Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00141 008716 13447296 na godz. na dobę w sumie
eleWator 9 (3/2014) - Granice - ebook/pdf
eleWator 9 (3/2014) - Granice - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 216
Wydawca: Forma pracownia projektowa i wydawnictwo Anna Nowakowska Język publikacji: polski
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

'eleWator' jest pismem, w którym oprócz najnowszej prozy i poezji uznanych i debiutujących autorów, mieszkających w Polsce oraz za granicą, znaleźć można teksty literackie przetłumaczone na język polski, szkice o literaturze i jej najwybitniejszych twórcach, a także eseje, felietony i recenzje. Kwartalnik jest miejscem dyskusji, polemik i platformą ożywczej wymiany poglądów. Dzięki stałym współpracownikom z Berlina, Dublina, Kijowa, Kopenhagi, Londynu, Paryża i Nowego Jorku, 'eleWator' ma charakter globalny, a także interdyscyplinarny. Wiele uwagi poświęca bowiem najnowszym światowym działaniom artystycznym omawianym w działach filmu, muzyki, sztuk plastycznych i architektury oraz teatru. Kwartalnik, którego wydawcą jest Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy jest pismem szczególnym, bowiem punktem odniesienia do wszystkich decyzji formalnych, redakcyjnych i konceptualnych, jest dziedzictwo Autora „Prozaicznych początków”.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 kwartalnik literacko-kulturalny nr 9 (3/2o14) – lipiec/wrzesień 2014 ISSN 2299-5692 copyright © eleWator, Szczecin 2014 redagują: Marcin Bałczewski (komiks), Andrzej Fogtt (sztuki plastyczne), Krzysztof Lichtblau (sekretarz redakcji), Paweł Nowakowski (proza), Paweł Orzeł (film, redaktor naczelny), Karol Samsel (eseje i szkice), Kamil Sipowicz (muzyka), Leszek Szaruga (krytyka literacka, zastępca redaktora naczelnego), Adam Wiedemann (poezja) stali współpracownicy: Edward Balcerzan (Poznań), Łeś Bełej (Kijów), Jakub Bińkowski (Londyn), Paweł Dunin-Wąsowicz (Warszawa), Izabela Fietkiewicz-Paszek (Kalisz), Anna Frajlich (Nowy Jork), Krzysztof Hoffmann (Poznań), Artur Daniel Liskowacki (Szczecin), Beata Patrycja Klary (Gorzów Wielkopolski), Monika Petryczko (Szczecin), Małgorzata Południak (Dublin), Andrzej Wasilewski (Paryż), Tadeusz Zubiński (Ryga, Benicarló) redakcja techniczna: Iwona Kępisty korekta: Anna Borowicka i Anna Nowakowska obrazy na okładce: Marek Ruff i Magda Pietrucha obrazy w numerze: Marek Ruff zdjęcie na 216 stronie: Andrzej Łazowski (www.lazowski.eu) redakcja i wydawca: Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy 71-246 Szczecin, ul. Eugeniusza Romera 10e www.elewator.org / pnowakowski@elewator.org www.fundacja-berezy.org / biuro@fundacja-berezy.org Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca i nie przechowuje. Redakcja zastrzega sobie prawo do zmiany tytułów, skracania oraz redagowania tekstów, o ile nie wypacza to sensu oryginału. druk: KAdruk, Szczecin publikacja współfinansowana ze środków Miasta Szczecin oraz Stowarzyszenia Gmin Polskich Euroregionu Pomerania dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 2 granice proza poezja spis treści 5 6 11 17 27 35 38 45 52 56 62 66 70 87 93 98 99 102 Bogdan Prejs, sylwia plath nie zmrużyła tutaj oka Marta Zabłocka, Przywiązywania i odrywania Przemysław Czapliński, Transgresje i mediacje Tadeusz Zubiński, Biała partyzantka w nadbałtyckich lasach Diana Wasilewska, Przekraczanie estetyki. Abject art, czyli sztuka (nie)smaczna Ewa Elżbieta Nowakowska, Podgórze wielokrotnych granic Agata Balsamo, Patrz jak ci każę, czyli o ramie dzieła literackiego w Wyzwoleniu Stanisława Wyspiańskiego Agata Jankowska, Potwór, który jest w nas. O dehumanizacji we współczesnych narracjach Patrycja Chajęcka, Syndrom granicy. Notatki o Krótkim podręcz- niku przekraczania granic Gazmenda Kapllaniego Konrad Zych, Przyjdzie gonzo i nas zje, czyli tajna historia pew- nej granicy Krzysztof Lichtblau, Ghostwriter, czyli o granicach autorstwa Izabela Pajdała-Kusińska, Musisz zmrużyć powieki. Rozmyślania o decentryzmie i sztuce Andrzej Turczyński, O tamtejszości. Esej przygraniczny Piotr Michałowski, Epoka „Pograniczy” i jej pogranicza Daniel Podolak, Ten uśmiech, na który wszyscy czekamy Kazimierz Kyrcz Jr., Barbarella Rafał Rutkowski, Jeżeli istnieje, Demencja, Wielki Gender, Stany skupienia, Próby rzeczy, Parasol Tytus Kaleta, *** (Zima niczym pchnięcie nożem...), Martwy język proza 104 Marek K.E. Baczewski, Opowiadania krótkie poezja 109 Dariusz Sośnicki, Zaproszenie, Wtedy, W podmiejskim warsztacie, Czarna Madonna z Centry, Siła odśrodkowa, Trochę z życia, trochę z Iwaszkiewicza epistoły 113 Henryk Bereza, Listy do poetów: do Dariusza Sośnickiego dziennik 118 Kazimierz Brakoniecki, W Kurlandii (fragmenty) z Paryża 136 Andrzej Wasilewski, Ontologia w Paryżu. Alain Badiou z Londynu 146 Noil Branc, Praprzyczyna rozmaitości sztuki plastyczne i architektura 149 152 Joanna A. Kościelna, Kogo inspirują Inspiracje? Andrzej Fogtt, Granice w sztuce 9 (3/2014) ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== krytyka literacka komiks 154 157 158 163 165 168 169 171 172 174 176 178 180 182 186 189 190 191 muzyka 193 stałe felietony 195 198 200 202 204 206 208 211 215 215 3 Konrad Liskowacki, Siberia by car, czyli Amerykanin w Rosji (Ian Frazier, Podróże po Syberii) Krzysztof Maciejewski, Duchy szaleństwa (Hiromi Kawakami, Mana- zuru) Maja Staśko, 2014: Odyseja kosmiczna (2014. Antologia współcze- snych polskich opowiadań) Tymoteusz Milas, Zagłuszyć śmierć mamy (Anna Augustyniak, Kocha- łam, kiedy odeszła) Urszula Orlińska-Frymus, Bo my to nie oni (Paulina Wilk, Znaki szcze- gólne) Emilia Walczak, Na makiecie, czyli nigdzie (Joanna Dziwak, Gry lo- sowe) Leszek Engelking, Polowanie na cudowność (Agnieszka Taborska, Nie tak jak w raju) Ewelina Chodakowska, Pogodny pesymizm według Bałczewskiego (Marcin Bałczewski, Eva Morales de Nacho Lima) Monika Glosowitz, Błyski ulotne (Julia Hartwig, Błyski zebrane) Beata Patrycja Klary, Mam się nie posiadać, czyli o tym jak wszyst- ko zależy od poprowadzenia opowieści (Arkadiusz Kwaczek, Arka- diament) Anna Łozowska-Patynowska, Przekroczyć tekst? (Teresa Rudowicz, Błędne Ognie) Marek Olszewski, Naturalnie (Bartosz Suwiński, Uroczysko) Justyna Kasperek, Ilo/razy (Agnieszka Mirahina, Widmowy refren) Leszek Szaruga, Pro / za i przeciw. 3 – Sprawy (nie)prozaiczne (Mał- gorzata Rejmer, Bukareszt. Kurz i krew, Krzysztof Varga, Czardasz z man- galicą, Taras Prochaśko, W gazetach tego nie napiszą) Paweł Orzeł, Przed wojną: Z gotyckiego kurzu... (Edna Lyall, Droga do raju) nadesłano Marcin Bałczewski, Café Budapeszt – wszędzie znaczy nigdzie (Al- fonso Zapico, Café Budapeszt) Marcin Bałczewski, Smutna opowieść w oparach jazzu (Howard Cru- se, Stuck Rubber Baby) Monika Petryczko, Yukimi Nagono znów nienaganna, a Little Dra- gon inny niż zwykle, smutniejszy niż zawsze (Little Dragon, Na- buma Rubberband) Tadeusz Hnat, Konkretnie Marchetti (Lionel Marchetti, Une saison, Lionel Marchetti, Jean-Baptiste Favory, 100 000 Années, Xavier Charles / Jean-Philippe Gross / Frantz Hautzinger / Lionel Marchetti, Tsstt!) Monika Petryczko, Fink nie próżnuje (Fink, Hard Believer) „szpargalia odzyskana” – Paweł Dunin-Wąsowicz, Targ śniadaniowy „poza mainstreamem” – Izabela Fietkiewicz-Paszek, Powroty Alicji, czyli o wierszach Magdaleny Krytkowskiej „omsknięcia” – Ks. Andrzej Luter, 1, 2 „w swoim tempie” – Krzysztof Hoffmann, Wolne słowa „dlaczego nie jestem malarzem” – Małgorzata Południak, Świat słów, milczenia i muzyki „bez przesady” – Edward Balcerzan, Internet, piekło Horacego Konkurs Literacki imienia Henryka Berezy „Czytane w maszynopisie”, Edycja 2, 2014 – nominacje VII Ogólnopolski Konkurs Poetycki „Refleksy” ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 4 Marek Ruff, „Oaza”, 40,0 x 30,0 cm, akryl na płótnie, 2013 Marek Ruff (ur. w 1957 r. w Warszawie) – malarz. Dyplom uzyskał na Wydziale Malarstwa ASP w Warszawie, w pracowni profesora Jacka Sienickiego (1987). Współtwórca międzynarodowej grupy artystycznej „Decentryzm” (Polska, Francja, Niemcy, Litwa i Argentyna), stworzonej na podstawie manifestu Adama Wiśniewskiego-Snerga Moja koncepcja decentryzmu. Brał udział w wielu indywidualnych i zbiorowych wystawach. Jest także członkiem dwóch grup artystycznych: „Grupy Hoovera” oraz „Grupy From”. Mieszka i pracuje w Warszawie. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 9 (3/2014) 5 Bogdan Prejs sylwia plath nie zmrużyła tutaj oka czas ponownie minął; było zbyt szybko i zbyt chmurno; spotkałaś mnie za wcześnie, a może ja ciebie za późno, choć nie wiem, czy to byłaś ty, czy może pijany waldek czaił się za rogiem kamienicy. nieważne. nieprawda, ważne jest każde słowo. cokolwiek napiszę, mogę cię zranić. właśnie się obudziłem. żarówka iskrzy. żarzy. nie mam pojęcia: świt czy zmierzch? dzień dobry, a może dobranoc? prześcieradło gładkie jak spod żelazka. skórę drażnią drobiny szkła. pod tym kloszem nie doczekam. Bogdan Prejs (ur. w 1963 r.) – poeta obecny w pismach literackich od 1984 roku. Autor kilku arkuszy poetyckich oraz dwóch tomów wierszy: sms do ludożerców (2009) i ce ha (2012). Wydał również m.in. książkę Subkultury młodzieżowe. Bunt nie przemija (2005, 2010). Mieszka w Mikołowie i w Zabrzu. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 6 Marta Zabłocka Granice Przywiązywania i odrywania 1. Bycie w podróży to złudna wolność. Wlecze się za nami długi ogon przyzwy- czajeń, doświadczeń, stereotypów, zasłyszanych opinii, wcześniej przeczytanych lektur, obejrzanych migawek. Podróż to raczej wytrącenie z codziennej rutyny, niż zrzucenie kajdan przeszłości. Te pozostają z nami na zawsze, tylko łańcuch bywa z czasem coraz dłuższy. Od czasu do czasu szarpie on nami i to przyciąga, to oddala. Kiedy jesteśmy w drodze, świadomość wyostrza poczucie naszego ograniczenia. Wyrwani ze środowiska porzucamy grubą skórę nawyków i na jej miejsce tworzymy nowy rytm wytyczony wschodami i zachodami słońca, mieszczący się na siatce kar- tograficznej, w rozkładzie przyjazdów i odjazdów. Wymiary podróżnika też ulegają zmianie – są skromniejsze, czasem mieszczą się jedynie w bagażu podręcznym 55 x 40 x 23 o wadze nieprzekraczającej 10 kilogramów. Mimo tych granic, rozwijamy w sobie spiralę ciekawości, intuicji i zdolności bezinteresownego zachwytu. Zamiast podróżować może lepiej antycypować podróż. Unikać szpetoty ludzi, brudu pociągów i trudu walki o bagażowego jak diuk des Esseintes. Mieszkający na przedmieściach Paryża znudzony życiem mizantrop podróżował, nie ruszając się z krześła. Wystarczył zakup „Przewodnika po Londynie” Baedekera, odwiedzenie winiarni, gdzie panowała dickensowska atmosfera, zamówienie zupy ogonowej, wędzonego łupacza, porcji pieczeni wołowej z kartoflami, dwóch pint i kawałka sera Stilton. Wszystko to w towarzystwie rumianych, krzepkich Angielek. A kiedy bohatera „Na wspak” Jorisa-Karla Huysmansa ogarnęła apatia i senność, zrezy- gnował on ostatecznie z podróży, obawiając się rozczarowań. Wrócił wraz kuframi, pledem, parasolką i laską do swej willi i już nigdy więcej nigdzie się nie wybierał. Esseintes i tak wykazał się dużą odwagą, opuszczając próg domu. Blisko sto lat wcześniej (1790 rok) dwudziestosiedmioletni Xavier de Maister decyduje się na samotną podróż po przestrzeni doskonale mu znanej, prywatnej, lecz wymagającej od obserwatora świeżego spojrzenia i dystansu. Tak powstaje pierwsza książka „Voyage autor de ma chambre” („Podróż dookoła mojej sypialni”). Po sukcesie tej publikacji, osiem lat później, autor przyodziewa różowo-niebieską bawełnianą pi- żamę i rozpoczyna kolejną wyprawę – tym razem nocną, z punktem docelowym koło parapetu okna. Na relację nie trzeba długo czekać – powstaje „Expédition noc- turnr autour ma chambre” („Nocna wyprawa dookoła mojej sypialni”). Bez map, sekstansów, choroby lokomocyjnej, ciężkiego bagażu, paszportu, wiz, obowiązko- wych szczepień i licznych wydatków, de Maistre zapoczątkowuje nowy typ podróży: podróże pokojowe. Oferta ta przeznaczona jest dla tych, którym brak odwagi, sił i środków finansowych na dłuższe eskapady. W biało-różowej pościeli, jak przeko- nuje autor, zażyjemy snu spokojnego z erotycznymi marzeniami pod powiekami. Daleko od sztormów, złodziei portfeli, grząskich dróg, zmian pogody i nieprzy- jemnych współtowarzyszy podróży. Dla jednych takie podróże to kpina z wysiłku, który trzeba wnieść wraz z pokonywaniem trudności, kłopotów i nie zawsze szczę- śliwie kończących się przygód. Dla innych, jak na przykład Nicolasa Bouviera, jednego z najznakomitszych podróżopisarzy XX wieku, to wysiłek ponad miarę. Dla tych, którym wystarcza odrobina wyobraźni i nieodrywanie tyłka od krzesła, ma ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 9 (3/2014) 7 duży szacunek: To są siłacze. Ja – nie. Ja za bardzo potrzebuję tego namacalnego oparcia, jakim jest przemieszczanie się w przestrzeni1. Łatwiej i prościej pokonywać bezdroża, rysując palcem po mapie. Któż z nas w dzieciństwie lub w czasie bezsenności nie sięgał po atlas, by leżąc na dywanie oddawać się podróżom kartograficznym. Wodząc wzrokiem po kolorowych pla- mach, abstrakcyjnych znakach i punktach, spętanych w siatce południków i rów- noleżników, udajemy się w podróże imaginacyjne. Kartkując strona po stronie, przemieszczamy się szybko, zmieniamy krajobrazy, klimaty, strefy czasowe, unika- my w ten sposób nudy towarzyszącej nieodłącznie byciu w drodze. Kierujesz palec na słowa, które wyryją się w pamięci na długo i będziesz powtarzać jak zaklęcia: Timbuktu, Galapagos, Orinoko… Nie wiesz, czy tam jest ładnie i kto na ciebie tam czeka – w myślach uruchamiasz już plan podróży wydrążoną w drewnie łódką, w wagonach pociągów towarowych, z psem i plecakiem przykrytym sporą war- stwą laterytowego kurzu. Uruchamiasz wyobraźnię – słyszysz melodie, które tam rozbrzmiewają, widzisz spojrzenia, które na ciebie czekają, historie, które tam po- znasz. Może nawet rozpoznasz głos, który wzywa znad kartek atlasu, by wyruszyć. Motywacja w tym wypadku bywa nieznana. Bo czy podróż wymaga uzasadnień? Jesteś młody, właśnie zdajesz sobie sprawę, że rozpoczynasz nowe, drugie życie, z dziewięciu, które posiadasz, mając kocią naturę. A tropy dobierasz sobie sa- modzielnie i na własną odpowiedzialność. Możemy podróżować, wyrywkowo odwiedzając choćby pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie byliśmy i nigdy nie będziemy, jak autorka „Atlasu wysp odległych”2. Porozrzucane na mapie świata punkty mniejsze niż główka szpilki, pomijane lub siedzące na oślich ławkach stronic, tu grają pierwszoplanowe role. Niektóre dotąd niespenetrowane (Wyspa Piotra I), inne osierocone (Tromelin wśród Wysp Rozproszonych Oceanu Indyjskiego), zni- kające w morskich falach (Wyspa Takuu na Oceanie Spokojnym) lub będące rajami na ziemi (Pukapuka na Pacyfiku). Łatwo je eksplorować, posiłkując się listami za- morskimi, dziennikami pokładowymi, relacjami korsarzy. A może należy połączyć: pisanie z kreśleniem map, jak chce tego Rosi Braidotti, dla której nomada i kartograf idą naprzód ręka w rękę. Bo trudno oswoić się ze świadomością ograniczeń, jakie występują w trakcie tworzenia opisu podróży. Choćby doświadczenie było nama- calne, to jest męczące jak u Witolda Gombrowicza nad brzegiem oceanu w Mar de Plata: Idę po plaży granicą owej piany i szukam w sobie właściwego uczucia, czego, czego więc masz doznać na piasku, który znów jest pod twoimi nogami, w zapachu rybim i słonym, na od zawsze tym samym wietrze? Czy może doznać wieczności? A może umierania? Lub Boga odkryć w tym? Doznać nicości własnej czy wielkości? Doznać przestrzeni lub czasu? Ale nie mogę… coś przeszkadza… ta jedna okropna rzecz… że to już znane, że niejednokrotnie, tysiąckrotnie było powiedziane… i nawet wydrukowane! A ja muszę być oryginalny!3. Tak samo u Bouviera, któremu wydaje się, że używa słów, które obracały się we wszystkich ustach jak stare łyżki, a przecież chciałby z nich ułożyć coś świeżego. Dla niego istnieją takie dwa słowa-strażnicy: „niewypowiedziany” i „nieopisany”, a za nimi nie ma już tekstu4. Niektóre granice trudno przekroczyć. 1 N. Bouvier, Oswajanie świata, il. T. Vernet, przeł. K. Arustowicz, Warszawa 2005, s. 47. 2 J. Schalansky, Atlas wysp odległych, przeł. T. Ososiński, Warszawa 2013. 3 W. Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, Kraków 1989, s. 188. 4 N. Bouvier, Drogi i manowce. Z Autorem rozmawia Irène Lichtenstein-Fall, przeł. K. Arustowicz, Warszawa 2002, s. 70. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 8 Granice 2. Barwna i tania, napisanie jej nie wymaga zbyt dużego wysiłku, bo i miejsca mało. Najczęściej wysyłał do rodziców: z podróży do Stambułu ze starymi doma- mi, z Sardynii z widokiem na wyspę Figarolo, z mozaiką z Dionizosem z Mykonos w Grecji. Żonie słał z Kabulu obrazek z wielbłądami, kochankowi katedrę w Akwi- zgranie, przyjacielowi kompotierkę ze złota wysadzaną brylantami, a Susan Sontag fresk „Ostatniej Wieczerzy” w monastyrze Stawronikita. Na pocztówkach Bruce Chatwin pisał krótko, dowcipnie, osobiście, by dalej móc pędzić w swojej podróży. Zatrzymuje się, pisze, rusza. Nie tylko w poszukiwaniu kolejnego cennego dzieła sztuki dla domu aukcyjnego Sotheby’s, czy dokumentując temat do tekstu dzien- nikarskiego. Jest naturalnym nomadą, włóczęgą niewierzącym w pracę żadnego rodzaju5. Wierzy w sakramentalne aspekty chodzenia, łagodność charakteru wę- drującego, w konieczność przeżywania przygód, by móc poczuć chropowatą fakturę życia. Nawet nazwisko miało predestynować Bruce’a do krążenia po świecie, a nie stagnacji życiowej6. Szaleństwem dla niego jest siedzenie we własnym pokoju. Wów- czas, zdaniem Chatwina, zaczynamy traktować siebie jak wroga, dręczeni jesteśmy przez mary i introspekcje. W tekście „Świat nomadów to nie szaleństwo”7 wspo- mina pracę amerykańskich neurologów, którzy zbadali encefalografem mózgi podróżników. Czym się różniły od zjadaczy powszedniego chleba, pracowników w wytwórni tapet, mieszczańskich ojców i matek? Okazało się, że zmiany krajobra- zu i pór roku pobudzają rytmy mózgu, a to prowadziło do dobrego samopoczucia i świadomości celu w życiu. Nie lubił, gdy nazywano go pisarzem podróżnikiem. Wolał jak mówiono o nim (za Salmanem Rushdim), że jest badaczem-cyganem. Z jednej strony był uczonym poszukującym, z drugiej strony cechowały go: intuicja, świeżość spojrzenia, prze- widywalność. Dla kogoś takiego nomadowie to przedsionek do raju. Ale chyba najbardziej do Chatwina pasuje preislamskie słowo: qalandar. Znajdziemy je w po- ezji perskiej i oznacza wędrujących mnichów, wolnych jak wiatr. Wiadomo, że nie poddawali się radykalnym regułom religijnym i nie spali nigdy dwie noce z rzędu w tym samym miejscu. Chatwin podszyty wiatrem z zapiskami w postrzępionych moleskinach snuje się po świecie, trochę szukając nomadów, ale częściej licząc, że będąc w ruchu odnajdzie siebie. Nie przywiązuje się do miejsca, a dom nie budzi emocji, chyba że jest w podróży, wtedy odczuwa go instynktownie. W podróżniku czasami można usłyszeć siedzącego w środku pustelnika, który tęskni za życiem osiadłym. Chatwin to raczej wędrowny ptak z imperatywem migracji i powrotu. Podróżuje sam, bo nie lubi ludzi, którzy nie dotrzymują mu kroku. Zresztą woli być samotnym, aby móc swobodnie gonić za swoimi pasjami. Chodzenie dla niego to czynność święta, terapeutyczna, wręcz poetycka. W swej najbardziej skraj- nej postaci blisko mu do sztuki derwiszy, gdzie w zakonach sufickich znane było pojęcie sijahat, czyli błąkanie się. To rytm chodzenia, który ma doprowadzić do zerwania więzi ze światem i zatracenie się w Bogu. Ciało jeszcze na ziemi, ale dusza już po za nią. Pod koniec podróży derwisz przestaje być wędrowcem, jest samą dro- gą. Jest miejscem w ruchu, a nie zdążającym do celu. Czy Bruce osiągnął taki stan? Jedna z ostatnich podróży wiedzie go na świętą górę Athos. Zgodnie z ostatnią 5 B. Chatwin, Pod słońcem. Listy, wybór i redakcja E. Chatwin i N. Shakespeare, przeł. J. Kozak, War- szawa 2012, s. 210. 6 Nazwisko Chatwina miało pochodzić od staroangielskiego chette-wynde, czyli krętych ścieżek, wzno- szenie się po spirali. 7 B. Chatwin, Anatomia niepokoju. Pisma wybrane 1969-1989, pod red. J. Borna i M. Gravesa, przeł. K. Puławski, Warszawa 2012, s. 116-123. 9 (3/2014) ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 9 wolą Chatwin zostaje pochowany w Grecji w nieoznaczonym grobie w pobliżu zrujnowanej bizantyjskiej kaplicy. Chatwin to nie tylko nomada, to również opowiadacz historii. Idąc i idąc, można swobodnie rozprawiać do woli – długo mówić, ale też długo słuchać. Taka sceneria to raj dla wrażliwców i gaduł. Z zapisków przyjaciół pojawia się obraz elokwentne- go rozmówcy, zabawiającego towarzystwo anegdotami, wiedzą i ciekawostkami. Zdumiewał wymownością i siłą wyobraźni. Ale też dbał o sztukę przemilczenia. Wyłuskiwał myśli, doświadczenia i wrażenia, by móc je kolekcjonować i oprawiać pisarsko. Zagęszczał rzeczywistość, tak by unosił się nad nią duch metafizyki, a nie trudu i znoju podróży. Tworzy mit na temat samego siebie. Kiedy spisuje notatki z podróży do Patagonii, ma świadomość, że spogląda na przewędrowany świat przez spękane szkło kalejdoskopu, przez co opis bywa czasem przesadnie naświetlony. Afganistan, Iran, Grecja, Nigeria, Brazylia, Chile to kierunki i kultury, które Cha- twin nomadyzuje w swych tekstach. Pamiętając o fragmentarycznym ujęciu świata, wędruje bez sentymentów od jednej do drugiej kultury. Pisanie to u Chatwina tylko zbiór kroków dokonanych podczas podróży. Ruch ten miażdży pisarza, unierucha- mia piszącą rękę. Trzyletnia próba napisania „The Nomadic Alternative” połączona z wędrówką od jednego domu znajomych do drugiego spełza na niczym (przemieni się z czasem w „Ścieżki śpiewu”). Ostateczna konkluzja staje się dla Chatwina de- struktywna dla niego samego. Najlepsi podróżnicy są analfabetami8, pisze. 3. Idealnym podróżnikiem-nomadą jest dla Chatwina 55-letni Anglik, przedsta- wiciel firmy produkującej maszyny do pisania. Spotkał go w ambasadzie jednego z państw Bliskiego Wschodu przy Victoria Street. Handlowiec będący w nieustan- nej drodze nie miał rodziny ani bliskich, a cały majątek mieścił się w podręcznej walizce. Po dłużej rozmowie okazało się, że w sejfie w Londynie trzyma małą czar- ną kasetkę z dokumentami. Cztery razy w roku otwiera ją i przegląda. Miś, zdję- cie ojca, medal, list od króla, biżuteria matki, pamiątka z podróży do Afryki. Coś z kasetki odkłada, coś dodaje. Drobiazgi stanowią centrum jego wędrownej orbity, są jasnym punktem tworzącym jego tożsamość. Dla Chatwina to najdoskonalszy przykład balansu życiowego między rzeczami i wolnością. To szansa na to, by oczyś- cić życie przed jego umeblowaniem – jak chce tego Bouvier. Tak jak życie na co dzień nie jest otwieraniem czarnej kasetki, tak podróż nie jest pasmem przyjemności. Wędrowanie nie jest przede wszystkim ciągiem zaskoczeń, przygód, przyjemności, zachwytów nad pięknem i rozkoszą zmysłów. To w przeważającej części pasmo tęsknoty za najbliższymi, trwonienia czasu, niezgody na niewygodę i ciągłe opóź- nienia. O tym najczęściej nie słyszymy w opowieściach podróżników, nie czytamy w relacjach z wypraw. Czytanie, pisanie, łowienie ryb, wspinaczka na pobliskie pagórki, łyżwy, spa- cer po lesie – życie Sylvaina Tessona skupione zostało na 15 czynnościach. W tak skromnych warunkach w 2010 roku spędził sześć miesięcy w chacie nad Bajkałem. I choć wcześniej nosiło go po świecie – z Alexandrem Poussinem odbył podróż do- okoła świata na rowerze i przebył na piechotę Himalaje, z Priscillą Telmon konno przejechał trzy tysiące kilometrów z Kazachstanu do Uzbekistanu, przewędrował z Syberii do Indii tropem Sławomira Rawicza i jego „Długiej drogi” – to jednak pobyt w pustelni, życie eremity dało mu więcej. Wcześniejsza namiętność do lotnisk zamieniona została na ogląd przez okno świata tundry. Podróże, które zaczynały 8 B. Chatwin, Pod słońcem, dz. cyt., s. 202. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 10 Granice się ucieczką a kończyły się wyścigiem z czasem zastąpił królestwem regularności, miejscem między dwoma bańkami klepsydry. Na skraj przylądka Północnego Ce- drowego zabrał niewiele: książki, cygara, sos tabasco i wódkę. Przestrzeń, cisza, przyroda i samotność już tam na niego czekały. I choć na początku nowa sytuacja przynosi mu rozkosz samotnej egzystencji, przyjemność nudy i władzy nad sobą, z czasem stwierdzi, że jest uwięziony w raju, który sam sobie stworzył. Sto dwadzie- ścia kilometrów od najbliższych zabudowań sprawia, że rzadko ktoś go odwiedza. Gdyby nie towarzystwo Ajki i Beka, psów, oszalałby. Gdyby nie wódka, niedźwiedzie, burze śnieżne i paryskie demony przeszłości, rozchorowałby się z nadmiaru pięk- na. Pustelnictwo to alternatywa dla tych, którzy znajdują ukojenie w rytmicznym pulsie wędrówki. Kiedy rejs wewnątrz własnych zakamarków zbliżać się będzie ku końcowi i nastaną ciepłe letnie dni, Tesson zwróci swą uwagę na najbliższych. Stwierdzi wówczas, że był wolny, bo bez drugiego człowieka wolność nie zna granic9. Szczęście, rozpacz, spokój – taką drogę pokonał, nie ruszając się z leśnej głuszy. Tuż przed powrotem do Paryża Tesson stwierdził, że już sama świadomość, że gdzieś w lesie stoi chata, przepełnia go radością. Bo podróż choćby najdalsza dla włóczęgi jest stanem ducha, a nie czynnością. Dla Mariusza Wilka takim współczesnym wzorem podróżnika idealnego jest Ken- neth White. To jego tropem pokonuje bezkresne białe przestrzenie w trakcie wypra- wy na Labrador. Mimo najszczerszych chęci nie chce prześlizgiwać się po wierzchu, wolałby wchodzić głębiej w historie spotkanych po drodze Indian. Nie udaje mu się to. Jest skłonny przyznać rację White’owi, że w wielu miejscach trzeba pójść do muzeum, żeby zetknąć się z czymś żywym i prawdziwym. Tak jest w przypadku oglądania zbiorów rezerwatu w Mashteuiatsh wraz z Denise Robertson. Przemierzanie szlaków swojego wnętrza i jednocześnie leśnych duktów to wspólna jedna droga. I jedną i drugą przemierza się niespiesznie. Im wolniej się kroczy, tym więcej się wie. Tym bardziej trafny wydaje się koan Jakusho Kwonaga dopisany ołówkiem na marginesie „Niebieskiej drogi” White’a: Potrzebujemy drogi nie po to, aby iść stąd tam, ale żeby wrócić stamtąd – tutaj10. Tylko czy możliwe są same powroty? Dla Wilka najważniejszym pojęciem w filozofii życia jest tropa, od pomorskiego tropat, czyli wydeptywać. Pojęcie to trudne, wymykające się defi- nicji, zmienne na różnych etapach życia. Początkowo istotą było własne ego, potem stary dom nad Jeziorem Onieżskim, gdzie autor włóczył się, nie wychodząc z niego. Następnie udając się na Półwysep Kola, doświadczył tropy, która dla nomadów jest domem. Dzięki zakonowi koczowników pojął, że to nie on wydeptuje tropę, tylko tropa wydeptuje jego. Wtedy idzie się na kierunek, a nie do celu. Gdy urodziła się mu córeczka Martusza, tropą stała się ona. To ścieżka życia wydeptana swoimi stopami do rytmu swojej krwi11 – pisze Wilk. Na końcu dochodzi do wniosku, że on tropę wydeptuje w słowach. Okazuje się, że ta droga w zderzeniu z rzeczywisto- ścią jest bardziej prawdziwa od autentycznych przygód i wydarzeń. Opis podróży bywa bardziej realny i wiarygodny niż sama droga. Ta zaś bywa tylko pretekstem dla pisarza. Między życiem a tekstem Wilk widzi analogię – też występuje rytm brzmienia i sensu. W ten sposób dociera do stwierdzenia, że jesteśmy tropą, którą sami wydeptaliśmy. Wtedy granice poznania też ustawiamy sobie sami. 9 S. Tesson, W syberyjskich lasach. Luty-lipiec 2010 r., przeł. A. Michalska, Warszawa 2013, s. 206. 10 M. Wilk, Dziennik Północny. Lotem gęsi, Warszawa 2012, s. 129. 11 Tamże, s. 141. 9 (3/2014) Marta Zabłocka – dziennikarka Informacyjnej Agencji Radiowej, współpracownik rozgłośni Polskiego Radia. Publikuje w krakowskim „Zdaniu”. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 11 Przemysław Czapliński Transgresje i mediacje Niniejszy tekst to tylko impresja. Impresja na temat doświadczania granic w kul- turze polskiej. Źródłem inspiracji stała się dla mnie książka Ewy Graczyk Od Żmichowskiej do Masłowskiej. O pisarstwie w nadwiślańskim kraju1. Autorka postawiła sobie pytanie, co począć z ograniczeniami ludzkiego życia. I w ramach odpowiedzi wyszła poza transgresyjny model interpretacji literatury – model, który ukształtował nie tylko Ewę Graczyk, lecz dwa pokolenia polonistów. Transgresja i „Transgresje” Kategoria transgresji istniała w polskiej humanistyce od dawna. Zasadna w kon- tekście romantycznych buntów religijnych, wzmocniona przez wczesny modernizm, a później przez filozofię egzystencjalistyczną, uwrażliwiała na ograniczenia kondycji ludzkiej i akty jednostkowego buntu. Moment wybuchu raptownej kariery i rychłej instytucjonalizacji owej kategorii przypadł na pierwszą połowę lat 80., kiedy to za- częły ukazywać się kolejne tomy wpływowej serii gdańskiej. W jej skład weszło pięć tomów: – Galernicy wrażliwości, wybór, opracowanie i redakcja Maria Janion i Sta- nisław Rosiek, Gdańsk 1981; – Odmieńcy, wybór, opracowanie i redakcja Maria Janion i Zbigniew Majchrow- ski, Gdańsk 1982; – Osoby, wybór, opracowanie i redakcja Maria Janion i Stanisław Rosiek, Gdańsk 1984; – Maski, t. 1-2, wybór, opracowanie i redakcja Maria Janion i Stanisław Rosiek, Gdańsk 1988; – Dzieci, t. 1-2, wybór, opracowanie i redakcja Maria Janion i Stefan Chwin. Gdańsk 1988. Seria ta zmieniła polonistykę. Nauczycielom (zwłaszcza akademickim) pod- niosła poprzeczkę, nakazując im wyjść nie tylko poza literaturę polską ku europej- skiej, ale w ogóle wyjść poza literaturę ku piśmiennictwu – ku filozofii, antropologii, psychologii, socjologii. Studentom uświadomiła, że mieli rację, gdy idąc na poloni- stykę wierzyli, że wkraczają na ścieżkę ryzyka poznawczego. Z gdańskich książek dobiegało wezwanie do przekraczania ram obyczajowych i politycznych, do myśle- nia nonkonformistycznego, do życia z maksymalną intensywnością. Duch buntu egzystencjalnego zbiegał się z kontestacją reżimu PRL-owskiego i romantyzował – czyli niemal dosłownie zamieniał w romantyków – kilka roczników studentów humanistyki. Już pierwszy tom potwierdzał, że w refleksji nad literaturą nie chodzi o odczy- tanie dzieła, o klasyfikacje gatunkowe czy lokalizacje historyczne, lecz o połączenie literatury z egzystencją – rozumianą jako konkretna egzystencja autora i badacza, ale również jako horyzont czytania. Olśniewająca, szalona, niemal wariacka an- tologia tekstów literackich i filozoficznych zawarta w każdym z tomów poszerzała 1 E. Graczyk, Od Żmichowskiej do Masłowskiej. O pisarstwie w nadwiślańskim kraju, Gdańsk 2013. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 Granice obowiązki interpretacyjne i zarazem przekonywała, że czytać literaturę to w osta- teczności pytać o sens. Wciela się on w dzieło literackie, które jest ekspresją indy- widualnej szamotaniny w pułapce egzystencji. Można ową szamotaninę osadzić w porządku epoki literackiej, można odnieść ją do tradycji filozoficznych, ale sens – to, co nadaje zrozumiałość całej wypowiedzi – pozostawał jednostkowy i spełniał się w swojej niesystemowości. Wielokierunkowa inspiracja nakazywała zmienić, podejście do historii litera- tury. Transgresja była bowiem alternatywą dla historii pojmowanej konsekutywnie i kumulatywnie. Naczelna kategoria pozwalała ujmować indywidualne poetyki porównawczo, zachęcając do komparatystyki szaleństwa, ale z trudem dawała się zastosować do tworzenia gramatyk poszczególnych epok. Romantyzm – pojmowa- ny jako formacja kulturowa obejmująca wiek XIX i XX – stawał się paroksyzmem mnogich ekspresji, tym trudniejszych do osadzenia w porządku historii, im bardziej indywidualizowanych. Był też romantyzm w tym ujęciu swoistym paroksytonem kultury, przedostatnią odpowiedzią ducha indywidualnego na dzieje ducha zbio- rowego. Transgresjami rządził Nietzsche, a nie Hegel, więc figurami dyskursu interpretacyjnego stawały się pojęcia „chwili”, „jednokrotności”, „nieprzechod- niości” i „niewspółmierności”. W miejsce historii dialektycznej wchodziła historia spazmatyczna, składająca się z osobnych chwil. Nie było już linearności, znikał postęp przejawiający się w awangardowym geście dekonwencjonalizacji, odchodziła także swoista produktywność literatury rozumiana jako wypracowywanie rozwiązań światopoglądowych i form ekspresji dla problemów życia społecznego. Podczas jednego z kolokwiów gdańskich Maria Janion mówiła: „W wykładni Foucaulta »transgresja« występuje jako nowa nie-dialektyczna forma myślenia, zmieniająca tysiącletni język dialektyki. W niej to pytanie o granice zajmuje miejsce poszukiwania całości, a gest transgresji zastępuje ruch przeciwieństw”2. A zatem myśl transgresyjna nie pyta o całość, lecz o granice, nie dąży do godzenia przeci- wieństw, lecz do nieabsolutnego przekroczenia, które łamie zakaz i go podtrzymuje. Doświadczenie transgresji nie jest zakorzenione w przeszłości i nie zawiera projektu przyszłościowego: jest myślą osamotnioną, niepotrzebną, wyizolowaną. Odpowiednio do tego zmianom powinien ulec styl interpretacji literaturoznaw- czej. Skoro „[…] transgresja jest chwilą. Mówi się o tym na rozmaite sposoby. Że jest przejściem, a nie stanem. Że jest ruchem, procesem”3, wobec tego badacz staje przed obowiązkiem zachowania procesualności. Interpretacja niedokonana – tak wyglą- dałby ideał postępowania badawczego. Niedokonana, a więc niedomknięta, akon- kluzywna, maksymalnie zbliżona swym językiem do pojęciowości tekstu, przekształ- cająca słowa i figury poetyckie w doraźne kategorie. Interpretacja dzieła zbliżała się do rozmowy o dziele prowadzonej z dziełem w stylu przez dzieło proponowa- nym. Od do Pierwszym sygnałem wychodzenia poza transgresyjne myślenie o literaturze jest już tytuł książki Ewy Graczyk: od Żmichowskiej do Masłowskiej. Jest więc umowny początek i równie umowny koniec, a ramy te pozwalają nadać całemu wywodowi pe- wien porządek progresywny. Autorka zgodnie z tym swobodnie (rzec trzeba: nawet beztrosko i dość niefrasobliwie) przechodzi od epoki do epoki, zyskując zarówno kontekst porównawczy, jak i możliwości osadzenia dzieła w konkretnym momencie historycznym. Po Ćmie (1994) – ważnej książce poświęconej Stanisławie Przyby- 2 Osoby, Wybór, oprac. i red. M. Janion i S. Rosiek, Gdańsk 1984. 3 Tamże, s. 400. 9 (3/2014) ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 13 szewskiej – autorka napisała więc książkę quasi-przekrojową, złożoną z osobnych studiów, które łączy luźna siatka pojęciowa. Książka składa się z jedenastu artykułów, z czego dziewięć dotyczy literatury – pojedynczych dzieł, konstelacji tekstów bądź problemów. Są to kolejno: Fantazy Juliusza Słowackiego, Poganka i Książka pamiątek Narcyzy Żmichowskiej, Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej, postaci bowaryczne w powieściach Orzeszkowej, Nar- cyza Zofii Nałkowskiej, Wyspa Róży Ostrowskiej, Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej, Carrie Stephena Kinga. Do tego dochodzi tekst wspomnieniowy o matce oraz fikcyjna przedmowa do wystawy poświęconej życiu w PRL-u. Wszystkie te teksty łączy gender – na różnych poziomach komunikacji anali- zowany (bohaterka, narratorka, autorka, pisarka), starannie odnoszony do metody i inspirująco interpretowany. Nie jest to jednak kobiecość transgresyjna, lecz trau- matyczna. Właśnie kategoria traumy odgrywa główną rolę w książce Ewy Graczyk. Można rzecz jasna w serii „Transgresje” znaleźć liczne wypowiedzi, w których trau- ma się pojawiała, więc różnica nie tkwi w samym wykorzystaniu nowej pojęcio- wości, ile w sposobie ujęcia. W „Transgresjach” trauma dotyczyła egzystencji. Była raną wynikającą z antro- pologicznych ograniczeń egzystencji, z uwięzienia we własnej osobności, ze świa- domości śmierci. Nad refleksją transgresyjną gdańskich rozmówców silnie zaciążył Bataille; komentując jego myśl Maria Kalinowska stwierdzała „»Cierpimy z powodu naszego odosobnienia w nieciągłej indywidualności« – pisze Bataille. Wszystkie znane mi jego teksty są próbą opisania najpierw tego odosobnienia, a później prób jego przekroczenia”4. A Maria Janion dodawała: „transgresja jest próbą chwilo- wego wykroczenia poza to uwięzienie, zamknięcie”5. Dlatego właśnie transgresja mogła mieć charakter doraźny i nietrwały – nie można bowiem przekroczyć granic antropologicznych na stałe. Ruchem transgresji rządziły naprzemiennie wierność i rewolta, przekroczenie i powrót, jako niedialektyczne potwierdzenie istnienia gra- nicy, która została podważona i podtrzymana. Transgresja nie jest bowiem czystą negacją zakazu, lecz negacją uzupełniającą. W książce Od Żmichowskiej do Masłowskiej trauma jest postrzegana bardzo różnie, ale nigdy czysto egzystencjalnie. Mamy więc traumę hańby kobiecej i naro- dowej, traumy klęsk powstańczych i popowstaniowego trwania w niewoli, traumę kobiecego uwięzienia w społeczeństwie i społecznego uwięzienia w feudalizmie. Poranione społeczeństwo Książka Ewy Graczyk to zatem zbiór studiów na temat traumatyzmów kultury polskiej oraz sposobów ich artykułowania. Trauma odgrywa kluczową rolę w po- strzeganiu rozmaitych grup społecznych – od zamkniętych kręgów (zawodowych, klasowych, regionalnych), poprzez grupy definiowane płciowo (polska kobiecość, polska męskość), aż do całej zbiorowości w kolejnych epokach (zabory, Dwudziesto- lecie, historia powojenna, historia potransformacyjna). Historia Polski z jej ciągiem upokorzeń i rozmaitych form uzależnienia łączy się z koncepcją antropologiczną, ponieważ dla Ewy Graczyk podstawową cechą człowieka jest jego ranliwość, jego podatność na zranienie. Przy takim podejściu przed traumą nie ma ucieczki – wszystko może być ranioną powierzchnią człowieczeństwa, wszystko może być nośnikiem rany i wszystko może służyć powielaniu jej destrukcyjnych skutków. Zarazem antropologia traumatyczna 4 Tamże, s. 429. 5 Tamże, s. 439. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 14 Granice prowadzi badaczkę do poszukiwania takich dzieł sztuki – albo szerzej: przejawów kultury – które zdolne są przerwać krąg repetycji. Najpełniej o takim rozumieniu relacji między człowiekiem i kulturą świadczy rozpisany w szkicu Wystawa plan ekspozycji na temat życia w PRL-u. Zaprojektowana przez Ewę Graczyk wystawa jest niewykonalna, a zarazem porywająca: obejmuje wyglądy domów i ulic, ludzkie ubiory i zachowania, przedmioty i jakości życia, fotografie i doznania zmysłowe, mody i stany psychiczne: „Wystawa ta usiłowałaby pokazywać, jak żyliśmy w Polsce Ludowej w latach czterdziestych, pięć- dziesiątych, sześćdziesiątych, za Gomułki i za Gierka. Ukazywałaby trwałość i zmiany naszego życia, poprzez trwanie i przemiany otaczających nas rzeczy, przedstawień społecznych i słów. Zadaniem mu- zeum byłoby pokazanie, jak i co w tych latach jedliśmy, jak pisaliśmy i gdzie pracowaliśmy. Ile ludzie zarabiali i na co wydawali pieniądze. Jak wyglądały ulice, domy, mieszkania […]”6. Czyste szaleństwo wyłaniające się ze szkicu odzwierciedla maksymalizm ewentualnej wystawy. Projekt – w miarę rozpisywania – zamienia się w pościg za metodą, aż wreszcie jasne się staje, że ekspozycja życia w PRL-u musiałaby połączyć sprzeczności: musiałaby być całością tamtego życia i jego selekcją. To połączenie dosłownie zacytowanej rzeczywistości z jej interpretacją, pojednanie mapy pokry- wającej cały kraj z pomniejszonym modelem oddaje istotę myślenia o człowieku i kulturze prezentowaną w książce. Spis sporządzony przez autorkę staje się sen- sowny dopiero wtedy, gdy uznamy, że człowieka nie da się wyabstrahować z rzeczy- wistości społecznej, gdy postrzegać będziemy społeczne, kulturowe, a także material- ne konteksty indywidualnego życia jako współczynniki mentalności. Aby określić, poznać, zrozumieć i wyrazić człowieka – mówi fikcyjna Wystawa – należy uwzględ- nić wszystko. Jeśli zatem transgresja kierowała interpretatorów raczej ku figurze redukcji, ku kenozis, to badania traumatologiczne zawarte w książce Od Żmichowskiej do Masłowskiej stoją pod znakiem kompletowania (niemożliwej) całości, ku drobia- zgowej i z drobiazgów poskładanej pleromie. Zerwania i sieci Klasyczne reakcje polskiej kultury wieku XIX na traumę zerwania polegały na przyjęciu cierpienia politycznego i zrygoryzowaniu porządku obyczajowego. Klęski powstańcze prowadziły więc do utrwalenia porządku dzielącego społeczeństwo na bogatych i biednych, na mężczyzn i kobiety, na ludzi honoru i gmin. Z tej per- spektywy powstania były nie tylko dążeniem do przywrócenia niepodległości, lecz także zapowiedzią restytucji porządku klasowo-genderowego naruszanego przez zaborców czy okupantów. Można więc zrozumieć niezbyt jasne kryteria selekcji zastosowane przez Ewę Graczyk. Autorka wybrała dzieła, w których odpowiedzią na traumę jest komunika- cja. Komunikacja owa przejawia się pod postacią różnych działań: w rodzinie i w mik- rowspólnocie jest to łączenie ludzi poprzez pracę; w społeczeństwie – tworzenie węzłów komunikujących osobne grupy czy klasy; w kulturze – splatanie osobnych wątków historycznych. Modelem życia poszukiwanym przez autorkę jest zatem sieć. Przyjrzyjmy się kilku fragmentom (wszystkie pogrubienia – moje): „Tworząc postać Justyny [w powieści Nad Niemnem], opowiadając jej dzieje, Orzeszkowa wykre- owała ważne dla siebie medium, bardzo znaczące dla jej poszukiwań dróg prowadzących do kobiecej twórczości, do transformacji współczesnej sobie sztuki, zwłaszcza zaś do pozycji artysty”7. 6 E. Graczyk, dz. cyt., s. 221. 7 Tamże, s. 67. 9 (3/2014) ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 15 „Cała nadzieja – społeczna, egzystencjalna i w jakimś sensie religijna – pisarki związana jest z cią- głością splotu. […] Macierzyństwo nie jest »po prostu« faktem naturalnym, od samego początku jest domeną najważniejszej dla człowieka mediacji, pracą przenikania się, splatania tego, co biolo- giczne, z tym, co kulturowe”8. „Krąg ciągłych instrumentalizacji można przerwać, na obrazie natury jako ciągu cyklów pokarmo- wych nie trzeba się wzorować, pragnąc, kochając, tworząc. Powieść Orzeszkowej buduje poetycką uto- pię, utopię tworzenia i macierzyństwa, obszar pojednania matek i nowych artystów (którymi będą również one same) […]”9. „[Powieść Róży Ostrowskiej jest] może opowieścią o styku mediumicznego kobiecego pod- miotu z mityczną wielością bytów”10. Koncept Ewy Graczyk polega na tym, by w literaturze polskiej – zwłaszcza kobie- cej – odnaleźć alternatywną odpowiedź na traumatyczne zerwania narodowe i spo- łeczne, na izolacyjne działanie feudalizmu i klasowości, na segregację płciową. Tą alternatywą okazuje się sieć jako zadanie i jako narzędzie. Posttraumatycznym zerwaniom przeciwstawia autorka posttraumatyczne splo- ty. Tworzą je te bohaterki i te pisarki, których wysiłki zmierzają do powiązania pol- skich osobności. W kontekście „Transgresji” ma to kapitalne znaczenie. Transgresja jest nietrwała i jednorazowa – sieć powstaje na dłużej; transgresja jest indywidual- na, sieć – społeczna; transgresja jest doświadczeniem izolacyjnym, tworzenie sieci służy integrowaniu; transgresja przekracza granice, sieć łączy istoty znajdujące się po różnych stronach mnogich granic; transgresja jest nieproduktywna, sieć produ- kuje komunikację. Patronem transgresji mógłby być Proteusz, bóg zdolny zmieniać swą postać, przekraczający granice własnej tożsamości, a zarazem niezdolny po- rzucić samego siebie; patronką sieci wyszukiwanych przez Ewę Graczyk mogłaby być Arachne, która rozpoznaje osobność poszczególnych bytów i dostosowuje do ich osobności własną aktywność łączącą. Arachne jest improwizatorką integracji: kiedy naprawia zerwane nici albo snuje sieć nową, tworzy szerszy układ w oparciu o doraźne trajektorie. Wyznaczając ostre opozycje – które nie uwzględniają rozmaitych aspektów wspólnych – zmierzam ku wskazaniu kluczowej opozycji. W przywoływanych kilka- krotnie Osobach Maria Janion dookreśla centralną kategorię w serii metafor zwią- zanych z ruchem: „[…] transgresja jest chwilą. Mówi się o tym na rozmaite sposoby. Że jest przejściem, a nie stanem. [...] Ale jakim przejściem? To się wyjaśnia: przejściem-chwilą, przejściem-stratą, a nie przejściem-mediacją”11. Otóż sieć Ewy Graczyk o tyle sytuuje się na antypodach myślenia transgresyjnego, że właśnie me- diacji służy. Wcześniej zacytowane fragmenty książki Od Żmichowskiej do Masłowskiej do- wodzą, że autorka posługuje się podwójną charakterystyką medium, widząc w nim pośredniczenie i samodzielność. Medium nie jest w rozważaniach Ewy Graczyk trans- parentną i obojętną przestrzenią połączenia, lecz odrębną, choć zarazem włączoną w proces istotą: to kobieta, która przydziela zadania domownikom; albo dziewczyna, która wypracowuje język porozumienia z naturą; albo pisarka, która splata świat męski i kobiecy. Medium służy pojednaniu, ale nie podlega instrumentalizacji, po- średniczy, lecz także działa, łączy przeciwieństwa, pomagając innym, lecz zarazem tworzy i rozwija samo siebie. 8 Tamże, s. 73. 9 Tamże, s. 101. 10 Tamże, s. 161. 11 Osoby, dz. cyt., s. 400. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 16 Granice Takie pojmowanie mediacji staje się pryzmatem epistemologicznym, poprzez który autorka postrzega pojedyncze istoty. Istoty owe rozpoznają swoje położenie wśród innych i wypracowują sieci połączeń. Dysponują tyloma możliwościami arachnologicznymi, ile mają właściwości: sieć powstaje dzięki pracy, twórczości artystycznej, pełnieniu funkcji społecznych, lecz także dzięki cielesności, seksualno- ści czy nawet wyborom dietetycznym. Mediacja to relacja, a skoro tak, to myślenie mediacyjne prowadzi ku odkrywaniu relacyjnego – nieosobnego, nieodizolowanego – istnienia w świecie. Odsłonięcie tej innej możliwości bycia – bycia ku innym, z innymi, lecz zarazem bycia sobą (to dlatego autorka nadała tak zaskakujący tytuł esejowi o Nałkowskiej – Stać się sobą) jest kapitalną wartością książki Ewy Graczyk. Trop mediacyjny wykorzystany przez autorkę to nie tylko pomysł na odczytanie konkretnych dzieł, lecz także propozycja interpretacyjna w odniesieniu do całej polskiej kultury. Chodzi przecież (można powiedzieć: nareszcie!) o nieinwazyjne łączenie, o wyszukiwanie związków między rozmaitymi fabułami, między książkami i biografiami autorek, między twórczością i literaturą jako instytucją. Ale sieciowanie dotyczy także wielorakich (zaborowych, klasowych, ekonomicznych, płciowych, seksualnych) zerwań i wytwarzanych przez nie traumatyzmów. Ewa Graczyk szuka w kulturze polskiej artystycznych mediacji zdolnych połączyć istoty osobne, odizolowane, poranione. W tej propozycji podstawową możliwością sztuki – zapoznanym jej wa- lorem – jest takie wypowiadanie traum, aby artykulacja nie reprodukowała struk- tury społecznej, która ranę zadaje. Podejście zaproponowane przez badaczkę nie unieważnia granic. Granice na- dal istnieją, a nawet ulegają pomnożeniu. Ograniczenia jednostkowe okazują się jednak uwarunkowane podziałami, które przebiegają między ludźmi – podziałami o charakterze ekonomicznym, klasowym czy płciowym. Dlatego Ewa Graczyk wy- mieniła transgresję na mediację, a spazm jednostkowego przekroczenia na tkanie społecznych sieci. Jest w tej metodzie niewątpliwie coś z klęski, bo granice okazują się nieusuwalne i nieprzekraczalne. Ale jest w tej propozycji również coś z ożywczego uwolnienia, bo mit transgresyjny zamienia się w mit arachnologiczny – w logikę tkania sieci, która połączy istoty zgromadzone po przeciwnych stronach. Transgresję spowijał nimb arystokratyczny, choć ów arystokratyzm wynikał ze straceńczej suwerenności ducha. Ewa Graczyk wymyśliła mediację egalitarną. W mediacji tej granice trwają, ale można je zasnuć siecią połączeń. Zostaliśmy więc zaproszeni do utopii pajęczej, w której każdy na zmianę i równocześnie jest węzłem, nicią i pająkiem. Przemysław Czapliński (ur. w 1962 r. w Poznaniu) – historyk literatury XX i XXI wieku, eseista, tłumacz, współtwórca Zakładu Antropologii Literatury (UAM Poznań). Ostatnie publikacje: Polska do wymiany (2009), Resztki nowoczesności (2011), Literatura ustna (2011), Kamp. Antologia przekładów (współredaktor: A. Mizerka, 2013), Poetyka migracji (razem z Renatą Makarską i Martą Tomczok, 2013). ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 9 (3/2014) 17 Tadeusz Zubiński Biała partyzantka w nadbałtyckich lasach W trzech krajach nadbałtyckich (Litwie, Łotwie i Estonii) partyzantów anty- sowieckich nazywano: Leśni Bracia. Nosili oni odpowiednio nazwy: litewskie – miškobroliai, miškiniai, partizanai, žaliukai; łotewskie – mežabrāļi i estońskie – metsavennad. Walczyli z sowieckim okupantem od połowy roku 1944 do… właśnie, do kie- dy? Jaka jest data graniczna? Na tak postawione pytanie nie da się jednoznacznie odpowiedzieć, przyjmuje się, że do trochę więcej jak połowy lat pięćdziesiątych, kiedy w Polsce przeżywaliśmy odwilż gomułkowską. Łotysze, Litwini i Estończycy najdłużej krwawili w Europie i zbrojnie zaświadczyli, że bałtyckie narody bez walki, i tym samym bez licznych ofiar, nie poddadzą się brutalnej sowietyzacji. Ogólnie rzecz biorąc, wraz z posuwaniem się na zachód Armii Czerwonej, od później wiosny 1944 na obszarach krajów bałtyckich narastał zdeterminowany opór wobec wkra- czającego po raz kolejny na rodzimą ziemię agresora. Nikt w krajach bałtyckich nie miał złudzeń, jaki los szykują Bałtom Sowieci. Powiedzmy, że narody bałtyckie, zwłaszcza Estończycy, posiadały długą tradycję walk partyzanckich, datującą się co najmniej od XVII stulecia. Kto krył się w lesie? W pierwszym okresie byli to żołnierze miejscowych formacji walczących po stronie Niemców, którzy nie zdołali wycofać się na Zachód, ludzie zagrożeni represjami z racji swoich wolnościowych przekonań, pochodzenia społecznego lub działalności antysowieckiej1. Następnie młodzi mężczyźni, którzy w rodzimych lasach z bronią w ręku, w leśnym oddziale poszukiwali, jeśli nie azylu, to choćby nadziei przed służbą w Armii Czerwonej, a ostatecznie możliwości honorowej śmierci. Masowo do antysowieckiej partyzantki garnęli się na Litwie, zagrożeni przy- musową kolektywizacją, chłopi. Stanowili 80 członków Leśnych Braci. Ogólną i odgórną zasadą, jaką kierował się agresywny sowiecki okupant było: „Bij Hansa – faszystę!”. Niepokornych Litwinów, Łotyszy i Estończyków utożsamiano z Niem- cami i faszystami, jeszcze dziś można na niektórych odrapanych murach, np. w Ry- dze, napotkać relikt czasów nienawiści, slogan-wezwanie napisany po rosyjsku: „Gromcie – Towarzysze – Hansów!”. Zacznijmy naszą prezentację od Litwy. Już w końcu lipca, w sierpniu 1944 w le- sistych powiatach Jeziorosy, Troki, Uciana, Poniewież, Wiłkomierz, Olita pojawia- ją się pierwsze partyzanckie oddziały. W krótkim okresie i na ograniczonym obsza- rze partyzancką walkę z sowieckimi oddziałami podjęli również Polacy. Tylko dla porządku przypomnę, że istotnie na Wileńszczyźnie jesienią 1944 Armia Krajowa odbudowała swoje leśne odziały, ale na krótko i na ograniczoną skalę, praktycznie polski opór w formie partyzantki zanika jesienią 1945, na co wpłynęło masowe przesiedlenie znacznej części polskiej ludności za Bug. Na Litwie, wśród rozległych lasów i bagien oraz patriotycznie nastawionej lud- ności wiejskiej, w przeważającej części czystej etnicznie, działalność partyzantów trwała najdłużej. W puszczach i lasach kraju Dzuków2, w Puszczach Łabonarskiej 1 W przypadku Litwy byli to między innymi: skompromitowani funkcjonariusze Saugumy – policji poli- tycznej, policji porządkowej współpracujących z Niemcami, członkowie aparatu tzw. samorządu, człon- kowie oddziałów Vietinė Rinktinė, członkowie Związku Strzelców Litewskich. 2 Lit. Dzūkija, dawniej nazywana Litwą Południową. Region Litwy po obu brzegach środkowego Nie- ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 18 Granice i Rudnickiej, w Puszczy Zielonej, w lasach koło Kozłowej Rudy i koło Taurogów od- działy partyzanckie dzięki sprzyjającym warunkom rozrosły się do jednostek liczą- cych do kilku setek zbrojnych. Partyzanci tworzyli swoiste partyzanckie republiki, warowne obozy3, całe fortece, z ziemiankami, z kaplicami, ze szpitalami, rusznikar- niami, z polową poligrafią, imponującym zapleczem gospodarczo-szkoleniowym. Byli skuteczni, bo byli u siebie, znali doskonale warunki terenowe, ich dowódcy byli zaprawieni w bojach, bywali dobrze uzbrojeni, walka partyzancka kreowała dosko- nałych dowódców. Dlatego w okresie 1946 do 1949, w szczytowym okresie zmagań, to okupanci ponosili większe straty niż leśne oddziały litewskie. Znaczne obszary wiejskie, te w okolicach mocno zalesionych i bagnistych, z dala od stolicy, o słabszej infrastrukturze drogowej, były wyłączone na całe miesiące spod jakiejkolwiek kon- troli okupanta. Zbrojny opór, jaki toczyli Litwini z okupantem sowieckim, najpierw z oddziałami frontowymi, a następnie z siłami NKWD, spowodował masowe re- presje i ogromne straty wśród ludności cywilnej. Przyjmuje się, oczywiście sza- cunkowo, że w okresie 1945-1953 w walkach i na skutek represji zginęło ponad 20 tysięcy osób, co stanowi blisko 1,5 całości populacji narodu litewskiego, upust krwi naprawdę porażający, uwzględniając straty, jakie poniósł naród litewski podczas II wojny światowej, jakże często w walkach o charakterze bratobójczym. Obok regularnego wojska do bardzo okrutnego zwalczania i pacyfikacji całych wsi sowieci skierowali specjalne oddziały, w tym oddziały prowokacyjne, podszywające się pod partyzantów. Pierwszą taką fałszywką był oddział, który szybko zyskał sobie ponurą sławę. Był to bardzo skuteczny oddział majora Sokołowa, utworzony w sierp- niu 1944, składający się z dwudziestu ludzi, w tym niestety siedmiu litewskich renega- tów, świetnie znających teren, język, mentalność miejscowej ludności. Sami wypró- bowani towarzysze-czekiści, zręcznie udający partyzantów także zewnętrznie: brody, długie włosy, mundury przedwojennego litewskiego wojska; ludzie im ufali. Od- dział Sokołowa operował w okolicach Wilna, stworzył podległe filialne oddziały na innych terenach. Słabością ruchu partyzanckiego w pierwszym okresie było jego rozbicie, praktycznie każdy dowódca partyzancki działał na swoim terenie według własnego uznania. Gdy dochodziło do wykonania jakiejś większej akcji, poszczegól- ni komendanci łączyli doraźnie swoje siły, a po wykonaniu zadania znów każdy na swoim poletku rzepkę sobie skrobał. Ale w warunkach wojny podjazdowej taka swobo- da miała także swoje dobre strony. W tym okresie działały trzy organizacje partyzanc- kie: Armia Wolności Litwy (LLA), Związek Litewskich Partyzantów (LPS) i Związek Wyzwolenia Litwy (LLS). W lutym 1949 udało się powołać Ruch Walki o Wolność Litwy – Lietuvos Laisves Kovos Sąjudis. To ciało stworzyło struktury terenowe, podzieliło kraj na 3 obwody: Wschodni, Zachodni, Południowy; obwody dzieliły się na 2-4 okręgi, a te z kolei na zgrupowania polowe w liczbie od 2 do 4. Zasadni- czym celem LLKS była walka o odrodzenie wolnego, w pełni suwerennego państwa litewskiego ze stolicą oczywiście w Wilnie, ale znacznie zreformowanego, w pełni demokratycznego, i dziś byśmy powiedzieli opiekuńczego. Ze względów czysto proceduralnych dopuszczano do czasu czteroprzymiotnikowych wyborów prawo- mocność przed-smetonowskiej demokratycznej Konstytucji z roku 1922. Na czele armii podziemnej stanął utalentowany dowódca, były kapitan sztabu generalnego Armii Niepodległej Litwy, Jonas Žemaitis (1909-1954), ps. Vytautas – Witold. mna. Konserwatywni Dzukowie do dziś zachowali swój b. charakterystyczny dialekt i liczne odrębności obyczajowe. 3 Jednym z najlepiej zachowanych i najlepiej eksponowanych jest odrestaurowany obóz partyzancki – rodzaj skansenu – w Januliškis w Puszczy Łabonarskiej. Polecam, dojazd świetnie oznakowany i za- gospodarowany. 9 (3/2014) ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 19 Sowieci też odnosili sukcesy. Coraz intensywniej zaczęły przeczesywać lasy oddziały tzw. striebai, nazwa wywodząca się z rosyjskiego istriebitiel, specjalnych formacji NKWD, złożonych z Mongołów i Turkmenów. Pijani „bojcy” strzelali do wszystkiego, co się porusza. Ostatecznie kościec LLKS udało się złamać Sowietom w latach 1952-1953. De- cydującym ciosem stało się aresztowanie 23 maja 1953 roku legendarnego party- zanckiego generała armii podziemnej – Jonasa Žemaitisa. Bohaterskiego generała przewieziono do Moskwy. Tutaj został poddany okrutnemu przesłuchaniu, nie zała- mał się, odmówił współpracy, został rozstrzelany 26 listopada 1954. Po jego aresz- towaniu dowódcą LLKS został jeden z bardziej wyrazistych dowódców polowych, Adolfas Romanauskas (1918-1957), urodzony w Ameryce, oficer rezerwy i poprzed- nio nauczyciel z Olity, ps. Vanagas – Jastrząb. Romanauskas został ujęty i rozstrze- lany. Po ujęciu tego ostatniego w podziemiu zachowało się około 200 czynnych par- tyzantów. Od tego momentu partyzanci dosłownie schodzą do podziemia, oddziały idą w rozsypkę, pojedynczy partyzanci ukrywają się po bunkrach. Litewska pomy- słowość w budowaniu, maskowaniu bunkrów była wprost niewyobrażalna. Bunkry powstają w lasach, na stromych zboczach, pod chlewami, w sadach, pod klepis- kiem w stodole, pod zbiornikiem gnojownicy, w kurnikach, w beczkach zakopanych w bagnie, w studniach, partyzanci ukrywają się na strychach, za piecami, w kopcach kartofli, na cmentarzach, niektóre bunkry były prawdziwymi podziemnymi zam- czyskami przysypanymi parometrową warstwą ziemi, itd. Jednak rozpacz, zdrada stawały się często przyczyną śmierci partyzantów; ktoś podrzucił zatruty pokarm, ktoś posłał po czekistów, osaczeni ostatnią kulę pozosta- wiali dla siebie, kierując się przysięgą: „Żywcem mnie nie dostaną”, profetycznie też partyzanci-desperaci podśpiewywali: „Zginiemy, bracia, bo taki jest nasz los”. Jednym z ostatnich Leśnych Braci był działający, a raczej ukrywający się w oko- licach Uciany, w obwodzie północnym, Antanas Kraujeles, który otoczony nie pod- dał się i zastrzelił 10 marca 1965. Jeszcze, tego samego roku, 15 lipca, pod Kretyngą w walce poległ Ignas Končius, ostatni partyzant okręgu Żmudź. Jednym z wetera- nów o najdłuższych stażu w ruchu partyzanckim na Żmudzi był Pranas Končius- -Adomas, który poległ w boju 6 lipca 1965, a w szeregi Leśnych Braci wstąpił już w roku 1944. Przez 33 lata Leśny Brat, Stasys Giuga, partyzant z obwodu „Vytau- tas”, ukrywał się we wsi Činčikai, w rejonie nowoświęciańskim, nikt go nie wydał, zmarł wolny w roku 1986. Litwini oceniają, że w pierwszym dziesięcioleciu walk partyzanckich, tj. 1945-1955, w bezpośrednich walkach po stronie partyzanckiej wzięło udział około 50 tysięcy osób. Na Syberię zesłano 40 tysięcy rodzin, tj. blisko 120 tysięcy osób. Aresztowano około 186 tysięcy osób, 143 tysiące deportowano do gułagów. Reasumując, walkę Litwinów zarówno w stopniu ograniczonym przeciw oku- pacji niemieckiej, jak i przede wszystkim przeciw Sowietom prowadziła Litewska Armia Wyzwoleńcza z ciałem dowódczym, polityczną emanacją oporu narodu, a od roku 1943 dowodził tą walką Najwyższy Litewski Komitet Wyzwolenia, w latach 1943-1945 kierowany przez Steponas Kairy (1879-1964). Ściśle datując, dowódcami wojskowymi ruchu oporu byli odpowiednio: od 10 lu- tego 1949 do stycznia 1950 Jonas Zemaitis (1919-1953), od stycznia 1950 do lutego 1953 Adolfas Ramanauskas (1918-1957), znowu od lutego 1953 do 30 maja 1953 Jonas Zemaitis (po raz drugi), a od 30 maja 1953 do 12 października 1956 ponownie Adolfas Ramanauskas. O ile nieliczne, ale jednak dostępne są u nas opracowania, dotyczące ruchu partyzanckiego na Litwie, to dwa pozostałe kraje bałtyckie w tej mierze pozostają ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 20 Granice terra incognita. Skierujmy naszą uwagę na sąsiednią Łotwę. Na ziemie łotewskie Armia Czerwona wkroczyła wczesnym latem 1944, a tuż za oddziałami frontowymi postępowały pacyfikacyjne jednostki NKWD. Oczywiście w pierwszym rzędzie zbrojny opór stawili legioniści4. Wycofujący się Niemcy byli bardzo zainteresowani podsycaniem ruchu oporu na tyłach sowieckich. To oni dla pierwszych oddziałów bądź dostarczyli drogą lotniczą, bądź pozostawili w wyznaczonych punktach uzbrojenie, amunicję, środki wybuchowe, środki łączno- ści, itp. Dzięki wsparciu niemieckiemu powstał oddział partyzancki, liczący w róż- nych okresach od 600 do 1000 ludzi, pod dowództwem Borisa Jankavsa, ps. Leśny Kot. Innym przykładem niemieckiej działalności była organizacja nosząca nazwę „Organizacja Łotewskich Partyzantów Narodowców” licząca do 1500 osób, kiero- wana przez Teodors’a Jansonsa. W latach 1945-1946 legioniści stanowili 50-70 wszystkich partyzantów, w tym czasie na całej Łotwie operowało średnio 4000- -6000 partyzantów, z czego w lesistej Kurlandii (lesistość tego regionu Łotwy wyno- si 60 ) około 2500. Właśnie w Kurlandii, w bardzo sprzyjających warunkach natu- ralnych i etnicznych, przepastne lasy, rozległe bagna i niski współczynnik ludności napływowej, tym samym wysoki współczynnik patriotyzmu, w rejonie Ventspils, skutecznie i na szeroką skalę działała grupa „Cichy Las”, a w rejonie Zlēkas grupa dowodzona przez „Czarnego Piotra”. W tym okresie Leśni Bracia, zresztą podobnie jak większość narodu łotewskiego łudziła się interwencją mocarstw zachodnich. Partyzanci dosyć skutecznie paraliżowali dostawy ze wsi na rzecz okupanta. Oprócz walki zbrojnej Leśni Bracia prowadzili akcje propagandowe. Stosowali tak zwaną propagandę szeptaną, wydawali gazetki, dosyć regularnie, np. szeroki zasięg miała w roku 1945 gazeta podziemna „Ojczyźnie i Wolności”, bardziej lokalny – gazeta wydawana w rejonie Madony przez tamtejszego dowódcę partyzanckiego Kārlisa Plaudego, pt. „Miecz”. Na terror okupantów partyzanci odpowiadali terrorem wobec funkcjonariuszy władz i kolaborantów. Wkrótce w poszczególnych rejonach kraju wyrośli samo- dzielni i bardzo energiczni lokalni przywódcy ruchu oporu. Na przykład w Łatgalii walczył bohatersko i skutecznie Pēters Aivars Supe, ps. Bojownik, który dowodził zgrupowaniem o nazwie „Jednostka Łotewskich Partyzantów Nacjonalistów”, w któ- rej skład wchodziło 10 jednostek. Łącznie w rejonie Balvi i Abrene jednocześnie w po- lu walczyło ponad 1000 partyzantów. W rejonach o najintensywniejszym nasileniu ruchu partyzanckiego, takimi jak rejony: Abrene, Valka, Ludza, Cēsis, Rēzekne, w la- tach 1944-1945 doliczono się ponad 130 większych akcji partyzanckich. Jesienią 1945 w Łatgalii powstaje kolejne duże zgrupowanie partyzanckie pod nazwą „Jed- znostka Łotewskich Obrońców Ojczyzny”, która koncentruje swoją działalność w południowych i zachodnich częściach regionu. Tą jednostką dowodził ksiądz Antons Juhņēvičš, ps. Samotnik5, a jego zastępcą był zawodowy wojskowy porucz- nik Kārlis Blūms-Blumhens, ps. Mister. Bardzo znaczące wydarzenia miały miej- sce w Vidzeme w leśnym pasie od Valka do Cēsis. Otóż tutaj walczył oddział do- wodzony kolejno przez trzech braci Rusovs: Kārlisa, Jānisa i Pētersa. Gdy jede
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

eleWator 9 (3/2014) - Granice
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: