zapisania erotycznego fantazmatu, jako otwarcia się na dobre rady, pozostawione komentarze? Niewyrażony, stałby się dla autora ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 (2/2015) 5 zaporą nie do odparcia, tym, co psychiatrzy określają zalegającymi nastrojami, stałby się przyczyną choroby z urojonej miłości. Fantazmat odeprzeć mogą jedynie podzielone z kimś słowa, pisanie, czytanie, dialog. f W cytowanych poniżej tekstach, zapiskach lub wierszach, władający nad autorem fantazmat nie został jednak wyrażony w dostatecznie wyrazisty sposób. Teksty są jedynie sygnałem o pracy wewnętrznej autora powstałej z połączenia optyki z ima- ginacją. g Co jest tego przyczyną? Powody, oczywiste lub nie – być może istnieją inne teksty, które nie zostały przeka- zane do wiadomości w związku z silnym lękiem przed wypróżnieniem imaginacyj- nego aparatu – jest więc to lęk przed fantazmatem na wolności i pustką w sercu. I Nie spojrzałem przecież w lustro, Gdy na ciebie spojrzałem. Nie przyszło mi na myśl, że zaczniesz mnie małpować. Chciałem zobaczyć kogoś innego, nie siebie – Ale nie zamieniłem wtedy z tobą jednego słowa. Nie dostrzegłem z drugiej strony stołu ciebie, Raczej to, co zjadło moje pożądanie. II Gdy zobaczyłem twoje liczne dłonie, Z mojego gardła buchnął żar. Przygryziony język powiedział, czym jest gorąca miłość. Później, wielokrotnie mi to powtarzałaś – Przyzwyczaiłem się więc do twojego zapachu. Gdy odeszłaś, Nadstawiłem twarzy, Pobiegłem do lasu, Jesienne liście przylgnęły do mojego czoła. III Teraz odtwarzam rysy twojej twarzy – Igła, biegnąc po niej, odczytuje niewypowiedziane słowa. Trafiają one i mieszają się w podręcznej pamięci moich uszu. Gdy próbuję do niej sięgać, moje okulary brudzą się żółtą mazią. Nie nadają się więc do czytania – Przypominam sobie twój skrywany uśmiech. Piotr Lemieszko (ur. w 1984 r.) – studiował filologię polską w Katowicach. Mieszka w Chorzowie. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 6 Jan de Weryha-Wysoczański, „Obiekt z drewna”, 187 x 187 x 16 cm, drewno świerkowe cięte i łamane, łączone bukowymi dyblami, 2014 r. Jan de Weryha-Wysoczański (ur. 01.10.1950 r. w Gdańsku) – artysta rzeźbiarz. Wybranym tworzywem jest drewno, a procesy tworzenia ograniczone są do trzech pojęć: cięcia, rozłupania i łamania. Od roku 1981 mieszka i pracuje w Hamburgu. Otrzymał I nagrodę, Prix du Jury, w Salonie Wiosennym ‘98, ufundowaną przez ministra kultury Luksemburga (1998). Zrealizował pomnik Polakom deportowanym po upadku Powstania Warszawskiego 1944 r. dla Muzeum – Miejsca Pamięci byłego obozu koncentracyjnego w Neuengamme/Hamburgu (1999) i pomnik ofiar Trzeciej Rzeszy wywiezionych na roboty przymusowe do Hamburga, zlokalizowany na promenadzie Schleusengraben w Hamburgu-Bergedorfie (2012). Jego prace znajdują się w zbiorach: Muzeum Narodowego w Szczecinie, Muzeum Rzeźby Współczesnej / Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, Muzeum Sztuki Współczesnej w Radomiu i w wielu zbiorach prywatnych. Brał udział w wielu wystawach zbiorowych i indywidualnych m.in.: Kunsthalle Wilhelmshaven „Strenges Holz” (2004), Muzeum Rzeźby Współczesnej w Orońsku „Objawienia w drewnie” (2006), Gdańska Galeria Miejska „Tabularium” (2009), Carlshütte „NordArt 2013/15”, Büdelsdorf. Od roku 2012 czynna jest w Hamburgu stała ekspozycja prac w Sammlung de Weryha. Oficjalna strona internetowa: www.de-weryha-art.de. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 (2/2015) krytyka 7 Henryk Bereza O kulturze czytania Bez wątpienia czyta się w Polsce wiele. Jeśli chodzi o literaturę piękną, więcej niż na Zachodzie, w krajach o wyższej stopie życiowej, większej cywilizacji, dojrzalszej kulturze. Czasopiśmiennictwo literackie prawie nigdzie nie ma tak masowego cha- rakteru jak w Polsce. Dziwią się temu bez przerwy obcokrajowcy. Nawet zazdroszczą nam zagraniczni intelektualiści i ludzie pióra. Czy jednak rzeczywiście mamy pod tym względem tylko powody do zadowolenia? Przypuszczam, że nie. Czytelnictwo nie może być zjawiskiem oderwanym od poziomu ogólnej humanistycznej kultury członków danego społeczeństwa, samo w sobie czytelnictwo niczego jeszcze nie oznacza. Może być całkowicie bezużyteczne, może zaspokajać potrzeby wcale nie świadczące o kulturze, w skrajnym ujęciu może być świadectwem jej braku. Wydaje mi się, że w naszej sytuacji wszystkie te niebezpieczeństwa są realne. Dosyć wiele objawów świadczy o tym ponad wszelką wątpliwość. Wszystko zależy bowiem od tego, po co się czyta i co się przez czytanie osiąga. Lękałbym się odpowiedzi na oby- dwa te pytania. Z wielorakich względów. Zbyt wiele dowodów na to, że u nas i pisze się, i organizuje czytanie, i czyta się z przyczyn i dla celów z punktu widzenia hu- manistycznej kultury wątpliwych. Niejednokrotnie z kulturą sprzecznych. Co rozumiem pod pojęciem humanistycznej kultury? Najprościej mówiąc – in- dywidualną kulturę duchową człowieka, który ma świadomość własnej samoistnej egzystencji, chce i potrafi samodzielnie regulować swoje stosunki ze światem, chce i stara się zachować w granicach ludzkich możliwości prawo do swobodnego myślenia i osądzania wszystkiego, co kryje się w doświadczeniu życia. O tak pojętą kulturę człowieka nikt się u nas nie stara. U nas pisze się „ku pokrzepieniu serc”, dla pouczenia, dla utwierdzenia w wiarach rozlicznych i zawsze bezsensownych. Czytelnictwa pragnie się po to, żeby propagować idee, nawracać, zwiększać ilość wiernych, nie ilość myślących. Czyta się wreszcie najczęściej dlatego, żeby znaleźć coś nowego do wierzenia lub utwierdzić się w wierze dotychczasowej. Wszelkie myślenie, a zwłaszcza myślenie samodzielne, odważne i krytyczne, nie cieszy się uznaniem, pozbawia złudzeń, zmusza do spojrzenia prawdzie w oczy. Gdyby było inaczej, piszący nie czuliby się tak jak u nas apostołami rozlicznych kultów. Gdyby było inaczej, czytający nie oburzaliby się fanatycznie na tych, którzy myślą inaczej niż oni, nie wierzą w to, w co oni wierzą, myślą krytycznie o tym, co dla nich jest świętością. Rzetelny humanizm wyklucza wszelkie ograniczenia dla ludzkiej myśli, dla tre- ści ludzkich uczuć a prawdziwa sztuka służy zawsze wyrażeniu myśli i uczuć czło- wieka i to niezależnie od tego, czy one nam się podobają czy nie. W Mandarynach Simone de Beauvoir, zbuntowany przeciwko nowoczesnym kultom zbiorowym Henryk Perron, którego prototypem jest Albert Camus, wypowiada myśl, którą uznać należałoby za manifest humanistycznej postawy: „Niepodobna myśleć tego, czego się nie myśli, chcieć tego, czego się nie chce”. Zdanie to jest prawdziwe tak- że w odwrotnym sensie. Niepodobna nie myśleć tego, co się myśli, nie chcieć tego, czego się chce. Sprzeniewierzenie się tej zasadzie prowadzi nieuchronnie do fałszów, a z fałszu nie może wyniknąć żadna sztuka, tak jak nie może wyniknąć żadna kul- tura. Zofia Nałkowska, która tyle wysiłku poświęciła zagadnieniu granicy swobody ludzkiego postępowania, wyraziła w Niecierpliwych myśl bardzo podobną. „Może ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 8 krytyka umówimy się – wypowiada się jeden z bohaterów powieści – dla uproszczenia, że potępienie zachowamy tylko dla czynów, zgoda? Nie dla zamiarów. Bo nie moż- na nie chcieć, gdy się chce, jak wiesz, można tylko nie wykonać. A i to nie jest takie pewne”… Wprawdzie i zapis myśli i uczuć, i jego odbiór jest czynem, ale czynem intym- nym, z racjonalnego punktu widzenia niepodlegającym żadnym kompetencjom moralności społecznej. Wartościowanie myśli i uczuć człowieka jest najistotniej- szym przywilejem sztuki, w żadnym razie nie leży w kompetencjach racjonalnie i po laicku pojętego prawa. Tylko wyznawcy boskich prawd mają czuć się uprawnieni do ingerowania w wewnętrzne życie człowieka. Skoro wszystkie prawdy o życiu i czło- wieku są wytworem ludzkim, a każdy prawdziwy akt twórczy jest próbą konstytu- owania elementarnych prawd o człowieku, jakież racje mógłby wysunąć ten, kto by chciał odmówić innym prawa do kwestionowania tych prawd, w które sam wierzył, zwłaszcza że nie powinien wierzyć, a co najwyżej uznawać. Człowiek samodzielnie myślący nie jest w stanie znaleźć żadnej prawdy moralnej, która by nie mogła być przedmiotem sceptycznego myślenia. Prawdy takie można formułować samodziel- nie i na własny użytek, można je rozważać wspólnie, zwłaszcza gdy celem ich jest regulacja stosunków międzyludzkich, nie sposób wszakże uznać ich za świętość, ob- jawienie, Prawdę Ostateczną. Żadna prawda ostateczna nie jest człowiekowi dana w żadnym zakresie, a zwłaszcza w zakresie sądów moralnych. Z wyłożonych tu twierdzeń ogólnych wynikają wielorakie wnioski szczegółowe, dotyczące kultury czytania literatury pięknej, określające racjonalny i humanistycz- ny stosunek odbiorcy dzieła do jego twórcy. Dzieło sztuki powinno być najpełniejszym wyrazem osobowości twórcy. Potrze- ba czytania powinna wynikać z ciekawości drugiego człowieka, obnażającego swoją moralną naturę. Samo czytanie powinno być aktem zderzenia duchowego dwóch różnych, ale równorzędnych partnerów. Stosunek wyznawczej afirmacji czy wyznaw- czej negacji jest świadectwem braku kultury, jest reliktem prymitywnego fideizmu. Zofia Nałkowska wyraziła kiedyś genialną myśl, którą uznać można za dewizę wszel- kiej mądrości. „Nie mam danych przypuszczać, że wiem lepiej niż ktokolwiek, jak żyć należy”. Potem odniosła tę myśl do wszystkich pisarzy. Byłoby świadectwem najwyższej kultury społecznej i moralnej, gdyby każdy mógł to o sobie powiedzieć z pełną odpowiedzialnością i z pełną świadomością najgłębszej treści tych słów. Gdyby każdy troszczył się więcej o zdobycie własnej mądrości, a mniej o pouczanie i uszczęśliwianie innych, kto wie, jakich nieszczęść udałoby się uniknąć. Niestety tylko sztuka najpoważniejsza wyrasta z tak mądrego i jedynie huma- nistycznego stosunku do człowieka i jego niepodważalnych praw do wolności, i tak ograniczonej rozlicznymi koniecznościami życia. A na nieszczęście każda koncep- cja filozoficzna sztuki zawiera w sobie zarazem receptę na jej odbiór. Sztuka dy- daktyczna na przykład, pouczająca, pokrzepiająca, celebrująca świętości zakłada z góry niepełnowartościowość moralną odbiorcy, jest wyrazem mniej lub więcej jas- krawej pogardy dla niego, jest świadectwem niczym nieusprawiedliwionego zadu- fania tych, którym się wydaje, że wiedzą lepiej. A tymczasem wobec pytań, które sztuka stawia sobie od wieków i wciąż na nowo, najwybitniejszy uczony ma prawie tyle samo do powiedzenia, co najzwyklejszy analfabeta! Sens życia może określać każdy wyłącznie dla siebie i na własne ryzyko. Do szerzenia oświaty jest literatura popularnonaukowa. Celem literatury pięknej nie jest to w żadnym razie. Praw- dziwy artysta zadaje sobie samemu pytanie, dotyczące sensu własnego życia i dla siebie samego szuka na nie odpowiedzi. Odbiorca dzieła sztuki może, ale nie musi wykryć w nim takich czy innych podobieństw do pytań, które jego samego dręczą. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 (2/2015) 9 Nie powinien mieć jednak żadnych pretensji, gdy artysty nie interesuje nic z tego, co jego interesuje, gdy artysta nienawidzi tego, co on kocha, gdy reaguje na świat całkiem odwrotnie niż on sam. Jeśli w życiu poszanowanie wolności drugiego człowieka nie zawsze jest, a nawet nie zawsze może być przestrzegane, nie znaczy to, że wolno i trzeba zrezygnować z tego także w sztuce. Wręcz przeciwnie. W sztu- ce urzeczywistniała się zawsze ta potrzeba wolności, która w życiu nie mogła się urzeczywistnić. Nie wydaje mi się, żeby masowe czytelnictwo w Polsce odznaczało się wysoką kulturą czytania. Zbyt silnie przywiązani jesteśmy do wszelkiego typu fanatyzmu, zbyt rzadko potrafimy się wykazać rzeczywistą ludzką mądrością. Literatura nasza była i jest literaturą dla prostaczków. Dlatego była i jest literaturą drugorzędną. Dopóki stary fideizm zastępowano fideizmem socrealistycznym, nikt się przeciwko niemu nie oburzał. Nawet ci, dla których fideizm socrealistyczny był z gruntu obcy, a nawet wrogi. Dzisiaj, gdy do masowego czytelnika zaczyna docierać literatura śmielsza, samodzielniejsza, uwolniona choćby w minimalnym zakresie od celebro- wania wątpliwych świętości, fideiści starego i nowego autoramentu występują zgodnym frontem przeciwko wszystkim, którzy odważają się trzeźwo przyjrzeć ich świętościom. Pienią się czytające dewotki nie tylko spod zakrystii, protestują nauczyciele, których oduczono sztuki myślenia. Kult świętości niełatwo zastąpić szacunkiem dla człowieka, który ma chyba prawo myśleć i czuć to, co myśli i czu- je. Przyzwyczajenie do wyklinania zastępuje trudną sztukę dyskutowania, którą posiąść można tylko wtedy, gdy się potrafi myśleć, gdy się ma szacunek dla własnego i cudzego człowieczeństwa. Maria Dąbrowska powtórzyła niedawno za kimś uwagę niezwykłej trafności: „Dyskusję prowadzi się po to, aby każdy pozostał przy swoim mniemaniu”. I jeśli jest to prawdą, a moim zdaniem nawet powinno, nie wynika stąd żadne nieszczęście. Człowiek powinien nauczyć się cenić własną i cudzą odrębność, na bezwzględne porozumienie stawiając tylko wtedy, gdy w grę wchodzi zabez- pieczenie fizycznych warunków współistnienia. A i co do tego także myśli i uczu- cia mogą być całkiem różne, byleby czyny nie zagrażały niczyjej egzystencji. Nie trzeba chyba ograniczać niczyjej wolności wtedy, gdy nie jest to konieczne. Tego wy- maga racjonalizm, tego wymaga humanizm, tego wymaga zwykły rozsądek. Wtedy i sztuka będzie mogła być najwspanialszym wyrazem natury człowieka i życia, będzie mogła lepiej i mądrzej zaspokajać najważniejszą potrzebę duchową człowieka – potrzebę poznania i zrozumienia siebie samego, potrzebę poznania i zrozumienia innych ludzi. Uwagi moje dotyczą najbardziej pryncypialnych, ogólnofilozoficznych zasad kulturalnego i mądrego czytania. Nie wnikają one w wewnętrzny mechanizm kontaktu duchowego z dziełem literackim, nie uwzględniają całego szeregu spraw związanych z wyborem, przyswajaniem sobie i oceną literatury pięknej, pomijają całą różnorodność i barwność możliwych stosunków do literatury różnych typów, rodzajów, epok i postaw filozoficznych. Temat to zbyt rozległy, wymagający całkiem innego podejścia. Wiele przejawów przerażającego obskurantyzmu w stosunku do literatury sprowokowało mnie do uwag bardziej zasadniczych, traktujących tyleż samo o sztuce czytania co o sztuce życia. opracował Paweł Orzeł pierwodruk w: „Orka”, nr 12 (42), Warszawa, 23 marca 1958, s. 1, 4 Henryk Bereza (ur. w 1926 r. w Miedniewicach, zm. 21.06.2012 r. w Warszawie) – krytyk literacki i eseista. Przez ponad pięćdziesiąt lat był redaktorem miesięcznika „Twórczość”, gdzie kierował działem krytyki, a następnie prozy i był zastępcą redaktora naczelnego. Ponad trzydzieści lat miał w „Twórczości” autorską rubrykę Czytane w maszynopisie. Patron fundacji publikującej kwartalnik „eleWator”. Wydał książki: Sztuka czytania (1966), Doświadczenia (1967), Prozaiczne początki (1971), Związki naturalne (1972, 1978), Proza z importu (1979), Taki układ (1981), Bieg rzeczy (1982), Sposób myślenia: tom 1 – o prozie polskiej (1989), Pryncypia. O łasce literatury (1993), Obroty (1996), Oniriada. Zapisy z lat 1976-1996 (1997), Epistoły (1998), Miary (2003), ...Wypiski... (2006), Względy (2010), Zgłoski (2011), Zgrzyty (2014). W roku 2010 ukazały się Końcówki. Henryk Bereza mówi (wywiad przeprowadzony przez Adama Wiedemanna i Piotra Czerniawskiego). ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 10 krytyka Ankieta „eleWatora”. Wstęp Integralną częścią tego numeru „eleWatora” jest ankieta dotycząca aktualnej kondycji krytyki literackiej w Polsce. Złożyły się na nią cztery pytania; jedno zam- knięte, trzy pozostałe – otwarte. Ostateczny ich kształt uzyskaliśmy w trakcie kilku rozmów redakcyjnych. Pytania skierowaliśmy w rozmaite strony: do prozaików, poetów, krytyków, wydawców, animatorów kultury. Oto ich treść: 1. Która z podanych poniżej figur najlepiej opisuje Pani/Pana zdaniem kry- tyka idealnego, zdolnego sprostać wyzwaniom naszych czasów? a) figura „dobrego gospodarza” Michała Głowińskiego; b) figura „mediatora” René Girarda; c) figura „współtwórcy” Karola Irzykowskiego; d) figura „życioczytania” Henryka Berezy; e) inna – jaka? 2. Daje się ostatnio zaobserwować zjawisko usługowości krytyki względem dużych wydawnictw bądź korporacji prasowych. Czy jest to zjawisko nieunik- nione? Potrzebne? Naganne? Czy należy z nim walczyć? 3. Czy krytyka literacka powinna być autonomiczną dyscypliną naukową? Czy pochwala Pani/Pan tworzenie kolejnych uniwersyteckich katedr krytyki li- terackiej? 4. Skąd bierze się popularność skrajnych opinii na temat kondycji krytyki lite- rackiej typu: diagnoza „śmierci” lub diagnoza „zmartwychwstania”? Czy (w od- niesieniu do sytuacji współczesnej) z którąś z nich się Pani/Pan zgadza? Ankieta została rozesłana do respondentów w lutym 2015 roku. Sugerowaliśmy odpowiedź na jedno, kilka lub na wszystkie pytania. Większość odpowiedzi, które otrzymaliśmy, okazała się jednak odpowiedziami kompleksowymi. Spośród nich wszystkich (w liczbie dwudziestu czterech) wymienić należy siedem oddzielnych studiów i mikrostudiów, które powstały w efekcie inspiracji ankietą oraz stworzyły oddzielną jakość. Dotykają one problemów krytyki literackiej w Polsce, najczęściej zgodnie z linią wyznaczoną przez cztery kwestie artykułowane w ramach samej ankiety (figuralność – usługowość – naukowość – uskrajnianie diagnoz). Ankieta została przesłana do około osiemdziesięciu osób: ze Szczecina, Trójmia- sta, Poznania, Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Torunia, Górnego Śląska, Krakowa, Lublina, Olsztyna, Bydgoszczy, Rzeszowa, Krzeszowic, Sanoka, Brzegu, Leśniczówki- -Pranie oraz z zagranicy. Dwadzieścia cztery osoby spisały swoje odpowiedzi, przy czym samo zaproszenie do wzięcia udziału w ankiecie przyjęły trzydzieści trzy osoby. Najczęściej ze względów tematycznych – odmówiło „eleWatorowi” osób szesnaście. Reszta zaproszonych – milczała. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 (2/2015) 11 Andrzej Turczyński Czy krytyka literacka to pałuba? Jeśli w zgodzie z przesłaniem Karola Irzykowskiego, autora eksperymentalnej powieści Pałuba. Sny Marii Dunin (1903), skupić uwagę na węzłowym dla postrze- gania literatury ‘pierwiastku pałubicznym’ rozumianym jako zderzenie rzeczywisto- ści ze światem fantazmatów, po to, aby te ostatnie obnażyć i wytrącić z błogostanu chełpliwego samozakłamania, to nagle może się okazać, że dziś sprawa dotyczy coraz bardziej osobliwych relacji między rzeczywistością literatury jako takiej i krytyki literackiej okopanej w swoich fantazmatach – przywidzeniach i urojeniach. A oto, co pisał na ten temat sam Irzykowski: „Pierwiastek pałubiczny polega między innymi na inkongruencji […] obrazu w duszy, myśli, fantazji, teorii z odnośną rzeczywistością. Aby głębiej odczuć działanie pierwiastka pałubicznego, trzeba stosunkować się do życia, wybiegać poza nie myślą, mieć plany pojmowania lub kształtowania go, wyrosłe czasem do tzw. idées fixes, lub mieć choćby jakieś żywiej, osobiściej odczute szablony – wtedy nawiedza nas ten gość skryty, niepożądany, wyrzucany za drzwi, gość, którego biletu nie kładzie się na tacy”. Krytyka literacka obecnie zdaje się nosić wszelkie znamiona bytu osobliwie hipostatycznego: przypisuje realne istnienie nie literaturze, lecz jedynie swoim wła- snym stanom, cechom i fenomenom, słowem abstraktom, od których sama litera- tura, a ściślej jej twórcy na ogół się dystansują. Omal pewne wydaje się w tej sytu- acji, że większość pisarzy w ogóle nie interesuje się krytyką literacką, swoją uwagę skupiając co najwyżej na towarzyszących ich twórczości recenzjach. Niewykluczone, że dzieje się tak za wskazówką mistrza ‘czarnego kryminału’ Raymonda Chandlera, autora trzech bezwzględnych reguł pisarskich: „Nie słuchać rad. Nie pokazywać nikomu i nie omawiać z nikim tego, nad czym się aktualnie pracuje. Nigdy nie od- powiadać krytykom”1. Zatrącając na wstępie o Irzykowskiego i jego Pałubę, pamiętam także o pałubie w jej literalnym słownikowym znaczeniu jako kukle – topornej i pokracznej, wszak przynajmniej niektórym z pisarzy w takiej właśnie pałubicznej formie jawi się dziś krytyka literacka. W istocie chodzi o ocenę skuteczności opisu krytycznego, który powinien po- dejmować się odpowiedzi na pytanie, co jest, a co nie jest literaturą i w efekcie de- finiować pojęcie literackości – więc o kryteria. Katedry krytyki zapewne nie pogłę- bią kryzysu w sztuce literatury, jednak trudności w zakresie jej definiowania nie znikną jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Literaturę konstytuuje współist- nienie sprzeczności w samej głębi jej istoty, konstruuje się ją z nierozstrzygalnych kwestii. Skomplikowanie, wielowymiarowość, polifoniczność życia przesądzają chyba o wyczerpaniu formuły „życiopisania”, więc i „życioczytania” literatury, jak prze- sądzone zostało zerwanie z odwzorowywaniem życia chociażby w sztukach pla- stycznych. Problem podejścia do literackości pozostaje otwarty, niedawno swoją koncepcję ogłosił Edward Balcerzan. Uwzględnienie jej przez piszących o literaturze z pewnością nie zaszkodzi. 1 List Raymonda Chandlera z kwietnia 1954 r. do redaktora „The Third Degree” (Magazyn „Amerykań- skich Pisarzy Powieści Kryminalnych”), w: Raymond Chandler, Mówi Chandler, przeł. Ewa Budrewicz, Warszawa 1983, s. 116. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 krytyka Co się stało, że na mało widocznej z zewnątrz – tj. z perspektywy czytelnika – krzyżówce dwóch rzeczywistości, dwóch porządków i dwóch nieskończoności – objawiających świat w Literze i ów świat interpretujących doszło do ich czołowego zderzenia, gdy literatura i krytyka sunęły zwykle po równoległych pasach ruchu. Owszem, może niewystarczająco blisko siebie, może nie za bardzo równolegle, lecz bardziej krzywo-prosto, ale, jak się zdaje, nie miano ich względem siebie za kon- frontacyjne, nawet, jeżeli pamiętano mocno krytyczną rozprawę Maurycego Moch- nackiego O literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym (1830) czy tamtą słynną, kilkadziesiąt lat później pisaną żółcią przez Stanisława Brzozowskiego Legendę Młodej Polski. Studia o strukturze duszy kulturalnej (1909). Jej autor, w pracy krytycznej posiłkujący się myślą filozoficzną przede wszystkim Kanta, Marksa i Nie- tzschego, postrzegał literaturę jako element poznania pozwalający zwykłemu ‘zja- daczowi chleba’ ominąć kantowską koncepcję ‘niepoznawalnego świata’, poznania poprzez pracę często rozumianą przecież jako intelektualny wysiłek zmieniający nie tylko ogląd świata, ale i sam świat. Wyjść na zewnątrz, rozburzać mury ciasnej, zaściankowej umysłowości było wtedy i jest dzisiaj jednym z najistotniejszych wy- zwań rzucanych przez sztukę społeczeństwu na ogół pogrążonemu w umysłowej indolencji, stroniącemu od intelektualnego wysiłku, nie mówiąc już o bynajmniej nieskrywanej niechęci do namysłu filozoficznego. I oto w sytuacji, kiedy literatura i krytyka literacka, jak może się wydawać, do- stały szansę współdziałania, wypracowania mniej więcej zbliżonego stanowiska prze- ciwstawiającego się niwelującym względom utylitaryzmu społecznego, również sztukę literacką sprowadza się do roli użytkowej, doraźnej korzyści. Pod mętnymi na ogół konceptami nie widać by się zacieśniał bliski współ-czujący związek między kreacją i interpretacją, i jeśli nawet nie dochodzi między nimi do kolizji, to do roz- minięcia2. Dzisiejszej krytyki literackiej twierdza bastionowa w Nowych Okopach Świętej Trójcy to Uniwersytecka Katedra – Sapientia et Fortitudo, przybytek Racji Naj- wyższej i Autorytarnego Autorytetu. Nie opowiadam się przeciwko Niej i w ogóle autorytetom jako takim, wszak jest oczywiste, że do pewnego stopnia powstrzymują konkwistadorskie i spłaszczające zapędy demokracji. Jednakże nazbyt często taki stan rzeczy pozostaje zawieszony w sferze pobożnych życzeń. Tak naprawdę to nie wiadomo, co aktualnie w krytycznej trawie piszczy. Ciekaw jestem tych, co szturmują do wrót ‘Akademii wszelkiej scien- cyi pełnej’ i Katedr Krytyki Literackiej. Tymczasem widzę multum grafomaństwa 2 A przecież już u Mochnackiego pojawia się niepokój jakby antycypujący ów nas dzisiaj dotyczący problem: „Chcącemu teraz, w dostatkach piśmiennych jakiegokolwiek narodu rozeznać jego myśl własna, toż charakter, postać moralna i kształt cy wilizacji. trudnym staje się to przedsięwzięcie, jeżeli nie niepodobnym ku wykonaniu. (…) – Za dawnych czasów (…) umiejętność szła innym strychem [tor, kierunek; obyczaj – przyp. mój]; w ciaśniejszych mieściła się szrankach niżeli teraz: kładziono ją pod pewną linię i modłę, żeby nie chybiała ani na tę, ani na owę stronę. To prawda! Lecz wtenczas duch ludzki zawodził na głębią; w głębi przenikał do jasności i szukał gruntu. Dzisiaj we wszystkim więcej postawy niż wątku. Być może, że teraz więcej umiemy od poprzedników, ale zapewne przechodzą oni nas treścią i mocą swych pojęć. Umiejętność teraźniejsza nie zna żadnego wędzidła; nie ukrócona żad- ną przeszkodą, żadną wątpliwością, jako potok wezbrany z granic wy stępuje. Płynie szeroko, rwistym pędem, na wszystkie rozlewając się strony, ale na swoim nie jest tak umocniona i tak daleko jak pierwej nie zachodzi. Dzisiaj, że tak powiem, wszerz i podług rozmiaru na dłu gość moc pojęć naszych się roz- nosi; przedtem zaś umysł ludzki albo bujał w przepaścistych otchłaniach, albo śmiałym lotem wzbijał się w przeciwległą stronę, do wysokości już dla nas niedościgłej i le dwo nie ku wyżynom zawrotu. Tam szukał prawdziwej chwały!”, w: Maurycy Mochnacki, O literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym, Łódź 1985, s. 40. 12 (2/2015) ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 13 podszywającego się pod rozmaite akurat modne trendy i brak talentu, by je wcielić w Literaturę. Przy moim pojmowaniu uprawiania sztuki pisania (jako formy ekspresji indy- widualności, umysłu, który jest niemal duszą – jak u Williamsa) mam zarazem lite- raturę za zjawisko z dziedziny fenomenologii, więc jej opis – aczkolwiek powinien pozwolić rozróżnić to, co jest literaturą, co paraliteraturą, a co literacką, bywa nawet, iż dobrze skrojoną, konfekcją – nie może przebiegać według schematu, jakiegoś jednolitego ex cathedra ustalonego i narzuconego, sposobu działania. Pozostaje kwestią jak pogodzić poznanie intuicyjne z metodologią i narzędziami badań na- ukowych. Przyznajmy, bywa i tak, jak gdzieś zauważa norweski autor kryminałów Jo Nesbø, że „artysta, który twierdzi, że jest niezrozumiany, niemal zawsze jest złym artystą, którego, niestety, zrozumiano”. Jednakowoż warto może pokusić się o próbę uchwycenia owego katastrofalnego w skutkach momentu skoncentrowania się krytyki literackiej na samej sobie, fak- tycznego dystansowania się od samej literatury. Oczywiście owo ‘zdystansowanie’ jest niedoskonałe, pozorne, a nawet fikcyjne, gdyż przynajmniej w niektórych re- tortach literaccy krytycy przecież warzą soki wyciągnięte ze współczesnej literatury, tyle, że substancje z nich otrzymywane – wszelkiego rodzaju analityki, oceny i kon- kluzje nie trafiają do powszechniejszej świadomości czytelniczej, nie ujawniają się na zewnątrz, lecz pleśnieją i usychają wewnątrz krytycznoliterackich składowisk w ka- takumbach uniwersyteckich katedr. W najlepszym razie stają się w obiegu wew- nętrznym niespożytym dostawcą cytatów i mnożących się w nieskończoność przy- pisów, przypisów do przypisów, glos etc. Brakuje już miejsca na zajmowanie się tym, co dzieje się w literaturze, na zewnątrz. Odnoszę wrażenie, że tym szczególnym również dla literatury momentem był stan wojenny, wojna polsko-jaruzelska 1981-1983. To ona, ta wojna właśnie, rozprzestrzeniając się na środowiska literackie i dzie- ląc je, poczyniła w przestrzeni kultury trudno odwracalne zmiany. Jej zarażone plo- ny po dziś dzień zbieramy w obfitości, trudno było zresztą oczekiwać, że nasza aku- rat dziedzina przetrwa nieskażona. Niemniej jednak powiedzmy – nie zapominając wcale o dyspozycyjności nie- których pisarzy i krytyków wobec dyrektyw wykładanych z partyjnych trybun albo zakamuflowanych – że w pewnych przypadkach bynajmniej nie iluzoryczną swobo- dę twórczą zdobywano dzięki rynkowi mimo wszystko dostępnej prasy literackiej – niekiedy prawdziwej arenie literackokrytycznych bojów, godzi się tu przypomnieć awanturę krytyczno-krytykancką towarzyszącą filmowej wersji Popiołów (1965) w reżyserii Andrzeja Wajdy, zjadliwą publicystykę Artura Sandauera w głośnym cyklu Bez taryfy ulgowej (1956-1963), czy też zainicjowany przez Juliana Przybo- sia spór ze Stanisławem Grochowiskiem w kwestii nowej – wedle oceny JP – tur- pistycznej estetyki, w której kręgu poza Grochowiakiem znaleźli się też Różewicz i Białoszewski. Toczona na oczach publiczności wojna tyczyła wszak pryncypiów es- tetycznych i etycznych w rzeczywistości, cokolwiek by rzec, ‘zniewolonego umysłu’. Chociażby takiego ograniczonego forum, tej krytyki współ-odczuwającej i współ- -czującej z tworzoną dziś literaturą brakuje w powszechnym obiegu kulturalnym. Sami pisarze volens nolens ugrzęźli w regionalnych koteriach, promując siebie nawzajem i przypodchlebiając się piszącym o książkach recenzentom, a nawet za- przyjaźnionym wydawcom, aby chociaż lokalnie zaistnieć. Tuzom namaszczonym przez „Gazetę Wyborczą” lub „Rzeczpospolitą” istnienie zapewniają nakłady gazet ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 14 krytyka zarządzających świadomością zbiorową Polaków. Dziwnie to przypomina system miniony. W sytuacji, gdy nowe Salony Sztuki wypełnia usłużny szept tej albo tamtej lub zgoła jeszcze innej dworskiej (ale mało dwornej) kamaryli, pytanie o krytyków klasy Kazimierza Wyki, Zbigniewa Bieńkowskiego, Krzysztofa Mętraka, Andrzejów Ki- jowskiego, Falkiewicza i Mencwela, Ludwika Flaszena czy Ryszarda Przybylskiego, wydaje się być wołaniem na stepie: „Jedźmy, nikt nie woła”. Niechaj nikogo nie zwiodą publikowane na różne sposoby opinie o książkach, o literaturze i sztuce w ogóle. Te publikowane na łamach nadal starających się utrzy- mać wysokie standardy miesięczników, takich jak „Odra”, „Twórczość”, „Zeszyty Literackie” czy dwumiesięcznik „Topos”, ze względu na ich żenująco niskie nakłady „oświecają” kulturalnie jedynie garstkę tych zresztą już „oświeconych” i spełniają oczekiwania samych zainteresowanych biorących udział w tej grze: prozaików, po- etów, plastyków i muzyków, nie przekładając się na sensu stricto kształtowanie ogólniejszych gustów czy literackich opinii. Krótko biorąc – krytyka istnieje, ale jakby nie istniała. Tak samo jak literatura: jest i jej nie ma. Jest i nie jest nawet ta, którą ‘promuje’ Telewizja pod hasłem: ‘Nie ma ciebie w naszym okienku pisarzu/malarzu/muzyku – to znaczy, że nie ma ciebie wcale, nie istniejesz’. To zaledwie drobne niedopatrzenie, że przed programem nie ukazuje się plansza z tym przesłaniem, co nie znaczy, że ono nie istnieje. Bo istnieje w głowach telewizyjnych pań i panów od kultury, którzy z kolei wypełniają nim głowy rodaków, realizując strategiczne koncepcje telewizyjnego ‘upowszechniania sztuki’. Trudno w odniesieniu do plejady krytyków sprzed cezury stanu wojennego za- kładać jakieś hurra-kontestacyjne skłonności, przeciwnie wszyscy oni zostali ska- żeni ‘ukąszeniem heglowskim’, które w rozumieniu Czesława Miłosza, biorąc rzecz najogólniej, oznaczało intelektualną deprecjację jednostki i jednoczesne podłącze- nie jej do Rozumu Kolektywnego, czyli ‘umysłu zniewolonego’ niezdolnego dostrzec różnicy między Bogiem a Historią, prawdą i fałszem, nierozróżniającego koniecz- ności od wolności. W większości w jakimś stopniu wpisywali się oni w peerelowską wizję kultury i sztuki, być może niektórzy w przekonaniu, że działają w imię jakiejś iluzorycznej ‘wyższej konieczności’, wybierają „mniejsze zło”. Należy jednak zauważyć, że mimo komunizacji, a nawet bolszewizacji, inteligen- cja, a przynajmniej jej trzon – intelektualna elita – nie uległa presji i jakby zastygła w swoich estetycznych i moralnych racjach. Ci, co przetrwali hekatombę niemieckiej okupacji i stalinowską eksterminację, a którzy byli już duchowo, fizycznie i intelek- tualnie uformowani jako spadkobiercy całej intelektualnej i patriotycznej narodowej tradycji, przy czym ów patriotyzm naturalnie się wpisywał w poczucie wspólnoty z europejską tradycją umysłową, z całą, jak to pięknie ujęła również Maria Czapska w tytule swojej książki wspomnień, ‘rodzinną Europą’. Oni to właśnie w czasach socrealistycznej unifikacji podtrzymywali etos ‘przedwojennej’ kultury, a przynaj- mniej mocno wyidealizowany i już anachroniczny jej obraz. Wielu z nich, repatriantów z Wilna i Lwowa, szczególnie związanych z tamtej- szymi uniwersytetami i szkolnictwem w sposób naturalny kontynuowało swą misję na uniwersytetach Torunia, Lublina, Krakowa, Wrocławia i Gdańska. Inni znaleźli w różny sposób zatrudnienie w nowo powstających wydawnictwach, takich jak war- szawski „Czytelnik”, „Państwowy Instytut Wydawniczy” (PIW) czy chociażby PAX, w Krakowie „Wydawnictwo Literackie” i Oficyna „Znak”, we Wrocławiu natomiast znalazł wraz z rzeszą lwowskich repatriantów nowe dla siebie gniazdo Zakład Na- rodowy im. Ossolińskich w obydwu dawnych funkcjach biblioteki i wydawnictwa. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 (2/2015) 15 Od samego początku, świadomi głębokich dewastacji, jakich dokonała wojna w substancji kultury i zdając sobie sprawę z ich nieodwracalności, owi ‘spadkobiercy rodzinnej Europy’ na ogół nie poddawali się zniewoleniu i dostępnymi środkami stawiali ‘przezroczyste tamy’ obowiązującej socrealistycznej doktrynie sowieckiego kroju zmajstrowanej przez Łunaczarskiego, Żdanowa i Jekatierinę Furcewą – od roku 1960 przez czternaście lat żelazną ręką władającą sowieckim Ministerstwem Kultury, doktrynie z dzikim samozaparciem wdrażanej u nas przez ministra Wło- dzimierza Sokorskiego. Ten swoisty opór wyrażał się choćby wprowadzaniem w obieg czytelniczy zna- komitych przekładów zachodniej literatury sensu stricto pięknej – prozy i poezji, o nieocenionym znaczeniu dla kształtowania smaku literackiego, a także dzieł krytycznoliterackich i filozoficznych. W Lublinie my młodzi – już ostrzący pióra i przymierzający literackie pióropusze – czytamy i dyskutujemy dzieła takich ko- ryfeuszy, jak Roger Caillois, Georges Bataille i Claude Lévi-Strauss. Uobecnia się w Polsce piśmiennictwo Georges Dumézila, Gaston Bachelarda, René Girarda, André Malreaux, Jean-Paul Sartre’a (ten nie ze względu na swoje komunistyczne filiacje, lecz może przede wszystkim na rozprawę Wyobrażenie. Fenomenologiczna psychologia wyobraźni, wyd. pol. 1970) i Alberta Camus. W omal masowych nakładach i szerokim spektrum intelektualnym wydaje się prace myślicieli katolickich – wybitnego tomisty Étienne Gilsona, Jacques Marita- ine’a oraz kontrowersyjnego jezuity o. Pierre Teilharda de Chardin. Temu ostatnie- mu sekundował u nas równie kontrowersyjny paleontolog ks. Włodzimierz Sedlak – twórca polskiej szkoły bioelektroniki. Nie sądzę, aby ta moja perspektywa była specjalnie skrzywiona ówczesną moją przynależnością czy aspirowaniem do określonego inteligencko-artystycznego środowiska, także dziś postrzegam, że cała ta wydawnicza działalność przed rokiem 1981 była cichą formą obrony literatury i sztuki przed socrealistycznym twardo- głowiem, zniewoleniem umysłu, ściśnięciem gardła wolnej pieśni, innymi słowy projekcją wolności bynajmniej nie iluzorycznej. W rezultacie musiało to doprowa- dzić do powstania jawnej już wobec dekretowanych przez Partię dyrektyw opozycji intelektualnej i to zarówno lewicowej, jak prawicowej. Nieuchronnie zaczęło już dawać znać o sobie swoiste ‘zmęczenie materiału’ – kryzys społeczny i polityczna degradacja systemu wyprowadziły artystów i krytykę za kulisy. No, może nie wszystkich, bo i wśród pisarzy, malarzy, krytyków znajdą się klakierzy i bałwochwalcy urojonej jedynie słusznej Racji Stanu, zniewolone umysły, starzy i nowi judasze kornie wyciągający dłoń po srebrniki. To właśnie wskutek ich nachalnej obecności na politycznej scenie artystyczna Kreacja i jej siostra Interpretacja rozdzieliły się, lekceważąc więzy krwi. Krytyk idealny? Z punktu widzenia twórcy to ktoś spolegliwie, co w żadnym ra- zie nie znaczy służalczo, towarzyszący jego dziełu. Wydobywający jego sensy nieko- niecznie uświadamiane przez samego autora, a które kryją się w tkance dzieła, oma- wiający je i interpretujący. Ktoś zdystansowany, zachowujący wobec twórcy i jego dzieła autonomię, więc także niezwiązany interesami korporacyjnymi, politycznymi, marketingowymi, towarzyskimi i jakimikolwiek innymi pozaartystycznymi. Wiedza przedmiotowa, metodologia, kryteria oceny to podstawowe wyposażenie „warsz- tatu” krytycznego. Same, jak widać oczywistości, o które coraz trudniej. Ale i taki zestaw nie jest rozstrzygający, bo w istocie o klasie krytyka decyduje wrażliwość jego kubków smakowych. Tak, dobry smak, kultura literacka, to jest to. I w życiu ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 16 krytyka i w sztuce – choć będę się upierał, że odwzorowywanie 1:1 w literaturze i sztuce komplikacji życia nie prowadzi do czegokolwiek, co przedstawia istotną wartość. W tym kontekście autorowi nie pozostaje nic innego, niż dostrzegać w sztuce krytyki sztukę, byt do pewnego stopnia autonomiczny, z przynależnymi doń war- tościami i walorami estetycznymi niekoniecznie pozostającymi w zgodzie z tymi, które prezentuje sam twórca powieści, opowiadań lub wierszy. Naturalna opozycja między twórcą a krytykiem, swoiste napięcie między nimi warunkuje ich wzajemną „potrzebność”. Zbliżanie się do siebie i oddalanie tego, co z natury kreatywne i tego, co efekt owej kreatywności bada, analizuje, opisuje, objaśnia, i poddaje umotywowanemu osądowi, stanowi o regule homouzji, współistotności kreacji i interpretacji. Andrzej Turczyński (ur. w 1938 r.) – poeta, prozaik, eseista i tłumacz. Mieszka w Koszalinie. Laureat licznych nagród, m.in. Nagrody Fundacji Kultury za Rzeki popiołu (1994), Nagrody im. Księcia Konstantego Ostrogskiego (1997), Nagrody im. Świętego Brata Alberta (1999), Nagrody Specjalnej Ministra Kultury (2005, 2010). Nominowany do Nagrody Literackiej NIKE za Znużenie (2001), do Paszportu Polityki (2001) oraz do Nagrody Literackiej GDYNIA za Koncert muzyki dawnej (2012). Wydał m.in. Znużenie (2000), Mgnienia (2000), Ząb mądrości (2001), Święto ikony (2002), Dietdomszczyzna (2005), Latopis. Powieść doroczna (2007), Bezmiar. Eseje paradoksalne (2007), Ten szalony pan Puszkin. Słowo o udręce (2008), Moskwa ‘na Krwi’ (2009), Uzurpacje. Eseje paraboliczne (2009), Szron. Poezje (2010), Koncert muzyki dawnej (2011), Zgorszenie (2011), Mały ikonostas Bogarodzicy (2012), Miniatura z gazelą (2012), Żywioły (2012), Homo Pictor, Homo Viator (2013), Bruliony Starej Ziemi (2013) i Brzemię (2015). ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 (2/2015) 17 Michał Larek Przeciw krytyce! 1. Ta kwestia padła zupełnie przypadkowo. Umówiliśmy się na spotkanie z Je- rzym Radziwiłowiczem, żeby pogadać o Glinie, serialu kryminalnym, który nas (Je- rzego Borowczyka i mnie) naprawdę zachwycił. Na stole jednak leżała książka René Girarda o szekspirowskim teatrze zazdrości. W pewnym momencie, po przedyskuto- waniu telewizyjnego widowiska, zagadnęliśmy rozmówcę o krytykę literacką. Aktor, nie byle jaki przecież intelektualista, w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami i rzu- cił, że to nic ciekawego. „Antropologia na przykład – dodał – jak najbardziej, cho- ciażby teksty Girarda, ale z krytyki literackiej nic nie wynika”. Mniej więcej takie były jego słowa. Poczułem wtedy „delikatne ukłucie w sercu”, byłem wówczas kry- tykiem literackim, więc przejąłem się ową bezceremonialną, szczerą opinią. Po spot- kaniu dużo o tym myślałem. Nie, nie byłem oburzony, raczej zaintrygowany. Dlaczego on tak twierdzi? Dla- czego nie ceni wiedzy krytycznoliterackiej? Czy ma rację? Wraz z upływem czasu pytań przybywało. Kim jest krytyk literacki? Dla kogo on pisze? Czy jest potrzebny? Wirus wątpliwości na dobre zainstalował się w moim umyśle. Czy wiedza produ- kowana przez krytyków literackich jest pożyteczna, sensowna, atrakcyjna? Co to w ogóle za wiedza jest? Czemu służy? Dlaczego nikt nas nie czyta, nikt nie płaci za robotę, nikt nie kupuje naszych pism, książek, nie rozumie naszych dylematów, gus- tów, wyborów? Zaczęły mi się przypominać najrozmaitsze emocjonalne wypowiedzi pisarzy, z których wyłaniał się portret krytyka jako jakiejś piekielnej figury, burzącej spokój ducha normalnym ludziom, psującej zabawę czytelnikom, niekiedy nawet gardzącej twórcami i ich tekstami. Do tej pory traktowałem tego rodzaju głosy jako przejaw niezrozumienia, wyraz frustracji, nic nieznaczący szum, ale pod wpływem rozmowy z Radziwiłowiczem zacząłem zmieniać swoją optykę i w związku z tym postanowiłem podejść poważnie do tej krytyki rozumu krytycznoliterackiego, oznajmiającej, mniej lub bardziej dobitnie, że dystrybuowany przezeń dyskurs jest dyskursem podejrzanym, nieludzkim, złym. Rozmowa z aktorem, który przecież jest też wnikliwym czytelnikiem, cenio- nym tłumaczem, odbyła się w 2010 roku. Dzisiaj mamy 2015 rok. Przez ten czas, bardzo pracowity zresztą, przekonałem się, że krytyka literacka jest jednym z najmniej atrakcyjnych sposobów komunikowania się ze światem li- teratury, że pisarska fobia antykrytyczna, miewa jednak często uzasadnienie. Co tu kryć? Odnoszę coraz silniejsze wrażenie, że krytyka literacka to taka inteligencka gra, szalenie autoteliczna, podszyta arystokratyczną niechęcią do świata zewnętrz- nego, może też naznaczona jakimś resentymentem, która ma niewiele wspólnego z egzystencją twórców, ich warsztatem pracy i rzeczywistymi losami pisanych przez nich książek. 2. W niniejszym szkicu, który piszę w biegu, spróbuję przedstawić pokrótce kilka przyczyn, dla których straciłem serce do tego zawodu. Po pierwsze zatem, chodzi mi o szaloną rozbieżność pomiędzy potrzebami „nie- profesjonalnych” czytelników a krytycznoliteracką ofertą. Wiedza, którą dostarczają w swoich tekstach „profesjonaliści”, jest zazwyczaj całkowicie nieprzydatna „ama- torom”. Doświadczenia lekturowe tych pierwszych mają się nijak do tych drugich, ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 18 krytyka i odwrotnie. Te dwa plemiona mówią zupełnie różnymi językami, mają skrajnie od- mienne cele, celebrują inne zwyczaje. I wcale nie świadczy to dobrze o krytyce. Utkwiła mi głęboko w pamięci pewna scena. Oto siedzimy sobie ze studentami w małej salce i rozmawiamy o „literaturze najnowszej”. Ciężko to idzie, kanony lektur ustanawiane przez pracowników naukowych budują świat, w którym dwu- dziestolatkowie czują się zazwyczaj dość niekomfortowo. Ale walczymy dzielnie, wspólnie, oni się starają przemóc, ja wychodzę naprzeciw; jest w porządku. Ktoś przywołuje poezję Krzysztofa Siwczyka: że zna, ale kompletnie nie rozumie. Po- dejmuję trop – wszakże rozmowa o czymś, czego nie pojmujemy, może być bardzo inspirująca! – spoglądam na półkę, sięgam po książkę wybitnego krytyka, odnajduję fragment poświęcony śląskiemu twórcy, zaczynam czytać i w pewnym momencie język kołkiem mi staje. Czuję, że przemawiam w jakimś genialnym, ale całkowicie niezrozumiałym, absolutnie niereferencjalnym żargonie. Przerywam w połowie zdania lekturę, spoglądam na słuchaczy, próbuję na gorąco sformułować jakieś wskazówki, jakąś prowizoryczną instrukcję obsługi trudnej poezji i jednocześnie zastanawiam się, dlaczego krytyk literacki to autor, który nie ceni sobie rzeczowości oraz komunikatywności wywodu, dlaczego nie chce być przydatnym kompanem w literackich peregrynacjach. Przywołując głos krytyka, wywołałem jednocześnie ducha, który zniechęcił wszystkich do dalszych lektur poety. W owym tekście nie było niczego, o co moi młodzi rozmówcy mogliby się zahaczyć. Niczego. Tam były same hieroglify. Nie dziwię się, że studenci polonistyki nie czytają pism literackich, że humaniś- ci stronią od książek krytyków – co niby tam mają znaleźć dla siebie? Zapisy samo- zwrotnych popisów retorycznych nikogo nie interesują, nikomu nie są potrzebne. „Charakterystyczną cechą dzieł sztuki jest jednak to, że prowadzą nie do wie- dzy pojęciowej (w odróżnieniu od dziedzin dyskursywnych i naukowych: filozofii, socjologii, psychologii historii) – pisała Susan Sontag w eseju O stylu – lecz do swoistej ekscytacji, zaangażowania, opinii kształtowanych w stanie zniewolenia lub zauroczenia”. Krytyk z założenia jest w trudnej sytuacji, bo jak ekscytować, jak angażować, kiedy pisze się w trybie dyskursywnym o cudzych tekstach? Niemniej jednak, wcale nie musi być skazany na klęskę. Cytowana przed chwilą autorka, Roland Barthes, Umberto Eco czy nawet Harold Bloom dowodzą, że działalność krytycznoliteracka może być, jak powiada Sontag, „przyjemną stymulacją świadomości”. Niestety, strategia polegająca „na inteligentnym zaspokajaniu świadomości” – podkreśliłbym słowo „zaspokajaniu” – rzadko kiedy bywa realizowana. Krytyka jest zazwyczaj nudna zarówno na poziomie formalnym, jak i poznawczym. Jan Błoński napisał w swoim znakomitym eseju, Romans z tekstem: „Krytyk jest lirykiem literaturoznawstwa”. Otóż, nie! On zazwyczaj nie ma nic wspólnego z dyskursywną liryką. W 1998 roku, kiedy zaczynałem studia polonistyczne, wyszło tłumaczenie kapitalnej książeczki Jonathana Cullera Teoria literatury. Na stronie dwudziestej piątej znalazłem ilustrowany żarcik. W planie bliskim widzimy trzy rozmawiające ze sobą osoby. Jedna z nich mówi: „Terrorystyczną? Dzięki Bogu. Źle zrozumiałem Meg: myślałem, że prowadzi pan działalność teoretyczną”. Szalenie wymowny jest ten topos archiwizujący i dystrybuujący lęk przed różnymi formami wiedzy o literaturze. Otóż krytyk przypomina mi takiego terrorystę, który hałaśliwie wkracza do świata literatury, żeby go sobie podporządkować. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 (2/2015) 19 3. Po drugie więc: przemoc dyskursu krytycznoliterackiego. Najświeższy przykład. Pięćdziesiąt twarzy Greya, powieść E.J. James, o któ- rej znowu głośno z powodu znakomicie rozreklamowanej ekranizacji Sam Taylor- Johnson. Książka (a potem film) wzbudziła niesamowity oddźwięk wśród intelektu- alistów, sama rekonstrukcja recepcji mogła stać się kanwą pikantnych, sensacyjnych fabuł. Głosom oburzenia towarzyszyły plotki o wzmożonym ruchu w sex-shopach, co jest wręcz zaproszeniem do przeprowadzania psychoanalitycznych badań nad podświadomością krytyków – myślę, że dużo dowiedzielibyśmy się o wewnętrznych powikłaniach naszych zawodowych komentatorów, które rzutują na ich teksty i wer- dykty. Czego nauczyła nas krytyka literacka o tej słynnej powieści? Oto wertuję „Duży Format”, czwartkowy dodatek do „Gazety Wyborczej” i natra- fiam na rubrykę Krzysztofa Vargi, w której autor daje co tydzień upust swoim inteli- genckim frustracjom. Tytuł jest bezkompromisowy, daje prosto po oczach: Wybatoż mnie, czyli mierność jest wielka. Już sam początek stanowi komunikat, że Varga będzie przemawiał z wyższościo- wych pozycji, że brzydzi się obiektem swojego zainteresowania: „Jako że do kin weszła właśnie ekranizacja głośnego swą literacką niesławą bestselleru Pięćdziesiąt twarzy Greya, postanowiłem wreszcie zapoznać się z pier- wowzorem i spróbować odnaleźć odpowiedź na pytanie nurtujące ludzkość od mo- mentu, gdy ów fenomenalny gniot wtargnął brutalnie na listy przebojów: «Dlaczego coś tak bardzo złego tak fantastycznie się sprzedaje?»”. W ten właśnie sposób krytyk literacki pracuje. Wycisza w sobie ciekawość i uru- chamia najbardziej trywialny styl odbioru: szyderczy. A przecież kariera tej książki – oczywiście, że słabej! – jest jakimś niesamowitym zjawiskiem. Co takiego jest w tej narracji, że przyciągnęła uwagę sporej części globu?! Czujemy, że odpowiedź na to pytanie może powiedzieć nam coś o kulturze, w której przyszło nam żyć. Var- ga nie jest jednak zainteresowany refleksją, on po prostu chce przede wszystkim zaznaczyć, jaki jest wysublimowany, jak dalece nieczuły na tandetę: „Zatem czytałem Pięćdziesiąt twarzy Greya zdumiony, że można pisać tak źle, ale i z podziwem, że można tak źle pisać. Czytałem mimo bólu zębów i mimo ćmią- cego bólu wszystkich narządów wewnętrznych, cierpiałem i czytałem, doświadczając napadowych żądz wyrządzenia pisarce E.L. James krzywdy w sensie jak najbar- dziej fizycznym i bynajmniej nie w sensie erotycznym, który jest dominantą tego nieszczęsnego bełkotu”. Być może Varga w ten sposób dowartościowuje swoją inteligencką mość, niemniej jednak czytelnik niczego się nie dowie na temat „anatomii bestselleru”, absolutnie niczego. Niestety. Wniosek krytyka literackiego jest następujący: „Moja odpowiedź na fundamentalne pytanie, czemu tak wielki sukces odniosła tak mierna powieść, brzmi zatem: Otóż odniosła ona taki sukces właśnie dlatego, że jest tak mierną powieścią. Gdyby to była dobra powieść o sadomasochistycznym związku – przepadłaby zupełnie”. Mamy tu więc faceta, który nie potrafi powiedzieć więcej niż to, że tekst jest słaby i który nie może sobie poradzić z faktem, że słaby tekst uzyskał takie imponujące ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 20 krytyka sprzedażowe wyniki. Jego komentarz jest jedynie świadectwem potrzeby odreago- wania, a nie zapisem namysłu na istotny temat. Krytyk orzekł i na tym dyskusja ma się skończyć. Nieważne, że cały świat z wy- piekami czyta, dyskutuje, wciela w życie. Ironiczne jest to, że Varga przywołuje Hardkorowy romans. „Pięćdziesiąt twa- rzy Greya”, bestsellery i społeczeństwo, szalenie ciekawą książkę Evy Illouz, znanej izraelskiej badaczki, która ambitnie mierzy się z popowym wyzwaniem. Wymowna różnica: socjolożka chce zrozumieć, a zatem poszerzyć własną i naszą świadomość, krytyk literacki natomiast jedynie ukarać i zarazem podbudować swoje ego. I kolejny raz krytyka traci kontakt ze światem literatury. 4. Czytelnik wcale nie śni o arcydziełach. Powiedzmy w końcu wprost, ale bez tej zaborczej przygany, bo to jest przecież całkowicie zrozumiałe, normalne. Czytelnik nie tęskni do arcydzieł. On szuka opowieści, która sprawi mu przyjemność. Szuka narracji, z którą będzie mógł się w taki czy inny sposób zidentyfikować. Czytelnik chce książki, która przyda mu się w życiu. Jakościowe kryterium, ta obsesja krytyka literackiego, jest dla niego kwestią drugo- albo trzeciorzędną. Lektura wszakże to nie badanie tekstu, ale korzystanie zeń. Varga, czytając Pięćdziesiąt twarzy Greya, doświadcza złej literatury, zafascy- nowane czytelniczki widzą natomiast w tym bestsellerze „komentarz do deprywacji miłości i seksualności, romantyczną fantazję oraz instrukcję, jak poprawić swoje życie”. Według Illouz „Powieść ta wyraża aporie heteroseksualnego związku, do- starcza fantazji umożliwiającej przezwyciężenie tych aporii i służy za poradnik erotyczny”. Tam więc, gdzie krytyk natrafia na same mielizny, czytelnik odnajduje nader atrakcyjne złoża. Problem w tym, że krytyka denerwują reakcje czytelnika i próbuje go pacyfikować – coraz trudniej jest mi się z tym zgodzić. Inna kwestia, że ta pryncypialna postawa krytyka bywa niekiedy zaledwie pozą, o czym pisał Błoński w przywoływanym już szkicu. „(…) przytulny krąg wieczornej lampy oświetla niejedną tajemnicę” – powiada krakowski literaturoznawca, suge- rując, że krytyk bywa kimś innym w dzień, a kimś innym w nocy: „Hermetyczny semiolog koi swe duchowe potrzeby Gojawiczyńską, bojowy marksista – Maku- szyńskim”. Błoński, mówi dalej o literackich skłonnościach, namiętnościach, dodaje nawet, „że u początków badania tekstu stoi zawsze – stoi i stoi! – romans z tekstem”. Przyznam, że powątpiewam, czy akurat „u początków badania” rzeczywiście „stoi i stoi!” romans, ale zgadzam się, że lektura „nieprofesjonalna”, „amatorska”, „pry- watna” ma coś w sobie z erotycznej, grzesznej, brudnej relacji, albowiem dąży do przyjemności, satysfakcji, rozkoszy. Czytelnik jest popularny, krytyk inteligencki. Czytelnik chce seksu, krytyk zaś ascezy. Czytelnik to przestępca, krytyk – prokurator. Czytelnik to anarchista, kry- tyk – reżimowiec. Rasowy czytelnik podpisałby się obiema rękami pod bon motem Pauline Kael, słynnej filmowej krytyczki: „Jeśli sztuka nie jest rozrywką, czymże ma być? Karą?”. Raz jeszcze: „jakość” rozumiana jako coś obiektywnego, słusznego, legalnego nie stanowi prymarnej wartości dla czytelnika. On ją ignoruje w imię własnych oso- bistych potrzeb. John Fiske, znawca „przyjemności popularnych” pisał: „’Jakość’ – ukochane sło- wo burżuazji, gdyż uniwersalizuje ono specyfikę klasową charakterystyczną dla jej form sztuki i gustów kulturowych – jest tutaj kategorią zupełnie nieadekwatną”. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 (2/2015) 21 W naszym kontekście przedstawicielem burżuazji, opresyjnej siły społecznej, byłby więc krytyk, który chce narzucić światu zewnętrznemu własną, szalenie idio- synkratyczną perspektywę, zamieniającą świat literatury (czy szerzej mówiąc: kultury), w hierarchiczną konstrukcję, podporządkowaną inteligenckiemu syste- mowi wartościowania. Taki stan rzeczy przypomina szkołę, opisaną przez Gombro- wicza w Ferdydurke, gdzie z jednej strony mamy niesfornych uczniów, a z drugiej profesora Pimkę, który walczy z witalizmem młodzieży, próbuje wprowadzić od- górnie kult romantycznego poety, a także stara się wykreować zdyscyplinowanych, posłusznych czytelników. Fiske twierdzi, że tak działa „estetyka”, doktryna zorientowana na wartościo- wanie: „Estetyka potrzebuje krytyka-kaznodziei, który kontrolowałby znaczenia tekstu i reakcje nań, a więc nie może się obejść bez formalnego procesu kształcenia, który uczy ludzi, jak może docenić wartość ‘wielkiej’ sztuki”. Owa „estetyka” jest więc po prostu wyrazem marzen
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

eleWator 12 (2/2015) - Krytyka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: