Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00565 012483 21058851 na godz. na dobę w sumie
Fabryka frajerów - ebook/pdf
Fabryka frajerów - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 207
Wydawca: Nowy Świat Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7386-320-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
„Fabryka frajerów” przenosi czytelnika do lat 80. XX wieku, za mury pewnego liceum, przyrównywanego wówczas do dawnych szkół janczarów… Powieść oparta na faktach o szkole przyszłych podchorążych na przełomie PRL-u i RP. Jednocześnie – historia dorastania całego pokolenia.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Krzysztof Beśka FABRYKA FRAJERÓW Przedstawione w ksi(cid:261)(cid:298)ce postacie i wydarzenia s(cid:261) dziełem wyobra(cid:296)ni autora, a ich zbie(cid:298)no(cid:286)ć z (cid:298)yj(cid:261)cymi osobami i faktycznymi zdarzeniami – jedynie przypadkowa. Porzućcie wszelk(cid:261) nadziej(cid:266), wy, którzy tu wst(cid:266)pujecie... Dante Alighieri, Boska komedia PROLOG – (cid:285)pi, (cid:286)cierwo. Z ust grubego (cid:298)andarma doleciał wyra(cid:296)ny smród trawionego alkoholu. – Zapnij mu pasy, bo jeszcze sobie co(cid:286) zrobi i b(cid:266)dziesz odpowiadał jak za człowieka – zawołał po angielsku drugi z mundurowych, Murzyn, stoj(cid:261)cy w przedsionku i pal(cid:261)cy papierosa. Otyły (cid:298)andarm pochylił si(cid:266) jeszcze ni(cid:298)ej nad (cid:286)pi(cid:261)cym. St(cid:266)kaj(cid:261)c z wysiłku, wyłuskał pas bezpiecze(cid:276)stwa zagubiony w zagł(cid:266)bieniu fotela. Klamra zaskoczyła z łatwo(cid:286)ci(cid:261). – Bob, znasz ten kawał? – zapytał po chwili Murzyn stoj(cid:261)cy w drzwiach. – Znam wiele – odparł gruby. – Ale tego pewnie nie znasz. Podchodzi stewardesa w samolocie do Araba i pyta, czy mu podać whisky... – To oni pij(cid:261) whisky? – Niewa(cid:298)ne! – (cid:298)achn(cid:261)ł si(cid:266) tamten. – Whisky czy co(cid:286) innego. W ka(cid:298)dym razie chodziło o jaki(cid:286) mocny alkohol. – No i co? – Ten Arab mówi, (cid:298)e nie. – I co dalej? – (cid:297)e nie, bo zaraz... siada za sterami! Zarechotali gło(cid:286)no. – Miłego lotu – mrukn(cid:261)ł grubas, po czym wyszedł z kabiny, zataczaj(cid:261)c si(cid:266). Zachrobotał zamek w drzwiach, po chwili, niczym maszyneria jakiej(cid:286) machiny (cid:286)mierci, zazgrzytała metalowa zasuwa. Siedz(cid:261)cy m(cid:266)(cid:298)czyzna powoli podniósł głow(cid:266). Otworzył oczy. Nie spał wcale. Ani przed chwil(cid:261), ani w ci(cid:261)gu całego lotu, który mógł trwać mo(cid:298)e ju(cid:298) nawet dob(cid:266). – Dok(cid:261)d nas wioz(cid:261)? Dok(cid:261)d nas wioz(cid:261)... – mamrotał w swoim narzeczu siedz(cid:261)cy po lewej stronie Ahmed. – Nie. Nie! – Uciszcie go, do cholery! – rykn(cid:261)ł z tyłu olbrzym, którego przyprowadzili podczas przedostatniego postoju. – Nie. Nie... Ahmed mamrotał coraz ciszej, coraz bardziej (cid:298)ało(cid:286)nie, a(cid:298) w ko(cid:276)cu w ciemno(cid:286)ci rozległo si(cid:266) tylko chrapanie. – Jak nie sraczka, to... – westchn(cid:261)ł olbrzym; kto(cid:286) inny nawet zawtórował mu irytuj(cid:261)cym (cid:286)miechem, ale szybko zamilkł. Zagrały silniki. Z lewej strony, po kilku sekundach równie(cid:298) z drugiej. Pomruk stopniowo zacz(cid:261)ł przechodzić w ryk. Cała maszyna dr(cid:298)ała miarowo, tylko wibracje co raz to zmieniały ton. Siedz(cid:261)cy m(cid:266)(cid:298)czyzna powoli przesun(cid:261)ł nadgarstki wzdłu(cid:298) obr(cid:266)czy kajdanek. Nie był zbyt ciasno skuty, wi(cid:266)c mógł pozwolić sobie na ten luksus. Fory białego? Długi ła(cid:276)cuch ł(cid:261)cz(cid:261)cy r(cid:266)ce z nogami, mimo narastaj(cid:261)cego huku gotuj(cid:261)cego si(cid:266) do startu samolotu, zadzwonił cicho, wr(cid:266)cz tkliwie. Człowiek ten zmienił te(cid:298) poło(cid:298)enie głowy na oparciu fotela, opieraj(cid:261)c j(cid:261) na ramieniu. Sztywny materiał wi(cid:266)ziennego uniformu podra(cid:298)nił obolał(cid:261) skór(cid:266) twarzy, zaszele(cid:286)cił nieogolony zarost. M(cid:266)(cid:298)czyzna jednak nie zmienił pozycji, bo dzi(cid:266)ki niej przez zapomnian(cid:261) szczelin(cid:266) w oknie mógł zobaczyć (cid:286)wiatła lotniska. Te wkrótce zacz(cid:266)ły si(cid:266) przesuwać, nikn(cid:261)ć coraz szybciej w w(cid:261)skim pionowym kadrze, ust(cid:266)pować miejsca innym, zielonym, czerwonym i białym. Maszyna ruszyła. Wycie przycichło nieco. Zacz(cid:266)ło si(cid:266) kołowanie na pas startowy. – Dok(cid:261)d nas wioz(cid:261)? – zawołał, choć ju(cid:298) przez sen, Ahmed. Oparcia foteli coraz mocniej wciskały si(cid:266) w plecy. W obolałe l(cid:266)d(cid:296)wie, połamane (cid:298)ebra, odbite nerki, coraz wolniej goj(cid:261)ce si(cid:266) podłu(cid:298)ne rany. (cid:285)wiatła lotniska w szparce okienka stopiły si(cid:266) w jedn(cid:261), to opadaj(cid:261)c(cid:261), to znów wznosz(cid:261)c(cid:261) si(cid:266) wi(cid:261)zk(cid:266). Maszyna nabierała szybko(cid:286)ci na pasie startowym. Szarpn(cid:266)ło. Oderwali si(cid:266) od ziemi. Sznur pełgaj(cid:261)cych (cid:286)wiatełek lotniska, ogl(cid:261)dany w okienku samolotu, zerwał si(cid:266) gwałtownie niczym naszyjnik z błyszcz(cid:261)cych paciorków. Silniki grały równo, jakby były orkiestr(cid:261) pod batut(cid:261) dyrygenta. Stary boeing 737, a mo(cid:298)e gulfstream (uwi(cid:266)zieni nie wiedzieli tego; wprowadzali ich przecie(cid:298) w czarnych workach na głowach) wzbijał si(cid:266) pod ostrym k(cid:261)tem ku czarnej czelu(cid:286)ci nieba. Nad Irakiem, Afganistanem, Rumuni(cid:261), Kuwejtem, Marokiem, a mo(cid:298)e ju(cid:298) Kub(cid:261)... – Jak ci na imi(cid:266)? – zapytał ten siedz(cid:261)cy po prawej. – Jamal. – Ja jestem Muhammad – przedstawił si(cid:266) tamten. Musieli wyrównać lot, gdy(cid:298) przeci(cid:261)(cid:298)enia zako(cid:276)czyły si(cid:266). W normalnych samolotach urocza stewardesa pozwala w tym momencie odpi(cid:261)ć pasy i zapalić papierosa albo cygaro, a jej kole(cid:298)anki zaczynaj(cid:261) roznosić słodycze i cz(cid:266)stować nimi przestraszonych jeszcze po starcie pasa(cid:298)erów... – Cukierka? – dziewczyna nachyla si(cid:266), podsuwaj(cid:261)c pod nos tack(cid:266), a jej u(cid:286)miech jest słodszy od wszystkich cukierków (cid:286)wiata. – Dzi(cid:266)kuj(cid:266) – odpowiada si(cid:266) wtedy stewardesie, próbuj(cid:261)c si(cid:266) odwzajemnić, choć zwykle wychodzi z tego raczej przykry grymas. – Ale(cid:298) prosz(cid:266). Bierze si(cid:266) wreszcie tego cukierka, odwija z papierka, dzi(cid:266)kuje jeszcze raz. Jednocze(cid:286)nie usiłuje si(cid:266), mo(cid:298)liwie dyskretnie, wci(cid:261)gn(cid:261)ć w nozdrza zapach perfum dziewczyny, niezbyt mocnych, ale wyra(cid:296)nych, ci(cid:261)gn(cid:261)cy si(cid:266) za ni(cid:261) jak tren (cid:286)lubnej sukni. Dyskretnie wychyla si(cid:266) z fotela, zerka na jej smukł(cid:261) szyj(cid:266), na długie i proste nogi, na zgrabniutki tyłeczek, opi(cid:266)ty (cid:286)ci(cid:286)le przylegaj(cid:261)cym materiałem krótkiej spódniczki. Ale ju(cid:298) po chwili z tyłu słychać cichy stukot obcasów i nadchodzi jej kole(cid:298)anka, jeszcze ładniejsza, która odzywa si(cid:266) lekko d(cid:296)wi(cid:266)cz(cid:261)cym głosem, głosem anioła: – Czy mog(cid:266) zaproponować panu drinka? Pozwala si(cid:266) jej powtórzyć jeszcze raz, udaje zapracowanie, a mo(cid:298)e nawet oboj(cid:266)tno(cid:286)ć. Wreszcie, po chwili, ale niezbyt długiej, podnosi si(cid:266) wzrok znad czytanej gazety, a jeszcze lepiej ksi(cid:261)(cid:298)ki. A ona, ta dziewczyna, u(cid:286)miecha si(cid:266) i pyta jeszcze raz: – Drinka? Drink? Drink...? Ła(cid:276)cuch ł(cid:261)cz(cid:261)cy kajdany zadzwonił jeszcze raz. Jamal wzdrygn(cid:261)ł si(cid:266). Przygryzł spierzchni(cid:266)te wargi, a(cid:298) poczuł na nich zbyt dobrze znajomy słonawy smak. Zacisn(cid:261)ł dłonie w pi(cid:266)(cid:286)ci, a(cid:298) zabolały unieruchomione metalem nadgarstki. Napi(cid:266)cie jednak min(cid:266)ło równie szybko, jak nadeszło. Czekamy na trzeci(cid:261) stewardes(cid:266). B(cid:266)dzie jeszcze pi(cid:266)kniejsza ni(cid:298) dwie poprzednie. Podejdzie, a mo(cid:298)e raczej nadpłynie i zaproponuje nam... – Czy zechciałby pan obejrzeć film? – Film? – Tak, film. Zimny dreszcz przebiegł mu przez plecy. Co(cid:286) przygniotło piersi, utrudniaj(cid:261)c oddech. Nagły krzyk Ahmeda przebił si(cid:266) przez jednostajny szum motorów. Niewielkiej postury m(cid:266)(cid:298)czyzna, chłopiec prawie, zacz(cid:261)ł znów kr(cid:266)cić si(cid:266) niespokojnie na fotelu i gadać przez sen. Mo(cid:298)e mu si(cid:266) (cid:286)nił jaki(cid:286) koszmar? Jamal oparł głow(cid:266) na drugim ramieniu. Ćmiło go. Czas nie istniał od kilku dni, nie wiadomo ilu, bo nie było przecie(cid:298) godzin. Nie było czasu, jakby cały (cid:286)wiat wstrzymał oddech. Tylko (cid:298)e ten (cid:286)wiat gówno sobie z nich robił. Z nich tutaj i z nich w ogóle te(cid:298). Całe ciało dr(cid:266)twiało. Nogi pewnie odmówiłyby posłusze(cid:276)stwa. Tyle co do ust(cid:266)pu. Dwa kroki, no, mo(cid:298)e troch(cid:266) wi(cid:266)cej, zwa(cid:298)ywszy na te gustowne bransoletki przy nogach. Ale i to te(cid:298) nie zawsze, kiedy si(cid:266) chciało. Stra(cid:298)nicy mieli niezły ubaw. Przez miarowy warkot silników od czasu do czasu przebijały buczenia, piski urz(cid:261)dze(cid:276) elektronicznych oraz głosy ludzkie z pozostałych kabin samolotu, a mo(cid:298)e kabiny pilotów. Pokładowe radio, dzi(cid:266)ki któremu podtrzymywano kontakt z ziemi(cid:261)? Tylko jak(cid:261)? Jawa mieszała si(cid:266) z sennymi majakami. Urocze stewardesy ju(cid:298) si(cid:266) jednak nie pojawiały. Za to nie wiadomo czemu i sk(cid:261)d, ale m(cid:266)(cid:298)czyzna imieniem Jamal nagle zacz(cid:261)ł marzyć o czym innym. O s(cid:266)kaczu. Takim z czterdziestu, a najlepiej z sze(cid:286)ćdziesi(cid:266)ciu jaj! Nie dawało mu to spokoju. Ogromny, ciemno(cid:298)ółty, tu i ówdzie jasnobr(cid:261)zowy. Prawdziwy, nie (cid:298)adna podróbka. Po pierwszym k(cid:266)sie sprawiaj(cid:261)cy wra(cid:298)enie zbyt suchego, ale ju(cid:298) po chwili taki, jaki być powinien. Słodki smak dzieci(cid:276)stwa... Maszyn(cid:261) nagle szarpn(cid:266)ło. W szczelinie okna błysn(cid:261)ł r(cid:261)bek Ksi(cid:266)(cid:298)yca. Niebo było czyste. Ale wysoko w górze niebo chyba zawsze jest czyste. Ni(cid:298)ej s(cid:261) chmury, szarobiałe, pierzaste kł(cid:266)bowisko, o(cid:286)wietlone ksi(cid:266)(cid:298)ycowym blaskiem. Przypomina brudn(cid:261) pian(cid:266) z pralki automatycznej. Za czas jaki(cid:286) podłu(cid:298)ny kształt samolotu wsi(cid:261)knie w nie, rozpruje i przebije si(cid:266) z łatwo(cid:286)ci(cid:261), by po kilku chwilach wyl(cid:261)dować znowu na jakim(cid:286) nieznanym, wrogim l(cid:261)dzie. Zazgrzytała zasuwa, po chwili skrzypn(cid:266)ły drzwi. Snop (cid:286)wiatła padł na podłog(cid:266) kabiny. Na jasnym tle zamajaczyła postać jednego z (cid:298)andarmów. Ledwo si(cid:266) trzymał na nogach. W ustach miał cygaro, z którego dym przypominał komiksow(cid:261) chmurk(cid:266), gdzie wpisuje si(cid:266) tekst. (cid:297)ołnierz stał w drzwiach, trzymaj(cid:261)c si(cid:266) kurczowo futryny. – Ja bym si(cid:266) z wami nie patyczkował – wybełkotał. – Od razu pod mur! Pod mur, skurwysyny! – Daj spokój, Bob – zawołał z gł(cid:266)bi samolotu drugi z (cid:298)andarmów. – Ja bym z wami inaczej pogadał – wycharczał, dysz(cid:261)c niczym zwierz(cid:266). Naraz czyje(cid:286) r(cid:266)ce chwytaj(cid:261)ce za kołnierz, a mo(cid:298)e kolejne szarpni(cid:266)cie poddaj(cid:261)cej si(cid:266) prawom przestworzy maszyny poci(cid:261)gn(cid:266)ły go do tyłu. Hukn(cid:266)ły drzwi lataj(cid:261)cej celi. Jamal wyczekiwał zgrzytu klucza w zamku. I przera(cid:298)aj(cid:261)cego odgłosu zasuwy. Jednak zamiast tego znów odczuł wyra(cid:296)ne szarpni(cid:266)cie. Samolot do(cid:286)ć mocno przechylił si(cid:266) na prawo. Co(cid:286), mo(cid:298)e puszka po mi(cid:266)snej konserwie, któr(cid:261) dano na obiad lub kolacj(cid:266), metalicznie brz(cid:266)kn(cid:266)ło o podłog(cid:266) i potoczyło si(cid:266) po niej ku (cid:286)cianie. Jamal zapadał w letarg, to znów co(cid:286) go z niego wytr(cid:261)cało. Czoło pokryły mu kropelki zimnego potu, ciałem coraz to wstrz(cid:261)sały dreszcze. Chciał krzyczeć, ale nie mógł wydobyć z gardła (cid:298)adnego d(cid:296)wi(cid:266)ku, jakby dodatkow(cid:261), pi(cid:261)t(cid:261) obr(cid:266)cz(cid:261) (cid:286)ci(cid:286)ni(cid:266)to mu tak(cid:298)e krta(cid:276). Teraz z kolei maszyna do(cid:286)ć znacznie przechyliła si(cid:266) ku dołowi. Pusta puszka potoczyła si(cid:266) w stron(cid:266) (cid:286)cianki działowej, na której umieszczone były drzwi, i j(cid:266)kn(cid:266)ła (cid:298)ało(cid:286)nie. Pasy bezpiecze(cid:276)stwa, którymi Jamal był cały czas unieruchomiony, bole(cid:286)nie naparły na brzuch, uciskaj(cid:261)c wn(cid:266)trzno(cid:286)ci. Znał to uczucie. Musieli podchodzić do l(cid:261)dowania. Ahmed j(cid:266)czał co(cid:286) znowu, choć przy niemal braku o(cid:286)wietlenia nie mo(cid:298)na było odró(cid:298)nić, czy (cid:286)pi, czy te(cid:298), podobnie jak Jamal, czuwa. Zakolebało nimi na boki, silniki wyły w wysokich tonach. Troch(cid:266) jednak inaczej ni(cid:298) podczas poprzednich l(cid:261)dowa(cid:276), to pewne. Co(cid:286) było nie tak. Jamal nie zd(cid:261)(cid:298)ył si(cid:266) jednak zastanowić, czy to dobrze, czy (cid:296)le. Zza drzwi, które być mo(cid:298)e zapomniano zamkn(cid:261)ć, choć z drugiej strony nie mogło mieć to teraz (cid:298)adnego znaczenia, dobiegły jakie(cid:286) krzyki, strz(cid:266)py komend, tupanie ci(cid:266)(cid:298)kich wojskowych buciorów na akustycznej podłodze. Ockn(cid:266)li si(cid:266) te(cid:298) siedz(cid:261)cy w zaimprowizowanej celi pozostali wi(cid:266)(cid:296)niowie. – Spadamy – rzekł ze spokojem człowiek, który przedstawił si(cid:266) jako Muhammad; trudno było jednak ocenić, czy to, co powiedział, było pytaniem czy stwierdzeniem. Kto(cid:286) próbował szarpać si(cid:266) w fotelu, podzwaniaj(cid:261)c ła(cid:276)cuchami, kto(cid:286) inny tylko modlił si(cid:266) cicho, łkaj(cid:261)c przy tym. Boeing najwyra(cid:296)niej pikował w dół. – Rozkujcie nas, słyszycie?! Rozkujcie! – ryczał olbrzym siedz(cid:261)cy z tyłu. Muhammad nagle zacz(cid:261)ł si(cid:266) (cid:286)miać. Najpierw cicho, potem coraz gło(cid:286)niej, coraz bardziej przera(cid:296)liwie. W nikłym (cid:286)wiatełku błyszczały krople, które zalewały mu oczy. Pot albo łzy. – Zestrzelili nas! Trafili! Nasi nas zestrzelili – krzyczał, jakby był w ekstazie. – Allah akbar! Ale w tej chwili pilotowi widać udało si(cid:266) zapanować nad maszyn(cid:261), bo wyrównali lot. Cały czas chyba jednak nieuchronnie zbli(cid:298)ali si(cid:266) do ziemi. Nagle szarpn(cid:266)ło. Pojedyncze uderzenie. Podskoczyli na fotelach. Rozległ si(cid:266) przera(cid:296)liwy, (cid:286)widruj(cid:261)cy uszy wizg kół szoruj(cid:261)cych o tward(cid:261) nawierzchni(cid:266). Lotnisko? Autostrad(cid:266)? Wod(cid:266)?! Jamal spojrzał w bok. W szparce okna nie było jednak widać (cid:298)adnych (cid:286)wiateł. Nagle przechylili si(cid:266) na lewo i w ciemno(cid:286)ci tej, chyba spod skrzydła, wytrysn(cid:261)ł gruby snop iskier. Po chwili znów uderzenie, po nim kilka nast(cid:266)pnych, ju(cid:298) nieco l(cid:298)ejszych. Kilkutonowa maszyna, (cid:298)elazna masa, odbijała si(cid:266) od ziemi jak gumowa piłeczka. Zewsz(cid:261)d dochodził wzrastaj(cid:261)cy trzask. Jamal dr(cid:298)ał cały. Ze strachu, a mo(cid:298)e tylko wskutek przeci(cid:261)(cid:298)e(cid:276), ruchów samolotu usiłuj(cid:261)cego pokonać dwa (cid:298)ywioły i prawa fizyki, a w nim kawałek mi(cid:266)sa poddany tym samym prawom. – Allah akbar! Allah akbar! – darł si(cid:266) wci(cid:261)(cid:298) niczym op(cid:266)tany Muhammad. Na koniec nagły, potworny huk. Ból w uszach. Czyj(cid:286) krzyk. Na sekund(cid:266) zapaliły si(cid:266) wszystkie (cid:286)wiatła w ich kabinie. Ogromna siła wyrwała z podłogi fotel, na którym siedział Muhammad, i z impetem cisn(cid:266)ła nim o (cid:286)cian(cid:266). W tej samej chwili p(cid:266)kły (cid:298)arówki. Kawałki szkła strzeliły na wszystkie strony. Potem nast(cid:261)piła cisza. Jamal miał wra(cid:298)enie, (cid:298)e pas bezpiecze(cid:276)stwa przecina go dokładnie w połowie. – Jezu... – j(cid:266)kn(cid:261)ł z bolesn(cid:261) rezygnacj(cid:261), nie my(cid:286)l(cid:261)c ju(cid:298) o tym, (cid:298)e kto(cid:286) (cid:296)le go mo(cid:298)e zrozumieć. Potem stracił przytomno(cid:286)ć. * W sobot(cid:266) rano wybrałem si(cid:266) na Koło, gdzie w dwa weekendowe dni rozkładaj(cid:261) swoje kramy handlarze starociami, antykami, ale i najzwyklejsz(cid:261) w (cid:286)wiecie tandet(cid:261) i starzyzn(cid:261), któr(cid:261) w normalnych miastach zapełnia si(cid:266) (cid:286)mietniki, a nie stoiska handlowe. Wła(cid:286)ciwie pojechałem tam bez okre(cid:286)lonego celu, a taki przy(cid:286)wieca zwykle wi(cid:266)kszo(cid:286)ci ludzi, którzy przemierzaj(cid:261) w(cid:261)skie alejki mi(cid:266)dzy drewnianymi budami czy płachtami folii, le(cid:298)(cid:261)cymi wraz z towarem wprost na ziemi. A to do trzech antycznych (cid:286)wieczników dobrać czwarty, niech si(cid:266) (cid:286)wiec(cid:261) – przede wszystkim oczy znajomych, z zazdro(cid:286)ci. Albo skompletować wreszcie serwis mi(cid:286)nie(cid:276)skiej porcelany, do którego brakuje nam tylko jednego spodka albo wieczka cukiernicy, a te kto(cid:286) ponoć ostatnio tutaj widział. Albo antyczne krzesło dokupić do kompletu, który zdobi nasz pokój dzienny. Rzadziej kto(cid:286) poszukuje tutaj starych, a raczej niezbyt nowych ksi(cid:261)(cid:298)ek, które mo(cid:298)na nabyć po uprzednim wygrzebaniu woluminu w jednym z kartonowych pudeł. – Ile za t(cid:266) miniatur(cid:266)? – pyta nastroszona paniusia w ciemnych okularach, wskazuj(cid:261)c nieprawdopodobnie długim i czerwonym paznokciem w stron(cid:266) galeryjki małych i du(cid:298)ych płócien, przyczepionych wprost do płotu. – Trzysta – odpowiada wła(cid:286)ciciel stoiska, nie przestaj(cid:261)c wyłuskiwać sobie brudu zza paznokci przy pomocy szwajcarskiego scyzoryka b(cid:261)d(cid:296) tylko jego chi(cid:276)skiej podróbki. – Choć, Władziu. To tandeta – towarzyszka nastroszonej, ruda jak wiewiórka i te(cid:298) w przeciwsłonecznych okularach na nosie, ju(cid:298) ci(cid:261)gnie za łokieć swoj(cid:261) kole(cid:298)ank(cid:266); po chwili obie interesuj(cid:261) si(cid:266) ju(cid:298) zupełnie inn(cid:261) gał(cid:266)zi(cid:261) sztuki, mianowicie damsk(cid:261) bielizn(cid:261), i to bynajmniej nie antyczn(cid:261). – Taka to nawet „dupa” mówi przez „ł” – przypomina star(cid:261) prawd(cid:266) koczuj(cid:261)cy tu(cid:298) obok tymczasowej galerii sprzedawca tysi(cid:261)ca i jednej bzdury z miedzi i mosi(cid:261)dzu. – Grzebie, przewraca, wybrzydza, a i tak nic nie kupi. – Co poradzisz – wzdycha brukowy marszand, wzruszaj(cid:261)c nagimi, opalonymi ramionami. – Cały ten dzie(cid:276) jaki(cid:286) kiepski, jaki(cid:286) taki... – Uwa(cid:298)a, jak chodzi! (cid:285)lepy jest?! – drze si(cid:266) kilka metrów dalej korpulentna kobiecina z w(cid:261)sami, ksi(cid:261)(cid:298)kowy model handlarki jajkami; ta jednak sprzedaje wprost z ziemi wyliniałe kołnierze z lisa. I wła(cid:286)nie kto(cid:286) jednemu z tych biednych zwierz(cid:261)t, z pewno(cid:286)ci(cid:261) niechc(cid:261)cy, nadepn(cid:261)ł obcasem na ogon. Lisa to ju(cid:298) nie boli, handlar(cid:266) – owszem, bardzo. Rzeczywi(cid:286)cie, w takim miejscu trzeba nie lada sprytu, by nie wej(cid:286)ć komu(cid:286) w szkod(cid:266). I na w(cid:261)skich dró(cid:298)kach min(cid:261)ć si(cid:266) bezpiecznie, jednocze(cid:286)nie przez cały czas obserwuj(cid:261)c oferowane towary. I targować si(cid:266) umieć, bo to tutaj norma, wr(cid:266)cz tradycja, swoisty element bon tonu, a nie od razu ust(cid:266)pować pola, obra(cid:298)ać si(cid:266) (cid:286)miertelnie albo od tandety wyzywać. Ludzie przychodz(cid:261)cy na Koło to w wi(cid:266)kszo(cid:286)ci starzy wyjadacze. Ale ci, którzy przybywaj(cid:261) tutaj, a(cid:298)eby handlować, a czasami nawet bywa, (cid:298)e nic nie uhandlować, to jeszcze wi(cid:266)ksze indywidua. – Pierwszorz(cid:266)dna robota. Cymu(cid:286), miód, malina! – rozpływa si(cid:266) w komplementach fachura, podnosz(cid:261)c wysoko do oczu jakie(cid:286) cacko: mo(cid:298)e zegarek, mo(cid:298)e monet(cid:266) czy jaki(cid:286) inny bibelot. Fachura ma tłuste, rzadkie włosy, (cid:298)ółte palce u r(cid:261)k i jest chudziute(cid:276)ki jak przecinek. Ma na sobie skórzan(cid:261) kamizelk(cid:266), mokasyny o zdartych obcasach, okulary w pozlepianej plastrem oprawce, w ogóle cały jego ubiór sam te(cid:298) mo(cid:298)e robić za zabytek. Ale to fachura przecie(cid:298), spec nad spece. Wygl(cid:261)d niewa(cid:298)ny. Pasja si(cid:266) liczy! A ju(cid:298) najwi(cid:266)ksze oryginały na Kole to sprzedawcy militariów. Zajmuj(cid:261) jedn(cid:261) z alejek, choć kilku rozło(cid:298)yło swoje graty tak(cid:298)e w innych rejonach targowiska; być mo(cid:298)e nie zd(cid:261)(cid:298)yli na czas (bo tutaj co niektórzy, głównie ci od starych mebli, miejsce zajmuj(cid:261) ju(cid:298) w pi(cid:261)tek rano), a mo(cid:298)e chcieli mieć blisko do budki z ciepłym jedzeniem. W ka(cid:298)dym razie w zaułek maniaków barwy i broni zawsze warto si(cid:266) zapu(cid:286)cić. – Ma być dzisiaj u mnie gostek z oryginalnym mundurem niemieckiego spadochroniarza, jarzysz? – chwali si(cid:266) jeden, sam wygl(cid:261)daj(cid:261)cy jak skoczek, tylko czerwona chustka zawi(cid:261)zana na głowie zdradza od razu jego poło(cid:298)enie, wszak o to przecie(cid:298) chodzi. – Bundeswehra czy Wehrmacht? – interesuje si(cid:266) jego kompan w niemal nowej polskiej czapce zaj(cid:261)cówce z gumowym orzełkiem, jeszcze bez korony; nie przerywa ani na chwil(cid:266) (cid:298)mudnej czynno(cid:286)ci polerowania długiej lufy jakiego(cid:286) karabinu. – Z wojny ostatniej, jarzysz? Być mo(cid:298)e jakiego(cid:286) chłopaka od Skorzennego, jarzysz? – To ten Austriak, co zrobił desant na Kret(cid:266)? – Ten sam. Obaj z uznaniem cmokaj(cid:261), bo to i pewnie w istocie nie lada gratka dla zapalonego kolekcjonera wszelkiego (cid:298)elastwa i szmat z ostatniej wojny. Ogarniam wzrokiem prowizoryczne lady. Czego tu nie ma! Stare mundury, pałatki, czapki, pasy z koalicyjkami, buty, kabury i ładownice. Elementy tak broni palnej, dla laika zwykłe spr(cid:266)(cid:298)ynki czy kawałki metalu, jak i białej. Nawet całe, l(cid:286)ni(cid:261)ce w sło(cid:276)cu szable – idealny prezent dla skorumpowanego polityka. Od razu przypomina mi si(cid:266) niedawno zasłyszany dowcip-zagadka: Czemu w dzisiejszej polskiej armii odchodz(cid:261)cemu na emerytur(cid:266) oficerowi wr(cid:266)cza si(cid:266) tak(cid:261) wła(cid:286)nie szabl(cid:266)? (cid:297)eby było na staro(cid:286)ć czym w (cid:286)mietnikach grzebać. Po chwili pochylam si(cid:266) nad cz(cid:266)(cid:286)ci(cid:261) stoiska, gdzie z kolei wyło(cid:298)ono drobnic(cid:266). Nie jest to łatwe. Tu orzełki na pelcie i bez pelty, z koron(cid:261) i bez korony, tudzie(cid:298) gapy, niezliczone ilo(cid:286)ci plastikowych i metalowych guzików, korpusówki, odznaki wzorowego (cid:298)ołnierza, zwane popularnie, ale i pogardliwie „blachami”, znaczki szkół oficerskich, br(cid:261)zowe i złote odznaki mistrzostwa sportowego i tak dalej. A(cid:298) si(cid:266) w oczach mieni. Ten stół mo(cid:298)e te(cid:298) troch(cid:266) przypominać smutne stanowisko archeologiczne, zorganizowane w pobli(cid:298)u gł(cid:266)bokich dołów w pewnym lasku na Białorusi. Tylko (cid:298)e tam mało co z tej całej drobnicy błyszczało jak tutaj... Nieco z boku stoi du(cid:298)e blaszane pudełko po herbacie, wypełnione epoletami z wyszywanymi bajorkiem, ale tak(cid:298)e gumowymi gwiazdkami i belkami, starymi naszywkami rodzajów wojsk w kształcie koła czy plakietkami okoliczno(cid:286)ciowymi, których to okoliczno(cid:286)ci nikt ju(cid:298) chyba nie pami(cid:266)ta. Uwag(cid:266), chyba nie tylko moj(cid:261), zwraca za to czerwona, wygi(cid:266)ta plakietka z napisem POLAND, dokładnie taka, jak(cid:261) nosili (cid:298)ołnierze Sił Zbrojnych na Zachodzie podczas II wojny (cid:286)wiatowej. W(cid:261)tpi(cid:266) jednak, czy naszywka jest autentyczna. To tak jak z tymi charakterystycznymi, spiczastymi czapkami bolszewickiej armii Budionnego, tymi z nausznikami i wielk(cid:261) czerwon(cid:261) gwiazd(cid:261). Sk(cid:261)d ich nagle tyle? Nie ma innego wytłumaczenia jak to, (cid:298)e kto(cid:286) chałupniczo szyje je teraz w domu, jakby podejrzewał, ba!, był przekonany, (cid:298)e wkrótce mog(cid:261) si(cid:266) przydać. – Szuka pan czego(cid:286) konkretnego? – pyta mnie sprzedawca. – Nie, tak tylko patrz(cid:266) – wyja(cid:286)niam odrobin(cid:266) zawstydzony. – Wojna, Ludowe Wojsko, Bo(cid:286)nia, Irak, Afganistan? – wylicza w kolejno(cid:286)ci wszystkie grzechy (cid:286)miertelne, potrz(cid:261)saj(cid:261)c pudełkiem, ale ja tylko kr(cid:266)c(cid:266) głow(cid:261). I ju(cid:298) prostuj(cid:266) si(cid:266), by ruszyć dalej, gdy nagle mój wzrok przykuwa znajomy kształt. A w tym kształcie kolory te(cid:298) co(cid:286) mi mówi(cid:261). I co(cid:286) szczypie mnie w oczy, mo(cid:298)e dym z papierosa, którego ogryzek kurzy ze smakiem handlarz (cid:298)ołnierskimi mena(cid:298)kami, „manierkami z gorzałczyn(cid:261)” i tym podobnym złomem; serce uderza mi (cid:298)ywiej, wyci(cid:261)gni(cid:266)ta przed siebie r(cid:266)ka, zrazu znieruchomiała, jak r(cid:266)ka nakrytego złodzieja w supermarkecie, zaczyna lekko dr(cid:298)eć. Ale ja nie chc(cid:266) niczego ukra(cid:286)ć. Ani nawet nie znalazłem czego(cid:286), co mi kiedy(cid:286) ukradziono. Chocia(cid:298)... – Pokazać? – oferuje si(cid:266) handlarz, po czym szybko si(cid:266)ga po całe pudełko z naszywkami. – Nie. Nie trzeba. – Nówka, prawdziwa okazja! Ja jednak oddalam si(cid:266) bez słowa, kr(cid:266)c(cid:261)c energicznie głow(cid:261). Facet jeszcze co(cid:286) mówi, ale nie słysz(cid:266) jego słów, bo tu(cid:298) obok odzywa si(cid:266) d(cid:296)wi(cid:266)k akordeonu. Starszy m(cid:266)(cid:298)czyzna gra najwyra(cid:296)niej sobie a muzom, gdy(cid:298) nie stoi przed nim blaszana puszka ani otwarty futerał z mieni(cid:261)cymi si(cid:266) na aksamitnym tle drobniakami. Mo(cid:298)e chce tylko pokazać zalety oferowanego do sprzeda(cid:298)y instrumentu, a mo(cid:298)e rzeczywi(cid:286)cie tylko umila czas sobie, sprzedaj(cid:261)cym i kupuj(cid:261)cym. Bo gra, w przeciwie(cid:276)stwie do cyga(cid:276)skich grajków tramwajowych, których w naszych miastach coraz wi(cid:266)cej, nawet ładnie. Melodia, której nie potrafi(cid:266) nadać tytułu, uspokaja mnie. Zerkam jeszcze ponad ramionami przechodniów na stoisko z militariami. Kto(cid:286) pochyla si(cid:266) nad pudełkiem z naszywkami tak samo jak ja przed paroma sekundami. A jednak nie. Wzi(cid:261)ł do r(cid:266)ki jaki(cid:286) bagnet. – Opłata? Jaka opłata?! – słysz(cid:266) z całkiem bliska, jak kto(cid:286) gardłuje; to sprzedawca starych mebli, głównie krzeseł, ustawionych zapobiegliwie pod brezentow(cid:261) plandek(cid:261). – Zwyczajna – odpowiada ze spokojem zbieracz opłat targowiskowych, wypisuj(cid:261)c z wpraw(cid:261) niewielki blankiet. – Ale a(cid:298) tyle? – j(cid:266)czy bole(cid:286)nie drugi z go(cid:286)ci od krzeseł; obaj s(cid:261) do(cid:286)ć młodzi i pewnie pierwszy raz próbuj(cid:261) szcz(cid:266)(cid:286)cia na Kole. – Jak wszyscy, według zajmowanej powierzchni – egzekutor robi okr(cid:261)gły gest r(cid:266)k(cid:261), bo chłopaczkowie w istocie zaj(cid:266)li troch(cid:266) placu, i wzrusza ramionami, pewnie na znak, (cid:298)e sobie do kieszeni tych pieni(cid:266)dzy nie we(cid:296)mie. – A jak pan twierdzisz, (cid:298)e (cid:296)le policzyłem, to ci oddaj(cid:266) cał(cid:261) t(cid:266) torb(cid:266) – klepie si(cid:266) po wypchanym chlebaku, jakby bił si(cid:266) w piersi. Na tym dyskusja ustaje. Ruszam w dalsz(cid:261) drog(cid:266), rozgl(cid:261)daj(cid:261)c si(cid:266) na boki, ju(cid:298) jednak z coraz mniejsz(cid:261) uwag(cid:261). Zmysły t(cid:266)piej(cid:261), kolory bledn(cid:261), kształty zacieraj(cid:261) si(cid:266). Sło(cid:276)ce stoi ju(cid:298) niemal w zenicie i przygrzewa mocno. Robi mi si(cid:266) coraz bardziej gor(cid:261)co. Jestem teraz najlepszym kandydatem na wyci(cid:261)gni(cid:266)cie pieni(cid:266)dzy i wci(cid:286)ni(cid:266)cie barachła. O, choćby takiego obrazka, który nie jest niczym innym jak troch(cid:266) wi(cid:266)ksz(cid:261) pocztówk(cid:261), umieszczon(cid:261) za szkłem i okolon(cid:261) odpowiednio sfatygowanymi ramkami. Jakie(cid:286) przedwojenne miasto, najprawdopodobniej niemieckie. Czerwone, gotyckie wie(cid:298)e ko(cid:286)ciołów, spadziste dachy domów. Na pierwszym planie most na jakiej(cid:286) rzeczce, a na nim stary, (cid:286)mieszny tramwaj, jeden czerwony wóz z (cid:298)ółtym pasem pod oknami. Tu(cid:298) obok, co jest nawet dobrym pomysłem, stoi inny obrazek. To tak(cid:298)e fotografia, przedstawiaj(cid:261)ca młodego m(cid:266)(cid:298)czyzn(cid:266), chłopaka wła(cid:286)ciwie. Chłopak ów ma na sobie mundurow(cid:261) bluz(cid:266) z czarnymi epoletami. Szeregowiec. Mundur jest niemiecki, tak dobrze znany, je(cid:286)li nie z (cid:298)ycia, to z filmów. I znienawidzony. My(cid:286)l(cid:266) sobie, (cid:298)e wła(cid:286)ciwie taki obrazek powinien być prezentowany na stoisku z militariami, gdzie przed chwil(cid:261) byłem. Spogl(cid:261)dam w tamtym kierunku, ale nic nie widz(cid:266), bo akurat tłum st(cid:266)(cid:298)ał mocno i skutecznie zasłania widoczno(cid:286)ć. Przenosz(cid:266) zatem wzrok z powrotem na czarno- białego (cid:298)ołnierza. I ju(cid:298) wiem. Wiem, (cid:298)e go dobrze znam. Robi mi si(cid:266) gor(cid:261)co. Przygryzam wargi do bólu. Uwolnione po chwili, bezwiednie i bezgło(cid:286)nie składaj(cid:261) si(cid:266) w słowa wypowiedziane przez brukowego marszanda: – Cały ten dzie(cid:276) jaki(cid:286) kiepski, jaki(cid:286) taki... * (cid:285)niło mu si(cid:266), (cid:298)e ma wolne r(cid:266)ce i nogi. I (cid:298)e mo(cid:298)e biegać. (cid:297)e biegnie po deszczu, rozbijaj(cid:261)c wod(cid:266) w kału(cid:298)ach, nie bacz(cid:261)c na mokre buty, spodnie, zdziwienie mijaj(cid:261)cych go ludzi. Lubił tak biegać. W młodo(cid:286)ci. Kiedy(cid:286) była. Chwil(cid:266) po tym, jak czule po(cid:298)egnał si(cid:266) z ukochan(cid:261) dziewczyn(cid:261). Biegł, by zd(cid:261)(cid:298)yć na czas. Bo wtedy był czas: na miło(cid:286)ć, na rado(cid:286)ć, na (cid:298)ycie. Bo wtedy był czas i wydawało si(cid:266), (cid:298)e nigdy, przenigdy go nie zabraknie. (cid:297)e b(cid:266)dzie jutro i ta dziewczyna. Jutro mo(cid:298)e (cid:286)wiecić sło(cid:276)ce, ale mo(cid:298)e i padać deszcz. Byleby oni byli ze sob(cid:261). On i ona. Ona. Jak ona miała na imi(cid:266)? Jak miała na imi(cid:266)? Nie mógł sobie przypomnieć, jak miała na imi(cid:266). To (cid:286)mieszne, przecie(cid:298) to tak proste, (cid:298)e a(cid:298) (cid:286)mieszne. Jej imi(cid:266)... Obudziło go wilgotne zimno na twarzy. Otworzył oczy, lecz niczego nie zobaczył. Czuł jednak, (cid:298)e nad głow(cid:261) ma... Tak, nie mogło być inaczej: to było niebo. Nad głow(cid:261) miał niebo. Najprawdziwsze niebo! Nie czuł bólu, tylko w głowie pulsuj(cid:261)cy szum. Siedział oparty o co(cid:286) twardego. Spróbował si(cid:266) podnie(cid:286)ć. Kajdanki na nogach i r(cid:266)kach, poł(cid:261)czone ła(cid:276)cuchem, wci(cid:261)(cid:298) jednak kr(cid:266)powały mu ruchy. Za to wzrok powoli przyzwyczajał si(cid:266) do ciemno(cid:286)ci. W pewnej chwili Jamal dostrzegł w oddali jakie(cid:286) poruszaj(cid:261)ce si(cid:266) cienie z latarkami. Biegły, pokrzykuj(cid:261)c co(cid:286) niezrozumiale, w kierunku wielkiego kształtu, który coraz wyra(cid:296)niej odznaczał si(cid:266) na tle bledn(cid:261)cego i ró(cid:298)owiej(cid:261)cego ju(cid:298) nieba. Poznał od razu. Cielsko boeinga le(cid:298)ało bezwładne, jedno skrzydło sterczało (cid:298)ało(cid:286)nie, uniesione w gór(cid:266) niczym płetwa umieraj(cid:261)cego na brzegu morza wieloryba. Z daleka dobiegł ryk syren. Deszcz zacz(cid:261)ł padać coraz mocniej. Pachniało wilgotn(cid:261) ziemi(cid:261) i zgniłymi dawno li(cid:286)ćmi. M(cid:266)(cid:298)czyzna wstał. Zakr(cid:266)ciło mu si(cid:266) w głowie. Z tyłu namacał chropowat(cid:261) kor(cid:266) drzewa. Jednocze(cid:286)nie zauwa(cid:298)ył, (cid:298)e jedna z bransoletek znalazła si(cid:266) na wysoko(cid:286)ci kostek palców. Spróbował przesun(cid:261)ć metal po mokrym ciele, jednocze(cid:286)nie zw(cid:266)(cid:298)aj(cid:261)c dło(cid:276) do granicy bólu. Ku jego zdumieniu zimna obr(cid:266)cz gładko prze(cid:286)lizn(cid:266)ła si(cid:266) po namoczonej skórze. Po chwili to samo Jamal uczynił z drug(cid:261) r(cid:266)k(cid:261), szybko zzuł buty i oswobodził nogi. Ze zło(cid:286)ci(cid:261) odrzucił ła(cid:276)cuchy w bok. Tymczasem syreny były ju(cid:298) wyra(cid:296)ne. Po kilku chwilach na otwart(cid:261) przestrze(cid:276), która mogła być zarówno lotniskiem, jak i rozległ(cid:261) ł(cid:261)k(cid:261) albo polem uprawnym, wtoczyło si(cid:266) kilka samochodów. Obci(cid:261)(cid:298)one hektolitrami wody wozy bojowe stra(cid:298)y po(cid:298)arnej, du(cid:298)o mniejsze karetek pogotowia i policji zbli(cid:298)ały si(cid:266) do le(cid:298)(cid:261)cego kadłuba. Obracaj(cid:261)ce si(cid:266) na dachach niebieskie sygnalizatory o(cid:286)wietlały cielsko samolotu i (cid:286)cian(cid:266) lasu. Wtem potworny huk rozdarł powietrze. Gor(cid:261)cy podmuch zakołysał koronami drzew, zmierzwił włosy człowieka, targn(cid:261)ł wi(cid:266)ziennym uniformem. Ogromna kula ognia o(cid:286)wietliła okolic(cid:266). Musiały eksplodować baki z paliwem – skonstatował przytomnie Jamal. Boeing palił si(cid:266). Wokół uwijały si(cid:266) cienie stra(cid:298)aków, kilka strumieni wody ju(cid:298) skierowano na (cid:296)ródło ognia, ale nie mogły wiele zdziałać. Jamal odwrócił si(cid:266). Przed sob(cid:261) miał lit(cid:261) (cid:286)cian(cid:266) lasu. Nagle wydało mu si(cid:266), (cid:298)e słyszy ujadanie psów. Niewiele my(cid:286)l(cid:261)c, ruszył przed siebie. Płomie(cid:276) pal(cid:261)cego si(cid:266) samolotu-wi(cid:266)zienia o(cid:286)wietlał pnie drzew jak harcerskie ognisko za dawnych lat. Podłu(cid:298)ne cienie przesuwały si(cid:266) wraz z id(cid:261)cym. Niektóre wyprzedzały go, inne zostawały w tyle. (cid:285)wiatło po(cid:298)aru, w miar(cid:266) jak m(cid:266)(cid:298)czyzna zagł(cid:266)biał si(cid:266) w mokry, rozszeptany g(cid:261)szcz, coraz bardziej jednak słabło. A(cid:298) w ko(cid:276)cu samotny cie(cid:276), brodz(cid:261)c po kolana w wysokiej, mokrej trawie, w lekkiej mgiełce, parł przed siebie ju(cid:298) tylko po omacku... * Pora wyja(cid:286)nić jedn(cid:261) spraw(cid:266). Chodzi o to, (cid:298)e jestem człek pisz(cid:261)cy, przez zło(cid:286)liwych nazywany pi(cid:286)miennym, choć mo(cid:298)e dobre i to. Okre(cid:286)lenie, to pierwsze, oznacza, (cid:298)e udaje mi si(cid:266) utrzymywać w (cid:298)yciu (choć coraz cz(cid:266)(cid:286)ciej mo(cid:298)na to nazwać utrzymywaniem si(cid:266) przy (cid:298)yciu, bo woda coraz to si(cid:266)ga ust, tyci-tyci...) z zapisywania słów. Kiedy(cid:286) mówiło si(cid:266) dumnie o zaczernianiu kartek papieru, ale dzi(cid:286), w dobie powszechnej komputeryzacji i Internetu, kojarzy si(cid:266) to raczej z ci(cid:266)(cid:298)kim zatwardzeniem. A zatem pisz(cid:266) słowa, zdania, czasami nawet całe strony. I czasami te(cid:298) robi(cid:266) co(cid:286) całkowicie irracjonalnie. Moja codzienna czynno(cid:286)ć, o której wcze(cid:286)niej wspomniałem i pewnie jeszcze nieraz wspomn(cid:266), troch(cid:266) mnie tłumaczy. Niedu(cid:298)o, ale zawsze. Irracjonalne tego dnia było wszystko: pocz(cid:261)wszy od (cid:286)niadania, na które zjadłem dwie kromki razowego chleba i jajecznic(cid:266) z jednego, bo tylko tyle mi zostało w lodówce, jaja. Potem wyj(cid:286)cie na targ staroci na Kole, nie wiadomo wła(cid:286)ciwie po co, bo niczego ze sob(cid:261) nie przyniosłem. I obiad, ju(cid:298) troch(cid:266) lepszy ni(cid:298) (cid:286)niadanie, ale konkretny skład menu nie ma tutaj wi(cid:266)kszego znaczenia, choć mo(cid:298)e kiedy(cid:286) pokusz(cid:266) si(cid:266) o napisanie jakiej(cid:286) ksi(cid:261)(cid:298)ki kucharskiej. Tylko (cid:298)e tak(cid:261), przeznaczon(cid:261) dla mieszkaj(cid:261)cych w pojedynk(cid:266), kto(cid:286) ponoć ostatnio wydał. Id(cid:266) zreszt(cid:261) o zakład, (cid:298)e autor tej ksi(cid:261)(cid:298)ki ma najpewniej (cid:298)on(cid:266) i trójk(cid:266) dzieci, a ta (cid:298)ona pysznie gotuje. Postanowiłem sp(cid:266)dzić kilka dni w rodzinnych stronach. Mimo (cid:298)e wiedziałem, po co i dok(cid:261)d jad(cid:266), nie byłem do ko(cid:276)ca przekonany, (cid:298)e zabranie kluczyków auta, otworzenie nimi drzwi, wej(cid:286)cie do gor(cid:261)cego wn(cid:266)trza, przekr(cid:266)cenie kluczyka w stacyjce, zapi(cid:266)cie pasów bezpiecze(cid:276)stwa to najwła(cid:286)ciwsze posuni(cid:266)cia. Mimo i(cid:298) wszystko było dokładnie obliczone: trasa, czas, nawet benzyna w baku, nie byłem pewien swego. Nie b(cid:266)d(cid:266) ukrywał: jestem go(cid:286)ć sentymentalny. Cz(cid:266)sto popadam w melancholi(cid:266), a tak(cid:298)e uparcie gloryfikuj(cid:266) przeszło(cid:286)ć, zupełnie jak ten stary pierdoła siedz(cid:261)cy na ławeczce przed blokiem, co to dłubie w nosie i mówi, (cid:298)e kiedy(cid:286) wszystko było lepsze. A poza tym uwa(cid:298)am siebie za raczej zrównowa(cid:298)onego faceta. Niesionej szklanki z gor(cid:261)c(cid:261) herbat(cid:261) nie wypuszcz(cid:266) widowiskowo z r(cid:266)ki na wie(cid:286)ć straszn(cid:261) i niespodziewan(cid:261), tylko spokojnie donios(cid:266) i postawi(cid:266) na stole, najwy(cid:298)ej roni(cid:261)c kilka kropel. Nie schyl(cid:266) si(cid:266) po le(cid:298)(cid:261)c(cid:261) na schodach drobn(cid:261) monet(cid:266), gdy schodz(cid:266) na stacj(cid:266) metra, a za mn(cid:261) prze tyraliera spiesz(cid:261)cych si(cid:266) jak co rano do pracy ludzi. Ale oto z bij(cid:261)cym mocno sercem wyje(cid:298)d(cid:298)am z miasta. Zwykle czuj(cid:266) si(cid:266) podobnie, gdy do(cid:276) wje(cid:298)d(cid:298)am, a nie odwrotnie. Widz(cid:266) od tak dawna wyczekiwan(cid:261) tablic(cid:266) z nazw(cid:261), zdejmuj(cid:266) nog(cid:266) z gazu. I gdy za chwil(cid:266) czeka mnie jakie(cid:286) spotkanie, przykre lub miłe. Ale teraz, jak mówi(cid:266), zabudowa rzednie, ruch te(cid:298). Mog(cid:266) przyspieszyć, wi(cid:266)c wrzucam pi(cid:261)ty bieg i mocniej naciskam pedał gazu. Jest ju(cid:298) wieczór. Samochód co chwil(cid:266) wpada w kł(cid:266)bowisko mgły i równie szybko udaje mu si(cid:266) z niego wyprysn(cid:261)ć. Dzieje si(cid:266) tak z reguły wtedy, gdy zje(cid:298)d(cid:298)am w dół, w miejsca, gdzie szosa przecina si(cid:266) z kanałem, rzeczk(cid:261) b(cid:261)d(cid:296) biegnie wzdłu(cid:298) brzegu jeziora. Od kilkudziesi(cid:266)ciu minut pojazd mój jedzie bowiem przez lasy, rozpoczynaj(cid:261)ce si(cid:266) tu(cid:298) za równin(cid:261) Mazowsza i Kurpi. Znajome tabliczki z nazwami, u(cid:286)pione domostwa i szczekaj(cid:261)ce czujnie psy podwórkowe migoc(cid:261) tylko w bocznych szybach auta. Opony sycz(cid:261), przecinaj(cid:261)c kału(cid:298)e, trzeszcz(cid:261), (cid:286)cinaj(cid:261)c pobocze, gdy z przeciwka widać zbli(cid:298)aj(cid:261)ce si(cid:266) (cid:286)wiatła, szosa wszak coraz w(cid:266)(cid:298)sza, coraz gorzej utrzymana. Mimo (cid:298)e jest ju(cid:298) pó(cid:296)na pora, w ogóle nie czuj(cid:266) zm(cid:266)czenia. Co wi(cid:266)cej, po całym tym dziwnym dniu czynno(cid:286)ć prowadzenia samochodu niesie mi wyra(cid:296)n(cid:261) ulg(cid:266). Mijane wsie i miasta zapadaj(cid:261) si(cid:266) w ciemno(cid:286)ć. Łagodnie wchodz(cid:266) w zakr(cid:266)ty, przyspieszam i zwalniam, z rado(cid:286)ci(cid:261) zmieniam biegi, jakbym siedział za kółkiem po raz pierwszy w (cid:298)yciu. P(cid:266)d powietrza i dr(cid:298)enie pojazdu niesie spokój. Dzie(cid:276) ga(cid:286)nie. Szosa jest ju(cid:298) w bardzo kiepskim stanie, pełna dziur i w(cid:261)ska, tote(cid:298) musz(cid:266) skupić uwag(cid:266) na prowadzeniu samochodu. Tydzie(cid:276) si(cid:266) sko(cid:276)czył, wi(cid:266)c mo(cid:298)na si(cid:266) spodziewać podchmielonych rowerzystów czy grupek zmierzaj(cid:261)cej na wiejsk(cid:261) dyskotek(cid:266) młodzie(cid:298)y. Nie mówi(cid:261)c ju(cid:298) o zwierz(cid:266)tach le(cid:286)nych i domowych. Od samego pocz(cid:261)tku słucham radia, choć szybko zniech(cid:266)cam si(cid:266) do ka(cid:298)dej kolejnej stacji, a tych jest coraz mniej. Jako(cid:286) nic nie jest mnie w stanie zadowolić. Co chwila gasz(cid:266) odbiornik, by po kilkunastu minutach znów go wł(cid:261)czyć. Dopiero piosenka z lat osiemdziesi(cid:261)tych wprawia mnie w t(cid:266)skne rozrzewnienie. Ale ko(cid:276)czy si(cid:266) i puszczaj(cid:261) hip-hop, a tego ju(cid:298) nie jestem w stanie znie(cid:286)ć. Wyci(cid:261)gam r(cid:266)k(cid:266), by wył(cid:261)czyć radio. Palec nie natrafia jednak na przycisk. Opuszczam wzrok i ponawiam prób(cid:266)... W tym momencie auto wpada w wira(cid:298). Błyskawicznie naciskam na hamulec. Siła od(cid:286)rodkowa rzuca jednak pojazd na bok. Koła łapi(cid:261) pobocze. Chrobot (cid:298)wiru. Jaki(cid:286) cie(cid:276) przemyka tu(cid:298) przed mask(cid:261). Co(cid:286) głucho wali o karoseri(cid:266)... Duszne przera(cid:298)enie (cid:286)ciska mi klatk(cid:266) piersiow(cid:261), rzuca na twarz niewidzialn(cid:261), mokr(cid:261) i gor(cid:261)c(cid:261) szmat(cid:266). Zimny dreszcz batem przez plecy. Zatrzymuj(cid:266) si(cid:266) na poboczu. – No, to narobiłem – huczy mi w uszach jaki(cid:286) głos, choć przecie(cid:298) radio udało mi si(cid:266) w ko(cid:276)cu wył(cid:261)czyć. Wył(cid:261)czam te(cid:298) silnik, zostawiaj(cid:261)c jednak zapalone (cid:286)wiatła mijania. Na przedniej szybie momentalnie pojawiaj(cid:261) si(cid:266) okr(cid:261)głe liszaje. Wiem, (cid:298)e powinienem wysi(cid:261)(cid:286)ć. Wiem te(cid:298), (cid:298)e si(cid:266) boj(cid:266). Boj(cid:266) si(cid:266) jak jasna cholera. Stoj(cid:266) zupełnie sam, w lesie, wokół (cid:298)adnych (cid:286)wiateł, to i nie dziwota. Nikt te(cid:298) nie mógł mnie widzieć. Nikt oprócz... Wreszcie otwieram drzwi i wychodz(cid:266) z samochodu. Cisza jest totalna, (cid:298)adnych złorzecze(cid:276), (cid:298)adnego rz(cid:266)(cid:298)enia rannego, wołania o pomoc, o u(cid:286)mierzenie bólu, nic. Nawet (cid:286)wierszcze i (cid:298)aby wyniosły si(cid:266) st(cid:261)d albo zaniemówiły nagle, bo oto znów homo homini gotuje smutny los. Choć wci(cid:261)(cid:298) jest niby sapiens. Robi(cid:266) dwa kroki wzdłu(cid:298) auta, potem jeszcze jeden. (cid:297)wir pobocza chrz(cid:266)(cid:286)ci pod podeszwami butów, ale ja słysz(cid:266) go tak, jak słyszy si(cid:266) ziarnka piasku, które dostały si(cid:266) mi(cid:266)dzy z(cid:266)by. – Halo! – wołam i słysz(cid:266) si(cid:266), jakbym był w doskonale wygłuszonym radiowym studiu. Niczego nie widz(cid:266). Nie ma te(cid:298) szans, (cid:298)ebym mógł przeszukać rów, który ci(cid:261)gnie si(cid:266) wzdłu(cid:298) szosy. Ju(cid:298) chc(cid:266) wrócić, gdy w czerwonej po(cid:286)wiacie tylnych (cid:286)wiateł, kilka metrów za samochodem dostrzegam wyra(cid:296)ny podłu(cid:298)ny kształt. Człowiek. Rusza si(cid:266). Powoli idzie. Idzie w moj(cid:261) stron(cid:266)... – Halo! Nic si(cid:266) panu nie stało? – wołam znów przez (cid:286)ci(cid:286)ni(cid:266)te strachem gardło. Tamten jednak nie odzywa si(cid:266). Ja go nie zabiłem, wi(cid:266)c teraz on mnie... – my(cid:286)l(cid:266) sobie i szybko tego (cid:298)ałuj(cid:266), gdy(cid:298) swój wewn(cid:266)trzny głos słysz(cid:266) teraz spot(cid:266)gowany i hucz(cid:261)cy; nie jestem nawet pewien, czy i on go nie usłyszał... Zaczynam si(cid:266) cofać. – Co? – odzywa si(cid:266) naraz tamten, nieco bełkotliwie, jakby kto(cid:286) wyrwał go gwałtownie z gł(cid:266)bokiego snu. – Co si(cid:266) stało?! Jest ju(cid:298) blisko. Idzie lekkim skosem, jakby był pijany. Pewnie i jest, bo to (cid:286)wi(cid:266)ta sobota. M(cid:266)(cid:298)czyzna powoli wchodzi w kr(cid:261)g czerwonej po(cid:286)wiaty, która w całkowitej ciemno(cid:286)ci w zupełno(cid:286)ci wystarcza, by mo(cid:298)na było zobaczyć, co si(cid:266) nawyprawiało. Staje jaki(cid:286) metr przede mn(cid:261). Nie czuj(cid:266) jednak wódki. Mimo to ten człowiek wygl(cid:261)da okropnie. Kuleje, z głowy cieknie mu krew. Ma na sobie czarny sweter i takie(cid:298) buty bez połysku. Niebieskie d(cid:298)insy. To wszystko. (cid:285)redni wzrost, krótkie włosy, twarz... Jego twarz... Patrz(cid:266) na ni(cid:261) i wiem, (cid:298)e j(cid:261) sk(cid:261)d(cid:286) znam. – Cholera – klnie naraz intruz, choć dzieci bluzgaj(cid:261) gorzej; opuszcza nieco zakrwawion(cid:261) głow(cid:266) i obie jego r(cid:266)ce gwałtownie opadaj(cid:261) na klap(cid:266) baga(cid:298)nika mojego samochodu. Ci(cid:266)(cid:298)ko przełykam (cid:286)lin(cid:266). Słyszałem ju(cid:298) o takich przypadkach. Niektórzy moi znajomi zacz(cid:266)li nawet wozić ze sob(cid:261) kije baseballowe. A ja nie mam pod r(cid:266)k(cid:261) nic – ani lewarka, ani blokady kierownicy. Nawet klucza. Nie spojrzałem nawet, jak wygl(cid:261)da przód wozu. Ale zaraz zobacz(cid:266), jak b(cid:266)dzie wygl(cid:261)dał jego tył. A wiedziałem, od pocz(cid:261)tku czułem, (cid:298)e co(cid:286) si(cid:266) jednak wydarzy. – Ty – woła znów tamten, nie zmieniaj(cid:261)c pozycji, której ponoć wymagaj(cid:261) ameryka(cid:276)skie przepisy od kierowcy rewidowanego przez policjanta. – Bardzo pana przepraszam... – próbuj(cid:266) przybrać pewny, oficjalny ton; go(cid:286)ciowi najwyra(cid:296)niej nic nie jest i my(cid:286)l(cid:266), (cid:298)e chyba mo(cid:298)na zacz(cid:261)ć si(cid:266) ewakuować. – Ty – rzuca znów facet, ale ju(cid:298) jako(cid:286) łagodniej. – No co? Cisza. Słychać tylko przyspieszony oddech nieznajomego znajomego. Dopiero teraz zauwa(cid:298)am, (cid:298)e on patrzy na mnie. Od dołu, bo wci(cid:261)(cid:298) si(cid:266) pochyla, ale przenikliwym, trze(cid:296)wym spojrzeniem. – Jeste(cid:286) Bem? – pyta po chwili. Robi mi si(cid:266) jako(cid:286) ciepło. Jak na d(cid:296)wi(cid:266)k swojego nazwiska, które wyczytywał kiedy(cid:286) z dziennika surowy nauczyciel, choć jednak troch(cid:266) inaczej. (cid:297)adnego belfra go(cid:286)ć te(cid:298) mi nie przypomina, ale nazwisko, owszem, jest moje... – Tak – potwierdzam niegło(cid:286)no. – Nie poznajesz mnie? Teraz to ju(cid:298) robi mi si(cid:266) gor(cid:261)co. Ale wci(cid:261)(cid:298) nic nie odpowiadam. – Nie poznajesz... Chc(cid:266) co(cid:286) powiedzieć, bo jako(cid:286) czuj(cid:266), (cid:298)e wypada. On jednak po raz kolejny jest szybszy. – Prycza w prycz(cid:266), prawie cztery lata – (cid:286)mieje si(cid:266) cicho. – Piotr. Prostuje tułów i odwraca głow(cid:266) w moj(cid:261) stron(cid:266). Silnik samochodu pracuje miarowo, ale co chwila z rury wydechowej co(cid:286) prycha. Nie wiadomo czemu, wła(cid:286)nie wokół tego zjawiska zaczynaj(cid:261) teraz kr(cid:261)(cid:298)yć moje my(cid:286)li. Przekonanie, (cid:298)e przecie(cid:298) przed chwil(cid:261) przekr(cid:266)ciłem kluczyk w stacyjce, szybko przestaje być cokolwiek warte. – Jasne – odczuwam jakby nagłe ol(cid:286)nienie. – Jasne, (cid:298)e tak. Poznaj(cid:266) ci(cid:266)! – Ja te(cid:298) nie byłem pewien. – Co tu robisz? Nic ci nie jest? – Bywało lepiej – odpowiada, krzywi(cid:261)c si(cid:266) w u(cid:286)miechu. – To ja ci(cid:266) tak urz(cid:261)dziłem? – pytam niepewnie. – Nie. To wcze(cid:286)niej – j(cid:266)czy on, po czym przysiada na tylnym zderzaku, dysz(cid:261)c ci(cid:266)(cid:298)ko. – Chyba trzeba co(cid:286) z tob(cid:261) zrobić – mówi(cid:266) po dłu(cid:298)szej chwili. Kiwa głow(cid:261). Próbuje si(cid:266) nawet u(cid:286)miechn(cid:261)ć. – Pewnie. Zróbmy co(cid:286). Po kilku chwilach jedziemy dalej razem. Zupełnie jakby nic si(cid:266) nie stało. To, póki co, najlepsze, co mo(cid:298)na zrobić. – Dok(cid:261)d jechałe(cid:286)? – pyta mnie Piotr. – B(cid:266)dziesz si(cid:266) (cid:286)miał... Ale on ju(cid:298) nie chce wiedzieć. Pewnie mu i nie do (cid:286)miechu. – Stawiam (cid:286)wiat na głowie do góry nogami. Na odwrót i wspak bawi(cid:266) si(cid:266) słowami. Na białym, czarnym kre(cid:286)l(cid:266) jakie(cid:286) plany. Jutro b(cid:266)d(cid:266) du(cid:298)y, dzisiaj jestem mały... – dobiegaj(cid:261) z radia słowa przeboju sprzed lat. – Wreszcie co(cid:286) porz(cid:261)dnego – mówi(cid:266), zerkaj(cid:261)c we wstecznym lusterku na Piotra, który półle(cid:298)y na tylnym siedzeniu. – Co? – ten jakby znów wybudza si(cid:266) z letargu. – Zaraz b(cid:266)dzie miasto. Pojedziemy na pogotowie. – Na pogotowie? – mruczy niech(cid:266)tnie. – A co? Przecie(cid:298) trzeba ci(cid:266) opatrzyć. Wiem, w starych gangsterskich filmach jechało si(cid:266) raczej do weterynarza. Kurcze, nikt by mi w to nie uwierzył... Patrz(cid:266) znów we wsteczne lusterko. Spodziewam si(cid:266) ujrzeć u(cid:286)miech na twarzy mojego starego szkolnego kolegi, jako potwierdzenie (cid:298)artu, jednak zamiast tego widz(cid:266) tylko grymas. Nieodespanego kaca? Wysiłku? Bólu? – Ale (cid:298)e(cid:286) si(cid:266), stary, zaprawił. Jaka(cid:286) impreza była, co? – pytam po chwili. – Co(cid:286) w tym rodzaju – odpowiada ranny. – Nie widzieli(cid:286)my si(cid:266) tyle lat. Ledwo ci(cid:266) poznałem. – A ja ciebie od razu. Milkniemy obaj. Po bokach migocz(cid:261) (cid:286)wiatła. Znam dobrze t(cid:266) miejscowo(cid:286)ć, wi(cid:266)c od razu i bez pytania o drog(cid:266) zmierzam do szpitala. Wkrótce zatrzymujemy si(cid:266) przed podjazdem dla karetek. Pomagam wysi(cid:261)(cid:286)ć poszkodowanemu, po czym dokładnie zamykam wóz. Kierujemy si(cid:266) ku o(cid:286)wietlonemu wej(cid:286)ciu. Wn(cid:266)trze (cid:286)mierdzi jakim(cid:286) (cid:286)rodkiem dezynfekcyjnym. – Z wypadku? – pyta nas ładna piel(cid:266)gniarka, gdy wchodzimy nieco gł(cid:266)biej. – Nie – odpowiadam. – Jaki(cid:286) wi(cid:266)kszy wypadek był? Drogowy? – Nie. Samolot rozbił si(cid:266) podczas podchodzenia do l(cid:261)dowania. Słyszeli(cid:286)my w radiu – mówi siostra. – Ale jeszcze nikogo do nas nie przywie(cid:296)li... Piotr mamrocze co(cid:286) niezrozumiale. Siostra ogarnia nas podejrzliwym spojrzeniem. – Prosz(cid:266) usi(cid:261)(cid:286)ć i chwil(cid:266) poczekać – mówi wreszcie bardzo oficjalnym tonem. – Zaraz przyjmie panów lekarz. Ku(cid:286)tykamy w stron(cid:266) rz(cid:266)du białych krzeseł, ustawionych pod (cid:286)cian(cid:261), na której powieszono plakaty z kolorowymi obrazkami i hasłami: MYJ Z(cid:265)BY DWA RAZY DZIENNIE albo BŁONICA WCI(cid:260)(cid:297) GRO(cid:295)NA. – Nie widzieli(cid:286)my si(cid:266) tyle lat – odzywam si(cid:266) po chwili. – Ju(cid:298) to mówiłe(cid:286). – A tak, rzeczywi(cid:286)cie... Lampy jarzeniowe, które o(cid:286)wietlaj(cid:261) poczekalni(cid:266) izby przyj(cid:266)ć szpitala, bucz(cid:261) jednostajnie. O sufit obijaj(cid:261) si(cid:266) komary. Z pomieszczenia, w którym siedzi piel(cid:266)gniarka, przez oszklone okienko dobiegaj(cid:261) nas strz(cid:266)py jakich(cid:286) głosów, dochodz(cid:261)ce prawdopodobnie z radia. Dopiero teraz mog(cid:266) dokładniej przyjrzeć si(cid:266) dawno niewidzianemu znajomemu. Zupełnie si(cid:266) nie zmienił. Nieogolony, wy(cid:286)wiechtany – wygl(cid:261)da, jakby w istocie ostro balował. I to przez kilka dni i nocy. Krew na skroni zakrzepła i przybrała barw(cid:266) br(cid:261)zow(cid:261). – Czy pami(cid:266)tasz, jaki kolor miały lamperie w naszej szkole? – pyta naraz Piotr, patrz(cid:261)c nieruchomo przed siebie. – Lamperie? – dziwi(cid:266) si(cid:266). – Tak. – Zawsze si(cid:266) mówiło: zapier... – ucinam nie wiadomo czemu, ale on bez skr(cid:266)powania doka(cid:276)cza stare i nieprzyzwoite powiedzenie: – Zapierdalać jak pershing na wysoko(cid:286)ci lamperii. Spłoszony nieco, patrz(cid:266), czy przekle(cid:276)stwo nie zdenerwowało siostrzyczki, Piotr jednak jakby si(cid:266) tym zupełnie nie przejmował. – A teraz za choler(cid:266) nie mog(cid:266) sobie przypomnieć ich koloru – ci(cid:261)gnie ze spokojem. – A ty? Pami(cid:266)tasz? – Czasami mam trudno(cid:286)ci z przypomnieniem sobie, co było wczoraj – (cid:286)miej(cid:266) si(cid:266). – Pami(cid:266)tasz nasz(cid:261) szkoł(cid:266)? – Czego(cid:286) takiego si(cid:266) nie zapomina. – A internat? – To przecie(cid:298) wła(cid:286)ciwie jedno i to samo. – Wła(cid:286)ciwie tak. – Niby nic takiego, szkoła jak szkoła. – Niby nic. Z okienka dobiega fragment melodii. Znów znajomo rzewnej, jakby jakiego(cid:286) did(cid:298)eja albo kilku naraz wzi(cid:266)ło na wspominki. Lub nagle wszyscy si(cid:266) pochorowali i w zast(cid:266)pstwie przysłali do rozgło(cid:286)ni swoich rodziców. Piotr podnosi głow(cid:266). Słucha z napi(cid:266)t(cid:261) uwag(cid:261). Po chwili szkl(cid:261) mu si(cid:266) oczy. Zawstydzony, szybko odwraca twarz... ROK PIERWSZY – Opowiadaj. – Ja chyba jednak mało co pami(cid:266)tam. – Pami(cid:266)tasz bardzo dobrze. Kto, jak nie ty? – Przecie(cid:298) to ju(cid:298) tyle lat. – Pami(cid:266)tasz, pami(cid:266)tasz. Mów wreszcie! Pami(cid:266)tam? Mo(cid:298)e tyle, (cid:298)e wieczór był ciepły i wyj(cid:261)tkowo cichy. Z pobliskiej ł(cid:261)ki albo trawiastych stoków rozci(cid:261)gaj(cid:261)cych si(cid:266) za ogrodzeniem szkoły i internatu dochodził jedynie szmer koników polnych czy innego ukrytego za dnia robactwa. Miarowy, jakby był dziełem najprawdziwszej orkiestry, gimnastykuj(cid:261)cej si(cid:266) w pocie czoła na koniec upalnego letniego dnia pod okiem surowego dyrygenta, przegi(cid:266)tego w krzy(cid:298)u, ale do(cid:286)ć jeszcze (cid:298)ywego starca. Finał i wezwanie na spoczynek. Choć równie dobrze mógł nim być w tym czasie równie(cid:298) dochodz(cid:261)cy z otwartych okien domów sygnał Dziennika Telewizyjnego, a po nim suchy, monotonny głos lektora, donosz(cid:261)cego, (cid:298)e znów nam si(cid:266) udało na froncie odnowy, (cid:298)e partia liczy na zrozumienie, jednoczy si(cid:266) i tak dalej. Albo wcale przyjemny głosik dopiero co rozbłysłej gwiazdki estrady, przekonuj(cid:261)cej, (cid:298)e przecie(cid:298) nie ma si(cid:266) czym przejmować, bo mamy po dwadzie(cid:286)cia lat... – A my nawet tyle nie mieli(cid:286)my! – Nie przerywaj! Mam mówić dalej? – Tak, mów. Przecie(cid:298) pami(cid:266)tasz. Pami(cid:266)tam? Pami(cid:266)tam bardzo dobrze sło(cid:276)ce tego wieczora. Coraz ni(cid:298)ej pochylało si(cid:266) nad jeziorem, a niebo mi(cid:266)dzy porastaj(cid:261)cymi brzeg drzewami przypominało swoj(cid:261) barw(cid:261)... – Krew! Bez przesady... Zwyczajnie ró(cid:298)owiało, mo(cid:298)e ju(cid:298) nawet czerwieniło si(cid:266). – Jak ka(cid:298)dy z nas w tych dniach na d(cid:296)wi(cid:266)k swojego nazwiska. – A to dobre! Zbli(cid:298)ał si(cid:266) wieczór. Czas powrotów do domów. Nie pierwszy to raz, nie ostatni – pomy(cid:286)lałoby wielu podobnych do nas. Nastolatków. I poszliby sobie, nie przejmuj(cid:261)c si(cid:266) niczym, na jeszcze jeden wieczorny spacer, który miał du(cid:298)e szanse przerodzić si(cid:266) w nocn(cid:261) eskapad(cid:266). (cid:297)eby tak mo(cid:298)na było pój(cid:286)ć sobie jak gdyby nigdy nic, jak jeszcze tydzie(cid:276) temu, jak wczoraj. Nad rzek(cid:266), na Stare Miasto z pasa(cid:298)em, wzdłu(cid:298) którego usadowili si(cid:266) uliczni grajkowie, czy na brzeg morza, znad którego powoli zaczynali składać swoje kramy handlarze bursztynowymi naszyjnikami i wła(cid:286)ciciele prowizorycznych sma(cid:298)alni ryb, jeszcze przed tygodniem obleganych przez tabuny wczasowiczów. Bo przecie(cid:298) zarówno sierpie(cid:276), jak i całe wakacje ko(cid:276)czyły si(cid:266) nieuchronnie. Pami(cid:266)tam? * – Kurwa mać! – zakl(cid:261)ł który(cid:286) szkaradnie i splun(cid:261)ł pod nogi. – Ile to mo(cid:298)e trwać?! – Kolejka jak po mi(cid:266)so. – A masz mo(cid:298)e jeszcze kawałek tej kiełbasy z kolacji? – Pytałe(cid:286) pi(cid:266)ć minut temu. – Nie do(cid:286)ć, (cid:298)e kazali nam przyjechać jeszcze w sierpniu, to ka(cid:298)(cid:261) nam stać w kolejkach – dorzucił swoje czarniawy chłopak, ostrzy(cid:298)ony na je(cid:298)yka, ale o do(cid:286)ć długich włosach. – Kto(cid:286) ci(cid:266) zmuszał? – dobiegło gdzie(cid:286) z boku; nie było widać autora tych słów. Który(cid:286) za(cid:286)miał si(cid:266) głupkowato, inny rozejrzał si(cid:266) z trwog(cid:261) dookoła, jakby spodziewał si(cid:266) uderzenia albo co najmniej ostrej reprymendy, poprzedzonej niezbyt gło(cid:286)nym, ale i tak wzbudzaj(cid:261)cym trwog(cid:266) krzykiem. Nic z tych rzeczy jednak nie nast(cid:261)piło. Tylko znów ta cisza. Kolejka poruszyła si(cid:266) niespokojnie, by po chwili znów znieruchomieć, jak legwan chwil(cid:266) po zjedzeniu muchy. Jaka(cid:286) spora, s(cid:261)dz(cid:261)c po głosach, grupka roze(cid:286)mianych dziewcz(cid:261)t przechodziła wzdłu(cid:298) ogrodzenia w stron(cid:266) miasta. – Dupki, dupeczki! – zawołał chłopak słusznej postury i o niezłym bicepsie, z czym kontrastowała niewinna twarzyczka szkolnego prymusa; wykonał przy tym ruch, jakby gotował si(cid:266) do skoku. – Poczekajcie... – Ju(cid:298) lec(cid:261) – za(cid:286)miał si(cid:266) stoj(cid:261)cy z tyłu niepozorny, chudy, z zakrzywionym nosem, którego dodatkowo charakteryzowało drobienie w miejscu. – Co si(cid:266) dziwicie chłopakowi – odezwał si(cid:266) niewysoki blondyn, którego imienia równie(cid:298) nie zd(cid:261)(cid:298)yłem poznać. – Mo(cid:298)e nie miał farta w wakacje, ka(cid:298)demu si(cid:266) zdarza. – A my tu za płotem, jak te małpy w zoo, a tam cipki stygn(cid:261) – dobiegło z przodu kolejki, na co wszyscy tylko cicho, ale jak jeden westchn(cid:266)li. No! Taki spacer wieczorny. Z dziewczyn(cid:261). Sama rado(cid:286)ć. Mo(cid:298)e jeszcze nie ostatni raz, choć jesie(cid:276) coraz to dawała o sobie znać chłodniejszym wieczornym powiewem od jeziora i lasu, a nad ranem mo(cid:298)e ju(cid:298) nawet pierwsz(cid:261), cienk(cid:261) jeszcze warstewk(cid:261) szronu na parapetach, dachach małych i du(cid:298)ych fiatów czy k(cid:261)townikach ogrodzenia szkół, w kierunku których coraz wi(cid:266)cej par oczu popatrywało z coraz wi(cid:266)ksz(cid:261) niech(cid:266)ci(cid:261), a mo(cid:298)e przeciwnie – ciekawo(cid:286)ci(cid:261) i nadziej(cid:261). – Id(cid:266) do nich! – krzykn(cid:261)ł ten z bicepsem, wychodz(cid:261)c z kolejki, ale tylko jedn(cid:261) nog(cid:261). – Akurat – drwił nadal drobi(cid:261)cy w miejscu. – My(cid:286)lisz, (cid:298)e nie przeskocz(cid:266) przez ten płot jebany? – Tak samo jak dwa miesi(cid:261)ce temu, na egzaminach, mówiłe(cid:286), (cid:298)e wyskoczyć po flaszk(cid:266) do miasta, to dla ciebie piku(cid:286). – Nie pami(cid:266)tam ci(cid:266) z egzaminów. – Za to ja ci(cid:266) kojarz(cid:266). To jak to z t(cid:261) flaszk(cid:261) było? – Tam stali wartownicy z kałachami. Kadeci ze szkółki. Jeszcze mi (cid:298)ycie miłe. – Jasne. Ale tutaj tylko dziadek cieć na bramie, wi(cid:266)c o co chodzi? Leć! – Sam wiem, co mam robić. – Taki płotek, w dodatku bez drutu kolczastego – nie przestawał prowokować drobi(cid:261)cy w miejscu. – Nawet dwóch metrów nie ma. Dziecko by przeskoczyło. – A chcesz w ryło? – zdenerwował si(cid:266) „biceps”. – Ciszej tam, do cholery! – dobiegł nas wyra(cid:296)ny, schrypni(cid:266)ty głos magazyniera, do(cid:286)ć ponurego typa dobrze po pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)tce, który pewnie na co dzie(cid:276) wystawał w takich samych, a mo(cid:298)e i dłu(cid:298)szych kolejkach po mi(cid:266)so czy porann(cid:261) gazet(cid:266). Ale teraz to on był panem naszego czasu. Kolejka znów si(cid:266) poruszyła. Spojrzeli(cid:286)my ku przodowi ogonka, który ko(cid:276)czył si(cid:266), a raczej chyba zaczynał przy starym poniemieckim, pi(cid:266)trowym budynku z czerwonej cegły, w którym mie(cid:286)cił si(cid:266) magazyn. Z nadziej(cid:261) spojrzeli(cid:286)my. Jedni zrobili to, staj(cid:261)c na palcach, inni wystawiaj(cid:261)c głowy na boki, a niektórzy zupełnie bez wysiłku. Z lewej strony przeszło dwóch chłopaków objuczonych foliowymi workami. Mimo to pryszczate g(cid:266)busie (cid:286)miały im si(cid:266) od ucha do ucha. Szcz(cid:266)(cid:286)liwcy. Tyle godzin czekania. Na głowy wło(cid:298)yli sobie granatowe rogatywki z w(cid:266)(cid:298)ykiem wyszywanym srebrnym bajorkiem w miejscu paska; w r(cid:266)kach nie(cid:286)li po parze czarnych pantofli, z których wystawały drewniane prawidła. – Ale obciach te galowe czapki – ocenił skrzekliwym głosem kto(cid:286) ze stoj(cid:261)cych z przodu. – Gówno si(cid:266) znasz – zripostował kto(cid:286) budz(cid:261)cym posłuch basem. Znów krok do przodu. Zaczynały mnie boleć nogi. Usiadłem na wysokim kraw(cid:266)(cid:298)niku. – Portki sobie upaprzesz – zauwa(cid:298)ył „drobi(cid:261)cy”. – Czemu? – zdziwiłem si(cid:266), unosz(cid:261)c tyłek. – Kraw(cid:266)(cid:298)niki
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Fabryka frajerów
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: