Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00202 006357 21531675 na godz. na dobę w sumie
Arystokracja. Powojenne losy polskich rodów - ebook/pdf
Arystokracja. Powojenne losy polskich rodów - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 376
Wydawca: Zona Zero Język publikacji: polski
ISBN: 9788380790049 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> historia, militaria, wojskowość >> historia powszechna
Porównaj ceny (książka, ebook (-20%), audiobook).

Jak wielkie rody przetrwały czasy komuny? Pozbawieni majątków, wyrzucani z pałaców, upokarzani, nękani za pochodzenie, często musieli pożyczać pieniądze, żeby przeżyć do pierwszego. Czy udało się im pozostać wiernymi narodowym dewizom widniejącym na herbach i moralnym zasadom kultywoowanym przez przodków?
Jak odnaleźli się w nowej rzeczywistości po roku 1989? Czy wolna wreszcie Polska czekała na powrót swoich historycznych liderów? Jak wygląda współczesność polskiej arystokracji?
Osiem rozdziałów o wielkich polskich rodach arystokratycznych: Braniccy, Czartoryscy, Czetwertyńscy, Dzieduszyccy, Krasiccy, Potoccy, Tarnowscy, Zamoyscy.
Błękitna krew w czasie czerwonej zarazy i III RP.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ARYSTOKRACJA ARYSTOKRACJA POWOJENNE LOSY POLSKICH RODÓW Agnieszka Lewandowska-Kąkol Okładka Fahrenheit 451 Zdjęcie na okładce Dzięki uprzejmości Jana Artura Tarnowskiego Korekta i redakcja Agnieszka Pawlik-Regulska, Martyna Posłuszna Dyrektor projektów wydawniczych Maciej Marchewicz Skład i łamanie TEKST Projekt ISBN 978-83-948743-9-1 Copyright © by Agnieszka Lewandowska-Kąkol Copyright © by Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2017 Wydawca Zona Zero Sp. z o.o. ul. Łopuszańska 32 02-220 Warszawa tel. 22(cid:6)836 54 44, 877 37 35 faks 22(cid:6)877 37 34 www.zonazero.pl e-mail: wydawnictwo@zonazero.pl Spis treści Wstęp ......................................................................................... 7 BRANICCY ............................................................................... 11 Szczęście można odczuć, dzieląc się nim z(cid:6)innymi ...................... 17 Radość z(cid:6)bycia razem .................................................................. 31 W(cid:6)Afryce jak w(cid:6)rodzinie ............................................................. 41 Wolę snobizm kulturalny ............................................................ 57 CZARTORYSCY ....................................................................... 69 Górale z(cid:6)zamiłowania ................................................................. 73 Może udało mi się komuś pomóc? .............................................. 83 Ze szklarni na dyplomatyczne salony .......................................... 93 Być przyzwoitym człowiekiem ................................................... 109 CZETWERTYŃSCY ................................................................. 119 Historia rodzinna z(cid:6)pałacykiem w(cid:6)tle .......................................... 123 Chęć pomagania dostał w(cid:6)genach ............................................... 139 DZIEDUSZYCCY ..................................................................... 153 Najważniejsze, że byli razem ...................................................... 157 Powołanie realizować można wszędzie ........................................ 171 Człowiek nie odpowiada za to, gdzie się urodził ......................... 187 Jestem człowiekiem szczęśliwym ............................................... 203 6 ● SPIS TREŚCI KRASICCY ................................................................................ 211 Z(cid:6)okupowanej Polski do Argentyny ............................................ 215 Delfina i(cid:6)Ignacy .......................................................................... 225 Między Polską a(cid:6)Argentyną ......................................................... 241 Inteligent z(cid:6)Powiśla .................................................................... 247 POTOCCY ................................................................................ 251 Zawsze lubiła ludzi ..................................................................... 255 Marzył o(cid:6)polityce ....................................................................... 275 Na Olszy czas płynie, ale inaczej ................................................ 287 TARNOWSCY........................................................................... 299 Tu jest nasze miejsce .................................................................. 303 Ojciec zrobił dobrze ................................................................... 313 Poszukiwacz minerałów na tropie rodzinnych pamiątek ............. 325 ZAMOYSCY ............................................................................. 341 Ciąży na nas obowiązek .............................................................. 345 Dziś, ale jakby wczoraj ............................................................... 367 Bibliografi a ................................................................................. 379 Źródła zdjęć ............................................................................... 381 Wstęp – Zero! – Słucham? – Chce pani rozmawiać o(cid:6)żyjącej dziś polskiej arystokracji? – Tak. – To pani mówię, że nie ma o(cid:6)czym, bo to zero! – stwierdziła z(cid:6)bez- względną stanowczością w(cid:6)głosie nestorka współczesnych polskich ary- stokratów księżna Elżbieta Radziwiłł-Tomaszewska. Po dalszej części rozmowy telefonicznej, w(cid:6)której nieco udało mi się staruszkę udobru- chać, zgodziła się łaskawie na spotkanie. Nie mieszka w(cid:6)pałacu, zam- ku czy nawet willi, ale w(cid:6)wygodnym i(cid:6)obszernym, jak na jedną osobę, mieszkaniu w(cid:6)bloku w(cid:6)warszawskim Wilanowie. Mimo ukończonych stu lat zachowała sprawność fizyczną i(cid:6)psychiczną, której można by ży- czyć każdemu nie tylko w(cid:6)jej, ale i(cid:6)w dużo młodszym wieku. Zadzi- wia trzeźwością umysłu, doskonałą pamięcią, zainteresowaniem teraź- niejszym światem wokół oraz sprawami bliższej i(cid:6)dalszej rodziny. Temu nie przeszkadza powracanie do pielęgnowanej w(cid:6)sercu przeszłości, co w(cid:6)praktyce przekłada się na systematyczną, wykonywaną w(cid:6)konkret- nie ustalonych terminach pracę nad albumami rodzinnymi, do których wkleja pieczołowicie przechowywane zdjęcia dokumentujące historię rodu. Do Polski powróciła w(cid:6)1999 roku i(cid:6)to dziś uważa za najwięk- szy błąd swego życia. Po długich pobytach w(cid:6)Portugalii, Anglii, Francji, na Słowacji tu czuje się najgorzej i(cid:6)jak twierdzi, gdyby była o(cid:6)dziesięć lat młodsza, szybko wróciłaby za granicę. Biegle mówi po francusku i(cid:6)angielsku, naprzemiennie używając tych języków w(cid:6)rozmowie, dużo 8 ● WSTĘP gorzej, z(cid:6)błędami i(cid:6)obcymi naleciałościami, posługuje się polszczyzną. Choć jej życie z(cid:6)pewnością obfitowało w(cid:6)wiele ciekawych wydarzeń, zarówno przed drugą wojną światową, jak i(cid:6)po jej zakończeniu, kate- gorycznie, programowo nie chce o(cid:6)nim opowiadać. Chętnie za to, bez zadawania pytań czy namów z(cid:6)mojej strony, charakteryzuje żyjących dziś członków swej rodziny, nie szczędząc im słów miażdżącej krytyki, co zasygnalizowała zresztą we wstępnej rozmowie telefonicznej. Bu- dzi się więc wątpliwość, czy rzeczywiście wierna jest moralnym zasa- dom postępowania obowiązującym jej sferę w(cid:6)czasach minionych. Lu- bi się do nich odwoływać, a(cid:6)przecież czołową pozycję zajmuje w(cid:6)nich norma utrwalona nawet w(cid:6)ludowym przysłowiu – zły to ptak, co swe gniazdo kala. Księżna, zwana przez bliskich Betką, ma poczucie wyż- szości wobec wszystkich spoza arystokracji, choć i(cid:6)ją tak negatywnie ocenia. Uważa, iż tytuły nadal winny obowiązywać, bowiem raz na- dane w(cid:6)przeszłości mogłyby być zniesione tylko przez tych, którzy je przyznali. W(cid:6)jej przypadku dałoby się to tłumaczyć siłą przyzwyczaje- nia, choć tylko dwadzieścia osiem lat jej długiego życia przypadło na czas ich używania. Trudno jednak nie zdziwić się, gdy takich poglądów jest również książę Jan Lubomirski-Lanckoroński dobiegający dopiero czterdziestki. Na maksymę sformułowaną przez francuskiego pisarza księcia de Lévis noblesse oblige (fr. szlachectwo zobowiązuje) bardzo chętnie po- wołują się współcześni polscy arystokraci, lecz z(cid:6)moich obserwacji wy- nika, iż tylko niektórzy z(cid:6)nich stosują ją w(cid:6)codziennym życiu, bo aż wie- rzyć się nie chce, by mogli nieprawidłowo odczytywać jej znaczenie. By napisać tę książkę, niezrażona szorstkością obejścia księżnej Bet- ki i(cid:6)jej druzgocącą oceną ludzi, którzy mieli stać się moimi bohaterami, rozpoczęłam poszukiwania ciekawych osobowości, niezwykłych, nie- przeciętnych charakterów, wybitnych specjalistów w(cid:6) swych dziedzi- nach, postaci, których życie i(cid:6)działalność warte są utrwalenia na pa- pierze, a(cid:6)tylko dodatkowym szczegółem, niebędącym ani ich winą, ani zasługą, jest fakt, iż urodzili się w(cid:6)konkretnym, w(cid:6)tym przypadku ary- stokratycznym, środowisku. Myślę, że rezultat owych dociekań prowa- dzi do mało odkrywczego wniosku, iż każda grupa ludzi zawiera w(cid:6)sobie WSTĘP 9● ogromną różnorodność jednostek, od mało wartościowych przez prze- ciętne po wybitne, przy czym może procent przeciętności jest w(cid:6)tej sferze mniejszy niż w(cid:6)innych. Choć pochodzą z(cid:6) różnych rodów, noszą odmienne nazwiska, są właściwie jedną rodziną, bowiem podstawową, do dziś kultywowaną i(cid:6)wspólną im cechą jest skłonność do przebywania we własnym gro- nie. Stąd wiele związków zawieranych jest w(cid:6)obrębie ich sfery, łączą ich też przyjaźnie, wspólne cele, interesy, zamiłowania, słabości, a(cid:6)poza wszystkim wzajemne do siebie przyzwyczajenie i(cid:6)często zaufanie. Nie- ufni są natomiast wobec ludzi spoza ich, nie boję się tego określenia i(cid:6)nie używam go w(cid:6)pejoratywnym znaczeniu, klanu. Łączy ich też upodobanie do ładnych rzeczy, lubią się nimi otaczać, nawet wtedy gdy owe bibeloty, rarytasy, cacuszka nie harmonizują z(cid:6)całością wnętrza lub wręcz z(cid:6)nim kontrastują. Często jest to chęć przebywania wśród rodzinnych pamiątek, co podtrzymuje więzy łączą- ce ich z(cid:6)przeszłością, ale niekiedy chyba potrzeba ubarwienia szarości codziennego życia. Książka w(cid:6)przeważającej części traktuje o(cid:6)powojennych losach pol- skiej arystokracji, ale nie oparłam się pokusie zahaczenia o(cid:6)czas wojny, bowiem właśnie wtedy niektóre z(cid:6)rodzin najwięcej zdziałały dla całego narodu, wyróżniając się bohaterstwem i(cid:6)bezinteresownością, co mia- ło często decydujące, najczęściej negatywne, znaczenie dla ich losów powojennych. Zaznaczyć tu wypada, iż jest to absolutnie subiektywny wybór ro- dów i(cid:6)poszczególnych ich przedstawicieli wynikający nie tylko z(cid:6)autor- skiej selekcji wartościującej, ale z(cid:6)możliwości kontaktu z(cid:6)bohaterami i(cid:6)ich przychylnego lub niechętnego nastawienia do projektu. Z(cid:6)dziennikarskiego obowiązku dodać jeszcze muszę, iż materiał do napisania tej książki zebrałam przede wszystkim na podstawie rozmów z(cid:6)jej bohaterami oraz wydawnictw poświęconych ich przodkom. Nie- wielka więc była możliwość jego obiektywizacji, aczkolwiek powta- rzalność faktów wymienianych w(cid:6) wielu rozmowach może stanowić jej namiastkę. BRANICCY HERBU KORCZAK Nazwisko Braniccy, co dosyć niecodzienne, wspólne było dla dwóch polskich rodzin magnackich, z(cid:3)których jedna pie- czętowała się herbem Gryf, a(cid:3)druga – Korczak. Ta spod znaku Gryfa, właściciele pałacu w(cid:3)Białymstoku, kościoła w(cid:3)Tyko- cinie, rezydencji w(cid:3)Choroszczy i(cid:3)pałacu przy Miodowej w(cid:3)War- szawie, wraz ze śmiercią w(cid:3)1771 roku hetmana wielkiego koron- nego Jana Klemensa wygasła. W(cid:3)tym samym mniej więcej czasie duże znaczenie uzyskali „korczakowcy”, z(cid:3)dobrami w(cid:3)Białej Cer- kwi, pod względem powierzchni porównywalnymi z(cid:3)obszarem Bel- gii, majątkiem Roś pod Wołkowyskiem i(cid:3)rezydencją w(cid:3)Wilanowie. Wywodzili się z(cid:3)Lubelszczyzny, a(cid:3)pierwsze o(cid:3)nich wzmianki dato- wane są na wiek XVI. Najbardziej znany przedstawiciel rodu(cid:3)– Ksawery – zdobył najwyższe godności w(cid:3)państwie i(cid:3)wielki ma- jątek, lecz najbardziej pamiętany jest mu czyn niegodny takiego męża – współudział w(cid:3)konfederacji targowickiej. Jego potomkowie usilnie pracowali nad tym, by to odium z(cid:3)rodziny zdjąć. Wyróż- nił się na tym polu wnuk targowiczanina, też Ksawery, który był 12 ● BRANICCY patriotą, filantropem i(cid:3)duże sumy ze swego majątku przeznaczał na pomoc ojczyźnie. Między innymi wyłożył znaczną kwotę na wspieranie polskiej emigracji, w(cid:3)tym Adama Mickiewicza i(cid:3)utwo- rzonego przez niego Legionu Polskiego. * * * Na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku Mikołaj, syn Anny Branickiej-Wolskiej będącej jedną z(cid:6)trzech córek hrabiostwa Branic- kich, zorganizował wyprawę rodzinną do Białej Cerkwi i(cid:6)innych miej- scowości związanych z(cid:6) polskością tamtych terenów. Osobliwością rezydencji w(cid:6)Białej Cerkwi był olbrzymi park Aleksandria, jeden z(cid:6)naj- większych parków romantycznych w(cid:6)Europie, w(cid:6)którego pieczołowi- cie pielęgnowanej roślinności zatopione zostały nieduże, ale reprezen- tujące ciekawą architekturę pawilony. Stan nieruchomości przygnębił zwiedzających ją po latach dawnych właścicieli. Jedyna pamiątka, jaką przywieźli z(cid:6)wycieczki, oprócz raniących serca obrazów zniszczenia, to kilka cegieł z(cid:6)herbem Branickich, które udało im się wyciągnąć z(cid:6)bło- ta zalegającego zrujnowane fragmenty posiadłości. W(cid:6)parku przetrwało wiele roślin sadzonych przez kolejne pokolenia rodu, a(cid:6)jedno z(cid:6)najstar- szych, najpotężniejszych i(cid:6)najbardziej rozgałęzionych drzew okoliczni mieszkańcy nazywają drzewem Branickich. Żyło tam jeszcze wówczas sporo ludzi pamiętających dawne czasy, a(cid:6)o(cid:6)tym, że wiadomości doty- czące przedwojennej historii tych terenów przekazywane są młodym, świadczyć może serdeczne przyjęcie, jakie zgotowano wycieczce daw- nych właścicieli. Nie mogły ich nie wzruszyć słowa jednego ze starusz- ków: „O(cid:6) Boże, Boże, Braniccy wrócili, znów nastaną lepsze czasy!”. Oczywiście tam, gdzie panuje bieda, zawsze tęskni się do tego, co było i(cid:6)idealizuje przeszłość, ale Braniccy rzeczywiście zrobili wiele dla całej miejscowości, nie ograniczając się do spokojnej egzystencji w(cid:6)pałacu. Wybudowali szpital, kościół, a(cid:6)postacią najbardziej aktywną w(cid:6)tej dzie- dzinie i(cid:6)dlatego do dziś szczególnie popularną pozostaje tam hetma- nowa Branicka. To gorące przyjęcie dzisiejszych mieszkańców miasta BRANICCY ● 13 spowodowało, iż Adam Rybiński, syn Beaty Rybińskiej z(cid:6)domu Branic- kiej, nawiązał stały kontakt z(cid:6)niektórymi z(cid:6)nich, a(cid:6)fotografie i(cid:6)doku- menty przez niego im przesyłane stały się zaczątkiem kącika rodziny Branickich w(cid:6)tamtejszym muzeum. W(cid:6)wycieczce wzięło udział dwa- dzieścia kilka osób, ale dziś żyjących potomków rodu jest około stu, z(cid:6)których mniej więcej połowa mieszka w(cid:6)Polsce, reszta na kraj stałego pobytu wybrała Francję. Tam bowiem, w(cid:6)zamku Montresor nad Loarą, znajduje się zagraniczna siedziba rodziny. Przeważają w(cid:6)niej następcy siostry Adama Branickiego – Jadwigi. Wyszła ona za mąż za Stanisła- wa Reya, brata ciotecznego Beaty Branickiej, a(cid:6)więc wszystko pozo- stało w(cid:6)rodzinie i(cid:6)właśnie Reyowie po Ksawerym Branickim odziedzi- czyli francuską posiadłość, którą w(cid:6)połowie XIX wieku kupiła Róża z(cid:6)Potockich Branicka. Miała nadzieję, że jej pełen ułańskiej fantazji syn Ksawery, nazywany „czerwonym hrabią”, za przyjaciół mający Garibal- diego i(cid:6)wnuka Napoleona Bonaparte, ustatkuje się i(cid:6)założy tam rodzi- nę. Montresorczycy są w(cid:6)ścisłym kontakcie z(cid:6)rodziną w(cid:6)kraju, często goszczą jej przedstawicieli u(cid:6)siebie, a(cid:6)w(cid:6)trudnych peerelowskich i(cid:6)so- lidarnościowych czasach pomagali im, jak mogli. W(cid:6)Polsce mieszkają potomkowie hrabiego Adama. Są to: jedyna żyjąca jeszcze jego córka Anna Wolska, jej starszy syn i(cid:6)wnuk (młodszy tu bywa, ale uważa się raczej za obywatela świata) oraz dzieci i(cid:6)wnuki najstarszej córki Marii i(cid:6)najmłodszej Beaty. Braniccy dwukrotnie zakładali fundację. Po raz pierwszy została po- wołana i(cid:6)zarejestrowana w(cid:6)roku 1991, ale nie mogła rozpocząć żad- nej działalności ze względu na brak przychylności, a(cid:6)raczej nieskrywa- ną wrogość przede wszystkim ze strony kierownictwa i(cid:6)pracowników pałacu w(cid:6)Wilanowie. Ta niechęć do dawnych właścicieli nie miała wła- ściwie racjonalnego wyjaśnienia. Najpewniej była efektem systema- tycznego sączenia do społecznej świadomości, szczególnie w(cid:6)peerelow- skim okresie, ale i(cid:6)później także, przekonania, iż Braniccy zamierzają ograbić swój naród z(cid:6)dóbr kultury od wieków temu narodowi przyna- leżnych. Zupełnie nie brano pod uwagę faktu, wielokrotnie powtarza- nego w(cid:6)licznych deklaracjach, iż spadkobiercy poprzednich gospoda- rzy chcą zachować przedwojenne status quo, czyli uczynić z(cid:6)Wilanowa 14 ● BRANICCY prywatne muzeum dostępne dla zwiedzających, tak jak to dzieje się w(cid:6)wielu krajach świata i(cid:6)w(cid:6)ich francuskiej posiadłości Montresor. Tam obecni właściciele zamku serdecznie witają turystów, proponując od- poczynek w(cid:6)zabytkowych fotelach, a(cid:6)chętni mają okazję grać na stoją- cym od wieków w(cid:6)salonie fortepianie. Marzy nam się muzeum „żywe”, będące domem jego właścicieli, a(cid:6)nie ma- gazynem nawet najcenniejszych, zabytkowych eksponatów dotykanych ludzką ręką tylko w(cid:6)celu odkurzenia – mówi Adam Rybiński, dodając, iż on nie tylko nie ma zamiaru nicze- go nikomu zabierać, a(cid:6)wręcz przeciwnie, pragnie ofiarować narodowi swe afrykańskie kolekcje będące unikatem na światową skalę. Tymczasem w(cid:6)powojennej Polsce każda okazja była dobra, by przed- stawić arystokratyczne rody w(cid:6)krzywym zwierciadle, by je zdyskredy- tować czy ośmieszyć. Braniccy byli pod tym względem ulubieńcami władzy. Kiedyś wieloletni kustosz pałacu w(cid:6)Wilanowie, oprowadzając wycieczkę, wskazał na jedną z(cid:6)bibliotecznych półek, gdzie znajdowa- ło się kilka opraw książek bez zawartości i(cid:6)z(cid:6)drwiną skomentował: „Wi- dzą państwo, arystokraci nie czytali książek, a(cid:6)tylko trzymali ich atrapy, by wyglądać na intelektualistów”. Miał pecha, gdyż akurat w(cid:6)tej gru- pie zwiedzających znajdował się zięć hrabiego Adama Leszek Rybiński i(cid:6)szybko sprostował informację: „Tak, w(cid:6)czasie wojny w(cid:6)pałacu trzyma- no puste oprawy, gdyż były w(cid:6)nich skrytki na broń”. Swoją drogą, o(cid:6)stosunku kolejnych polskich władz do rodziny Bra- nickich świadczy fakt, iż wojenne, bezsprzeczne i(cid:6)udokumentowane, zasługi obydwojga hrabiostwa całe lata zupełnie pomijane doceniono pośmiertnie dopiero w(cid:6)lutym 2011 roku, kiedy to ich wnuk mógł ode- brać Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany Beacie Bra- nickiej i(cid:6)Krzyż Komandorski z(cid:6)Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski na- dany Adamowi Branickiemu. Oprócz owego systemowego nastawienia podejrzewaną przyczy- ną blokowania działalności powstałej fundacji były zdarzenia natu- ry kryminalnej, jak choćby zniknięcie z(cid:6)muzeum szesnastu rękopisów BRANICCY ● 15 iluminowanych. Nie pociągnęło to za sobą żadnych w(cid:6)takim przypadku przewidzianych konsekwencji z(cid:6)procedurą zawiadomienia prokuratury na czele. Wnuk hrabiego Adama poświęcił kilka lat na przeprowadze- nie dokładnej analizy wszelkich dokumentów wilanowskich, z(cid:6)której niezbicie wynika, iż postawione ostatniemu właścicielowi, hrabiemu Adamowi, zarzuty o(cid:6)rozrzutność i(cid:6)niegospodarność oraz pozostawie- nie majątku w(cid:6)stanie zadłużenia nie mają żadnego związku z(cid:6)prawdą. Na szkalującą dobre imię Branickich propagandę odporni byli dawni mieszkańcy Wilanowa i(cid:6)pracownicy zatrudniani w(cid:6)pałacu. Mimo nie- sprzyjającej aury doprowadzili do nazwania jednej z(cid:6)ulic imieniem ich byłego pracodawcy. Rodzina, nie oglądając się już na współdziałanie z(cid:6)władzami, powołała nową, własną fundację, której celem jest zajmo- wanie się historią rodu, wydawanie książek jego dotyczących i(cid:6)ewen- tualne zarządzanie majątkiem, który udałoby się odzyskać. Spośród nieruchomości usytuowanych na warszawskim Ursynowie kilka po- wróciło do właścicieli i(cid:6)mogli je spieniężyć. Dwie spośród nich prze- kazali na cele społeczne (hospicjum i(cid:6)Szkoła Przymierza Rodzin). Nie zdążyli sprzedać terenów pod jedno z(cid:6)osiedli, bowiem zrobiono to za nich i(cid:6) to po cenie wielokrotnie zaniżonej. Jak się okazało, miał tam zamieszkać jeden z(cid:6)prominentnych polityków. Po wielu latach proce- sowania się Braniccy odzyskali jedną z(cid:6)nieruchomości na peryferiach Warszawy wraz z(cid:6)wybudowanym tam już po wojnie, a(cid:6)teraz przezna- czonym do rozbiórki i(cid:6)co najważniejsze – zamieszkałym budynkiem. Lokatorzy, w(cid:6)większości w(cid:6)podeszłym wieku, sprzedani razem z(cid:6)cegła- mi, do nowych właścicieli nastawieni byli nieprzychylnie, wręcz wro- go, obawiając się, że zostaną wyrzuceni na bruk. Po przekonaniu się, że im to nie grozi, a(cid:6)w(cid:6)szczególnych przypadkach uzyskują umorzenie czynszu czy pomoc przy remoncie lokalu, witają serdecznie obecnych gospodarzy. „To dla nas ważniejsze niż te niewielkie kwoty otrzymywa- ne z(cid:6)wynajmu” – mówi z(cid:6)radością w(cid:6)głosie Adam Rybiński. Szczęście można odczuć, dzieląc się nim z innymi „Ale nazwisko sobie pani wybrała” – z(cid:6) przekąsem stwierdziła jedna z(cid:6)urzędniczek legitymujących ludzi jadających darmowe obiady w(cid:6)sto- łówce dla najuboższych. Kontrole takie przeprowadzano tam dwa ra- zy do roku, by stwierdzić, czy przypadkiem nie korzystają z(cid:6)posiłków ci, którym się już one nie należą, bowiem nazbyt się wzbogacili. Kobie- ta wypowiedziała te słowa, oddając dowód osobisty hrabiance Annie Branickiej. Zreflektowała się dość szybko i(cid:6)przeprosiła, ale było to dla hrabianki na tyle przykre przeżycie, że postanowiła więcej z(cid:6)państwo- wej dobroczynności nie korzystać. I(cid:6)gdyby nie jej matka, hrabina Be- ata z(cid:6)Potockich, rozsądnie argumentująca: „jak człowiek ma, to daje in- nym, jak nie ma, to bierze, co inni mu dają i(cid:6)nie ma się czego wstydzić”, pewnie pozostałaby przy swym postanowieniu, choć stan rodzinnych finansów przez minione miesiące nie uległ poprawie. Annie, jej mat- ce i(cid:6)siostrom doskwierała bieda, ale gorsze, bo bardziej upokarzające, było zepchnięcie ich na margines społeczeństwa, traktowanie ich na- wet nie jako obywatelek n-tej kategorii, ale jako groźnych wrogów spo- łeczeństwa. Gdy po trzyletnim sowieckim zesłaniu z(cid:6)radością wróciły do ojczyzny, poczuły się jak na zupełnie obcej ziemi, mimo iż znaczna jej część jeszcze kilka lat temu do nich należała. Nie tylko odebrano im wszystkie majątki, ale zabroniono nawet zbliżać się do nich, przebywać w(cid:6)ich okolicy. Symbolem rodzinnego domu, szczęśliwego dzieciństwa był dla An- ny Wilanów. Mimo więc zakazu i(cid:6)grożących ostrych sankcji niedługo po powrocie z(cid:6)ZSRR postanowiła się tam wybrać. Tego widoku – pałacu 18 ● BRANICCY i(cid:6) parku – potrzebowała jak powietrza. Pojechała tam z(cid:6) przyjacielem z(cid:6)dzieciństwa, którego ojciec był u(cid:6)hrabiego buchalterem i(cid:6)nadal miesz- kał w(cid:6)dawnym służbowym mieszkaniu znajdującym się w(cid:6)pałacowej oficynie. Wieczorem w(cid:6)chustce zakrywającej niemal oczy zakradła się jak złodziej do swej rajskiej krainy. Serdecznie powitana przenocowała w(cid:6)oficynie, a(cid:6)uczucia, jakich doznała podczas tej konspiracyjnej nocy na zawsze pozostały w(cid:6)jej sercu i(cid:6)pamięci. Każdy kąt tego zakazanego te- raz dla niej miejsca kojarzył się jej z(cid:6)konkretnymi zdarzeniami, równo- cześnie potęgując poczucie ogromnej, niezasłużonej straty. Anna była wówczas młoda, miała dwadzieścia kilka lat, wciągała ją teraźniejszość, choć była nieprzyjazna. Dużo dotkliwiej odczuwała dziejową krzywdę jej matka. Pojechały kiedyś razem do Wilanowa na przełomie lat pięć- dziesiątych i(cid:6)sześćdziesiątych. Stały w(cid:6)kolejce jak wszyscy zwiedzający, kupiły bilety i(cid:6)z(cid:6)sercem w(cid:6)gardle zaczęły chodzić po swoim byłym do- mu. Dla hrabiny było to tak wielkie przeżycie, iż w(cid:6)pewnym momencie zrobiło jej się słabo. Przechodziły akurat obok krzesła, zwykłego współ- czesnego krzesła przeznaczonego dla pracownic czuwających nad po- rządkiem. Było puste, więc hrabina na nim przysiadła. Jak spod ziemi zjawiła się osoba z(cid:6)personelu i(cid:6)zrobiła im karczemną awanturę. Szyb- ko i(cid:6)z(cid:6)dużym niesmakiem wyszły z(cid:6)pałacu. We własnym domu, z(cid:6)któ- rym łączyło ją tyle wspomnień, dawna jego gospodyni i(cid:6)właścicielka nie mogła nawet chwilę odpocząć. Gdy we wrześniu 1944 roku wyrzuca- no ją z(cid:6)Wilanowa, dokładnie zamknęła drzwi do pałacu i(cid:6)wzięła ze sobą klucze w(cid:6)nadziei, że będą jej potrzebne, bo niebawem tam wróci. Te- raz już takich złudzeń nie miała. Dla Anny sytuacja również była bole- sna, ale wracała tam nie raz, bowiem miała dwóch synów i(cid:6)chciała, by poznali historię swych przodków. Ciekawa też była, co dzieje się z(cid:6)in- nymi warszawskimi nieruchomościami rodziców. Kiedyś pojechała na Służewiec, by zobaczyć, czy zagospodarowano usytuowane tam parce- le. Kiedy chodziła po nieruszonych ręką człowieka polach, natychmiast wylegitymowana przez milicjanta otrzymała surowe ostrzeżenie: „Pa- ni dobrze wie, że pani nie wolno się tu kręcić. Pani się musi wyprowa- dzić z(cid:6)Warszawy. Proszę w(cid:6)tej chwili stąd odejść, bo będzie pani mia- ła poważne kłopoty”. SZCZĘŚCIE MOŻNA ODCZUĆ, DZIELĄC SIĘ NIM Z INNYMI ● 19 Poczucie więzi z(cid:6)konkretnymi miejscami, sentyment do przekazy- wanego z(cid:6)pokolenia na pokolenie rodzinnego dziedzictwa to jedno, ale myśleć też trzeba było o(cid:6)prozie dnia codziennego, zdobywać środki na życie. Skoro nawet nie wolno było zbliżać się do zawłaszczonych przez państwo nieruchomości, to nic dziwnego, że zamiar ich choć częścio- wego odzyskania zderzał się nie tylko z(cid:6) murem niechęci, ale wręcz z(cid:6)agresją. Anna wytypowana przez rodzinę jako pełnomocnik do za- łatwiania tych spraw nieraz była obrażana, znieważana. Co tu mówić o(cid:6)reakcjach zwykłych, szeregowych urzędników, skoro minister kultu- ry, był nim wówczas Tadeusz Galiński, przyjął ją takimi słowy: „Z(cid:6)czym mi tu pani przychodzi? Niech się pani cieszy, że nie potraktowano pa- ni jak Marię Antoninę”. Mimo takiego traktowania wciąż trudno było Annie i(cid:6)jej rodzinie wy- zbyć się zaufania do organów państwa i(cid:6)ich przedstawicieli, co można na- zwać naiwnością albo przyzwyczajeniem do normalnych, europejskich standardów. Z(cid:6)ostatnich złudzeń w(cid:6)tym zakresie odarły ich kontakty z(cid:6) Józefem Cyrankiewiczem, ówczesnym premierem rządu, który nie dotrzymał danego, niestety bez pisemnego potwierdzenia, słowa hono- ru. Obiecał on mianowicie, że za wskazanie miejsca, w(cid:6)którym zosta- ła ukryta w(cid:6)wilanowskich podziemiach kolekcja rodowych sreber (dzie- więć skrzyń ze srebrną zastawą na siedemdziesiąt dwie osoby) rodzina odzyska ich część. Tymczasem wszystkie przedmioty zarekwirowano ni- by na czas ekspertyzy, która trwała blisko dziesięć lat, po czym z(cid:6)łaski oddano rodzinie trochę zniszczonych, zdekompletowanych sztućców mieszczących się w(cid:6)jednej skrzyneczce. To było celowe, perfidne dzia- łanie władz. Przeciętny obywatel PRL-u poddawany ustawicznej anty- szlacheckiej propagandzie (niezależnie od tego, czy jej ulegał) nie miał pojęcia o(cid:6)wartości tych wszystkich gromadzonych przez wieki przed- miotów. Anna do dziś ma przed oczami dziwacznie ubraną dziewczynkę spod warszawskiej wsi, której rodzice zobowiązali się do przechowania pewnych rzeczy. Stwierdzili, że wszystko popleśniało, porcelana i(cid:6)sre- bra też, więc musieli to wyrzucić. Dopiero po wyjściu od nich uzmy- słowiła sobie, że bordowa, aksamitna sukienka dziecka z(cid:6)kołnierzykiem tkanym złotą nicią i(cid:6)guzikami z(cid:6)agatów uszyta została z(cid:6)kontusza jej ojca. 20 ● BRANICCY Te wszystkie straty były jednak niczym wobec dramatu, który prze- żyła rodzina w(cid:6)niecałe trzy miesiące po upragnionym powrocie do Pol- ski. Ojciec Anny – Adam Branicki – wrócił z(cid:6)zesłania z(cid:6)gruźlicą płuc i(cid:6)nowotworem. Prosto z(cid:6)warszawskiego dworca przewieziono całą gru- pę przybyłych razem arystokratów do aresztu na Pradze, gdzie ich przesłuchiwano, a(cid:6)ich fotografie wciągnięto do ewidencji. Wszystkich mężczyzn aresztowano, co u(cid:6)ledwie na nogach trzymającego się hra- biego, zwykle spokojnego, wywołało odruch sprzeciwu. „Nie, to nie- możliwe! Ja nie pójdę do więzienia! Mogłem siedzieć u(cid:6)Rosjan, mo- głem siedzieć u(cid:6)Niemców, ale z(cid:6)jakiej racji mam siedzieć u(cid:6)Polaków?!” Oczywiście protest taki nie został wzięty pod uwagę. Po około dziesię- ciu dniach hrabiego zwolniono, ale psychika wycieńczonego zesłaniem i(cid:6)chorobami człowieka znacznie podupadła, co odbiło się na radykal- nym załamaniu jego, i(cid:6)tak już nadwątlonego, zdrowia. Jeszcze tylko ty- dzień przebywał z(cid:6)rodziną, po czym zabrano go do szpitala w(cid:6)Otwoc- ku, gdzie po miesiącu zmarł. Szóstego grudnia, na Mikołaja, w(cid:6)dniu, w(cid:6)którym zawsze wkładał swym bliskim niespodziewane prezenty pod poduszki, odbył się jego pogrzeb. Rodzina z(cid:6)uporem walczyła o(cid:6)to, by mógł spocząć w(cid:6)swym ukochanym Wilanowie. Determinacja w(cid:6)pro- wadzeniu tego boju sprawiła, że opór władz zmalał. Zezwolono na po- chówek w(cid:6)krypcie rodzinnej tamtejszego kościoła św. Anny, ale pod warunkiem, iż uroczystość będzie skromna, bez nadawania jej rozgło- su. Rodzina wypełniła warunki umowy, myśląc, że ceremonia odbędzie się w(cid:6)ścisłym gronie najbliższych, tymczasem przed kościołem zebra- ły się tłumy. Bez klepsydr i(cid:6)zawiadomień pocztą pantoflową przyjacie- le, znajomi, dawni pracownicy hrabiego i(cid:6)chłopi z(cid:6)okolicznych wsi do- wiedzieli się o(cid:6)jego śmierci i(cid:6)przyszli go pożegnać, mimo że z(cid:6)pewnością wzięcie udziału w(cid:6)takiej uroczystości nie spotykało się z(cid:6)przychylno- ścią rządzących. Anna cieszyła się, widząc tych ludzi, bo wiedziała, jak szczęśliwy byłby ojciec. Osierocona (ojciec był dla swoich trzech córek nie tylko autoryte- tem, ale i(cid:6)przyjacielem), pozbawiona domu i(cid:6)wszelkich rodzinnych pa- miątek, co sprawiało, że czuła się odcięta od przedwojennego świata, musiała teraz stawić czoła całkiem nowej, w(cid:6)dodatku wrogiej dla niej SZCZĘŚCIE MOŻNA ODCZUĆ, DZIELĄC SIĘ NIM Z INNYMI ● 21 rzeczywistości. Pozbawiona środków do życia nie miała pieniędzy na- wet na jedzenie i(cid:6)bilety autobusowe, więc przemierzała znaczne dystan- se na piechotę albo – ryzykownie – na gapę. By zacząć zarabiać, musiała zdobyć jakiś zawód i(cid:6)to było podstawowe zadanie w(cid:6)tym czasie. Zamiar ten decydujący o(cid:6)jej bycie okazał się jednak niełatwy do zrealizowania. W(cid:6)peerelowskim świecie ziemianie, obok żołnierzy AK, byli ludźmi wy- kluczonymi z(cid:6)normalnego życia, a(cid:6)więc mieli także utrudniony dostęp do oświaty. Anna rozpoczęła batalię o(cid:6)wykształcenie rozsądnie(cid:6)– tylny- mi drzwiami. Najpierw skończyła w(cid:6)Krakowie, gdzie krótki czas miesz- kała, Prywatną Szkołę Przysposobienia Administracyjno-Handlowego. „Złe” pochodzenie nie stanowiło negatywnego kryterium przyjęcia do niej, ale czynnikiem wykluczającym Annę było czesne. Pomógł szczęśli- wy zbieg okoliczności i(cid:6)ludzka życzliwość, z(cid:6)którą wielokrotnie w(cid:6)tych ponurych czasach się spotkała. Traf chciał, iż dyrektor szkoły znał sprzed wojny, jeszcze z(cid:6)panieńskich czasów, jej matkę. Dzięki temu nie tylko mogła uczyć się bezpłatnie, ale dostała w(cid:6)prezencie książki, skryp- ty i(cid:6)zeszyty. Dyplom ze stenografii i(cid:6)maszynopisania uzyskała w(cid:6)czerw- cu 1948 roku. Na jesieni tegoż roku udało jej się, co uznała za niezwykły uśmiech losu, zapisać na wydział socjologii Uniwersytetu Jagiellońskie- go. Po roku przeniosła się na Uniwersytet Warszawski, bowiem to jed- nak stolicę uważała za swoje miasto i(cid:6)chciała do niego wrócić. Na uczel- ni wykładało wielu znakomitych przedwojennych profesorów z(cid:6)Marią i(cid:6) Stanisławem Ossowskimi na czele, największymi autorytetami pol- skiej socjologii, dla których pochodzenie studentów nie miało znacze- nia. Zdarzały się jednak postaci pokroju profesor Niny Assorodobraj, która podczas jednego z(cid:6)wykładów zwróciła się do przerażonej Anny: „Mamy tu właśnie przedstawicielkę takiej klasy (posiadaczy, wyzyski- waczy, arystokracji), która została starta z(cid:6)powierzchni ziemi. Może ona nam opowie o(cid:6)swoim przypadku?”. Nie lepiej było w(cid:6) kontaktach z(cid:6) kolegami. Omijali ją szerokim łu- kiem. W(cid:6)czasie przerw nikt z(cid:6)nią nie rozmawiał, a(cid:6)na wykładach z(cid:6)re- guły siedziała sama. Wyglądało to tak, jakby obawiali się, że jest no- sicielką jakiegoś groźnego wirusa. Dopiero kiedy po kilku miesiącach jeden ze studentów odważył się usiąść koło niej, atmosfera znacznie 22 ● BRANICCY się ociepliła. Ta na każdym kroku – zarówno w(cid:6)Krakowie, jak i(cid:6)w(cid:6)War- szawie – okazywana wobec niej niechęć, to wyobcowanie, którego do- świadczała w(cid:6)różnych środowiskach, ciążyło jej daleko więcej niźli brak własnego lokum i(cid:6) niedostatki finansowe. Z(cid:6) tym jakoś zaczęły sobie z(cid:6)mamą radzić. Sprzedały część ruin jednej z(cid:6)należących do rodziny kamienic, w(cid:6)której przed wojną mieściło się biuro ojca i(cid:6)za to hrabina urządziła sobie skromne mieszkanko. Anna znalazła schronienie u(cid:6)żo- ny radcy prawnego, który przez wiele lat pracował u(cid:6)hrabiego. By za- robić na życie podejmowała się najrozmaitszych zajęć. Popołudniami, po wykładach, pracowała w(cid:6)bibliotece uniwersyteckiej, czas jakiś robi- ła na drutach berety i(cid:6)szaliki, które dostarczała do spółdzielni inwali- dów. W(cid:6)warsztacie tkackim była szpularką, czyli zwijała wełnę, a(cid:6)przed tym na targach ją skupowała. Wszędzie zarabiała mizernie, ale cieszyła się i(cid:6)z(cid:6)tego, bowiem jako obywatelka gorszej kategorii nie miała szans na oficjalną, lepiej płatną pracę. Nagle pojawiła się szansa na coś przede wszystkim ciekawszego, bo co do wynagrodzenia nie miała jeszcze in- formacji. Jarosław Iwaszkiewicz poszukiwał sekretarza. Po rozmowie kwalifikacyjnej wydawało się, że posadę ma w(cid:6)kieszeni. Jakież było jej zdziwienie i(cid:6)rozczarowanie, kiedy otrzymała od pisarza list, w(cid:6)którym sucho stwierdzał, że „sprawa objęcia u(cid:6)mnie stanowiska sekretarza sta- ła się nieaktualna”. Pewnie zreflektował się, że zaangażowanie takie- go sekretarza może być źle postrzegane przez władze. Rok 1954 uznaje Anna za pomyślny z(cid:6)zawodowego punktu widzenia. Przede wszystkim obroniła pracę magisterską z(cid:6) socjologii, a(cid:6) ponadto zdobyła wreszcie etatową pracę. Co prawda nie wiązała się z(cid:6)jej wykształceniem, ale by- ła o(cid:6)wiele bliżej jej zainteresowań niż zwijanie wełny i(cid:6)miała inny status formalny. Zaczęła pracować w(cid:6)bibliotece Instytutu Badań Literackich. Pokonała początkową rezerwę zarówno dyrektora, który przywitał ją niezbyt dobrze wróżącym dictum: „Odkąd skończyłem szesnaście lat, walczę z(cid:6)takimi jak pani” – jak i(cid:6)pracowników. Zajęcie to przez kilka lat przynosiło jej stały dochód i(cid:6)zadowolenie. „Mój Boże, byleś tylko Ty żył i(cid:6)mnie przygarnął. Bez Ciebie nie ma dla mnie dróg, nie ma celów. Oj, Janusz, Janusz, jakże się boję o(cid:6)Cie- bie, jak strasznie boję” – pisała w(cid:6)1945 roku w(cid:6)swym pamiętniku Anna, SZCZĘŚCIE MOŻNA ODCZUĆ, DZIELĄC SIĘ NIM Z INNYMI ● 23 będąc na zesłaniu w(cid:6)Krasnogorsku. Dwudziestodwuletni (w(cid:6)1943 ro- ku) podchorąży AK był jej pierwszą wielką miłością. Trafił do Wilano- wa po strasznych przeżyciach w(cid:6)więzieniu na Zamku Lubelskim i(cid:6)do- chodził tam do zdrowia fizycznego oraz równowagi psychicznej. Pałac mimo ogromnych powierzchni mieszkalnych pękał wtedy w(cid:6)szwach, bowiem chroniło się w(cid:6) nim mnóstwo potrzebujących, uciekających, ukrywających się ludzi. Bywało, że do posiłków zasiadało trzydzieści osób, z(cid:6)których wiele dzięki gościnie hrabiostwa uszło z(cid:6)życiem. Jed- nym z(cid:6) nich był właśnie podchorąży z(cid:6) Krasnegostawu. Zakochali się w(cid:6)sobie wzajemnie, zaręczyli, snuli plany na przyszłość, ale czas wo- jenny sprawił, że szybko musieli się rozstać… Janusz po wielu akcjach osadzony został w(cid:6)obozie jenieckim w(cid:6)Skierniewicach i(cid:6)wywieziony do Niemiec. Anna, jak jej dwie siostry i(cid:6)matka, również zaangażowana by- ła w(cid:6)konspiracyjną działalność i(cid:6)brała udział w(cid:6)ryzykownych przedsię- wzięciach. Po długim areszcie domowym rodzina musiała opuścić pałac we wrześniu 1944 roku. Ostatni raz widzieli się z(cid:6)Januszem w(cid:6)Skier- niewicach. Potem pozostały już tylko listy. I(cid:6)tego zabrakło, kiedy Bra- nickich wywieziono do ZSRR. Tam właśnie miłość do przystojnego blondyna pomagała Annie przetrwać najcięższe chwile. Pisała do nie- go listy, których nie miała jak wysłać, ale które zamierzała mu wrę- czyć, gdy się znów spotkają. Do kraju wrócili dopiero jesienią 1947 ro- ku. Wcześniej Janusz starał się dowiedzieć czegoś o(cid:6)losie ukochanej, ale nawet bliska rodzina niczego na ten temat nie wiedziała. Było już dwa lata po wojnie, istniało więc spore prawdopodobieństwo, że Anna, jak i(cid:6)reszta wywiezionych, nie przetrwała zesłania. Po wyzwoleniu z(cid:6)obo- zu jenieckiego młody podchorąży znalazł się we Francji. Stamtąd za- wędrował do Włoch, gdzie dołączył do polskiej armii. Ze wszystkich miejsc, gdzie przebywał, słał listy do Polski, by dowiedzieć się czego- kolwiek o(cid:6)losie rodziny Branickich. Informacje, jakie otrzymywał, pod- pierane wieściami krążącymi po Europie o(cid:6)tym, jak w(cid:6)ZSRR traktowa- no zesłańców, załamały go psychicznie. Chciał wracać do Polski, ale nie uzyskał z(cid:6)wojska przepustki. W(cid:6)Vittorio Veneto, koło Treviso, został dowódcą plutonu ratowniczego. Tam poczuł się nieco raźniej, bowiem spotkał kilku znajomych z(cid:6)powstania warszawskiego. Siostra jednego 24 ● BRANICCY z(cid:6)nich została jego żoną. Kiedy we wrześniu 1947 roku, wkrótce po po- wrocie do kraju, Anna dostała od niego list, w(cid:6)którym uczciwie dono- sił o(cid:6)swoim związku, świat przestał dla niej istnieć. Ból i(cid:6)rozczarowanie były ogromne, ale w(cid:6)obliczu śmiertelnej choroby ojca, szybko zeszły na drugi plan. W(cid:6)takim przypadku rzec by można nieco prowokacyjnie, iż dobrze jest, kiedy nieszczęścia chodzą parami. Poza tym musiała teraz twardo stąpać po ziemi i(cid:6)zmobilizować wszystkie siły, by walczyć, nie mniej twardo i(cid:6)nieustępliwie niż na zesłaniu, o(cid:6)przeżycie. Nie zmienia to faktu, iż do losu, który przyniósł okrutną wojnę, miała prawo mieć pretensje, że pogrzebał całe jej dotychczasowe życie we wszelkich je- go sferach i(cid:6)przejawach. Była jednak wytrwała i(cid:6)mimo wszystko peł- na optymizmu. Taką postawę przejęła od matki. Hrabina nigdy nie na- rzekała i(cid:6)zawzięcie szukała rozwiązań każdego, nawet – wydawałoby się – beznadziejnego problemu. Po wielu przeprowadzkach również za- mieszkała w(cid:6)Warszawie. Przez czas jakiś pracowała w(cid:6)fabryce, jak i(cid:6)jej najstarsza córka, a(cid:6)gdy zaczęła podupadać na zdrowiu i(cid:6)przeszła na nie- zwykle skromną rentę inwalidzką, nie skarżyła się, tylko zaczęła czyn- nie kibicować życiu córek. Konsekwentnie, niemal od powrotu do kra- ju, opiekowała się także najstarszym wnukiem, Adasiem. Anna zakochała się po raz drugi, lecz tym razem uczucie przerodzi- ło się w(cid:6)trwały związek. Skromny (na taki wówczas było ich stać) ślub kościelny wzięli z(cid:6)Tadeuszem w(cid:6)1954 roku w(cid:6)kościele św. Aleksandra. Cywilny odbył się rok później w(cid:6)Urzędzie Stanu Cywilnego mieszczą- cym się u(cid:6)zbiegu ulic Nowy Świat i(cid:6)Smolnej, w(cid:6)ich dawnym pałacyku odebranym oczywiście przez państwo. Przekraczając jego próg, Anna nie mogła oprzeć się wspomnieniom opowiadanym wielokrotnie przez mamę, jak to właśnie tam prowadził ją po raz pierwszy hrabia, by po- znała swych przyszłych teściów. Zatwierdzenie związku przez cywil- ne władze było niezbędne, by mogli starać się o(cid:6)przydział mieszkania. Otrzymali dwa przechodnie pokoje, dzieląc czteropokojowe mieszka- nie z(cid:6)dwiema innym rodzinami. Na drzwiach wspólnej łazienki (kuch- nia też należała do wszystkich) wywiesili za ogólną zgodą grafik po- rannego użytkowania pomieszczenia. Każdy mógł w(cid:6) nim przebywać dziesięć minut. Na początku po rosyjskich doświadczeniach Annie SZCZĘŚCIE MOŻNA ODCZUĆ, DZIELĄC SIĘ NIM Z INNYMI ● 25 wszystko wydawało się luksusem, z(cid:6)czasem obydwoje coraz bardziej odczuwali niedogodności takiego bytowania. Po trzech latach wysta- rali się o(cid:6)mieszkanie już w(cid:6)pełni samodzielne. Co prawda nie było tam centralnego ogrzewania, ale byli tak uradowani, jakby wprowadzili się do pałacu wielkości Wilanowa. Po 1956 roku, kiedy restrykcyjność pe- erelowskich rządów nieco osłabła, udało się Annie odzyskać i(cid:6)sprze- dać niektóre z(cid:6)działek należących przed wojną do rodziny i(cid:6)zafundowa- li sobie prawdziwy luksus – połowę willi na Mokotowie. Znów jednak nie byli sami, gdyż kupili dom z(cid:6)dwiema lokatorkami. Jedna niebawem się wyprowadziła, ale drugiej po kilku latach musieli kupić kawalerkę. Anna zrezygnowała z(cid:6)pracy, kiedy urodził się ich pierwszy syn – Mi- kołaj. Gdy jej mama wychodziła za mąż, oczekiwano od niej, że urodzi potomka płci męskiej, kontynuatora rodu Branickich, ale na świat przy- szły trzy córki. Teraz w(cid:6)pokoleniu następnym zaczęli rodzić się chłop- cy. Pierwszy był syn Beaty, najmłodszej z(cid:6)hrabianek, a(cid:6)po nim – Miko- łaj i(cid:6)Xawery – dzieci Anny i(cid:6)Tadeusza. Annę pochłonęło wychowywanie latorośli i(cid:6)życie rodzinne tak dalece, że nie myślała już o(cid:6)powrocie do pracy. Tak jak to działo się w(cid:6)Wilanowie, prowadzili dom otwarty, pełen krewnych, kuzynów i(cid:6)przyjaciół, a(cid:6)przede wszystkim dziecięcego śmie- chu. Anna znów poczuła się szczęśliwa. Kiedy jednak synowie podro- śli, zaczął jej doskwierać brak pozadomowych zajęć, chciała być pomoc- na nie tylko rodzinie. Odżyło w(cid:6)niej przekonanie, powtarzane często przez rodziców, że szczęście nosi się w(cid:6)sobie, ale można je odczuć, tyl- ko dzieląc się nim z(cid:6) innymi. Hrabiostwo całe życie starali się robić coś pożytecznego dla innych i(cid:6)teraz Anna postanowiła iść w(cid:6)ich ślady. W(cid:6)PRL-u brakowało wszystkiego, ale najbardziej dotkliwe, bo decydo- wały przecież o(cid:6)życiu, były niedostatki w(cid:6)służbie zdrowia. Anna włączy- ła się więc w(cid:6)akcję sprowadzania z(cid:6)Zachodu lekarstw i(cid:6)sprzętu medycz- nego, czym zajmował się też niestrudzenie Mikołaj Radziwiłł. Dzięki tym działaniom i(cid:6)ofiarności ludzi z(cid:6)Francji, Szwajcarii, Niemiec, Belgii, Włoch, USA… zaczęły do Polski docierać transporty lekarstw, strzyka- wek jednorazowych, środków opatrunkowych, narzędzi chirurgicznych, wózków inwalidzkich, łóżek szpitalnych, z(cid:6) aparaturą do dializ włącz- nie. Segregowanie i(cid:6)rozdzielanie tych darów odbywało się w(cid:6)kościele 26 ● BRANICCY św.(cid:6)Stanisława Kostki na Żoliborzu, gdzie Anna poznała księdza Popie- łuszkę i(cid:6)w(cid:6)kościele św. Zygmunta na Bielanach. Później, już w(cid:6)latach 80., przychodziło także dużo paczek z(cid:6)odzieżą i(cid:6)tym także trzeba było się zająć, więc Anna w(cid:6)specjalnie przydzielonym dla tych celów lokalu często spędzała całe dnie. Dzięki anonimowemu przekazaniu pokaźnej kwoty od kogoś z(cid:6)zagranicznych znajomych powołano Fundację Świę- tego Jana Jerozolimskiego, której prezesem został Mikołaj Radziwiłł. W(cid:6)kupionej za przekazane środki willi na Saskiej Kępie najpierw znalazł miejsce punkt rozdawania ubrań, leków i(cid:6)środków czystości, a(cid:6)później założono w(cid:6)niej świetlicę środowiskową dla dzieci z(cid:6)trudnych rodzin. Do dziś ta placówka jest drugim domem dla potrzebujących różnora- kiego wsparcia małoletnich warszawiaków. Anna przystąpiła również, na zaproszenie z(cid:6)ich strony, do Związku Polskich Kawalerów Maltań- skich, których zasadniczym celem jest pomoc najuboższym, i(cid:6) starała się jak najrzetelniej wywiązywać z(cid:6)obowiązków, które niosła ze sobą ta zaszczytna przynależność. Była też współzałożycielką Związku Sybira- ków. Jako że sama spędziła na zesłaniu przeszło dwa lata, los ludzi o(cid:6)po- dobnych jej przeżyciach leżał jej na sercu. Zyskali oni miejsce, gdzie nie tylko mogli się spotykać, ale i(cid:6)– kiedy było trzeba – otrzymać real- ną pomoc. Znalazła się również wśród inicjatorów powołania, a(cid:6)raczej reaktywowania zlikwidowanego przez komunistów Polskiego Towarzy- stwa Ziemiańskiego, w(cid:6)którym skupili się ludzie z(cid:6)grupy szczególnie za- jadle tępionej przez władze PRL-u. Hrabianka Anna, jedyna do dziś żyjąca córka hrabiostwa Branic- kich, przeszła bardzo różne koleje losu. Zaznała bogactwa i(cid:6)luksusu, ale też biedy i(cid:6)poniżenia, mimo to uważa swe życie za udane, wręcz szczęśliwe. Patrząc wstecz, przychyla się do przekonania przodków o(cid:6)tym, iż wszystko jest ulotne, a(cid:6)to, co najważniejsze, co stanowić mo- że w(cid:6)każdych warunkach podporę egzystencji, co tkwi w(cid:6)człowieku, to sumienie, uczciwość, charakter, siła i(cid:6)wiedza. Każdy z(cid:6)innym da- rem przychodzi na świat i(cid:6)najważniejsze, by ów prezent od losu wła- ściwie wykorzystał. Przekonana jest również o(cid:6)tym, iż wykonanie te- go zadania jej by się nie udało, gdyby nie spotkała na swej drodze – i(cid:6)to w(cid:6)odpowiednim momencie – dobrych, wspaniałych ludzi. W(cid:6)czasach, SZCZĘŚCIE MOŻNA ODCZUĆ, DZIELĄC SIĘ NIM Z INNYMI ● 27 kiedy jadała darmowe obiady i(cid:6)nie korzystała z(cid:6)komunikacji miejskiej, gdyż nie miała pieniędzy na bilety, niespodziewanie otrzymała przekaz pocztowy na pięćset złotych od profesora Sławińskiego z(cid:6)Białegostoku, przedwojennego znajomego rodziny. W(cid:6)dołączonym liście profesor wy- jaśniał, że kwotę tę wręczył mu jego były student, któremu hrabia Bra- nicki pomógł finansowo podczas wojny, gdy był w(cid:6)sytuacji, wydawało się, bez wyjścia. Przyrzekł wtedy sobie, że taką samą sumę odda kiedyś komuś potrzebującemu. Przypadkiem dowiedział się, że rodzina hra- biego jest w(cid:6)tarapatach, więc… Anna Branicka-Wolska rodzice: Maria Beata Potocka i Adam Maria Branicki Szczęśliwa mama dwóch synów (Mikołaja i Xawerego) – na czas ich dzieciństwa zrezygnowała z wszelkiej pozadomowej działalności. Anna dumna z Tadeusza otrzymującego tytuł doktora honoris causa Akademii Rolniczej w Lublinie, 1998. W Wilanowie bywała Anna jako zwykły, zwiedzający pałac turysta. W głębi duszy marzyła, by wrócić do swego domu. Zwykły dom na warszawskim Mokotowie musiał zastąpić pałac. Radość z bycia razem Poznali się w(cid:6)Wilanowie podczas rodzinnego ślubu w(cid:6)1940 roku. On wysoki, szczupły dziewiętnastolatek z(cid:6) drobnej szlachty o(cid:6) artystycz- nych talentach ranny był już w(cid:6)bitwie nad Bzurą, ale mimo to nadal za- mierzał walczyć z(cid:6)okupantem. Wysportowany zdobywał laury w(cid:6)wie- lu zawodach pływackich, dobrze grał na gitarze, śpiewał i(cid:6)tańczył, co sprawiało, że chętnie był widziany w(cid:6) każdym towarzystwie, zaskar- biając sobie sympatię wielu co urodziwszych panien. „…Dominowały w(cid:6)niej oczy. Duże, niebieskie, prowokująco pytające – jaki ty właściwie jesteś nieznany mi bliżej dryblasie?...” – tak opisywał w(cid:6)swych wspo- mnieniach pierwsze spotkanie z(cid:6)o(cid:6)pięć lat młodszą, niewysoką, pulchną hrabianką, pieszczotliwie nazywaną „Kuleczką”, o(cid:6) ciepłym, dobrotli- wym uśmiechu, którym chętnie obdarzała każdego. Jak większość ów- czesnych panien z(cid:6)jej sfery grała na fortepianie, śpiewała i(cid:6)uwielbiała tańczyć. Upodobanie to dzieliła z(cid:6)dopiero co poznanym młodzianem, nic tedy dziwnego, że właśnie od tańca rozpoczęła się ich przygoda, je- śli tak mało frasobliwym terminem określić można wspólne, pełne dra- matycznych wydarzeń, ale i(cid:6)szczęśliwych zbiegów okoliczności, nędzy, poniżenia, ale także wielu chwil radosnych życie. Ta miłość od pierw- szego wejrzenia musiała zostać zaakceptowana przez rodziców Beaty, skoro Leszek zamieszkał w(cid:6)pałacu. Należał już wówczas do Armii Krajowej, nosząc pseudonim „Pat” i(cid:6)oprócz uczestniczenia w(cid:6)akcjach mających na celu zdobywanie bro- ni przypadło mu w(cid:6)udziale wykonywanie wyroków na kolaborantach i(cid:6)najbardziej dających się Polakom we znaki Niemcach. Ona, jak jej matka i(cid:6)dwie siostry, także działała w(cid:6)konspiracji. Oprócz tego w(cid:6)pałacu 32 ● BRANICCY zorganizowano szpital polowy, który mógł istnieć dzięki zagranicznym koneksjom hrabiostwa. Ich kuzynka, Maria Radziwiłłowa z(cid:6)Nieświe- ża z(cid:6)domu Branicka, mieszkająca stale w(cid:6)Rzymie, zaprzyjaźniona by- ła między innymi z(cid:6)królową Włoch, księżniczką Heleną Czarnogórską i(cid:6)ta wymogła na Mussolinim interwencję u(cid:6)Hitlera w(cid:6)sprawie szcze- gólnego traktowania Branickich. Pozwolono więc im nadal zajmować część pałacu i(cid:6)nadmiernie nie kontrolowano, z(cid:6)czego korzystali, by po- magać wszystkim potrzebującym. Hrabia sprzedawał nieskonfiskowa- ne jeszcze działki budowlane, a(cid:6)pieniądze przeznaczał na potrzeby Ar- mii Krajowej, takie jak wykup więźniów czy pomoc rodzinom ofiar niemieckiego terroru. Hrabina karetą z(cid:6)rodowym herbem przewoziła broń i(cid:6)żołnierzy rannych po akcjach, a(cid:6)gdy nieopatrznie została zatrzy- mana, posługując się nienagannym niemieckim, pewnym tonem z(cid:6)ak- torsko artykułowanymi wyrzutami beształa żołnierzy hitlerowskich. Pod jej łóżkiem wiele miesięcy przechowywano karabin maszynowy. Była odważna, ale umierała ze strachu, kiedy hrabia ostentacyjnie pre- zentował swoją nienawiść do okupantów. Tak było, gdy któregoś dnia w(cid:6)pałacu zjawili się oficerowie niemieccy z(cid:6)zamiarem poznania jego właściciela. Nie wiedzieli, jak wygląda, więc gdy stojąc przed hrabią, o(cid:6)niego zapytali, odpowiedziało im wymowne milczenie. Pytanie po- wtórzyli w(cid:6)kilku językach, sądząc, iż napotkany człowiek go nie zro- zumiał. Po ponownym, przedłużającym się milczeniu i(cid:6)rozpaczliwych gestach przerażonej małżonki hrabia wycedził dwa słowa: „Ergo sum” i(cid:6)wyszedł. Nic dziwnego, że mimo interwencji kuzynki z(cid:6)wysokimi ko- neksjami trzykrotnie w(cid:6)czasie wojny więziony był na Pawiaku. Najstarsza z(cid:6)hrabianek, Maria, pierwszego sierpnia 1944 roku przy- wiozła na teren gminy Wilanów rozkaz rozpoczęcia powstania o(cid:6)wyzna- czonej godzinie „W”. Następnego dnia zgodnie z(cid:6)zaleceniem swego do- wódcy udała się wozem do pałacu po pozostawioną tam broń i(cid:6)środki opatrunkowe. Tam została aresztowana przez Niemców i(cid:6)na ich oczach zjadła meldunek, który miała ze sobą. Anna też w(cid:6)tym czasie z(cid:6)jakimś akowskim zadaniem znalazła się w(cid:6)Wilanowie. Sytuacja wyglądała bar- dzo groźnie, bowiem hrabina, nosząca konspiracyjny pseudonim „Mat- ka”, zawisnąć miała na bramie pałacu. Uratował ją batalion „Krawiec”, RADOŚĆ Z BYCIA RAZEM ● 33 na którego czele stał narzeczony Anny. Dzięki sprzyjającym okoliczno- ściom, na które złożyło się wezwanie stacjonujących w(cid:6)majątku żołnie- rzy do tłumienia powstania i(cid:6)zastąpienie ich przez oddział Węgrów, niko- mu nic się nie stało, tylko dwie hrabianki z(cid:6)matką przetrzymywane były w(cid:6)areszcie domowym, a(cid:6)potem wywiezione do Nieborowa. W(cid:6)tym czasie sanitariuszka Beata, pseudonim „Atka”, była w(cid:6)Śród- mieściu w(cid:6)szpitalu przy ulicy Boduena, a(cid:6)oddział jej ukochanego dołą- czono do batalionu „Zośka” walczącego na Starym Mieście i(cid:6)Woli. Byli rozłączeni i(cid:6)nie wiedzieli nic o(cid:6)sobie nawzajem. Beata nosiła przy sobie zdjęcie Leszka, mając nadzieję, iż spotka kogoś, kto go widział. Powoli traciła nadzieję, że w(cid:6)ogóle się odnajdą. I(cid:6)oto pierwszego września, kie- dy była już bliska odejścia od wiary w(cid:6)Boga, do którego wciąż modliła się o(cid:6)utrzymanie Leszka przy życiu i(cid:6)spotkanie z(cid:6)nim, dowiedziała się od kolegi z(cid:6)„Zośki”, że ukochanego przywieziono do szpitala, w(cid:6)którym pracowała. Włosy do ramion, pokaźna broda, twarz wymizerowana, ale to był on, żywy, choć ciężko ranny. Początkowo wydawał się nieprzy- tomny, ale gdy Beata nachyliła się nad nim, poznał ją i(cid:6)przytulił jej rękę do swojej twarzy. Był to czas, w(cid:6)którym nie mogli być pewni, czy to cu- downe spotkanie nie będzie ostatnim. Postanowili więc jak najszybciej wziąć ślub. Beata uprosiła księdza, by w(cid:6)jej imieniu poprosił o(cid:6)zgodę jej ojca. Miała dopiero siedemnaście lat i(cid:6)obawiała się odmowy. Ze Smol- nej czterdzieści, gdzie przebywał wówczas hrabia Adam, wrócić musiał kapłan z(cid:6)dobrą wiadomością, skoro już trzeciego września odbyła się niecodzienna uroczystość. Pan młody leżał na noszach, a(cid:6)jego narzeczo- na nie przebrała się z(cid:6)białego szpitalnego fartucha. Ozdobą ich obojga były powstańcze opaski na ramionach. Był nawet prezent ślubny – ca- ły bochenek chleba, który wręczyli parze koledzy z(cid:6)oddziału przed po- wrotem na swoje pozycje. Po upadku powstania małżonkowie, nie mogąc wrócić do Wilano- wa, dotarli do Podkowy Leśnej, gdzie mieszkali rodzice Leszka. Po- tem przedarli się do Nieborowa i(cid:6)tu (to kolejny na ich drodze szczęśli- wy zbieg okoliczności) spotkali wywiezione tam Annę i(cid:6)Marię z(cid:6)matką. Radość trwała jednak krótko, gdyż mieli sygnały, iż wokół nich robi się niebezpiecznie i(cid:6)jak najszybciej powinni zmienić miejsce pobytu. 34 ● BRANICCY Wyjechali więc do Łodzi, co miało dla nich pozytywne konsekwen- cje, bowiem grupę z(cid:6)Nieborowa wywieziono niebawem w(cid:6)głąb Rosji. W(cid:6) Łodzi znaleźli schronienie w(cid:6) pałacyku należącym do rodziny ich kolegi z(cid:6) powstania, ale i(cid:6) tam pętla wokół nich się zacieśniała. Prze- nieśli się więc do Krakowa, gdzie za pieniądze uzyskane ze sprzedaży nieodebranych jeszcze przez państwo działek mogli kupić mieszkanko przy ulicy Sienkiewicza. Wilanów już upaństwowiono, ale nadal dzia- łała jego dawna administracja, która nie tylko wypłacała sobie pensje, ale szybko sprzedawała, co mogła, by na dłużej starczyło dla niej środ- ków. Jakąś ich część otrzymali też Beata i(cid:6)Leszek. Starczyło na niewiel- ki lokal, ale na dalsze życie już nie, tym bardziej, że na świecie poja- wiło się ich pierwsze dziecko – syn Adam, a(cid:6)po roku córka Ewa. Pod przybranym nazwiskiem Rowińscy zaczęli szukać pracy. Pochodzenie i(cid:6)akowska przeszłość były kulą u(cid:6)nogi, a(cid:6)poczucie nieustannego zagro- żenia ze strony wciąż mających ich na oku funkcjonariuszy NKWD po- wodowały stres, który udzielał się również synkowi. Do dziś powraca w(cid:6)jego snach przerażająca ciemność i(cid:6)nagły tupot wielu nóg. Pamię- ta też instrukcje rodziców, według których, kiedy przyjdą obcy pano- wie, ma krzyczeć głośno, że chce być z(cid:6)rodzicami i(cid:6)zabrać ze sobą plu- szowego kangura, którym normalnie nie wolno było mu się bawić. Po latach dopiero okazało się, że nie były to wymysły zestresowanych lu- dzi po przejściach, ale Leszek był pilnie obserwowany, gdyż nie tylko zarzucano mu „bandycką” przeszłość, ale także działalność w(cid:6) grupie „Racławice”, która dążyła do obalenia ustroju PRL. W(cid:6)Instytucie Pa- mięci Narodowej zachowało się szesnaście listów pisanych przez Beatę i(cid:6)Leszka, które były przepisywane przez ówczesnych funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. W(cid:6)pamięci małego Adasia pozostały również obrazki wspólnych modlitw o(cid:6) szczęśliwy powrót wywiezionej rodzi- ny i(cid:6)mamy piszącej wieczorami listy do Buni, których nigdy nie wysła- ła. To samo robiła zresztą hrabina Maria Beata na zesłaniu. W(cid:6)miesz- kaniu przy Sienkiewicza często nie było nic do jedzenia, ale atmosfera miłości i(cid:6)poczucie zadowolenia, że są razem, rekompensowały wszelkie niedostatki. Na szczęście w(cid:6)Krakowie ostało się jeszcze trochę zaprzy- jaźnionych z(cid:6)rodziną ludzi. Profesor Tadeusz Mańkowski, sprawujący RADOŚĆ Z BYCIA RAZEM ● 35 wówczas pieczę nad wawelskimi zbiorami, zatrudnił obydwoje Rybiń- skich. Beata oprowadzała turystów po Wawelu, a(cid:6) Leszek jeździł po Polsce z(cid:6)wystawami objazdowymi. Mały Adaś nie mógł, tak jak jego mama, wychowywać się w(cid:6)Wilanowie, za to kilka lat wczesnego dzie- ciństwa spędził na Wawelu. Beata często zabierała go do pracy i(cid:6)kiedy ona wędrowała z(cid:6)wycieczkami po kolejnych komnatach, on smacznie spał w(cid:6)łożu na przykład króla Zygmunta Starego. Kilkakrotnie docierały do nich niemające związku z(cid:6)prawdą wiado- mości, że rodzina wróciła już z(cid:6)Rosji. Leszek wybrał się nawet kiedyś do obozu internowanych pod Poznaniem, gdzie jakoby miała przeby- wać. Nic więc dziwnego, iż z(cid:6) dużą nieufnością odnieśli się do tele- gramu, który dotarł do nich z(cid:6)Warszawy. „Rodzina «Atki» wróciła. Są u(cid:6)nas na Katowickiej” – donosiła jedna z(cid:6)ciotek. Pociąg wydawał się wlec w(cid:6)nieskończoność, a(cid:6)gdy byli już u(cid:6)celu, Beata nie chciała wejść do domu, obawiając się, że to znów fałszywy alarm. Najpierw zoba- czyła siostry, które w(cid:6)jej oczach niewiele się zmieniły, a(cid:6)gdy popatrzyła w(cid:6)górę, u(cid:6)szczytu białych schodów ujrzała wymizerowaną, jakąś znacz- nie mniejszą i(cid:6)niezdrowo kruchą mamę. Pozostał w(cid:6)niej właściwie tyl- ko ciepły, serdeczny dla każdego uśmiech. Trzymając się w(cid:6)ramionach, płakały ze szczęścia, a(cid:6)ich wzruszenie udzieliło się całemu otoczeniu. Wymieniły się też listami, które systematycznie do siebie pisały przez cały czas rozłąki, nie wiedząc nic wzajemnie o(cid:6) sobie i(cid:6) nie wysyłając ich z(cid:6)obawy, że wpadną w(cid:6)niepowołane ręce, a(cid:6)szansa dotarcia ich do adresatki jest znikoma. Dwa dni później na Katowickiej, wypuszczo- ny z(cid:6)więzienia, pojawił się hrabia Adam. W(cid:6)starym, wyświechtanym mundurze, blady i(cid:6)chudy do granic możliwości stanął w(cid:6)progu i(cid:6)rado- śnie, jak dawniej, zawołał: „Putka”. Po gorącym powitaniu, wiedząc z(cid:6)listu dostarczonego przez Czerwony Krzyż, iż urodził mu się wnuk, z(cid:6)pewnym zażenowaniem i(cid:6)nieśmiałością zapytał: „Mam nadzieję, że syn wasz nie ma na imię…” – zawiesił głos i(cid:6)badawczo patrzył w(cid:6)oczy córki… „Tak, właśnie ma na imię Adam” – zawołała z(cid:6)radością i(cid:6)prze- korą Beata. Hrabia nie śmiał niczego narzucać, ale w(cid:6)głębi duszy bar- dzo na to liczył. To była jego ostatnia radość na tym świecie. Z(cid:6)zesłania wrócił z(cid:6)rakiem płuc i(cid:6)choroba błyskawicznie opanowywała całe ciało. 36 ● BRANICCY Niecały miesiąc później zmarł w(cid:6)szpitalu w(cid:6)Otwocku, nigdy nie zoba- czywszy swego imiennika. Trzy lata później Rybińscy przeprowadzili się do Warszawy. Gdy wy- buchła wojna, Leszek był na czwartym roku Szkoły Handlowej, ale te- raz odezwały się w(cid:6)nim geny przodków (jego pradziadek Juliusz Ce- gliński był znanym malarzem i(cid:6)grafikiem) i(cid:6)zaczął studiować historię sztuki. Równocześnie pracował w(cid:6) Zachęcie, gdzie przez krótki czas był nawet kierownikiem działu, ale szybko go zdegradowano z(cid:6)racji na pochodzenie i(cid:6)kategoryczną odmowę wstąpienia do PZPR. Z(cid:6)czasem podejście teoretyczne do sztuki przestało mu wystarczać i(cid:6)zaczął ma- lować. By mógł to robić oficjalnie i(cid:6)traktować zawodowo, musiał jed- nak mieć dyplom Akademii Sztuk Pięknych albo otrzymać zezwolenie uprawnionej komisji, czego wciąż z(cid:6)oczywistych powodów mu odma- wiano. Zajął się więc plastyką użytkową, głównie tkaniną i(cid:6)dekoracją sklepów, z(cid:6) czego udawało mu się jakoś utrzymać rodzinę, która po- większyła się o(cid:6)drugą córkę. Dzięki słynnemu archeologowi profeso- rowi Kazimierzowi Michałowskiemu Beata otrzymała etat sekretarki w(cid:6)zakładzie archeologii Polskiej Akademii Nauk. Praca ta bardzo jej od- powiadała między innymi dlatego, iż miała kontakt z(cid:6)ciekawymi, po- chłoniętymi wspólną pasją ludźmi. Obydwoje byli towarzyscy, mieli szeroki krąg znajomych i(cid:6)przyjaciół, którzy wywodzili się najczęściej ze środowiska akowskiego, naukowego i(cid:6)artystycznego. Cały czas zaangażowani byli w(cid:6) działalność opozycyjną. Blisko współpracowali z(cid:6)księdzem Janem Zieją, jednym z(cid:6)założycieli KOR-u i(cid:6)ROPCiO*. W(cid:6)pracowni Leszka robili klepsydry, na których znajdo- wały się zawiadomienia o(cid:6)nadchodzących, uroczyście przez te środowi- ska obchodzonych świętach narodowych i(cid:6)rocznicach najważniejszych wydarzeń historycznych. Z(cid:6)zapasem takich anonsów jeździli po całej Warszawie i(cid:6)rozlepiali je, często pod osłoną nocy, by informacje dotarły do jak największej liczby osób. Leszek nie doczekał wolności, mógł tyl- ko cieszyć się z(cid:6)powstania „Solidarności”. Zmarł w(cid:6)południe dziewiąte- go sierpnia 1980 roku. To data znacząca w(cid:6)jego życiu, bowiem również * ROPCiO – Ruch Obrony Praw Człowieka i(cid:6)Obywatela założony w 1977 r. (przyp. red.). RADOŚĆ Z BYCIA RAZEM ● 37 w(cid:6)południe i(cid:6)dziewiątego, ale września był ranny w(cid:6)powstaniu i(cid:6)trafił do szpitala, w(cid:6)którym pracowała Beata. Rana była poważna, kuli nie dało się w
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Arystokracja. Powojenne losy polskich rodów
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: