Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00178 003523 21549631 na godz. na dobę w sumie
Detektyw Krzysztof Rutkowski. Porwania - ebook/pdf
Detektyw Krzysztof Rutkowski. Porwania - ebook/pdf
Autor: , Liczba stron: 368
Wydawca: Zona Zero Język publikacji: polski
ISBN: 9788394799649 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże >> reportaże
Porównaj ceny (książka, ebook (-17%), audiobook).

Detektyw Krzysztof Rutkowski. Część I - Porwania

Dramatyczne losy osób uprowadzonych przez mafię.
Opis działań nietypowych, zdesperowanych porywaczy.
Kulisy najgłośniejszych porwań dla okupu.

Kto zlecił słowackim gangsterom uprowadzenie znanego krakowskiego biznesmena?
Jakie tajemnice kryje porwanie Krzysztofa O.?
Jak działa ekipa słynnego detektywa?

Krzysztof Rutkowski w porywającej rozmowie ujawnia sprawy, o których nikomu do tej pory nie mówił.
Praktyczne porady, m.in. jak zapobiegać porwaniu i co robić, jeżeli jednak porwą ciebie albo kogoś z twojej rodziny.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Ro m a n Ma ń k a • Łu k a s z Z i a j a Okładka Fahrenheit 451 Redakcja i korekta Agnieszka Pawlik-Regulska Konsultacja merytoryczna Patrycja Dziadosz Dyrektor projektów wydawniczych Maciej Marchewicz Skład i łamanie TEKST Projekt ISBN 978-83-947599-3-3 Copyright © Roman Mańka, Łukasz Ziaja, Krzysztof Rutkowski Copyright © for Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2017 Wydawca Zona Zero Sp. z o.o. ul. Łopuszańska 32 02-220 Warszawa tel. 22 836 54 44, 877 37 35 faks 22 877 37 34 www.zonezero.pl e-mail: wydawnictwo@zonazero.pl Spis treści Wstęp ..................................................................................................... 7 Rozmowa 1 Rachunek z przeszłości ................................................................... 11 Rozmowa 2 Grzech pierworodny nowobogackich ....................................... 41 Rozmowa 3 Noc poślubna ...................................................................................... 89 Rozmowa 4 Bezwzględni gangsterzy ................................................................ 225 Rozmowa 5 Demokracja na sprzedaż ................................................................ 283 Wstęp Jaki rodzaj przestępstwa jest najgorszy? Być może ci, którzy doświadczyli aktu kryminalnego na własnej skó- rze, mają gotową odpowiedź. Ocena napotyka jednak na in- nego rodzaju wyzwanie, jeśli zapytamy kogoś, komu w do- tychczasowym życiu udało się uniknąć napaści, gwałtu, kradzieży czy porwania, nadto nie doświadczyli tychże członkowie ich rodzin. Element subiektywnej oceny jest w tym przypadku mniej istotny, a na plan pierwszy wysu- wają się empatia i obiektywizm. Sprawdźmy zatem: 1. kradzież – jej skutkiem jest strata materialna, w nie- których przypadkach, jeśli towarzyszyła jej napaść, może pozostawić traumę, następstwa dla bliskich są uzależnio- ne od rozmiaru przestępstwa, 2. gwałt – trauma, poczucie poniżenia, być może utrata zdrowia, niechciana ciąża, znaczne obciążenia dla bliskich, ale wciąż większość strat emocjonalnych do nadrobienia. p ę t s W 8 a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R 3. zabójstwo – strata nie do nadrobienia dla rodziny i przyjaciół, trauma, poczucie największej krzywdy i nie- sprawiedliwości. Zadałem sobie pytanie, gdzie w tym wszystkim umiej- scowić porwanie? Załóżmy najpierw, że jego skutkiem może być szczęśliwy finał bez żadnych strat, straty czę- ściowe tj. ograniczone do konieczności zapłacenia oku- pu albo odwrotnie znaczne uszczuplenie majątku, śmierć a po drodze gwałt, pobicie. Bez względu jednak na różnice w przebiegu porwania, a także tego do czego porwanie do- prowadziło w sferze materialnej, ten rodzaj przestępstwa niesie za sobą jeszcze coś gorszego: poczucie niepewno- ści i długotrwałego lęku. Te emocje towarzyszące zarów- no ofierze jak i jej bliskim są rozciągnięte w czasie, przez to bardziej dotkliwe. Często nie wiadomo, co dzieje się z po- rwaną czy porwanym długie tygodnie, niekiedy całe lata, a przecież zgodnie z dziennikarskim powiedzeniem: „naj- gorsza informacja, to brak informacji”. Znakomicie wiedzą o tym publicyści Roman Mańka i Łukasz Ziaja, którym za- wdzięczamy książkę Detektyw Krzysztof Rutkowski. Porwa- nia, autorzy mający wieloletnie doświadczenie w opisywa- niu zdarzeń o charakterze kryminalnym i nie tylko. Jednak do jądra tego, czym jest de facto porwanie, z czym ono się wiąże dotarł ten, bez którego publikacja nie miałaby szansy powstać – Krzysztof Rutkowski. Choć wskutek przepisów polskiego prawa, a w zasadzie wyro- ku sądu, który uniemożliwia dziś nazwanie go detekty- wem, nikt chyba nie może mieć wątpliwości, że w minio- nym ćwierćwieczu to właśnie Krzysztof Rutkowski był i jest symbolem tego zawodu. Zazdrośnicy zapewne krę- cą teraz głową z dezaprobatą, ale nie zmieni to faktu, że właśnie on był medialną twarzą większości spraw, któ- re elektryzowały i elektryzują opinię publiczną, począw- szy od sprawy Olewnika po kazus Madzi. To właśnie do 9 Krzysztofa Rutkowskiego w pierwszej kolejności dzwonili dziennikarze z prośbą o komentarz, gdy na światło dzien- ne wychodziły okoliczności kolejnych porwań. Chcąc nie chcąc, pracując nad sprawą jako prywatny detektyw czy tylko ją komentujący Rutkowski zawsze był i wciąż jest w centrum wydarzeń. Tym razem postanowił opowie- dzieć z pewnego dystansu o historiach, przy których był blisko, gdy pierwsze emocje opadły. Gdy jednak odrzuca- my tę adrenalinę wynikającą z tego, co dzieje się tu i teraz, można zobaczyć więcej. A teraz wróćmy do meritum: gdzie w kategoriach prze- stępstw umiejscowić to nieszczęsne porwanie? Nie odpo- wiem sam na to pytanie, ale opowiem pewną historię: Młode małżeństwo po pierwszych „chudych” latach po- życia wreszcie zaczęło godnie żyć. Ich kawiarnia przy- nosiła dochody, dzieci uczyły się dobrze. Udało się nawet ukończyć budowę wymarzonego domu. Mieli zwyczajnie tę odrobinę szczęścia. Pewnego dnia jeden z chłopców nie wrócił do domu. Policja przyjęła zgłoszenie o zaginięciu dzień później. Czekali niecierpliwie na telefon w sprawie okupu. Długo nic. Dostali wiadomość dopiero po tygodniu od zaginięcia. W tym czasie oboje rodzice przechodzili ka- tusze. Młodszy brat powoli zaczynał rozumieć, co się stało. Koszmar miał się jednak skończyć po dostarczeniu pacz- ki z pieniędzmi. Trwa do dziś. Niepewność z czasem prze- istoczyła się w pesymistyczne przeświadczenie pomiesza- ne ze skrawkami nadziei, która przecież umiera ostatnia. Po utraconej rodzinie, kawiarni i marzeniach. Które przestępstwo jest zatem najgorsze? Jerzy Mosoń Reżyser filmowy, scenarzysta, publicysta magazynu „Radca prawny”, w przeszłości komentator dziennika „Rzeczpospolita” oraz redaktor naczelny magazynu „Gentleman”. rozmowa 1 Rachunek z przeszłości Na przełomie XX i XXI wieku można było zaobserwo- wać w Polsce falę porwań okupowych. Jaka jest gene- za wzrostu w tym okresie tego typu działalności prze- stępczej? Uprowadzenia dla okupu są w naszym kraju następ- stwem bardzo popul arnych na przełomie lat 80. i 90. ubie- głego wieku porwań samochodów spod bram i stacji ben- zynowych – z kluczykami w środku. Kiedyś towarzystwa ubezpieczeniowe nie wypłacały żadnego odszkodowa- nia, jeżeli samochód został skradziony z dokumentami i kluczykami znajdującymi się wewnątrz pojazdu. Jedy- nym wyjściem dla okradzionego właściciela był więc wy- kup samochodu. W tamtym czasie polskie organy ściga- nia były odcięte od wszystkich zagranicznych informacji, ze względu na podziały geopolityczne ówczesna milicja i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 12 a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R nie współpracowała z organami ścigania innych państw, więc szansa, że skradziony samochód zostanie odnalezio- ny przez stróżów prawa była bliska zeru. Gangsterzy na- bierali doświadczenia i umiejętności, podczas gdy śledczy byli bezradni. Po upadku PRL-u liczące się w naszym kraju grupy przestępcze musiały się przeorganizować i zmody- fikować strukturę wpływów. Politycy, policjanci i urzęd- nicy dotychczas z nimi związani zaczęli tracić swoje po- zycje, byli odsuwani od podejmowania decyzji, a przez to bezużyteczni dla grup przestępczych, które chcąc zacho- wać silną pozycję oraz względną przychylność wymiaru sprawiedliwości, musiały pozyskać nowych politycznych sojuszników. To wymagało czasu. W tym okresie mniejsze grupy przestępcze, wcześniej powiązane z potężnymi gan- gami, próbując się usamodzielnić, zajmowały się różnego rodzaju działalnością przestępczą, m.in. porywaniem lu- dzi dla okupu. Wspomniał Pan o mniejszych grupach przestępczych, a kiedy urosła w siłę mafia? Złotym okresem dla grup przestępczych był stan wojen- ny, bo wtedy milicja koncentrowała się na walce politycz- nej, a nie na działalności przestępczości zorganizowanej. W taki sposób urósł w siłę stary „Pruszków” – najsilniej- sza wówczas grupa przestępcza kierowana przez znanego i szanowanego we wszystkich strukturach przestępczych Barabasza. W tamtym czasie najczęściej popełnianymi przestępstwami były kradzieże samochodów pochodzą- cych z terenów zachodniej Europy i przerzucanie ich na tereny byłego bloku wschodniego. W pewnym momen- cie ten biznes przestał się opłacać, ale gangsterzy nie mieli ochoty kończyć swojej przestępczej działalności. Nauczy- li się, w jaki sposób można coś porwać, wziąć za to pienią- dze, a potem oddać właścicielowi albo jak można porwać samochód, wziąć za niego pieniądze, a zamiast go zwró- cić – sprzedać na fanty. Mieli wiedzę, doświadczenie i kon- takty. Wpadli więc na pomysł, że zamiast samochodów będą porywać ludzi. Tylko że z człowiekiem nie za bardzo jest co zrobić, są jedynie dwa wyjścia: można go albo od- dać, albo zabić; polskie grupy przestępcze nie miały w tym czasie doświadczenia w sprzedaży ludzkich organów, więc pole ich działalności było ograniczone. W latach 80. i na początku lat 90. ubiegłego wieku prze- stępcy byli powszechnie znani. W momencie kiedy milicja przechodziła transformację, miała bardzo poważne braki operacyjne: każdy skupiał się na walce politycznej i zmia- nie rządu, a nie na rozpracowywaniu grup przestępczych. To było to, co dało bardzo dużą przewagę światu przestęp- czemu. Co wtedy zrobił resort spraw wewnętrznych, aby aktywnie przeciwko niemu wystąpić? Po kogo sięgnął? No właśnie, po kogo? Po Andrzeja Fausta, byłego szefa SB, który stanął na czele grupy ds. walki z przestępczością zorganizowaną. Właśnie po tego faceta, tego z łatką złego esbeka. Sam z nim pracowałem. Zbudował świetny zespół ludzi. Na czele grupy ds. walki z przestępczością samochodową stanął Jurek Pusz, który znał się na tej robocie jak mało kto. Łączyła nas bliska współpraca, przekazywałem im wiele cennych informacji, których sami nie mieli i nie by- liby w stanie zdobyć. Dlaczego pozyskiwali te informacje właśnie od Pana? Wiedzieli, że znam się na robocie. Miałem też jeszcze jed- ną przewagę – mieszkałem wtedy w Wiedniu. W czasach, kiedy polska policja raczkowała, ja blisko współpracowa- łem z policją austriacką, niemiecką, belgijską i holenderską. Wszyscy w tamtym okresie ramię w ramię walczyliśmy 13 i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 14 a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R z grupami przestępczymi. Ale tego już nikt nie pamięta. Wszyscy pamiętają, że Ci ludzie byli wcześniej milicjanta- mi czy esbekami. To nie byli bandyci, tylko przedstawiciele organów ścigania – jedynych, jakie mieliśmy w tym czasie. Ramię w ramię ja, moi ludzie oraz policja przeprowadzali- śmy prowokacje i zatrzymywaliśmy na gorącym uczynku gangsterów. Pomagaliśmy sobie wzajemnie. Policjanci wie- lokrotnie dawali nam kamizelki kuloodporne, a kiedy było bardzo źle i cofnęli mi pozwolenie na broń – jeden z nich przyszedł do mnie do domu i powiedział: – Krzysztof, masz mój rewolwer. – Jurek, to nie idzie tak. A co, jeśli coś się stanie i będę musiał go użyć? – Krzysztof, zrobimy tak: ja tej broni zapomniałem, zosta- wiłem u ciebie w domu, a jak będzie taka potrzeba, to po nią przyjdę. Jak coś się stanie, to wtedy będziemy się martwić. Tak się wtedy zachowywali policjanci. Tak się zachował Andrzej Kozakiewicz, minister w kancelarii Lecha Wałęsy, kiedy chciał wyjąć z sejfu swojego glocka i mi dać. W pewnym momencie kradzież samochodów przesta- ła się opłacać, więc zaczęto porywać ludzi? Złodzieje samochodów, którzy z powodzeniem żądali wykupu, pomyśleli: po co mamy kraść samochody i brać za nie pieniądze? Będziemy porywać ludzi. Nawet jeżeli po- rwany człowiek jest ubezpieczony, to rodzina da za niego każdą gotówkę. A wtedy było wielu nowobogackich, któ- rzy się pokazywali; wielu takich, którzy mieli puste port- fele, a jeździli najnowszej klasy mercedesami – na raty, ta- kich, którzy mieszkali w najnowocześniejszych domach i pięknych willach – kupionych na kredyt. Byli nawet tacy, którzy niczego się nie bali – podjeżdżali pod bar Ptyś w Wo- łominie, w którym zbierała się cała szumowina bandycka, zostawiali samochody z otwartymi szybami i kluczykami w środku – żeby pokazać, że nikogo się nie boją, że nikt nie odważy się ukraść im bryki. Faktycznie, gangsterzy nie kradli takiemu klientowi samochodu, ale… za kilka miesię- cy zamiast samochodu brali mu dzieciaka. 15 PORWANIA W OLSZTYNIE W 2000 roku w Olsztynie porwano kilku biznesme- nów, a także kilkunastu członków ich rodzin. To był paskudny rok dla olsztyńskich przedsiębiorców. Prawdziwa plaga porwań. Zamożni, wpływowi biznesme- ni, zdając sobie sprawę z braku profesjonalizmu lokalnych organów ścigania oraz ich dużej opieszałości, bojąc się, że kolejne ataki bandytów będą dotyczyły ich rodzin, posta- nowili powołać do życia Warmińsko-Mazurskie Stowa- rzyszenie na Rzecz Bezpieczeństwa, a po pewnym czasie zaproponować mi współpracę. Dlaczego akurat Panu? To zaproszenie pojawiło się chwilę po tym, jak pozytyw- nie zakończyła się prowadzona przeze mnie sprawa upro- wadzenia 12-letniego Piotrka – syna olsztyńskiego biznes- mena Jarosława Miklasa i jego żony Hanny. Stowarzyszenie walczyło z grupami przestępczymi? W żadnym wypadku. To skończyłoby się niepotrzeb- nym rozlewem krwi. Stowarzyszenie powstało po to, aby zainteresować społeczeństwo oraz media tematem fali porwań i zmusić organy ścigania do wytężonej, efektyw- nej pracy. Początkowe działania nie przynosiły efektów, policja była głucha na prośby członków tej organizacji o sumienne wywiązywanie się z ustawowych zadań. Pro- ceder porwań miał się w najlepsze, a organy ścigania były bezradne. i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 16 a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R Za porwaniami stała mafia? Nie, to nie była mafia. To byli zwykli bandyci zrzesze- ni w kilkunastoosobowych grupach przestępczych. Poza mokotowską grupą tzw. „obcinaczy palców” i grupą Li- twina żadna licząca się organizacja nie czerpała dochodu z porwań, bo to po prostu nigdy nie był – wziąwszy pod uwagę interesy zorganizowanej przestępczości mafij- nej – najbardziej opłacalny biznes, a ryzyko wpadki i wie- loletniej odsiadki było ogromne. Zorganizowane grupy przestępcze były zainteresowane szybkim, wysokim za- robkiem przy małym ryzyku wpadki, dlatego zajmowały się przemytem spirytusu, papierosów i narkotyków, gdzie zyski finansowe były olbrzymie, a grożący wyrok niezbyt wysoki. Skoro nie mafia, to kto w takim razie stał za olsztyń- skimi porwaniami? Mniejsze gangi. W tamtym czasie na terenie Olsztyna grasowała grupa piastowska, czyli tzw. gang „mutantów” – ten sam, który brał udział w strzelaninie w Magdalen- ce. Kierownictwo tej grupy wpadło na pomysł, że pory- wanie ludzi to dobry biznes, więc zaczęli to robić – licząc na szybkie zarobienie sensownych pieniędzy oraz całko- wite uniezależnienie się od grupy wołomińskiej, z którą byli związani. HISTORIA PIOTRKA MIKLASA Jedną z osób porwanych w Olsztynie był Piotrek Mi- klas, którego rodzice zwrócili się do Pana o pomoc. Ojciec Piotrka, Jarosław, był wpływowym biznesme- nem, miał chody na policji, był w dobrych stosunkach z prezydentem miasta. Miał kupę kasy, ale starał się żyć normalnie. Żona pomagała mu prowadzić biznes, a ich syn Piotrek chodził do normalnej szkoły. Pewnego dnia, gdy chłopak był w szkole, do ojca, który był w pracy, ktoś za- dzwonił: – Bańka papieru, k…, wszystko na ten temat, odezwie- 17 my się. Tego samego dnia Miklas zadzwonił do mnie, było oko- ło godz. 17.00. Pamiętam ten telefon, jakby to było wczoraj; byłem akurat w drodze do Czech, pod Cieszynem – rzut beretem od granicy. – Panie Rutkowski, porwali mi syna. Chciałbym, aby pan go odnalazł… – powiedział zimnym, spokojnym i stanow- czym głosem. Bez żadnych emocji. Jak zawsze przy takiej rozmowie ustaliłem najistotniej- sze fakty: ile lat ma chłopak, czy dzwonił porywacz, a je- żeli tak, to jakiego okupu żąda i czy poznał głos porywacza. Zawróciłem, but w podłogę i po niespełna pięciu godzinach byłem w Olszynie. Jechałem szybko, żeby jak najszybciej rozpocząć poszukiwania. Jak Miklas dowiedział się o porwaniu? Z telefonu to nie wynikało. Drogą dedukcji: Co jest warte milion? Samochód? Nie, samochód stał pod firmą, a nawet jeśli by go tam nie było, to w tamtym czasie nikogo nie było stać na taką drogą furę. Dom? Przecież nie da się go porwać, można co naj- wyżej spalić, ale przecież nikt nie dzwoniłby do Miklasa z żądaniem miliona za zaniechanie podpalania chałupy. Ojciec Piotrka mieszkał w Olsztynie, wiedział o wcześniej- szych porwaniach, więc szybko połączył fakty. Zadzwonił do szkoły, ale syna w niej nie było – skończył lekcje i po- szedł do domu. Pojechał więc do domu, ale nikogo w nim nie było. Z tego, co pamiętam, zadzwonił wtedy do żony, żeby o wszystkim jej powiedzieć, a potem do mnie – trzy- -cztery godziny po telefonie od porywacza. i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 18 a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R Chłopiec mógł gdzieś pójść z kolegami – na rower czy pograć w piłkę. Mógł, ale w tym przypadku tak nie było. Zniknięcie 12-letniego chłopca i dziwny telefon do jego ojca oznacza- ły, że Piotrek został porwany. Dlaczego porywacz od razu nie powiedział, o co chodzi? Czasami coś, czego nie powiemy, jest mocniejsze od tego, co byśmy mieli powiedzieć; często zostawia się daną spra- wę celowo niedopowiedzianą, aby wywierała jeszcze moc- niejsze wrażenie. Takie są zasady społecznych interakcji: pewne rzeczy stają się zrozumiałe z uwagi na sytuacyjny kontekst albo wcześniejsze doświadczenia. Amerykański socjolog William Thomas, przedstawiciel niezwykle popu- larnej w XX wieku szkoły interakcjonizmu symbolicznego, stworzył pojęcie definicji sytuacji, która w pewnym sensie jest synonimem reguł zachowania się – często rozumiemy reguły gry, mimo iż nie zostały przez nikogo wprost wer- balnie określone. Miklas znał wydarzenia mające miejsce w Olsztynie, słyszał o wcześniejszych porwaniach, więc zrozumiał słowa porywacza jednoznacznie, jednak z dru- giej strony – zostały one wypowiedziane w taki sposób, że nie dawały podstaw do podjęcia oficjalnych kroków praw- nych, w postaci np. zawiadomienia organów ścigania, bez sprawdzenia dodatkowych okoliczności. Co chciał osiągnąć porywacz, artykułując swoje żąda- nie w ten sposób i nie wyjaśniając, o co chodzi? Wzmocnić przekaz, zyskać na czasie, a także opóźnić moment zawiadomienia policji. Dał Miklasowi do zrozu- mienia, że wydarzyło się coś złego i powiedział, o jakie pieniądze toczy się gra, czyli przekazał najważniejsze ze swojego punktu widzenia informacje. Zanim Miklas po- twierdził swoje przypuszczenia, minęło trochę czasu. POINFORMOWANIE POLICJI 19 Powiadomił policję? Mimo iż porywacz nie wypowiedział klasycznej dla ta- kich sytuacji formułki: „żadnej policji…”, Jarek nie chciał złożyć oficjalnego zawiadomienia o porwaniu syna. Jak dla mnie było to trochę dziwne; oczywiście z jednej stro- ny miał prawo obawiać się, że zawiadomienie organów ści- gania rozjuszy porywacza, a działania policji – biorąc pod uwagę jakość ich pracy przy wcześniejszych olsztyńskich porwaniach – nie gwarantowały niczego dobrego. No ale z drugiej strony… Dlaczego porywacz nie zabronił zawiadamiać policji? Nie mam pojęcia. Może dlatego, że był tak pewny siebie, że nie czuł zagrożenia z ich strony, może po prostu wie- dział o konflikcie olsztyńskiego środowiska biznesowego z lokalną policją i liczył na to, że Miklasowie i tak nie za- wiadomią policji, a może po prostu o tym zapomniał? Nie wiem. Wtedy się nad tym nie zastanawiałem. Tak czy tak powiedziałem Miklasom, że jeżeli nie zawiadomią policji – nie przyjmę zlecenia. To była krótka piłka. Policja, jak- kolwiek nieefektywnie by pracowała, to jednak policja; a biorąc pod uwagę, że organy ścigania od dłuższego czasu rozpracowywały gang „mutantów”, który kontrolował ten teren, nie można było ich nie zawiadomić. W końcu Jarek, zmuszony przez Hanię, zgodził się zgłosić na policji znik- nięcie syna, a ja zacząłem działać. Dlaczego tak bardzo Panu zależało na powiadomieniu policji? Każdy obywatel, wiedząc, że doszło do popełnienia przestępstwa – a porwanie jest przestępstwem – ma moralny obowiązek zawiadomić o tym fakcie organy i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 20 a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R ścigania, a w przypadku niektórych przestępstw wręcz prawny obowiązek. Jeżeli więc Miklasowie nie zawiado- miliby policji, ja bym to zrobił, a jeżeli nie potwierdziliby tej okoliczności, nie przyjąłbym zlecenia. Poza tym od za- wsze wyznaję zasadę, że podejmując jakieś działania, któ- re mogą skutkować ujęciem przestępcy, powiadamiam o tym lokalną policję, żeby wiedziała, że coś się dzieje na jej terenie. Zawsze staram się być uczciwy w stosunku do organów ścigania, a jeżeli jest tylko taka możliwość – chętnie z nimi współpracuję. Nigdy nie złamałem tej za- sady, a policjanci wiedzą, że o ile prywatnie możemy się nie lubić, o tyle w sprawach zawodowych zawsze gramy do jednej bramki. Tak było wtedy, gdy prowadziłem spra- wę porwanego Piotrka i tak jest teraz, gdy tropię i ujmu- ję pedofilów. Miklasowie powiadomili policję. Co było dalej? Sprowadziłem na miejsce swoich ludzi, którzy podję- li standardowe działania: sprawdzili, z jakiego numeru dzwonił porywacz, zamontowali kilka kamer w okoli- cach domu Miklasów, podłączyli urządzenia rejestrują- ce w telefonie Jarka i Hani, a ja poszedłem w miasto – do baru o nazwie Meluza, w którym można było spotkać „mutantów”. W jakim celu? To był teren kontrolowany przez grupę „mutantów”. Praktycznie nic nie działo się bez wiedzy bądź zgody kie- rownictwa tej bandy, więc to oni musieli stać za porwa- niem Piotrka albo co najmniej wiedzieć, kto to zrobił. Wchodząc do knajpy, pokazałem im, że jestem na ich te- renie. Miałem nadzieję, że po mojej wizycie w barze, za- czną się zastanawiać, co robię w Olsztynie, czy nie prowa- dzę na tym terenie żadnej sprawy. W ten sposób chciałem wywołać pewien popłoch w ich środowisku, zagrać na ich emocjach, wywołać zdenerwowanie i w ten sposób sprowokować do popełnienia błędu, dzięki któremu zloka- lizuję miejsce przetrzymywania chłopaka. Posiedziałem trochę w knajpie, potem pokręciłem się jeszcze po mieście i wróciłem do domu Miklasów. 21 SKĄD DZWONIŁ PORYWACZ? Udało się ustalić, skąd dzwonił porywacz? Tak, bez trudu, ale to zbytnio nie pomogło w śledztwie – porywacz dzwonił z budki telefonicznej, oddalonej o kil- ka kilometrów od domu Miklasów. Pamiętam, że kiedy było już parę minut po północy zadzwoniłem do śledcze- go, który ze strony policji prowadził sprawę, a potem po- szedłem do hotelu, żeby chociaż parę godzin się zdrzem- nąć. W domu Miklasów zostawiłem dwójkę swoich ludzi. Często się zdarza, że porywacze dzwonią w nocy? Porywacz zyskuje, gdy dzwoni w nocy. Zdecydowa- na większość społeczeństwa w dzień pracuje, a w nocy śpi. Jeżeli zadzwonię do kogoś w nocy, kiedy ten ktoś śpi – to, mimo że odbierze telefon, będzie potrzebował kil- ku minut na pełne przebudzenie, szczególnie jeżeli znaj- dował się w głębokim śnie. Zapamięta informację, które mu przekazałem w ciągu tych kilku minut, ale nie zapa- mięta istotnych szczegółów, takich jak charakterystyczne dźwięki w tle czy ton mojego głosu, które z punktu widze- nia skuteczności poszukiwań są niezwykle istotne. Oczy- wiście w przypadku porwania człowieka, jego najbliżsi nie śpią głębokim snem – jeżeli w ogóle śpią – jednak z powo- du dużych emocji i zmęczenia, ich organizm reaguje po- dobnie jak w głębokim śnie, czyli powolnie i z opóźnie- niem. W przypadku porwania Piotrka były małe szanse i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 22 na to, aby porywacz zadzwonił w nocy, jednak nie można było tego wykluczyć, dlatego wysłałem dwójkę swoich lu- dzi w okolice budki telefonicznej, z której dzwoniono. Skąd pewność, że nie zadzwoni w nocy? Skoro porywacz za pierwszym razem dzwonił z budki telefonicznej, prawdopodobnie kolejny raz kontaktowałby się z rodzicami Piotrka w ten sam sposób. W nocy na uli- cach jest prawie pusto. Założyłem, że porywacz wiedział o trwających poszukiwaniach chłopca i powiadomieniu policji, mógł więc podejrzewać, że budka jest obserwowa- na i zdawać sobie sprawę, że zbliżając się do niej pod osło- ną nocy, wzbudzi zainteresowanie i prawdopodobnie zo- stanie zatrzymany. Mógł przecież zadzwonić z innego miejsca. Tak, brałem pod uwagę taką ewentualność, ale w Olsz- tynie i okolicznych miejscowościach było zbyt dużo bu- dek telefonicznych, żeby wszystkie obstawić. Musieliśmy czekać na kolejny telefon od porywacza, aby określić krąg, po którym się porusza. Na szczęście nie trzeba było zbyt długo czekać. Następnego dnia rano porywacz zadzwonił zapytać, czy Jarek zebrał pieniądze. W jego telefonie wy- świetlił się numer kabiny telefonicznej oddalonej o kilka kilometrów od miejsca pierwszego kontaktu. Skoro pory- wacz ponownie wybrał taką formę łączności z rodzicami chłopca, a dokładnie z ojcem Piotrka, wiedzieliśmy, że ko- lejny raz skontaktuje się w ten sam sposób. W rejonie, po którym poruszał się porywacz, było siedem budek telefo- nicznych, moi ludzie byli w okolicach pięciu z nich – wy- starczająco blisko, aby w razie kontaktu ująć dzwoniącego, a zarazem nie aż tak blisko, żeby zostać zauważonymi. Po- zostałe dwie kabiny wykluczyliśmy, ponieważ to z nich zo- stały wykonane dotychczasowe telefony. Skoro porywacz a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R nie zadzwonił za drugim razem z tego samego miejsca co poprzednio, nie zrobiłby tego również za trzecim razem. 23 Nie założyliście podsłuchu w firmie Miklasa? Nie było takiej potrzeby. Prawdopodobieństwo, że po- rywacz zadzwoni do firmy, było bliskie zeru. Miklas nie miał numeru zewnętrznego, a zanim sekretarka połączy- łaby z nim dzwoniącego porywacza, upłynęłoby zbyt dużo czasu – wystarczająco, żeby bez trudu ustalić miejsce po- bytu dzwoniącego i ująć go w trakcie rozmowy. Poza tym wykonanie telefonu do firmy Miklasa wiązało się z tym, że sekretarka albo inna osoba, która przełączy rozmowę, a nie jest emocjonalnie związana ze sprawą, może rozpo- znać głos porywacza. W takiej sytuacji atut w postaci ano- nimowości – w tym czasie bowiem fakt, że za porwaniem stała grupa „mutantów”, był silną, ale tylko poszlaką – pry- śnie jak bańka mydlana. POZYSKIWANIE INFORMACJI Nie mogliście po prostu ująć ludzi z tej grupy prze- stępczej, wziąć ich na przesłuchanie i zdobyć informacji o miejscu przetrzymywania Piotrka? Po pierwsze, nie było na nich kwitów, a po drugie, to nie byli ludzie, którzy ochoczo śpiewali na przesłucha- niach. To były zwykłe „karki” o niezbyt wysokim pozio- mie inteligencji. Niczego byśmy się od nich nie dowiedzie- li. Musieliśmy kombinować inaczej. Życie nauczyło mnie, że informacja to władza. Część moich ludzi obstawiała budki telefoniczne, pozostałych dwoje czekało na telefon od porywacza w domu Miklasów, a ja poszedłem w teren pogadać z informatorami. Miałem w Olsztynie kilku, po- wiedzmy… przyjaciół, którzy mogli mieć jakieś informacje o porwanym chłopaku. i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 24 a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R Nie lepiej było zostać w domu Miklasów i czekać na telefon od porywacza, a do zbierania informacji wysłać swoich ludzi? „Information’s pretty thin stuff unless mixed with experience” (tłum. informacja znaczy bardzo niewiele, je- śli nie idzie w parze z doświadczeniem). Nie każdy infor- mator przekaże moim ludziom takie wiadomości, jakie przekazałby mnie – podczas rozmowy w cztery oczy. Pro- ces pozyskiwania informacji jest bardzo skomplikowany – nie wystarczy pójść i po prostu zapytać. Trzeba wiedzieć, w jaki sposób zadać pytanie, w jaki sposób przetworzyć pozyskaną informację i wykorzystać ją do zadania kolej- nego pytania. Tych umiejętności człowiek uczy się przez wiele lat – nie przyswaja tej wiedzy w szkole, tego uczy uli- ca. Ze względu na to, że sytuacja rozgrywała się na tere- nie „mutantów”, życie chłopaka było w bardzo poważnym niebezpieczeństwie. Nie mieliśmy czasu na to, aby zespół wgryzł się w teren, poznał ludzi, którzy mają informacje o Piotrku, zdobył je i przetworzył, dlatego osobiście zają- łem się tą sprawą. Każda godzina była na wagę złota. Dlaczego czekał Pan do rana zamiast pójść do nich od razu? Informatorów trzeba traktować jak partnerów, trze- ba szanować ich oraz ich czas. Kiedy dotarłem do Olszty- na, był późny wieczór, gdy zrobiłem wstępny rekonesans, była północ. O tej porze moje „źródła” albo były w pracy, bo kilkoro z nich trudniło się pracą w ochronie, albo spały, albo były na ostrym podwójnym gazie. Nie mogłem z miej- sca pójść do agencji towarzyskiej, w której pracowała jedna z tych osób i wypalić z grubej rury, czy wie coś o porwaniu chłopaka, bo zaraz ktoś by zauważył, że się znamy, przez co mogłaby mieć problemy. Wszystko trzeba robić z głową i wyczuciem. Jak się pozyskuje informatorów? Są dwie metody: za pomocą strachu albo szacunku. Ta pierwsza jest zazwyczaj wykorzystywana przez młodych, niedoświadczonych policjantów, którzy nie mają bazy swoich kontaktów, a muszą iść w teren i zdobyć informa- cje – przyuważają jednego z drugim, jak wciągają kreskę* na squacie** czy rozprowadzają narkotykową „drobnicę”, spuszczają lekkie manto i dają propozycję nie do odrzuce- nia: pracujesz dla mnie albo idziesz siedzieć za to, co masz w kieszeni, a w prezencie jeszcze coś w niej znajdę. W taki sposób pozyskany informator będzie źródłem wiedzy dla policjanta, ale nie wtedy, kiedy będzie miał informacje mo- gące go zainteresować, tylko wtedy, kiedy ten policjant do niego po informacje przyjdzie, a jemu nie uda się przed nim uciec. Informatorzy w takim układzie nie czują się dobrze – dostają pieniądze za informacje, ale czują się jak ostatni śmieć. Jestem przeciwnikiem takiej metody i w swojej pra- cy wykorzystuję tę drugą. Pozyskanie informatora przez szacunek polega na kon- trolowanym zakolegowaniu się z człowiekiem: wybieram sobie osobę, która ze względu na środowisko, w którym przebywa, miejsce zamieszkania, pracy czy wykonywany zawód, może posiadać przydatne informacje i rozpoczy- nam z nim znajomość – zawsze od pozyskania jakiejś infor- macji, za którą mu płacę. Ta informacja może mi w danym momencie w ogóle nie być potrzebna, ale jej zdobycie oraz zapłacenie za nią jest niezwykle ważne – od samego po- czątku określa charakter relacji oraz pomaga w ustaleniu, czy informator ma dostęp do informacji i czy jest w sta- nie szybko je zdobyć, czy nie, a także, czy jest wiarygodny. * Wciągnąć kreskę – zażyć porcję narkotyku (przyp. red.). ** Squat (ang.) – opuszczona nieruchomość zamieszkana przez dzikich loka- torów (przyp. red.). 25 i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 26 a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R Bardzo ważne jest, aby regularnie utrzymywać kontakt z informatorem, odwiedzać go co jakiś czas – tak po pro- stu, żeby zapytać, co u niego słychać, czy czegoś nie po- trzebuje, czy nie ma kłopotów, a nie tylko po to, żeby zgło- sić zapotrzebowanie na informacje. Po 26 latach pracy w tym zawodzie mam siatkę ponad kilkudziesięciu infor- matorów. Z logistycznych przyczyn nie jestem w stanie odwiedzać każdego z nich kilka razy w roku – bez żadne- go powodu, ale do tych, z którymi dawno się nie widzia- łem, staram się wysłać co jakiś czas zwykłego SMS-a z py- taniem, co słychać. Dzięki tym rozmowom wiem, kto jest na jakim etapie w życiu, jakie może mieć informacje i czy po prostu mogę mu w jakiś sposób pomóc. To jest niezwy- kle potrzebne do podtrzymania relacji. Oczywiście, dobre relacje są ważne, ale niewystarczają- ce, zawsze trzeba bowiem wynagradzać swoich informa- torów. Za dobrze wykonaną pracę czy za wiedzę należy się godziwa zapłata. Parę lat temu, kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, byłem przejazdem w Gdańsku, w dro- dze powrotnej zahaczyłem o Sopot i odwiedziłem jednego z moich informatorów. Nie w celach zawodowych, ale to- warzyskich, bo widziałem, że coś go trapi. Pogadaliśmy na spokojnie i okazało się, że ma drobne problemy finansowe; szły święta, a on nie miał pieniędzy na prezenty dla dwóch córek. Wybadałem go, jakie prezenty chciałyby dziewczy- ny, a potem poszedłem do sklepu i te rzeczy kupiłem. Pa- miętam jego minę, gdy do niego wróciłem z prezentami – nigdy nie pokazywał emocji, a wtedy się rozkleił. W taki sposób buduje się relację. Informator musi wiedzieć, że może na mnie polegać, bo wtedy, kiedy ja będę go potrze- bował, on też nie odmówi mi pomocy. Tak to działa. Zdarza się również, że informatorzy zgłaszają się do mnie sami. Nazywam ich sygnalistami: dzwonią na nu- mer alarmowy biura z własnej inicjatywy i przekazują konkretne informacje. Zazwyczaj ich motywem jest ze- msta, a sygnalistami kobiety. 27 A jeżeli na danym terenie nie ma Pan informatorów? Zdarza się, że nie mam wtyczki w jakiejś okolicy bądź moi informatorzy są niedostępni albo nie mają informa- cji potrzebnych mi do śledztwa, czy też nie są w stanie ich pozyskać. W takich przypadkach korzystam z informato- rów ad hoc – na potrzeby danej sprawy. Pozyskuję ich do- kładnie w taki sam sposób jak tych stałych: wyszukanie osoby, obserwacja pod kątem sytuacji finansowej, wyba- danie zainteresowania przekazaniem informacji, ocena wartości posiadanych wiadomości, pozyskanie informacji i zapłata; z tą różnicą, że kontakt z taką osobą zazwyczaj kończy się po sfinalizowaniu danej sprawy. Oczywiście, są przypadki, że tacy informatorzy stają się moimi stały- mi współpracownikami, jednak dzieje się tak niezwykle rzadko i tylko w przypadku, gdy osoby te posiadają sze- roką wiedzę na temat tego, co dzieje się na ich terenie – to podstawowy wymóg. Czy na temat porwania Piotrka Miklasa stali infor- matorzy posiadali jakąś wiedzę? Uruchomiłem swoje kontakty, przedstawiłem temat tym, którzy działali na terenie Olsztyna albo mieli wejście do grupy „mutantów” i poprosiłem ich o jakieś informacje. Niestety, na gorąco nie wiedzieli nic o porwaniu Piotrka, ale byliśmy umówieni na kontakt pod koniec dnia. W cza- sie, kiedy moi informatorzy próbowali zdobyć przydatne dla śledztwa informacje, poszedłem zjeść coś do Meluzy – żeby jeszcze bardziej podkreślić swoją obecność w Olszty- nie. Było chwilę po otwarciu, poza mną i barmanem nikogo nie było. Zamówiłem mocną kawę, coś do zjedzenia i usia- dłem przy barze, żeby poobserwować trochę barmana, i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 28 a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R który był zaprzyjaźniony z grupą „mutantów”. Nie upły- nęła dłuższa chwila, gdy zaczął do mnie zagadywać, py- tać, co robię w Olsztynie, w jakim hotelu się zatrzymałem i jak długo mam zamiar zostać. Ewidentnie było widać, że ktoś kazał mu dowiedzieć się o moim pobycie jak najwię- cej. Bez owijania w bawełnę powiedziałem mu, że wyna- jęli mnie Miklasowie do odnalezienia ich syna. Pamiętam, że był wyraźnie zaskoczony powodem mojej obecności w Olsztynie. Próbowałem go wybadać czy zna sprawę, ale niczego konkretnego się nie dowiedziałem, więc skończy- łem śniadanie i poszedłem do domu Miklasów, żeby omó- wić dalsze działania. OKOLICZNOŚCI PORWANIA MIKLASA Nie zdziwiło Pana zachowanie barmana? Barmani nie tylko w filmach są świetnymi obserwato- rami, a nierzadko również aktorami. To stały element ich pracy – muszą umieć udawać i z przekonaniem mówić to, co klient chce usłyszeć. Wydaje mi się jednak, patrząc na jego zachowanie z perspektywy swojego doświadczenia, że zauważyłbym, gdyby kłamał. Gdy dzień wcześniej by- łem w tym pubie, też był na zmianie – widać było, że do- brze zna się z chłopakami od „mutantów”. Od jednego ze swoich informatorów wiedziałem, że facet jest wprowa- dzony w interesy tej grupy i ma rozległą wiedzę o prowa- dzonych przez nią działaniach. Dlaczego więc w tak prze- konujący sposób, po krótkim zastanowieniu, powiedział, że nic nie wie o zniknięciu Piotrka? Nie wiem. Poszedł Pan do domu Miklasów. Co było dalej? Cóż… w zasadzie to nic nie było. Do rodziców chłopaka nikt nie dzwonił, w pobliżu budek telefonicznych nie po- jawił się, od momentu drugiego telefonu, nikt podejrzany. Cisza i spokój. Policja też nic nie miała. Poleciłem swoim ludziom zrobić dyskretną obserwację liderom grupy „mu- tantów”, a sam pojechałem z Hanią do szkoły Piotrka, żeby porozmawiać z nauczycielami i innymi pracownikami pla- cówki. Kilka godzin wcześniej rozmawiała z nimi poli- cja. Nikt nie zauważył nic podejrzanego w dniu porwania Piotrka. Chłopak skończył lekcje przed dwunastą, wyszedł ze szkoły, a następnie miał pójść na piechotę do domu. 29 Na piechotę? Miklasowie nie mieszkali daleko od szkoły, więc co- dziennie rano Jarek odwoził syna do szkoły, a po lek- cjach Piotrek wracał do domu sam bądź z kolegami – każ- dego dnia tą samą drogą. Zadzwoniłem do swoich ludzi, którzy czekali w domu Miklasów (na wypadek gdyby za- dzwonił porywacz), żeby jeden z nich przyjechał pod szko- łę i w trójkę – razem z Hanią – próbowaliśmy odtworzyć drogę Piotrka do domu i miejsce, w którym prawdopodob- nie został porwany. Dodatkowo ściągnąłem jeszcze czte- rech swoich ludzi do pomocy w poszukiwaniach chłopa- ka. Po przeanalizowaniu drogi Piotrka ze szkoły do domu, ustaliliśmy dwa najprawdopodobniejsze miejsca porwa- nia: pierwszym z nich było osiedle z dużej płyty, jako dru- gie wytypowaliśmy okolice firmy transportowej. Oczywi- ście, nie było powiedziane, że to właśnie w jednym z tych miejsc został porwany, jednak z całej trasy właśnie one były najbezpieczniejsze dla porywacza. Na osiedlu mieszkało kilka tysięcy osób, każdy był ano- nimowy, nikt więc nie zapamiętałby twarzy chłopca oraz porywacza, nie mówiąc o numerach rejestracyjnych sa- mochodu; zaś firma transportowa była zlokalizowana przy ruchliwej drodze, a do samej firmy codziennie przy- jeżdżało kilkadziesiąt samochodów, więc to, że ktoś zapa- mięta numery rejestracyjne wozu czy twarz ofiary bądź i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 30 a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R porywacza również było bardzo mało prawdopodobne. Porywacz wiedział, jak wygląda chłopak, o której godzinie kończy lekcje, w jaki sposób oraz jaką drogą wraca do domu. To świadczyło o tym, że porwanie było dobrze za- planowane i wykluczało przypadkowe przejęcie chłopa- ka, potwierdzając moje przypuszczenia, że młody Miklas został uprowadzony w jednym z tych dwóch miejsc. Dla pewności udałem się do firmy transportowej, żeby poka- zać jej pracownikom zdjęcie chłopaka i ustalić, czy ktoś za- uważył coś podejrzanego w dniu porwania chłopca, a Ha- nia i mój pracownik poszli na osiedle, żeby o to samo tam rozpytać ludzi. Udało się coś ustalić? Nikt z pracowników firmy nie kojarzył Piotrka. Nikt też nie zauważył niczego dziwnego w czasie, w którym znik- nął. Udało się jednak ustalić, że to jednak nie okolice fir- my były miejscem uprowadzenia. Przed firmą oraz po jej bokach – na rampach załadunkowych – były zamontowane kamery, które nie zarejestrowały chłopca tego dnia. Gdy- by tamtędy szedł, kamery by to wychwyciły. To oznaczało, że Piotrek nie zdążył dotrzeć w okolice firmy. Najbardziej prawdopodobnym miejscem porwania było zatem osiedle. Dołączyłem więc do Hani i swojego człowieka, a kilka mi- nut później dołączyli do nas jeszcze pozostali moi ludzie, którzy przyjechali z Łodzi. Rozdzieliliśmy się i zaczęliśmy intensywne wypytywania o chłopca, o dziwne zdarzenia z poprzedniego dnia. Nikt niczego nie zauważył. Na osie- dlu nie było też żadnej kamery, więc po kilku godzinach udaliśmy się do domu Miklasów. Przepadł jak kamień w wodę? Rozpłynął się w powietrzu… Dotychczasowe działania nie przyniosły żadnego efektu. Nie udało mi się ustalić nic poza tym, po jakim obszarze porusza się porywacz. Ogon, jaki puściliśmy za ludźmi od „mutantów”, też nie wniósł niczego do sprawy – nie robili nic, co uzasadniałoby ich zatrzymanie. Policja też nic nie miała. Mijały kolejne go- dziny, a porywacz się nie odzywał. Cóż… czasami tak bywa. Nie miałem żadnego punktu zaczepienia, więc po- jechałem ze swoimi ludźmi raz jeszcze na osiedle, licząc, że spotkamy kogoś, z kim do tej pory nie rozmawiali- śmy i dowiemy się czegoś ciekawego. I tak nam zeszło do późnego wieczora. Przed północą zadzwonił do mnie in- formator. Spotkaliśmy się, ale ta rozmowa też nie wnio- sła wiele do śledztwa – wręcz przeciwnie, utrudniła całą sprawę. Z informacji mojego informatora wynikało, że to nie grupa „mutantów” stała za porwaniem chłopaka, a kierownictwo grupy próbuje ustalić, kto działa na ich terenie bez ich wiedzy i zgody. To jeszcze bardziej zagma- twało całą sprawę i zamiast przybliżyć mnie do rozwią- zania sprawy, wręcz przeciwnie – oddaliło od niego. Kto odważyłby się wejść na teren „mutantów”? W sensie ogól- nym, w kontekście pojęcia „mafia”, to nie była silna grupa, ale byli wystarczająco mocni jak na lokalne warunki. Żad- na z małych grup nie zaryzykowałaby konfliktu z nimi, a poza grupą Litwina żadna większa organizacja nie dzia- ła na tym terenie. GRUPA LITWINA A „MUTANCI” Grupa Litwina porwała chłopaka? Na to by wychodziło, ale zachowania porywaczy nie były w ich stylu - oni nie dzwoniliby do ojca Piotrka, nie bawiliby się w subtelne sugestie, o co chodzi. Przekazali- by mu prosty komunikat, że mają jego syna, wyznaczy- li krótki termin na przekazanie okupu i zamknęli spra- wę. Natomiast od porwania Piotrka minęło wiele godzin, 31 i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 32 a porywacz nie powiedział nawet, w jaki sposób ma zostać przekazany okup, w jakiej walucie i w jakich nominałach. Nie powiedział w zasadzie nic. Często porywacze zachowują się w taki sposób? Duże, zorganizowane grupy przestępcze bardzo rzadko. Wynika to z prostego powodu: są obserwowane przez or- gany ścigania, w mniejszym bądź większym stopniu, a im dłużej przetrzymują porwanego, tym większe ryzyko, że wpadną i zamiast okupu dostaną kilka ładnych lat odsiad- ki. Z tego względu chcą jak najszybciej zakończyć sprawę – dostać okup i oddać porwanego rodzinie albo – tak jak mo- kotowscy – zabić. Zabić? Bandyci, cokolwiek by o nich nie mówić, mają swoje za- sady, a jedną z nich jest oddanie porwanego w przypad- ku otrzymania okupu. Taką zasadą kierowała się m.in. grupa Litwina, która była jedną z najbardziej rzetelnych grup przestępczych działających w naszym kraju. Moko- towscy z kolei charakteryzowali się tym, że jeżeli porwa- li człowieka, bez względu na to, czy został za niego zapła- cony okup, czy też nie, brutalnie go mordowali, a wcześniej przesyłali jego palec rodzinie. Miał Pan zaufanie do swojego informatora? Może po prostu ktoś z grupy „mutantów” celowo wprowadził go w błąd? Wykluczyłem taką ewentualność. Mój informator był znany i szanowany w tym środowisku, a poza tym na- wet gdyby ktoś próbował go wprowadzić w błąd, bardzo szybko by się zorientował. Po rozmowie z nim praktycz- nie wykluczyłem udział „mutantów” w porwaniu Piotrka Miklasa. a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R PO NITCE DO KŁĘBKA 33 Jeśli nie oni i nie grupa Litwina, to kto? Długo się nad tym zastanawiałem. Z racji tego, że wyeli- minowałem udział „mutantów” w porwaniu chłopaka, moi ludzie przestali obserwować kierownictwo tej grupy, a za- częli obserwować okolice okręgu, po którym poruszał się porywacz – pod kątem miejsca przetrzymywania chłopa- ka. Poszukiwania nie przynosiły efektu, zarówno prowa- dzone przeze mnie, jak i przez policję. Czekaliśmy na kolej- ny ruch ze strony porywaczy. Porywacz zadzwonił? Tak, ale dopiero następnego dnia. Od razu na radio do- stałem cynk od swojego człowieka, który był w domu ro- dziców Piotrka. Następnego dnia porywacz miał zadzwo- nić i wskazać miejsce przekazania okupu. Natychmiast kazałem zespołowi, który znajdował się najbliżej miejsca, z którego dzwoniono do Jarka, jechać w jego okolice i ująć porywacza. Niestety, nikogo już tam nie było, a słuchaw- ka od aparatu – tak jak poprzednio - była odcięta. Kazałem swoim ludziom zabezpieczyć teren, a sam zadzwoniłem do śledczego, żeby przedyskutować z nim kwestię telefonu od porywacza. W międzyczasie technik policyjny pojawił się na miejscu kontaktu, aby zebrać odciski palców z kabla od aparatu, klawiatury i kabiny telefonicznej. ŚLADY PALCÓW NA KABLU TELEFONICZNYM I co się okazało? Policjanci stanęli na wysokości zadania. Odciski palców zostały zebrane i błyskawicznie sprawdzone. Na tym eta- pie udało się ustalić tożsamość tylko jednej osoby – An- drzeja Bąka, członka napadającej przed laty na tiry grupy i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 34 przestępczej, który kilka tygodni wcześniej opuścił za- kład karny. Odciski pozostałych osób nie widniały w po- licyjnym rejestrze. Co więcej, ślady Bąka były na kablu te- lefonicznym, ale nie znajdowały się na kabinie aparatu. Ta okoliczność dała mi wiele do myślenia. Jakie to miało znaczenie? Niespójność pomiędzy odciskami Bąka na kablu tele- fonicznym i na klawiaturze aparatu, a mówiąc precyzyj- niej obecność jego śladów na kablu i brak na klawiaturze świadczyła o tym, że Bąk zacierał ślady, usuwając swoje odciski z klawiatury. Dla mnie była to oczywista przesłan- ka, że za porwaniem młodego Miklasa stoi właśnie on – od razu wysnułem taki wniosek. Dlaczego w takim razie nie starł odcisków palców z kabla? W życiu codziennym istnieje cały repertuar czynności, których sobie nie uświadamiamy, wykonujemy je podświa- domie, na zasadzie mechanicznych odruchów lub w po- rządku behawioralnym; zwłaszcza gdy w grę wchodzi powtarzalność danych działań albo stres, nerwowość, dra- maturgia sytuacji. Automatycznie sięgamy po zapalnicz- kę, gdy chcemy zapalić papierosa; obgryzamy paznokcie, kiedy oglądamy mecz; dziewczyna flirtująca z chłopakiem wierci dziurę w podłodze obcasem od buta. Ten niewerbal- ny przekaz, „mowa ciała”, może nam dostarczyć wielu waż- nych informacji o człowieku oraz badanej sytuacji, zdra- dzić istotne szczegóły. Gdy funkcjonariusze wywiadu bądź kontrwywiadu przesłuchują świadków rozmaitych zda- rzeń, to w odróżnieniu od policji czy prokuratury większą uwagę zwracają na przekaz niewerbalny niż werbalny. Sęk w tym, że tych odruchów oraz reakcji, dokonywanych automatycznie, mimochodem, nieświadomie, po prostu nie a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R 35 pamiętamy, nie mamy świadomości ich wykonania. Podeks- cytowany sytuacją Bąk, pod wpływem stresu zwijał w pal- cach kabel i kręcił nim we wszystkie strony, ale tej czynności nie zapamiętał. Wykonywał ją podświadomie, myślał więc, że dotykał tylko słuchawki oraz klawiatury. Słuchawkę więc odciął i zabrał ze sobą, a klawiaturę wytarł. Fakt niespójności pomiędzy śladami Bąka na kablu i klawiaturze telefonu dał mi do zrozumienia, że to on zorganizował porwanie, gdyż zacierał ślady, usuwał odciski swoich palców. Bandyta napadający na tiry porywaczem? Na tym etapie nie wiedziałem tego oczywiście na 100 procent, ale to był jedyny trop. Przejrzałem więc ra- zem ze śledczym jego kartotekę, zapoznałem się z profilem psychologicznym i opinią jego opiekuna z zakładu karnego – z dokumentów nie wynikało, aby był zdolny do porwania człowieka. Jego opiekun stanowczo zaprzeczył, aby An- drzej mógł być zamieszany w porwanie Piotrka. W trakcie odbywania kary wykazywał skruchę i nic nie wskazywa- ło na to, aby po wyjściu z więzienia wrócił do przestęp- czego świata. Podrzuciłem informatorom jego nazwisko do sprawdzenia i po kilku godzinach dostałem informację zwrotną, że Bąk nie jest powiązany z żadną grupą prze- stępczą. Kilka miesięcy przed nim wyszedł z więzienia jego dawny wspólnik Ireneusz Nieczas, ale i on – zdaniem moich informatorów – nie miał żadnych związków z gru- pami przestępczymi. W taki sposób mieliśmy dwóch po- dejrzanych. Udałem się do domu Miklasów, żeby przeka- zać im te informacje. Jak zareagowali? Nic im nie mówiły nazwiska tych dwóch mężczyzn, przynajmniej tak mi powiedzieli. Za to Jarek oznajmił, że nie zapłaci żadnego okupu. W pełni popierałem jego i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 36 decyzję – płacenie okupu to najgorsze, co można zrobić w sytuacji porwania. Podjąłem decyzję o podjęciu gry z porywaczami. Na czym ta gra miała polegać? O dwunastej następnego dnia miał dzwonić porywacz. Tak się stało – zadzwonił, jednak telefonu nie odebrał Ja- rek, tylko ja. – Rutkowski, słucham – powiedziałem. – Nie gadam z Tobą, daj mi Jarka do telefonu – odpowie- dział. – Wykluczone. Albo gadasz ze mną, albo z nikim. Porywacz wiedział, że nie ma specjalnego wyboru. Był w kiepskim położeniu – od porwania minęły blisko trzy doby, a z każdą kolejną ryzyko, że wpadnie, było coraz większe. – Posłuchaj, k… – powiedział wyprowadzony z równo- wagi – jutro o dwunastej milion papieru. – Spokojnie, bez nerwów. Najpierw chcę usłyszeć chło- paka. – Wykluczone – powiedział. – OK. Rozłączam się. – chciałem to zrobić, ale w tym mo- mencie powiedział, że nie da mi chłopaka do telefonu, ale da inny dowód na to, że Piotrek żyje. Zaraz potem się rozłączył. Skąd dzwonił? Z budki telefonicznej, ale nie z dotychczasowego kręgu działania, tylko z oddalonej o 40 kilometrów od Olsztyna – Ostródy. Zorientował się, że obserwujemy olsztyńskie budki telefoniczne i nie chciał ryzykować wpadki. Pojechaliście sprawdzić tę budkę? Wysłałem tam swojego człowieka, któremu towarzy- szył śledczy prowadzący sprawę oraz technik policyjny. a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R 37 Podobnie jak poprzednio porywacz odciął słuchawkę, ale na budce były odciski palców Andrzeja Bąka. Mieliśmy pewność – to on stał za porwaniem chłopaka. W między- czasie moi informatorzy próbowali się dowiedzieć, gdzie może przebywać Bąk, ale bez większego skutku. Nikt nie wiedział, gdzie gość się zamelinował. Styl działania pory- wacza sugerował, że nie pracuje sam – że w całym porwa- niu bierze udział jeszcze co najmniej jedna osoba. Natural- nym kandydatem do tego miana był jego dawny wspólnik w napadaniu na tiry, więc puściłem wici swoim informa- torom, żeby dowiedzieli się o nim jak najwięcej. Kiedy cze- kałem na informację od nich, byłem w drodze do Ostródy, żeby rozejrzeć się po okolicy miejsca kontaktu. Miałem nadzieję, że zauważę coś, co będzie pomocne w śledz- twie. W tym czasie zadzwonił na moją komórkę pory- wacz Piotrka – nie wiem, skąd miał mój numer telefonu – i powiedział, że dowód życia znajdę przy głównej drodze z Olsztyna do Tomaszkowa, na wysokości tabliczki infor- mującej o wyjeździe z Olsztyna. W ciągu kilkunastu mi- nut byłem na miejscu. Będąc w drodze, poinformowałem o treści rozmowy śledczego; mniej więcej w tym samym czasie dotarliśmy na miejsce wskazane przez porywacza. Znaleźliście dowód na to, że chłopiec żyje? Początkowo nie mogliśmy znaleźć niczego, co można byłoby za niego uznać. Po chwili jednak na poboczu dro- gi znaleźliśmy butelkę po wódce, a w niej zdjęcie chłopa- ka trzymającego w ręku gazetę lokalną z tego dnia. To nam wystarczyło, żeby się upewnić, że chłopak żyje – przynaj- mniej w momencie wykonania zdjęcia. Na podstawie zdję- cia nie można było jednak w żaden sposób ustalić miejsca jego przetrzymywania. Po godzinie porywacz zadzwo- nił, mówiąc, że dał nam dowód na to, że chłopiec żyje, a te- raz chce pieniądze – następnego dnia punktualnie o 12.00. i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 38 a i n a w r o P | i k s w o k t u R f o t z s y z r K w y t k e t e D | a j a i Z z s a k u Ł , a k ń a M n a m o R W granicach godz. 11.30 miał zadzwonić, żeby wskazać miejsce przekazania okupu; planowałem mu powiedzieć, że rodzicom chłopca nie udało się zgromadzić całej sumy i musi jeszcze poczekać. Wróciłem do domu Miklasów, żeby przekazać im te informacje oraz tożsamość praw- dopodobnego pomocnika porywacza. Oboje kategorycz- nie stwierdzili, że nie znają tej dwójki. Do tego stopnia byli stanowczy, że zacząłem mieć wątpliwości, czy są ze mną w pełni szczerzy. Wziąłem na rozmowę najpierw Hanię, potem Jarka, jeszcze raz Hanię i jeszcze raz Jarka. Hania wydała mi się wiarygodna, wierzyłem jej, że nie zna tej dwójki, Jarek natomiast wydał mi się podejrzany. Nie wiem dlaczego, ale nie wierzyłem mu. Podpuściłem go, że wiem, że zna Bąka jeszcze z czasów, zanim ten trafił do zakładu karnego i wtedy mi wszystko powiedział. Przyznał się, że bardzo dobrze go zna, podobnie jak Nieczasa. PRZESZŁOŚĆ OJCA OFIARY Kazał im porwać swojego syna? Nie, nie. Jarek znał porywaczy, bo przed laty sam zaj- mował się małą gangsterką – napadał wraz z nimi na tiry. Jego kumple zostali złapani, on – nie. W trakcie procesu nie powiedzieli ani słowa o jego udziale w całym procederze. Kiedy wyszli z paki, przypomnieli sobie o nim. Tylko że on już wtedy był szanowanym biznesmenem, właścicielem dochodowych przedsiębiorstw, m.in. hurtowni stali. Przy- szli do niego i poleciał krótki tekst: „My cię nie sprzedali- śmy, a robiliśmy razem temat, jesteś nam winien hajs”. Jarek prowadził już w tym czasie legalne interesy, miał ochronę, układy w policji, dobre stosunki z prezydentem miasta. Wiedząc, że popełnione przez niego przestępstwa uległy przedawnieniu, powiedział chłopakom: „Spie… mi stąd! Nie robiłem z wami żadnego ruchu, więc wypie…!”. Chłopcy się wkurzyli i zawinęli mu dzieciaka. Uznali, że kasa im się należy, a Jarek za dziecko wyłoży pieniądze. Za- dzwonili z krótkim hasłem: „Bańka papieru, k…! Wszystko na ten temat”. 39 Musiał rozpoznać ich głos. Oczywiście, że tak. Od początku wiedział, kto porwał mu syna. Gdyby od razu powiedział mi całą prawdę, praw- dopodobnie chłopak już dawno byłby w domu. A tak zna- liśmy tożsamość sprawców, ale nie mieliśmy porwanego. Chociaż i tak był to duży postęp. Dlaczego więc nie powiedział? Myślał, że jego przestępcza przeszłość nie ujrzy świa- tła dziennego, bo Piotrek zostanie szybko znaleziony. I tak by było, gdyby zdradził nam tożsamość porywaczy. A tak straciliśmy czas na działania, które nie miały sensu, bo były wymierzone nie w tych ludzi, co trzeba. Zupełnie ina- czej poprowadziłbym sprawę, gdyby ojciec chłopaka był ze mną szczery od samego początku. Jarek w trakcie naszej męskiej rozmowy zasugerował, w jakich miejscach pory- wacze mogli ukryć chłopca. Sprawdziłem ze swoimi ludź- mi wszystkie z nich. Jednak w żadnym nie było chłopca. Miałem jednak wrażenie, że jesteśmy coraz bliżej pozy- tywnego zakończenia tej sprawy. To jednak nie był koniec poszukiwań. Chłopaka dalej nie było. Prawie koniec. Po niespełna godzinie Piotrek – zmęczo- ny, głodny i wyczerpany – znalazł się na policji. Tak po prostu? Tak. To był niezwykle odważny dzieciak. Był przetrzy- mywany na pobliskich ogródkach działkowych, pilnował i c ś o ł z s e z r p z k e n u h c a R | 1 a w o m z o R 40 go ciągle ten sam człowiek. Uważnie obserwował całą sy- tuację i dzięki temu poznał sposób zachowania porywa- cza. Był bardzo czujny. W pewnym momencie porywacz się zdrzemnął, a on wymknął się z tego domku, w któ- rym był przetrzymywany i uciekł. Biegł, ile sił w nogach i gdzieś po kilometrze dotarł do głównej drogi, zatrzymał pierwszy nadjeżdżający samochód; kierowca pojazdu za- wiózł go na policję.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Detektyw Krzysztof Rutkowski. Porwania
Autor:
,

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: