Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00174 004663 12780428 na godz. na dobę w sumie
eleWator 13 (3/2015) - Mieczysław Piotrowski - ebook/pdf
eleWator 13 (3/2015) - Mieczysław Piotrowski - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 216
Wydawca: Forma pracownia projektowa i wydawnictwo Anna Nowakowska Język publikacji: polski
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

'eleWator' jest pismem, w którym oprócz najnowszej prozy i poezji uznanych i debiutujących autorów, mieszkających w Polsce oraz za granicą, znaleźć można teksty literackie przetłumaczone na język polski, szkice o literaturze i jej najwybitniejszych twórcach, a także eseje, felietony i recenzje. Kwartalnik jest miejscem dyskusji, polemik i platformą ożywczej wymiany poglądów. Dzięki stałym współpracownikom z Berlina, Dublina, Kijowa, Kopenhagi, Londynu, Paryża i Nowego Jorku, 'eleWator' ma charakter globalny, a także interdyscyplinarny. Wiele uwagi poświęca bowiem najnowszym światowym działaniom artystycznym omawianym w działach filmu, muzyki, sztuk plastycznych i architektury oraz teatru. Kwartalnik, którego wydawcą jest Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy jest pismem szczególnym, bowiem punktem odniesienia do wszystkich decyzji formalnych, redakcyjnych i konceptualnych, jest dziedzictwo Autora „Prozaicznych początków”.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 kwartalnik literacko-kulturalny nr 13 (3/2o15) – lipiec/wrzesień 2015 ISSN 2299-5692 copyright © eleWator, Szczecin 2015 redagują: Marcin Bałczewski (komiks), Andrzej Fogtt (sztuki plastyczne), Krzysztof Lichtblau (sekretarz redakcji), Paweł Nowakowski (proza), Paweł Orzeł (film, redaktor naczelny), Karol Samsel (eseje i szkice), Kamil Sipowicz (muzyka), Leszek Szaruga (krytyka literacka, zastępca redaktora naczelnego), Adam Wiedemann (poezja) stali współpracownicy: Edward Balcerzan (Poznań), Łeś Bełej (Kijów), Izabela Fietkiewicz-Paszek (Kalisz), Anna Frajlich (Nowy Jork), Krzysztof Hoffmann (Poznań), Artur Daniel Liskowacki (Szczecin), Beata Patrycja Klary (Gorzów Wielkopolski), Monika Petryczko (Szczecin), Małgorzata Południak (Dublin), Andrzej Turczyński (Koszalin), Andrzej Wasilewski (Paryż), Tadeusz Zubiński (Ryga, Benicarló) redakcja techniczna: Iwona Kępisty; korekta: Anna Borowicka i Anna Nowakowska grafika na okładce wg autoportretu Mieczysława Piotrowskiego grafika z tyłu okładki: Anna Monika Koźbiel grafiki w numerze: Mieczysław Piotrowski zdjęcie na 216 stronie: Andrzej Łazowski (www.lazowski.eu) redakcja i wydawca: Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy adres do korespondencji: 71-141 Szczecin, skrytka pocztowa nr 39 siedziba: 71-246 Szczecin, ul. Eugeniusza Romera 10e www.elewator.org / pnowakowski@elewator.org www.fundacja-berezy.org / biuro@fundacja-berezy.org Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do zmiany tytułów, skracania oraz redagowania tekstów, o ile nie wypacza to sensu oryginału. druk: KAdruk, Szczecin publikacja współfinansowana ze środków Miasta Szczecin oraz Stowarzyszenia Gmin Polskich Euroregionu Pomerania dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 2 intro Mieczysław Piotrowski Samantha Kitsch, Śmierć motyla spis treści Andrzej Szpindler, Chemikaliowiec potrzebuje 1 chwilki, bo piramida z beczek urodziła kij Natalia Ambroziak, O oczach, które dostają ciało i dają nogę. Cztery sekundy rzeczywistego widzenia w półświatku alfon- sów, pokojówek, handlarzy i kalek Natalka Suszczyńska, Cleverbot Szymon Szwarc, Symfonia zerwanych wątków w Złotym roba- ku Mieczysława Piotrowskiego. Czyli o czasie i przeszkadza- jących mu ludziach Irena Laskowska, opowiada Tadeusz Koczanowicz, Czerwona piłka i estetyka egzystencji. Horyzont moralny w dramatach Mieczysława Piotrowskiego Łukasz Krajewski, Hojne źrenice nędzarza. Kilka uwag o twór- czości Mieczysława Piotrowskiego Krystyna Zabawa, Ruch, rytm, radość rysowania (opowiadania) różności. O książkach dziecięcych Mieczysława Piotrowskiego Adam Wiedemann, O rysunkach Miecia Rafał Skonieczny, Sekwencja Zbigniew Machej, Czytanie Czterech sekund Mieczysław Piotrowski, Okolica 5 6 23 47 50 60 64 67 74 80 83 98 107 poezja 124 126 Paweł Tański, punkty zamienne, idę ulicą dekerta, głośno szumi oko, pola popielnicowe, jasne błękitne okna Mirosław Mrozek, Wegetacja, Echolokacja, Wada, nauczycielu zły, szachy, kłosy puste wywiad 128 Liberatura. Próba wiary, że wszystko ma sens. Z Zenonem Fajferem rozmawiają: Maja Staśko i Dawid Gostyński poezja 136 Zenon Fajfer, Epitafium, Poświata, Zapragnął, Znad rzeki dziennik 138 144 Jarosław Błahy, Lustrianizm (06.06.2014, 09.09.2014, 27.01.2015) Bogusław Kierc, Karawadżje z Ciężkowic 150 Waldemar Bawołek, Święty Hieronimie, zmiłuj się nade mną ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 13 (3/2015) krytyka literacka komiks 152 154 155 157 160 163 165 170 172 175 177 180 182 184 189 195 196 198 muzyka 200 stałe felietony 201 204 206 208 210 212 215 215 3 Ewelina Chodakowska, Ostrowska Totalna (Eda Ostrowska, Edessy) Przemysław Kuliński, 33 wiersze o wódce, papierosach i ojco- stwie (Marcin Zegadło, Cały w słońcu) Marek Olszewski, Cicha symfonia Ja (Julia Szychowiak, Intro) Wiktoria Klera, Nić i ziarno (Edward Pasewicz, Och, mitochondria) Anna Kokot, Za progiem wświatowstąpienia (Łucja Dudzińska, MeMbrana. Cyrkulacje) Paweł Jasnowski, W soczewce języka (John Banville, Prawo do światła) Maja Staśko, Toto to ty (Małgorzata Gwiazda-Elmerych, Toto) Mieczysław Orski, Unde malun?... Taki naród (Hubert Klimko-Do- brzaniecki, Preparator) Leszek Szaruga, Pro / za i przeciw. 7 (Mykoła Riabczuk, Ukraina. Syndrom postkolonialny; Max Kidruk, Ja, Ukrainiec; Jewhen Mała- niuk, Jerzy Giedroyc, Listy 1948-1963) Beata Patrycja Klary, Odkrywać prawdę z Susan Sontag (Susan Sontag, Pod znakiem Saturna) Konrad Zych, Teatr z widokiem na sąd (Bogusław Kierc, Cię- -mność) Agata Balsamo, Kaprysy Melpomeny (Piotr Kitrasiewicz, Apetyt na Melpomenę) Alan Sasinowski, Beka z literatury polskiej po 1989 roku (Konrad C. Kęder, Tania jatka. Życie literackie na przełomie tysiącleci) Józef Krzyżanowski, Dzieło niedokończone (Maria Jentys-Borelow- ska, Ogrody zamyśleń, marzeń i symboli. Rzecz o Janie Drzeżdżonie) Paweł Orzeł, Przed wojną: Nowy początek ludzkości (Upton Sinclair, Kataklizm w roku 2000-ym) nadesłano Krzysztof Lichtblau, Móc wreszcie zrozumieć komiks (Scott McCloud, Zrozumieć komiks) Marcin Bałczewski, Miłość pomiędzy złem i złem (Miriam Katin, Skazane na siebie. Pamiętnik Miriam Katin) Monika Petryczko, Światowa płyta, światowy jazz (Wojtek Mazolewski Quintet, Polka) Adam Mańkowski, Poszerzony język perkusyjny (Adam Gołębiewski, Pool North) „esoesy” – ADL, Drugie „poza mainstreamem” – Izabela Fietkiewicz-Paszek, Pomiędzy jednym wynurzeniem a drugim, czyli Ciemnia Natalii de Barbaro „w swoim tempie” – Krzysztof Hoffmann, Między zgrywami „dlaczego nie jestem malarzem” – Małgorzata Południak, Tonizacja i orzeźwienie „bez przesady” – Edward Balcerzan, Schwytany anioł Konkurs Literacki imienia Henryka Berezy „Czytane w maszynopisie”, Edycja 3, 2015 – nominacje VIII Ogólnopolski Konkurs Poetycki „Refleksy” ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 4 Mieczysław Piotrowski, „Rozmowa zasadnicza” Mieczysław Piotrowski (ur. 5 maja 1910 r., zm. 8 grudnia 1977 r.) – pisarz, autor scenariuszy filmowych (Mężczyźni na wyspie, Dziewczyna z dobrego domu) i książek dla dzieci; autor rysunków satyrycznych oraz ilustracji książkowych; wykładowca i rektor Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi; mąż Ireny Laskowskiej. Rysował dla czasopism: „Cyrulik Warszawski”, „Kultura”, „Literatura”, „Mucha”, „Pobudka”, „Rózgi”, „Szpilki” oraz „Wróble na Dachu”. Wydał powieści: Ogrodnicy (1956), Złoty robak (1968), Plecami przy ścianie (1970), Cztery sekundy (1976); zbiór opowiadań: Podróż Arysty przez Lotaryngię (1976); zbiór rysunków: Ja Pana nie przerobię (1985); książki dla dzieci: Ballada o Dentyście (1966), Szare uszko. Czy to jest opowieść obrazkowa? (1976), Grzyby galopują na koniach (1977). ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 13 (3/2015) intro 5 Samantha Kitsch Śmierć motyla W ogrodzie botanicznym obserwowałem śmierć motyla: paź królowej, już nie jasnożółty, tylko szarobiały, wyblakły, próbował usiąść na liliowym astrze – i nie umiał, nie trafiał, ześlizgiwał się z płatków, z liści, Trzepiąc bezładnie skrzydłami opadł na ziemię, na dno – i wydawało się, że tam zostanie. Nagle, zdumiewająco, wciąż bezładnie trzepiąc skrzydłami, wyfrunął tunelem wśród łodyg ponad grządkę, a tam poderwał go wiatr i poniósł nad żywopłot, nad mur, poza ogród, do dzikiej, niezagospodarowanej części parku. zapadał się w rośliny, tonął. Chłodno, jak na wczesny sierpień, 25 stopni Celsjusza, słonecznie, intensywny jasny błękit, intensywna głęboka zieleń, piękny dzień, aby umrzeć, piękny dzień, aby nie umierać. Samantha Kitsch (pseudonim literacki) – poetka. Publikowała m.in. w: „Odrze”, „Kresach”, „Twórczości”, „Czasie Kultury”, „Studium”, „Zeszytch Literackich”, „Kwartalniku Artystycznym”. Wydała zbiory poezji: Bahama (1996), 25 wierszy (2006), Helena (2009), Ulubiony sport (2011), Wszystko jest kleptomanią (autoremiks) (2014), Kolaże kolarzy (2014). ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 6 Andrzej Szpindler Mieczysław Piotrowski Chemikaliowiec potrzebuje 1 chwilki, bo piramida z beczek urodziła kij Proszę sobie wyobrazić, co da się przeczytać w Nagim Lunchu Williama Bur- roughsa: „Mój znajomy psychoanalityk mówi przez cały czas do pacjentów, którzy cierpliwie go słuchają albo nie… Snuje wspomnienia… Opowiada sprośne kawały (z brodą), dochodzi do szczytów idiotyzmu, o jakich prezesowi sądu nawet się nie śniło… Udowadnia w ten sposób, że na poziomie słownym nie da się niczego osią- gnąć… Doszedł do tej metody, zauważywszy, że słuchacz – psychoanalityk – nie czyta w myślach pacjenta… To pacjent – mówiący – czyta w myślach psychoanalityka… Pacjent ma nadnaturalną świadomość jego snów i zamiarów, gdy tymczasem ana- lityk porozumiewa się z pacjentem wyłącznie przodomózgowiem… Metodą tą po- sługuje się wielu agentów: są nadętymi nudziarzami i kiepskimi słuchaczami…”. Zaznaczam, że polszczyzna tłumaczenia, z którym tu obcujemy, pochodzi od anonimowego informatora. Tłumacz się nie przedstawił, a jego dzieło wisiało, swego czasu, całe w emocjach i gotujące się do ściągania go przez wzorowego internautę, śmigającego na BMX-ie gazeciarza lub poniesionego gadżetowymi wołami tande- ciarza. Więc wisiał sobie incognito Nagi Lunch na wyrostku cyberrobaczkowym, rozkurczającym się w tumulcie kliknięć. A dostępny był na stronie, która gościła raporty ze wzruszeń i zwierzenia nastolatków, pragnących dostąpić tego lub tam- tego, mniej lub bardziej doskonale prowizorycznego kawałka dżumy. Strona nadal świetnie prosperuje i do tej pory ugości każdego, komu zachciało się pozezować, zaciągnąć języka, zerkając, jak stoi obecnie młodzieżowość pod względem „brania” dosłownie wszystkiego, czym idzie się „zadżumić”. Między innymi takie rzeczy się teraz czyta, wędrują między sobą łypnięcia i bo- kami się majtają, wyrastają z wtórnego luzu kusych majteczek i urastają w orkie- stracje, smykowe jazdy, a nuż ktoś zdoła się pocieszyć najcudowniejszymi wpisami na forach. Ale pacanie, którego imają się klik-czacze, satysfakcjonuje wyrostki do czasu. Tymczasem wyparowało owo tłumaczenie, o którym jest mowa, spolszczenie Nagiego Lunchu już nie zwisa w dżungli zwierzeń (lipa i klonowy nochal nawijają chórkiem: przyfrunęłam teraz z Dubaju, nie mówcie mi, co tam robiłam [chlip- chlip, ale fajnie! Gall Anonim będzie wściekły]). „Widocznie to już takie czasy nam nastały, kiedy to ludność własną wolność osobistą utożsamia z możnością nieprzerwanego mówienia. / Polecam parokrotną lekturę tego zdania” – w takiej oto formule 1, koziołkującej bez opamiętania między Pacanowem a niewcześnie radosną prędkością własną, zawarł sytuację „po prze- łomie” kronikarz polskiej kontrkultury lat 80., Jacek Kryszkowski. I zszedł. Był ar- tystą-wojażerem niedocieczonych wymiarów godności, który nie upuścił ani rąb- ka woli, wypracowanej na kanwie przenikliwego spojrzenia, przy czym patrzał jakby tryskał zawsze zza grobowej deski (a teraz, kiedy go nie ma od dawna, to już w ogóle, rozsadza nas ciągłość tak konsekwentnych patrzałek) i aby nic z tego, co pragnął pochować, nie opuściło jego świadomości, pozostawił po sobie niewiele ponad to, że był. I zszedł, zawarł powieki. A zaraz za nim epokowa rzęsa zaklinowała naduszo- ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 13 (3/2015) 7 ny guzik i tylko rozdziawia się bardziej i tentegować będzie, pozbawiać moc jej źródłowego adresu, jakiś tam facecik Auto-Fokus. „Po przełomie” mówimy my! I tyle? To świetnie, bo w świetle incognitowyimka z Nagiego Lunchu, możemy wreszcie, z sumieniem otwartym głęboko jak bazooko- podobna rura, westchnąć niczym budka telefoniczna wciągnięta w przełyk swojej automatycznej sekretarki, a westchnąć tubalnie: ale z nas są agenci! Jacek Kryszkowski był nieoficjalnym uczniem Andrzeja Partuma. Analogicznie nieoficjalnym można być członkiem założonego przez własną paplaninę, studenc- kiego bractwa, korporacji spod znaku niczyjego autoramentu lub niczyjej czaszki, wywleczonej, powiedzmy, na drugą stronę, rozwałkowanej i gwarantującej widzenie wszystkiego naraz, plackiem. I tu miejsce zwierzenia: jestem nieoficjalnym człon- kiem zakolegowanym na cacy przez moją paplaninę. Zaciągnąłem się, ponieważ wgapiam się w potężne czworoboczne plecy (nie liczę „Arysty”) powieści Mieczy- sława Piotrowskiego, a szansy na oddanie sprawiedliwości temu plecowemu niebo- tykowi, pohukanie w cieniu łopatek przekopujących się do przepełnionej sednem piersi, czy chociażby jedno kłapnięcie, pukające do tych pleców z odpowiednio czar- ną stułą wypuszczoną z ust, upatruję w recepcie podanej przez Burroughsa. Uwaga: aby halucynować o przełomach, na jakie pisarstwo Piotrowskiego wy- nosi odbiorcze szanse i pianie odbiorczych pieśni („geniuszu, geniuszu, przede mną się nie ukryjesz!”), będę gadać o sobie i wykorzystywać innych. Będę wykorzysty- wać innych. Stąd Kryszkowski (żeby po drugiej stronie czaszki powitać nieziemską godność). A teraz Partum. „W tobie jest moje szczęście, że mnie jeszcze nie znasz” – transparent o takiej właśnie treści wywiesił Andrzej Partum w ramach swojego przyuczania do „pozy- tywnego nihilizmu”. I co chciałbym powiedzieć? Że „pozytywny nihilizm” mógłby się stać przeciwujęciem tego, który nas obecnie wodzi (za dym wypuszczany z cza- chy na spacer). Gdyby jego „pozytywność” trafiła dalej niż karawan z trumną Par- tuma. Ów nihilizm mógłby zdrowo namieszać w kiełbasiarstwie, które nas obecnie urządza na modłę impry (jednokopytnie wołanej: hulajcieciapieklozipie). Mógłby poprzemieniać druciki, czy chrząstki brylujące u takich jednych, którym w głowach brzęczy tylko egoidalna meteo-pytia i przeświadczenie, że egopodobność zawsze będzie za nimi szalała i będzie się za nich, o nich ścigać. Ci biorą wszystko (co puka im flecikiem w nos i za oczy wiśta!). „Gdzie się kończy taniec a zaczyna tancerz” doskonale wiedzą, bo przecież są jedynym tancerzem. (Jak reaguje taniec? wier- szykiem: facecikowie, tak patrzycie / że rozmnażacie się przez wygląd). A co „pozytywny nihilizm”? Wpija się w nieprzekładalność i niepowtarzalność jednostki istnienia, przy czym chłepce wciąż i wciąż nic-nowość. Zamiast człowie- kowatego grosika w nowiu, moc niczego, nie-nów w pełni. Odrzuca zapychacze, którymi jednostkowość dorabia do swoich dóbr sobolalia, sobie wsobnych goryli, mających ją ochraniać przed nicością, jaka wdziera się do trwania – patrzy się mu z każdym ruchem wiorst zbliżających godność do kurarowego czubka – żeby przypo- minać: nie dozipiesz się wdzięczności i ujdzie ci to płazem, a ja przestanę do ciebie wpadać dopiero wtedy, kiedy na dobre się spotkamy, u naszego wspólnego kumpla, któremu na imię Nicnieznaczę. I wszyscy wszystkich będą tak wołać razem. Tu: KONIEC (i już nie ma końca, bo sam koniec zaskakuje od środka, ale o tym później, a teraz niekończące się napisy końcowe). Zawsze wykorzystuję Kryszkowskiego i Partuma. Ich niezłomność. Po takim wyznaniu przyszedł czas na pierwszy greps odnośnie umiejscowienia Piotrowskiego pośród książek. Oto on: żywa mowa nie istnieje! ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 8 Mieczysław Piotrowski Tłumy duchów kładą się nam na ustach, wargi wybrzuszają się pod presją, duchy je pompują. Może w końcu powiemy sobie, że nie zagrzejemy między nimi miejsca. Tam już są wszyscy, jest komplet. Nawet pomiędzy naszymi wargami. „W tobie jest moje szczęście, że mnie jeszcze nie znasz”, Mieczysławie Piotrow- ski! Gdybyś mnie znał w tej 1 chwilce, najpewniej pokazywałbyś mi drzwi, a ja pró- bowałbym wyjść przez Twoje plecy. Dzianina haecceitas tó deinótaton (ducho-sza! mówi ducho-botox) Nie wchodząc w drogę ich sumiennemu wywyższaniu się, na napisach końco- wych wyjeżdża ze Złotego robaka następujący fragment: „W godzinach wieczornych bulwarem kursował tłumek tragarzy portowych. O plecach oczywistych jak stół. Si- ła pleców wyrastała im już z gęstego tyłka. Tyłek falował radośnie. Kursował też tłu- mek innych wycirusów. I kolorowych dziewcząt”. Jak rzeczą potworną okazać się może pokoleniowość zawiadująca wynikaniem, tak – i tak się raczej nie przestanie dziać – dla niektórych przerażająco mogą się jawić książki. Bo na co one czekają? Aż ktoś poślini palec, przewróci stroniczkę lub zagnie jej róg i chluśnie gorącą krwią? Biblio-cierpliwość nie czeka na swojego Godarda, kiedy nas czeka nasza własna Pogarda, odtwarzana każdemu na własność przez jego osobisty los (wtem: plwocina Bogarta opuszcza Casablancę i spotyka się z jego szarą – po wszystek czas – twarzową juchą). Jeżeli prawdą jest, że God-art (sztuka Boga) zagląda z nieba na Ziemię w ab- solutnych ciemnościach (a tak chce teologia negatywna, bliższa „pozytywnemu nihilizmowi” niż nasza budowa nam), spełnienia życzeń tej sztuki doczekuje tylko „noc duszy”, a w takim świetle nikt nie będzie się zabierał do czytania. Trudno o przesmyk gotowy na przełknięcie całościowego obrazu, jaki zawiera gruba książka. Gdy grubieją informacje z zakresu umasowienia, ze wszech stron opatulające percepcję, kulturalnie rozpasane odpowiednio do ssawkowatego prze- taczania się po brzuchu, spomiędzy nóg pomiędzy piersi. Informacje masujące się zgodnie z apetytem lub wolą Tego, którego żywi pochłanianie utrudzonych sobą (wobec innych) istnień. Którego najwyraźniej bawi to, jak ciało głupieje trapione plastycznością ciała. Dlatego informacje skaczą między mózgami jak w jelitach i za- łatwiają mózg, który sam sobie przypomina trzewia. Brzuszydło wyprowadzające na jogging robaczkowy głos sumienia, bo grunt to mięsień. Taki podkład, ciągliwy jak bombowa mordoklejka, bierze wszystkich do środka fantazji o wolności mor- dowania. Gdzie zabijać może dosłownie każdy. Więc każdemu kibicuje Ten, który pragnie mieć ludzkie mięso wszędzie, tony ludzkiego mięsa zawieszone na swoim głosie, kiedy śpiewa nam ciągle ten sam przebój, w niedającym się pojąć języku, o doszczętnie roztkliwiającej melodii, której nie da się powtórzyć, która jednak nieustająco przypomina coś niedocieczonego, a znanego najlepiej na świecie, co chciałoby się ciągle zachwalać i chwalić się znajomością tego, sięgającą tak daleko, że nie sposób wydusić z siebie nic ponad gromkie westchnienie: ale to jest genialne, ale z nas są agenci! Taki Ktoś jeden, rajcujący się swoim trwaniem przy pochłanianiu mnożących się istnień i sprowadzaniu ich do jednego, może przeoczyć, że: „Tyłek falował radośnie. Kursował też tłumek innych wycirusów. I kolorowych dziewcząt. W masie i mroku wyglądały, lecz spojrzeć sztuka po sztuce, żadna nie była do przyjęcia, a spojrzeć jeszcze bliżej, każda była straszna, zaprawiona rozmiękłym, mydlanym wiatrem i farbką do prania. Ale z daleka, znów w masie, stanowiły rój falujących maków ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 13 (3/2015) 9 w mglistym polu. Usianym latarniami o porcelanowych, klinicznych kloszach, per- forujących czarne niebo, głuche jak spód osmolonego garnka”. Ktoś taki jeden może nawet nie odnotował obecności Filipa Małachowskiego, bohatera Złotego robaka, którego dryg do wnikania w głąb sytuacyjnej maszynerii niesie nas i buja, aż roztrzęsieni przelatujemy przez sam środek jego samobójstwa, przechodzimy przez roztrzaskaną czaszkę, żeby móc pozostać w Złotym robaku na dłużej. Czytać dalej i dłużej, niż „nocy duszy” zajmuje trawienie nas. Jeżeli powieść nie kończy się wraz z nadejściem nieuchronnego, poszkodowany jest jeden. To ten, który żywi się śmiercią. Pobądź teraz przez 1 chwilkę tym, pod pokładem którego dzieją się niestworzone rzeczy, i powiedz, proszę, czyjego ducha nigdy nie spotkasz! A więc tak, cała chemia pochodzi z sumy naszych mózgów, podobno w rozwój móz- gu wpisane jest pacanie, gubienie ewolucyjnych zdobyczy, dążenie do pochłaniające- go go bez reszty juwenalnego rozciapania; ja jestem olbrzymią puchą przeznaczoną na sztuczny śmiech prosto spod bilionowego mięśnia, świadomością w sprayu, która płynie was popsikać; nie spotkam ducha autora albumu rysunków satyrycznych pt. Co my wiemy o ludziach?, chyba że w ciągu czterech sekund zawrę moc wyda- rzeń i solenność wszystkich charakterów, w jakie obfitują jego powieści. Wtedy, być może, zaklęte w tej prozie haecceitas Mieczysława Piotrowskiego pocznie się ulatniać, ja to pochwycę sonarem, a wy zrobicie mi zdjęcie. I gotowe! Duch będzie pochłonięty naszym jego spotkaniem. Och, jakże fachowo następują po sobie pokolenia, wtrącając w oczywistość unu- rzane w atramencie twarze swoich poprzedników, w ciemnościach zagęszczonych źrenicami kleją sobie z lat świetlnych najoryginalniejszy na świecie odbiorczy ge- niusz: ja sam inspiruję się Bogiem, tym, jak i czym nas odbiera, zanim Mu się od- damy. Dramatyzowane sprawozdawanie z epoki własnego Ja – ostatnia trajektoria na drodze do odwetu? Przeczuwanie klimatu, łapanie cząsteczek psi za gwizdek i cho- du: pokazać wszystkim, że wyprzedziłem swoje inspiracje. Partum próbował prze- gnać instytucję inspirowania się daleko poza granice swojego trwania w ciągłym akcie. I na polu takiego zaprzeczenia zaprezentował, u którego końca kwiatków wy- rastamy z gęby – my, jacyś tam ludzie. Parający się wyzyskiwaniem. Złotego robaka wieńczy rozdział pod tytułem Czy na ziemi istnieje życie? Tra- filiśmy tu, gdzie to pytanie się odbija, po przebyciu jakichś 150 stron wydeptanych gołą śmiercią Filipa Małachowskiego. Jego samobójstwo nie jest żadną tajemnicą, zasygnalizowane już w samym otwarciu książki, nie budzi wątpliwości, a jednak: czy wryło się w naszą pamięć? Czy rejestrujemy w ogóle śmierć, której doskonale się spodziewamy? Czy roz- patrujemy koleje wystrzału i tor kuli, wchodząc do gabinetu, by wraz z Angeliką, żoną Filipa, przejść przez roztrzaskaną czaszkę, zaraz po tym, jak Paweł, wychowy- wany przez nich wspólnie, wyznaje niechybnie gotowemu do startu delikwentowi, że nie jest jego synem (ach, wy, pokolenia, radźcie sobie same!)? Czy nie dławimy się raczej ostatnią intrygą Małachowskiego, drugim pistoletem (pierwszy zabez- pieczyła Angelika), chowanym do pary, jak u prawdziwego kowboja (ojciec Filipa również „musiał” się zastrzelić, stąd drugi egzemplarz broni, po jednym na jedną głowę ojca); czy zamiast przeżywać trupa, nie przeżywamy z nim inscenizacji, która poprzedza moment, gdy strzela do siebie dysponent uroków, oddających więcej z życia, niż życie ma do zaoferowania, bo dopiero umarły wchodzi głęboko w życie, ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 10 Mieczysław Piotrowski eksponując aktorstwo pomysłowe, oddziela je od aktorstwa złego, obdziobującego nas, na pastwę gotowcom, nie mogącym się doczekać, gotowcom całym w kotłach; czy zamiast śmiercią, nie dławimy się raczej tą ruiną, która nie mieści się w roztrza- skanej czaszce: syn, który go nie cierpiał, nie jest jego synem, lecz synem bandyty, na którego moda przyszła wtedy, kiedy Filip wyszedł z mody… bo coś takiego się okazuje (tytuł rozdziału: Boże wszechmocny, co zrobić z ojcem?); oj, przedziwnie kamufluje się egzystencjalny wyłom pod melodramatycznym spiętrzeniem; Paweł pokazał nam już wcześniej kawał przyszłości, która nastąpiła daleko po pogrzebie jego przyszywanego ojca, a zaraz po tej ceremonii przenosimy się do części książki opisującej początki sławy Filipa, jaką zdobywał w kręgach fartowniejszych este- tów, nihilistycznych jokerów i diabolicznych panien, do którego to towarzystwa – pogrążywszy jego ojca w całkowitej niesławie – aspirować zaczęła nastoletnia trzpiotka, wywołana jakby, w dużo wcześniejszej i ukradkowej partii powieści, przez Benedykta Wereszczyńskiego; ach, ten Benedykt, co my się z nim mamy! Ta jego Teoria! mózg rozkochany w konfidencjonalnej poczwarkowatości własnej, wcie- lona płochliwość, łasa na zwalistość wyczerpującego temat koncepciku; jako staru- szek, w zetknięciu z dorosłym Pawłem, wywijając maszynopisem życiowego dzieła, Teorii właśnie, Teorii i Anty-Teorii Zbrodni Naśladownictwa, okazuje się czystej próby prowokatorem, a czy to nie on udawał na samym początku zidiociałego głuchoniemego? „Był krępy, niewielkiego wzrostu, miał dużą głowę, zbyt dużą, wśród dużych je- szcze nadnaturalnych rozmiarów, i wielkie, blade papierowe uszy. Wiedział, że jeśli źródło światła będzie miał za sobą, w małżowinie ukaże się niejasny różowy obło- czek. Po raz pierwszy powiedziała mu o tym pewna ośmioletnia dziewczynka. W rok później dowiedział się, że umarła”!? Pracował na nasypie kolejowym; dyskutował z anarchistą Hieronimem; zadu- rzył się w mijającej go na ulicy Filigranowej i przyjął z tej okazji cios w zęby; pró- bując wykaraskać się z upokorzenia, poznaje Filipa, staje się jego stalkerem, a my od tej pory podążamy za dwiema już głowami, z czego jedna improwizuje na nie- znaną, transową modłę, a ustawia wszystkie inne w szyku i choć lata owiana aurą nasyconą szałem, żywsza niż niejeden czytelnik, zdaje się być pozbawiona wnętrza, prowadzi w głąb, pomiędzy palmy odbijające znaczniejszym gościom renomowa- nych lokali, zawsze w połowie drogi między blagą i honorowym jedynym wyjściem, chociaż ozłacająca intrygą napotkane wargi i tokująca wartko wprost w podob- niejsze im robaki, jest głową Filipa, roztrzaskaną, przechodnią czaszką, tymczasem „za duża głowa” człowieczka, który się toczy w tle, pociąga za sznurki swoim fatal- nym rezonem, tak więc cało pozostaje wszystka głowa, której zaczyna się dobrze pozować w rękach konfidencjonalnych smrodków; a jednak to Filip, zachowuje kształt, zadając sobie śmierć, która nie kończy powieści, lecz odkrywa jego ojca, przenosi nas w pisklęcy puch rujnujący człowieka; koniec powieści wypada gdzieś w środku książki, kiedy Paweł zmaga się z Herodkiem i jego córką, rozpuszczają- cymi wici, że umarł, przychodzi do niego ksiądz, pragnący skorzystać z tej famy, ale wyłazi mu podwiązka spod sutanny? Paweł policzkuje dziewczynkę, a ten cios i fama wracają do niego rykoszetem, kiedy Herodka już dawno nie ma, a córka jest dojrzałą dziewczyną; czy to jest koniec? Już na pierwszej stronie spotykamy się z uwodzicielskim duchem, z informa- cją poprzez którą spogląda na nas zza grobu, wiemy, co czeka jego fikcyjne ciało, wchodzimy w tę śmierć jak w maślane oczy, ale co się stanie z nami, co zrobimy z prawdziwym duchem, zaklętym tam, w którymś zdaniu na pewno, tylko w któ- rym?, czy nic nie zagrozi jego wolności, kiedy książka się skończy? (nas już w niej ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 13 (3/2015) 11 nie ma, a od kiedy jesteśmy rodną ekipą?); co zrobić z tymi pytaniami?, wysłać je pomiędzy niezbyt dalekie sąsiadki (światełek w niechęci ciąg bliższy), pomiędzy chwałę i chwilę? Nie, bo nie zagabuję o swoje pytania, tylko o te dwa tytuły rozdzia- łów, tytuł rozdziału, w którym Filip strzela sobie w głowę i tytuł rozdziału, który wieńczy Złotego robaka. Zrozumiejmy się dobrze, ta śmierć jest naszą śmiercią. Rozgrywa się poza sce- ną, za zamkniętymi drzwiami, więc chociaż nie patrzymy na nią, należy do „czasu widzów”. Właśnie dlatego, że jej nie mamy przed oczami, jest prawdziwsza (nie zmyślam, Jan Kott wykazuje to na starożytnych inscenizacjach). A więc mamy ją już za sobą, a dalej przeżywamy przygody i jest doniośle, póki czytamy. Teraz książka leży obok mnie, a te wszystkie rzeczy nadal dzieją się w środ- ku (przed chwilą sprawdzałem). I to jest dopiero komputer!, znaczy trwanie. A nie, że zaraz się do mnie dobierze Ten jeden taki, który uwielbia pochłaniać jednostki. Boże wszechmocny, co zrobić z ojcem? Tata Filipa (rodzaj szlachetnego papcia) nie przystawał do ludzi, z którymi Filip igrał. Ech, pokoleniowość! Ewidentnie leci z nami w kulki i to na autopilocie, strzela sobie w głowę kulą ziemską. My stajemy się tymi ludźmi. Czy na ziemi istnieje życie? Styl to kotlet, do którego gram Hamleta i rozpatruję: kotlet nie ma mojej czasz- ki? kogo zatem się pytam o bycie, skoro odpowiedź padnie skądinąd, a będzie brzmia- ła jak przeciągła bezmyślność, na końcu której się jarzy: nie być, nie być wcale, ale myśleć, myśleć uczuciowo, acz konstrukcyjnie, ze zrozumieniem dla tego, czego nie ma! Lub przynajmniej dla tego, co nie ma mnie. Aż po lewy rad, na prawo dziwo Z konstruktorskimi pozdrowieniami z zaświatów słać pomysł na niebycie. Poza ciągłe niedostatki ekwiwalencji, nie oddzielając wybuchu beczek z piramidalnie ludzką twarzą, od słodkiej miotły, której nie ma za co chwycić. Sama słodycz. W Tęczy grawitacji Thomasa Pynchona, podobnie jak u Piotrowskiego, pojawia się multum bohaterów, którzy układają się w kłęby, a wszyscy czekają na wybuch (czy ułożą go z nich samych ich rozrywkowe mózgoczaszki?). Tęcza grawitacji wysz- ła w Stanach Zjednoczonych w 1973 roku, pięć lat po Złotym robaku. Znaleźć w niej można uderzająco zbieżną obfitość dziwnych spotkań . A także przeczytać wiersz Emily Dickinson opowiadający o rujnowaniu. Czytamy tam, że człowieka rujnuje się stopniowo, nie od razu ryje twarzą w gle- bie, wpierw musi upaść na kolana. To człowiek, a wici? Wici, te nasze aparaty ru- chowe, wracają z kolan rozpuszczone na kolanach. Czy Pynchon słyszał o Piotrow- skim? Zapytajmy go. Dwa lata przed ukazaniem się w Polskiej Republice Ludowej przygód Benedykta Wereszczyńskiego, w 1966 roku, w USA, wychodzi 49 idzie pod młotek. Powieść znacznie skromniej zbudowana niż debiut Pynchona, znaczy V., istna epopeja pt. V., która przebywa szlaki stulecia, opisując poszukiwania symbolicznej matki wieku XX, nb. ukrywającej się pod tytułowym ptaszkiem. Chociaż druga książka Amerykanina, chociażby za sprawą swojej objętości, sprawia wrażenie utworu o lżejszym kalibrze, jest pozycją kluczową w jego dorobku. Pozorna lekkość opowieści kryje gorzkie rozpoznania. To w tej powieści najbardziej czytelnie uwypukla się podstawowy temat twórczości Pynchona. Entropia poznaw- cza. Główna bohaterka, Edypa Maas, prowadzi prywatne śledztwo sprowokowane ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 Mieczysław Piotrowski przez śmierć przyjaciela, który zostawił jej w spadku swoje skomplikowane sprawy finansowe. Trafia na trop firmy Trystero (połączenie magicznych mocy Prospera i wkręcających w rozkład sił smutku) oraz tajnego systemu pocztowego ŚMIETNIK. Im więcej odkrywa, tym bardziej napędza wszechogarniającą strukturę. I mnożą się pulchniutkie, bachiczne tajemnice. Na jednej z północnych ścian Pałacu Kultury ktoś wyrył miedziakiem swoiste graffiti: „Edypa jest boska”. Im więcej wie, tym więcej złego może się zdarzyć. Dlaczego Mieczysław Piotrowski tak komplikował układy zdarzeń w swoich po- wieściach? Urodził się tylko cztery lata wcześniej niż Burroughs, który uważał, że słowa prze- szkadzają obrazom się nasycić, że pisanie jest praktyką magiczną, ale wywodzi się od rysowania i do rysowania powinno się skłaniać. Ale Piotrowski! Ma się rozumieć, że on. Miał cztery lata, kiedy wybuchła I woj- na światowa (a Burroughs zero lat). Rysował, zanim został pisarzem, mógł z nim chodzić ulicą Roentgena jeszcze jakiś Dodo. Filip Małachowski nie stracił czaru, ale skończyła się jego passa. Ile musiał wy- pić piw przez całą powieść, żeby móc nas olśnić rozpiętością swoich ramion? Żeby móc zabrać rodzinę na obiecywaną od dawna (a co to znaczy w tej powieści?) wy- cieczkę (Wycieczka – poprzedzający Boże wszechmocny, co zrobić z ojcem? roz- dział, w którym Angelika prawdopodobnie pragnęła pozostać i pewnie dlatego zabezpieczyła pistolet),wypił chyba dwa piwa, potem rozebrał się do naga, wszedł do opuszczonego, upiornego domu i grał na fortepianie. Wcześniej Filip trwa w ruinie, ale skacze do wody, żeby ratować tonące dziecko karlicy. Zdarzeniem tym Paweł jest sparaliżowany. Tymczasem Benedykt, który nigdy nie zdobyłby się na podobny skok, szczytuje, staje się sławnym poetą. A przy- najmniej sam przed sobą może się za takiego uważać. To jest haecceitas Filipa, to dzianie się, które może pochodzić tylko od niego. Haecceitas to to, że jesteśmy tym, a nie innym. Że nie zlewamy się z podobnymi sobie, na modłę zasady identyczności. Hassan Ibn Sabbah głosił: „nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone”. A pow- tarzał za nim Burroughs. Członkowie żydowskiej sekty Sabbataja Cwi wołali: „bądź pozdrowion Boże, który zezwalasz na to, co zakazane”. Ja ryczę za Janem Kottem: „»Deiná« to cud i »dziwo«. Człowiek jest tó deinótaton: najdziwniejszy, inny, obcy we wszechświecie”. W ujęciu postmodernistycznych prozaików Amerykę odkrywa prywatny detek- tyw. Czy Piotrowski mógłby zostać postmodernistycznym prozaikiem? A czy na zie- mi istnieje życie? Piotrowski jest XIX-wiecznym Nowym Jorkiem wpływającym do Wisły na pokładzie statku Batory, który rozpłatuje bijącego serduszkiem w tam-ta- my chemikaliowca, zdezorientowanego, z ładunkiem lewego radu, z namazanym na burcie graffiti: „rad jestem, że w skali promieniotwórczości spółkowanie odpo- wiada stu bananom”. Haecceitas Piotrowskiego to tryliony bilionów gigabananów. Tymczasem Be- nedykt! Jest tó deinótaton! O takich, jak on, Pynchon pisze dopiero teraz (Bleeding edge sprzed dwóch lat). Ale może przesadzam, bo pisze o „zemście frajerów” (oczywiście na mięśniakach), o członkach mimikry rozbuchania sprzężonych ze wzniecającymi chaos maniami konserwatystów, współpracujących z wymyślonymi przez siebie, sztucznymi kosmi- tami (upodobanie postmodernistów do unaoczniania poznawczej entropii wyraża podobno utajoną wiarę, że świat zmierza na nowo do pierwotnego chaosu, z którego się wyłonił). W Benedykcie drzemią pokłady przetransportowanej na dwudziesty ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 13 (3/2015) 13 wiek dostojewszczyzny. Ale ta jego Teoria i to jego tryumfowanie, kiedy Filip trwa zrujnowany! I mamy od razu dziś dzień, za frajer nosimy tajniaków na barana. Teoria Zbrodni Naśladowania to pewnie w większym stopniu powinowata No- tatek z podziemia, niż użyźniających biesy tajnych prospektów. Bo taki już z Bene- dykta konfidencjonalny typ. Ale też i pojemna hybryda uniżoności, reakcyjności, a zarazem zaciekłości podbitej niejasnymi resentymentami. Osacza ślad i dowodzi swego, aż inni odpadną. Dostojewski zaznaczał w przypisie do Notatek, że daje się wygadać narratorowi, ponieważ ludzie o tak skontrowanym ego odchodzą do lamusa (miał zapewne na myśli skapcaniałych, wyalienowanych romantyków). Tymczasem Benedykt. Ale żywy Benedykt, wcale nie skapcaniały. Demoniczny, snujący Teorię. A we- dle niej: słaby lgnie do silnego, żeby naśladować go, naśladując niszczyć, docelowo pochłonąć, przerosnąć, ale w istocie osłabiać przez samo kopiowanie, odbieranie jedyności (zemsta frajerów!). Tak, jak artysta imitujący naturę pragnie zabić ją, żeby jego obraz olśniewał bardziej niż widok, który przedstawia (zemsta frajerów!), tak słaby chce przytulić się do silnego (Boże!). Piękno boli, bo jest prawdziwym kosmitą. Czy jakoś tak. A czym jest „złoty robak”? Tym, że po Benedykcie przypełzną następni konfidencjonalni, karbowani od nadziei złej i dopakowani życiodajną pretensją? Czarzaści jak rosochate Lolitki w zakresie bulwiastego antyseksapilu? Może niekoniecznie. W rozdziale Złoty robak (a są dwa takie rozdziały) czyta- my: „(…) zabawa, śmiech, głupie szczęście, jakie daje trawa i śmiejący się ludzie, z na- mi jest ktoś, lecz nikt nie zdaje sobie z tego sprawy, wszyscy są pewni, że są tylko oni. Śmiech i zabawa są nasze, zupełnie zwyczajne, nie ma w tym nic do zastano- wienia, wszystko jest słuszne, tak jak my wszyscy mamy jednakową rację, o której się nie mówi. Ktoś odchodzi. (…) Po odeszłym zostaje odcisk butów na zgniecionej trawie. (…) Gdzie on jest, gdzie nas nie ma i dlaczego teraz nie ma nas tutaj? Dla- czego egoistycznie ukrócił naszą zabawę? Dlaczego on wyznacza nam czas i dlacze- go nie chciał się nam poddać? Dlaczego nie został? My byśmy też chcieli się nie poddawać. To miejsce, gdzie on jest, teraz jest niedostępne. On umyślnie wybrał to miejsce, bo tam się mieści tylko on jeden. Tam są inni i on poszedł do nich. (…) Jak złoty ro- bak idzie daleką ścieżką i zaraz nam zniknie z niewidzących oczu. (…) Nie będziemy już widzieć złotego robaka. Zaczynamy go kochać. W naszych myślach. Jest ich za mało. Sprzedajemy wszystko, co najdroższe, zastawiamy u wszarza. Łachmaniarz brudnymi palcami obmacuje nasz honor i godność, dostajemy w zamian chitynę, gasimy mózg i patrząc w złoty piasek ruszamy po ścieżce w jego drogę”. Żywa mowa nie istnieje. Jedynym żywym motorkiem, który napędza nagrywa- nie interesu, jest zemsta. Andy Warhol kupił magnetofon, nagrywał osobowe fla- mingi, znajomków, którzy w ogóle nie sypiali, wydał książkę z transkrypcjami, nagry- wał na automatycznej sekretarce siebie i rozmowy telefoniczne z koleżanką, wydał książkę z transkrypcjami. Żywa mowa nie istnieje. Czy ktoś wydał powieść przepi- saną z nagranych przemówień towarzysza Goździka? Jest 56 rok. Tłumy skandują: Wiesław, Wiesław! Ale nieco wcześniej musi mieć miejsce bardziej gabinetowa scena. Cyrankiewicz rzucił na biurko, przed Rokos- sowskiego, telegramy z opisem pozycji wojsk Układu, a w twarz mu wypalił: „Bierz władzę, kurwo”. Jakby jeden telegram powiedział drugiemu na głos coś podob- nego. Robotnicy dobijają się oddolnie o posłuch dla zakładowych Rad. Zabarykado- wani na wyższych szczeblach towarzysze czują się zakładnikami sztywnej mątwy? ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 14 Mieczysław Piotrowski Na włosku wisi kwestia, czy do zgromadzonych nie polecą kule. W Warszawie paź- dziernikowe ożywienie wisi na głosie towarzysza Goździka, reprezentującego Par- tię w FSO. Ludzie chcą, żeby to on mówił. Natężenie wydarzeniowej ciągłości jest olbrzymie. Zdania wypowiedziane głośno witają się z głowami, poprzez uwagę wy- rażającymi gotowość. Każda wypowiedź majdruje przy konsolecie u dramatycznie bezwzględnej maszynerii, wpływa na konstelacje zapalonych diod, naduszonych guzików, przekręconych gałek. Pomiędzy wystąpieniami twarz Goździka spoczy- wa przyklejona do blatu biurka. Czy się jeszcze podniesie? Ktoś podchodzi, rzuca towarzyszowi do ucha: już. Goździk wzbija się jak poruszony sprężyną i mówi do ludzi. A oni, słuchając, powierzają mu swój wspólny los („tak jak my wszyscy mamy jednakową rację, o której się nie mówi”). Czy żywa mowa istnieje? Na dwa miesiące przed październikiem (druk ukończono w sierpniu) z drukarni Domu Słowa Polskiego wyjeżdża nakład Ogrodników. Ale żeby mógł się ukazać prozatorski debiut późniejszego autora Szarego uszka (na którego okładce spo- tkamy zadaną do telefonu kwestię: „czy to jest opowieść obrazkowa?”) , potrzebne było dobre słowo Adolfa Rudnickiego. Podobno redaktorzy Czytelnika nie potrafili się ustosunkować do twórczości literackiej znanego już im skądinąd rysownika i dlatego poprosili o opinię doświadczonego pisarza. Lecz nie do końca skądś inąd znali Piotrowskiego. Tak się składa, że to jego dane widniały pod adnotacją o treści „przerywniki rysował”, która znalazła się w Szekspirze Rudnickiego, wydanym trzy lata po zakończeniu wojny. W tym samym, 1948 roku, Piotrowski siedział w Łodzi i pisał Ogrodników. Więc prawdopodobnie siedział i przerywniki rysował na zmianę z pisaniem. Szekspir zawiera teksty sprawozdające wojenne koleje i tuż powojenne dole, ujęte z perspektywy pisarza. U Rudnickiego bardzo często wszystko dzieje się jak gdyby prezentowało się pod kątem tego, który to opisze, jak gdyby obyczajowość kształto- wała się ze specjalną dedykacją dla pisarza i śledziła go. Nasze rzęsy, skoro opadły, powinny uprawiać pisarstwo. Różnie z tym bywa. Pan Adolf (czy ktoś zwracał się do niego per Dodo?) pisał dużo (i dużo było zawsze u niego pisarza), a jeszcze więcej wydawał. Ta specyficzna potencja odznaczała się w rozwarstwiających tytułach (Pył miłosny, Dżoker Pana Boga, Izabella pełna pcheł, Pałeczka czyli każdemu to, na czym mu mniej zależy, Raz jeszcze ustąpiłem sobie, Moja czarna broda). Szekspir przynosi pierwszą próbę serii opisującej Epokę pieców. I choć na pierw- szym miejscu daje się tu odczuć obecność pisarza, to przeważa nad tym opis za- padających się ludzkich ruin, wkraczanie w okres przeznaczony nie pozostawia- jącym śladu widmom. Wszystko, co znane, zapada się pod ziemię. Każdy może zaraz zniknąć, bez szansy na jakiekolwiek wskrzeszenie. I nic nie rokuje zmiany, znikąd nie wychyli się choćby ździebko gwarancji. Najzwyczajniej w świecie: bez- pieczeństwo to przeszłość. A jednak perspektywę pisarza cechuje pewna stałość. Jak gdyby przechadzał się z plakietką: „dam świadectwo”. A elegancja, z jaką spo- glądał, chroniła go przed jego własnym trupem, raz czyhającym w błocie, raz w at- ramentowych bryzgach. Szekspira wieńczy Szekspir. A Szekspira wieńczy rysunkowy „przerywnik” au- torstwa Piotrowskiego: popiersie Szekspira na cokole, u nasady którego wyryty krąg lub rozdziawione „O”, pośród wychudzonych i skarlałych drzewek, właściwie pa- tyków, gubiących czarne liście. Na stronie tytułowej tego ostatniego, tytułowego opowiadania tomu: zameczek? warowne miasteczko?, z czapeczkami na wieżyczkach i wyrastającymi ponad wie- ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 13 (3/2015) 15 życzki, sowicie kopcącymi kominami, a na pierwszym planie otwarte okno i bukiet kwiatów na parapecie, w wazonie? Teraz powinienem zapytać, czy ja dobrze widzę i czy mogę cokolwiek dobrze czytać, jeżeli źle widzę rysunki. Czy zapytam? (W innym miejscu taki „przerywnik”: rozmawiają ze sobą chudzi panowie przy stoliku na kawiarnianej scenie, w tle pu- sta widownia, a same – pogrążone w rozmowie – głowy przysłania kurtyna; skąd wiem, że coś mówią? jednemu ręka wędruje do ust i naddatkowo je, przepierzone, kryje). Żeby było zadość, opowiadanie Szekspir opowiada o atmosferze pisarskiego światka, o kolonii pisarzy w powojennej Łodzi. Teraz jestem pełzającą jętką, której całe życie świta w kuluarach, ktoś, otwierając drzwi, tłucze na korytarzu żarówkę i widzi, że nikogo nie ma. Rudnicki mógł być obecny przy powstawaniu Ogrodni- ków, może nawet w jakiś sposób sprowokował ich powstawanie, a siedem lat póź- niej (w 55 r.) został poproszony o recenzję wydawniczą. Nie mam Ogrodników. Exemplum plum-plum ex: boję się, co będzie z moimi egzemplarzami książek Piotrowskiego, kiedy mnie zabraknie (a może one nie są wcale moje?). Wszem i owszem od tyłu na zawsze, raczkując, zezwala na to, co za- kazane i odmachuje Narrator opowiadania Szekspir upaja się straceńczą aurą domów… zaludnio- nych przez pisarzy: „Mówią, że te domy to stojąca woda, żadnego ruchu, żadnego życia i za lat kilka (jeśli nie będzie zmian) skończymy w sanatoriach. Niech głupcy mówią co chcą, a niech mówią. Nareszcie staliśmy się modni”. Chwilę wcześniej taki „przerywnik”: czysta kartka wkręcona w maszynę do pi- sania, a nad nią, jak gdyby zza chmury, wisi gałązka, u góry sucha jak dłoń ko- stuchy, w dół, do klawiszy, ściągają ją dwa rzędy czarnych liści, jakby rzęsy albo ciemne palce. Dlaczego „przerywniki rysunkowe” książki przekazującej to, co wojna zostawia z humanizmu, owiane się aurą ilustracji zapamiętanych z najukochańszej lektury naszego dzieciństwa? Narrator dostrzega w kawiarni sylwetkę człowieka, który swoją postawą wy- znaczył mu za młodu matrycę zachowań pisarza, stając się jego osobistym „Szek- spirem”: „Uosabiał w mych oczach cud literatury, jak girlsa świat pokus w oczach nauczyciela z Biebrzy”. „Choroba literatury wcześnie nawiedza tych, których nieznane nam siły upatrują na to, by wypowiadały swe środowisko” – stwierdza narrator, pisarz Rudnickiego. A rozmyśla sobie tak, będąc całkiem blisko 38-letniego Piotrowskiego, piszącego Ogrodników. Piszącego z poduczenia swojego bycia fascynującym, pełnym sprzecz- ności, rysunkowym człowiekiem, którego nie widać, słowem: rysownikiem? Okres PRL-u ustawiał literata w pozycji figury kluczowej dla percypowania stosunków władzy. Ach, ten strach przed tym, co pisane! Zaraz po wojnie głowa pisarza pacała o blat biurka, jak gdyby mogła kipieć naręczami złotych kiełbas. Pisarzom oddawano mia- sta. A zaraz po październiku 56, po wyniesieniu Gomułki do władzy, towarzysz Goź- dzik rozbija samochód, który pożyczył z zakładu, prosto z taśmy produkcyjnej. I, takim pretekstem potraktowany, dowiaduje się, jak wciągającym zajęciem dla niektórych może się okazać temperowanie ludzi. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 16 Mieczysław Piotrowski Ukrywa się nad morzem pod postacią „indywidualnego poławiacza”. Ogląda te- lewizję. Wcale nie prometeo TV. W latach 60. Andy Warhol chodzi wszędzie ze swo- im magnetofonem i nagrywa, żeby dziś, za sprawą wielbicieli tzw. konceptualnego pisania, chodziło za nim określenie „nieoryginalny geniusz”. Jego sława posłużyła wszystkiemu, co w Nowym Jorku uchodziło za awangardowe. „Awangardowe” było sexy, skorzystać mógł na tym taki Sukenick, czy Walter Abish. Zadowoleni podobno, że pisarz wreszcie stał się jednym z nas – odbiorców, czyli ludzi (dziwakiem, jed- nako jak wszyscy, najdziwniejszym). Kiedy skorzysta Piotrowski? „No jakże, tam panie Wesołowski, przyjedzie ktoś czy nie przyjdzie?”. Przepraszam, rozmarzyłem się, podobnie jak narrator Szekspira. Dostrzega- jąc swojego „Szekspira”, wraca myślami do swoich drapieżnych, przedwojennych zachowań na niwie literackiej. W czasach tych wystąpień, przednich rozrywek dostarczały, wedle jego opisu, najróżniejsze spory. Dlatego, co tydzień, przedstawiciele zwaśnionych środowisk ogłaszali w gazetach jakąś nowość, hasłem wywoławczym znamionującym kontro- wersyjną rewelacją było: „po raz pierwszy”. „W każdy wtorek zaczyna się u nas w każ- dej dziedzinie od Adama. (…) Ta nędza narodowa dostarcza najcudowniejszych wzru- szeń jednostkom”. „Pajdokracja jest starczą chorobą tego kraju”. Kiedy narrator wydaje swoją pierwszą książkę, słyszy od bliskich: „Czy chcesz być wygnanym ze wszystkich światów?” – na co jego głos wewnętrzny odpowia- da – „A ja nigdy bardziej nie czułem świata. Przed i po mym nazwisku czytałem co- dziennie po raz pierwszy. Jak grób w kwiaty strojono mnie w nadzieje. Stawiano na mnie”. Czy są pośród nas jacyś przedwojenni pisarze? Bo czuję się jakbyśmy wszyscy nimi byli. „O, mieliśmy ton! Sam Szekspir nie mógłby mieć lepszego tonu. Lepszego faso- nu nie mógłby mieć sam Szekspir (…)”. I choć tak świetnie „im” szło, nie podzielał tego zdania „Szekspir”. Pisarz, któ- rego postawa napromieniowała narratora za młodu, wskazując na cudowność sta- nu bycia pisarzem, zaczął mu się jawić jako jego osobisty adwersarz. Tym samym przekreślił siebie, nie poznawszy się na geniuszu swojego niegdysiejszego wyznawcy. Narrator odnosił wrażenie, że nie jest wcale czytany przez dawnego mistrza. I ob- raziło go to na wylot. Ale teraz jest już inny czas, wojna przeobraziła perspektywę. Narratora przede wszystkim dziwi, że widzi „Szekspira” żywego. Następnie dziwi się, usłyszawszy od niego, że ten podziwiał zawsze jego pisarstwo: „Byłem zdania, że należę do tych psiarzy, których wrażliwość zabija, bo jest to wrażliwość bez siły, sama pajęczynka, sama koronka, nic kompaktnego, nic z ziemi, a bez ziemi nawet kartofel się nie urodzi. Biada wrażliwościom bez siły”. Narrator, jak widać, przez wojenne lata zdążył zmienić zdanie o swoim fasonie, ale widzi za tym podupadłość chodzącą pod powłoką swojego wzorca, wzorcowego pisarza. Nie potrafi przekazać „Szekspirowi”, że, choć funkcjonuje jako persona niechciana, jest personą niezbędną: „Straciliśmy pisarza, pisarz stracił siebie”. Już nikt „nie spulchni łzą postaci wyszarpniętych z głębi w męce – już nigdy nie policzonej”. Na miejsce „Szekspira” przychodzi Piotrowski. Rysownik, który zostaje pisa- rzem. Wrażliwość z siłą przerastającą czas. Wrażliwość nakłaniająca czas, by rósł ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 13 (3/2015) 17 do środka powieści. A tam czyha zaklęty dżin, który nie da się wycyckać obrazom, bo zna ich godność i pokazuje im głębszą. (Drżą obrazki, roztrząsają plazmę i cyckają siebie, a czas się kręci, jak globus w domu z kartofla). W rysunkach Piotrowskiego roi się od facecików. Jeden patrzy na mnie teraz, jego pierś od frontu wygląda jak bok samochodu. Lewy obojczyk to rozdziawiony robaczek. Serca brak. Ale dumy z pewnością mu nie brakuje (vanitas może być tłumaczone jako: próżność dymiąca w „powietrznym przedsięwzięciu”? nie wiem, być może). Twarz myśląca. Wielka, prostokątna głowa, obudowana kołpakiem, ale prześwituje. W niej: durszlak? wiatraczek? chorągiewka? dwa kowadełka? jakieś takie aparatury. I co robią: podbijają swoimi obrotami kostkę w kratkę? Rysunek się nazywa: Cztery zakresy, obudowa z plastiku: mężczyzna. Co my wiemy o ludziach? to album rysunkowy, ale Piotrowski przedstawił w nim również próbki swojej literatury. Widzimy dwóch faciów (czy na pewno to my widzi- my? tak). Eleganccy panowie o pękatych klatkach piersiowych, w szelkach i spod- niach podchodzących pod bryczesy. Ale zaraz! Jeden (zaczesany) podnosi rączki w geście typu jejku-jejku. Bo drugi (w binoklach, z wąsikiem typu Dodo) przypiął w jego pasie swoją szelkę i napina ją prawicą, zasłaniając przy tym usta, lewą dłoń opiera o zadek. Dodatkowy problem to to, że oni stoją tyłem, a ich głowy i ręce zachowują się jakby to był przód. Podpis pod rysunkiem: – Proszę mnie nie pod- trzymywać, dam sobie radę. A poniżej znajduje się jeszcze taki wypis: „Lęk budzą nieraz ludzie, którzy są najzupełniej w porządku, lecz których dawka gotowości przekracza o jeden milimetr. Który jest to milimetr?”. Podejrzewam, że ten, o którym umarli mówią, że ma plecy jak chiński mur. Kiedy tylko się spostrzegłem, że Adolf Rudnicki napisał książkę pt. Sto lat temu umarł Dostojewski, zapragnąłem zerknąć do niej, żeby się rozeznać, jak żyją ci, którzy „biorą” dosłownie wszystko, czym idzie się „zadżumić”. Nie opuszczał mnie ten tytuł, więc poszedłem do niego. Uważam ciągle, że wywołał we mnie zamierzony efekt. Ufam, że Pan Adolf byłby ze mnie dumny. To widzenie zanim się zobaczy! I przeciągłość owego stanu. Że nie będzie w ogóle widać, do czego piję zapo- wietrzonymi patrzałkami, bo najpewniej chybiłbym, gdyby się pojawiło, ale samo moje wypatrywanie sprawia, że niczego temu nie brakuje. Idę. To nie przyjdzie, tego najpewniej nie ma, ale niczego temu nie brakuje. Sekundy to zmyłka, naśladow- nictwo też. Oczywiście są. Jednak pierwsze rozczapierzają się w podziemne a ra- dosne przestworza, wizjonerskie trwanie pod płaszczykiem Dike. A drugie: trochę popada w chmurne Hybris, a trochę jednak we współczucie, w to nasze współ- czucie zdradliwe jak pogoda. A trochę oddałoby życie, żeby zabić kogoś równie realistycznego jak ono samo – całe to naśladownictwo. Na takie bocianie gniazdo wychodzę, szukając miotły, i niechcący widzę wybuch, który brzmi jak ziewnięcie, przechodzące w chichot. Inaczej z plecami. Plecy są, jak najbardziej, przechodzące w okładkowy płaszcz. Tak więc idę właśnie do Sto lat temu umarł Dostojewski, żeby się rozejrzeć. Czy Rudnicki nie łączy tam „czterech sekund” z „sekundami” Kiriłłowa z Biesów. Z epileptyckimi euforiami. Z żyłkowaniem liścia, który spada mu na twarz, żeby przez hybrydę podnieconego patrzenia i skomplikowania najdrobniejszego pyłku, prześwitywała nicość, jak nigdy radosna, bo do wszystkiego zawsze dopasowana. Więc także do powziętego przez Kiriłłowa postanowienia i ponad miarę satysfak- cjonującego trwania przy tym, co jest istną prowokacją. Że zabije się i zabijając się udowodni, że jego bycia i niebycia nie dzieli żaden dystans. Że nawet jemu nie zrobi różnicy, czy będzie, czy go już nie ma. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 18 Mieczysław Piotrowski Tak więc idę teraz do Sto lat temu umarł Dostojewski, żeby sprawdzić, czy znaj- dę tam cośkolwiek na temat charakterów stworzonych przez Piotrowskiego. Bo przy- dałby się wyraz odpowiedni dla Sędziego z Plecami przy ścianie. Sędzia może nawet ważyć sto kilo, a i tak pozostanie wymuskaną protezą. Aż się zabije. To taki Lie- biadkin Sofcik? Nie bardzo. Nie ma tak dobrze. Liebiadkin, rozwarty kiedy knuje, rozkleja się w roli Falstaffa. A Sędzia to Sofcik i płaczliwa falbanka, za którą czeka Prawo. A ci agenci? Ojciec i córka w przyciemnianych okularach (wariantowanie Herodka i jego „małej”?). Gdzie są te wszystkie okrutne dziewczynki! Rudnicki pisał o Ogrodnikach: „Największej intensywności książka nabiera wówczas, gdy pojawiają się kobiety”. Chcę przeczytać Sto lat temu umarł Dostojewski. Bo to bardzo późna książka autora Szczurów. I ten tytuł! Idę do niego. Im Rudnicki starszy, tym mroczniejszy. Mniej pisarz, a więcej gnomiczny łapiduch. I drastyczny nieco. Któremu zaleźli już za skórę facecikowie. Och, potworność międzypokoleniowych gierek. Opisuje to opowiadanie Dialog dwu pokoleń, pochodzące z Tekstów małych i mniejszych. Książki, która przynajmniej parokrotnie nasuwa skojarzenie z Piotrowskim. Pierw- sze za sprawą okładki: pole w kształcie jakiegoś organu wewnętrznego, podzielone różnymi zasiewami, u góry kratkowane, niżej pionowe paski przeplatane z cętka- mi, na polu coś, jakby nutka, poniżej kostka do gry, a pod kostką biegnie dróżka, zamieniając się w zwykły zygzak, ponad pole wyrasta olbrzymia i uproszczona człe- kokształtność, pionowa bryła z lewitującą głową, jakby połączenie komina, wydłu- żonego wzwyż okna i litery „i”. Coś niecoś falliczne. A jest to rysunek Piotrowskiego. W Dialogu dwu pokoleń młody dziennikarz przepytuje pisarza i koniecznie musi wiedzieć, nad czym nowym pracuje. W końcu zostaje zmłócony ciupagą, ale mało się zraża: „– A w s z y s t k o , z g n i ł k u , c o b y ł o , z n a s z ? (…) – I c o n o w e g o , mistrzuniu? (…) Czy sądzisz, iż kogokolwiek obchodzi coś, co b y ł o ? We wszystkim, co było, nie ma już ani gniewu, ani zawziętości, ani grzechu, nie ma życia, to – g u m a”. A teraz każda 1 chwilka przewala Glob z boku na bok, bo jej aparycja liczbą u-bo- tów i ukazań przekracza jego wyporność. Nagusieńka rola chwilki ustawia nas w po- gardliwej z nią relacji, bo strasznie się pcha i chwali walorami, żeby zagłuszyć swo- je miejsce w kolejce. Trudno się połapać, ale mam tu pewność: aktorstwo Filipa Małachowskiego jest lepsze od aktorstwa chwilki, bo jego rolą jest nieistniejąca do- tąd sytuacja. Kiedy wstępuje Filip, kolejka znika i zamienia się w kołowrotową ka- rawanę, która formuje tyralierę, szeroką jak jego ramiona. Idę do Sto lat temu umarł Dostojewski i głowię się, dlaczego autor Niskiego ptaka dedykował „Irenie i Mieczysławowi Piotrowskim” Narzeczonego Beaty (pan Kalman zakochuje się w Beacie, a ona bierze ślub z mistrzem pływackim, Michałem Muchomorem; pan Kalman co roku przeżywa żałobę po Beacie, utrzymując, że ona utonęła), nie Pikulinę (czternastoletnia Irminia, w samych spodniach, nawiedza w nocy dozorcę, żeby wymusić na nim reakcję w związku z próbą uprowadzenia pi- kulinisty… dozorca zaczyna ją uwodzić, choć ona mu zarzuca: „(…) w głowie pań- skiej żyją tylko ciuchy, jak najwięcej ciuchów, milion ciuchów, ma pan fioła na ich punkcie” itd.). „Nóż – niestety – pojawia się wiele razy. To nie wina autora, to prawda polskie- go życia.” – pisze Rudnicki o Ogrodnikach w 55 roku. Rok wcześniej Tyrmand czepia się do niego, że narzeka na biedę, a wszędzie jeździ taksówkami. Modny Lolo próbuje pochwalić Pana Adolfa, ale wychodzi mu wahliwie: „mówi na ogół wolno ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 13 (3/2015) 19 i mądrze skłania się ku różnorakim, lecz oględnym mistycyzmom, wierzy w uczucia, nazywa je »żywym mięsem życia«. Ma przyjemne ambicje towarzyskie, lubi ota- czać się warszawską złotą młodzieżą, której psychikę bada wnikliwie, przepada za ładnymi dziewczętami, aczkolwiek daleki jest od erotomaństwa”. Czytam Sto lat temu umarł Dostojewski i nie mogę się nadziwić. Ale nie znajdu- ję nic o Piotrowskim. Za to notatki o XX-wiecznych kwestiach seksapilu, odbitych od brodatego spojrzenia posłanego z XIX wieku. „Delikatność i szarość – oto co kocha Piotrowski, który wie, że musi nastąpić mo- ment, gdy szarość zacznie błyszczeć, a kiedy to nastąpi, żaden kolor nie dorówna jej! Piotrowski jak ognia boi się wszelkiej jaskrawości, krzyku, pedału, ale mimo to pedału nie udaje mu się uniknąć. Jest nim jego uczuciowość. Obłożona lodem, hamowana, przeciska się tym gwałtowniej” – tyle Rudnickiego z 55 roku. Sfoto- grafowałem komórką ilustracje do Szekspira. Teraz wsadzę je palcem do środka głowy. Tylko potrzebuję jenów i zobaczyć komputer, bo czy Piotrowski widział komputer? Czy słyszał nawoływania Chińczy- ków, przyjmujących zakłady o to, kto szybciej umieści w ciele motorynkę o baku pełnym maku i złotych układów scalonych? oraz zakłady o to, kto szybciej orzeknie z całą pewnością, czy nieznajomy, który właśnie wkracza, jest bardzo fajny? Zamiast całości Sto lat temu umarł Dostojewski przeczytałem napisane w 1948 roku opowiadanie Tadeusza Borowskiego pt. Telegram. Zaraz po wojnie japoński naukowiec otrzymuje Nobla. Chwilę wcześniej pracował nad własną bombą ato- mową, którą miałby się posłużyć kraj kwitnącej wiśni. Uprzedzili go jego amerykań- scy koledzy. I to pośród nich modne stają się krawaty z wizerunkiem atomowego grzyba. Kurnik pełen gapiów, przeniesionych w czasie – tylko w którą stronę? – do ko- mórki obryzganej żółcią słodką jak kogel-mogel. Cztery sekundy czytałem po raz drugi, kiedy mieszkałem na plaży w chatce z bam- busa, z wbitym w ryj oceanem. Byłem na niego obrażony (za ten ryj), ale też pełen podziwu dla jego brudnej inteligencji. Ciemne cielsko swoim chrobotem przejawiało ciągłość ruchu w interesie. Właśnie inteligencję. Ten ocean. Przejawiał. Podobnie jak dwie małpy, które spotkałem. Jedna miała fryzurę na pieczarkę. Nieustanna, kosma- ta ruchliwość, nieobliczalne ucieleśnianie inteligencji. Dałem im banana. Jednego. Przez 1 chwilkę ja trzymałem za koniec, a małpa z pieczarką na głowie za drugi. Koniec banana. Potem mnie przepędziła. Śmiałem się gromko, ale byłem przera- żony. A ocean robił zrobione z inteligencji chórki: Parszywka, Parszywka, Parszyw- ka. Głównie ją pamiętam z ówczesnej lektury (z pierwszej: ostateczne czyszczenie gwizdka). „Parszywka może tęsknić (…) Parszywka ma przy sobie różne przybory i kiedy je wykłada, jeden po drugim, w mózgu robi się mdło, roztapiają się myśli, roztapiają się myśli i najprędzej wyskoczyłyby z omdlenia na powietrze. Ale nie ma już ja- snego powietrza. Parszywka zdążyła udowodnić, że mieszka w nim i że jest w nas samych”. Zrobiłem jedno zdjęcie w Balladzie o dentyście. Dłoń, a w dłoni pilot do otwie- rania domu. Chłopiec, który opowiada całą tę historię, pyta w którymś momencie: „Co sam, proszę pana?”. Jest to dla mnie bardzo ważne pytanie. Ważni są też zagraniczni pasażerowie samolotu, którzy podczas podróży czytają prospekty z polskimi produktami spożyw- ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 20 Mieczysław Piotrowski czymi. I głodny kucharz ze statku Batory. Ale najważniejsze jest oprzyrządowanie do sterowania miastem. Guziki, które naciska się po omacku, intuicyjnie, a wszystko chodzi jak w zegarku. Nawet karambole. Chłopiec kończy tak: „Sam nie wiem, może by mi ktoś starszy wyjaśnił, czy pu- dełko, które otwiera drzwi, jest w ogóle możliwe?”. Pudełko po prostu walczy o przetrwanie (facecikowie, tak patrzycie, / że rozmna- żacie się przez wygląd). Judyta zabija się na końcu książki, ale przez całą, nieustannie zmieniając postać, jakoby dystrybuuje dowody na swoje nieistnienie (czy, jak mógł chcieć Andrzej Fal- kiewicz, dowodzi: dlaczego istnieje raczej nic niż coś). Jest i nie ma. Przygody wra- cają zawsze. W którymś momencie pojawia się obwieszczenie, że powieść przechodzi istotnie do trybu notatkowego, żeby móc później z niego wyjść. A czy to jest praw- da? Judyta ma być (ma być) „erotyczną osobą”. Dziewczyną o przewadze „znaków męskich”. Która łączy się z chłopcem, „polityczną osobą” „o przewadze znaków żeń- skich”. Te dwie mają się łączyć w jedną „osobę”. Judyta ma być „osobą”, która sta- nowi połowę „jednej osoby”. Ale stanowi połowę, której nie da się dalej rozpoławiać, kawałkować. Nie istnieje, a ma być, więc popełnia samobójstwo. Wchłania sub- stancję do czyszczenia gwizdków. To cała para idzie w co? Przed Marcem ‘68 (rok wydania Złotego robaka) wśród młodzieży w Polsce zdążyło rozpowszechnić się przekonanie, że politykę żywią „tematy z zaklętych krę- gów sztywnej mowy”. Na zmianę zdania „dziwnym” młodzieniaszkom, uganiającym się za wszelkim potencjalnym seksapilem, pozwoliła prezentacja ulicznego wynalaz- ku: gumowej pałki. W chlupocie pałowania, które spadło na inteligenckie trencze, niczym spłukana deszczem, rozpuściła się na chwilę przystojniacka wrażeniowość. Istnieje zatem żywa mowa, która wszystko dzieli na razy? Prawda jest najdziwniejszą, najnieparzystrzą połową (lemurest le cabaliste the oddest). Prawda jest połową, która nie daje się podzielić. Dziwi Prawa. Lepiej się wychodzi na półprawdach. Ale połowa, należąca do prawdy, pozwala pochować się własnoręcznie. Ukryć się przed własną egopodobnością, która zabra- nia pochować się własnymi rękami, na bagnach pod własnymi włosami. Czy jakoś tak. Kamufluje się przed pochłaniającym wszystko obrazem. Apokalipsa to supeł za- wieszony pośrodku „widzenia wszystkiego”. Pełna przejrzystość wychodzi na oczy- wistość i odsłania trzewia, zaciemniając tym samym równość najróżniejszych jedy- ności. Jak tam, Panie Piotrowski, jak idzie chowanie „wszystkiego, co najdroższe” przed „wszarzem”, „tłustymi palcami łachmaniarza”, supłem, obrazem, kt
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

eleWator 13 (3/2015) - Mieczysław Piotrowski
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: