Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
01121 027454 21133192 na godz. na dobę w sumie
Dziewczyna z zapałkami - ebook/pdf
Dziewczyna z zapałkami - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 265
Wydawca: Nowy Świat Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7386-360-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
'Dziewczyna z zapałkami' opowiada historię toksycznego związku, na zewnątrz wyglądającego na 'normalną współczesną rodzinę', opowieść kobiety 'uwięzionej' w domu w trudnych latach 80. i na początku 90. Bohaterka, która zauważyła, że 'życie, jak pogoda, nie dopisało', nie chce poddać się w walce o własną tożsamość. Kibicujemy jej, śledząc zmagania z mężem, rodziną, z losem. 'Na świecie ma się do wyboru tylko samotność albo pospolitość. Tako rzecze Schopenhauer. Zostałam obdarowana jednym i drugim. Na własne życzenie. A miałam pisać wiersze!' - wyjawia bohaterka. Rozszerzona o 32 strony edycja bestsellerowej powieści Anny Janko, wzbogacona o wiersze z tomu „Świetlisty cudzoziemiec” (nominowanego do Nagrody Nike) oraz wywiad z autorką. „Świetna poetka napisała jedną z najlepszych polskich powieści kilku ostatnich lat”. (Rzeczpospolita) „Od pierwszego zdania czyta się jednym tchem”. (Dziennik) „Rzecz uderzająca poziomem literackim”. (Polityka)
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

dziewczyna z zapałkami 1 Wtedy dopiero warto brać się za pisanie, jeśli mamy odwagę napisać to, czego nie mielibyśmy odwagi powiedzieć w oczy. Emil Cioran 2 a n n a j a n k o dziewczyna z zapałkami Wydawnictwo Nowy (cid:262)wiat Warszawa 2007 3 © Copyright by Anna Janko, 2007 © Copyright by Wydawnictwo Nowy (cid:262)wiat, 2007 Projekt okładki: Agnieszka Herman Redakcja: Anna (cid:262)witalska-Jopek Autorka dziękuje stypendiodawcom: Ministerstwu Kultury i Samorządowi Województwa Pomorskiego ISBN 978-83-7386-237-1 Wydanie I Warszawa 2007 Wydawnictwo Nowy (cid:262)wiat ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa tel. (22) 826-25-43 faks (22) 826-25-47 internet: www.nowy-swiat.pl e-mail: wydawnictwo@nowy-swiat.pl 4 Wyszłam za mąż jak na wolność, a już o czwartej nad ranem gonił mnie stukot moich własnych obcasów na pustej ciemnej ulicy. Jakieś pięć metrów przede mną, w mętnym świetle latarń, szedł szybko prawie biegnąc ten obcy facet, który był moim mężem i co minutę wściekłym głosem rzucał za siebie: Prędzej! prędzej! prę- dzej! Noc poślubna była krótka i bez znaczenia, ponieważ o 4.45 od- chodził ekspres do Warszawy i trzeba było zdążyć na dworzec. Au- tobusy miejskie drzemały w zajezdni, a my, nowo poślubieni, nie- wyspani i pełni wzajemnych pretensji, pędziliśmy w ciemnościach przedświtu, oblani potem, w ciężkich kożuchach (na wszelki wypa- dek, gdyby wróciła zima...), z torbami podróżnymi, które co chwila, z gwałtownym szarpnięciem, zjeżdżały z ramienia w dół. Oczywiście, gdyby to ode mnie zależało, wstalibyśmy trzy kwa- dranse wcześniej. Ale co zależeć miało ode mnie, a co nie, tego jeszcze nie wiedziałam, tymczasem cały swój świat, wraz z czasem i przestrzenią, złożyłam w ręce Pawła, który jak dotąd robił wrażenie człowieka zorganizowanego i odpowiedzialnego. Kiedy wpadliśmy do przedziału, poobracaliśmy się w wąskim przejściu upychając torby na półkach, zrzucając niewygodne, bu- chające żarem okrycia, kiedy wreszcie opadliśmy na siedzenia na- przeciwko siebie cali mokrzy i zziajani, spojrzałam na dużą świecą- cą twarz mego dwudziestojednoletniego męża i jęknęłam w duszy: A więc to TEN? Jak ja go wytrzymam...! 5 On zaś rozjaśnił się i klepnąwszy mnie w udo, powiedział weso- łym głosem: No to jedziemy, Hanuś! Rozczochrani, bez tchu, zakochani, potwor- ni. Są to słowa Wiktora Hugo, który ponoć pierwszej nocy posiadł swą żonę dziewięciokrotnie. Z mojej podróży poślubnej pamiętam późne śniadania w wiej- skim pensjonacie, do którego dotarliśmy autobusem z Warszawy. Przedpołudniami Paw (zdrobnienie imienia Paweł) przygotowywał się do egzaminu z prawa jazdy. Ja siedziałam wsparta na wysokich poduchach i czytałam Mdłości Sartre’a. Potem szliśmy na spacer brzegiem rzeki, pośród gnijących przedwiosennych badyli. Płowa ścieżka pod butami, niebo szare, od czasu do czasu w gałę- ziach wysokich drzew błysk, jakby błękitnej chusteczki, wyszarpnię- tej przez wiatr spomiędzy chmur. Atłasowa kołdra w wielkim łożu była chłodna, śliska i – różowa. Musiałam (to oczywiste) być naga, więc było mi zimno. Wolałabym spać, spać całą noc, ale musiałam być przytomna, bo to przecież była nasza podróż poślubna! Przez siedem kolejnych wieczorów spędzo- nych w pensjonacie przedłużałam kolacje, aby skrócić noce. Skupiałam się na dokładnym żuciu chleba z szynką, następnie z żółtym serem, i wreszcie z dżemem, który rezerwowo podawano tym, którzy nie mo- gli się nasycić daniem głównym. Potem, już w pokoju, z ochotą grałam w „rel eks” kulką ugniecioną ze srebrnego staniolu. Byłam w tym lep- sza od Pawia, wybuchałam szczerym śmiechem za każdym razem, gdy jego łapa, wielka jak pysk psa dużej rasy, zamykała się o ułamek sekun- dy za późno, a srebrna kulka z cichym cyknięciem spadała na parkiet. Bywało, że bawiliśmy się tak nawet godzinę, jak dzieci. Potem już – trudno... W czarnych oczach Pawia ukazywało się drugie dno, czarniejsze i gorętsze niż smoła topniejąca w upał. Było mi od tego nieswojo i słodko zarazem. Bo to przecież z mojego po- wodu, przeze mnie i dla mnie. 6 I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie było... niedobrze. Za szybko, za mocno i jakby – niedokładnie. Po każdym kolejnym akcie moje ciało błyskawicznie stygło pod tą lodowatą kołdrą, a ja miałam wra- żenie, że ono, umęczone i rozczarowane, w ogóle nie było potrzebne w tej bitwie, choć wiadomo, że bez niego nie mogłoby dojść do żad- nego starcia. Pamiętne pierwsze lato w Sopocie. Słodki i gęsty sierpień, moje osiemnaste urodziny. Oto właśnie przeprowadziliśmy się całą rodziną z Wrocławia nad morze. Czekała mnie tutaj matura, studia, a następnie cała reszta życia. Uwielbiam zaczynać wszystko od nowa, w nieznanym miejscu, z innymi ludźmi, od nowego roku, od poniedziałku, od jutra... Chodzę po deptaku sopockim nazwanym imieniem Bohaterów Monte Cassino w upalny dzień i usiłuję skojarzyć tę barwną rzekę ludzi, rozprażony tłum sunący jednocześnie w dół i w górę, ku molo i z powrotem, trący o siebie przeciwbieżnie, lecz przyjemnie, słodko – usiłuję skojarzyć tę ulicę, tak nazwaną, z czerwonymi makami na Monte Cassino, co „zamiast rosy piły polską krew”. Czy wtenczas we Włoszech też tak prażyło słońce i był upał, gdy tamci chłopcy, spoceni, biegli po trawie z metalowymi rozgrzanymi narzędziami do zabijania w rękach? Czy ich podkoszulki pod mundu- rem były mokre i wydzielały ostrą, podniecającą woń młodego potu i dojrzałej wojny? Czy pić im się chciało i któryś pomyślał o zimnej lemoniadzie z miodem? Albo o domowym sorbecie truskawkowym, który matka podawała w południe, na tarasie, zazwyczaj w niedzielę i to najchętniej wtedy, gdy przybywali z wizytą sąsiedzi? Czy któryś przypomniał sobie może, na ułamek sekundy, jak cudownie chłodne były wargi dziewczyny, gdy wróciła z lasu, przybiegła zgrzana, zdy- szana, i przywarła do niego ciałem całym, twarzą, a wnętrze jej ust było zimne i śliskie jak jedwabna chustka? Czy takie wspomnienie, tuż przed śmiercią, nie jest jak prezent od życia, które właśnie się 7 żegna, w upale pogody, w płomieniach krwi pędzącej przez tętnice, w ogniu wojny, która wybucha zawsze z winy życia? Szłam sobie, tak myśląc niezobowiązująco wobec historii, pojed- nana z tłumem, i zaglądałam przez szyby do rozmaitych sklepów, do jubilera, gdzie leżały prawdziwe korale, ręcznie szlifowane, zawsze o takich marzyłam, zaglądałam do nudnego Galluksu, a potem do komisu, gdzie na wystawie leżały nonszalancko rozrzucone austria- ckie bluzeczki w cieniowanych kolorach od bladego różu do bordo i od lila do granatu. Po niebie łaziły obłoczki, puszyste wilgotne two- ry bez żadnych wyraźnych powinności wobec nieba i ziemi... I nagle wydało mi się, że pośród dziesiątków kolorowych, niemal zmiksowanych postaci, ujrzałam Kogoś. Wysoki, smukły, ciemno- włosy chłopak to się pojawiał, to znikał w ciżbie. Ruszyłam za nim szybciej, by go dogonić, a nawet wyprzedzić, i zobaczyć, kto to jest. Jego poruszające się płynnie ramiona, chód lekki, a zarazem sta- nowczy, głowa o wydłużonym, oksycefalicznym kształcie, błękitny podkoszulek – wszystko to zadziałało jak znak dla mnie i miało siłę hipnotyczną... Strumień mojego istnienia, jeszcze przed chwilą leniwy i roz- lewny, sprężył się nagle i ruszył do przodu, ku młodemu mężczyź- nie idącemu energicznie deptakiem nadmorskiego miasta. Czułam, że muszę zobaczyć jego twarz. Co od tego zależało? Obrót gwiazd? Pokój na ziemi? O, jeszcze więcej. Tak przemożnego pragnienia, de- terminacji wręcz, nie czułam w sobie chyba nigdy wcześniej. Jakby tylko ten jeden człowiek mógł być odpowiedzią, wytchnieniem, roz- wiązaniem. Odpowiedzią na jakie pytania? Wytchnieniem po jakich napięciach, niepokojach, trwogach? Rozwiązaniem jakich egzysten- cjalnych rachunków? Tego wiedzieć nie mogłam, bo niewiele się wie, mając lat osiem- naście, chociaż przecież czuje się już wszystko, bo mniej więcej wte- dy właśnie uzyskuje się dostęp do całej puli uczuć danych nam na życie. Ja miałam pewność, że czeka mnie niewiarygodnie ważne ży- cie, pełne miłości i samotności, szczęścia i rozpaczy. Wierzyłam, że 8 aby osiągnąć pełnię, choć na krótko, muszę spotkać drugiego czło- wieka, dokładnie takiego samego jak ja, ale przeciwnej płci. Pomysł to oczywiście starożytny, ale w młodości ma się ów niezwykły talent odkrywania na nowo odwiecznych prawd. „Odwróć się” – powtarzałam w myślach, idąc za chłopakiem w błękitnym podkoszulku. Zaklinałam go, patrząc intensywnie w je- go kark, opalony, okrągły. Te czary nieraz mi się udawały, ćwiczyłam je od dawna na przypadkowych ludziach. Należało mocno patrzeć i wypowiadać zaklęcie z uporem, ale zarazem tak, jakby nam na tym nie zależało, bocznym torem świadomości. Byłam tuż za nim, gdy odwrócił się wreszcie i nasze oczy się spotkały. Na ułamek sekundy zapanowała cisza absolutna i zamarł wszelki ruch na świecie. W jego spojrzeniu ujrzałam lasy, które przejdę, góry, na które wej- dę, miasta, które zwiedzę, sny, które prześnię. Mój los w jednej chwili odbił się w lusterkach źrenic, w ciemnych oczach obcego człowieka, jakby był tam zakodowany. Lecz zaraz tłum znowu ruszył, wybuchł hałas, ruszyła taśma z i l- mem o bieżącej rzeczywistości, chłopak odwrócił wzrok, a ja poczu- łam się tak, jakbym właśnie została okradziona z pieniędzy całego życia. Bunt! Żal! Ból! Okazja minęła. Nie zatrzymałam go. Moje oczy nie dały się przeczytać. Nie nawiązaliśmy łączności. Okazałam się dla niego nic nie znaczącym elementem krajobrazu. Nigdy go już nie zobaczę. Pozostanę niespełniona, porzucona w niedoistnieniu i nikt nigdy nie dowie się, kim naprawdę jestem. Przeznaczenie dało znak – po czym rozsypało się w drobny mak! Stałam przez chwilę w rwącym nurcie własnych emocji i w prą- cej, w dwie strony naraz, rzece turystów na ulicy Monte Cassino. Błękitny podkoszulek ostatecznie utonął w tłumie. Przedostałam się na lewo, pod kino Polonia. Potem dotarłam do delikatesów, gdzie kupiłam zimną, zaparowaną butelkę coca-coli, bo upał był doprawdy nie do zniesienia. I zaraz poczułam, jak od tej butelki trzymanej w ręce lodowacieją mi kości przedramienia, aż po 9 łokieć, pod mięśniami, i jak to promieniuje aż do mózgu, przez któ- ry przeleciał mróz i błyskawicznie wychłodził przegrzane synapsy. Jednocześnie zamarzło i utrwaliło się w mojej głowie – jak matry- ca, wzorzec, model – marzenie o Wysokim Brunecie z Wydłużoną Czaszką, i Oczami Czarnymi jak Antracyt. Z Pawłem chodziłam do jednego liceum we Wrocławiu. Wtedy nic nas nie łączyło. Jednak jakiś czas po moim wyjeździe do Sopotu, zimą, zaczęliśmy pisywać do siebie listy. To w listach zaczęłam nazwać go Pawiem. Zazwyczaj ludziom nieobo- jętnym odkształcam imiona, by lepiej przylegały do mnie. Imię jest krótką melodyjką, przywołującą jedną duszę do drugiej. Powinna być szczególna i zaufana. Imię jest jak klucz, który ma dwa takie same końce i musi otwierać i mnie, i ciebie za jednym razem. Pisałam więc: Cześć, Pawiu! Lecz on odzywał się konwencjonalnie: Miła Haneczko. Mdliło mnie od tej „Haneczki”, bo zaprawdę, żadna ze mnie Haneczka, nawet Hania, a nie daj Boże Hanusia. Pozostawa- łam więc jakby bezimienna. Zresztą odczuwałam to stale, bo słowo, którym ochrzcili mnie rodzice, nie przemawiało do mnie nigdy, było puste w środku, jak futerał bez instrumentu. Nie było w nim mojej melodii. Byłam więc dla siebie samym tylko inicjałem, Ha-literą, po której nie następowała żadna mojość. Koniecznie potrzebowałam jakiegoś fonicznego kodu, by złapać się za tożsamość. Czekałam na wynalazek, który otworzy mnie dla mnie samej i dla kogoś drugiego. Kiedy więc Paw za którymś razem rozpoczął swój list zawołaniem: Mój Haniele! – poczułam do niego prawdziwą sympatię i uznałam, że ma twórczy umysł, co dobrze rokuje na przyszłość. Niestety, owa przyszłość dość prędko zdegradowała mnie znów do poziomu Hani, a nawet Hańci... Dlaczego Hańcia wyszła za mąż za Pawia? Prawdopodobnie dla- tego, że wybrała się w drogę w poszukiwaniu swego imienia i – za- błądziła... 10 Ha. opuszcza rodzinny dom. Wyjeżdża, daleko. Prze- czuwa słodki smak niespodzianki, jaką szykuje dla niej los. Emocjo- nalnym wehikułem tej podróży jest niewątpliwie wykrzyknik: ach! „Ach!” wypełnia całą Ha. „Ach!” jest lżejsze od powietrza i unosi Ha., tak że płynie ona przez dworzec kolejowy, zamiast normalnie iść. „Będę żyła” – myśli Ha. i ta myśl jest jak pieśń szczęścia. Gór- ne C wibruje w jej gardle i brzuchu. „Będę żyła nareszcie własnym życiem!” O, brzuch jest bardzo potrzebny do szczęścia. Rozanielo- na twarz jest tylko zewnętrznym wyrazem błogostanu, mimicznym odwzorowaniem tego, co dzieje się w głębi duszy, a dusza na pewno wyrasta w głębi brzucha, mniej więcej dwa palce poniżej pępka. Sta- rożytni Chińczycy nazywali to miejsce „hara”. „O tak, tam znajduje się fabryka tego, co jest mną. Tam się przędzie i rozwija jedwabna nić mojości, Ach! jak to będzie słodko być sobą” – myśli Ha., śpiewa Ha. i płynie peronem ku wagonowi numer 7 pociągu relacji Gdynia- -Wrocław przez Sopot, Gdańsk, Tczew, Malbork, Iławę i tak dalej. Za wagonem 7 jest jeszcze 8 i 9, spod 9 wybiegają dwie lśniące i twarde szyny, biegną wstecz i wreszcie wbijają się w tło, w krajobraz, który Ha. pozostawia za sobą. „Ach, na południe, na południe od wszystkiego! – śpiewa w my- ślach Ha. – Wszystko dotąd ogłaszam przeszłością! Wyzwolona! Jadę na stworzenie świata! Od teraz będę miała prawdziwe życie!” Akcent pada na „prawdziwe”. W głowie Ha. trwa festiwal sentencji i ogólnych wniosków... A dwa palce pod pępkiem intensywnie i rozkosznie wy- twarza się mojość Ha. I płyną wstecz świetliste szyny. Nie, to się rozwija strumień świat- ła, pas lśniącej materii, szeroki pas błyszczącego dżerseju „queen” w kolorze écru, który pięć miesięcy temu Ha. i Paw kupowali razem na suknię ślubną. Bela materiału w rękach ekspedientki rytmicznie i nieco głucho uderzała o blat, a odbrzmiewały jej dźwięcznie szybki po lewej stronie, tam gdzie widniała w ladzie mała witrynka z kra- watami męskimi w ukośne paski i kosteczki karo. Teraz to wszystko się wyświetla jeszcze raz na ekranie pamięci i tak ładnie wygląda. 11 Pobrali się 29 marca. Po wspólnie spędzonym tygodniu poślubnym trzeba było się rozstać, by pozdawać ostatnie egzaminy i zamknąć rok akademicki. Jednak cały tydzień spędzili we dwoje w Oborach pod Warszawą. W oi cynie pałacyku z nieczynną fontanną. Siedzieli w swym pokoju, albo leżeli, mało co wychodzili. Było zimno, często padało, wiosna wykluwała się z trudem, zima pękała opornie, ciekły rozpuszczone lody. Wiatr to przypadał do zrudziałych, poskręcanych jak zardzewiałe sprężyny traw, to nasłuchiwał pośród nieczynnych pni i pustych koron drzew, albo się ocierał o nabrzmiałe, szare łona chmur, które po tej pieszczocie rodziły zimny deszcz pomieszany z gradem. Ha. i Paw popatrywali w wysokie okna pałacowej oi cyny, w której dostali pokój z wielkim małżeńskim łożem na środku. Popatrywali, wciągali nosem wilgotne powietrze przeciskające się przez nieszczel- ne futryny, ale niosło ono wyłącznie zeszłoroczne informacje, mocno przestarzałe, zbutwiałe nawet, dla dwóch ludzkich istot świętujących swoje zjednoczenie w najmniejszym stopniu nieinteresujące. Najczęściej więc pozostawali we wnętrzu. W łożu z dwiema ogromnymi poduchami i śliską ciężką atłasową kołdrą. To było pierwsze, próbne, gniazdo ich nowego istnienia. Istnienia we wspól- nocie dwojga. Leżeli w łożu i rozmawiali, opowiadali sobie swoje ży- cie. Matka Pawia urodziła go w późnym wieku i z dużymi trudnoś- ciami, w wyniku czego Paw do dziś ma blizny na głowie za uszami. To ślady po kleszczach, którymi położnik wyciągał go na siłę z łona matki. Macica tej blisko czterdziestoletniej wtenczas kobiety kolej- nymi skurczami przez całą noc i cały dzień zasysała płód z powro- tem, zamiast wydać go na świat. Gdy słońce, zachodząc, zabarwi- ło już sprzęty porodówki na czerwono, lekarz chwycił się w końcu owych kleszczy, sporego narzędzia, i parę minut później wysapał: Chłopiec. Chłopiec miał spłaszczony wielki nos, wydłużoną jak kabaczek czaszkę i krwawe wybroczyny na czole i potylicy. Na powitanie świa- 12 ta wydał z siebie tylko krótkie chrypnięcie, po czym natychmiast został zabrany od matki w celu uzupełnienia tej części życia, która zdążyła ujść z małego ciałka w drodze przez mękę. Po tygodniu dopiero zwrócono noworodka zaborczej rodzicielce i odtąd już Paw miał się czuć jak mysz, na którą spadł beret, i przez następne dwadzieścia jeden lat poruszać się miał po świecie razem ze swoim więzieniem, nieświadomy, że ciemności, co go otaczają, zawdzięcza mrocznemu spojrzeniu matki, która ani na moment nie odrywa wzroku od swego jedynego syna. I tak to Ha. z Pawiem w O. całymi dniami siedzieli na wielkim małżeńskim łożu, bo padało, bo wiało, i opowiadali sobie – jak to jest w zwyczaju zakochanych par – swoje dzieje. Ha. obejmowała wyroś- nięte ciało Pawia, słuchała historii trudnych narodzin i surowego wychowania, i z czułością całowała dwie małe blizny (po owych kleszczach) za uszami młodego męża. Jej sytuacja była inna. Urodziła się dwojgu studentom, którzy mieszkali w akademikach. Matka Ha., cudem uratowana z pacyi ka- cji wsi podczas wojny, dzieciństwo spędziła w sierocińcu, gdzie wpo- jono jej uczucie wdzięczności wobec Związku Radzieckiego i Stalina, który wygnał Niemców z ojczyzny i przywrócił ład. Ha. odziedziczy- ła owo poczucie wdzięczności wobec bratniego narodu. Z mlekiem matki wyssała także lęk i nienawiść w stosunku do Niemców, którzy pewnego czerwcowego świtu 1943 roku spalili i wymordowali całą wieś, pozostawiając na świecie garstkę oniemiałych z przerażenia dzieci. Ha. miała głęboko zakorzeniony strach przed wojną: kilka razy do roku śniła straszne sny, w których uciekała przed Niemcami, przed bombardowaniem, przed torturami. Z czasem Niemcy „wy- narodowili się” w jej wyobraźni i stali się mężczyznami w ogóle. Śni- ła więc, że jest ścigana, gwałcona, okrutnie okaleczana i porzucana gdzieś w lesie. Przebudzenie po tych koszmarach bywało czarniejsze od nocy, która je przyniosła. Nieważne, jaka była pogoda o poranku, ile światła sypało się z nieba, ile życia w niewiadomo ilu formach 13 puszyło się na dziedzińcu świata; przebudzenie i tak przypomina- ło ocknięcie się umarłego pod wiekiem trumny. Trumny zakopanej w ziemi. (Ziemi krążącej w opustoszałym kosmosie.) Gdy Ha. miała dziesięć lat, przeczytała Dymy nad Birkenau Sewe- ryny Szmaglewskiej. W domu nikt jej nigdy żadnych książek z ręki nie wyjmował, przyswajała więc, co się nawinęło. Dymy zostawiła ciocia Kropka, młodsza siostra matki, wyjeżdżając po świątecznej wizycie. Kropka też przeżyła pacyi kację, ale nic nie pamięta, bo miała wtedy dopiero dwa lata. Nie pamięta, że jej mama, czyli babka małej Ha., wtenczas i na zawsze dwudziestosiedmioletnia, trzyma- ła ją w ramionach, gdy Niemiec strzelał z wielkiego karabinu. Bab- ka upadła prosto w zboże, a Kropka ocalała, wysypała się z jej rąk w miękką ziemię, gdy ręce babki się rozplotły i rozłożyły bezwładnie. Nikt nie wie, czy Kropka płakała, czy zamarła w bezgłosie na polu, pośród zboża, bo trwał apokaliptyczny hałas, potężny huk pożaru przecinany suchymi seriami pocisków i dzikim krzykiem zabijają- cych i zabijanych. Ona sama niczego nie pamiętała i tak jak mała Ha., urodzona paręnaście lat po wojnie, wszystkiego dowiadywała się z mądrych książek i opowieści rodziny. Mała Ha. często wyob- rażała sobie maleńką Kropkę leżącą pośród sprężystych zbożowych witek, które purpurowiały pomiędzy dwiema łunami: ognia pożaru i ognia wschodzącego słońca. Dymy to była trzecia „dorosła” książka w czytelniczym doświad- czeniu Ha. po Mitach greckich i Encyklopedii zdrowia, które to funda- mentalne dzieła czytywała w kółko zamiast broszurek z serii „Poczy- taj mi mamo”. Do nimf, driad, centaurów, cyklopów, tytanów, harpii, oraz trądu, czyraków, słoniowacizny, zajęczych warg, kłykcin koń- czystych, wodniaków jądra, dołączyły wiotkie, słaniające się, wygło- dzone, przerażone postacie z ogolonymi głowami, ubrane w pasiaste piżamy. To wszystko mieszkało stłoczone razem w jednej głowie, jasnowłosej, z grzywką i końskim ogonem. Po dwudniowej prawie nieprzerwanej lekturze Dymów nad Birkenau, co było jak trans, albo nawet paraliż, mała Ha. wyciągnęła z szak i swoją czerwoną piłkę 14 w żółte gwiazdki i przez godzinę kozłowała, biegając w kółko po po- koju. Dopóki sąsiadka z dołu nie zaczęła stukać kijem od szczotki w swój sui t. Wtedy mała Ha. ustawiła poduszkę pod ścianą, usiadła na podłodze i kołysała się, uderzając plecami rytmicznie w puchowe oparcie, tak jak to robiła w dzieciństwie, które jeszcze przecież nie całkiem minęło. Matka Ha. cierpiała na depresje, związane najprawdopodobniej z traumą wojenną. I kiedy nie leżała na tapczanie w zamkniętym pokoju, to wszystkimi siłami starała się ochronić swoją psychikę przed możliwymi ciosami losu. Dlatego dorastająca Ha. wracała po lekcjach prosto do domu, zamiast szlajać się z innymi po ulicach, dlatego wieczory spędzała czytając książki, a nie „chodząc po cha- łupkach”, czy nie daj Boże pijąc wino na młodzieżowych prywatkach. (Takie nieobecności byłyby dla matki źródłem niepokoju, mogłyby się skończyć rozstrojem nerwowym.) A już najgorszą rzeczą, jaka by się mogła przydarzyć młodej dziewczynie, oprócz picia wina i palenia papierosów, byłaby sprowokowana, zbyt wczesna dojrzałość seksual- na. Ha. nie uczęszczała więc na żadne imprezy, koncerty, sylwestry, dyskoteki. Ponieważ jej matka pod nieobecność córki chodziłaby od drzwi do okna i z powrotem, nie śpiąc całą noc, wyobrażając so- bie niechciane ciąże, gwałty, a nawet zabójstwa, o co przecież bar- dzo łatwo podczas młodzieżowych spotkań bez nadzoru dorosłych. Ha. wyobrażała sobie matkę chodzącą całą noc od drzwi do okna i z powrotem, i natychmiast czuła, jak oplątuje ją ciężka metalowa sieć. Traciła swobodę ruchów i wszelki zapał do walki o wieczorne wyjścia. Tak więc Ha. przeżywała okres dojrzewania raczej bez konfron- tacji z rówieśnikami, w miarę spokojnie. Jej bunty pojawiały się jak przygruntowe siewki na wiosnę, były blade z pochylonymi łebkami, choć prężyły się w górę dzielnie i gdyby tylko były warunki, praw- dopodobnie Ha. dość prędko dorosłaby do siebie samej, nie czując się tak bezimiennie. Jednak niepokój matki, jej bezsenność, depresja, 15 ba, groźba schizofrenii, nawet szpitala psychiatrycznego, wisiały nad młodością Ha. niby ciężki żyrandol na cienkiej żyłce. Jedynym ekscesem, na który zdobyła się Ha. podczas tak decydu- jącego dla reszty życia okresu pokwitania, była wycieczka pod szkołę, pod osłoną wieczoru i pod pretekstem spaceru z psem. Celem wy- prawy był zabór mienia społecznego, a dokładnie metalowej tablicz- ki na patyku z napisem: „Nie deptać trawników”. Tabliczka znalazła się w panieńskim pokoju Ha. Wyraz „trawników” zniknął zalepiony zielonym papierem, dzięki czemu pozostały tekst zyskał oczekiwaną wieloznaczność i był jak mantra dla wytłumionej psychiki Ha. Był także jej pierwszym konceptem literackim, po którym przyszły na- stępne, jednak powstające już w sposób bardziej konwencjonalny, na biurku, w zeszycie. Ha. często wpatrywała się w zieloną tablicę z napisem „NIE DEP- TAĆ”, bo czuła wtedy przyrost ducha i nabierała odwagi. Chwilę po- tem wsuwała swój prywatny, sekretny zeszyt pod książkę na przykład do algebry i przytrzymując lewą ręką okładkę podręcznika w pionie, utrwalała na kartkach w kratkę dynamiczny wykres skrywanego buntu, wściekłości i żalu za bezpowrotnie traconą młodością. W trakcie zapisywania ósmego już zeszytu miała miejsce prze- prowadzka całej rodziny z Wrocławia do Sopotu, co przy okazji zaowocowało obi tą korespondencją z Pawiem, kolegą licealnym Ha. Paw chodził do klasy mat.-i z., rok wyżej (bo rozpoczął naukę przedwcześnie), a w szkolnym przedstawieniu występował w jednej scence z Ha. Tak się poznali, na próbach teatru. Gdy Ha. opuściła Wrocław, Paw prawdopodobnie uświadomił sobie, że była fajną ko- leżanką, z którą warto utrzymywać dalsze kontakty. Między Sopo- tem i Wrocławiem poczęły więc krążyć listy z wypisanym czarnym druczkiem adresem wrocławskim (listy Ha. do Pawia) oraz podłuż- ne koperty adresowane na Sopot płaskim rozciągliwym niebieskim pismem (listy Pawia do Ha.). Po mniej więcej trzech latach korespondencji, po dziesiątkach te- lefonów międzymiastowych i po iluś spotkaniach, które trwały od 16 jednego do kilku dni – uknuli małżeństwo z miłości (tak im się zda- wało), wzięli ślub na przedwiośniu, odbyli podróż poślubną w grani- cach kraju rodzinnego, po czym wrócili na swoje uczelnie, by kuć do sesji, a po egzaminach połączyć się ostatecznie. Właśnie przed chwilą Ha. pomknęła pociągiem pospiesznym re- lacji Gdynia-Wrocław przez Sopot, Gdańsk, Tczew, Malbork, Iławę i tak dalej, na spotkanie ze swoją niedoścignioną wciąż Wolnością... Wolność Pawia miała pojawić się automatycznie wraz z przybyciem młodej żony... Ach! Dlaczego odepchnęłam swoją historię tak daleko – na odległość trzeciej osoby liczby pojedynczej? Czy dla- tego, że nie lubię niedookreślonej Ha., a Hanuś, żonka Pawia, też mi się nie podoba? Że wolałabym nie mieć z tamtą sobą nic wspól- nego? „Nie mam z nią nic wspólnego” – to brzmi dobrze. „Ja tylko opowiadam” – czysta sprawa. Tymczasem „ona” wypełnia mi głowę gęstą narracją, do której usiłuję się zdystansować gramatycznie, jed- nak pod powierzchnią uporządkowanego paradygmatu tarzam się w chaosach i nie mogę się wyosobnić, skrystalizować. Ona, czyli ja. Albert Camus napisał gdzieś, że życie innych zawsze wydaje nam się ułożone i sensowne, a nasze własne przeciwnie – bezładne i nic nie warte. I że to złudzenie optyczne. No więc jeśli ja biorę dystans względem swego życia, próbując być „oną”, to może usiłuję zobaczyć siebie w jakimś porządku, a nawet próbuję dowartościować własne życie? O, być częścią wyrazistego, widzialnego świata Na Zewnątrz! Marzenie, które swobodnie realizują pisarze w swych książkach... Na moim biurku stoi lusterko. Gdy podnoszę głowę znad zeszytu w kratkę, spotykają się dwa spojrzenia: moje i „jej”. Przyglądamy się sobie badawczo, ale i z niedowierzaniem. Ona, czyli ja. Przysuwam twarz do srebrnej powierzchni i – mój wzrok wpada w bezdenne źrenice. Czyje??? Przez ułamek sekundy lecę w jakąś otchłań, któ- 17 ra nie jest ani wewnątrz mnie, ani na zewnątrz. To bardzo przykre. I niewytłumaczalne. Kto tam jest w środku, kto jest we mnie tym kimś, który przera- ża? Był koniec lutego, kompletnie ciemno. Wraca- łam z zajęć na uczelni. Miałam dziewiętnaście lat, byłam na pierw- szym roku polonistyki. Górny Sopot, osiedle w trakcie budowy, wokół las. Wiatr wył pośród pryzm betonowych płyt, rusztowań, żelastwa, ślizgał się jękliwie w żeliwnych rurach, od czasu do cza- su porywając z dzikim gwizdem jakąś blaszaną płachtę, którą walił o plac. Panował nad tym księżyc w pełni, zarażając to miejsce swoją sinosrebrną chorobą. Kilka bloków już zamieszkanych świeciło da- lekimi światłami, ale zbliżałam się do nich tak powoli, jakbym szła w miejscu, a przecież prawie biegłam gnana pierwotnym strachem. Kiedy skręciłam w Malczewskiego, po lewej miałam już tylko czarny las. W ciemności nie widać pojedynczych drzew, ale czuje się potężny magnetyzm lasu. Czuje się, jak ten olbrzym wstrzymuje swój ciężki oddech, jak ten oddech gęstnieje, zawiesza się coraz wyżej, by po chwili opaść szerokim poszumem gdzieś w głębi. Życie zbiorowe drzew, we dnie oczywiste i przyjazne, nocą staje się obcym rytuałem. Las pije noc jakoś zwierzęco, strasznie, potężnie, jednocześnie jest boleśnie nadczuły, nadwrażliwy, zdaje się reagować na każdy najcichszy dźwięk, na trzask gałązki, dreszcz poszycia peł- nego śpiących stworzeń, krzyknięcie przebudzonego ptaka. Jakby był przestraszony sam sobą, zdziwiony, że jest tym, czym jest, że ta niepojęta ilość istnień – od jednokomórkowych po wielozłożone, od pleśni i grzybów w ziemi przez szybko bijące serduszka jeży i ptaków, śpiące czujnie ciepłe ciała saren i zajęcy, po sosny i świerki, których czubki rysują chaotyczne wykresy w chmurach – że to wszystko jest właśnie nim, lasem. 18 Starałam się nie patrzeć w lewo, w stronę lasu. Pędziłam w górę drogi, miałam jeszcze ze sto metrów do domu – gdy nagle usłysza- łam płacz niemowlęcia. Nie wierzyłam uszom, las milczał symfo- nicznie, raz po raz zaciągając się wiatrem, po prawej były tylko szopy robotników i składowisko materiałów budowlanych. A jednak właś- nie tam jakieś dziecko to kwiliło żałośnie, to zanosiło się wściekłym płaczem, a chwilami wydawało się, że woła o pomoc. Zrobiłam kilka kroków po nasypie w dół, ku stosom desek, pię- trzącym się w sinym blasku księżyca, ale czym prędzej zawróciłam. To absurdalne szukać po ciemku dziecka: samej, na budowie, pod la- sem. Pobiegłam w kierunku zamieszkanych budynków. Zobaczyłam mężczyznę z wiadrem (zsypy jeszcze nie działały). Akurat skręcał na dróżkę do śmietnika, gdy zawołałam za nim: „Proszę pana!”. Obej- rzał się. „Proszę pana, na budowie jakieś dziecko płacze!” Człowiek z wiadrem przystanął i przyjrzał mi się uważnie. Prawdopodobnie jednak wyglądałam raczej na przestraszoną niż pomyloną, bo nie odchodził, postawił wiadro na ścieżce. „Słyszałam płacz niemow- lęcia, tam na budowie, to niemożliwe, ale ja słyszałam, niech pan tam idzie!”. „Eeee, co też pani mówi... Na budowie? Dziecko? O tej porze?” Mimo wątpliwości facet nie całkiem zdecydowanym krokiem, ale jednak ruszył w stronę budowy. Ja zostałam z żółtym wiadrem u stóp. Czekałam z dziesięć minut. Wrócił. Bez dziecka. Podszedł do mnie blisko, bardzo blisko, i spojrzał mi głęboko w oczy. Pochylając się po wiadro, przesunął wzrokiem po mym ciele, od biustu do pęp- ka. Podnosząc się, powiedział powoli, dzieląc wyrazy: – Tam. Nie ma. Żadnego. Dziecka. – Ale przecież ja słyszałam... – tu zamilkłam skonsternowana, bo on odwrócił się i jakoś tak bezradnie machnął ręką, jakby spisywał mnie na straty. W domu natychmiast opowiedziałam o tym zdarzeniu. Ojciec popatrzył na mnie dziwnie. – To koty – rzekł. 19 – Co koty? – spytałam. – To koty marcują. – To dziecko płakało! – Nie, to koty tak krzyczą. – Koty miauczą przecież... – Zazwyczaj miauczą, ale czasami tak krzyczą. – Ale dlaczego??? Miałam dziewiętnaście lat. I pół. Rok później wyszłam za mąż. Z bardzo niewielkim bagażem wiedzy o życiu intymnym ssaków... Po lutym przyszedł maj. Czas dla zakochanych, czyli wszelkich istot, które podlegają imperatywowi rozmnażania. Wra- całam o dziewiątej wieczorem po zajęciach na uczelni. Było jeszcze jasno; po skarpie, która zazieleniła się już dziką trawą, biegało kilko- ro dzieci, piszcząc i pokrzykując. Byłam odprężona i szłam sobie do domu dobrze znaną drogą. Las, pogodny, otwarty, przyjazny wędro- wał po mej lewej stronie, oczywiście w przeciwną stronę. Na wysokości pierwszego bloku zrównał się ze mną jakiś młody mężczyzna. Zwolniłam, aby mógł mnie wyprzedzić. On jednak także zwolnił, szliśmy więc równolegle. Czułam, że przygląda mi się in- tensywnie. Spojrzałam w jego twarz. Miał zaciśnięte usta, a w zmru- żonych oczach jakąś świetlistą mgłę, przez którą przenikała dziwna siła, skupiająca się dokładnie na mnie. Zadrżałam. – Chodź tu – syknął i chwycił mnie za łokieć. Szarpnęłam ramię i wtedy spostrzegłam, że rozporek jego oliwkowych spodni jest roz- pięty, a on sam drugą ręką ściska wystającą stamtąd i oletowoszarą wielką larwę. W jednej sekundzie cały świat stał się nierzeczywisty, jakby obrócił się we własny negatyw. – Chodź – powtórzył zduszonym głosem, łapiąc za rękaw mojego prochowca, a ja odruchowo ścisnęłam zwilgotniałą dłonią pęk klu- czy, który miałam w kieszeni. Nic więcej nie zrobiłam. 20 Szliśmy w tym samym rytmie, szliśmy r a z e m , jakby sczepieni jego żądzą; on trzymał materiał mojego płaszcza jedną ręką, a drugą pocierał łeb wielkiej sinej larwy, ja ściskałam klucze, jak narzędzie samoobrony, wyobrażając sobie w napięciu, że uderzam nimi w te zamglone ślepia. Nie odwracałam wzroku; zahipnotyzowana patrzyłam, jak on to robi, bo jeszcze nigdy na żywo nie widziałam t e j r z e c z y . Na- prawdę była wstrętna. A więc jest aż tak wstrętna! Straszna, ohydna, obrzydliwa. Wyłazi z oliwkowych spodni. Do tego to mętne, nieprzy- tomne spojrzenie, które – czułam – wciąż jest wlepione we mnie. Szliśmy nie słysząc i nie widząc nikogo i niczego poza nami, jakby oddzieleni od reszty świata pociemniałą szybą. I nikt nas nie widział i nie słyszał. Nie mogłam zacząć uciekać. Bo gdy się boję, nie mogę zrobić niczego ponad to, co akurat robię. Szłam więc. Szliśmy. On t o robił, ja ściskałam klucze. Patrzyliśmy: on na mnie, ja na jego lewą dłoń, która pracowała w napięciu. Nagle stracił rytm, przytrzymał mocniej rękaw mego płaszcza i zamarł. Zamarliśmy oboje. W tej samej chwili larwa wypluła z siebie ciężką ciecz. Raz i drugi. Zdziwiłam się, tak jakbym nie wiedziała, że coś takiego jest na świecie. Wiedziałam, ale dotąd n i e w i d z i a ł a m . Podniosłam wzrok powyżej oliwkowych spodni i ujrzałam, jak jego oczy odwracają się pod czołem. Wcisnęłam język w podniebie- nie i napięłam brzuch, by powstrzymać odruch wymiotny. Wciąż trzymał mnie za ramię. Wciąż nie mogłam od niego odbiec. Gdy znów na mnie popatrzył, był już całkiem inny. Miał szerokie szkliste spojrzenie kogoś, kto ma za sobą podróż, ale nie cały z niej powrócił. Puścił mój płaszcz. Przez ułamek sekundy jakby usiłował sobie mnie przypomnieć, po czym jednym ruchem ręki uporządko- wał okolicę rozporka i zaciągnął zamek. Odwrócił się i odszedł. Słyszałam odgłos coraz szybszych kroków. Stałam na ulicy jesz- cze chwilę, tyle, by rzeczy wróciły na swoje miejsce: drzewa na lewo, bloki i dziecięce głosy na prawo. 21
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Dziewczyna z zapałkami
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: