Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00266 003792 21003182 na godz. na dobę w sumie
Panna młoda w blasku księżyca - ebook/pdf
Panna młoda w blasku księżyca - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 449
Wydawca: Wydawnictwo BIS Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7551-390-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Czwarta część cyklu Bractwo Świętego Jakuba

Chwila szaleństwa w blasku księżyca zmienia się w niebezpieczną namiętność... Posępny i bezlitosny komisarz Royden Napier ściga niebezpieczną piękność. W przeddzień ucieczki z kraju śmiała i piękna Lisette Colburne przyjmuje propozycję Napiera: ma udawać jego narzeczoną i pomóc mu rozwiązać zagadkę. Wkrótce znajdzie się w prawdziwym niebezpieczeństwie - może stracić głowę dla człowieka, który jest zdolny ją zniszczyć... Nieugięty i tajemniczy, odrzucony przez swoją arystokratyczną rodzinę Napier przysiągł, że doprowadzi Lisette przed oblicze sprawiedliwości - lecz z każdym zakazanym pocałunkiem i każdym dręczącym dotykiem jego przekonanie o winie dziewczyny słabnie...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Ty tuł ory gi na łu: A Bri de by Mo on li ght Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz Co py ri ght © 2013 by Su san Wo odho use Pu bli shed by ar ran ge ment with Har per Col lins Pu bli shers. All ri ghts re se rved. Co py ri ght © Wy daw nic two BIS, 2014 Książ ka, któ rą na by łeś, jest dzie łem twór cy i wy daw cy. Pro si my, abyś prze strze gał praw, ja kie im przy słu gu ją. Jej za war tość mo żesz udo stęp nić nie od płat nie oso bom bli skim lub oso bi ście zna nym. Ale nie pu bli kuj jej w In ter ne cie. Je śli cy tu jesz jej frag men ty, nie zmie niaj ich tre ści i ko niecz nie za znacz, czy je to dzie ło. A ko piu jąc jej część, rób to je dy nie na uży tek oso bi sty. Sza nuj my cu dzą wła sność i pra wo. Wię cej na www.le gal na kul tu ra.pl Pol ska Izba Książ ki ISBN 978-83-7551-390-5 Wy daw nic two BIS ul. Lędz ka 44a 01-446 War sza wa tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84 e -ma il: bis bis@wy daw nic two bis.com.pl www.wy daw nic two bis.com.pl Lista znamienitych postaci Nie ustra sze ni głów ni bo ha te ro wie Roy den Na pier: nie ugię ty ko mi sarz lon dyń skiej Po li cji Me tro po li tal nej za wsze do pa da prze stęp cę, na któ re go się za sa dzi – o ile jest nim męż czy zna. Nie ste ty, z ko bie ta mi nie idzie mu już tak do brze. Czyż by z po wo du zim ne go, sta lo we - go spoj rze nia? Eli za beth „Li set te” Col bur ne: tra gicz nie osie ro co na, zo sta ła wy sła na do Ame ry ki i od da na na wy cho wa nie nie - uczci we mu wu jo wi o gwał tow nym cha rak te rze, pa nu Ash - to no wi. Po wra ca do Lon dy nu peł na gnie wu, prze bie gła i zde cy do wa na uka rać czło wie ka, któ ry, jak są dzi, znisz czył jej ży cie – Ran ce’a We lha ma. Wy stę pu ją zna ni nam bo ha te ro wie, a mia no wi cie Ran ce We lham, lord La zon by: nie po praw ny ha zar dzi - sta, aresz to wa ny kie dyś za mor der stwo, po gar dza Na pie rem. Wza jem na wro gość po głę bia się, gdy za czy na ją za bie gać o wzglę dy tej sa mej da my. La dy Ani sha Staf ford: nie gdyś obiekt uczuć Na pie ra, zwró ci ła się te raz ku La zon by’emu – nie od trą ca jąc jed nak zu peł nie daw ne go wiel bi cie la. 5 Sir Wil fred Le eton: je den z daw nych kum pli La zon - by’ego od kar cia ne go sto li ka po ja wia się na sce nie je dy nie na krót ko. Na bar dzo krót ko. Od ko men de ro wa ni z rzą du Wiel kiej Bry ta nii Sir Geo r ge Grey, ba ro net: mi ni ster spraw we wnętrz - nych i, po śred nio, zwierzch nik Na pie ra. Słu żył bez in te re - sow nie Ko ro nie oraz kra jo wi przez po nad dwa dzie ścia lat. (Tak, na praw dę). Człon ko wie ro dzi ny Na pie ra, przed sta wie ni po raz pierw - szy na kar tach tej książ ki: Hen ry Tar le ton, wi ceh ra bia Dun ca ster: dzia dek Na - pie ra. Nie utrzy mu je sto sun ków z wnu kiem i rzą dzi dy na stią że la zną rę ką. Jed nak nie mal rów no cze sna śmierć szwa gra oraz dzie dzi ca omal go nie za ła ma ły. Pan na Gwy neth Tar le ton: naj star sza wnucz ka Dun ca - ste ra. Sta ra pan na z wy bo ru oraz su fra żyst ka, nie zno si męż - czyzn w ogó le, a swe go ku zy na do rob kie wi cza, Na pie ra, w szcze gól no ści. An ne, la dy Ke aton: sio stra Gwen. Szczę śli wa mę żat ka, któ ra nie spie szy się z oce ną Na pie ra. Pan na Be atri ce Tar le ton: przy rod nia sio stra Gwen i An ne, lat je de na ście. Zwa żyw szy, iż wuj i oj ciec dziew czy - ny zmar li szyb ko po so bie, oba wia się, że dzia dek Dun ca ster mo że być na stęp ny. Cor de lia, la dy Hep ple wo od: przy rod nia sio stra Dun ca - ste ra, owdo wia ła w ta jem ni czych oko licz no ściach. Stry jecz - na ciot ka za rów no Na pie ra, jak Gwen, An ne i Bei. Okrop - na snob ka, prze ra żo na tym, iż Na pier mo że odzie dzi czyć ty tuł. 6 To ny, obec ny lord Hep ple wo od: syn Cor de lii jest cza ru - ją cym utra cju szem, no to rycz nie igno ru ją cym proś by mat ki, by zna lazł so bie na rze czo ną i się oże nił. Czyż by mon stru al ne dłu gi kar cia ne mia ły coś wspól ne go z na głym ogło sze niem za rę czyn? Pan na Dia na Jef fers: to wa rzysz ka la dy Hep ple wo od, za rę czo na z dzie dzi cem lor da Dun ca ste ra, lor dem Sa int - -Bry ce’em, któ ry zmarł, za nim zdą ży li się po brać. I wresz cie Pan Bod kins: praw nik zmar łe go dziad ka Li set te na dal sta ra się utrzy mać pod opiecz ną z da la od kło po tów – a ona wca le mu te go nie uła twia. Fan ny: po ko jów ka i za ufa na to wa rzysz ka Li set te, za wsze mó wi to, co my śli. Jol ley: za wo do wy fał szerz, zmu szo ny słu żyć u Na pie ra ja - ko lo kaj. Pa ni Jan sen: zu bo ża ła wdo wa i daw na ko le żan ka szkol - na Gwen, obec nie gu wer nant ka Bei. Dok tor Un der wo od: le karz ro dzin ny Dun ca ste rów. Pan na Fe li ci ty Wil let: na rze czo na To ny’ego. Jej oj ciec to po stać z kosz ma rów la dy Hep ple wo od – no wo bo gac ki prze my sło wiec. Sir Phi lip Ke aton: ci chy, spo koj ny i sym pa tycz ny mąż An ne, pro mi nent ny czło nek par la men tu. Pro log Zja wi sko w błę ki cie Rok 1847 Whi te hall Praw da. To pro ste sło wo sta no wi ło znak fir mo wy Roy de - na Na pie ra. Mot to, któ rym się kie ro wał, kształ tu jąc swój los. Kry te rium oce ny każ de go, kto wkro czył do je go ży - cia i ga bi ne tu. Lecz praw da, po dob nie jak pięk no, by wa nie uchwyt - na, pod czas gdy kłam stwa po spo li te są ni czym mu chy. Do świad cze nie na uczy ło Na pie ra, iż wcze śniej czy póź - niej wszy scy kła mią. Zdra dza ją. Krad ną. Al bo i go rzej – cza sa mi znacz nie go rzej. I na tym prze ko na niu oparł służ bę w Po li cji Me tro po li tal nej Jej Kró lew skiej Mo ści, kró lo wej Wik to rii. Och, czę sto na zy wa no go cy ni kiem, lecz każ da z osób, któ re po ko na ły czte ry kon dy gna cje scho dów wio dą cych z pla cu Whi te hall do je go ga bi ne tu, mia ła do opo wie dze - nia ja kąś hi sto ryj kę, po cząw szy od wstręt nych kre atur z rzą du, pró bu ją cych sy pać po gróż ka mi oraz wy wie rać po li tycz ny na cisk, po śled czych z je go biu ra oraz kry mi - na li stów, spro wa dza nych od cza su do cza su ze Sco tland Yar du, by ich prze słu chał. Więk szość by ła bar dziej niż chęt na po świę cić praw dę – al bo przy naj mniej ją na giąć – by le do stać to, cze go pra g- nę li. Spra wić, że by spra wy wy glą da ły tak, jak ży czy li 9 so bie je wi dzieć, i osią gnąć coś, co po zwo li ło by im do ko - nać ze msty, zy skać wpły wy lub wol ność. A pięk na ko bie ta cze ka ją ca te raz przed ga bi ne tem ni - czym się od nich, zda niem Roy de na, nie róż ni ła. Mi mo to wiel ce go in try go wa ła. Za sta na wiał się, ja ką opo wiast kę mo że mieć w za na drzu ta ka pięk ność. Ja każ głę bo ka po trze ba przy wio dła ją do te go miej sca peł ne go gnie wu i cie ni, gdzie nikt nie zja wiał się z wła snej wo li, chy ba że pra gnął cze goś – i to pra gnął roz pacz li wie? Prze chy lił lek ko w bok gło wę i zer ka jąc przez szpa rę w drzwiach, prze su nął spoj rze niem po wy kła da nym bo - aze rią po ko ju przed ga bi ne tem. Po jed nej stro nie usta - wio no tam biur ka dla urzęd ni ków, po dru giej rząd wiel ce nie wy god nych krze seł z wy so kim opar ciem, cie szą cych się za słu że nie złą sła wą. Na ogół sta rał się prze trzy mać wi zy tu ją cych, by nie co ich zmięk czyć, a po za ła twie niu spra wy po spiesz nie wy - pro wa dzić. Nu mer czte ry przy pla cu Whi te hall był ni - czym młyn z więk szą ilo ścią ziar na do zmie le nia, niź li był w sta nie prze ro bić, a Na pier czas miał wy peł nio ny po brze gi spo tka nia mi, ze bra nia mi i ca ło wa niem tył ka wyż szych urzęd ni ków. Jed nak dłu go no ga, smu kła ni czym chart ru do wło sa za drzwia mi wy da wa ła się zde ter mi no wa na. Wy glą da ło na to, iż za mie rza cze kać do skut ku ni czym pies my śliw - ski przed li sią no rą. Prze su nął po niej spoj rze niem. Sie dzia ła, zło żyw szy na ko la nach za ci śnię te w pię ści dło nie i za darł szy nie mal aro ganc ko bro dę. Oce nił, iż mu si mieć oko ło dwu dzie stu pię ciu lat. Jej gło wę zdo bił ma ły, nie mod ny ka pe lu sik z błę kit nej siat ki i ak sa mi tu, dziw nie pa su ją cy do ma sy dzi ko krę co nych wło sów. Nie ucze sa ła ich w mod ną fry zu rę, zło żo ną z grzecz - nych locz ków i splo tów, ale upię ła nie dba le w mięk ki kok, z któ re go pró bo wa ły się – z suk ce sem – wy my kać. 10 Wi ją ce się pa sma oka la ły jej twarz. Po my ślał, że gdy by pu ścić je wol no, opa dły by do bio der fa lą ru de go je dwa - biu. U stóp ko bie ty sta ła nie wiel ka, znisz czo na tor ba po - dróż na. Na pier był szcze gól nie nie uf ny w sto sun ku do ko biet, zwłasz cza gdy by ły pięk ne. Tyl ko że ru do wło sa nie by ła tak wła ści wie pięk na. Nie, wy da wa ła się ra czej… wy zy wa ją ca. I wście kła. Wie dział wy star cza ją co du żo o na tu rze ludz kiej, aby roz - po znać gwał tow ne uczu cia, kie dy się ujaw nia ły. Nie mia ło to zna cze nia. Otwo rzył gwał tow nie drzwi i przy go to wał się, że by ode słać ją z in ny mi na par ter. – Ko mi sarz Na pier – po wie dział szorst ko, blo ku jąc drzwi sze ro ki mi bar ka mi. – Czym mo gę słu żyć? Od wró ci ła ku nie mu gwał tow nie gło wę. Jej oczy za - bły sły ni czym gwiaz dy na bez k się ży co wym nie bie. – Ro biąc, co do pa na na le ży – po wie dzia ła, pod no sząc się z sze le stem ciem no nie bie skie go je dwa biu. – Prze pra szam bar dzo – za uwa żył chłod no – ale nie mia łem przy jem no ści zo stać pa ni przed sta wio ny. Da ma na wet nie mru gnę ła. – Mo że pan pa mię tać mnie ja ko Eli za beth Col bur ne. Na zwi sko by ło dość po spo li te i nie po tra fił sko ja rzyć, skąd mógł by ja znać. Mi mo to spo glą da ła na nie go wy - cze ku ją co. Po czuł we wnętrz ne drże nie, któ re uznał póź - niej za prze czu cie. Od su nął się jed nak i za pro sił ją ge - stem, by we szła. – Do usług, ma da me. Unio sła ciem ne, wy raź nie za ry so wa ne brwi. – Do praw dy? – za uwa ży ła krót ko. – Są dząc z te go, co wy czy ta łam w lon dyń skich ga ze tach, po zo sta je pan ra - czej na usłu gach lor da La zon by’ego. Na pie ro wi za bra kło słów, co nie zda rza ło się czę sto. Da ma mi nę ła go, dźwi ga jąc w jed nej rę ce tor bę, a dru - gą uno sząc nie co spód ni ce, jak by już sa mo do tknię cie Na pie ra mo gło ją ska lać. 11 Za mknął drzwi z więk szym roz ma chem, niż miał w zwy cza ju. – Pro szę po zwo lić, że wy ja śnię – po wie dział, okrą ża jąc ją. – Nie je stem przy ja cie lem lor da La zon by’ego. Po - za tym lord i tak jest na ło żu śmier ci. Jak sły sza łem, to rak. Tyl ko Bóg mo że mu te raz po móc. – Och, cóż za tra ge dia – prych nę ła z po gar dą. – Jest We lha mem, praw da? To pod stęp ne, po spo li te ple mię trud no wy tę pić. Udo wod nił to pa nu, i to nieraz, je go syn. – Ran ce We lham mo że kpić so bie z pra wa i żyć jesz - cze bar dzo dłu go, ucie ka jąc przed spra wie dli wo ścią – stwier dził Na pier po nu ro. – Lecz ja nie je stem sę dzią, dro ga pa ni. Ani ka tem. Pra cu ję w po li cji i je śli cho dzi o sy na La zon by’ego, zro bi li śmy, co do nas na le ża - ło. I zna ko mi cie się spi sa li śmy. – Zna ko mi cie? – po wtó rzy ła ostro. – Do bry Bo że, nie po tra fi li ście na wet po zba wić go ży cia! A te raz czy tam, że ma zo stać uła ska wio ny i wy pusz czo ny na wol ność! To nie do po my śle nia! Na pier po ło żył dłoń pła sko na bla cie biur ka i po chy lił się ku nie zna jo mej. – Pro szę mi wy ba czyć – po wie dział chłod no – lecz spra wa jest prak tycz nie prze są dzo na. – Gdy by po li cja wy ko na ła kie dyś swo ją ro bo tę jak na - le ży, Ran ce We lham zgnił by już w gro bie! Ale to by ła pa ro dia. Biu ro kra tycz ne bred nie i ma tac twa! Nie kom pe - ten cja! Bo że, sir, czy ci lu dzie nie po tra fią na wet za ło żyć pę tli? Na pier uśmiech nął się cierp ko. – Jest pa ni mi strzy nią przy miot ni ków, ma da me. Oczy ko bie ty za bły sły wy mow nie. – Nie dość, że nie po tra fi li ście go po wie sić – mó wi ła da lej – to te raz za mier za cie po zwo lić, by wy biegł ta necz - nym kro kiem z New ga te ja ko wol ny czło wiek? – Wy biegł? – wy mam ro tał Na pier pod no sem. – Sta - wiał bym ra czej na kró lew ską ka wal ka dę. 12 – Nie, nie – kon ty nu owa ła, pod no sząc głos. – Nie tyl ko ja ko wol ny czło wiek. Gdy je go wpły wo wy oj ciec wresz cie umrze, Ran ce We lham zo sta nie pa rem kró le stwa – lor - dem La zon bym – i bę dzie cie szył się bo gac twem i swo bo - dą, a je go ofia ry zo sta ną za po mnia ne. Na pier za czął tra cić wresz cie cier pli wość. – Na Bo ga, ma da me – prze rwał jej chłod no – czy są - dzi pa ni, że to mi się po do ba? Mój oj ciec ba dał tę spra - wę nie mal do ostat nie go tchu. A nie ła two by ło do pro wa - dzić do ska za nia sy na pa ra, zwłasz cza tak bo ga te go jak lord La zon by. Na chwi lę w po ko ju za pa dła ci sza, prze ry wa na je dy nie od gło sa mi ru chu ulicz ne go z pla cu po ni żej. Ko bie ta zbla dła na gle – to zna czy zbla dła jesz cze bar dziej, po nie - waż jej przej rzy sta, z na tu ry ja sna ce ra i tak zdra dza ła wszel kie emo cje. – Tak, za wsze na tym się koń czy, praw da? – Głos jej drżał. – Pie nią dze, pie nią dze, pie nią dze. Za wsze i za każ - dym ra zem, po nie waż to jest An glia i wpły wy są ku po wa - ne przez bo ga czy, a bied ni niech idą do dia bła. Och, ty le jesz cze pa mię tam! Na pier za wa hał się, za sko czo ny zmia ną to nu. Naj wi docz niej zwlekał zbyt dłu go, po nie waż ko bie ta po de szła szyb ko do biur ka, unio sła tor bę i otwo rzy ła ją. Ze środ ka wy pa dła ka ska da bank no tów, two rząc na wy - po le ro wa nym bla cie im po nu ją cych roz mia rów stos. Na pier wpa try wał się w nie zdu mio ny. Stos po ru szył się i je den plik zsu nął się na pod ło gę, po cią ga jąc za so bą ko - lej ne. Opa da ły ni czym li ście, uno szo ne je sien nym wia trem. – Bo że świę ty – wy szep tał. Pod niósł wzrok, spoj rzał ko bie cie w oczy i za schło mu w ustach. gar dli wej sa tys fak cji. Wpa try wa ła się w nie go nie po ru szo na z wy ra zem po - – Cóż – po wie dzia ła ci cho. – Na le żą do pa na. Ame ry - kań skie do la ry, po nie waż wy jeż dża łam w po śpie chu. Bę - 13 dzie te go ze dwa dzie ścia ty się cy fun tów. Pro szę mi więc po wie dzieć: ile an giel skiej spra wie dli wo ści bę dę mo gła za nie ku pić? – Słu cham? Mach nę ła dło nią w kie run ku biur ka. – Pro szę je wziąć. To wszyst ko, co mam, al bo pra wie. Lecz mo je pie nią dze są rów nie do bre jak La zon by’ego. O ile się orien tu ję, wy star czy te go, aby za trzy mać Ran - ce’a We lha ma w wie zie niu. Tym ra zem do cza su aż bę - dzie cho ler nym tru pem. – Bo że, za czy nam są dzić, że po stra da ła pa ni zmy sły. – Wy rwał jej tor bę i za czął wpy chać do niej bank no ty. – Pró ba prze ku pie nia urzęd ni ka pań stwo we go to prze - stęp stwo. Pro szę za brać swo je pie nią dze i wy nieść się stąd, bo ina czej przy się gam, że pa nią aresz tu ję. – Aresz tu je mnie pan? – Wszel ka ła god ność znik nę ła z jej gło su. – Na Bo ga, pra wo w tym kra ju mu sia ło bar - dzo się zmie nić, od kąd stąd wy je cha łam. Za tem to w po - rząd ku, że wy ra cho wa ny mor der ca wy cho dzi na wol ność, lecz mo ja pró ba prze kup stwa sta no wi prze stęp stwo? – Pro szę usiąść – roz ka zał – i być ci cho. Tak, po wie - dzia łem, że pa nią aresz tu ję i nie ra dzę spraw dzać, czy mó wi łem po waż nie. Jed nak dziew czy na nie usia dła ani nie prze sta ła mó wić. – Do li cha – wy mam ro ta ła, przy glą da jąc się, jak Na - pier zbie ra po je dyn cze bank no ty. – Źle pa na oce ni łam. Na pier we pchnął bank no ty do tor by, za mknął ją i ci snął ko bie cie pod no gi. Wpa try wał się w nią z gnie wem. – To, ma da me, du że nie do po wie dze nie. Ani tro chę nieskon ster no wa na, prze szła przez po kój i sta nę ła obok Na pie ra. Czuł woń jej gnie wu, a tak że per - fum, cie płych i eg zo tycz nych ni czym wschod nie li lie w go rą cym sierp nio wym słoń cu. Za czę ła zdej mo wać rę ka wicz ki, zsu wa jąc je ostry mi, szar pią cy mi ru cha mi i mie rząc przy tym Na pie ra sza cu - ją cym spoj rze niem z gó ry na dół. 14 – Cóż – po wie dzia ła lek ko ochry płym gło sem. – Je śli nie pie nią dze, pa nie ko mi sa rzu, to mo że mo gła bym… po wta rzam, mo gła bym… prze ko nać pa na w in ny spo sób? Rzu ci ła na blat rę ka wicz ki i od pię ła gu zik suk ni, uka - zu jąc frag ment de li kat ne go cia ła, bla de go i gład kie go ni - czym śmie tan ka. To by ło by z pew no ścią sku tecz niej sze, po my ślał. Przez chwi lę od czu wał po ku sę, aby sko rzy stać z pro po - zy cji. Wzdry gnął się we wnętrz nie, czu jąc, jak żar wsą cza mu się do żył. Fa la po żą da nia za la ła mu trze wia. Pra gnął te go, co ofe ro wa ła i prze ra ża ło go, iż w ogó le roz wa ża ta - ką moż li wość. Z dru giej stro ny nie był prze cież świę ty. Prze łknął moc no ślinę i spró bo wał ode rwać wzrok od jej de kol tu. Bo że, ko bie ta nie by ła na wet w je go ty pie. Zbyt szczu pła, za wy so ka. O dzi kim spoj rze niu i ru do - wło sa. Zbyt… wy ra zi sta. Po de szła o krok bli żej i roz pię ła ko lej ny gu zik. – Czyż bym do strze gła w pań skich oczach za in te re so - wa nie? – Jej od dech mu skał mu po li czek. – No da lej, niech że pan zło ży mi ofer tę. Qu id pro quo. Coś za coś. Jak pan wi dzi, je stem do syć zde spe ro wa na. Na pier wie dział, że po wi nien się od su nąć, lecz nie był w sta nie te go zro bić. Wszyst ko prze bie ga ło ina czej, niż po win no. Z naj wyż szym tru dem wstrzy my wał się, by nie prze su nąć pal ca mi po uwo dzi ciel skim za głę bie niu jej szyi, a po tem opu ścić dłoń ni żej. I jesz cze ni żej. Mu sia ła się do my ślić, co czu je, spoj rza ła bo wiem wy - mow nie na dół je go ka mi zel ki. Uniósł brew. – Na Bo ga, ma da me – po wie dział. – Od waż na z pa ni osób ka. – Gdy nie mam wy bo ru, ow szem – od par ła, spo glą da - jąc mu znów w oczy. – Chcę, że by Ran ce We lham zo stał uka ra ny… lub po wie szo ny… I je śli bę dę mu sia ła sprze - dać dia błu du szę, zro bię to. Lub sprze dać się pa nu. W koń cu, co za róż ni ca? 15 – Mo że pa ni uwa żać się za szczę ścia rę, ma da me – prze rwał jej szorst ko – że nie za dar łem pa ni spód ni cy i nie wzią łem te go, co tak szczo drze mi pa ni ofe ru je, nie ba cząc na qu id pro quo. – Chwy cił ją za ra mię i po cią gnął ku drzwiom. – Nie sły nę z dżen tel meń skie go za cho wa nia. – Czy resz tę ma pan rów nie twar dą jak uścisk, pa nie Na pier? – spy ta ła, rzu ca jąc mu przez ra mię go rą ce spoj - rze nie. – Jest pan cał kiem, ab so lut nie pew ny, że nie chce per trak to wać? Coś w nim pę kło, uwal nia jąc gniew, a mo że by ło to po żą da nie? Od wró cił ją gwał tow nie ku so bie, zde cy do - wa ny po wstrzy mać zło śli we do cin ki. I wte dy zo ba czył w jej oczach błysk lę ku. Och, ukry ła go do brze, lecz Na pier miał za so bą dzie się cio let nie do - świad cze nie w ob co wa niu z kłam ca mi, łga rza mi na cią ga - ją cy mi praw dę. Po tra fił roz po znać fał szy wą bra wu rę. Po - lu zo wał nie co uścisk. – Pro szę po słu chać – po wie dział po nu ro. – Jest pa ni zde ner wo wa na, ow szem, i roz gnie wa na. Ale to dla mnie ja sne, że nie jest pa ni te go ro dza ju ko bie tą. – Tak pan są dzi? – Unio sła wy żej bro dę, ale nie by ła w sta nie spoj rzeć mu w oczy. – Ja… mo gła bym to zro bić. Jest pan cał kiem przy stoj ny po mi mo te go lo do wa te go spoj rze nia. Więc zro bi to pan? Po mo że mi? Je śli speł - nię… każ de pań skie żą da nie? Po czuł przy pływ po żą da nia wy mie sza ne go z od ra zą. Jed nak dol na war ga ko bie ty drża ła i wi dział, że jest na rów ni prze ra żo na, co wście kła. – Mo ja dro ga – po wie dział spo koj nie – uwierz mi, je - steś bar dzo po cią ga ją ca. Pro wa dzisz jed nak nie bez piecz - ną grę. Co w rze czy sa mej mi ofe ru jesz? Swój ho nor. Uczci wość. Na praw dę zbru ka ła by to pa ni dla ze msty? Coś w ko bie cie jak by się za ła ma ło. Jej twarz zła god - nia ła, a ra mio na opa dły. Wy glą da ła, jak by mia ła ze - mdleć. – Bo że – wy szep ta ła, pod no sząc dłoń do ust. 16 Nie za sta na wia jąc się, co ro bi, przy cią gnął ją do sie - bie. Opa dła mu na pierś, szlo cha jąc roz pacz li wie i cze - pia jąc się klap sur du ta, jak by tyl ko to mo gło po wstrzy - mać ją przed po grą że niem się w ot chła ni roz pa czy. Wbrew zdro we mu roz sąd ko wi przy tu lał ją, opie ra jąc dłoń na jej ło pat kach. Do dia bła z tym, po my ślał. Nie miał zbyt du że go do świad cze nia w po stę po wa niu z pła czą cy mi ko bie ta mi, nie był jed nak z na tu ry okrut ny, a przy naj mniej ta ką ży wił na dzie ję. A jej łzy by ły szcze re i wy ni ka ły z bez rad no ści. Co gor sza, wca le nie miał ocho - ty wy pusz czać jej z ob jęć, prze ciw nie, pra gnął trzy mać ją jak naj dłu żej, wdy chać woń eg zo tycz nych per fum i uda - wać, że to nie czy ste sza leń stwo. Ale to by ło sza leń stwo. Ona też mu sia ła zdać so bie z te go spra wę, po nie waż od su nę ła się gwał tow nie, od - wró ci ła i za czę ła ocie rać oczy grzbie tem dło ni. – O nie, nic z te go! – wes tchnę ła ury wa nie, naj wi docz - niej zła na sie bie. – Nie prze by łam ca łej tej dro gi po to, by te raz stchó rzyć. Nie zro bię te go. Nie. Na pier po czuł się na gle nie zręcz nie. A kie dy opa dło po żą da nie, wró cił mu roz są dek. – Mo że by ła by pa ni tak uprzej ma i nie co mnie oświe - ci ła – po wie dział. – Dla cze go tak bar dzo in te re su je pa nią ta spra wa? Od wró ci ła się. Oczy na dal błysz cza ły jej od łez. – Nie za dał pan so bie tru du, aby prze czy tać ak ta, któ re zgro ma dził pań ski oj ciec? – spy ta ła ci cho. – Je stem młod szą cór ką sir Ar thu ra Col bur ne’a, któ ry zo stał znisz czo ny… prak tycz nie za mor do wa ny przez pa na We lha ma. Na pier za marł. Po gma twa ną spra wę okrop nej zbrod ni pro wa dził je go oj ciec, lecz by ło to dwa na ście lat te mu. I to nie sir Ar thur zo stał wte dy ofia rą. Prze ciw nie, le d wie był w nią za an ga - żo wa ny. 17 Mi mo to pa mię tał, że by ła tam ja kaś cór ka. El len? Eli nor? Na rze czo na ofia ry, zmar ła krót ko po pro ce sie. Czy by ło też młod sze dziec ko? Naj wi docz niej. I by ła pan ną, nie pa nią… Do li cha! – Pan no Col bur ne – po wie dział spo koj nie – wszyst ko to wy da rzy ło się na dłu go przed tym, za nim za czą łem tu pra co wać. Wie rzę, iż Ran ce We lham za bił na rze czo ne go pa ni sio stry. Ale, o ile wiem, sir Ar thur za bił się sam. – Po nie waż We lham nie po zo sta wił mu wy bo ru! – Emo cje do szły zno wu do gło su, za bar wia jąc szkar ła tem jej po licz ki. – Umarł z roz pa czy! A mo ja bied na sio stra? Ode sła na, by umrzeć ja ko sie ro ta bez pen sa na dru gim koń cu świa ta, z da la od wszyst kie go, co zna ła? Jej na rze - czo ny zo stał za mor do wa ny, jej ser ce zła ma ne. A wszyst - ko to, pa nie Na pier, wszyst ko z wi ny We lha ma. Na pier za ci snął szczę ki. – Przy kro mi z po wo du pa ni stra ty – po wie dział. – Lecz ani pa ni pie nią dze, ani łzy nie zdo ła ją zmie nić bie gu spraw. We lham zna lazł so bie wpły wo wych przy ja - ciół, cie szą cych się wzglę da mi kró lo wej. Co wię cej, je go oj ciec na mó wił klu czo we go świad ka, aby wy co fał ze zna - nia. A te raz lord kanc lerz za mie rza od rzu cić oskar że nie. – Ale to pa ro dia spra wie dli wo ści! – wy krzyk nę ła. – Nie mo że pan się pod dać i zre zy gno wać ze śledz twa. Mu si pan spró bo wać zno wu… – Prze ciw nie, pan no Col bur ne, to bę dzie ko niec spra - wy – wtrą cił sta now czo. – Czy nam się to po do ba, czy nie. Pod szedł do drzwi i otwo rzył je sze ro ko. Da ma sta ła jed nak nie po ru szo na. Jej gniew po wró cił zwie lo krot nio ny. – Jest pan tchó rzem i… tyranizuje słab szych – po wie - dzia ła drżą cym gło sem. – Ale ja nie dam się za stra szyć. Do - pro wa dzę do te go, że We lham za pła ci, pa nie Na pier, je śli nie zro bi te go pan. Je śli nie od wa ży się pan te go zro bić. – Mam od wa gę ro bić wie le rze czy, pan no Col bur ne – stwier dził po nu ro – lecz nie za mie rzam po peł nić po li - 18 tycz ne go sa mo bój stwa. A te raz pro szę już iść. I ra dzę w przy szło ści zwa żać na sło wa. Choć bar dzo pa ni współ - czu ję, ja ko urzęd nik Ko ro ny po wi nie nem po trak to wać pa ni groź by po waż nie i po stą pić, jak na ka zu je pra wo. Wy mi nę ła go i chwy ci ła tor bę. Jej oczy mio ta ły bły ska - wi ce. – Och, to nie by ła groź ba, sir – po wie dzia ła, rzu ciw szy mu ostat nie po gar dli we spoj rze nie. – Lecz czy sta praw - da. Coś, ośmie lam się twier dzić, zu peł nie pa nu nie zna - ne go. Na pier nie za re ago wał. Nie był czło wie kiem skłon nym się wa hać czy też nie - pew nym swo ich ra cji. A jed nak nie zro bił nic. Stał tyl ko, wspar ty jed ną rę ką o fra mu gę i spo glą dał w ślad za ko - bie tą zmie rza ją cą gniew nym kro kiem ku wyj ściu. Nie zro bił nic, po nie waż wie dział, że ko bie ta ma ra cję. Eli za beth Col bur ne stra ci ła wszyst ko. Ran ce We lham był zaś mor der cą i kłam cą, któ ry za - słu żył na śmierć. W koń cu praw da by ła je go zna kiem fir mo wym. Zły na sie bie – i na oko licz no ści – trza snął drzwia mi i wró cił do biur ka, spo glą da jąc z fru stra cją na blat. Prze klę te rę ka wicz ki le ża ły tam, za po mnia ne i po rzu co ne. Nie do rzecz nie de li kat ne ka wał ki koź lej skór ki, za pi na ne przy nad garst kach na ma łe per ło we gu zicz ki za cho wa ły jesz cze cie pło jej cia ła. Do biegł go za pach per fum Eli za - beth, zmie sza ny z wo nią no wej skó ry. Przez chwi lę po zwo lił so bie go wdy chać. Wresz cie za - klął pod no sem, otwo rzył szu fla dę, wrzu cił do środ ka rę - ka wicz ki i za mknął ją nie mal z hu kiem. Roz dział 1 Kie dy to dia beł się ga po swo je Rok 1849 Gre en wich Tyl ko nie wie le osób po tra fi po ko ny wać za gro że nia, ja kich nie szczę dzi im ży cie, bę dąc uzbro jo nym je - dy nie w wy so ce roz wi nię ty in stynkt oraz wro dzo ną nie uf - ność wo bec rasy ludz kiej. Na pier był jed ną z ta kich osób i w peł ni za słu żył na nie mi ły przy do mek. Bez li to sny Roy. Pod ziem ny świat Lon dy nu daw no już się o tym prze ko - nał. Jed nak dzi siej sze we zwa nie nie mia ło nic wspól ne go z prze stęp czym pół świat kiem. Tym więk sza szko da. Na pier, zły jak osa, wy siadł z ele ganc kie go po wo zu, któ ry po nie go przy sła no. Nie chęt nie ode rwał się od sko - ro szy tów z do ku men ta mi oraz po po łu dnio wej fi li żan ki her ba ty dar je eling sty gną cej te raz na biur ku. Wci snąw - szy pod ra mię skó rza ną ak tów kę, przy sta nął po śród ota - cza ją cej go wspa nia ło ści i po to czył uważ nym spoj rze - niem na wpół za kry tych cięż ki mi po wie ka mi oczu po gro ma dzie ary sto kra tów, za lud nia ją cych ogród z ty łu re zy den cji sir Wil fre da Le eto na. A po tem wy pu ścił z płuc po wie trze. Ele gan cja oto cze nia nie mo gła za ma sko wać wo ni śmier ci. A ta uno si ła się w po wie trzu ni czym coś pra wie na ma cal ne go. 20 Dwaj umun du ro wa ni kon sta ble po spie szy li za nim, stą - pa jąc po żwi ro wa nym pod jeź dzie. Po wóz, opa trzo ny zło - tym her bem lor da La zon by’ego, od je chał, po zo sta wiw szy Na pie ra i kon sta bli sto ją cych osob no i wy glą da ją cych ni - czym szcząt ki roz bi te go stat ku na mo rzu bo gac twa. Od grup ki zgro ma dzo nych przy ku chen nym ogro dzie słu żą cych ode rwał się przy sa dzi sty ka mer dy ner. Gdy pod - szedł, Na pier po chy lił się i spy tał ci cho: – Chy ba nie… sir Wil fred? Słu żą cy przy tak nął po nu ro, a po tem, po chwi li przy ci - szo nej roz mo wy, wska zał sto ją cy osob no, ka mien ny bu - dy nek, za głę bio ny nie mal do po ło wy w zie mi. Na pier ru szył ku nie mu przez za dba ny traw nik, igno - ru jąc ota cza ją cy go szmer roz mów. Od pro wa dza ły go nie pew ne spoj rze nia ze bra nych go ści. I na wet wte dy – po mi mo złe go hu mo ru i znie cier pli - wie nia – ude rzy ło go, że choć stał się obiek tem ogól nej uwa gi, wła śnie chłod ne, by stre spoj rze nie Eli za beth Ash ton od czu wa naj moc niej. By ło to tym bar dziej dziw ne, że aż do tej chwi li nie wie dział na wet o jej ist nie niu. Czuł na so bie żar te go spoj rze nia – o ile lo do wa te spoj rze nie mo że emi to wać żar – przez ca łą dro gę ku dom ko wi, choć nie był w sta nie so bie wy obra zić, dla cze go ko bie ta mia ła by aż tak się nim in te re so wać. Mo że – na wet w tych pierw szych, kry tycz - nych chwi lach – pod świa do mie zda wał so bie spra wę, iż od wiecz ne ko ło for tu ny zo sta ło wła śnie wpra wio ne w ruch. A mo że mia ło to coś wspól ne go z fak tem, że smu kła sza tyn ka w sza rej suk ni wy da ła mu się dziw nie zna jo ma? Po za tym, co bar dziej nie po ko ją ce, jej dłoń spo czy wa - ła na ra mie niu czło wie ka, któ ry go tu ścią gnął: Ran - ce’a We lha ma, no we go lor da La zon by, łaj da ka tak spla - mio ne go oszu stwem i zdra dą, że je go du szy nie da ło by się wy bie lić, na wet gdy by wy wró cić ją na ni ce i po trak to - wać łu giem. 21 Jak kol wiek do bro tli wy al bo nik czem ny czło wiek by był, kie dy spo ty ka go śmierć, wy glą da za wsze tak sa mo: brzyd ko i bez wdzię ku. Czę sto to wa rzy szy te mu bru tal - ność. Śmierć w ka mien nym bu dyn ku by ła wła śnie ta ka, po my ślał Na pier, spo glą da jąc w dół. Sir Wil fred miał po środ ku czo ła zie ją cą, osma lo ną dziu rę, z któ rej wy cie kła stru mycz kiem krew i zgro ma - dzi ła się na wy ło żo nej bia ły mi płyt ka mi pod ło dze. Na - pier po czuł, że znów je żą mu się wło sy na kar ku. To nie by ło pierw sze mor der stwo, w ja kie za an ga żo wa ny był sir Wil fred, po nie waż wy stę po wał on już wcze śniej ja ko świa dek w pa skud nym pro ce sie – pro ce sie La zon by’ego. Ten zbieg oko licz no ści wiel ce nie po ko ił Na pie ra. Igno ru jąc sze lest spód nic i dźwięk przy ci szo nych gło - sów, zstą pił z tra wy na ka mien ne stop nie pro wa dzą ce do po miesz cze nia, któ re kie dyś by ło za pew ne mle czar - nią, a te raz słu ży ło być mo że ja ko uję cie wo dy. Po nie waż te go po nim ocze ki wa no, przy kuc nął i ujął nad gar stek sir Wil fre da w po szu ki wa niu pul su, choć wie - dział, że jest to czyn ność zu peł nie bez owoc na. – Ach, Will – wy mam ro tał, pod no sząc się. – Ja kież to skry wasz se kre ty? roz ma wiał ze zwło ka mi. To był je go sta ły – i nie naj przy jem niej szy – zwy czaj: Sir Wil fred nie od po wie dział; ni gdy nie od po wia da li. Roz cią gnię ty na ple cach, ze zje żo ny mi, rzed ną cy mi wło sa mi, brą zo wą ka mi zel ką, opię tą cia sno na wy dat nym brzu chu i za ska ku ją co drob ny mi sto pa mi obu ty mi w pan to fle z ciem nej skó ry, przy po mi nał do złu dze nia prze kar mio ne go świ sta ka, któ ry wy brał zły mo ment, aby wy sko czyć z ży wo pło tu. Ale nie by ło to bez bron ne le śne stwo rze nie, w żad nym ra zie. Nie, sir Wil fred Le eton przed sta wiał so bą kło pot naj gor sze go ro dza ju – kło pot po li tycz ny – a zwa żyw szy na oko licz no ści śmier ci i za mie sza ne w zda rze nie oso - by… Je zu Chry ste! Nim śledz two zo sta nie za koń czo ne, 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Panna młoda w blasku księżyca
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: