Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00019 003694 20994855 na godz. na dobę w sumie
Podróż poślubna - ebook/pdf
Podróż poślubna - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 110
Wydawca: Nowy Świat Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7386-369-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Izabela Sowa w nowej serii powieści, rozpoczętej ubiegłoroczną “Ścianką działową”, udowadnia, iż świat widzi nie tylko „owocowo”. Czytelnik dostaje prozę lekką, wartką, ale też najeżoną ważnymi pytaniami, których nie da się łatwo zbyć. Sowa jawi się jako najbardziej alternatywna autorka polskiej literatury popularnej, a kolory jej prozy układają się w zaskakujący tęczowy wzór.

Paloma, typowa przedstawicielka pokolenia loreal („jestem tego warta”), wspina się po szczeblach kariery. Próbując nie przegrać życia kieruje się radami mistrzów zen, których poradniki uczące jak żyć zna na wyrywki. A jednak nie czuje się szczęśliwa, mimo iż posiada wszystkie atrybuty dobrobytu: intratna posada, eleganckie mieszkanie w modnej dzielnicy, perfekcyjny mąż…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Izabela Sowa    Podró(cid:258) poślubna    Nawet najodwa(cid:298)niejsze krewetki nigdy nie wyskakuj(cid:261) ze swojej rzeki – PRZYSŁOWIE JAPO(cid:275)SKIE Zwykle dostaj(cid:266) afobam albo pernazyn(cid:266), ale tym razem w przychodni był nowy lekarz. Niby nowy, a ju(cid:298) sponiewierany przez mroczne historie pacjentów i własny kompleks Edypa. Posłuchał, ziewn(cid:261)ł, przetarł wielkie okulary w stylu Yves Saint Laurenta, upił łyk zimnej kawy, ziewn(cid:261)ł, przyjrzał si(cid:266) fotografii matki strasz(cid:261)cej z ekranu starego monitora, znowu łyk zimnej kawy, i wreszcie wypisał recept(cid:266). Sajlentnajt. Nowy, bezpieczny, całkiem tani. Uzale(cid:298)nia dopiero po miesi(cid:261)cu. Kupiłem, a co tam! Jestem otwarty na nowe do(cid:286)wiadczenia. – Wie pan, jak za(cid:298)ywać? – spytała farmaceutka, zmierzywszy mnie wzrokiem argenty(cid:276)skiej do(cid:298)ycy. – W zasadzie... – Nic pan nie wie – warkn(cid:266)ła. – Jedna tabletka, kwadrans przed snem, prosto do łó(cid:298)ka i nie otwierać oczu, bo b(cid:266)dzie si(cid:266) działo. Sny panu wyjd(cid:261) na kołdr(cid:266) jak (cid:298)ywe. Wieczorkiem wskoczyłem w pi(cid:298)am(cid:266) i pyk: od razu dwie tabletki. Jak szaleć, to szaleć. Le(cid:298)(cid:266) pod kołdr(cid:261), czekam na błogi sen i nagle mi si(cid:266) przypomina, (cid:298)e przecie(cid:298) jeszcze nie jadłem kolacji. Co tu zrobić, my(cid:286)l(cid:266), przecie(cid:298) miałem si(cid:266) nie ruszać. A w pustych kiszkach hulaj(cid:261) wiatry. E tam, szybko pobiegn(cid:266) do kuchni, zd(cid:261)(cid:298)(cid:266) przed snem. W try miga dopadam lodówki i buszuj(cid:266). Pierwsza półka – zimno, druga – coraz zimniej, zamra(cid:298)alnik – lód. Jeszcze si(cid:266) nie poddaj(cid:266). Pojemniki na jajka, na warzywa, kosz na (cid:286)mieci, wreszcie chlebak. Hurra – z boku po lewej wymacałem trzy małe bułki. Niby (cid:286)wie(cid:298)e, ale pulsuj(cid:261)ce bł(cid:266)kitnym (cid:286)wiatłem. Wzi(cid:261)łem t(cid:266) najmniej niebiesk(cid:261) i szukam sosu. Jest sos, wprawdzie podany na gazecie, ale ja snob nie jestem, z porcelany je(cid:286)ć nie musz(cid:266). Wa(cid:298)ne, (cid:298)e sam sos całkiem OK, z du(cid:298)(cid:261) ilo(cid:286)ci(cid:261) pieprzu i krwistego mi(cid:266)sa. W tym „Przekroju” to naprawd(cid:266) pichc(cid:261)! Doko(cid:276)czyłem bułk(cid:266) i wracam do pokoju. Ale ju(cid:298) widz(cid:266), nie b(cid:266)dzie tak łatwo. Najpierw musz(cid:266) odkleić po(cid:286)ladki od stołka. Zassały si(cid:266) cholery jak dwa glonojady do szyby akwarium i nie puszczaj(cid:261), choć ci(cid:261)gn(cid:266) z całych sił. B(cid:266)d(cid:266) musiał pomóc sobie cedzakiem. Podwa(cid:298)yłem lewy po(cid:286)ladek i bior(cid:266) si(cid:266) za prawy. A prawy te(cid:298) jaki(cid:286) lewy! Koniec (cid:286)wiata! Udało si(cid:266) wreszcie, ale wol(cid:266) nie my(cid:286)leć, jak teraz wygl(cid:261)da mój tyłek. Zwisa do kolan, b(cid:266)d(cid:266) musiał i(cid:286)ć na jaki(cid:286) lifting. Ale to jutro, dzi(cid:286) mam wa(cid:298)niejsze sprawy. Najpierw przeprawa przez korytarz, dodam najdłu(cid:298)szy w nowoczesnej Europie. Przez kwadrans biegn(cid:266), ile tchu, wreszcie wpadam na chodnik i dopiero si(cid:266) zaczyna. Bunt kwiatów! Wynurzyły si(cid:266) nagle z tapet i faluj(cid:261). A razem z nimi (cid:286)ciany, sufit, nawet podłoga. Nie dam si(cid:266) sprowokować, my(cid:286)l(cid:266), zamkn(cid:266) oczy i przemkn(cid:266) po omacku. Ale gdzie tam! Ledwo przymkn(cid:261)łem lewe oko, powieka odjechała mi na pół metra, tu(cid:298) przed gałkami pojawił si(cid:266) go(cid:286)ć ulepiony z budyniu i zaczyna mnie łaskotać po (cid:296)renicy. A(cid:298) si(cid:266) popłakałem! No nie, taki kontaktowy to ja nie jestem, (cid:298)eby mnie gilgał nieznajomy barbapapa. Koniec igraszek! Strzepn(cid:261)łem łobuza dłoni(cid:261), wdeptałem w chodnik i rura do pokoju. Szybko, szybko, my(cid:286)l(cid:266), bo kwiaty nie (cid:298)artuj(cid:261), wr(cid:266)cz przeciwnie: pozwalaj(cid:261) sobie coraz bardziej. Oplataj(cid:261) kostki, sycz(cid:261) niczym (cid:298)mije, kłuj(cid:261) tandetnymi barwami. Zziajany wpadam wreszcie do sypialni i z hukiem zatrzaskuj(cid:266) drzwi. W ostatniej chwili, bo kwiaty ju(cid:298) zacz(cid:266)ły szczypać futryn(cid:266). Co tu zrobić? Musz(cid:266) koniecznie z kim(cid:286) pogadać, (cid:298)eby si(cid:266) uspokoić. Z kim(cid:286) przyjaznym, bezpiecznym, mi(cid:266)kkim. Mam! Pogadam z ja(cid:286)kiem! Sam zreszt(cid:261) przypełzł mi pod nogi i ociera si(cid:266) jak kot mojej ciotki, gruby Zygmunt. Wygina grzbiet, mruczy, nastawia ro(cid:298)ki do głaskania. I prosi, (cid:298)eby(cid:286)my popatrzyli w telewizor. Dobra, tylko gdzie pilot? Rozgl(cid:261)damy si(cid:266) z ja(cid:286)kiem gor(cid:261)czkowo. Pod gumowym stołem nie ma, za krzesłem z półnut te(cid:298) nie. Tu go mamy, krzyczy jasiek, za doniczk(cid:261). Wszystko jasne: pilot wstydzi si(cid:266), bo strasznie spuchł i wygl(cid:261)da jak ogromna kajzerka, a przyciski ma z ziarenek czarnuszki. Czy mo(cid:298)na trafić w taki przycisk? Mo(cid:298)na, j(cid:266)zykiem pod warunkiem, (cid:298)e jest grubo(cid:286)ci zapałki. Wł(cid:261)czam Polsat, a tam specjalny komunikat. Dla mnie i ja(cid:286)ka. Uwaga na grochy czaj(cid:261)ce si(cid:266) pod łó(cid:298)kiem! Sk(cid:261)d si(cid:266) tam wzi(cid:266)ły? Uciekły z pi(cid:298)amy i teraz dokazuj(cid:261), wyjadaj(cid:261)c plastikowe s(cid:266)ki z paneli. Hałasuj(cid:261) przy tym, o trzeciej w nocy! I co ja powiem jutro s(cid:261)siadce z dołu? (cid:297)e go(cid:286)ci miałem? A sen nie nadchodzi! Nie ma rady, trzeba wzi(cid:261)ć trzeci sajlentnajt. Łykn(cid:261)łem na sucho, bo do kuchni po wod(cid:266) jako(cid:286) nie bardzo. A nu(cid:298) znowu dopadnie mnie stołek? Wi(cid:266)c łykn(cid:261)łem, dopychaj(cid:261)c j(cid:266)zykiem, a(cid:298) do (cid:298)oł(cid:261)dka. Jedn(cid:261) tabletk(cid:266) podrzuciłem ja(cid:286)kowi, chytry nie jestem, jak kogo(cid:286) lubi(cid:266), umiem si(cid:266) podzielić. Potem hop, pod kołdr(cid:266) i le(cid:298)ymy. Mo(cid:298)e by tak jeszcze sprawdzić poczt(cid:266)? Co(cid:286) mi si(cid:266) widzi, (cid:298)e dostałem maile od ksi(cid:266)cia Karola. Miał napisać, kiedy do mnie wpadnie na pierogi. Wyci(cid:261)gn(cid:261)łem nog(cid:266) spod ja(cid:286)ka i stop(cid:261) si(cid:266)gam do laptopa stoj(cid:261)cego w drugim k(cid:261)cie pokoju. Wł(cid:261)czam du(cid:298)ym palcem „start”, gotowe: z ekranu wysypuj(cid:261) si(cid:266) na biurko zielone koperty. A w ka(cid:298)dej wiadomo(cid:286)ć od groszków: „Nadchodzi...” i wła(cid:286)nie wtedy dopadł mnie sen. Obudziłem si(cid:266) osiem godzin pó(cid:296)niej. Bior(cid:261)c prysznic, zrobiłem bilans ostatniej nocy. Nowe do(cid:286)wiadczenia kulinarne, półgodzinny jogging przez korytarz, walka z kwiatami, integracja z ja(cid:286)kiem. Dwa tysi(cid:261)ce spalonych kalorii. Emocje jak po skoku z mostu. A ponadto byłem wyspany. * Ale Paloma nie uznaje rozwi(cid:261)za(cid:276) na skróty. Chemia to ostateczno(cid:286)ć, powtarza zawsze kole(cid:298)ankom łykaj(cid:261)cym tony prochów na dzie(cid:276) dobry, na dobranoc, na wszystko. Najpierw warto zmierzyć si(cid:266) z problemem, wykorzystuj(cid:261)c własne zasoby. I wsparcie specjalistów. By znale(cid:296)ć wła(cid:286)ciwego, Paloma zaliczyła ju(cid:298) kontrowersyjny klub przy Gazowej. A teraz jedzie busikiem do My(cid:286)lenic, czekaj(cid:261)c na odpowiedni(cid:261) chwil(cid:266), by zagadn(cid:261)ć kierowc(cid:266) o wskazówki. Na razie nie było okazji; zbyt wiele ciekawskich uszu, a i sam informator zaj(cid:266)ty konwersacj(cid:261). Temat: uroki rodzicielstwa. − Najpierw, jak s(cid:261) małe, to by je człowiek jadł ły(cid:298)kami, takie si(cid:266) wydaj(cid:261) słodkie – sapn(cid:261)ł kierowca, zerkaj(cid:261)c w boczne lusterko. – A dziesi(cid:266)ć lat potem (cid:298)ałuje, (cid:298)e tego nie zrobił. − Ot, dzieci – westchn(cid:266)ła pasa(cid:298)erka w skórzanej kurtce z „Tandeta Center”. – Chwilami se my(cid:286)l(cid:266), (cid:298)e jedyna z nich korzy(cid:286)ć to wnuki. − Jedyna – zgodził si(cid:266) kierowca. – Ale zasadnicza. Kiedy si(cid:266) ju(cid:298) pojawi(cid:261) małe, wtedy wiadomo: wszystko idzie jak nale(cid:298)y. Ród zachowany, mo(cid:298)na si(cid:266) rozgl(cid:261)dać za sosnow(cid:261) garsonk(cid:261). Wszystko jak nale(cid:298)y, powtórzyła w my(cid:286)lach Paloma. Ale co to wła(cid:286)ciwie oznacza? Dla kierowcy, wielbicielki skórzanych kurtek i dwudziestu milionów im podobnych – dzierganie (cid:298)ycia według dokładnej instrukcji przekazywanej przez rodziców, wraz z motkiem. A dla niej? Nie umiałaby sprecyzować. Nie ma do tego głowy; znowu za krótko spała. Z powodu okruszków. Małe, ale irytuj(cid:261)ce, dlatego Paloma szuka eksperta, który si(cid:266) z nimi rozprawi. A wtedy w jej mał(cid:298)e(cid:276)stwie wszystko si(cid:266) unormuje. B(cid:266)d(cid:261) z Norbertem sypiać, jak nale(cid:298)y. I wreszcie si(cid:266) wybior(cid:261) w wymarzon(cid:261) podró(cid:298). Bo na razie im si(cid:266) nie udaje. Kiedy rano pytała m(cid:266)(cid:298)a, czy ma jakie(cid:286) pomysły, odparł: − Zwiedzanie przydworcowych barów Polski „B”, poł(cid:261)czone z konsumpcj(cid:261) fasolki po breto(cid:276)sku, bigosu i ciepłej oran(cid:298)ady. − Uwielbiam twoje poczucie humoru – skwitowała, podaj(cid:261)c mu razowy tost z kozim serem i suszonymi oliwkami. Kwadrans pó(cid:296)niej wyruszyła do Borku, wyj(cid:261)tkowo tramwajem. Nie z oszcz(cid:266)dno(cid:286)ci, ka(cid:298)demu potrzeba odmiany. I szczypty miejskiej egzotyki, uznała Paloma, energicznie wpychaj(cid:261)c si(cid:266) do wagonu pełnego nie tyle ludzi, co zapachów. Aromat (cid:286)wie(cid:298)ego chleba, bladych zimowych jabłek i mokrych beretów w nucie głowy. Cierpki zapach (cid:286)wie(cid:298)o wydrukowanych ulotek z Tesco i zamszowych r(cid:266)kawiczek w nucie serca, a w nucie bazy – kozaczki sk(cid:261)pane w błocie i skarpety z trzeciego obiegu. Niezwykły bukiet, oceniła Paloma, ale lepiej nie przesadzać z aplikacj(cid:261). Zwłaszcza po sze(cid:286)ciu godzinach snu. Nie mo(cid:298)e sobie fundować migreny, czeka j(cid:261) przecie(cid:298) pracowita (cid:286)roda. Jak pracowita, to zale(cid:298)y od inwencji kierowcy. Poda jej wła(cid:286)ciwy adres czy wy(cid:286)le w nast(cid:266)pn(cid:261) podró(cid:298)? Tak czy inaczej Paloma nie odpu(cid:286)ci. Kobiety cz(cid:266)sto zatrzymuj(cid:261) si(cid:266) w pół drogi, by po latach (cid:298)ałować, jak jej matka. Ona chce sobie powiedzieć, (cid:298)e dotarła do mety. A na razie postój w My(cid:286)lenicach. Odczekała, a(cid:298) wyjd(cid:261) wszyscy pasa(cid:298)erowie i zacz(cid:266)ła si(cid:266) przeciskać mi(cid:266)dzy fotelami. − Za daleko (cid:298)e(cid:286)my pojechali? – spytał kierowca, widz(cid:261)c jej niepewn(cid:261) min(cid:266). Bezwiednie przytakn(cid:266)ła. − Nie ka(cid:298)dy wie, kiedy wysi(cid:261)(cid:286)ć – skwitował, si(cid:266)gaj(cid:261)c po paczk(cid:266) ekstram(cid:266)skich. – Ale nie ma zmartwienia. Za kwadrans wracam na tras(cid:266) i b(cid:266)dziemy szukali. Posłała mu lekki u(cid:286)miech, na zach(cid:266)t(cid:266). Podziałało. − Lubi(cid:266) pomagać zagubionym g(cid:261)skom – pochwalił si(cid:266) kierowca, odgarniaj(cid:261)c bujn(cid:261) grzyw(cid:266) w kolorze spieczonego sernika. − To si(cid:266) dobrze składa, bo szukam pani Tosi. Kierowca skulił si(cid:266). Natychmiast. Jak za dotkni(cid:266)ciem magicznej ró(cid:298)d(cid:298)ki, pomy(cid:286)lała. Albo policyjnej pały. − Sk(cid:261)d... jak.... po kiego... i czemu ja? – wykrztusił wreszcie. − Podobno pan wie. Tak mi przekazano w Coconie. − Ciszej! – sykn(cid:261)ł, dr(cid:298)(cid:261)cymi palcami zapalaj(cid:261)c papierosa (o dziwo, od wła(cid:286)ciwej strony – w filmie wygl(cid:261)dałoby to znacznie efektowniej). Zapalił, łapczywie si(cid:266) zaci(cid:261)gaj(cid:261)c, zatrzasn(cid:261)ł drzwiczki auta, zamkn(cid:261)ł nawet boczne okienko. Najwyra(cid:296)niej i on nie dzierga (cid:298)ycia zgodnie z instrukcj(cid:261), pomy(cid:286)lała Paloma. Pozory myl(cid:261). − Kto pani powiedział? − Barman na małej sali. − A to m(cid:286)ciciel – rozsierdził si(cid:266) kierowca, wzi(cid:261)wszy porz(cid:261)dnego macha. – A przecie(cid:298) mówiłem, tłumaczyłem od samego pocz(cid:261)tku, (cid:298)e mam dom, rodzin(cid:266), dzieci. (cid:297)e to nie wypada si(cid:266) tak obnosić. − Nie wypada – przytakn(cid:266)ła, by wzbudzić jego zaufanie. − A poza tym kredyt z (cid:298)on(cid:261) spłacamy. Chałupa dopiero co wymurowana. Pani wie, jak to trudno podzielić? − Nawet sobie nie wyobra(cid:298)am – skłamała, zastanawiaj(cid:261)c si(cid:266), któr(cid:266)dy poprowadziłaby lini(cid:266) podziału. A mo(cid:298)e oddałaby swoj(cid:261) cz(cid:266)(cid:286)ć m(cid:266)(cid:298)owi, zatrzymuj(cid:261)c w zamian ulubione miejsca w restauracjach i pubach? Po co o tym my(cid:286)li? Przecie(cid:298) dopiero wzi(cid:266)ła z Norbertem (cid:286)lub, nie min(cid:266)ły nawet trzy tygodnie! Zreszt(cid:261) gdyby chciała si(cid:266) rozstać, nie siedziałaby teraz w zadymionym busie. − Do tego budynek gospodarczy, gara(cid:298) i pół hektara ziemi pod lasem – ci(cid:261)gn(cid:261)ł kierowca. – Tylko głupi by rezygnował. Głupi i naiwny. Bo i tak by nam nie wypaliło. Dwaj(cid:286)cia lat ró(cid:298)nicy. Tylko gwiazdy mog(cid:261) sobie na to pozwolić. Albo jaki dyrektor. − Nie wypala nawet dyrektorom – wtr(cid:261)ciła Paloma, niech(cid:266)tnie wracaj(cid:261)c pami(cid:266)ci(cid:261) do starej przygody z dawnym szefem. − Wi(cid:266)c od razu mu wyja(cid:286)niłem, (cid:298)e to tylko na wakacje. Ot, tak dla odpr(cid:266)(cid:298)enia. – Znowu gł(cid:266)boko si(cid:266) zaci(cid:261)gn(cid:261)ł, mru(cid:298)(cid:261)c przy tym oczy. – I (cid:298)eby było co wspominać na stare lata. A on co? Niby si(cid:266) zgodził. A teraz m(cid:286)ci si(cid:266), ludzi na mnie nasyła. Opowiada ze szczegółami. − Mnie nic nie mówił. Kierowca a(cid:298) przekl(cid:261)ł. Na złodzieju czapka gore, pomy(cid:286)lała natychmiast. A mo(cid:298)e... to on nie potrafi zapomnieć? I w ten paradoksalny sposób próbuje sobie radzić z t(cid:266)sknot(cid:261)? − Ja te(cid:298) nikomu nie rozpowiem. Potrzebuj(cid:266) tylko namiarów do pani Tosi. – Starała si(cid:266), by nie zabrzmiało tak jak szanta(cid:298). No mo(cid:298)e odrobink(cid:266), w celu zmotywowania. − Domowego nie znam, ale wiem, gdzie pracuje – szybko zapisał Palomie telefon i adres. – Niedaleko Alei Ró(cid:298). Drugi dom po lewej. Wiem, bo tam dorabiałem, jako milicjant. Fajna fucha, ale si(cid:266) zdarzył wypadek z kaw(cid:261). I po robocie. – Zapalił drugiego papierosa. – Wi(cid:266)c tak, zadzwoni pani na ten numer i jeszcze dzi(cid:286) umówi si(cid:266) na wycieczk(cid:266) „Czar PRL-u”. Koniecznie wersj(cid:266) deluks, z kryzysowym obiadem ekstra. W innych maj(cid:261) komplety a(cid:298) do wakacji. Ale w deluksie trafia si(cid:266) czasem wolne miejsce. − My(cid:286)lałam, (cid:298)e jest na odwrót. – Ludzie na pewnym poziomie, mo(cid:298)na by rzec oswojeni z pieni(cid:266)dzmi, na ogół wybieraj(cid:261) wersje wzbogacone. − Chodzi o ten obiad ekstra. Wielu turystów boi si(cid:266) biegunki – wyja(cid:286)nił kierowca, rzucaj(cid:261)c długopis pod siedzenie. – I słusznie, jak kto(cid:286) latami wci(cid:261)gał atrapy, w kontakcie z prawdziwym kapu(cid:286)niakiem mo(cid:298)e si(cid:266) posrać. Nie tylko ze szcz(cid:266)(cid:286)cia. − Czyli deluks – powtórzyła, (cid:298)eby lepiej zapami(cid:266)tać. − Z kryzysowym obiadem ekstra. Autork(cid:261) tych pyszno(cid:286)ci jest oczywi(cid:286)cie pani Tosia. Podał karteczk(cid:266), Paloma podzi(cid:266)kowała, zapewniaj(cid:261)c kierowc(cid:266), (cid:298)e mo(cid:298)e liczyć na jej dyskrecj(cid:266). Zreszt(cid:261) komu mogłaby opowiedzieć? Norbertowi? Wcze(cid:286)niej musiałaby wytłumaczyć, czego naprawd(cid:266) szukała w Coconie. A na to jeszcze nie pora. − Tylko niech jej pani nie wspomina, (cid:298)e ma adres ode mnie – rzucił na po(cid:298)egnanie. – Bo nie zechce rozmawiać, taka jest ci(cid:266)ta za te poplamione kryminały. Ani mru-mru, obiecała i pobiegła w stron(cid:266) my(cid:286)lenickiego ryneczku. Mogłaby wracać tym samym busem, uznała jednak, (cid:298)e to zbyt kr(cid:266)puj(cid:261)ce. Zwłaszcza w godzinie szczytu. Przyjemniej przesiedzieć por(cid:266) korków w uroczej kawiarence, ni(cid:298) nasi(cid:261)kać oparami mokrych od deszczu włosów, starych skarpet i sma(cid:298)onej kiełbasy. A swoj(cid:261) drog(cid:261) dziwne, (cid:298)e kto(cid:286) taki jak kierowca cieszy si(cid:266) wzi(cid:266)ciem. Ani ciekawy, ani zbyt pewny własnej atrakcyjno(cid:286)ci. Pachnie te(cid:298) byle jak, tanimi fajkami. A przecie(cid:298) to trzy najwa(cid:298)niejsze, zdaniem profesor Miriam Barbitelli, czynniki (intryguj(cid:261)ca osobowo(cid:286)ć, wła(cid:286)ciwy zapach i pewno(cid:286)ć siebie) sprzyjaj(cid:261)ce powodzeniu, równie(cid:298) u płci przeciwnej. Wi(cid:266)c gdzie tkwi tajemnica? Czy to wa(cid:298)ne? pomy(cid:286)lała nagle, staj(cid:261)c przed urocz(cid:261) kamienic(cid:261) w kolorze zgaszonego be(cid:298)u. Nie lepiej zwiedzić miasteczko? Skoro ju(cid:298) si(cid:266) tu znalazła... Paloma nie lubi marnować okazji. Ani czasu. Dlatego stara si(cid:266) wykorzystać ka(cid:298)dy dzie(cid:276). „Wykorzystać” to niezbyt ładne słowo. Ju(cid:298) woli stare dobre łaci(cid:276)skie carpe diem. Chwytaj, zanim ucieknie. Co nie znaczy, (cid:298)e trzeba p(cid:266)dzić z wywieszonym j(cid:266)zorem. Prawdziwa sztuka polega na tym, by (cid:286)pieszyć si(cid:266) powoli. Festina lente, bo jak mawiaj(cid:261) Japo(cid:276)czycy seite-wa koto-o shisonjiru („ci, którzy si(cid:266) (cid:286)piesz(cid:261), popełniaj(cid:261) bł(cid:266)dy”). Tego wła(cid:286)nie si(cid:266) nauczyła na ostatnich warsztatach „Wolno (cid:298)yć”. Dlatego zamiast m(cid:266)czyć si(cid:266) w korku, Paloma siada wła(cid:286)nie w male(cid:276)kiej cukierni. Zaraz zamówi moccacino bez cukru. Ponoć najlepsze w mie(cid:286)cie, jak z dum(cid:261) zaznaczono w karcie. I rzeczywi(cid:286)cie, pachnie wspaniale, prawdziw(cid:261) kaw(cid:261). Co do smaku, Paloma potrafi odró(cid:298)nić jabłko od dro(cid:298)d(cid:298)ówki, ale w sumie to bez znaczenia. Wybieraj(cid:261)c (cid:298)ywno(cid:286)ć, kieruje si(cid:266) składem chemicznym oraz opiniami ekspertów, w restauracji za(cid:286) ilo(cid:286)ci(cid:261) gwiazdek. Im wi(cid:266)cej gwiazdek, tym łatwiej o zachwyt. Na szcz(cid:266)(cid:286)cie Norbert ma podobny stosunek do jedzenia, dlatego w ich menu króluje sushi, a nie ma tam pospolitych marmolad ani d(cid:298)emów. Wyj(cid:261)tek stanowi(cid:261) słynne angielskie konfitury z imbiru i cytryn. Numer jeden na li(cid:286)cie Petuli Clarks, angielskiej gwiazdy programów kulinarnych. A zatem pierwszy stopie(cid:276) pokonany, wyszeptała Paloma, odstawiaj(cid:261)c bł(cid:266)kitn(cid:261) fili(cid:298)ank(cid:266). Wybierze si(cid:266) na dziwaczn(cid:261) wycieczk(cid:266), gdzie dostanie dalsze wytyczne. A potem? Kolejna trasa? Dionizy, kolega z s(cid:261)siedniego pokoju, uprzedził, (cid:298)e tak to wła(cid:286)nie wygl(cid:261)da. − Od Annasza do Kajfasza. – Umilkł, u(cid:286)miechaj(cid:261)c si(cid:266) do własnych my(cid:286)li. – A kiedy wreszcie odnajdziesz Brzytw(cid:266) i zaczniecie wspóln(cid:261) podró(cid:298).... dopiero ci(cid:266) wytrz(cid:266)sie. − Ale warto? – spytała, ju(cid:298) w progu jego gabinetu. Powoli przytakn(cid:261)ł. − Choć na pocz(cid:261)tku (cid:298)ałujesz. I to bardzo. Zawsze mog(cid:266) si(cid:266) wycofać, pomy(cid:286)lała wtedy. Mog(cid:266), ale chc(cid:266) dojechać do samego ko(cid:276)ca. (cid:297)eby nie było w(cid:261)tpliwo(cid:286)ci, Paloma docenia cał(cid:261) t(cid:266) (nieco dziwn(cid:261)) podró(cid:298). Ka(cid:298)dy jej odcinek i zakr(cid:266)t. Ale liczy te(cid:298) na rozwi(cid:261)zanie, bo tylko wtedy pchnie sprawy na wła(cid:286)ciwe tory. Najpierw musi odnale(cid:296)ć Brzytw(cid:266) i dowiedzieć si(cid:266), co poszło nie tak. Na razie wie tylko, kiedy w ich sypialni pojawił si(cid:266) pierwszy okruszek. Ju(cid:298) w noc po(cid:286)lubn(cid:261). − Jaki ogromny! Gigantyczny! Czy na pewno si(cid:266) zmie(cid:286)ci? – wyszeptała strwo(cid:298)onym głosem Paloma i leciutko ugryzła Norberta w ucho. Postaw na sprzeczne komunikaty, powtórzyła za mistrzyni(cid:261) gier i zabaw okołoweselnych, Wendy O’Neal (a wcze(cid:286)niej Adams, Jonas, Richardson i trzykrotnie Bailey). Dziewcz(cid:266)ce zawstydzenie i wyuzdane pozy. (cid:285)mietankowa niewinno(cid:286)ć sukni i diabelski urok kabaretek. Listek (cid:286)wie(cid:298)ej mi(cid:266)ty w winylowych ustach. Weselny koktajl serwowany pół (cid:298)artem pół serio czyni cuda, obiecywała Wendy. Zaczaruje nawet twojego dru(cid:298)b(cid:266). A Norberta? − Wyrasta mi kaktus saguaro – oznajmił, zagl(cid:261)daj(cid:261)c sobie do spodni. − Robi si(cid:266) gorrr(cid:261)co – zagruchała, nie przestaj(cid:261)c majstrować mu przy uchu. − I niebezpiecznie. Wi(cid:266)c zanim strac(cid:266) przytomno(cid:286)ć z niedotlenienia, mo(cid:298)e przejrzymy prezenty? Na taki rozwój wypadków czy raczej jego brak Paloma te(cid:298) była przygotowana. Przecie(cid:298) słyszała od Margo, (cid:298)e upalna noc po(cid:286)lubna cz(cid:266)sto zmienia si(cid:266) w wieczór (cid:286)wi(cid:266)tego Mikołaja. − Zreszt(cid:261) nie ma czego (cid:298)ałować – zdradziła kumpela, krzywi(cid:261)c si(cid:266) na wspomnienie własnego wesela. – Szampan z wódk(cid:261) to równie kiepskie poł(cid:261)czenie, co lód z pawiem. A jednak reakcja Norberta sprawiła Palomie przykro(cid:286)ć. Dlaczego? Zastanowi si(cid:266) jutro, teraz musi, to znaczy chce si(cid:266) skupić na przyjemno(cid:286)ciach. Prezenty. − Zajmiesz si(cid:266) pieni(cid:266)dzmi? – poprosiła. – Mam dosyć cyferek w pracy. Skwapliwie przytakn(cid:261)ł, bior(cid:261)c ze stosu pierwsz(cid:261) kopert(cid:266). Przez chwil(cid:266) pracowali w milczeniu. − Wspaniała lampa – odezwała si(cid:266) wreszcie Paloma. – Od siostry z Kalabrii. To dopiero niespodzianka! Ostatni raz rozmawiały w kwietniu tamtego pami(cid:266)tnego roku, kiedy cały (cid:286)wiat bratał si(cid:266) ze sob(cid:261), zapominaj(cid:261)c o dawnych urazach. − A u ciebie? – zwróciła si(cid:266) do m(cid:266)(cid:298)a. − Tysi(cid:261)c po raz trzeci. I (cid:298)yczenia długich, długich lat w szcz(cid:266)(cid:286)ciu, zdrowiu, dobrobycie. Od stryjenki Gabrysi. – Si(cid:266)gn(cid:261)ł po nast(cid:266)pn(cid:261) kopert(cid:266). – Znowu tysi(cid:261)c. W złotej kartce, z wierszykiem. „Dzi(cid:286) wchodzicie w nowe (cid:298)ycie. Ka(cid:298)dy o tym marzy skrycie. Ka(cid:298)dy chciałby tak jak wy, przy ołtarzu ronić łzy”. Podpisano, Mi(cid:286)kowie. − Słodkie – rozczuliła si(cid:266) Paloma. − Trzysta dolarów – wyliczał dalej. – Od ciotki z Moskwy. Mogłaby dorzucić jaki(cid:286) brylant albo złoty z(cid:261)b, byłoby bardziej stylowo. A od twojego ojca trzysta euro. − Oraz (cid:298)elazko nowej generacji – wskazała pudełko uwolnione z ogromnych kokard w czerwone serduszka. – Inteligentny system aplikacji pary wodnej. Dwadzie(cid:286)cia ró(cid:298)nych programów. Fantastyczne! Paloma nie jest wprawdzie pewna, czy w swojej garderobie znalazłaby choć dziesi(cid:266)ć bluzek wymagaj(cid:261)cych prasowania, ale lepiej mieć wybór, ni(cid:298) go nie mieć. Od przybytku głowa nie boli. − Doł(cid:261)czył nawet wierszyk. Po niemiecku. Na pewno co(cid:286) rubasznego. Ale tego nie przebije – Norbert pokazał kartk(cid:266) od szwagrów. – Sama zobacz. – Zsun(cid:266)ła si(cid:266) z ło(cid:298)a i przysiadła na dywanie, blisko m(cid:266)(cid:298)a. Razem zacz(cid:266)li czytać na głos. − „Niechaj (cid:298)yje Para Młoda, niech si(cid:266) ka(cid:298)dy go(cid:286)ć weseli. Bo Pan Młody Młodej Pani (cid:286)lubn(cid:261) bramk(cid:266) dzisiaj strzeli. Niechaj strzela, niech si(cid:266) cieszy, bo to dzisiaj (cid:286)lubny mecz, a(cid:298) zm(cid:266)czona (cid:298)onka krzyknie: zejd(cid:296) z boiska m(cid:266)(cid:298)u, precz”. Wymienili si(cid:266) spojrzeniami. Weselne (cid:298)yczenia, (cid:286)lubne fotografie i przesłodzony ró(cid:298)owy tort. Festiwal kiczu, który trzeba traktować z przymru(cid:298)eniem oka. Inaczej zmieni si(cid:266) w koszmar, pomy(cid:286)lała, si(cid:266)gaj(cid:261)c po ogromne pudło otulone złocist(cid:261) mgiełk(cid:261) papieru ry(cid:298)owego. − A(cid:298) (cid:298)al rozwijać. − Nie musisz, to ekspres od moich rodziców, ten, który widzieli(cid:286)my w galerii – zdradził Norbert. – A u mnie znowu tysi(cid:261)c. Okraszony cz(cid:266)stochowskim rymem. „Szlocha mama, szlocha tata, łezki widać w oczach brata, siostra te(cid:298) ze szcz(cid:266)(cid:286)cia płacze, a Pan Młody w gór(cid:266) skacze i ogromnie si(cid:266) raduje, Panna Młoda mu wtóruje. Bo nim trzy kwadranse min(cid:261), jedn(cid:261) stan(cid:261) si(cid:266) rodzin(cid:261)”. Rzewne. Wypatroszył nast(cid:266)pn(cid:261) kopert(cid:266) i zastygł w bezruchu. − Co(cid:286) si(cid:266) stało? – spytała. Sam chciałby wiedzieć. Przecie(cid:298) nie chodzi o kopert(cid:266). Pusta trafia si(cid:266) ka(cid:298)dej młodej parze. Mi(cid:286)kom wr(cid:266)czono a(cid:298) cztery. Niby powinien si(cid:266) cieszyć, (cid:298)e jak na razie dostali tylko jedn(cid:261), ale... − Wszystko w porz(cid:261)dku? – dopytywała Paloma, obserwuj(cid:261)c twarz m(cid:266)(cid:298)a. − Tylko pusta koperta – odparł wreszcie. – Weselny standard w pakiecie z przesolonym bigosem i fałszami podchmielonego wodzireja. − Poka(cid:298)esz? – Wysun(cid:266)ła dło(cid:276). Podał jej zawarto(cid:286)ć. Dziewi(cid:266)ć wycinków z gazet, przewi(cid:261)zanych czerwon(cid:261) mulin(cid:261). A ka(cid:298)dy wielko(cid:286)ci stuzłotowego banknotu. − Na ogół daj(cid:261) tysi(cid:261)c, dziwne. Ale poza tym staranna robota – oceniła. – Ciekawe, kim jest... Urwała natychmiast. Nie ze strachu. Po prostu takie rozwa(cid:298)ania stwarzaj(cid:261) niepotrzebne podziały na to co moje i nie moje. A przecie(cid:298) nie po to brali (cid:286)lub, by wytyczać bzdurne granice. − Przynajmniej nie doł(cid:261)czył wierszyka – za(cid:298)artowała. Odpowiedział jej u(cid:286)miechem. Zm(cid:266)czonym, pomy(cid:286)lała wtedy. * A dzi(cid:286)? Wie tylko, (cid:298)e musi znale(cid:296)ć kogo(cid:286), kto pozamiata w ich mał(cid:298)e(cid:276)skim ło(cid:298)u. By wreszcie mogli komfortowo sypiać. Dlatego wraz z grup(cid:261) dziesi(cid:266)ciu podekscytowanych polonusów czeka na rozpocz(cid:266)cie przedstawienia „Czar PRL-u, wersja deluks z kryzysowym obiadem ekstra”. − Zapraszamy! – hukn(cid:261)ł Gospodarz, otworzywszy skrzypi(cid:261)ce wrota socjalistycznego raju. – Buty zostaj(cid:261) na korytarzu. Trudno dzi(cid:286) o porz(cid:261)dn(cid:261) past(cid:266) do podłóg. − Co robić, kryzys – podchwyciła pani Tosia vel Gospodyni, rozkładaj(cid:261)c dłonie w ge(cid:286)cie bezsilno(cid:286)ci. A mo(cid:298)e powitania? – Oto i nasze skromne progi. Po prawej stronie kuchenka, po lewej stronie łazienka. Na wprost salonik. Identyczny jak w dawnym domu jej dziadków, ze zdumieniem odkryła Paloma. (cid:285)ciany w kolorze kanarkowym tu i ówdzie ozdobione kolorowymi makatami. O ile nadjedzony przez mole szalik w zygzaki mo(cid:298)e cokolwiek zdobić. Pod jedn(cid:261) ze (cid:286)cian upchni(cid:266)to wypoczynkowy komplet: bordowe zapadni(cid:266)te fotele i kulaw(cid:261) kanap(cid:266). Identyczn(cid:261) jej dziadek wiózł a(cid:298) z Kalwarii. Naprzeciwko kompletu straszyła gierkowska, lakierowana na wysoki połysk, meblo(cid:286)cianka. Kilka pa(cid:276) od razu sprawdziło, czy mo(cid:298)na si(cid:266) w niej przejrzeć. − Nie dotykać, bo paluchy zostan(cid:261) – warkn(cid:261)ł Gospodarz, wzbudzaj(cid:261)c zachwyt trzech tlenionych blondynek, podobno z Vancouver. – I ostro(cid:298)nie z dywanem. Stali(cid:286)my po niego dwie doby. Czterdzie(cid:286)ci godzin na mrozie, przy ognisku ze starych łubianek. Wskazał ogromne dywanisko w bordowe tureckie wzory. Obciachowy, ale (cid:286)wietnie zachowany, przyznała Paloma. Ten w salonie jej dziadków miał wi(cid:266)cej (cid:286)ladów u(cid:298)ytkowania. A przecie(cid:298) babcia Dusia umiała dbać o przedmioty – dziwne... − Pod spodem kryzysowe linoleum – kontynuował Gospodarz. − Prosz(cid:266) zwrócić uwag(cid:266) – wtr(cid:261)ciła Gospodyni – (cid:298)e niczego nie udaje. Ani terakoty, ani płytek. Rzeczywi(cid:286)cie! Prawdziwe linoleum, w czystej postaci i typowym dla siebie szarym kolorze. Grafik z parteru, firmowy gad(cid:298)eciarz byłby zachwycony. − A oto i serce ka(cid:298)dego polskiego domu – Gospodyni postukała palcem w toporny telewizor marki Rubin, rówie(cid:286)nik Palomy. A mo(cid:298)e nawet starszy brat, kto wie. − Bardzo gor(cid:261)ce, czasem trzeba wył(cid:261)czać w połowie meczu – poskar(cid:298)ył si(cid:266) Synek, dwudziestoparoletni misiek w siatkowym podkoszulku. − I wreszcie kryształy – zako(cid:276)czyła prezentacj(cid:266), ignoruj(cid:261)c uwagi Synka. Całe mnóstwo ustawionych, gdzie tylko mo(cid:298)na. Za to (cid:298)adnych ksi(cid:261)(cid:298)ek, a z gazet trzy po(cid:298)ółkłe numery „Trybuny Ludu” i „Panorama” z wiosny osiemdziesi(cid:261)tego czwartego. − Ten numer czytałam tu(cid:298) przed odlotem – rozczuliła si(cid:266) jedna z pa(cid:276). – Mój Bo(cid:298)e, to chyba jaki(cid:286) znak, prawda? Niestety nikt nie umiał jej odpowiedzieć, jaki. − To co? – o(cid:298)ywił si(cid:266) Gospodarz. – Szykujemy si(cid:266) do obiadu, matka? − A co dzi(cid:286) b(cid:266)dzie? – zainteresował si(cid:266) Synek, zacieraj(cid:261)c dłonie o skórze tak delikatnej, (cid:298)e Paloma poczuła zazdro(cid:286)ć. A przecie(cid:298) dba o swoje jak mało kto. Chroni, masuje, od(cid:298)ywia i, kiedy nie ma Norberta, zawsze (cid:286)pi w bawełnianych r(cid:266)kawiczkach. − Poniewa(cid:298) sko(cid:276)czyły nam si(cid:266) kartki na cukier, mi(cid:266)so i słodycze, b(cid:266)d(cid:261) – zastanawiała si(cid:266) Gospodyni – stare ziemniaki z kwa(cid:286)nym mlekiem. Od baby – dorzuciła, przechodz(cid:261)c do kuchni. − Wy tu doicie młoda matka? – dopytywał si(cid:266) jeden z turystów, nie kryj(cid:261)c ekscytacji. – R(cid:266)kami czy maszine? Musiał wyemigrować bardzo dawno temu, uznała Paloma. Przecie(cid:298) ka(cid:298)dy Polak wie, co znaczy mleko od baby. I jaja, bardziej cenione w tym kraju ni(cid:298) jakiekolwiek inne. − Jaka matka, Paul. Od baby znaczy, (cid:298)e nie jest ze shopu – wyja(cid:286)nił kumpel. – Tylko od farmera. − Ale oklaski za jako(cid:286)ć nale(cid:298)(cid:261) si(cid:266) krowie – wtr(cid:261)ciła Gospodyni. – Mleczko jak wino. Wczoraj wydojone, postawiłam przy kaloryferze i zaraz skisło. − Tak samo z siebie? – przeraziły si(cid:266) blondynki. – To na pewno zdrowo? − Takie wła(cid:286)nie pijałam u dziadków – wzruszyła si(cid:266) pani od „Panoramy”. – I sił(cid:266) mam jak bizon. Cały office Jordache-ów sprz(cid:261)tam w jedno przedpołudnie. − A na deser? − Ciemny chleb z gryczanym miodem. I gorzka gruzi(cid:276)ska herbata ze szklanki – oznajmiła Gospodyni, nastawiaj(cid:261)c ogromny (cid:298)eliwny czajnik. – Parzona na chlorowanej wodzie. − A kompot? – przypomniał Synek. − Zrobiłabym, ale na przednówku nie ma z czego. Z jabłek ugotowałam ju(cid:298) zup(cid:266). Dla odwa(cid:298)nych – ostrzegła. − Japcanka z kluseczkami – ucieszyli si(cid:266) dwaj panowie z Wellington. – Babcine delicje. − Ale do obrania ziemniaków to potrzebuj(cid:266) pomocy – oznajmiła Gospodyni. – Jedn(cid:261), dwie osoby, wi(cid:266)cej kuchnia nie pomie(cid:286)ci. Kto pierwszy? Cisza. Ka(cid:298)dy miałby ochot(cid:266), ale troch(cid:266) głupio si(cid:266) wyrywać z szeregu. − Licz(cid:266) do pi(cid:266)ciu – hukn(cid:261)ł Gospodarz – potem sam za uszy wyci(cid:261)gn(cid:266). Kanadyjski rynek usług sado-maso nie musi si(cid:266) obawiać kryzysu, uznała Paloma, obserwuj(cid:261)c zachwycone blond turystki. I natychmiast zgłosiła si(cid:266) na ochotnika. Niemal równocze(cid:286)nie z pani(cid:261) od „Panoramy”. Reszta grupy przyj(cid:266)ła to z godno(cid:286)ci(cid:261). Usiadły w mikroskopijnej kuchence, z okienkiem wielko(cid:286)ci lufcika umieszczonym tu(cid:298) pod sufitem. Gospodyni z Palom(cid:261) wybrały miejsca przy pokrytym cerat(cid:261) stoliku, pani od „Panoramy” usadowiła si(cid:266) w przej(cid:286)ciu. − Mieli(cid:286)my do wyboru balkon albo du(cid:298)e okno – odezwała si(cid:266) Gospodyni, nalewaj(cid:261)c z wiadra wod(cid:266) do obtłuczonych garów. – Kiedy(cid:286) (cid:298)ałowałam. Ale teraz to nawet wol(cid:266), jak jest ciemniej. Paj(cid:266)czyn nie widać ani (cid:298)ył na r(cid:266)kach. A po (cid:298)arówki człowiek nie stoi ju(cid:298) godzinami. Ziemniaki płuczemy w łazience – poleciła ochotniczce. – Za mało miejsca. – postukała w mikroskopijny zlew ukryty mi(cid:266)dzy odrapan(cid:261) kuchenk(cid:261) a laminowanym kredensem. – Ledwo szklank(cid:266) mo(cid:298)na umyć. Kiedy(cid:286) psioczyłam na architekta, który to zaprojektował. Nalegałam, (cid:298)eby go zesłać na trzy lata pobytu w podobnym lokalu, ze (cid:286)lep(cid:261) kuchni(cid:261). I niech chłopina spróbuje przygotować choć jeden obiad. Ale po rozwodzie i wyprowadzce mi przeszło. − Jak długo tu pani nie mieszka? – spytała Paloma, kiedy zostały same. − Dwadzie(cid:286)cia lat, chwalić Boga. Przychodz(cid:266) tylko raz w tygodniu. Odstawiam show „komuno wróć”, czasem robi(cid:266) kryzysowy obiad ekstra, i jad(cid:266) do siebie. A ty, kochana, sk(cid:261)d? − Bronowice. − Nasza, tak my(cid:286)lałam – ucieszyła si(cid:266) Gospodyni. – Za mało, kochaniutka, błyskasz z(cid:266)bami. I ekspresja te(cid:298) raczej stonowana. Pytanie, czego tu szukasz? Bo chyba nie drzwi do przeszło(cid:286)ci. Raczej do przyszło(cid:286)ci, pomy(cid:286)lała Paloma, przełykaj(cid:261)c (cid:286)lin(cid:266). − Brzytwy – odparła, (cid:286)ciszonym głosem, bo do kuchni wkroczyła wła(cid:286)nie pani od „Panoramy”. − Ziemniaki wypłukane – oznajmiła, staj(cid:261)c na baczno(cid:286)ć. − To teraz, kochaniutka, przynie(cid:286) nam brzytw(cid:266). Chc(cid:266) pokazać, czym si(cid:266) mój stary goli jak z (cid:298)yletkami taka bieda. – Pani Tosia znowu wczuła si(cid:266) w rol(cid:266) kryzysowej Gospodyni. Ochotniczka natychmiast znikła w łazience. − Chodziło mi o kobiet(cid:266) – sprostowała Paloma. – Podobno si(cid:266) panie znaj(cid:261). − Jest jak rodzina, choć... ci(cid:261)gle nie przeszły(cid:286)my na ty – odkryła pani Tosia ze zdumieniem. − Mo(cid:298)e pani wie, gdzie ona bywa albo pracuje? − Tu i tam, trudno spami(cid:266)tać. Ale popytam jej chrzestn(cid:261), kochana i w pi(cid:261)tek ci powiem. − Mam zadzwonić? − Przyjdziesz do mnie, do biblioteki. Przy okazji si(cid:266) zapiszesz. No chyba (cid:298)e nale(cid:298)ysz do innej placówki. Paloma z rozp(cid:266)du zaprzeczyła, zaraz (cid:298)ałuj(cid:261)c szczero(cid:286)ci. − Kamie(cid:276) z serca, nie lubi(cid:266) robić konkurencji kole(cid:298)ankom. Wi(cid:266)c w pi(cid:261)tek koło południa pod tym adresem. Ty dostaniesz dost(cid:266)p do Brzytwy, a ja now(cid:261), ambitn(cid:261) czytelniczk(cid:266). − Ambitn(cid:261)? − Na tak(cid:261) mi wła(cid:286)nie wygl(cid:261)dasz, kochana. (cid:297)adnej prowizorki. * Racja, Paloma nienawidzi prowizorek ani działa(cid:276) na pół gwizdka. Je(cid:286)li ju(cid:298) bierze ksi(cid:261)(cid:298)k(cid:266) do r(cid:266)ki, czyta do ostatniej strony. Ale tak solidna lektura wymaga czasu, którego Palomie ostatnio brakuje. Dlatego prosto z Alei Ró(cid:298) przejechała taksówk(cid:261) do Alchemii. Jak wspomniał barman z Coco, w gł(cid:266)bi drugiej sali przesiaduje Sybil, tutejszy wieszcz i niespełniony poeta disco-polo. On te(cid:298) zna Brzytw(cid:266). − Je(cid:286)li trafisz na wła(cid:286)ciw(cid:261) faz(cid:266), odsłoni r(cid:261)bek tajemnicy. I Paloma nie b(cid:266)dzie musiała odwiedzać biblioteki. Ale to nie jedyny powód, dla którego sprawdza alternatywn(cid:261) (cid:286)cie(cid:298)k(cid:266) dost(cid:266)pu do Brzytwy. Otó(cid:298) Paloma lubi mieć wybór. Im szerszy wachlarz ofert, tym łatwiej wybrać najbardziej korzystn(cid:261). Jak Norbert. Zadbany, przystojny (ale nie przesadnie), dobrze wykształcony, obyty w (cid:286)wiecie i dowcipny. Pieni(cid:261)dze? Ma ich tyle, by cieszyć si(cid:266) (cid:298)yciem, nie zwa(cid:298)aj(cid:261)c na koszty. Wi(cid:266)c gdzie tkwi problem? Nie mo(cid:298)e my(cid:286)leć w ten sposób, zbeształa sam(cid:261) siebie. Zamiast na problemie, musi skupić si(cid:266) na celu. Potem na kolejnych i tak do ko(cid:276)ca. To znaczy do rozwi(cid:261)zania, poprawiła natychmiast. „Koniec” to takie okropne słowo. Bez mo(cid:298)liwo(cid:286)ci odwołania. A jednak, pomy(cid:286)lała po chwili, to ono nadaje (cid:298)yciu smak. I sens. − Sens? – za(cid:286)miał si(cid:266) Sybil. – Nasze (cid:298)ycie nie ma (cid:298)adnego. (cid:297)adnego! Napisałem o tym wiersz, ale nikt go nie rozumie. Ludzie s(cid:261) głupi. Skupieni tylko na konsumpcji. Wchłaniaj(cid:261) i sraj(cid:261), sraj(cid:261) i wchłaniaj(cid:261). A potem znowu sraj(cid:261) byle czym. Cały (cid:286)wiat tonie w kupie. Krakowski spleen. Paloma mieszka tu ju(cid:298) szósty rok i ci(cid:261)gle nie mo(cid:298)e si(cid:266) przyzwyczaić. Kawiarniane Radio Armagedon, z rozgło(cid:286)ni(cid:261) na Kazimierzu. − Straszne – przyznała, by zmniejszyć dystans. − Straszne? – wykrzykn(cid:261)ł Sybil. – (cid:285)miechu warte! Uton(cid:261)ć we własnym gównie. Potop na miar(cid:266) naszych czasów! Doko(cid:276)czył czwarte piwo. − Jest chyba jaki(cid:286) ratunek – odezwała si(cid:266) Paloma, podsuwaj(cid:261)c mu kolejny kufel. − Arka Noego? Kr(cid:261)(cid:298)y pusta: pasa(cid:298)erowie wybrali Titanic. − Szukam Brzytwy – zaryzykowała. − Lepszy jest sznur – odparł. – Albo gor(cid:261)cy wosk, zale(cid:298)y czego oczekujesz. − Rozwi(cid:261)zania. − Wi(cid:266)c sznur. Nie zostawia tylu (cid:286)ladów. − Wolałabym Brzytw(cid:266) – ponowiła pro(cid:286)b(cid:266), lukrowanym głosikiem. Krakowscy wieszcze te(cid:298) lubi(cid:261) słodycze. Przez minut(cid:266) siedział wpatrzony w kufel piwa jak w szklan(cid:261) kul(cid:266). Nagle chwycił długopis, nagryzmolił co(cid:286) na kawiarnianej serwetce, zmi(cid:261)ł w kulk(cid:266) i rzucił jej na podołek. − B(cid:266)dzie bolało. * Ale Paloma jest przygotowana na ból. Bez bólu nie ma rozwoju. Jak mawiali staro(cid:298)ytni: per aspera ad astra. − Co(cid:286) o tym wiem – podj(cid:266)ła Margo. – Dwa razy w tygodniu pilates, raz w miesi(cid:261)cu depilacja brazylijska, a co pół roku ostrzykiwanie twarzy. Ale nic za darmo, zwłaszcza po trzydziestce. Nic za darmo, powtórzyła cicho Paloma, przygl(cid:261)daj(cid:261)c si(cid:266) bazgrołom na serwetce. „P(cid:266)tla Borek, biały sprinter, baba z w(cid:261)sem”. Najwyra(cid:296)niej nie trafiła w odpowiedni(cid:261) faz(cid:266). (cid:285)lepa uliczka? Có(cid:298), zdarza si(cid:266) w ka(cid:298)dej podró(cid:298)y. I ka(cid:298)dej nadaje sens, jak uwa(cid:298)a autor Zen w wielkim mie(cid:286)cie, Horst Schwartzer. Wydaje si(cid:266) niepotrzebna? To tylko my, (cid:286)lepi ludzie nie umiemy dostrzec jej sensu. Paloma te(cid:298) nie potrafi, wierzy Horstowi na słowo. Zreszt(cid:261) najwa(cid:298)niejsze, (cid:298)e spróbowała ró(cid:298)nych opcji. Tylko w ten sposób mo(cid:298)na sprawdzić, która z uliczek jest przejezdna. Jedna doprowadzi j(cid:261) do Brzytwy, na pewno. Ciekawe tylko, ile to jeszcze potrwa. Cała ta podró(cid:298). Bezsenno(cid:286)ć Norberta zaczyna być problemem. Wczoraj Paloma znowu budziła si(cid:266) co godzin(cid:266), a to bardzo obni(cid:298)a nastrój w ci(cid:261)gu dnia. I ten irytuj(cid:261)cy brak decyzji w sprawie wyjazdu. Dzi(cid:286) przed obiadem usiłowała poruszyć temat. − A Morze Martwe? Maj(cid:261) tam fantastyczne o(cid:286)rodki SPA dla nowo(cid:298)e(cid:276)ców. − Rozpocz(cid:261)ć nowe, wspólne (cid:298)ycie w Morzu Martwym. Brzmi intryguj(cid:261)co – przyznał. – Szkoda, (cid:298)e to tak blisko Jerozolimy. Ach, racja. Opowiadał podczas firmowej wigilii o syndromie jerozolimskim. − I nagle stoj(cid:261)c przed Grobem Pa(cid:276)skim zrozumiałem, (cid:298)e jestem... – zawiesił głos. − Mari(cid:261) Magdalen(cid:261)? – zaryzykowała Margo. − Wiadomo kim – oznajmił Szef tonem nieznosz(cid:261)cym sprzeciwu. − Judaszem – wyjawił Norbert. Wszyscy ucichli, nie wiedz(cid:261)c jak zareagować. Zdezorientowani zerkali na Szefa. Mo(cid:298)e podsunie wła(cid:286)ciwy komentarz. − Paskudna sprawa – skwitował Szef, ukrywaj(cid:261)c konsternacj(cid:266) w kieszeni nowych spodni od Bossa. − Ja te(cid:298) byłem rozczarowany – przyznał Norbert. – Liczyłem co najmniej na rol(cid:266) Jana od wizji. I gdzie si(cid:266) podziały te cholerne srebrniki? Przeszukałem nerwowo wszystkie kieszenie. Nic. Wi(cid:266)c wdrapałem si(cid:266) na drzewo, (cid:298)eby zyskać szersz(cid:261) perspektyw(cid:266). A ci z ochrony uznali, (cid:298)e chc(cid:266) si(cid:266) powiesić. Znowu cisza. − Panikarze – rzuciła Margo, oburzona. – Mnie zgarn(cid:266)li z Mostu Legionów Piłsudskiego. A chciałam tylko zobaczyć wschód sło(cid:276)ca w Nowy Rok. − Mnie wsadzili na trzy doby do izolatki. I dlatego nie zwiedziłem Muzeum Dawida. * Mogliby je zwiedzić teraz, pomy(cid:286)lała Paloma i przy okazji przepracować stare traumy. Jak czytała w znakomitej (cid:285)cie(cid:298)ce mistrzów, jej ulubionego nauczyciela, Jima Mo Fan Be, czasem warto wrócić do miejsc, gdzie doznali(cid:286)my krzywdy albo załamania, by jeszcze raz, na spokojnie, przyjrzeć si(cid:266) bólowi. „Cierniowa (cid:286)cie(cid:298)ka” (nazwa opatentowana przez Jima wiosn(cid:261) 2001) pomaga oczy(cid:286)cić stare rany, raz na zawsze. I zacz(cid:261)ć nowe wspaniałe (cid:298)ycie, tu i teraz. Ale Paloma nie mo(cid:298)e robić za terapeutk(cid:266) własnego m(cid:266)(cid:298)a. Zbyt ryzykowne i mało skuteczne, ostrzegał w ka(cid:298)dej ksi(cid:261)(cid:298)ce mistrz Jim, zapraszaj(cid:261)c na wakacyjne warsztaty dla zdezorientowanych mał(cid:298)onków. Zim(cid:261) u siebie, w Arizonie. Wiosn(cid:261) na Bali. Cudowne miejsce, niestety w ich przypadku odpada. Ju(cid:298) pytała Norberta tydzie(cid:276) temu, podczas sobotniej romantycznej kolacji. − Bali? – Upił du(cid:298)y łyk białego wina. – Mi(cid:286)kom bardzo si(cid:266) podobało − Szwagierka te(cid:298) była zachwycona – podj(cid:266)ła Paloma, nerwowo bawi(cid:261)c si(cid:266) woskiem z zapachowej, srebrzystobiałej (cid:286)wiecy. – Nawet Margo, która nie lubi si(cid:266) ruszać poza miasto. I wszyscy z działu marketingu. − No wła(cid:286)nie, wszyscy – rzucił z przek(cid:261)sem. – Wolałbym co(cid:286) wyj(cid:261)tkowego. − Jak przydworcowe bary? – za(cid:298)artowała. Przez chwil(cid:266) zastanawiał si(cid:266) nad czym(cid:286). Nagle przypomniała mu si(cid:266) ulubiona zabawa z dzieci(cid:276)stwa. W biedaków. Ukryty w altance dziadków wyobra(cid:298)ał sobie, (cid:298)e ma do jedzenia wył(cid:261)cznie suchy chleb i zup(cid:266) z gotowanych pokrzyw. Ale teraz jest ju(cid:298) dorosły. Powinien trzymać fason. − Na Bali nie wolno wyra(cid:298)ać smutku ani zło(cid:286)ci – odezwał si(cid:266) wreszcie. – A wiesz, jacy jeste(cid:286)my przekorni. − Nie chodzi o przekor(cid:266). Czytała o tym w kultowej Najwi(cid:266)kszej rewolucji. Autor, Aaron Yansky, kontrowersyjny wykładowca z Florida University, tłumaczył, dlaczego mamy problem z przestrzeganiem dziesi(cid:266)ciu przykaza(cid:276). Otó(cid:298) ludzki mózg słabo sobie radzi z konstrukcj(cid:261) „nie + czasownik”. Dla poparcia swych słów Yansky proponował czytelnikom, by przez minut(cid:266) nie my(cid:286)leli o gotowanej marchewce. Trudne, prawda? Chc(cid:261)c zatem zmienić nawyki, musimy przeformować j(cid:266)zyk. Zamiast „nie b(cid:266)d(cid:266) je(cid:286)ć fast foodów” – „koniec z fast foodami”. A jeszcze lepiej: „wybieram tylko zdrow(cid:261) i pyszn(cid:261) (dodatkowe wzmocnienie) (cid:298)ywno(cid:286)ć”. Je(cid:286)li słowo „fast food” zniknie z twojej głowy, przestanie bywać w innych cz(cid:266)(cid:286)ciach ciała, obiecywał Yansky. Postulował równie(cid:298), by przerobić znaki drogowe i oczywi(cid:286)cie Dekalog. Zamiast „nie kradnij” – „uszanuj(cid:266) cudz(cid:261) własno(cid:286)ć, tak(cid:298)e intelektualn(cid:261)”. Byłaby to najwi(cid:266)ksza rewolucja moralna, przekonywał, zyskuj(cid:261)c wielu wrogów w prawicowych kr(cid:266)gach uniwersyteckich. Ale i spory rozgłos gdzie indziej. − A co z przykazaniem Jezusa? – zainteresował si(cid:266) Norbert. – Łamiemy je cz(cid:266)(cid:286)ciej ni(cid:298) inne. − Yanski jest (cid:298)ydem – burkn(cid:266)ła. − A trzecie i czwarte z Dekalogu? To si(cid:266) robi wyj(cid:261)tkowo denerwuj(cid:261)ce. Ilekroć Paloma porusza spraw(cid:266) podró(cid:298)y, Norbert zgrabnie przeskakuje na inn(cid:261) (cid:286)cie(cid:298)k(cid:266). A potem mija odpowiedni nastrój i Palomie brak motywacji, by nawi(cid:261)zać do tematu. Dlatego musi odnale(cid:296)ć Brzytw(cid:266). „Musz(cid:266) i znajd(cid:266) jeszcze w tym tygodniu”, oznajmiła sobie i siłom wy(cid:298)szym, by wskazać im kierunek działania. Dla wzmocnienia przekazu powtórzyła „znajd(cid:266) w tym tygodniu” siedem razy. Potem wzi(cid:266)ła trzy gł(cid:266)bokie oddechy i sprawdziła na mapie adres biblioteki. Ach, biblioteka. To dopiero wyzwanie! Paloma nie była w (cid:298)adnej od ko(cid:276)ca studiów. Bo i po co? Wszystkie wa(cid:298)ne poradniki zamawia w sieci, bestsellery po(cid:298)ycza (rzadko) od trzech sprawdzonych kumpli z biura, a klasyk(cid:266) odstawiła po maturze na najwy(cid:298)sz(cid:261) półk(cid:266). − Tam, gdzie jej miejsce – skwitowała kiedy(cid:286) Margo. – Po tym mo(cid:298)na poznać prawdziw(cid:261) klasyk(cid:266). Ka(cid:298)dy chce j(cid:261) mieć, ale nikt po ni(cid:261) nie si(cid:266)ga. Za wysoko. Co najwy(cid:298)ej cytuje wyrwane z kontekstu zdania. A do tego wystarczaj(cid:261) google. Wi(cid:266)c wyprawa do biblioteki to nie byle co, pomy(cid:286)lała Paloma, z dreszczykiem niepo... raczej ekscytacji. Tak wła(cid:286)nie: e k s c y t a c j i. Ale dla pewno(cid:286)ci zabierze ze sob(cid:261) Margo. We dwójk(cid:266) zawsze ra(cid:296)niej. Poza tym Margo jest naprawd(cid:266) znakomit(cid:261) towarzyszk(cid:261). Nie grymasi, nie obwinia, nie wywleka starych bł(cid:266)dów. Równie(cid:298) dlatego (cid:298)e nie si(cid:266)ga pami(cid:266)ci(cid:261) dalej ni(cid:298) cztery doby wstecz. Poza tym nie domaga si(cid:266) wyja(cid:286)nie(cid:276) i nie zadaje zb(cid:266)dnych pyta(cid:276). Przyjmuje (cid:286)wiat takim, jaki jest. I co wa(cid:298)ne, lubi poznawać nowe miejsca. Albo odkrywać te ju(cid:298) dawno zapomniane. A wsz(cid:266)dzie wchodzi jak do własnej łazienki, zachowuj(cid:261)c luz, który udziela si(cid:266) osobom towarzysz(cid:261)cym. Co bywa czasem ryzykowne. Grafik z parteru skołował troch(cid:266) amfy i spytał, czy si(cid:266) pocz(cid:266)stuj(cid:261). Margo od razu za(cid:286)wieciły si(cid:266) oczy. A Paloma? Nie była wtedy jeszcze adeptk(cid:261) trzystopniowego kursu kobiecej asertywno(cid:286)ci (uko(cid:276)czonego z wyró(cid:298)nieniem). Poza tym nie chciała zra(cid:298)ać do siebie nowych kolegów z firmy. Akceptacja grupy pomaga pi(cid:261)ć si(cid:266) na szczyty. Odchrz(cid:261)kn(cid:266)ła wi(cid:266)c tylko, co uznano za zgod(cid:266). Zamkn(cid:266)li si(cid:266) we trójk(cid:266) w biurowym kiblu. Grafik wyj(cid:261)ł towar, rozsypał na wykafelkowanym blacie i biblioteczn(cid:261) kart(cid:261) z Jagiellonki uło(cid:298)ył trzy w miar(cid:266) równe „(cid:286)cie(cid:298)ki”. Za pomoc(cid:261) rurki do drinków wci(cid:261)gn(cid:261)ł swoj(cid:261) porcj(cid:266) proszku. Potem do akcji wkroczyła Margo, rozprawiaj(cid:261)c si(cid:266) ze (cid:286)rodkow(cid:261) (cid:286)cie(cid:298)k(cid:261). Paloma z ulg(cid:261) przyj(cid:266)ła boczn(cid:261), nieco w(cid:266)(cid:298)sz(cid:261) od pozostałych. Przez pół minuty przygl(cid:261)dała si(cid:266) sobie w lustrze. Nic, zupełnie. Jak dobrze, (cid:298)e wzi(cid:266)ła tak niewiele. Ot tyle, (cid:298)eby wytrze(cid:296)wieć. Ucieszona wróciła na parkiet, gdzie przeta(cid:276)czyła dwadzie(cid:286)cia piosenek Madonny. Potem wykonała na stole efektowny striptiz, zyskuj(cid:261)c aprobat(cid:266) kolegów z firmy. By okazać, (cid:298)e si(cid:266) integruje z zespołem, machn(cid:266)ła lask(cid:266) grafikowi, specjalistom od marketingu i programi(cid:286)cie. Zanim zd(cid:261)(cid:298)yła poderwać sekretark(cid:266) prezesa, zabawa przeniosła si(cid:266) do klubu, sk(cid:261)d wymieciono Palom(cid:266) tu(cid:298) przed (cid:286)witem. Nie czekała na tramwaj, bo i po co? To tylko osiem przystanków, przekonywała towarzysz(cid:261)cych jej panów. Do domu dotarła w kwadrans (do dzi(cid:286) si(cid:266) zastanawia, jakim cudem). Czekaj(cid:261)c na sen, wyszorowała wszystkie posadzki, wyczy(cid:286)ciła kuchenne szafki i lodówk(cid:266), z resztek piek(cid:261)c niedzielne ciasto (w siedmiu wersjach smakowych, z cukrem i bez). Koło dziesi(cid:261)tej zabrała si(cid:266) za czytanie Bułhakowa. Tu(cid:298) przed ko(cid:276)cem naszła j(cid:261) ochota na drzemk(cid:266). Dlaczego nie, w ko(cid:276)cu niedziela słu(cid:298)y szeroko poj(cid:266)temu odpoczynkowi. Paloma przymkn(cid:266)ła znu(cid:298)one powieki i spała smacznie a(cid:298) do poniedziałku. Obudziła si(cid:266) zmi(cid:266)ta jak dycha w kieszeni sprzedawcy (cid:286)liwek. Obejrzała w lustrze swoje spuchni(cid:266)te wargi. Przepłukała usta dezynfekuj(cid:261)cym płynem (troch(cid:266) wypiła, (cid:298)eby zneutralizować ciała obce). A potem machn(cid:266)ła trzy zdaniowe wypowiedzenie. Poszło mailem. Na wi(cid:266)cej nie starczyło jej odwagi. Ani energii. Cały dzie(cid:276) przele(cid:298)ała w łó(cid:298)ku, gapi(cid:261)c si(cid:266) w sufit i popijaj(cid:261)c listeryn(cid:266). Wieczorem przyszła do niej Margo. Równie opuchni(cid:266)ta. I te(cid:298) bezrobotna. − Zwolniła(cid:286) si(cid:266)? – spytała Paloma, poruszona tym niespodziewanym aktem solidarno(cid:286)ci. − Sk(cid:261)d! Wywalili mnie, bo „w naszym zespole nie ma miejsca dla uzale(cid:298)nionych”. Nawet nie zd(cid:261)(cid:298)yłam wyja(cid:286)nić, (cid:298)e to pierwszy raz. Mo(cid:298)e nawet ostatni. − Sk(cid:261)d wiedziała(cid:286), jak wci(cid:261)gać? – dopytywała zdziwiona jej sobotni(cid:261) wpraw(cid:261) Paloma. − Ogl(cid:261)dałam sporo francuskich filmów. Nic, było min(cid:266)ło – oznajmiła, energicznie siadaj(cid:261)c. – Znajdziemy, Laska, lepsz(cid:261) prac(cid:266). Jeste(cid:286)my tego warte. Bo kto jak nie my! * Margo umie poprawić samoocen(cid:266). I tak łatwo mo(cid:298)na zapomnieć przy niej o bł(cid:266)dach; sama popełnia ich tyle, (cid:298)e a(cid:298) (cid:286)miech. Bywało, (cid:298)e Paloma była za(cid:298)enowana dosadnymi uwagami kole(cid:298)anki. Spi(cid:266)ta nie czuła si(cid:266) nigdy. Dlatego podczas przerwy na kaw(cid:266) przedstawiła „propozycj(cid:266) nie do odrzucenia”. − Do biblioteki? Po co? Przy kim(cid:286) innym Paloma musiałaby si(cid:266) nakombinować. Ale nie przy Margo. − Szukam specjalistki od bezsenno(cid:286)ci – odparła po prostu. – Wspomniałam ci, (cid:298)e Norbert ma problemy z faz(cid:261) REM. Margo gorliwie przytakn(cid:266)ła, udaj(cid:261)c, (cid:298)e pami(cid:266)ta. − Babka jest (cid:286)wietna, ale ekscentryczna. Nie ma biura ani nie u(cid:298)ywa telefonu, nawet stacjonarnego. − Niemo(cid:298)liwe! − Ale w bibliotece wiedz(cid:261), jak do niej dotrzeć. − To lecimy, Laska, powiedz tylko kiedy. Cała Margo. Nie dr(cid:261)(cid:298)y, nie dopytuje. Zadowala si(cid:266) tym, co dostanie. Pewnie dlatego ci(cid:261)gle jest t(cid:261) trzeci(cid:261). I nigdy ostatni(cid:261). Ale mimo wszystkich miłosnych pora(cid:298)ek nadal tryska entuzjazmem. Wrodzonym, czego Paloma szczerze jej zazdro(cid:286)ci. Na swój musiała pracować latami. Udało si(cid:266) dopiero po lekturze ksi(cid:261)(cid:298)ek Jima Mo Fan Be. Dlatego tak go ceni. Pokazał jej, (cid:298)e szcz(cid:266)(cid:286)cia mo(cid:298)na si(cid:266) nauczyć. − Nauczyć? – zdziwiła si(cid:266) Margo. – Przecie(cid:298) szcz(cid:266)(cid:286)cie to krótkie błyski, które przychodz(cid:261) znienacka jak majowy deszcz. Nie przewidzisz, kiedy znowu ci(cid:266) zmoczy. Kr(cid:261)(cid:298)yły wła(cid:286)nie po osiedlu, szukaj(cid:261)c biblioteki. A z nieba si(cid:261)pił obrzydliwy, marcowy kapu(cid:286)niaczek. − Krótkie błyski to miły bonus – odparła Paloma, cytuj(cid:261)c dla odmiany Horsta Schwartzera. – Jak pra(cid:298)one migdały w gorzkiej czekoladzie. Ale liczy si(cid:266) cało(cid:286)ć, ł(cid:261)cznie z papierkiem. − A jak si(cid:266) trafi wyrób czekoladopodobny? – zastanawiała si(cid:266) Margo, dzielnie lawiruj(cid:261)c mi(cid:266)dzy wyszczerbionymi płytami chodnika. Otó(cid:298) to! Cała sztuka polega na tym, by w podróbce widzieć prawdziw(cid:261) czekolad(cid:266). Bo innej nie dostaniemy. − We(cid:296) mnie, Laska, nie przygn(cid:266)biaj. Ja cały czas licz(cid:266) na belgijskie trufelki. − Bardzo dobry kierunek my(cid:286)lenia – pochwaliła Paloma. – Nale(cid:298)y oczekiwać najlepszego, jednocze(cid:286)nie ciesz(cid:261)c si(cid:266) z tego, co mamy. − To ja ju(cid:298) nie wiem, o co kaman – poddała si(cid:266) Margo. – Czym całe to szcz(cid:266)(cid:286)cie jest. Czekaniem czy zgod(cid:261)? Jednym i drugim w odpowiednich proporcjach. Przy czym „czekanie” nie oznacza bezruchu, na tym polega rewolucyjno(cid:286)ć teorii Schwartzera (szczegółowo przedstawionej w bestsellerowym Zen po godzinach). Dawniej s(cid:261)dzono, (cid:298)e szcz(cid:266)(cid:286)cie to człowiek le(cid:298)(cid:261)cy na trawie. Zapatrzony w obłoki o nic nie walczy i niczego nie pragnie. „Czy nie przypomina wam to apatii?” pytał retorycznie Horst, natychmiast podsuwaj(cid:261)c własn(cid:261) wizj(cid:266) szcz(cid:266)(cid:286)cia: „wspinasz si(cid:266) na szczyt wysokiej góry, jednocze(cid:286)nie podziwiaj(cid:261)c widok, jaki si(cid:266) roztacza dookoła”. Nowatorskie podej(cid:286)cie, tylko... czy Paloma tak potrafi? Nagle przyszła jej do głowy inna, równie niekomfortowa my(cid:286)l. Czy osoba naprawd(cid:266) szcz(cid:266)(cid:286)liwa bł(cid:261)ka si(cid:266) po obcym osiedlu w poszukiwaniu przewodnika? Zanim zd(cid:261)(cid:298)yła si(cid:266) zdenerwować, Margo wskazała jej napis. − Nareszcie! – pisn(cid:266)ła, zacieraj(cid:261)c zmarzni(cid:266)te dłonie. – Mog(cid:266) sobie wyobrazić, (cid:298)e ucieszy mnie tabliczka czekolady, ale tego, Laska, (cid:298)e b(cid:266)d(cid:266) skakać na widok biblioteki. No tego bym nie wymy(cid:286)liła nigdy w (cid:298)yciu! * − Dwie nowe czytelniczki, jak miło! – cieszyła si(cid:266) pani Tosia. – Dowodziki poprosz(cid:266). Margo, zaskoczona, bez słowa wyj(cid:266)ła dokument. Wypl(cid:261)cze si(cid:266) z tego, uznała Paloma, w ko(cid:276)cu jest dorosła. A mo(cid:298)e, kto wie, b(cid:266)dzie tu wracać. Czasem przypadek otwiera nam drzwi do lepszego (cid:286)wiata, powtórzyła za Jimem Mo Fan Be, pozbywaj(cid:261)c si(cid:266) resztek wyrzutów. − Ciekawa jestem, jak si(cid:266) o mnie dowiedziały(cid:286)cie? – spytała pani Tosia, wypisuj(cid:261)c nowe karty biblioteczne. − Od barmanów z Coconu – wyszeptała Paloma, dyskretnie rozejrzawszy si(cid:266) na boki. − Ach, ci! Kochane chłopaki. Wpadaj(cid:261) tu co tydzie(cid:276) po nowe powie(cid:286)ci. − Co tydzie(cid:276)? – zdziwiła si(cid:266) Paloma. Wi(cid:266)c dlaczego jeden z nich wysłał j(cid:261) w niepotrzebn(cid:261) podró(cid:298) busem? Nie, wróć. Jak(cid:261) niepotrzebn(cid:261)? Wszystko, powtórzyła, w s z y s t k o, co nam si(cid:266) przydarza, jest potrzebne. I wa(cid:298)ne. Ma jaki(cid:286) sens, który mo(cid:298)emy odkryć. O ile tylko si(cid:266) postaramy. A ona bardzo si(cid:266) stara. Poza tym wycieczka busem to miła odskocznia od codzienno(cid:286)ci. Prawie tak samo fascynuj(cid:261)ca jak przeja(cid:298)d(cid:298)ka pełnym tramwajem. Teraz lepiej, pomy(cid:286)lała, odetchn(cid:261)wszy z ulg(cid:261). − Co tydzie(cid:276) wpadaj(cid:261), czasem cz(cid:266)(cid:286)ciej – pochwaliła chłopaków pani Tosia. – Bardzo nam podnosz(cid:261) wska(cid:296)niki czytelnictwa. − Ale nocami to chyba podnosz(cid:261) co innego – wtr(cid:261)ciła Margo. − Ka(cid:298)dy ma prawo do odrobiny szale(cid:276)stwa. Ja, na przykład, podczas pełni jad(cid:266) za miasto do lasu i wyj(cid:266) do ksi(cid:266)(cid:298)yca. Godzin(cid:266) dwie, czasem a(cid:298) po blady (cid:286)wit. − Pomaga? − Niby w czym? – nie zrozumiała pani Tosia. Tego Paloma si(cid:266) nie spodziewała. Przecie(cid:298) ka(cid:298)da czynno(cid:286)ć wymagaj(cid:261)ca tyle wysiłku powinna czemu(cid:286) słu(cid:298)yć. Przynosić spokój, szcz(cid:266)(cid:286)cie, rado(cid:286)ć albo chocia(cid:298) ulg(cid:266). Słowem dawać korzy(cid:286)ć. Ciału lub duszy. Ale czy musi to wszystko tłumaczyć obcej osobie? − Podobno krzyk uwalnia od stresów – rzuciła tylko, nie wdaj(cid:261)c si(cid:266) w szczegóły. − Mo(cid:298)e i tak, nigdy si(cid:266) nie zastanawiałam. Jad(cid:266), bo musz(cid:266). Po prostu. Nie zwa(cid:298)aj(cid:261)c na ryzyko. − Ryzyko? – zainteresowała si(cid:266) Margo, wielbicielka opowie(cid:286)ci z dreszczykiem. − Raz o mało nie zgin(cid:266)łam – wyjawiła pani Tosia, (cid:286)ciszaj(cid:261)c głos. Czym natychmiast przyci(cid:261)gn(cid:266)ła uwag(cid:266) staruszek wertuj(cid:261)cych kolorowe pisemka pełne równie kolorowych przepisów na (cid:298)ycie. I smakowitych plotek. Lubimy cudze sekrety, pomy(cid:286)lała Paloma. Nagle poczuła si(cid:266) tak, jakby j(cid:261) przeniesiono do dawnego salonu dziadków. Niby wygodnie, bezpiecznie i dolej(cid:266)-ci-zupki-droga-wnusiu, a jednak gdzie(cid:286) po k(cid:261)tach czai si(cid:266) dziwne napi(cid:266)cie. Usiłuj(cid:261)c strzepn(cid:261)ć przykre my(cid:286)li, wyraziła zainteresowanie histori(cid:261) pani Tosi. − Chodziło o kleszczowe zapalenie mózgu? – Sporo si(cid:266) o tym mówi ostatnio w mediach. − Gorzej – odparła bibliotekarka. – Jaki(cid:286) cymbał wzi(cid:261)ł mnie za... nawet nie chc(cid:266) sobie wyobra(cid:298)ać, za co. – Machn(cid:266)ła dłoni(cid:261). – I ostrzelał z ukrycia. Na szcz(cid:266)(cid:286)cie nie trafił, bo by(cid:286)my tu sobie nie gaw(cid:266)dziły. Kiedy kula mi (cid:286)mign(cid:266)ła koło ucha, dostałam szału. Dopadn(cid:266) gamonia, my(cid:286)l(cid:266), i rozerw(cid:266) na strz(cid:266)py. Wydałam pot(cid:266)(cid:298)ny ryk i szar(cid:298)uj(cid:266) niczym nosoro(cid:298)ec! Ale taki, kochane, prehistoryczny. Jak z Parku Jurajskiego. Paloma miała ochot(cid:266) sprostować, (cid:298)e w słynnym Parku wyst(cid:266)powały wył(cid:261)cznie dinozaury. Ale uznała, (cid:298)e nie ma sensu. Nie po to przyszły do biblioteki, (cid:298)eby tracić czas na sprostowania. − A my(cid:286)liwy? – dopytywała Margo. − Zwiał, porzucaj(cid:261)c dubeltówk(cid:266) na poszyciu. B(cid:266)dzie miał co opowiadać przy kociołku innym cymbałom. − Dlaczego cymbałom? − A kto normalny strzela dzisiaj do zwierz(cid:261)t? − Podobno to taki test na m(cid:266)sko(cid:286)ć – Margo zacytowała wypowied(cid:296) z pisma dla obwieszonych gad(cid:298)etami drapie(cid:298)ników w ludzkiej skórze. − Szkoda, (cid:298)e nie zdaj(cid:261) testów na człowiecze(cid:276)stwo. − Nie lubi ich pani – skw
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Podróż poślubna
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: