Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00270 004538 12612354 na godz. na dobę w sumie
eleWator 3 (1/2013) - Oburzeni - ebook/pdf
eleWator 3 (1/2013) - Oburzeni - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 212
Wydawca: Forma pracownia projektowa i wydawnictwo Anna Nowakowska Język publikacji: polski
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

'eleWator' jest pismem, w którym oprócz najnowszej prozy i poezji uznanych i debiutujących autorów, mieszkających w Polsce oraz za granicą, znaleźć można teksty literackie przetłumaczone na język polski, szkice o literaturze i jej najwybitniejszych twórcach, a także eseje, felietony i recenzje. Kwartalnik jest miejscem dyskusji, polemik i platformą ożywczej wymiany poglądów. Dzięki stałym współpracownikom z Berlina, Dublina, Kijowa, Kopenhagi, Londynu, Paryża i Nowego Jorku, 'eleWator' ma charakter globalny, a także interdyscyplinarny. Wiele uwagi poświęca bowiem najnowszym światowym działaniom artystycznym omawianym w działach filmu, muzyki, sztuk plastycznych i architektury oraz teatru. Kwartalnik, którego wydawcą jest Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy jest pismem szczególnym, bowiem punktem odniesienia do wszystkich decyzji formalnych, redakcyjnych i konceptualnych, jest dziedzictwo Autora „Prozaicznych początków”.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 kwartalnik literacko-kulturalny nr 3 (1/2o13) – styczeń/marzec 2013 ISSN 2299-5692 copyright © eleWator, Szczecin 2013 redagują: Paweł Nowakowski (proza, sekretarz redakcji), Paweł Orzeł (film), Monika Petryczko (muzyka), Arkadiusz Polewka (sztuki plastyczne i architektura), Karol Samsel (eseje i szkice), Artur Szlosarek (krytyka literacka), Konrad Wojtyła (poezja, redaktor naczelny) stali współpracownicy: Łeś Bełej (Kijów), Jakub Bińkowski (Londyn), Izabela Fietkiewicz-Paszek (Kalisz), Anna Frajlich (Nowy Jork), Krzysztof Hoffmann (Poznań), Artur Daniel Liskowacki (Szczecin), Krzysztof Niewrzęda (Berlin), Małgorzata Południak (Dublin), Anatol Ulman (Koszalin), Andrzej Wasilewski (Paryż), Grzegorz Wróblewski (Kopenhaga) korekta: Agata Borowicka i Anna Nowakowska obraz na okładce: Donat Stenzel grafiki i obrazy w numerze: the Krasnals zdjęcie na 212 stronie: Andrzej Łazowski (www.lazowski.eu) redakcja i wydawca: Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy 71-246 Szczecin, ul. E. Romera 10e tel. 605 631 746 www.elewator.org / pnowakowski@elewator.org www.fundacja-berezy.org / biuro@fundacja-berezy.org Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do zmiany tytułów, skracania oraz redagowania tekstów, o ile nie wypacza to sensu oryginału. druk: KAdruk, Szczecin publikacja ukazała się dzięki wsparciu Miasta Szczecin oraz Stowarzyszenia Gmin Polskich Euroregionu Pomerania dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 2 oburzeni spis treści Łona, Taniec przed burzą Karolina Golinowska, Sztuka oburzania Ewa Maria Slaska, Pies szczeka, Niemcy rządzą Europą Paweł Przywara, Rezonator [noir thriller 3D HD version] (fragment) Urszula Benka, Oburzenie Amira Bochenska, Hiszpański sen(s) Oburzonych Krzysztof Niewrzęda, Zamęt (fragment) Joanna Szczepanik, Obojętność Meksykanina Marcin Orliński, Informacja chce być wolna Katarzyna Bazarnik i Zenon Fajfer, Liberty Poem Konrad Morawski, Atak z użyciem echa 5 6 12 19 41 45 51 73 77 80 82 film 87 Paweł Orzeł, Sześcian poezja 98 100 101 Krzysztof Siwczyk, Dokąd bądź (fragment) Wiktoria Klera, Festiwal kryminału, Kto najbardziej kocha koty Przemysław Thiele, Pin i zielony, To nie my epistoły 104 Henryk Bereza i Krystyna Sakowicz, Korespondencja (fragmenty) z Kijowa 108 Łeś Bełej, Środowiska literackie na Ukrainie i bunt z Kopenhagi 110 Grzegorz Wróblewski, Teodor w błękicie z Londynu 112 Noil Branc, Rozszczepianie sztuki plastyczne i architektura 115 118 120 129 133 Jan Sobaszek, Biennale Oburzonych the Krasnals, Jaka Sztuka Dziś, taka Polska Jutro. Sztuka z władzą dwa bratanki. Dzieła z „niezwykłej” kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej MSN w Pałacu Prezydenckim Wojciech Ciesielski, Katarzyna Bisztyga, Piotr Ciećkowski, Beata Jabłoń- ska, Trzy razy o przyszłości Rafał Żwirek, FotoOburzeni Arkadiusz Polewka, Instalacja nomadyczna ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 3 (1/2013) krytyka literacka 3 140 144 146 148 150 152 153 155 158 159 161 163 165 167 168 172 174 176 Karol Samsel, Saturnalia, czyli o oburzeniu w Manekinach Karola Maliszewskiego (Karol Maliszewski, Manekiny, Ody odbite) Maciej Orłowski, Bloki i ławka się nie zmieniają (Andrzej Wasilewski, Rozmowy młodej polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś) Paweł Orzeł, Liberackie sonety (Sonnet of Sonnets, pod redakcją Kata- rzyny Bazarnik, Zenona Fajfera i Mills College students, Korporacja Ha!art i Eucalyptus Press, Mills College, Oakland 2012) Marcin Orliński, Kapitalizm i moralność (André Comte-Sponville, Czy kapitalizm jest moralny?) Alan Sasinowski, Smoleńsk, salony, mesjanizm (Agata Bielik-Rob- son, Michał Sutowski, Bielik-Robson. Żyj i pozwól żyć) Beata Patrycja Klary, Pomiędzy nadzieję a zwątpienie wkrada się cień T.S. Eliota (Kazimierz Ratoń, Dzienniki. Prozy. Teksty krytyczne) Weronika Szwebs, Nie-Platońska tragikomedia (Anatol Ulman, Cigi de Montbazon i Robalium Platona) Urszula Benka, Furia instynktu (Janusz Styczeń, Furia instynktu) Piotr W. Lorkowski, Głosy tamtego Grudnia (Jan Polkowski, Głosy) Konrad Liskowacki, Świat według prezesa (Włodziemierz Kowalewski, Ludzie moralni) Edyta Antoniak-Kiedos, In-FE-kcja (Jerzy Suchanek, Fe) Daria Dziedzic, Wyłowione z morza (Melania Fogelbaum Drzwi ot- warte na nicość) Grzegorz Pertek, Paradoks Rzymskiej Wojny Filipa Zubińskiego (Tadeusz Zubiński Rzymska wojna) Maciej Melecki, Stan krańcowego wzmożenia (Maciej Niemiec, Stan nasycenia) Tomasz Kunz, Skok na całość (Michał Paweł Markowski, Powszechna rozwiązłość. Schulz, egzystencja, literatura) Paweł Orzeł, Przed wojną: Historie (od zawsze) nieprawdopo- dobne (Gustav Meyrink, U progów zaświata) Halina Lizińczyk, Ostatnie czytanie: Stachura – buntownik łagod- ny, ale krańcowy nadesłano muzyka 178 Tadeusz Hnat, Dziś ZEMBY wbijają się w moje kły. Rzecz o pew- nym fenomenie undergroundowej sceny szczecińskiej stałe felietony 200 202 204 206 208 211 „nie w rzędzie” – Krzysztof Niewrzęda „poza mainstreamem” – Izabela Fietkiewicz-Paszek, Wiersze, które się oburzają i na które wypada się oburzać. Jacek Kukorowski i Maciej Dobrzański „w swoim tempie” – Krzysztof Hoffmann, Trzy świnki „dlaczego nie jestem malarzem” – Małgorzata Południak, Za rogiem „wściekłe sumienie” – Anatol Ulman, Po co mózg? Konkurs Literacki imienia Henryka Berezy „Czytane w maszynopisie”, Edycja 1 – 2013 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 4 The Krasnals, Whielki Krasnal, Zenek – zwykły Polak / z serii Whielcy Polacy, 2011, olej, płótno, metal. 3 (1/2013) ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Oburzeni 5 Łona Taniec przed burzą Za dużo tu przestrzeni, by tak stać bezowocnie, więc tańcz wyklęty ludu ziemi, tańcz jak najmocniej. I niech świat stanie na dłużej, a dranie na górze niech milkną oglądając taniec, co poprzedza burzę. Taniec, co im niesie zmianę w płynach, bo choć butelki te same, to szampan zastąpi benzyna. Dość trwania w bezruchu, kiedy tyle w nas drzemie; dzisiaj ich okna, jutro nasze kamienie. Wbij sobie ten obraz w pamięć; to jest taniec ognia, to jest taniec, który niesie zmianę. I biada temu, kto w bezruchu zamarł. Nieważne, czy twój parkiet gotów jest na nas. Mamy go w planach. (tekst z przedstawienia Bal Manekinów w reżyserii Adama Opatowicza) Łona, właściwie Adam Zieliński (ur. w 1982 r. w Szczecinie) – muzyk hip-hopowy uznawany za przedstawiciela tzw. rapu inteligenckiego, producent muzyczny, prawnik, współpracownik Teatru Polskiego w Szczecinie, autor tekstów do przedstawienia Bal Manekinów (2011) oraz do spektaklu opartego na muzyce Jana Kantego Pawluśkiewicza i Marka Grechuty Magia obłoków (2012). Mieszka w Szczecinie. Sklasyfikowany na 16 miejscu w rankingu 30 najlepszych polskich raperów magazynu „Machina” (2011). Członek nieistniejącej grupy Wiele CT. Wydał m.in. solowe albumy: Koniec żartów (2001), Nic dziwnego (2004) oraz w duecie z Weberem: Absurd i nonsens (2007), Cztery i pół (2011). ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 6 Karolina Golinowska Sztuka oburzania Oburzeni Jednym z częstych zarzutów wobec sztuki współczesnej, pomijając kwestie konstatowane stwierdzeniem też tak potrafię, jest jej ambiwalentny stosunek do struktur rynkowych. Krytyka, w której zdaje się pobrzmiewać głos frankfurckiego filozofa Theodora Adorno, piętnuje komercjalizację, utratę rzeczywistych wartości symbolicznych i ograniczone zdolności do współtworzenia kulturowego dziedzic- twa. Owej krytyce wtórują obrazy z aukcji dzieł sztuki, na których prace teraźniej- szych artystów osiągają niebotyczne ceny, czy wizje opiniotwórczych stanowisk tłumaczących wartość symboliczną prac na język transakcji monetarnych. Znamie- nite wydarzenia pokroju biennale sztuki zdają się zaś stwarzać doskonałe zaplecze instytucjonalne dla poczynań owej wąskiej opiniotwórczej społeczności. Sara Thornton, autorka książki Siedem dni w świecie sztuki, z pietyzmem śledzi poczy- nania bogatych inwestorów, marszandów, krytyków, artystów czy kolekcjonerów, ukazując różnorodne przesłanki, którymi karmią oni swoją pasję. Paradoksalnie jednak, obserwacje Thornton nie prowadzą do jednoznacznie pesymistycznej konkluzji. Okazuje się bowiem, że każde ze środowisk żyje szczelnie zamknięte we własnym świecie, wyznając odmienny system wartości i zasad. Pogranicza owych światów stanowią jednak tereny zagrożonej suwerenności, przestrzenie konfliktów i walki o władzę w świecie domniemanych wartości symbolicznych i intelektual- nych. Znamiennym tego przejawem staje się opisywana przez autorkę wyprawa na Biennale Weneckie, najstarsze i najbardziej prestiżowe wydarzenie tego typu na świecie. Obok prac znanych i poważanych artystów pojawia się bowiem gęsta sieć układów towarzyskich, rozmów kuluarowych, planów inwestycyjnych i wizji wielkich pieniędzy. Porównywanie wpływowych osobistości do rozkapryszonych dzieci bawiących się w zbieranie cennych zabawek zdaje się mieć coś na rzeczy. Zwłaszcza gdy wtóruje im głos pracownika domu aukcyjnego, porównującego na- bywanie prac artystów do kupowania nowej pary spodni. Z całą pewnością można zatem stwierdzić, że świat sztuki to nie tylko piękne idee, intelektualne rozważania i pasja dzielenia się, lecz także chłodne kalkulacje, kosztowne rozrywki i dyskretne oblicze snobizmu. Błędem byłoby tu jednak przypuszczać, że na gloryfikacji kon- sumpcjonizmu kończy się działanie sztuki. Najbardziej radykalne eksperymenty rodzą się w dużej mierze ze sprzeciwu wobec status quo, a więc i materialnie na- stawionej rzeczywistości. Biennale społecznego (nie)pokoju Wspominane Biennale Weneckie stanowi specyficzny przykład instytucji ar- tystycznej. Jego ponadstuletnia historia, plany i przeobrażenia organizacyjne wy- kształciły dość sztywne ramy koncepcyjne. Tradycja i prestiż nie stanowią tu jednak elementów sprzyjających radykalnym zmianom i nowatorskim pomysłom. Zapra- szani do udziału artyści i kuratorzy to postaci starannie wyselekcjonowane i za- razem niesprawiające niespodzianek. Założenie jest bowiem bardzo proste: dobry kurator stworzy dobrą koncepcję biennale i zaprosi dobrych artystów. W przypadku jednak wydarzeń o zdecydowanie krótszej tradycji i mniej zobowiązującej renomie, przede wszystkim przebija się wymiar eksperymentalny. Częstym impulsem są tu ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 3 (1/2013) szkic 7 zmiany na gruncie społecznym, których specyfika staje się rodzajem komentarza rozwijanego w ramach biennale czy festiwalu. Tak też, działalność ruchu Anony- mous przewijała się podczas kolejnej edycji berlińskiego festiwalu Transmediale z 2012 roku, zatytułowanej in/compatible. Wydarzenie podejmowało wątek zwią- zany z anonimowością jako nową strategią niepublicznej interwencji. Całość fe- stiwalu poświęconego sztuce nowych mediów, technologii i kulturze zdominowali artyści i hakerzy, ukazujący fascynujące a zarazem niebezpieczne aspekty sieciowej rzeczywistości. Pod tym też względem Transmediale stanowi przykład wydarze- nia artystycznego kierowanego do specyficznego grona odbiorców i twórców, nie zawsze jednakowo kojarzonych z działalnością kulturotwórczą. Odwołujące się do zaawansowanych rozwiązań technologicznych Transmediale daleko odbiega zatem od tradycyjnego modelu wystaw artystycznych. Wspominana edycja wydarzenia, us- tanowiła jednak przestrzeń zwartej dyskusji, nawiązującej do działalności dywer- syjnej czy wręcz kontestatorskiej. Co zatem rodzi się w wyniku zderzenia nowych form społecznego aktywizmu z tradycyjną formułą biennale sztuki? Dwa wydarzenia artystyczne roku 2012 stworzyły wiążącą odpowiedź na pytanie o rolę sztuki jako narzędzia społecznej rewolucji. Opływający falami światowych protestów Ruch Oburzonych stał się fragmentem instytucjonalnej przestrzeni sztuki, mającej ak- tywnie kształtować sferę publiczną. Biennale oburzenia Siódma edycja Biennale Berlińskiego upłynęła w atmosferze rozognionych dys- kusji, delikatnego zażenowania i nieskrywanej niechęci. Zespół kuratorski, w skład którego wchodzili: Artur Żmijewski, Joanna Warsza i rosyjska grupa Wojna, zaofe- rował koncepcję wydarzenia daleko wychodzącą poza jego dotychczasowe odsłony. Głównym bodźcem stymulującym powstanie kontrowersyjnej idei biennale stała się działalność Ruchu Oburzonych, nowej formy aktywizmu rozwijającej się w spo- sób chaotyczny, agresywny i samowolny. Otwarty sprzeciw wobec możnych tego świata, prymatu komercjalizacji, finansowego egoizmu ewoluującego w powszech- ną praktykę wyzysku i społecznego upośledzania, stanowiły główne przyczyny masowych ogólnoświatowych protestów. Ulica miała na powrót stać się publiczną agorą, wypełnioną wściekłymi głosami domagającymi się godziwego życia. Nagły, spontaniczny zryw społecznej solidarności stał się dla głównego kuratora, Artura Żmijewskiego, bodźcem by zrewidować dość skostniałą formułę biennale sztuki. Krótki tekst jego autorstwa, opisujący ideę siódmej edycji biennale (http://www. berlinbiennale.de) zawierał pytania dotyczące znaczenia i roli praktyki artystycz- nej. Czy ma ona w istocie zdolność wpływania i kształtowania rzeczywistości? W opinii Żmijewskiego sztuka stanowiła jedną z sił, niezdolną jednak do samo- dzielnego działania. Wyszedł on jednak z założenia, że solidarny wysiłek akty- wistów społecznych, artystów czy intelektualistów jest w stanie doprowadzić do transformacji społecznego ładu. W zamian za ideę zmieniania rzeczywistości za pośrednictwem prac zamkniętych w przestrzeniach galeryjnych zaproponował on zatem coś więcej. Pragnął, by siódma edycja biennale stała się miejscem integracji rozmaitych środowisk aktywistów dążących do zmiany rzeczywistości społecznej, której konieczność sygnalizowały masowe protesty Oburzonych. Sztuka miała wcielić się w rolę Rancièrowskiej polityki, opisywanej na kartach Estetyki i polityki w kategoriach działania zmuszającego widza do rekonfiguracji zajmowanego miejsca, wydzielającego na nowo przestrzeń materialną i symboliczną. Postulo- wany przez Żmijewskiego rzeczywisty, krytyczny i społeczny wymiar praktyki arty- stycznej nieodzownie wpłynął na zawartość programową biennale. Przeważająca ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 8 Oburzeni część przestrzeni wystawienniczych została zamieniona w okupowane place i obo- zowiska, na których wspomniani młodzi ludzie rozstawili swoje namioty. Gest ten miał także wymiar symboliczny. Nie tylko bowiem ulica stała się miejscem odzy- skanym, lecz i przestrzeń powszechnie znanego berlińskiego Kunst-Werke. Koszty, jakie przyszło Żmijewskiemu ponieść z tytułu owego eksperymentu okazały się być jednak dość wysokie. Forget... Tytułowe Forget Fear, przetłumaczone w wydawnictwie „Krytyki Politycznej” jako mesjanistyczne niemalże zawołanie Nie lękajcie się, napawało nie odwagą, lecz znużeniem i niechęcią. Zdawkowe i dość obcesowe komentarze dziennikarzy sugerowały, by jak najszybciej zapomnieć, że biennale to miało kiedykolwiek miejsce. Bardzo nieliczna ilość wystawionych prac wzbudzała jednak spore za- strzeżenia zarówno w polskiej jak i niemieckiej prasie. Zawartość programowa wydarzenia uległa rozproszeniu w przestrzeniach miasta, w działaniach społecznych czy ulicznych akcjach. Gdyby brak rozbudowanego programu wystawienniczego uznać za rzeczywisty zarzut, ujawniłby on jak mocno pewnym przyzwyczajeniom hołduje świat sztuki. Wchodząc w rolę głównego kuratora, Żmijewski miał prawo, by przedstawić dowolną koncepcję biennale. Sam jednak fakt, że inauguracja wy- darzenia zbiegała się z berlińskim weekendem prywatnych galerii może stwarzać przestrzeń naznaczoną konfliktem interesów. Właściciele owych galerii często trak- tują bowiem biennale jako doskonałą sposobność, by nieformalnie dopisać się do oficjalnego programu artystycznego Kunst-Werke. Koncepcja Żmijewskiego radykalnie odcinała się jednak od środowisk popularyzujących ideę komercjali- zacji kultury czy sztuki. Obydwie strony miały zatem powody do niezadowolenia. Niechęć wobec idei artystycznego establishmentu czy sprowadzanie sztuki do roli towaru stanowiły przecież krytyczne fundamenty koncepcji Żmijewskiego. Intencje kuratora zostały zatem pominięte, podczas gdy berliński weekend galerii stał się egzemplifikacją zła piętnowanego przez biennale. Materialną obecność prac i do- kumentacji projektowych kurator zastąpił nieokreśloną ideą wspierającą działanie, młodość, zaangażowanie społeczne czy dialog międzykulturowy. Nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż pozostawał on dłużnikiem instytucji jaką jest biennale sztuki, co uwidoczniło pewien paradoks. Czy można bowiem walczyć z obciążony- mi instytucjonalnie przekazami, sięgając bezpośrednio po ich narzędzia? Zadanie to wydaje się być niezwykle karkołomne a jego rezultaty mogą doskonale wpisać się w skodyfikowane i konserwatywne struktury. Owe właśnie niebezpieczeństwa ujawniło zarówno Biennale Berlińskie, jak i zbiegająca się z nim w czasie trzynasta edycja Documenta w Kassel. Opowieść o Róży Najpierw krótka dygresja. Jeden z najbardziej skandalicznych i oburzają- cych momentów Biennale Berlińskiego wiązał się z pracą Joanny Rajkowskiej. Jej film Born in Berlin z 2012 opowiadał historię narodzin jej córki Róży. Rajkowska w pełni świadomie wybrała Berlin na miejsce narodzin dziecka, uznając je za sym- boliczne odniesienie do początków kształtowania osobowości i życiowych losów. Niepokojący a zarazem twórczy charakter miasta artystka zdawała się wchłaniać całą powierzchnią swojego ciała. Kamera towarzyszyła jej podczas spacerów, gdzie radość z tytułu przyszłych narodzin córki przeplatała się z uważnymi obserwacjami miejskiej przestrzeni. Zwieńczeniem filmu był bardzo naturalistycznie ukazany moment porodu. Na moment przed dniem inaugurującym biennale, środowisko ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 3 (1/2013) szkic 9 artystyczne obiegła wiadomość, że dziesięciomiesięczna Róża zachorowała na nowotwór oczu. Film ukazujący narodziny dziecka pozostał jednak w programie biennale. Krytyka Polityczna podjęła się zbiórki pieniędzy na kosztowne leczenie. W międzyczasie, w trakcie jednej z publicznych wypowiedzi, Żmijewski odniósł się do owej kwestii, zadając słynne retoryczne pytanie A może Rosa nie chciała widzieć miasta, w którym żyje...? Fala krytyki, jaka pojawiła się pod adresem kuratora, nie zasługuje na jakąkolwiek wzmiankę. Wystarczy bowiem poczytać rozmaite ko- mentarze na polskich forach internetowych, by wiedzieć jakie argumenty wysuwają anonimowi dyskutanci i dziennikarze stający po stronie dziecka. Dystansując się od emocjonalnie nacechowanych komentarzy, warto zastanowić się jednak nad tym, co wzbudziło tak ogromną agresję. Film Rajkowskiej odnosił się do niezwykle osobistych etapów jej życia, tworząc metaforyczną opowieść na ów temat, nie zaś dziennikarski reportaż. Wystawiając go na widok publiczny, artystka zdecydowała się upublicznić fragment własnej historii, jednocząc swoje prywatne życie z działal- nością twórczą. W tym też kontekście, wypowiedź Żmijewskiego potraktować można także metaforycznie, co w zestawieniu z chorobą małego dziecka będzie oczywiście zawsze wzbudzać rozdrażnienie i niechęć. Gdyby nie choroba nowotworowa dziec- ka, film prawdopodobnie zostałby uznany za przeciętną opowieść z obscenicznie przedstawionym porodem. W momencie jednak, gdy jego narracja kontynuowana była poza strukturami biennale, stał się on źródłem licznych odniesień i nabrał cech dokumentu. Przenikanie porządków przynależnych praktyce artystycznej i codzien- nemu życiu stwarza zatem przestrzeń niebezpieczną. W efekcie bowiem suwerenny charakter owych rozgraniczeń umacnia się, eksponując powagę życia i beztroskę sztuki. Podobnie też sztuka jako polityka zawodzi w momencie, gdy staje się opowie- ścią smutną. Pozytywne i udane warianty sztuki relacyjnej, angażującej społeczności pod egidą wspólnego działania, zyskują przychylność. Nietrafione projekty społecz- ne stające się fragmentem przestrzeni artystycznej zostają potępione. Sztuka stająca się polityką traci zdolność tworzenia przekazów symbolicznych. Polityka stająca się sztuką sygnuje działanie traktowane z pobłażaniem. Podobnie smutny i nega- tywny obraz pozostał po Ruchu Oburzonych. Z Berlina do Kassel Pojawiający się na otwarciu Biennale Berlińskiego aktywiści z ramienia Obu- rzonych stworzyli niespotykaną aurę publicznej dyskusji. Pierwsze dni wydarze- nia tętniły wręcz życiem, ukazując niesamowitą siłę i determinację młodych ludzi, godzinami debatujących nad problemami natury społeczno-politycznej. Dyskusje panelowe organizowane z ramienia „Krytyki Politycznej” stanowiły egzemplifikacje poszczególnych fragmentów owego łańcucha problemów, analizowanych w między- narodowym gronie. Po kilku jednak tygodniach impet ów osłabł. Puste przestrzenie Kunst-werke nie dudniły już od rozmów. Sromotną ciszę przerywały zaś kroki po- jedynczych zwiedzających i cichy stukot klawiatury laptopów. Ogromny entuzjazm nie przybrał konkretnej formy będącej zalążkiem realnego działania. Jako kurator Żmijewski nie przejął także roli duchowego lidera, stającego na czele owej wielkiej nieuporządkowanej siły entuzjazmu i społecznego zaangażowania. Postąpił zatem wbrew długoletniej tradycji biennale, stając się kuratorem niezauważalnym i nie- ingerującym w działania artystów i aktywistów. Ów brak wiodącego głosu stanowić mógł próbę ucieczki przed sztuką totalizującą doświadczenia społeczne, której nie- chlubne przygody z dyktaturami politycznymi wciąż przypomina historia awangardy. Niemniej jednak, próba przechwycenia spontanicznie tworzącego się ruchu i osa- dzenie go w konkretnej zinstytucjonalizowanej przestrzeni stanowi działanie co ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 10 Oburzeni najmniej nieprzemyślane. W tym też aspekcie biennale pod kuratelą Żmijewskie- go poniosło klęskę. To, co z założenia ma bowiem pozostać nieuchwytne i żywe, nie może zostać wpisane w kontekst instytucjonalny, wobec którego stoi w opozycji. Skrajnym tego przejawem stała się obecność Oburzonych na Documenta w Kassel. Swoje obozowisko aktywiści rozbili przed potężnym gmachem Fridericianum, sym- bolicznym monumentem architektonicznym owej niezwykle prestiżowej imprezy artystycznej. Miejsce to zajmowali przez sto dni trwania festiwalu. Co istotne, na udział Oburzonych w trzynastej edycji Documenta oficjalnie zgodziła się kuratorka Carolyn Christov-Bakargiev. Obóz kulturowych kontestatorów uzupełniała zaś in- stalacja artystyczna w postaci szkieletów białych namiotów, nawiązujących do idei zajmowania przestrzeni publicznej. W chłodnych przestrzeniach Fridericianum, do dyspozycji aktywistów oddane zostało jedno pomieszczenie. Salę w całości wypeł- niały banery, plakaty czy ulotki nawołujące do bojkotu Documenta z hasłami w ro- dzaju Occupy Kassel!, Who’s the Artist – never heard of him, What year it is – it may be Australia, Art Walks as usual, You think i’m not an: idiot – first I’m an artist. Co ciekawe, same Documenta wzbudzały dość obojętne komentarze, choć o aktywistach raczej nie wzmiankowano. Spora doza niechęci świata artystycznego uderzała w dość chaotyczny program wystawienniczy, znamionujący stopniowe przeobrażenia profesji kuratora. Wielkie połacie Karlsaue Park wypełniały rozma- ite studia artystyczne, często inicjujące bezpośredni kontakt z publicznością i in- teraktywne uczestnictwo. Oddając ogromną powierzchnię parku do dyspozycji twórców łaknących bezpośredniego kontaktu z widzem, Bakargiev stworzyła nazna- czoną instytucjonalnie czy nawet komercyjnie alternatywę wobec Ruchu Occupy. Co ciekawe, obydwa wcielenia społecznego aktywizmu zdawały się dzielić istotną część zaplecza światopoglądowego. Nowatorski wymiar wydarzeń mających miejsce podczas Documenta ukazany został za pomocą narzędzi oferowanych przez formułę wielkiego wydarzenia artystycznego. Bakargiev nie zrezygnowała jednak z pewnych wiodących założeń, podkreślając zarazem, że aktywności dotychczas niezwiązane ze sztuką, zyskać mogą nowe znaczenie i kontekst. Kuratorka odeszła zarazem od autorytarnego przekazu, pozwalając artystom dowolnie rozwijać własne inicjatywy. Tematyka społeczno-politycznego zaangażowania przewijała się zatem w Kassel, eksperymentując i nadwyrężając ramy instytucjonalne, lecz ostatecznie nie dążąc do ich destrukcji. W tej też mierze, ruch Occupy Kassel zdawał się być dziwacznym żartem, tonącym jednak w odmętach ogromnego i zróżnicowanego programu wy- stawienniczego. Każdy mógł liczyć na coś innego. Społeczności artystów, krytyków i kolekcjonerów mogły ze spokojem przyglądać się zróżnicowanej ofercie progra- mowej. Brad Pitt – ze spokojem promować swój nowy film. Aktywiści – gotować się w namiotach ustawionych na pełnym sierpniowym słońcu. Turyści – cierpliwie wystawać w wielkiej kolejce do Fridericianum. Niemieccy emeryci – w zacienionej kawiarnianej przestrzeni pić schłodzone rieslingi. Każdy odnalazł zatem własne miejsce w kompromisowo zdefiniowanym porządku. Dziecięce oblicza buntu Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie spektakularny i zróżnicowany program artystyczny, Documenta podzieliłyby nieszczęsny los Biennale Berliń- skiego. Obydwa wydarzenia zaprezentowały bowiem różne strategie oporu wobec norm wyznaczanych przez struktury instytucjonalne. Obydwaj kuratorzy wycofali się z autorytarnych pozycji, przynależną im władzę wyboru, oddając do dyspozycji zaproszonych artystów. W obydwu sytuacjach pojawili się także reprezentanci Ruchu Oburzonych, wzywający do bojkotu biennale, komercyjnie nastawionego ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 3 (1/2013) szkic 11 świata sztuki i konserwatywnych norm instytucjonalnych. Doszczętnie skrytyko- wane Biennale Berlińskie miało jednak zdecydowanie wyższe ambicje. To bowiem tam, idea solidarnego działania miała uzyskać konkretną formę, zintegrować po- szczególne środowiska w walce o transformację rzeczywistości społecznej. W przy- padku zaś Documenta, zaangażowanie z ramienia Occupy Kassel stanowiło ele- ment towarzyszący wydarzeniom wielkiego świata sztuki, toczących się własnym instytucjonalnym rytmem. Siedzący u podnóża Fridericianum aktywiści zostali sprowadzeni do gromadki niesfornych i kapryśnych dzieci, które w końcu rozja- dą się do domu. Zachcianka na bunt i kontestację, sztukę oburzania się nie może przecież trwać wiecznie. Absurdalny wymiar owej sytuacji podkreślały kolejki wijące się obok namiotów u wejścia do Fridericianum. Pełne sierpniowe słońce, niemieccy emeryci, kawiarenka u schodów gmachu i wyrwane z kontekstu hasło Occupy Kassel. Czy oznacza to zatem, że spontaniczny Ruch Oburzonych został wchłonięty i zgładzony przez struktury instytucjonalne? Czy romans ze światem sztuki nie ustanowił oburzonych jako jednego z elementów zróżnicowanej i skon- trastowanej rzeczywistości artystycznej? Czy nie dowiódł, że rewolty z lat 60. i 70. nie da się reaktywować? Ciężko wysnuć tu jednoznaczną diagnozę sytuacji. Jak bowiem w Rubieżach Kultury Popularnej stwierdza Anna Nacher, wszystko co od- dolne i przynależne sferze kontestacji, staje się następnie sferą zawłaszczeń main- streamowego rynku. Akcentowanie różnicy stanowi jedyną formę ratunku przed rynkiem głównego nurtu. Z tej perspektywy Ruch Occupy Kassel stworzyłby formę zinstytucjonalizowanej mody na kontestację. Z drugiej zaś strony tworzenie alter- natywnych wizji społeczeństwa może wymagać także i alternatywnych narzędzi. Próba przekształcenia społecznej rzeczywistości za pośrednictwem konwencjo- nalizowanych norm instytucjonalnych napotyka ogromny opór. Czy oznacza to zatem, że koncepcję Biennale Berlińskiego ufundowano na założeniach, w których zawierała się wizja przyszłej porażki? Skonwencjonalizowane Occupy Kassel zdaje się owe przypuszczenie potwierdzać. Warto jednak zastanowić się nad jedną kwe- stią. Skoro Biennale Berlińskie było wydarzeniem tak marnym, czemu wyzwoliło tyle krytyki i słownej agresji? Na całym świecie nie brakuje przecież przeciętnych i nieudanych biennale sztuki współczesnej. Być może jednak konsekwencje owego gorzkiego doświadczenia nie są jeszcze w pełni zrozumiałe. Radykalne odrzucenie równie radykalnych eksperymentów daje jednak sporo do myślenia. Karolina Golimowska (ur. w 1983 r. w Bydgoszczy) – kulturoznawczymi, doktor nauk humanistycznych. Mieszka w Poznaniu. Jej teksty publikowali: „Biuletyn Polskiego Towarzystwa Estetycznego”, „Format”, „Gazeta Malarzy i Poetów”, „Kultura Historia Globalizacja”, „Odra”, „Zeszyty humanistyczne”. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 Ewa Maria Slaska Oburzeni Pies szczeka, Niemcy rządzą Europą „Respect Existence or Expect Resistance” – parafraza jednego z haseł ruchu Occupy, jaka pojawiła się na drzwiach metra w Berlinie w grudniu 2012 roku, nie bawi się w filozoficzne traktowanie życia. Jasno i otwarcie głosi, że trzeba się sta- wiać. Niestety, celność napisu nie znajduje odbicia w grudniowej rzeczywistości 2012 roku w Berlinie. Kryzys, jak wiadomo, jest sprawką białych bankierów o niebieskich oczach. Zrobili wszystko, by wyciągnąć pieniądze od polityków i pokazać światu, kto tu rządzi. Bo nie rządzą już królowie, posiadacze bogactw i broni, a nawet potenta- ci przemysłowi. Teraz rządzą systemy bankowe, a właściwie ich ukoronowanie – niewidzialne, bezkarne i wszechmocne firmy ratingowe, które mogą obalić rząd w Grecji, boleśnie szturchnąć Francję lub warczeć na Obamę. Wystarczy jedno warknięcie i mamy milionowe bezrobocie w Europie, zachwianą pozycję ekono- miczną Stanów Zjednoczonych i Chiny w roli lokomotywy gospodarczej świata. Kryzys został wymyślony, ale konsekwencje są jak najbardziej rzeczywiste – jest źle, ale żeby nie było jeszcze gorzej, trzeba płacić. Dla przypomnienia – w światowym kryzysie bankowym nie chodzi o pieniądze banków, których nikt nie tknął. Nie chodzi nawet o procenty od tych pieniędzy. Tu chodzi o procenty od procentów. Wszyscy musieliśmy uczyć się ekonomii, w liceum i na studiach, a przecież nigdy nie dowiedzieliśmy się, że istnieje coś takiego jak procent od procentu. Nikt nam nigdy nie powiedział, na czym naprawdę polega kapitalizm. Wydawało nam się, że chodzi o wyzysk, gdy naprawdę chodziło o to, że pieniądz robi pieniądz. Z tego nikt z nas NIC nie rozumie. Ja na pewno nie. Nie jestem ekonomistką, nie wiem, czy to prawda. Podobno najgorsze, co nas może spotkać, to rozpad strefy euro. Europa zapomniała o szczytnych celach wspólnej konstytucji, o szczęściu szczęśliwych narodów we wspólnym europejskim domu. Jedynym zadaniem Europy jest zapchanie gardła bankom. No to zapychamy. Ogólnoświatowe protesty społeczne to wyraz niezadowolenia z faktu, że zwykły obywatel musi własnymi pieniędzmi ratować światowy system finansowy. W Niem- czech jest to broń. To ciekawe, że nie pieniądz jest bronią, lecz możliwość zabrania go. Wiadomo było, że pieniądze zabiorą nam Merkel z Sarkozym, jeśli ich plany się nie powiodą. Oboje rządzili kryzysową Europą bardzo zgodnie. Merkel i Hollande nie stworzyli (jeszcze) tak znakomitego tandemu. Ale idą do przodu. Śledziliśmy każdy krok na drodze, na końcu której Angela w kostiumiku i z fryzurką na pazia, postawiła nogę na gardle Europy. Wiedzieliśmy, że jeśli blef kanclerki się nie powiedzie, będziemy płacić za jej politykę, zaciskając pasa, do końca życia. Wydawało się, że właśnie wtedy w Niem- czech ruch oburzonych – Empört Euch! Oburzcie się! – wybuchnie jak wulkan i rozprzestrzeni się jak pożar stepu. Nic bardziej mylnego. Jest on tu wybitnie nie- mrawy i budzi niewielkie zainteresowanie. Dlaczego? ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 3 (1/2013) szkic 13 Odrobina historii Niemcy mają za sobą czasy świetności buntu społecznego. Zaczęło się w latach 60. od masowych marszów wielkanocnych organizowanych przez niemiecki ruch pokoju przeciwko zbrojeniom atomowym. Do eskalacji doszło jednak w roku 1968. Był to światowy rok buntu, mówi się wręcz, że to wszystko spowodowały plamy na Słońcu. Świat zawrzał. Bunty zaczęły się w Stanach Zjednoczonych protestem przeciw wojnie w Wietnamie, przeszły do Francji i Niemiec, potem kontestowały campusy meksykańskie. Zbuntowali się Polacy i Czesi, doszło nawet do rozruchów w NRD. Wspólne było hasło: „Bądź realistą – żądaj niemożliwego”. Zbuntowani studenci niemieccy urodzili się już po wojnie, dlatego mogli za- żądać od rodziców (prawdziwych i symbolicznych) rozliczenia nazizmu i zmiany paradygmatów etycznych, społecznych i politycznych. Nazwano ich potem, gdy już przejęli w Niemczech rząd dusz, „Pokoleniem 68”. Ich działanie przyniosło efekty, zbudowali więc na następne 40 lat etos protestu. Daniel Cohn-Bendit, przywódca rewolty studentów francuskich, na pytanie postawione przez Michnika, co zostało z tamtego czasu, odpowiedział: „Nic, ale zmieniliśmy świat”. Protesty nigdy nie miały już takiej siły, jak w roku 1968, ale wciąż z jakiegoś powodu wrzało. W latach 1979-1983 przetoczyła się kolejna fala marszów wiel- kanocnych, tym razem jako protest przeciwko bombie neutronowej. W roku 1989 ruch obywatelski w NRD, stosując dwie metody – ucieczki i demonstracji ulicznych – doprowadził do upadku Muru Berlińskiego i zjednoczenia Niemiec. Na Zachodzie tymczasem nieprzerwanie od roku 1968 rozwijały się alternatywne ruchy społecz- ne, funkcjonujące jako opozycja pozaparlamentarna, głoszące hasła odnowy moral- nej w duchu lewicowym. Były one krytyczne w stosunku do systemu politycznego i stanowiły propozycję alternatywnych form życia i gospodarki. Znanym na całym świecie symbolem alternatywnego fermentu społecznego była berlińska dzielnica Kreuzberg. Ruchom obywatelskim przyświecały hasła zaangażowania lokalnego z jednoczesnym uwzględnieniem zasad sprawiedliwego rozwoju na świecie: „Myśl globalnie, działaj lokalnie!”. To hasło pod koniec minionego tysiąclecia przyświecało procesowi globalizacji protestów. Silny ruch ekologiczny od końca lat 70. miał cha- rakter międzynarodowy (Greenpeace), podobnie jak aktywny ruch antyatomowy, którego natężenie wzrastało z każdą wielką katastrofą atomową (Three Mile Island USA 1979, Czernobyl 1986 i Fukushima 2011). Przełom tysiącleci to również ważne akcje pacyfistyczne: protesty przeciw interwencjom wojskowym w Zatoce Perskiej w roku 1991, Jugosławii i Kosowie w roku 1999, Afganistanie w roku 2001 i Iraku w roku 2003. Równie ważnym elementem buntów społecznych na przełomie tysiącleci był ruch antyglobalistyczny szczególnie aktywny podczas zebrań tzw. Ósemki (G-8), czyli liderów najważniejszych państw na świecie. O ile międzynarodowe akcje wciąż odbywały się z silnym udziałem demon- strantów niemieckich, o tyle na płaszczyźnie lokalnej bunty znacznie osłabły. Dość wspomnieć protesty przeciwko likwidacji „państwa opieki społecznej” w roku 2003. Gdy koalicja SPD – Zieloni wprowadziła reformy drastycznie ograniczające pomoc dla najsłabszych grup społecznych, protestowały zaledwie garstki. Reforma zaś dotyczyła ogromnej części społeczeństwa: bezrobotnych, chorych, upośledzonych, a przede wszystkim osób, które zwalniano z pracy po to, by je potem zatrudnić za grosze w tzw. projektach. Charakterystyczne, że od lat 60. w Niemczech powstawały partie protestu. Jed- ne znikały po kilku latach, inne przez dziesięciolecia brały czynny udział w polity- ce lub biorą do dziś – były to m.in. partie Zielonych – Bündnis 90/Grünen, PDS – Partei des Demokratischen Sozialismus, Lewica Polityczna – Politische Linke, ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 14 Oburzeni Partia Zastępcza – Stattpartei, Piraci – Piratenpartei. Rolę partii ogniskującej niezadowolenie społeczne próbowały też kilkakrotnie przejąć partie neonazistow- skie. To niby pozytywne zjawisko odbiło się jednak negatywnie na sile protestu społecznego – gdy bowiem niezadowolenie przechodzi z ruchu obywatelskiego do partii, obywatel przestaje się angażować. Wutbürger, czyli Rozzłoszczeni i Stuttgart 21 Słowo „Oburzeni” czy też (jak we francuskim oryginale i po niemiecku) we- zwanie „Empört Euch! / Indignez-vous!” użyte zostało w eseju Stephane Hessela w październiku 2010 roku. Ukazał się on w Niemczech w wydawnictwie Ullstein w lutym 2011 i podobnie jak we Francji bardzo szybko znalazł się na liście best- sellerów. W roku 2012 film „Oburzeni” Tony’ego Gatlifa, pokazany na festiwalu filmowym Berlinale, był jednym z najbardziej dyskutowanych obrazów, mimo że wca- le nie był najlepszy. Jego teza zamyka się w zdaniu jednego z dyskutantów. Na in- ternetowym forum napisał on, że „oburzeni są po prostu bardzo... oburzeni”. W październiku 2010 roku, w związku z najsłynniejszym niemieckim protestem ostatnich lat, czyli w tzw. sprawie Stuttgart 21, pojawiło się w Niemczech słowo Wutbürger – wściekły obywatel – wymyślone przez publicystę Dirka Kurbjuweita1 i użyte właściwie jako opozycja do „Oburzonych”. Oznaczało człowieka zamożne- go, starszego wiekiem, konserwatywnego, któremu rzeczywistość tak dokuczy- ła, że zdecydował się wreszcie na protest. „Wściekły” to wyborca chrześcijańsko- -demokratycznej partii CDU, często emeryt, człowiek, który dotychczas nigdy się niczemu nie sprzeciwiał, reprezentujący konserwatywne centrum społeczeństwa, będące zawsze i wszędzie ostoją istniejącego porządku, na którą liczyć może każde państwo, nawet najstraszniejsze. Powodem wściekłości był projekt przebudowy dworca w Stuttgarcie, który miał się stać nowoczesną wizytówką miasta. Projekt drogi, a jego realizacja paskudna – wielka dziura w środku miasta przez najbliższe 10 lat. Zdaniem Kurbjuweita dlatego właśnie spokojny dotychczas obywatel się rozzłościł. Nie o koszty mu chodziło, tylko o dekadę brudu, hałasu, niewygody i paskudztwa. Autor dowodzi, że projekt dworca został zatwierdzony demokratycznie, a Wutbürger jest stary, konserwatywny i głupi. Ciekawe, że słowo wymyślone jako obelga, szybko zmieniło znaczenie, stając się symbolem niezadowolenia i obywatelskiego nieposłuszeństwa. Sprawa „wściekłych staruchów” i dworca w Stuttgarcie szybko wykroczyła poza ramy zwykłego lokal- nego protestu, który pojawia się w Europie, praktycznie rzecz biorąc wszędzie, gdy buduje się coś nowego – ulicę, lotnisko, dworzec, tamę, autostradę, linię kolejową. Walka przeciwko dworcowi nabrała niemal cech mitotwórczych. Poszło, jak w sta- rożytności, o oko. Gdy Filip Macedoński obiecał bogom to, co ma najcenniejszego za zwycięstwo pod Metone, zwyciężył. Gdy zapytał, co ma bogom teraz ofiarować, usłyszał, że bogowie sami sobie wezmą, co będą chcieli. I wzięli oko. Przebiła je strzała wystrzelona z katapulty przez łucznika Astera. Dworzec w Stuttgarcie wzniesiony w roku 1922 to znakomity przykład nie- mieckiej architektury modernistycznej. Stary dworzec czołowy zostanie zastą- piony przez nowoczesny, podziemny dworzec przelotowy, zapewniający łączność z ogólnoeuropejską siecią szybkiej kolei. Koszty oszacowano wstępnie na 4 mi- liardy euro, choć dziś już wiadomo, że wyniosą co najmniej 11 miliardów. W roku 2010, gdy budowa dworca została zaakceptowana we wszystkich instancjach, 1 „Der Spiegel” 42/2010 (październik). 3 (1/2013) ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== szkic 15 niespodziewanie ujawniły się masowe protesty. Krytycy twierdzili, że koszty są sztucznie zaniżone, a dworzec nie przyniesie poprawy sytuacji komunikacyjnej w mieście, co więcej budowa zagraża wymogom ochrony środowiska. Usunięcie starego dworca oznacza zniszczenie zabytku kultury modernistycznej, a uwolniona w ten sposób przestrzeń 100 ha pod zabudowę w samym środku miasta przyniesie korzyści tylko spekulantom. Od listopada 2009 roku Wutbürger organizowali w Stuttgarcie marsze pro- testacyjne ze świecami. Były blokady ulic, przykuwanie się do drzew i ogromne manifestacje, w których uczestniczyło do 150 tysięcy ludzi. Początkowo przebie- gały spokojnie, ale 30 września 2010 roku doszło do ostrych walk policji z de- monstrantami. Użyto pałek, gazu pieprzowego i armatek wodnych. Niewątpliwie policja przesadziła. Za zgodą władzy zareagowała zbyt mocno i... władza przegrała. Inżynier Dietrich Wagner ranny podczas demonstracji 30 września 2010 roku stra- cił widzenie w jednym oku. Zdjęcie zakrwawionego mężczyzny obiegło cały świat i przechyliło szalę zwycięstwa na stronę demonstrantów. Inwestorzy wstrzymali budowę. Dalekosiężną konsekwencją protestów była radykalna zmiana polityczna w Badenii-Wirtembergii. Wiosną następnego roku wybory wygrała wprawdzie CDU, która po 58 latach nieprzerwanych rządów ustąpić musiała jednak koalicji Zielo- nych i SPD. Przywódca Zielonych, Winfried Kretschmann, był pierwszym polity- kiem tej partii, który został szefem rządu w niemieckim kraju związkowym. O tym, czy i jak ma się zrealizować projekt przebudowy dworca, zadecydowało referendum 27 listopada 2011 roku. Od czasu pamiętnej demonstracji wszyscy sądzili, że referendum raz na zawsze zastopuje sporny projekt. Stało się inaczej. Prawie 60 głosujących opowiedziało się za kontynuowaniem budowy. Demokracja zwyciężyła i zjadła własne dzieci. I tak się zakończył wielki bój. Porażka numer 2 – woda w Berlinie W polskim filmie „Poszukiwany poszukiwana” pada pytanie, czy oni (ONI!) tę wodę sprzedają na lewo? W Berlinie w roku 2010 okazało się, że dokładnie tak było. Już w roku 1999 tajnie sprywatyzowano prawie 50 berlińskiej wody. W ciągu 2 lat od podpisania umów woda zdrożała o 35 . Po dziesięciu latach, w czerwcu 2010 roku, tajne umowy przestały być tajne i rozpoczęła się wielka akcja społeczna o ich unieważnienie, czyli o zaniżenie cen wody. Walka zakończyła się w lutym 2011 roku. Berlińczycy poszli na referendum, żeby zmusić władze do ujawnienia machlojek z wodą – zwyciężyli, a woda i tak jest droga... Tak jak Stuttgarcie, w pro- teście obywatelskim, my, rozzłoszczeni obywatele (teraz to słowo miało już sens pozytywny), formalnie uzyskaliśmy wszystko, co chcieliśmy uzyskać, a i tak nie uzyskaliśmy nic. Berlińskie doświadczenie z wodą to apogeum zaangażowania oby- watelskiego, apogeum wygranej i apogeum przegranej, bo polityka ręka w rękę ze światem wielkich finansów pokazały nam, gdzie naprawdę jest nasze miejsce – w mrowisku, w którym buszują wielkie żuki! Intermezzo, czyli jak Artur Żmijewski zamienił Berlin Biennale 2012 w forum ruchu Occupy i dlaczego nic z tego nie wyniknęło oprócz politowania Mieliśmy już za sobą doświadczenia Stuttgartu i Berlina, gdy kuratorzy 7. Berlin Biennale Artur Żmijewski, Joanna Warsza i grupa artystyczna Wojna zaprosili do udziału aktywistów ruchów protestu z całego świata Occupy/Echte Demokratie Jetzt!/Indignados/Movimiento 15-M, arabskiej wiosny oraz zaangażowanych ar- tystów, w tym przedstawicieli środowiska polskiej „Krytyki Politycznej”. Biennale ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 16 Oburzeni w dniach od 27 kwietnia do 1 lipca 2012 roku odbywało się pod hasłem „Forget Fear” – „Zapomnij o strachu”. W KunstWerken politycznym protestantom oddano do dyspozycji 400 metrów kwadratowych po to, by mogli uprawiać politykę artystycz- ną. W akcji wzięło udział około 100 artystów i protestantów z Niemiec, Hiszpanii, Holandii i Stanów Zjednoczonych, Polski, Palestyny, Japonii czy Izraela. W mani- feście napisali, że chcą skorzystać z szansy, jaką im daje Biennale, aby nawiązać kontakty międzynarodowe, uczyć się od siebie nawzajem i móc w przyszłości jeszcze ściślej ze sobą współpracować. Chcą dyskutować o gospodarce zrównoważonej i alternatywnych formach życia. Podstawową formą pracy artystyczno-politycznej była Asamblea, czyli publiczne spotkanie. Uczestnicy przyjechali na Biennale z na- miotami, co jest charakterystycznym wyróżnikiem całego ruchu Occupy. Założyli Camp, który pełnił funkcję „Arbeitszentrale”. Tu miały wziąć swój początek takie akcje, jak Autonomous University, Livestream i Computer HackLab. Żmijewski jeszcze przed Biennale opublikował manifest polityczny. Teraz go przetłumaczył: „Does contemporary art have any visible social impact? Can the ef- fects of an artist’s work be seen and verified? Does art have any political significance – besides serving as a whipping boy for various populists? Is it possible to engage in a discussion with art – and is it worth doing so? Most of all, why are questions of this kind viewed as a blow against the very essence of art?”2. Autor zadaje pytania i sam na nie odpowiada: Polityka i kultura nie mogą być odseparowane, ponieważ tworzą wtedy ślepy świat niewidzących się wzajemnie dyskursów, debat i dzia- łań. Kultura nie jest dodatkiem, ornamentem, kremem poślizgowym, ale jednym z centrów polityki. Bo ludzie w kulturze mówią, a polityka powinna ich słuchać3. A więc wszystko cudnie. Manifesty i protesty. Tyle, że do śmiechu. A może do płaczu. Oto kilka dowolnie zestawionych opinii: „Spóźniona rewolucja kulturalna zrobiona przez Polaka dla Polaków: Kurator Biennale Żmijewski chciałby przy pomocy sztuki stworzyć pragmatyczną politykę. Powtarza w sztuce doświadczenia Pokolenia 68, tworząc groteskę pełną deja vu”4. „Kurator Żmijewski używa faszystoidalnej sym- boliki, łącząc lewicowe poglądy z populistycznym antykapitalizmem”5. „Krytyka cynicznego rozumu. Grass i Auschwitz to go i Occupy Camp dla gapiów: Berlin Biennale cynicznie pogrywa ze swym najważniejszym przesłaniem, zmieniając je w polityczny kicz”6. I jeszcze głos z Polski: „Biennale w Berlinie: Wrogowie sztuki, Dorota Jarecka, Berlin 2012-04-30 Tygodnik „Der Spiegel” zatytułował artykuł o kuratorze Biennale „Kunstfeind” – wróg sztuki. Artur Żmijewski odrzucił formułę wystawy, zamienił ją w platformę wymiany poglądów i badania tego, co sztuka może. Ale czy sztuka cokolwiek może?”7. Gdyby Żmijewski poprzestał na próbie ikonografii protestu, stał się archiwistą współczesnych ruchów społecznych, to wystawa byłaby cieka- wa. Tymczasem polski artysta zapowiedział, że sztuka „dużo może” i że pod jego 2 Blog Biennale http://www.berlinbiennale.de/blog/en/comments/artur-zmijewski-the-applied-social- arts-15276: „Czy sztuka zaangażowana w ogóle oddziałuje społecznie? Czy można zobaczyć efekty pracy artysty i skonfrontować je z rzeczywistością? Czy sztuka może mieć znaczenie polityczne – poza tym, że słu- ży populistom jako chłopiec do bicia? Czy można wziąć udział w debacie, używając sztuki – i czy ma to sens? I najważniejsze pytanie – dlaczego takie właśnie pytania traktowane są jak zamach na samą istotę sztuki?” (tłum. EMS, bo nigdzie w sieci nie znalazłam oryginału). „Krytyka Polityczna” nr 11-12/2007. 3 Blog Biennale: http://www.krytykapolityczna.pl/English/Applied-Social-Arts/menu-id-113.html. 4 http://kunstundfilm.de/2012/05/7-berlin-biennale. 5 http://jungle-world.com/artikel/2012/17/45322.html. 6 http://www.faz.net/aktuell/feuilleton/kunst/berlin-biennale-kritik-der-zynischen-vernunft-11731589. html. 7 http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105406,11638636,Biennale_w_Berlinie_Wrogowie_sztuki.html. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 3 (1/2013) szkic 17 przewodnictwem to zrobi. A to już przesada. Przestrzeń sztuki, nawet ulicznej, nie jest tym samym, co przestrzeń buntu. Nie jest i być nie może. Sztuka nie zastąpi rewolucji, może jej co najwyżej towarzyszyć. To modernistyczna utopia, że Arty- sta jako Nowy Człowiek poprowadzi zbuntowany lud najpierw na barykady, a po zwycięstwie na kwietne łąki Nowego Ładu i Nowego Społeczeństwa. Bo najpierw, na przykład, trzeba by wiedzieć, jakie mają być te kwietne łąki. A jak na razie nikt tego nie wie. Demokracja zbratana z kapitalizmem zawiodła na całej linii, ale co miałoby być zamiast niej? Nikt nie wie, nie wiedział również Żmijewski. Demonstracje i miasteczka namiotowe w centrum miasta, ale na marginesie uwagi 15 października 2011 roku pojawiło się wezwanie, aby zorganizować światowy protest przeciwko wszechmocy rynków finansowych na wzór amerykańskiego ru- chu Occupy Wall Street. W Niemczech wezwanie to zmobilizowało 40 000 ludzi. Przed Europejskim Bankiem Centralnym we Frankfurcie i przed Bankiem HSH w Hamburgu pojawiły się campy namiotowe. Pięć tysięcy demonstrowało w Berli- nie. Z uwagi na dramatyczną sytuację organizatorzy liczyli się z masowym udziałem, tymczasem pojawiły się nieliczne grupy. Czyżby sytuacja gospodarcza w Niemczech była zbyt dobra i dlatego nie udaje się zmobilizować mas? Czy też formuła protestu jest zbyt abstrakcyjna i zbyt oddalona od życia codziennego zwykłego człowieka? W każdym razie w samym Rzymie na ulice wyszło tego dnia sto tysięcy ludzi, 2,5 razy więcej niż w całych Niemczech. Namioty azylantów w Berlinie Ruch zaczął się 8 września 2012 roku. Z Würzburga wyruszyła do Berlina grupa osób czekających na azyl polityczny, żeby zaprotestować przeciwko niemieckiej polityce azylowej. Żądali zniesienia ustawy o deportacji, prawa pobytu dla osób ubiegających się o azyl i likwidacji obozów dla uchodźców. Przeszli 500 kilome- trów. Szli cztery tygodnie, a ich grupa rosła, bo przyłączali się inni. W początku października około stu azylantów dotarło do Berlina. Rozstawili namioty na Ora- nienplatz na Kreuzbergu. Nie spotkało się to z jakąś żywszą reakcją polityki i opinii publicznej, 24 października rozpoczęli więc strajk głodowy. Przenieśli się też do centrum miasta, pod Bramę Brandenburską, czyli tam, gdzie są turyści. A tego się w Berlinie nie lubi. Jesteśmy miastem, które może nie przepada za turystami, ale jednak z nich żyje. Strajk pod Bramą Brandenburską przez chwilę nawet podobał się turystom, fotografowali się z demonstrantami i wciskali im dolara w rękę. Ge- neralnie strajk był nieestetyczny, tak jak bezdomni, zaczęto więc w glorii prawa szykanować strajkujących. Debata o tym, co im wolno, a czego nie sprawiła, że te- raz już naprawdę nikt nie zwracał uwagi na to, o co w ogóle im chodzi. Rzecznik prasowy policji wyjaśnił, że „zgodnie z wyrokami sądów, w tym Trybunału Kon- stytucyjnego, obozowanie i nocowanie w namiotach nie jest objęte ochroną przez prawo wolności zgromadzeń. Do głoszenia swoich poglądów demonstranci nie muszą obozować. Nie ma też przepisu, który by postanawiał, że podczas demon- stracji musi im być wygodnie”. 9 grudnia demonstranci zajęli opuszczony budynek szkoły na Kreuzbergu. I tam są. Problem nie jest już ani światowy, ani europejski, ani niemiecki, ani nawet nie berliński. Pytanie, co zrobić z uciekinierami politycznymi, którzy zajęli opuszczony budynek szkolny, to problem dzielnicy. Jej burmistrz, przedstawiciel Zielonych, wyraził przejściowo zgodę na użytkowanie budynku do marca 2013 roku. Po Nowym Roku zaczną się negocjacje, które będą dotyczyć losu tej stuosobowej grupy, ale nie jej żądań. Jeden burmistrz nie zmieni obowiązującego w Niemczech prawa. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 18 Oburzeni Hasła bez pokrycia zaczerpnięte są z nadzwyczaj słusznego filmu „Oburzeni” To- ny’ego Gatlifa. Film wyprodukowano na zlecenie francusko-niemieckiego programu telewizyjnego „arte”. Czyli te same państwa, które mają dość pieniędzy, by bronić banków, spekulantów finansowych i strefy euro, mają zarazem dość pieniędzy, by sfinansować film o proteście przeciw takim poczynaniom. System wchłania swoich wrogów, zmieniając ich akcje w kolejny dowód tolerancji. Znamy to dobrze, bo tak po okresie głupiej przemocy postępowała komuna, wchłaniając Gombrowicza czy Hłaskę. Podobnie jest zresztą i w drugą stronę. Kilka miesięcy temu oburzaliśmy się, gdy wyszło na jaw, że organizacja sprzeciwiająca się okupacji Tybetu, sprze- dawała chińskie koszulki, tyle że ze stosownym hasłem. Również symbol ruchu Occupy – namiot – to tani, leciutki i łatwy w rozstawianiu „gadżet”, produkowany w Chinach i „okolicy”. Hasła, których używa ruch oburzonych są nad wyraz słuszne, a zaczerpnięte zostały z wystylizowanego na polityczną agitkę traktatu Hessela. Wszyscy mamy obowiązek ochrony dobra, jakim są ideały demokracji. Żądamy gospodarki szanującej wartości społeczne. Dobro ogółu jest ważniejsze od zysku. To nie kryzys, to błąd systemu. To nie kryzys, to oszustwo. To nie my jesteśmy przeciw systemowi, to system jest przeciw nam. Obojętność zabija. Idziemy powoli, bo chcemy zajść daleko. Nie będziemy płacić na wasz kryzys. Nie ratujcie banków, ratujcie demokrację. Politycy nie reprezentują naszych interesów. Solidarność nie jest przestępstwem. To ostatnie hasło 30 lat temu wzruszyłoby nas wszystkich do łez. Niestety, czasy się zmieniły. I wreszcie wezwanie każdego idealisty skierowane do wszystkich organizatorów życia politycznego i ekonomicznego: Schämt euch! Wstydźcie się! Prognozy i wnioski Każde pokolenie ma powód do buntu, każde na starość będzie konserwatywne. Mówi się, że ten, kto się za młodu nie buntował, będzie na starość potworem. Do niedawna każde pokolenie nie tylko miało powód do kontestacji, ale każde też z całym przekonaniem wierzyło, że zwycięstwo przyniesie zmianę na lepsze. To się zmieniło mniej więcej na początku nowego tysiąclecia. Straciły sens uniwersalne powody buntu, okazało się też, że bunt nie przynosi nawet przejściowej zmiany na lepsze. Globalizacja sprawiła, paradoksalnie, że sens zaczęły mieć tylko małe, po- zornie nieważne, działania lokalne. Wierzyliśmy jednak, że sumują się one w pow- szechny ruch zmian pozytywnych. Niestety, Stuttgart 21 i woda w Berlinie uświa- domiły nam, że wcale tak nie jest, że lokalnie też nic nie możemy, mimo iż pozornie każdy wciąż nas pyta o zdanie. Kiedyś zatem powód i cel buntu miały sens, a potem, nagle, przestały. Będziemy się buntować, bo takie są prawidłowości rozwoju osob- niczego i społecznego. Ale... Powód jest abstrakcyjny, cele nie do pojęcia, metody zawodzą, ofiary są bez znaczenia, wróg nie ma twarzy, a zwycięstwa nie będzie i to już z góry wiadomo. Walczymy o nic. O to tylko, by na starość nie być potworem, lecz jednak człowiekiem. Ewa Maria Slaska (ur. w 1949 r.) – pisarka, dziennikarka, tłumaczka, animatorka kultury, założycielka Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Literackiego (Verein zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur) WIR. Mieszka w Berlinie. Laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarzy (2003). Stypendystka UNESCO i senatu Berlina. Wydała m.in. powieści Portret z ametystem (1981), Dochodzenie (1985), Piękne dni w Visby (2006). Jest współautorką książki Kartki z podróży do Łeby (2001) oraz autorką blogu literackiego http://ewamaria2013texts. wordpress.com/2012/12/22/nowy-rok-nowy-blog/. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 3 (1/2013) proza 19 Paweł Przywara Rezonator [noir thriller 3D HD version] (fragment) 1. Być może trzeba parę osób posłać na tamten świat, by zrozumiano, o co tu chodzi, pomyślał, stojąc przed Dworcem Centralnym we wzburzonym, spienionym, ryczącym morzu aut i wśród wirujących bez celu rojów prze- chodniów. Oczywiście, ciągnął, tym osobnikom, które zostałyby wyelimino- wane, nie dałoby się już przemówić do rozsądku, chyba że ktoś w zaświatach by im pewne rzeczy dotłumaczył. Prosty lud wprawdzie twierdzi, że przed śmiercią przelatuje człekowi poczciwemu panoramiczna taśma z serialem życia, ze wszystkimi statystami i rekwizytami, tak by dany poczciwiec miał nie tylko świadomość tego, co stracił i czego już nigdy nie odzyska, ale i po- jęcie o tym, jak wielkim poczciwcem przez te wszystkie zmarnowane lata był. Taka taśma więc sporo jeszcze może podpowiedzieć w tej ostatniej chwili. Taśma wszelako rozbłyskuje najprzeróżniejszymi barwami świata, a po- tem jest ostatnie cięcie i monter istnienia odkłada daną szpulę na półkę. Poczciwiec już nawet nie może się za głowę złapać i budzi się z krzykiem na tamtym świecie, z którego już nie ma powrotu do biura projektów, gdzie można było udawać, że się coś robi, nie narobić się, zarobić i jakieś nikłe poczucie egzystencji mieć. Jednakże, myślał dalej, wodząc wzrokiem po bilbordach z uśmiech- niętymi poczciwcami dwojga płci zachęcającymi do nabycia rozmaitych eliksirów szczęścia i magicznych przedmiotów, tudzież do poparcia lokal- nych lub globalnych dobroczyńców oraz darczyńców, co lepszy los ludowi są w stanie zapewnić paroma strzałami z palców, więc jednakże, myślał, gdy pasażerowie to wsiadali, to wysiadali z warczących busów, nie wiedząc tak naprawdę, co ze sobą zrobić, jednakże, sobie myślał ze spokojem, taka eksterminacja mogłaby przemówić do rozumu paru innym poczciwcom, których kapryśny los postawił przy różnych newralgicznych śluzach rze- czywistości i którzy sądzą z tego właśnie powodu, że sobie przy śluzach mogą majstrować, to panują nad dziejami niemalże jak dalekowschodni zaklinacze nad wężami. Przemówiłaby eliminacja paru buców do innych buców, gdyby inne buce były w stanie pokojarzyć fakty – z tym zaś różnie bywa; chociaż, my- ślał dalej, zapalając papierosa pod znakiem z przekreślonym papierosem, może dałoby się buców czegoś nauczyć, skoro metody ukierunkowanych ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 20 Oburzeni skojarzeń sprawdzają się na małych dzieciach. Zresztą, buc jak widzi krew, pokruszone zęby, rozchlapane tkanki czy inne akcesoria śmierci, to zaczy- na rozumować (czyli w jego języku: reasumować), nawet, jeśli kapryśny los obdarzył go wyłącznie kilkoma drobnymi szaroburymi komórkami znakomicie sprawdzającymi się w robocie papierologicznej przy śluzach. Widzi bowiem, że coś jest nie tak, że jakieś szczegóły życiowej układanki się nie zgadzają, choć paka szto cieszy się chytrze, zaciera łapy, że nie na niego padło, a skoro go to coś dziwnego, mrożącego ominęło, to czuje się on silniejszy, jakby tamtemu ubitemu bucowi ten żywy buc resztki istnienia w ostatnim momencie skradł. Może więc sprawa nie jest taka skompliko- wana. Pytanie, od kogo zacząć? To kwestia do ustalenia. Z reguły sporządza się jakąś listę proskrypcyjną, można by ją nawet opublikować, rozplakatować po co ważniejszych miej- scach publicznych, by litera prawa biła po oczach, można też ją utajnić przed światem, bo przecież buce są w znakomitych stosunkach z policją i przeróż- nymi służbami, które w ramach profilaktyki zapobiegania przestępczości, mogliby postawić na równe nogi, by egzystencję swą chronić i móc dalej pracować w pocie i znoju, bywać na wystawach, przyjęciach, opowiadać o no- wościach literackich, malarskich, filmowych, słowem: radować się życiem. Do ustalenia pozostawała też metodyka zabijania. Czy będzie to klasyczna, prosta kula w łeb, czy coś innego ze szczyptą wyrafinowania? Być może w za- leżności od osobnika należałoby odmienną stylistykę usuwania odpadów wykorzystać, odmiennej użyć poetyckiej licencji, tak by opowieść stała się czytelna dla tychże buców, co dopiero śmierci swej czekać będą, czyli będą musieli łączyć zdarzenia w całość, dodawać przesłankę do przesłanki w ja- kiejś mozolnej dedukcji doprawianej metaksą lub napoleonem – tak by do- tarło do nich to, o co tu chodzi. Palił papierosa mijany przez bezdomnych węszących i myszkujących po ulicznych śmietnikach. Jakiś słaniający się na nogach nieświeży gos- tek wyglądający na takiego, co powoli po niedawnej imprezie dochodzi do przytomności, obrzucił go nieco zazdrosnym spojrzeniem, zapewne chcąc poprosić o poczęstunek „dla siebie i dla kolegi”, ale Rezonator potrząsnął głową, więc tamten nawet nie próbował się zbliżać. Należało, myślał, uwzględnić też to, że niektóre buce będą chciały się dowiedzieć, z jakiego powodu ktoś ich znienacka chce posłać do wszystkich diabłów, skoro – tak przynajmniej buce są przekonane – nic złego nie zrobiły, a przynajmniej nie przypominają sobie, by skrzywdziły choćby jedną muchę. To znowu była kwestia do ustalenia. Być może nie trzeba było mówić nic – nie tylko spowijając eksterminację mgłą tajemnicy i w ten sposób wpędzając buców czekających na wyrok w jeszcze większą panikę, ale i respektując wymóg ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 3 (1/2013) proza 21 metodologiczny, iż bucowi niczego się wytłumaczyć nie da. Nigdy. Im więcej by się czasu poświęciło na tłumaczenie bucowi, o co tu chodzi, tym gorzej by się na tym wyszło, gdyż buc po całej przemowie i tak by jedynie podrapał się po potylicy i łypał gałami na boki. Śmierć natomiast jest na tyle jasna i konkretna, na tyle ucina wszelką zbędną, bezsensowną dyskusję, wszel- kie dziamotanie i dzielenie bucowego włosa na czworo albo i dziesięcioro, wszelkie wgryzanie się w to, jak to bucowi powiedzieć, o co tu chodzi, iż buc naraz widzi wszystko w układzie współrzędnych, jak na lekcji matematyki, gdy był w piątej klasie. Zgon redukuje jakiekolwiek wątpliwości, gdyż zeruje wszystko. I tę pustkę, tę przejrzystą nicość widzi buc, mając zarazem mimo- wolny podgląd na skromną zawartość swojego umysłu. W ten też sposób spostrzega on swoje właściwe miejsce w hierarchii bytów i nagle odkrywa, jak kapryśny los musiał być, że na śluzowego go obrał. Rzecz jasna to, czy dany buc jest w stanie pojąć, że w związku z kaprysami losu potrzebna jest korekta światowego status quo właśnie poprzez precyzyjne oczyszczanie środowiska naturalnego i biodegradację, pozostaje zagadką, lecz Rezonator nie miał zamiaru się tym przejmować. Działanie musiało być spontaniczne – coś na zasadzie nagłego wpadania do złodziejskiego banku i wrzasku „to napad, wykładać kasę, złodzieje!” – należało wlecieć na jakieś party z uśmiechniętymi bywalcami i widowiskowo zdjąć kogoś, kto nawinąłby się pod rękę. Pewnie jakieś kobity zaczęłyby się osuwać zemdlone, jacyś parlamentarzyści krzyknęliby „łapcie tego psycho- patę!”, jakiś ordynator szpitala (na takich spotkaniach zawsze pałętają się lekarze) rzuciłby się do reanimacji, która, mimo że byłaby nieskuteczna, przez bywalców potraktowana zostałaby jako przejaw przytomności w chwili grozy oraz postawa bohaterstwa. W gazetach opublikowano by zdjęcie faceta z rozwianym włosem, z odstawionym drinkiem, z rękami
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

eleWator 3 (1/2013) - Oburzeni
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: